Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu ebook

Jakub Ćwiek   Adam Bigaj  

4.5531914893617 (94)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 516 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu - Jakub Ćwiek, Adam Bigaj

 

Psy rzadko bywają dobre albo złe. Najczęściej są takie, jak zostaną wychowane.

Historia spisana przez Jakuba Ćwieka to zapis przeszło trzydziestoletniej służby policyjnej podinspektora Adama Bigaja (ps. „Księciunio”), w latach 90. kierownika sekcji zabójstw na wrocławskim starym mieście, a następnie wieloletniego naczelnika wydziału kryminalnego posterunku na Rakowcu przez wrocławian zwanym Trójkątem Bermudzkim. To także okazja do opowiedzenia o tym, jak na co dzień wyglądała mundurowa „psia służba”: współpraca szeregowych milicjantów ze Służbą Bezpieczeństwa i z przedstawicielami Kościoła, zabezpieczanie kolejnych papieskich pielgrzymek, walka z przestępczością zorganizowaną, powodzią i dopalaczami. Wielkie, medialne sprawy, o których słyszała cała Polska, są tu pokazane z zupełnie innej perspektywy.

To także opowieść o nieustannych zmaganiach policji z jej największym wrogiem — samą sobą. O tym, jak na codzienną służbę wpływają roszady polityczne, jakie są długofalowe skutki postępującej korupcji, nepotyzmu i podporządkowania działań słupkom statystycznym. Przede wszystkim jednak to książka o funkcjonariuszach. O nieoczywistych przyjaźniach rodzących się w zaskakujących sytuacjach, cenie, jaką płaci się za bycie dobrym gliną, trudnych wyborach osobistych i próbie budowania życia rodzinnego na chwiejnej podstawie usypanej z telefonów o dowolnej porze, włamów i trupów.

Opinie o ebooku Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu - Jakub Ćwiek, Adam Bigaj

Fragment ebooka Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu - Jakub Ćwiek, Adam Bigaj

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA WĄSOWSKA
Korekta MARIOLA HAJNUS, MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Projekt okładki i stron tytułowych MICHAŁ PAWŁOWSKI
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Graeme Maclean / Flickr
FragmentZnaku czterech A.C. Doyle’a na s. 123 w przekładzie Ewy Łozińskiej-Małkiewicz
Copyright © by Adam Bigaj Copyright © by Jakub Ćwiek Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018
Warszawa 2018
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65973-90-0
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Kobietom mojego życia – mamie, Dorocie, Miłce i Milence.

Książka ta powstała dzięki namowom Kuby i dzięki mu za to, ponieważ pozostanie trwały ślad po świetnych wrocławskich gliniarzach.

ADAM

Tej książki nie byłoby, gdyby nie Paulina, która poza zapoznaniem mnie z panem Adamem, w odpowiednim momencie przypomniała mi, że bycie pisarzem to nie tyle wymyślanie historii, ile ich opowiadanie. Dziękuję.

JAKUB

PROLOG

– Kto w jednostce odpowiada za wykrywalność? – zaczął bez ceregieli miejski. Zdawało mi się, że pyta retorycznie, odpowiedź była wszak oczywista, ale on najwyraźniej koniecznie chciał ją usłyszeć.

– Kryminalny. – Powstrzymałem wzruszenie ramion.

Miejski wycelował we mnie palcem, mrużąc jednocześnie oczy i krzywiąc się w pełnym satysfakcji uśmiechu, jakby udało mu się coś udowodnić.

– Właśnie! – zawołał, by zaraz powtórzyć: – Właśnie!

Udał, że spogląda w papiery, ale wiedziałem, że nic tam nie ma. Ta sztuczka była tak stara i zgrana, że właściwie powinienem się obrazić.

– W waszej jednostce – mówił wolniej, zupełnie jakby jednocześnie doczytywał jakieś dane – wykrywalność jest wyraźnie gorsza z każdym kolejnym rokiem.

Poprawiłem się na krześle, zasłaniając jednocześnie usta, by nie prowokować miejskiego trudnym do powstrzymania złośliwym uśmiechem. Wiedziałem, dokąd ta rozmowa zmierza, na długo zanim usiadłem naprzeciwko jego biurka. Mimo że byłem w pracy pierwszy dzień po urlopie, nie żyłem przecież w próżni i doskonale wiedziałem, jaka jest sytuacja w kraju i jak na to, co dzieje się na Wiejskiej, będzie zmuszona zareagować góra. A gdy jeszcze rano, po odbębnieniu odprawy kierownictwa, szefowa oznajmiła mi, że zaraz zbieramy się do miejskiego, w dodatku w mundurach, wiedziałem, że muszę się nie tylko przebrać, ale i spakować wszystkie kwity z osiągnięciami wydziału na wypadek takiej rozmowy.

Właściwie, gdy się zastanowić, cała ta konwersacja w jakiś sposób przynosiła ujmę nie tylko mnie, ale i policji jako takiej. Widać było niemal jak na dłoni, kto tutaj nigdy nie przeprowadził udanego przesłuchania. Po szybkim rzucie oka na siedzącą obok mnie milczącą szefową byłem przekonany, że i ona myśli podobnie.

Ale miejski, najwyraźniej zadowolony z siebie, uniósł wzrok znad papierów i wpatrywał się we mnie ze złośliwą satysfakcją.

– Może pan to wyjaśnić? – zapytał w końcu.

Mogłem. Sięgnąłem po teczkę, wyjąłem wszystko, co przyniosłem, i rozłożyłem na blacie. Palec wskazujący położyłem na statystykach i właśnie od nich zacząłem.

– To potwierdzone, sprawdzone dane – powiedziałem. – Wynika z nich, że z każdym rokiem wykrytych spraw mamy coraz więcej, a w rankingu jednostek cały czas pozostajemy w ścisłej czołówce. Ponadto...

Przerwałem, widząc, że miejski nawet nie patrzy na pokazane mu dokumenty, zupełnie jakby ich nie widział. Szefowa obok mnie natomiast wyprostowała się i na moment wstrzymała oddech. Najwyraźniej czekała na gwóźdź dawno ustalonego programu.

Miejski odchylił się w fotelu i zaplótł ręce.

– Na kryminalnym ciąży odpowiedzialność za wykrywalność – powtórzył. – A skoro sytuacja wygląda, jak wygląda, może już czas na emeryturę?

Zrobił pauzę, jakby się namyślał, po czym pochylił się, opierając łokcie na blacie biurka.

– Propozycje mam dla pana trzy. – Uniósł dłoń z wyprostowanymi trzema palcami. – Pierwsza jest taka, że składa pan raport i podanie o emeryturę, a ja dołożę panu wszystko, co mogę zgodnie z przepisami, czyli na przykład zwiększę dodatek funkcyjny o pięćdziesiąt procent. Jest pan bardzo dobrym policjantem, z piękną kartą kariery, więc to najlepsze z nasuwających się rozwiązań.

Kolejna pauza, po której jeden z uniesionych palców opadł.

– Wariant drugi – kontynuował miejski – czyli zwolnienie na mocy decyzji administracyjnej zgodnej z ustawą. Tu ma pan oczywiście jakieś opcje, kroki. Może się pan skarżyć, włóczyć po sądach, ale ja się tego nie boję, a pan nie dostanie nic dodatkowo. I wreszcie opcja trzecia...

Tym razem pauza trwała dłużej, zupełnie jakby miejski słyszał w głowie werble poprzedzające ogłoszenie wyroku. Palec w górze został już tylko jeden. O ironio, kciuk, zwykle przecież zwiastujący, że wszystko jest w porządku.

– Jednostki kontrolne. Damy im tyle czasu, ile trzeba, aż w końcu coś tam znajdziemy. A wówczas, sam pan rozumie, dyscyplinarka, odejście w niesławie, no i oczywiście zero dodatków. – Wyrecytował tę kwestię niemal na jednym oddechu, z miną, którą musiał długo ćwiczyć przed lustrem, by była jednocześnie sroga i wyzywająca.

Znowu odczekał kilka sekund, mrużąc oczy, by zaraz się rozpogodzić, raz jeszcze odchylić w fotelu i szeroko, niemal z braterską otwartością, rozłożyć ręce.

– Ale przecież takie rzeczy nikomu nie są potrzebne. Czy nie lepiej w zgodzie? Nie jest przecież tak, że zostanie pan na lodzie, ma pan swoje plany, naukowe zainteresowania, ten doktorat. Poradzi pan sobie.

Milczałem. Jedną z technik przesłuchań, których zaprawiony w bojach kryminalny uczy się w zasadzie całe życie, jest umiejętność niezdradzania targających flakami emocji. Przydało mi się to wiele razy w przeszłości, pomogło i teraz, gdy patrzyłem wprost na kipiącego samozadowoleniem miejskiego.

Znałem przebieg jego dotychczasowej kariery, wiedziałem, że zaczynał w prewencji, a potem przeniesiono go do pracy operacyjnej w wydziale kryminalnym jednego z posterunków. Wyleciał stamtąd szybko, wykazując się wcześniej brakiem talentu i wyjątkową odpornością na niezbędną na ulicy wiedzę. Z taką historią niezbyt długiej służby nie miał specjalnie okazji, by dowiedzieć się, jak w tej robocie zdobywa się doświadczenie, hardość, szacunek i autorytet. Co z pewnością umiał, to płynąć z prądem i czasem przykleić się tu, czasem tam, a wreszcie przyssać do dzielącego nas biurka.

I teraz ten właśnie człowiek machał paluchami przed nosem utytułowanego gliny w stopniu majora, usiłując grać w jakąś schizofreniczną wersję dobrego i złego policjanta. Gdy to skojarzenie do mnie dotarło, rozbawiło mnie i naprawdę z trudem powstrzymałem parsknięcie.

Spojrzałem na szefową. Nie zamierzała zabrać głosu. Podniosłem się z krzesła i obciągnąłem mundurową bluzę.

– No dobrze, panie komendancie – odpowiedziałem lekko, jakby miejski był nie moim przełożonym, a domokrążcą usiłującym sprzedać mi toster. – Do kiedy mam się zadeklarować?

Zawahał się, uciekł wzrokiem w bok, do szefowej. Najpewniej zakładał, że przyparty do muru decyzję podejmę od ręki.

– Do jutra – powiedział w końcu. – Jutro czekam na pańską decyzję.

– Przyjąłem.

Szefowa i ja w milczeniu zeszliśmy na dół i wyszliśmy na dziedziniec. Musiało być już po mnie widać, że targa mną wściekłość, bo kobieta obchodziła się ze mną wyjątkowo ostrożnie, nie prowokowała pytaniami czy próbami pocieszenia. Dopiero przy samochodzie wyjęła papierosy i zapytała, czy chcę zapalić. Pokręciłem głową. Wsiedliśmy do auta i wróciliśmy do bazy, gdzie przebrałem się w cywilne ciuchy i zająłem swoją robotą.

Nie dane mi było jednak pracować w spokoju, bo zaraz zjawił się u mnie mój podwładny Sowa, dopytując, co zaszło i czemu wyglądam, jakbym miał szczerą ochotę komuś zajebać. Opowiedziałem mu wszystko, szczególnie podkreślając swoje oburzenie zaproponowanymi wariantami, tak skrajnie inaczej definiującymi moją karierę. W końcu byłem supergliną czy wszą, którą wystarczyło lekko docisnąć do blatu, by pękła? Miałem czystą, chwalebną kartę czy brudy upchane do niedomkniętej szafy? Tak jak wszystko w tym kraju, cała moja, wydawałoby się, dawno określona przeszłość zależała nagle od tego, czy podejmę moje działania po myśli władzy czy wręcz przeciwnie. Skądś znałem to podejście do człowieka, ale wydawało mi się, że te czasy już dawno za nami.

– Kurwa, to co teraz będzie z wydziałem? – zaniepokoił się Sowa.

O to się akurat nie martwiłem.

– Wojtek, nie róbmy dramatu – powiedziałem. – Swoje już odbębniłem i od jakiegoś czasu nosiłem się z taką decyzją. Rzecz więc nie w tym, że kutas to zaproponował, tylko w jakim stylu. Jak do szczeniaka! Ale o wydział się nie martw. Byli w przeszłości lepsi ode mnie, odeszli, a firma stoi. I stać będzie, więc bez obaw. A że będzie teraz jeszcze większe bagno i zawracanie dupy polityką... Cóż, trochę wam współczuję.

Wesołość, która mnie ogarnęła, gdy wypowiadałem te ostatnie słowa, była absolutnie szczera. Znałem swoich ludzi i wiedziałem, że jak Sowa tylko stąd wyjdzie, nie zdążę sobie nawet kawy zrobić i już wszyscy będą wiedzieć. A potem dyskutować, rozważać, analizować i snuć mniej lub bardziej czarne scenariusze przyszłości własnej, jednostki i policji w ogóle. Gdyby im pozwolić, robiliby to do końca służby, ale ja nie zamierzałem dawać złodziejom prezentu w postaci wolnego dnia od nas.

Zrobiłem kawę i spokojnie ją piłem, rozmyślając nad swoją sytuacją i następnymi krokami, jakie powinienem podjąć. Gdy skończyłem, pogoniłem ludzi w teren i zabrałem się do roboty, wychodząc z założenia, że to przecież normalny dzień na służbie.

Następnego poranka też zachowywałem się jak gdyby nigdy nic, robiłem swoje, choć przyznaję, czerpałem pewną satysfakcję z tego, jak bardzo szefowa usiłowała mi udowodnić, że o temacie rozmowy z miejskim nie miała wcześniej pojęcia, że sama nie wie, co tam robiła i co ma z tym wspólnego. Aktorka z niej żadna, więc im usilniej się starała, tym wyraźniejsze stawało się dla mnie, że nie tylko wiedziała, ale wręcz że to ona mogła wyjść z podobną inicjatywą.

Wreszcie pod koniec dnia zjawiła się u mnie pod pretekstem jakiejś sprawy, ale oczywiście szybko zeszło na temat mojej decyzji i tego, co powinna powiedzieć miejskiemu.

– Że wybieram wariant pierwszy – odparłem. – Od jakiegoś czasu już się nad tym zastanawiałem i ta wczorajsza farsa przyspieszyła tylko moją decyzję.

– Farsa? – Szefowa sprawiała wrażenie, jakby moje słowa ją zabolały. Brakowało tylko, by przyłożyła dłoń do serca i rozdziawiła buzię, wyrzucając z siebie zdumione „och!”.

– Farsa – powtórzyłem. – Oboje wiemy, że gdyby mi się chciało kopać z koniem, w końcu wyszłoby na moje, ale raz, że szkoda mi życia, a dwa, że właściwie nie warto. Walczyć o to, żeby pozostać pod komendą takich ludzi jak on? Zresztą ta rozmowa wczoraj... Ten ton, ten obrzydliwy szantaż... Jedyne, czego żałuję, to że wczoraj rozsądek i poczucie przyzwoitości powstrzymały mnie przed wybiciem mu zębów. To i nagranie.

Szefowa zmarszczyła czoło.

– Jakie nagranie? – zapytała wyraźnie zaniepokojona.

Wzruszyłem ramionami.

– No nagranie – odparłem z całą nonszalancją, na jaką było mnie w tym momencie stać. – Przecież wiedziałem, co się święci, i nagrałem tę rozmowę. Kto by mi inaczej uwierzył w to, z jaką impertynencją traktuje się zasłużonych gliniarzy?

Niesamowite było patrzeć w tamtym momencie na jej twarz. Na to, jak skamieniała w zaskoczeniu, a oczy z każdą chwilą stawały się większe, jakby unosiła się kotara na scenie. W wyobraźni niemal widziałem w jej oczach nagłówki gazet, czołówki interwencyjnych programów, wszystkie te media, które rzuciłyby się na taki materiał jak wygłodniałe psy tylko po to, by pokazać patologię w policyjnych strukturach.

Niczym na przesłuchaniu dałem jej tyle czasu, ile potrzebowała na zwizualizowanie sobie wszystkich potencjalnych scenariuszy i wariantów. Czy zastanawiała się, co ona sama wtedy powiedziała? Czy dokonywała skrupulatnego rachunku sumienia? A może już obmyślała, jak się w tej sytuacji ustawić tak, by jej dupa była z tyłu?

– Przekażę komendantowi decyzję – powiedziała w końcu i wyszła.

Niedługo potem zostałem ponownie wezwany na rozmowę do komendanta miejskiego. Nowego, bo okazało się, że przyssawka trzymająca przy biurku tamtego impertynenta nie była specjalnie mocna i gdy rozeszła się wieść o nagraniu, facet raz-dwa poleciał ze stanowiska. Jego miejsce zajął dotychczasowy zastępca, do tej pory nadzorujący służbę kryminalną. O nim przynajmniej można było powiedzieć, że to fachowiec, a do tego – co stanowiło rzadkość – cechował go bardzo wysoki poziom kultury osobistej.

Na spotkaniu zjawiłem się o wyznaczonej godzinie, w przepisowym umundurowaniu. Gdy wszedłem, miejski obszedł biurko i podał mi rękę, zachęcił, żebym usiadł. Oprócz nas dwóch był jeszcze kadrowiec z kompletem moich akt.

Rozmowa przebiegła grzecznie, miło i konkretnie, a mina miejskiego, podobnie jak uważnie dobierane słowa wyrażały dobitnie jego stosunek do tego, co się tutaj odbywało. Był szczery, przynajmniej w najoczywistszych kwestiach.

– Wie pan, w jakiej sprawie pana zaprosiłem, i jest pan świadomy, że muszę przeprowadzić tę rozmowę – powiedział, a ja skinąłem głową.

– Tak, znam powód, dla którego tu jestem.

Podobnie jak on, musiałem mówić głośno, bo tuż po tym, jak wszedłem i się przywitaliśmy, miejski podkręcił potencjometr w stojącej na szafce wieży. Przyjąłem tę próbę zabezpieczenia przed nagraniem z lekkim rozbawieniem.

– Przeprowadziłem już szereg takich rozmów, wszystkie są trudne, bo wiem, że żegnam prawdziwych fachowców, ale obaj zdajemy sobie sprawę, jaka jest sytuacja polityczna i jak bardzo obecna władza obstaje przy tym, by pożegnać się z każdym, kto służbę rozpoczynał jeszcze w milicji.

– Tak, panie komendancie, wiem, jak wygląda sytuacja i jakie pomysły ma minister. Byłbym zobowiązany, gdybyśmy przeszli do meritum.

Tak się też stało, choć nie obyło się bez kilkukrotnego przypomnienia, że komendant zna nienaganny przebieg mojej służby, że decyzję podejmuje z prawdziwym żalem i że to dla niego ogromna strata. Zapewnił, że bardzo mu zależy, bym odchodząc, czuł nie tylko satysfakcję, ale i to, że zostałem należycie doceniony. Zaproponował maksymalne podwyższenie dodatku i sam z siebie obiecał, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by wojewódzki zatwierdził tę podwyżkę. W dalszej kolejności ustaliliśmy warunki mojego odejścia, a miejski przyjął zasugerowany przeze mnie termin, czyli luty kolejnego roku. Zastrzegł jednak od razu, że do końca grudnia muszę być oddelegowany do jego dyspozycji, bo zgodnie z postanowieniem ministra od nowego roku żaden skurwiel z niechlubną milicyjną przeszłością – choćby i kilkudniową – nie może pełnić służby na stanowisku kierowniczym. On to oczywiście ubrał w inne słowa, ale przekaz był jasny i nie zamierzałem oponować. Ponownie uścisnęliśmy sobie dłonie, kadrowiec przyjął polecenia do realizacji i spotkanie dobiegło końca.

Tak oto, przy wtórze ryczącej wieży, która zagłuszała nasze słowa radiowymi przebojami, formalnościom stało się zadość. Za kilka tygodni, po trzech i pół dekady służby, miałem zdjąć z szyi psią obrożę.

I

1

Jakiś mądrala z telewizji powiedział kiedyś, że ludzie wstępują do policji, by za pomocą munduru stać się autorytetami na ulicy i zyskać społeczny szacunek. Mocno mnie to, pamiętam, ubawiło. Pewnie właśnie z tego szacunku w świadomości społecznej funkcjonujemy jako psy, a wdzięczna młodzież pisze na murach HWDP. Takie koślawe graffiti to przecież prawie jak pomnik zasług.

Ktoś powie: no tak, ale to teraz. Bo przecież kiedyś było inaczej. I ma rację, faktycznie było. W marcu na przykład, gdy po ukończeniu wszystkich testów stawiłem się konkretnego dnia o wskazanej godzinie przed komendą Wrocław Śródmieście, przed oczami wciąż miałem wykrzywione niesmakiem twarze kumpli z dzielnicy, a w głowie ciągle słyszałem te same pytania: „Pojebało cię? Do psiarni?”.

Rzeczywiście mój wybór ścieżki zawodowej mógł dziwić. Czasy przecież niespokojne, w sklepach pusto i wszystko w drugim, wymiennym obiegu. Kombinatoryka stosowana to chleb powszedni, inaczej się nie da. Zawiniesz z zakładu nadwyżkę papy, to może uda ci się wybębnić cukier. Masz świętą ikonę po dziadku? Będzie z tego z pięćdziesiąt rolek toaletowego.

Wódka za kartki na mięso, ser na dziecko w książeczce zdrowia, cinkciarze i spekulanci powoli wyrastają na panów i jeszcze nieświadomie szykują sobie grunt pod szalony kapitalizm lat dziewięćdziesiątych. A w tym wszystkim władza na pasku ruskich miota się coraz bardziej, bo już pokazała, że może krwawić i nie jest nie do ruszenia. W kraju robi się goręcej, wszystko się polaryzuje, a najgorzej mają oczywiście ci, co są na pierwszej linii frontu. Powiedzieć, że lud nie kochał milicji i jakoś nie dowierzał w zawarty w jej nazwie przymiotnik „obywatelska”, to nic nie powiedzieć.

U mnie dochodziła jeszcze specyfika dzielnicy. Gdy byliśmy dziećmi, z kumplami bawiliśmy się w Indian i kowbojów, podczas gdy starsi zupełnie na poważnie grali z władzą w policjantów i złodziei. Śródmieście niby znajdowało się w środku wielkiego miasta, ale życie w tych naszych przedwojennych kamienicach, niegdyś zamieszkiwanych przez Niemców i Żydów, toczyło się jak na dalekiej wsi. Wszyscy wiedzieli o sobie wszystko, pożyczali sobie jajka i cukier, chlali i chodzili na włamy. Gdy wracali z łupem, chlali jeszcze więcej i opowiadali, jakie to kiedyś były czasy.

„Mówię ci, młody, kiedyś tu takie zakapiory mieszkały, że jak psiarnia chciała wejść, to zaraz stadem, tak się wpierdolu bali” – mówili starzy, gdy któryś z nas się przypałętał. A my, w tych zawiniętych rodzicom kapeluszach albo z kurzymi piórami we włosach i w barwach wojennych namalowanych na twarzy węglem i rdzą, wyobrażaliśmy sobie te epickie zadymy, jakby to były średniowieczne rycerskie bitwy.

Tak, Śródmieście trzymało się razem niczym jedna wielka patologiczna rodzina. Wszystkie dzieciaki były wspólne i można było od sąsiada dostać zarówno jabłko, jak i poślizgowym przez łeb. Gdy jakiś dobry chłopak szedł do pierdla, reszta dbała o rodzinę, bo przecież wiadomo, dziś ten wpada za włam, jutro tamten za rozbój – nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień.

My, najmłodsi, niczym sieroty z powieści Dickensa, poznawaliśmy okolicę w sposób iście ekstremalny. Do dziś, gdy przechodzę koło mostu Grunwaldzkiego, mam ciarki na wspomnienie, jak wspinaliśmy się po jego przęsłach, by odkryć znajdujący się tam tunel pełen gołębich odchodów i jaj. Te ostatnie były wyśmienitą amunicją i mieliśmy masę frajdy, rzucając jajkami w niespodziewających się niczego przechodniów.

Potem, gdy podrośliśmy i zmieniły nam się priorytety, obładowani rajskimi jabłkami z ogrodu botanicznego chodziliśmy na kurwidołki podglądać bzykające się parki. Skoro im nie przeszkadzało, że ruchają się w centrum miasta, czemu my mielibyśmy się z tym czuć źle? Jaraliśmy podkradzione papierosy, chlaliśmy, co udało się podebrać starszym z maszynki, i gadaliśmy o dupach. Nakręceni coraz mocniej akcjami z krzaków i opowieściami kolegów, coraz śmielej podejmowaliśmy pierwsze próby seksualnych podbojów.

Gdzieś w tym wszystkim wciąż przewijał się temat tego, co się robi na dzielni. Byliśmy już w takim wieku, że ten czy tamten dołączał do jakiejś grupy, którą ciężko nawet nazwać gangiem. Było ich w naszej dzielnicy kilka, wszyscy wiedzieli, która czym się na parafii zajmuje. Byli tacy, co schlani na umór walili klientów na ulicy, inni specjalizowali się we włamach do mieszkań.

Żartowaliśmy, że u nas to tylko tacy, co siedzieli, siedzą albo siedzieć będą, i nikogo specjalnie ta perspektywa nie przerażała.

„W pierdlu, jak nie jesteś cwel albo polityczny – mówili stali bywalcy – to nie ma tragedii”.

Oczywiście, jak łatwo się domyślić, przy takim stopniu otwartości i zażyłości największym dobrem i najwyższą wartością była lojalność. Kapusia traktowano gorzej niż wesz i jeśli padał na ciebie choć cień podejrzenia, robiłeś wszystko, by się spod niego wydostać. Jeśli nie, jedyną formą kontaktu z dzielnicą było, gdy jeden z drugim brali cię na buty.

Jak więc to możliwe, że mimo deklaracji, że chcę zostać milicjantem, udało mi się nie tylko przeżyć, ale i utrzymać kontakt z dawnymi znajomymi? Mówiąc szczerze, nie wiem. Może chodziło o to, że od początku grałem w otwarte karty, żadnych podchodów, ściemniania, donoszenia na boku – ja wprost, co zamierzam, oni, co o tym sądzą i że chyba mnie posrało. A może wierzyli, że będę takim Hansem Klossem? W znienawidzonym mundurze, ale grającym na dwa fronty, by wspierać swoich? Czego by jednak nie myśleli, choć na mój pomysł na życie patrzyli krzywo, ze mną samym większego problemu nie mieli.

Miało to znaczenie o tyle, że aby wstąpić do milicji, musiałem poddać się szczegółowej weryfikacji. Dzielnicowy klął w żywy kamień, robiąc środowiskowy wywiad wśród sąsiadów, sprawdzano wszystkich członków mojej rodziny z nieżyjącymi włącznie. Robiono to tym uważniej, że właśnie nastał stan wojenny i pilnowano, by w struktury nie wpełzł żaden wywrotowy Wallenrod. Przyznam, że nie raz się zastanawiałem, jak przebiegał ten cały proces. Musiała być z tym cała masa zabawy dla kogoś patrzącego z boku – a stężenie nisko latających kurew pewnie mocno przekraczało dopuszczalne normy.

Słodką polewą na tym torcie były badania lekarzy specjalistów współpracujących z milicją, a swoistą wisienką – konfrontacja z psychiatrą, panią życia i śmierci. Tak naprawdę od jej decyzji wszystko zależało. Stwierdziła, żeś debil, i mogłeś wracać z lornetką w krzaki obok kurwidołków, bo w milicji nie miałeś czego szukać. Co gorsza, wiadomości, jak ci poszło, nie dostawałeś od ręki, kazali czekać, aż zostaną podjęte stosowne decyzje.

W końcu jednak zostałem przyjęty i przydzielono mnie do służby. Zaczynać miałem w kryminalnym w komendzie blisko mojego miejsca zamieszkania i byłem z tego powodu tak szczęśliwy i dumny, że mało nie eksplodowałem. Tym bardziej że całą tą nadymającą mnie radością nie miałem się z kim podzielić.

I wreszcie przychodzi ten dzień. Pierwszy marca, ja po wszystkich testach staję przed komendą – niepozorną szarą willą, zupełnie nijaką na tle okolicznych budynków. Przed oczami, jak wspomniałem, skrzywione miny kumpli. W uszach ich opinie na temat mojego zdrowia psychicznego mieszają się z wyciem i ujadaniem psów. Opóźniając moment symbolicznego przekroczenia progu komendy, obszedłem budynek i zobaczyłem trzy kojce, a w każdym z nich pięknego owczarka niemieckiego. Na co się tak wściekały, nie mam pojęcia, ale wtedy obstawiałem, że nikt ich nie nakarmił po nocnej robocie. A dla psa, wiadomo, pełna micha jest ważna, podobnie jak docenienie jego dobrze wykonanej pracy.

Gdy w końcu zdecydowałem się wejść do budynku, już od progu uderzyła mnie gęsta, dławiąca fala smrodu dochodząca z piwnicy. Gdy zapytałem o to później, w odpowiedzi usłyszałem, że „tak jebie zbrodnia”. Na dole, rzecz jasna, znajdował się dołek dla złodziei.

O ile z zewnątrz komenda wyglądała po prostu normalnie i niczym się nie wyróżniała, w środku było zwyczajnie biednie. Ponure korytarze skąpane w niedoświetlonej szarości, farba odłażąca ze ścian, odrapane drzwi wyglądające jak z szabrów na poniemieckich ruinach. Nie spodziewałem się złotych klamek czy klimatów rodem z amerykańskich seriali, ale i tak całość robiła wrażenie dość przygnębiające.

Nie zrażałem się jednak. Skierowany przez dyżurnego na pierwsze piętro, zapukałem do właściwych drzwi i wszedłem do środka. Wewnątrz siedziało kilku mężczyzn, niektórzy skupieni na przeglądaniu papierów, inni pogrążeni w rozmowie.

Przedstawiłem się i zapytałem o naczelnika wydziału, a wtedy zza jednego z biurek podniósł się szpakowaty mężczyzna z wąsem o barwie soli z pieprzem. Uśmiechnął się przyjaźnie i wyciągnął rękę.

– To pan jest tym nowym funkcjonariuszem? – zapytał.

Potwierdziłem, a wtedy on również się przedstawił, a następnie zapoznał mnie ze swoim zastępcą, porucznikiem Piotrem. Ten również podał mi rękę, powiedział, że ma nadzieję, że będzie mi się dobrze pracowało, i życzył powodzenia w służbie. Obaj zachowywali się tak, jakby naprawdę cieszyła ich moja obecność, a po kilku słowach byliśmy już niczym starzy koledzy, znający się od zawsze. Oczywiście byłem zadowolony z takiego stanu rzeczy, ale również trochę zaskoczony. Dopiero później dotarło do mnie, że zachowywali się tak, bo oto właśnie zmieniłem stronę. Nie stałem już w linii bandziorów z dzielni, zawracających dupę upierdliwych petentów czy tych, którzy na widok munduru zaplatają palce i plują przez lewe ramię. Dla tych dwóch byłem już „swój”.

– Zaraz, kochany, przedstawię pana pozostałym kolegom z wydziału – zapowiedział naczelnik. Musiałem mieć głupią minę, gdy usłyszałem słowo, jakim mnie określił, ale szczęśliwie obaj milicjanci albo nie zwrócili na to uwagi, albo nie dali nic po sobie poznać. Później dowiedziałem się, że ten „kochany” to stały wtręt naczelnika, używany wobec wszystkich podwładnych tak często, że pewnie nawet go już nie rejestrowali.

To jednak, jak zaznaczyłem, nastąpiło dopiero później. W tamtym konkretnym momencie, od chwili rozpoczęcia służby w tej znienawidzonej powszechnie formacji, jaką była Milicja Obywatelska, trzeba było ledwie kwadransa, bym dla niej samej został „kochanym”.

2

Jurek, dwóch Krzyśków, Remek i ktoś jeszcze. Pięciu gości, w tym jeden na tyle gruby, że mógłby uchodzić za dwóch. Wszyscy upchnięci za masywnymi biurkami w pomieszczeniu tak ciasnym, że procedura wstawania przez każdego z nich, by mnie przywitać na służbie, stanowiła logistyczne wyzwanie. Widać jednak, że robili to nie po raz pierwszy, bo wszystko zdawali się mieć przećwiczone. Kto kiedy wciąga powietrze i jak długo musi wytrzymać na bezdechu, kto wbija bebech w blat, a kto prostuje się i podwija nogi.

Można by pomyśleć, że skoro sprawiłem im tyle fatygi, powinni mnie z miejsca znienawidzić. Ale nie, sen trwał, wszyscy się uśmiechali, rzucali miłe komentarze, poklepywali po ramieniu i witali na służbie. Ja ze swojej strony starałem się zapamiętać ich imiona, wyczuć atmosferę i na razie bezskutecznie wychwycić subtelne sygnały zdradzające niekoniecznie formalną hierarchię w zespole. A może wcale nie? Może moją jedyną myślą było wtedy: jak ja się tu do cholery wcisnę z dodatkowym biurkiem? Albo chociaż krzesłem?

Naczelnik jakby czytał mi w myślach. W pewnej chwili dał znak, że dosyć tego dobrego, polecił funkcjonariuszom wracać do pracy, a mnie zaprowadził do pokoju obok. Pomieszczenie było sporo mniejsze niż klitka, z której właśnie wyszedłem, i mieściły się w nim tylko dwa biurka. Za jednym z nich siedział elegancki mężczyzna w ciemnym garniturze i białej koszuli, wyglądający, jakby zaraz miał się urwać na jakąś poważną rodzinną uroczystość. Dopiero po chwili dostrzegłem lekko poluzowany krawat oraz ten rodzaj eleganckiej swobody ruchów, jaki zwykli prezentować ludzie, dla których garnitur jest codziennym strojem.

Gdy weszliśmy, mężczyzna podniósł się zza biurka, jednocześnie wprawnym ruchem zapinając guzik marynarki.

– To jest pan Kazimierz – przedstawił mężczyznę naczelnik. – Z nim będzie pan pracował i na pewno dużo się pan od niego nauczy. Panie Kazimierzu, to nasz nowy funkcjonariusz, od teraz pod pana opieką.

– Rozumiem. – Mój nowy mentor uważnie, acz bez ostentacji, zmierzył mnie wzrokiem. – Dzień dobry.

– To ja już panów zostawię. – Naczelnik uznał najwyraźniej, że ceremoniał dobiegł końca, jeszcze raz życzył mi powodzenia i wyszedł.

Pan Kazimierz wrócił za biurko, usiadł, rozpinając guzik marynarki, i wyciągnął ręce nad blatem, prezentując mankiety nieskazitelnie białej koszuli. To właśnie za sprawą takich drobnych gestów, na każdym kroku podkreślających szyk i krawaciarski styl, mój mentor, jak się później dowiedziałem, dorobił się na komendzie ksywki Sztyfcik.

– Pan sobie siądzie. – Wskazał mi wolne miejsce przy drugim biurku. Nie zabrzmiało to jak propozycja; Sztyfcik miał głos jakby stworzony do wydawania poleceń służbowych. – Umie pan pisać na maszynie?

Przejęty, zawahałem się, choć przecież było to proste pytanie.

– Tak, umiem – przyznałem w końcu.

Mój mentor przyjrzał mi się uważnie, mrużąc oczy, po czym przesunął po biurku stos notatek.

– Dobrze, tu ma pan na brudno wszczęcie i plan rozpracowania operacyjnego, proszę to przepisać.

Kategoryczność tonu w połączeniu z wcześniejszym badawczym spojrzeniem sprawiły, że nie odważyłem się zapytać, co u diabła znaczy owo „rozpracowanie operacyjne”. Miałem nadzieję, jak się okazało, słusznie, że uda mi się to wywnioskować samemu już w trakcie przepisywania. I rzeczywiście. Choć samo stukanie w klawisze nie było moim ulubionym zajęciem, z każdą linijką wklepanego tekstu czułem narastającą dumę. Nie było opieprzania się, już pierwszego dnia dostałem prawdziwy konkret! Solidną milicyjną robotę w wykonaniu prawdziwego fachury!

Przepisując brudnopisy, dowiedziałem się na przykład, że w orbicie zainteresowań pana Kazimierza znajdowała się grupa przestępcza zajmująca się włamami do mieszkań. Właściwie wszystko było już niemal przygotowane do realizacji. Sztyfcik miał w notatkach kompletne namiary na każdego z członków bandy i szczegółowo opisany modus operandi. Wiedział, który paser wypożycza im klamoty na akcję – takie jak przyrządy do otwierania zamków – i jaka jest za to jego dola. Miał też w ekipie swojego kapusia, który o wszelkich ruchach bandy na bieżąco go informował. Słowem: konkret, a do tego masa materiału do analizy dla takiego żółtodzioba jak ja.

Cieszyłem się jak cholera, że karierę kryminalnego zaczynałem właśnie w ten sposób, a nie od liczenia słoików w piwnicy, i na każdym kroku starałem się pokazać, że zasługuję na daną mi szansę. Dreptałem za swoim mentorem jak piesek, nie odzywając się niepytany i karnie wykonując wszelkie polecenia, nawet takie, które z początku wydawały mi się niezrozumiałe. Znałem swoje miejsce w szeregu, wiedziałem, że jestem najmłodszy w wydziale i sierżanci, paniska, to zupełnie inna liga. Sztyfcik był chyba zadowolony, bo po jakimś czasie uznał, że wystarczy tego „panowania” i kazał mi mówić do siebie po imieniu. Tak został Kaziem, a ja, choć jeszcze wciąż musiałem się dużo nauczyć, uznałem, że w jakiś sposób zakończył się dla mnie okres próbny.

Przez cały ten czas oswajałem się z komendą. Nauczyłem się, jak się wcisnąć do pokoju z pięcioma biurkami i zająć tam miejsce na tyle wygodne, by udało się przetrzymać codzienną odprawę. Naczelnik każdego ranka informował nas o nowych zdarzeniach oraz o tym, kogo z dołka należy wziąć na rozliczenie, bo delikwent już odpowiednio skruszał. Tak, pobyt na dołku potrafił zmiękczyć i nakłonić do rozmowy. Już sam wspomniany smród, mieszanina potu, moczu, kału i innych wydzielin, doprawiona piwniczną wilgocią, robił swoje. Do tego dochodziło jeszcze towarzystwo: równie dobrze mogli się trafić menele z Albercika, wokół których smród był tak gęsty, że wyglądał jak mgła, co elegancki pan czy damulka jakby zupełnie z innej bajki. Wszyscy dostawali na noc koce z przydziału, prane może raz na rok. Dotknij taki koc, a żołądek przypomni sobie wszystkie posiłki od czasów dzieciństwa. Spędź pod nim noc, a rano, wyglądając jak przeżuta i wysrana przez krowę wersja siebie, będziesz tak miękki i skory do współpracy, jak to tylko możliwe.

O ile w piwnicy, gdzie mieścił się dołek, zdarzało mi się bywać często, na strych zaglądałem sporadycznie, a z początku wcale. O tym, że jest tam jeszcze jeden pokój należący do wydziału kryminalnego, dowiedziałem się, gdy zapytałem o trzech nieznanych mi wcześniej gliniarzy, którzy co rano zjawiali się na naszej odprawie. Byli to, jak się okazało, poszukiwacze, czyli goście szukający czy to zaginionych, czy już rozpracowanych i poszukiwanych złodziei i bandytów, których należało wsadzić do pierdla. Zwykle mieli swoją robotę, a my swoją, więc poza odprawami właściwie się nie widywaliśmy. Czasem tylko, w przypadku grubszych operacji, gdzie liczyła się każda para rąk, wykorzystywaliśmy ich jako fizyczną pomoc.

Uczenie się komendy to jedno, ale najbardziej zależało mi oczywiście na dobrym poznaniu wydziałowych towarzyszy broni. Nie było to z początku proste, bo choć mili i uprzejmi, nie garnęli się specjalnie do zwierzeń, zwłaszcza żółtodziobowi. Z czasem i z kolejnymi sprawami przetykanymi biurokratyczną codziennością poznawaliśmy się jednak coraz lepiej.

Na przykład Jurek. Mógłbym subtelnie określić go słowem „masywny”, ale gdy go poznałem, był zwyczajnie gruby i właśnie tak na niego mówiono. Sympatyczny, rubaszny wręcz sierżant miał czasem w oku taki błysk, że podświadomie się prostowałeś. Powiedziano mi, że był kiedyś bokserem, na co on sam bardzo się oburzył.

– Bokser to, kurwa, taki pies. Ja byłem pięściarzem! – zawołał i jakby na dowód uniósł zaciśniętą, wielką jak chleb i na oko twardą jak kamień pięść. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: jak zwał, tak zwał, ale za nic nie chciałbym się znaleźć w zasięgu tej łapy.

Gruby miał w swoim przydziale służbowym spory teren, szczególnie na peryferiach miasta, w zabudowie rolniczej, i trzeba przyznać, był tam trochę jak szeryf z miasteczka na Dzikim Zachodzie. Znał wszystkich, od lekarza po lumpa i złodzieja, i wszyscy znali jego, odnosząc się z szacunkiem nie tylko do jego funkcji i munduru, ale zwłaszcza do niego jako człowieka. Dla wszystkich był tam panem Jurkiem.

Z czasem dowiedziałem się o nim czegoś jeszcze – Gruby miał fuchę na boku. Nic niezwykłego, każdy starał się jakoś dorabiać i w miarę możliwości korzystać z nadarzających się okazji. Dla Jurka okazję stanowiły firma jego żony i jej zgniłokapitalistyczny zmysł handlowy.

Ich biznesplan nie był specjalnie skomplikowany. Ona dysponowała towarem, czyli prażonym słonecznikiem, a także prażynkami i chrupkami produkowanymi w należącej do niej przetwórni. On miał rynek zbytu i pewien, nazwijmy to, specjalny atut, czyniący z niego doskonałego sprzedawcę. W swojej wąskiej handlowej specjalizacji i na określonym terenie, przypadkowo ściśle pokrywającym się z jego rewirem, nie miał specjalnie konkurencji. No bo kto byłby na tyle szalony, by podejmować rywalizację z człowiekiem powszechnie szanowanym, wzbudzającym sympatię, a do tego reprezentującym twardą literę prawa?

Widok bagażnika jego fiata wypełnionego po brzegi workami słonecznika był dla nas tak powszedni, że nawet już z tego nie żartowaliśmy. Ot, koloryt.

Zresztą powiedzmy sobie szczerze: wobec praktyk jednego z Krzyśków, zwanego przez nas Szyjką, działalność Grubego wydawała się dziecięcą amatorką. Szyjka był niski, masywny, ale nigdy nie przekroczył cienkiej granicy dzielącej człowieka tęgiego od grubasa. Zaprawiony w boju glina, fachura, o oczach, w których raz po raz błyskał figlarny ognik. Czasem oznaczał on cwaniackie rzucenie wyzwania światu, bywało, że kpinę i lekceważenie dla takich czy innych zachowań przełożonych. Gdyby skupiał się całkowicie na robocie, miałby wyniki godne pozazdroszczenia, jako że świetnie sobie radził, zwłaszcza ze złodziejami.

On jednak nie miał na policyjną robotę zbyt dużo czasu, bo ciągle był zajęty ważniejszymi sprawami. I trzeba przyznać, że w tych innych tematach miał jeszcze większą skuteczność. Smutne czasy komuny i pustych sklepowych półek? Powszechny brak towarów luksusowych? Przy Szyjce można było o tym wszystkim zapomnieć, bo jeśli się czegoś naprawdę chciało i udało się z Krzyśkiem dogadać, nie istniały dla niego rzeczy niemożliwe.

Miał łeb jak sklep. Dosłownie. Wystarczyło posłuchać jego rozmów telefonicznych, by wiedzieć, co gdzie ma wzięcie, ile tego za tamto i co jest obecnie artykułem pierwszej potrzeby, a więc walutą, za którą dostaniesz pozostałe dobra. Czasem na mieście wchodziliśmy do jakiegoś sklepu i byliśmy świadkami, jak pralkę czy kolorowy telewizor Szyjka przeliczał na przykład na salami. Które żadną miarą nie było finalnym przedmiotem transakcji, a jedynie ogniwem łańcucha, którego koniec znał tylko Krzychu.

Szyjka był też, warto to podkreślić, znakomitym doradcą. Nawet jeśli załatwiało się cokolwiek bez jego pośrednictwa, zawsze można się było od niego dowiedzieć, jaki jest na przykład najlepszy wzór na firany i z czego powinny być wykonane. Znał się na wszystkim i nieraz się zastanawialiśmy, dlaczego robił u nas, w kryminalnym, a nie został po prostu pegowcem, jak nazywaliśmy tych z wydziału przestępstw gospodarczych.

Bywało, że Szyjka balansował na krawędzi. Raz, po kilkudniowym urlopie, przyznał się po cichu, że był za granicą, wybrał się na Węgry na handel. Miał swoje kontakty na tamtejszych targach, wiedział, co najlepiej tam chodzi, więc zapakował towar i pojechał. Pech chciał, że nasze mundurowe bratanki akurat wtedy zdecydowały się na zrobienie nalotu na stoiska, swoją szczególną uwagę poświęcając handlarzom znad Wisły. Szyjka wpadł, stracił cały towar i przesiedział na węgierskich dechach czterdzieści osiem. Byłoby gorzej, ale był na tyle rozsądny, że nie wziął gliniarskiej legitymacji ani też nie przyszło mu do łba powoływać się na zawodową solidarność. Odsiedział swoje, wypełnił kwity i wrócił do kraju, ostatecznie uznając całą akcję za wliczone ryzyko.

Czy to doświadczenie go zmieniło? W żadnym razie! Nadal, gdy doprowadzano mu kogoś z dołka, pierwszym pytaniem, jakie Szyjka zadawał delikwentowi, było:

– Gdzie pan pracuje i co tam można załatwić?

To, czy ostatecznie przechodził do powodu zatrzymania, zależało już tylko od odpowiedzi.

Zdarzyło się też kiedyś, że Krzysiek dostał pacjenta, akurat gdy prowadził bardzo obiecującą rozmowę telefoniczną. Chodziło bodaj o kiełbasę krakowską. Okazało się, że jest interes, więc wstał jak gdyby nigdy nic, ubrał się, teczka pod pachę, czapa z królika na łeb.

– Czekaj tu, zaraz wracam – powiedział do zatrzymanego i wyszedł.

Bywało, że jego „zaraz” faktycznie oznaczało dość krótki odcinek czasu, ale tym razem minuty szły w godziny, a te powoli w całą dniówkę. Facet siedział, kuląc się w sobie, nudząc i bojąc zapytać choćby o łazienkę. Doszło do tego, że już nawet naczelnik pytał, co to za jeden i co tu właściwie robi.

W końcu zadowolony z siebie Szyjka wrócił, zdjął czapę, kurtkę i już miał usiąść za biurkiem, gdy nagle zmarszczył czoło.

– A ty to kto? – zapytał. – Co ty tu robisz?

Zatrzymany zrobił wielkie oczy.

– Noo, kazał mi pan tu rano czekać, więc czekam i...

– Kurwa, chłopie – zirytował się Szyjka. – Idź mi stąd! Na dechy wracaj!

Zabrał faceta na dół, profosowi na dołku przekazał, że sprawa rozwojowa, ale trzeba będzie jeszcze jutro nad gościem popracować, bo temat szeroki.

Mimo komplikacji i niedogodności skłamałbym jednak, twierdząc, że zarówno nam, jak i przełożonym działalność kolegi Krzyśka przeszkadzała. Nieraz jego niezwykłe umiejętności okazywały się wręcz bezcenne.

Na tle barwnego Szyjki drugi z Krzyśków mógł uchodzić za postać nijaką i nieciekawą. By się przekonać, że to nieprawda, trzeba go było lepiej poznać, co mi się udało. Mimo że Barbi, jak na niego mówiliśmy, był w stopniu porucznika – a to znaczyło, że w korpusie dzieliła nas przepaść – dość szybko przekonałem się, że jest dobrym kolegą, który nie zadziera nosa, i sprawnie wypracowaliśmy płaszczyznę porozumienia. Ta z czasem przerodziła się w solidną przyjaźń. Do zawodowych zainteresowań Barbiego zaliczali się przede wszystkim złodzieje samochodów, których tropił skrupulatnie i cierpliwie, z niezwykłą zawziętością.

No i był jeszcze Fred. Ten jednak zasługuje na osobny rozdział.

3

Chyba każdy słyszał przynajmniej jeden dowcip o milicjantach. Za niektóre, zwłaszcza te rzucane mi czasem w twarz z wyzywającym uśmiechem na dokładkę, powinienem się pewnie nawet obrazić. Rzecz w tym, że nie mogłem, bo... znałem Freda.

Czasem myślę, że podczas gdy wielu Polaków wychowywano na Trylogii Sienkiewicza czy Panu Tadeuszu czytanych im za młodu, Fred miał przy łóżku wielką encyklopedię dowcipów o milicjantach. Tyle że zamiast się z nich śmiać, traktował je jak cholerny podręcznik.

Fred, zwany przez nas czasem Kulapetą, bo zdarzało mu się kuleć i ciągnąć za sobą jedną nogę, był postawnym facetem o zmęczonej, poszarzałej twarzy, której wątpliwą ozdobę stanowił smutnie opadający wąs. Skóra na policzkach zwisała mu smętnie, pod oczami ciemniały wory, nadające mu wygląd chorego spaniela. Ktoś mógłby mu wtedy zrobić zdjęcie, podpisać „Szare życie w komunizmie” i wysłać na Zachód. Inna rzecz, że praca z Fredkiem rzadko kiedy bywała nudna.

Był poszukiwaczem, który jednak – widać to było już na pierwszy rzut oka – strasznie się w swoim fachu męczył. Nudziło go szukanie przestępców na polecenie prokuratury. Jego ambicje sięgały znacznie, znacznie wyżej. Niczym Borewicz z 07 zgłoś się Fred chciał rozbijać grupy przestępcze, brać udział w grach operacyjnych, wielkich medialnych sprawach zapisujących się potem na stałe w historii i podręcznikach szkoły w Szczytnie.

Tego poziomu nie osiągnął nigdy, ale jedno trzeba mu było przyznać: opowieści o nim wykraczały daleko poza macierzystą komendę. Jedna z nich głosiła, że w pewne wolne popołudnie wybił sobie zęby sprzętem do ćwiczeń na mięśnie brzucha.

Zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, gdy podczas odprawy zamiast normalnie jeść herbatniki, zaczął je moczyć w herbacie. Zapytany, dlaczego to robi, najpierw się krygował, ale potem pokazał braki w uzębieniu i zreferował, co zaszło.

– No bo byłem na strychu – mówił – i tam znalazłem takie kółko, wiecie. Z rączkami. Łapiesz za te rączki, wyciągasz łapy i tak na leżąco jeździsz tam i z powrotem, a mięśnie robią się same. Tylko że moje było zepsute. Wjechało mi pod brzuch i wyrżnąłem pyskiem o podłogę.

– I od razu wybiłeś zęby? – Jakoś mu niedowierzaliśmy.

– No... w sumie nie. Ale się wkurwiłem, rzuciłem tym kółkiem w szafę, ono się odbiło i... Ej, będziesz jadł to ciastko?

Innym razem dostaliśmy cynk, że ktoś na ścianie jednego z budynków namalował wielkimi literami napis „Precz z komuną”. Oczywiście wobec zbrodni tej klasy należało podjąć natychmiastowe działania, zanim sprawa pójdzie wyżej i trafi na jakiegoś nadgorliwego partyjnego półgłówka, chcącego potem bawić się w bezwzględnego szeryfa.

Rzecz w tym, że szef komendy, pułkownik Henryk, mający na głowie dużo pilniejsze sprawy, po prostu wychylił się z biura i z charakterystycznym dla siebie wschodnim zaśpiewem pełnym „wicie, rozumicie” kazał się tym komuś zająć i kogoś tam wysłać. Zgłosił się Fred, któremu akurat się nudziło. Wziął farbę i pojechał.

Kilka godzin później szef zawołał do siebie Grubego.

– Ten napis na murze. Kto tam pojechał?

Gruby podrapał się po potylicy i wzruszył ramionami.

– Nie wiem, ale Fred pytał, skąd ma wziąć farbę, więc pewnie on.

Pułkownik westchnął z rezygnacją.

– No tak, mogłem się domyślić – skonstatował po swojemu, a melodyjne „ł” po kresowemu przeszło w „l”. – Właśnie miałem telefon, że jakiś skończony dureń zamiast zamalować napis, po prostu go przemalował i teraz już nie jest biały, tylko czerwony. Ale każdą literę nadal widać. Nawet jeszcze, wicie, wyraźniej!

Gruby pokiwał głową i wyszedł, by znaleźć kogoś, kto zrobi to porządnie. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, uznałby, że ktoś zakpił z pułkownika, ale w głupotę Freda wierzył bezgranicznie.

Pytanie, które w tym momencie można by sobie zadać, brzmi: jak to możliwe, że Kulapeta utrzymał się w robocie? No cóż, nie bez zaciskania zębów powiem, że... miewał swoje sposoby.

Mieliśmy kiedyś na przykład taką realizację – dość poważna sprawa związana z groźną grupą włamywaczy wdzierających się do pawilonów handlowych przez dziury w dachach. Akcja poszła sprawnie, podejrzanych zatrzymano i zostawiono ich na następny dzień do przesłuchania. Wszyscy zbierali się już do domu, a tu Fred zadeklarował nagle, że właściwie to jemu się nie spieszy, więc weźmie sobie tego najbardziej opornego i trochę z nim pogada. Naczelnik udzielił mu zgody, więc Kulapeta zabrał gościa z dołka do nory na strychu.

Następnego dnia na odprawie pojawili się wszyscy oprócz Freda. Bardziej nas to zdziwiło niż zaniepokoiło, ale zagadka rozwiązała się szybko, gdy tylko poszedłem na strych.

Stanąwszy w progu drzwi do nory, zastałem następujący widok: pacjent siedzi przy biurku, pochylony do przodu, na twarzy rozpacz doprawiona pierwszymi oznakami szaleństwa. Naprzeciwko, z rękami splecionymi na brzuchu i z oczami spaniela wlepionymi w delikwenta, siedzi, kołysząc się na krześle, Fred.

– Odprawa była – powiedziałem, dając znać, że tu jestem.

Na te słowa klient gwałtownie się odwrócił, głowę tulił w ramionach niczym spłoszony zwierzak, oczy miał wielkie jak spodki.

– Proszę, panie władzo, zabierz mnie pan od tego wariata. On całą noc do mnie gada, caluśką! Gęba mu się nie zamyka, a ja już nie mogę wytrzymać. Wszystko powiem, poddaję się, tylko niech on się wreszcie zamknie!

Na te słowa Fred przestał się bujać, rozplótł ręce i wstał, zaciskając oraz rozluźniając pięści i trzaskając zastałym karkiem. Wyglądało, jakby zamierzał gościa za te słowa walnąć, ale on tylko podszedł do mnie i mijając mnie w progu, klepnął w ramię i puścił oko.

– Widzisz? Tak się, kurwa, rozwala przestępców.

A potem poszedł prosto do naczelnika z prośbą o przekazanie sprawy.

Dlaczego wspomniałem wcześniej o zaciskaniu zębów? Bo włamywacze z pawilonów to była moja sprawa. Robiłem przy niej przez przeszło rok i był to mój pierwszy tak duży temat. I poszło mi, nie chwaląc się, naprawdę dobrze. Krok po kroku ustaliłem skład grupy, wszystkie fakty, zebrałem dowody i przedstawiłem rzecz do realizacji, a naczelnik po zapoznaniu się z materiałami przystąpił do niej. Kawał roboty, którą Fred ukradł w jedną noc.

Co gorsza, sprawę uznano za rozwojową i podjęto decyzję, że dalej pociągnie ją wydział kryminalny wojewódzkiej. By zachować ciągłość, ze sprawą pójdzie od nas najlepiej obeznany z nią milicjant, czyli... oczywiście Fred. Krew mnie zalała, bo jak człowiek szedł tam ze sprawą, to już zostawał i to była naprawdę wielka szansa na awans, która przeszła mi koło nosa. Jak się okazało, jedna z wielu.

Z czasem, gdy ta historia przyschła, przerodziła się w anegdotę ku przestrodze. Zwłaszcza że takie numery Fred odwalał regularnie, raz po raz kradnąc kolegom ich tematy. Sam był operacyjnie słaby, swoich ucholi na mieście nie miał, więc sam się po trosze stał ucholem, nasłuchując i pilnie gromadząc informacje o sprawach kolegów. Oprócz mojej akcji szczególnie znana była sprawa Zbyszka, który przyszedł do nas z prewencji.

Gość był ambitny, zawzięty i pracowity, co w końcu zaowocowało tym, że zrobiono z niego komendanta. Nadawał się. Miał w sobie coś z twardego, filmowego gliny, za którym oglądały się kobiety, a jednocześnie przykładał się do roboty i miał do niej dryg. Obeznany z ulicą i jej rytmem, szybko rozpoznał teren, zwłaszcza w temacie złodziei.

Pewnego dnia pod koniec szychty Zbyszek dostał od kapusia cynk, że namierzył altankę, gdzie znani nam bracia włamywacze zdołowali fanty z ostatnich robót. Zbyszek, nieznający wtedy jeszcze brudnego sekretu Freda, poprosił go o pomoc w realizacji. Mimo późnej pory Kulapeta przystał na to aż nazbyt ochoczo i we dwóch zrobili wjazd do altany, gdzie faktycznie znaleźli kupę skarbów. Zabezpieczyli je skrzętnie i pojechali zawinąć braci, by mieć komplet.

Poszło łatwo; włamywacze, znając rozkład naszych szycht, nie spodziewali się wizyty o tak późnej porze, więc zaskoczeni nie robili problemów. Zbyszek i Fred dowieźli ich do fabryki, wypełnili niezbędne kwity i wrzucili braci na dechy do dokładnego rozliczenia na następny dzień.

– Cholera, już dwudziesta pierwsza? – zdziwił się Zbyszek, zerkając na zegarek. – Pora się zawijać, bo jutro będzie huk roboty.

– Ano, pora – zgodził się Fred. – Dobra, to leć, ja jeszcze tylko pozbieram graty i zamknę na szybko jeden temat.

Owym tematem okazało się rozłożenie sobie na górze spania, by o szóstej trzydzieści, ledwie pojawi się szef, jako pierwszy złożyć mu raport z wczorajszej akcji.

– Szefie, melduję, że wczoraj pod koniec zmiany dostałem od kapusia info o braciach i miejscu, gdzie ukryli fanty. Realizacja poszła pomyślnie, towar zabezpieczony, bracia w celach, a teraz będę ich rozliczał.

Ani słowa o Zbyszku, który jak się potem o wszystkim dowiedział, był tak wściekły, że pewnie mało brakowało, a do kolejnego trupa nie musielibyśmy nawet wychodzić na podwórko.

O ile wiem, cały proceder podkradania przez Freda spraw ukrócili dopiero wojewódzcy, stosownie uprzedzeni.

Któregoś dnia ktoś niby przypadkiem palnął, że ma cynk o kradzionym polonezie. Fred oczywiście z miejsca zastrzygł uszami, a potem skrzętnie zanotował na karteczce wymienione w rozmowie numery rejestracyjne.

– Dobra, tylko niech nikt nie mówi majstrowi, bo jeszcze nam każe zostać i będziemy doginać do nie wiadomo której – rzucił ktoś, a Fred skwapliwie przyznał mu rację. Co będą jak leszcze siedzieć po godzinach? Do jutra temat nie wystygnie.

Oczywiście nie minął kwadrans, a Fred już był u majstra, jak nazywano kierownika sekcji, starego i doświadczonego milicjanta.

– Kierowniku – wysapał Fred z dumą w głosie. – Mam cynk od uchola, gdzie jest jumany polonez o numerach – sprawdził na kartce – WRA7658. Tylko trzeba ogarnąć szybko, by nie wcięło.

Majster podpalił się do tematu i mimo że zegar na ścianie pokazywał kilka minut po końcu szychty, zadzwonił z miejsca po pozostałych chłopaków. O dziwo, nikt jeszcze nie wyszedł i stawili się wszyscy co do jednego. Z grobową powagą wysłuchali raportu, po czym jeden z nich podszedł do wiszącego pod zegarem kalendarza ze zdjęciami samochodów FSO.

– Przepraszam, kierowniku, ale czy to aby nie ten wóz? – zapytał, pokazując na zdjęcie poloneza. Na czarnej tablicy rejestracyjnej białe litery i cyfry układały się w ciąg: WRA7658.

Właściwie w tym miejscu mógłbym skończyć o Fredzie, ale doszedłem do wniosku, że w ten sposób nie oddałbym mu sprawiedliwości. Fred miewał swoje sprawy. Takie od początku jego, oparte na własnych kontaktach. Jedną z nich była akcja w mieszkaniu pewnego geja na ulicy Podwale.

Cynk mówił, że jeden z poszukiwanych listem gończym delikwentów miał się tam w najbliższym czasie zjawić. Kiedy dokładnie? Tego uchol nie wiedział, najsensowniejszą opcją było więc urządzenie kotła, czyli wbicie na mieszkanie, zamelinowanie się tam i czekanie na zbira do skutku. Na akcję pojechał Fred, drugi poszukiwacz – Młody, i Jędrek z jedynki, czyli sekcji zabójstw i rozbojów.

Jak na psa z tej sekcji Jędrek był wielki i solidny. Mocarny na pewno, ale nie powiem posągowy, bo jednak życie dało mu się we znaki. Wódka jako lekarstwo się nie sprawdziła, za to weszła w nawyk i wychodziła bokiem. Chlanie nawet ponad nasze normy nie przeszkadzało mu jednak wykonywać swojej roboty dobrze i skutecznie. W dodatku był uczynny, chętny do pomocy i można było na nim polegać.

Jędrek, trzeba też przyznać, umiał robić odpowiednie wrażenie. Gdy chłopaki już się zjawili na miejscu i weszli do mieszkania, gospodarz mało nie narobił pod siebie i gdyby Jędrek sam tego dobrowolnie nie zrobił, tamten pewnie nawet nie poprosiłby ich o wylegitymowanie. Potem facecik już tylko patrzył smętnie, jak trzech milicjantów przeszukuje mu dokładnie mieszkanie. I nawet jeśli odetchnął z ulgą, gdy nic nie znaleźli, to zaraz na nowo spochmurniał.

– No to co, panowie? Kocioł – zakomenderował Fred, rozsiadając się na kanapie.

Gospodarz wiedział, co to znaczy – być może z autopsji, choć zdecydowanie bardziej z przygód Hansa Klossa i akcji smutnych panów w czarnych płaszczach – i wcale mu się to nie uśmiechało. Kocioł oznaczał nie tylko, że ci trzej będą tu siedzieć nie wiadomo ile, ale też, że ktokolwiek się pojawi, zostanie z nimi, dopóki sprawa się nie rozwiąże. A że bywali u niego różni goście, sytuacja dość szybko mogła stać się naprawdę problematyczna.

Można było odnieść wrażenie, że na razie sprawa przebiegała wzorcowo, ale należy pamiętać, że odpowiadał za nią Fred. To na nim ciążył obowiązek zgłoszenia o prowadzeniu działań jednostce, na której terenie owe działania się odbywały. Powiadomienie to nie było kurtuazyjne, wiązało się z bardzo konkretnymi procedurami i skutkami, które z takiego kotła mogły wyniknąć. Mogłoby na przykład zapobiec pojawieniu się w zabezpieczonym mieszkaniu... listonosza, mającego przy sobie, oprócz listów, pieniądze na emerytury, blisko trzy miliony złotych.

Fred jednak nie dopilnował i listonosz się zjawił. Co właściwie jeszcze nie było aż takim problemem. Z podobnej sytuacji można było pewnie jeszcze jakoś wyjść, ale zero siedem Fred Borewicz, podekscytowany akcją, uznał, że to nie może być przypadek, listonosz na bank jest w zmowie z przestępcami, i że jeśli teraz dadzą mu odejść, to od razu zawiadomi poszukiwanego o kotle. Więc go zatrzymał i tak siedzieli już w pięciu na mieszkaniu.

W zasadzie było im tam wygodnie, zwłaszcza Fredowi, który szybko poczuł się jak u siebie. Zdjął buty, rozsiadł się w fotelu, kawę czy herbatę zamawiał jak w restauracji. Ponieważ nade wszystko był jednak człowiekiem czynu, szybko zaczął się nudzić i dumać, co by tu robić. W końcu wyciągnął z kieszeni płaszcza sfatygowane karty i zaproponował grę. Wszyscy przystali na propozycję, a wtedy Fred wyjął z kabury pistolet, trzepnął nim o stół i kategorycznym tonem ogłosił:

– W tym gronie, nikt, kurwa, oszukiwał nie będzie!

A potem na spokojnie przetasował karty i rozdał, raz po raz denerwując się na gospodarza, że ten gra, jakby nie umiał się skupić.

W ciągu tych godzin, które w mieszkaniu wlokły się niemiłosiernie, poza nim wydarzenia nabierały rozpędu. Powodem był telefon na pobliską komendę od zaniepokojonej naczelnik urzędu pocztowego, która szczerze martwiła się o zaginionego w akcji listonosza. Sprawę potraktowano priorytetowo, bo potencjalny motyw ewentualnych sprawców był jasny – doręczyciel miał przy sobie pokaźną kwotę na emerytury. Do akcji poszukiwawczej włączono więc z początku wszystkich na służbie, a potem ściągnięto także tych z innych zmian. Gorączkowe przetrząsanie krzaków, bram, pukanie do domów, rozmowy ze świadkami z czasem zawęziły pole poszukiwań do ulicy Podwale.

Zanim jednak nocną porą milicjanci dotarli do właściwego mieszkania, w tym zjawił się wyczekiwany pacjent. Fred z chłopakami zawinęli go i dumni z siebie ogłosili koniec kotła.

– Możesz już iść – Kulapeta zwrócił się do listonosza i nie oglądając się na gospodarza i kolegów, wyszedł z mieszkania. Dochodziła trzecia.

Następnego dnia, gdy cała afera wybuchła mu w twarz, nie krył wzburzenia.

– Ale ja to przecież wszystko zgłosiłem zgodnie z procedurami! – zapewniał naczelnika. – To wszystko z zazdrości o sukces, szefie! I dlatego, że mają tam taki burdel i nie przekazują sobie informacji. Ale to przecież nie nasze zmartwienie. Ja ich uczyć roboty nie będę, nie?

Z tym naczelnik mógł się bezwarunkowo zgodzić. Fred nigdy nikogo milicyjnego fachu uczyć nie powinien.

4

Naczelnik wydziału, ten sam, który powitał mnie pierwszego dnia słowem „kochany”, odznaczał się wyjątkową cierpliwością i ponadprzeciętną charyzmą. Byliśmy przecież, co łatwo można wywnioskować z poprzednich opowieści, grupą prawdziwych indywidualistów o różnych celach. A mimo to, gdy Hrabia – tak go bowiem nazywaliśmy – zjawiał się w biurze, wystarczyło, że rzucił hasło i wszyscy z miejsca brali się do roboty, nawet po godzinach. Bez wymówek, że dziecko trzeba ze szkoły, teściową z dworca albo że rocznica i baba w domu w peniuarze i z kolacją. Hrabia tyle razy stawał za nami murem, a teraz każe, znaczy trzeba. Bez powodu by nie trzymał.

Jeśli ktoś uznał właśnie, że to wrodzonej szlachetności, charyzmie i zdolnościom przywódczym naczelnik zawdzięczał swoją ksywkę, już wyprowadzam z błędu. Psie imiona rzadko są dowodem uznania, zwykle biorą się z przypadku, z gadania w przerwach, a potem przyklejają się niczym mokry strzępek gazety do podeszwy buta.

Z naczelnikiem było tak, że odziedziczył dom. Żaden tam dworek, ot zwykły domek w zabudowie szeregowej, ale dla nas i tak naczelnik jawił się z miejsca jako pan na włościach.

– Jak hrabia jakiś – rzucił ktoś kiedyś, wypuszczając z płuc obłok papierosowego dymu. I tak zostało.

Wbrew ksywce Hrabia nigdy nie nabrał złych arystokratycznych nawyków, traktował wszystkich równo niezależnie od wieku, stażu pracy czy zasług. Wszyscy byliśmy „kochani”, a naczelnik doskonale orientował się w naszych codziennych sprawach, interesował się naszymi rodzinami, a nawet dbał o to, byśmy wszyscy stanowili jedną wielką wydziałową familię. Temu ostatniemu służyły organizowane raz po raz weekendowe wyjazdy, na które, zgodnie z założeniem, zabieraliśmy żony, partnerki, dzieci, pieski, koty czy co tam kto miał i czym chciał się pochwalić lub czego z jakiegoś powodu nie chciał opuszczać nawet na dwa dni.

Oczywiście każdy taki wypad stanowił w tamtych czasach poważne wyzwanie logistyczne, bo i ośrodek trzeba było znaleźć, i zawczasu zarezerwować, i nade wszystko zadbać o zaopatrzenie. O ile do tego pierwszego wystarczał ledwie jeden telefon, za resztą trzeba się było nachodzić i podjąć wspólny wysiłek. Tu jednak, przyznaję, sprzyjały nam ustrój i twarda litera prawa.

Alkohol na przykład. Jak powszechnie wiadomo, wyłącznie w trosce o zdrowie i samopoczucie obywateli, państwo bardzo poważnie strzegło – i wciąż strzeże – swego monopolu na wyrób i dystrybucję alkoholu, tępiąc za pomocą funkcjonariuszy i armii urzędników wszelkie rodzinne interesy i piwniczne manufakturki.

Oczywiście w zalewie spraw dużo poważniejszego kalibru mało kto miał czas na bimbrowników, ale gdy tylko pojawiała się zapowiedź rodzinnego wypadu, robiło się zrzutkę do kapelusza. Na stole lądowały jednak nie pieniądze, a kartki z adresami melin, na które każdy z nas miał oko. Szast-prast, realizacja i po ledwie paru godzinach okazywało się, że wydział dysponuje kilkoma setkami butelek gotowego wyrobu. Oczywiście zgodnie z procedurami przeznaczonego do utylizacji, ta jednak odbywała się we własnym zakresie. Znaczyło to mniej więcej tyle, że po przejściu wszystkich procedur bimber należało wylać do kanału i sporządzić stosowną notatkę.

A na czym polegała procedura, opowiem na przykładzie. Otóż każdorazowo po zarekwirowaniu alkoholu trzeba było z niego dostarczyć próbkę do badań laboratorium kryminalistycznemu. Jeździł z nimi ten, kto miał akurat po drodze, i któregoś dnia wypadło na mnie, więc pojechałem zaopatrzony w dwie zaplombowane butelki.

– Dlaczego dwie? To ten sam bimber przecież – zapytałem dochodzeniowca, który mi je wręczył.

– A jak będzie dobry, to co? – zdziwił się tamten. – Ci w laboratorium chorzy są? Pić, kurwa, nie mogą?

Palnąłem się w czoło, bo w sumie logiczne. Kto by dobry bimber do kanału spuszczał. Gdzie jak gdzie, ale w laboratorium kryminalistycznym dokładnie to sprawdzą. Ocenią procenty, stopień zanieczyszczeń, pewnie odsączą wszystkie fuzle, odwirują, a wszystko to, przelewając trunek z kolby do kolby, oglądając probówki i dodając odczynniki. No cóż, rzeczywistość wyglądała trochę inaczej.

– Co tam ma? – zapytała pani w laboratorium.

Pokazałem butelki, a ona wzięła jedną, odkorkowała i upiła solidny łyk. Chwilę bełtała alkohol w ustach, wypluła i otarła wargi rękawem.

– Dobry – zaopiniowała. – Około siedemdziesięciu wolt, zanieczyszczenia w normie. Zostawi tę butelkę, zaraz wypiszę papier.

Już z kwitem wróciłem do fabryki, dołączając zachowaną, wciąż zaplombowaną próbkę do pozostałych osiemdziesięciu litrów tego samego bimbru, i wypełniłem kwity o komisyjne zniszczenie.

Ale przecież nie samym alkoholem człowiek żyje! Nawet jeśli nam samym mógł on w zasadzie wystarczyć, by dobrze się bawić przez dwa dni, to przecież na wyjazdach były z nami rodziny. Dziecku nie polejesz, a zawsze to przyjemniej, gdy coś tam nad ogniskiem skwierczy tłuszczem.

Szczęśliwie dla nas komenda, w której służyliśmy, obejmowała swoim rejonem nie tylko osiedla mieszkaniowe, ale również typowo rolnicze peryferia. A wiadomo – gdzie rolnicy, tam i PGR. Ten „nasz” w dodatku wyjątkowo prężnie działający i mający w zarządzaniu zarówno pola oraz sady, jak i hodowlę trzody oraz masarnię. A że z racji częstych przypadków podkradania tamtejszego dobra przez miejscowych byliśmy w tych okolicach służbowo dość częstymi gośćmi, niektórzy z nas – jak choćby Szyjka – całkiem szybko wypracowali sobie z dyrektorem PGR-u płaszczyznę porozumienia opartą na wzajemnych przysługach.

I tak na przykład, gdy zbliżał się wyjazd, wysłani milicjanci jechali na miejsce z pieniędzmi, by dokonać jak najbardziej legalnego zakupu świniaka. Dyrektor wyszukiwał wtedy specjalnie dla nas taką mizerną chudzinkę, nie cięższą niż trzydzieści kilo, i wprowadzał na wagę. Wartość wagowego języczka wpisywano, dopełniano formalności, a w tym czasie świnka dyskretnie tyła sobie w kącie, aż osiągała dorodne sto kilo. I taka właśnie ostatecznie stanowiła dla nas podstawę do kaszanek, salcesonów i innych. Te wyrabiał dla nas zaufany masarz, kiełbasę natomiast robiliśmy sami, mieszając mięcho w wannie w domu jednego z kolegów. Zwykle takie mieszanie i nabijanie w kiszki przeciągało się do późnej nocy, a kwestią dyskusyjną pozostawało, czy flaszki przyniesione przez doglądającego nas Hrabiego pomagały podczas tych czynności czy wręcz przeciwnie.

W końcu nadchodził dzień wyjazdu. Ten konkretny odbywał się zimą w zaprzyjaźnionym ośrodku w górach. Pogoda ładna, mroźna, dzieciaki podekscytowane, bo przecież zaplanowaliśmy dla nich szereg typowo zimowych atrakcji. To wszystko miało się jednak zacząć następnego dnia, bo zaraz po przyjeździe większość z nas zasiadła do suto zastawionego powitalnego stołu, by nadrobić wszystkie towarzyskie zaległości, jakie narosły od ostatniego wypadu. A że było ich sporo, a stół wręcz się uginał – tym razem za organizację i zaopatrzenie odpowiadaliśmy Szyjka i ja – powitalny posiłek płynnie przeszedł w wieczorną nasiadówkę.

Wtedy zjawił się wcześniej zaproszony szef ośrodka wraz z małżonką i dodatkowym gościem, oficerem Wojska Polskiego.

Oficer, którego nam przedstawiono – choć wątpię, by ktokolwiek to w tamtym momencie zarejestrował – mimo że w mundurze, nie prezentował się najlepiej. Gębę i szyję miał czerwone, guziki niedopięte, a spojrzenie tak szkliste i jednocześnie mętne jak u trupa. Wydawało się, że długo nie usiedzi, tak się zrazu gibał i kołysał, ale posadzony przy stole i podkarmiony, czym chata i stół bogate, częściowo odzyskał animusz.

I wtedy wylazło, że mimo munduru i pagonów żaden z niego oficer, a zwyczajna ciura! Najpierw próbowaliśmy go lekceważyć, zbywaliśmy jego próby bratania się, pijackiego obściskiwania i wznoszenia durnych, bełkotliwych toastów. Trudniej było znieść, gdy przystawiał się do naszych partnerek, a to ordynarnie je komplementując, a to bez skrępowania składając wulgarne propozycje. Instynktu miał na tyle, że jak któremu z nas zacisnęła się pięść czy naprężył kark, to zaraz ręce przed siebie i że żartował. Bełkotał przy tym i pluł się tak, że obrzydzenie brało nawet i w mordę dać. No ale gość, przyjaciel gospodarza, w dodatku oficer Wojska Polskiego.

W końcu jednak nadeszła długo wyczekiwana przez nas chwila. Żołnierz, zupełnie przekraczając granice przyzwoitości, złapał szklankę i wylawszy z niej herbatę, zaczął do niej zlewać... zawartość naszych kieliszków. I nie robiło mu różnicy, czy to czysta wódka, czy damskie, kolorowe drinki. Sunął wzdłuż stołu, szarpiąc obrus, łapał kieliszki, coś tam krzyczał i chlup do szklanki. Gdy w końcu dwóch doskoczyło do niego, by go powstrzymać, żołnierz uniósł palec na znak, by zaczekali, podniósł szklankę do ust i wypił wszystko duszkiem. A potem wyprężył się jak do zasadniczej, błysnął białkami oczu i byłby runął jak długi, gdyby go tamci nie złapali.

– Co z nim? – zapytał jeden, chyba Szyjka.

Hrabia zerknął z ukosa na gospodarza, jakby upewniał się, co on na to. W końcu machnął ręką.

– Posadźcie go, kochani, na krześle w kącie i niech śpi. Tylko tak, co by się nie zadławił.

Polecenie wykonano i mimo tego incydentu miły dla wszystkich wieczór, wciąż jeszcze całkiem wczesny, nadal trwał. Toczyły się luźne rozmowy, dzieciaki bawiące się na korytarzach zamkniętego dla obcych ośrodka raz po raz wpadały, a to po ciasto, a to żeby coś rodzicom opowiedzieć lub wziąć klucze do pokoju. Niemal już zapomnieliśmy o śpiącym oficerze, kiedy nagle z kąta dobiegł nas głośny dziecięcy wrzask i zaraz potem histeryczny płacz.

Odwróciliśmy się wszyscy w tamtą stronę i zobaczyliśmy, jak ten skurwiel z półprzymkniętymi oczami obmacuje niezdarnie trzymaną na kolanach kilkuletnią córkę poszukiwacza Mańka. Dziewczynka wpadła chwilę temu do sali po coś słodkiego i wciąż jeszcze trzymała schwytane ciastko w dłoni, gdy wojskowy, zapewne w pijackim widzie zakładając, że to któraś z żon, najpierw złapał ją i przyciągnął do siebie, a następnie chwycił ją za krocze.

Poderwali się wszyscy, a rzucone w stronę gnoja wyzwiska bardziej niż słowa przypominały psie warczenie. Nawet wtedy jednak, w całym tym wzburzeniu, wiedzieliśmy, do czego nie można dopuścić. Gdyby teraz ten pijany zboczeniec znalazł się w zasięgu rąk Mańka, ani chybi nasz kolega poszedłby siedzieć jak za człowieka. Dlatego ktoś go przytomnie przytrzymał, ktoś inny wyrwał rozhisteryzowaną małą oficerkowi i oddał ją pod opiekę mamy, a Szyjka i ja, czując się za tę imprezę odpowiedzialni, wzięliśmy gnoja pod ramiona i wyprowadziliśmy z budynku na oblodzone, zaśnieżone podwórze.

– Powinniśmy go, kurwa, rozebrać do gołej dupy – zauważył Szyjka. – Choćby z szacunku do munduru.

– Powinniśmy – zgodziłem się. Ale że na zewnątrz robiło się coraz chłodniej, za godzinę mogło być nawet i trzydzieści stopni na minusie, więc ograniczyliśmy się do wypalenia mu solidnego kopa w dupę, a potem zamknięcia za sobą drzwi na klucz, by więcej kutasa nie widzieć. Wróciliśmy do towarzystwa powoli dochodzącego do siebie po tym incydencie i obaj wzięliśmy po kielichu, zakładając, że ostatecznie zamknęliśmy temat tego kutafona. Jakże byliśmy naiwni.

Następnego dnia rano obudziło mnie łomotanie do drzwi pokoju. W progu stał Szyjka, trochę wczorajszy, ale całkowicie rozbudzony.

– Afera jest – powiedział. – Miejscowy przyszedł i prokurator jakiś. Chcą nas widzieć.

– Nas, czyli kogo? – Wyrwany ze snu i trochę skacowany, potrzebowałem chwili, by zacząć normalnie myśleć.

– No, mnie i ciebie. Organizatorów. Chodzi o tego pedofila z wczoraj. Chyba ktoś mu po nas wpierdol spuścił.

Zamknąłem oczy i westchnąłem głośno.

– Daj mi chwilę, ubiorę się.

W pokoju kierownika, dokąd nas wezwano, faktycznie znajdował się komendant miejscowej policji, a obok niego prokurator – tych zawsze łatwo było rozpoznać, bardziej nawet po twarzy niż po garniturze, nie musieli się nawet przedstawiać – jeszcze jeden facet, no i oczywiście, pan „obmacujący małe dziewczynki”. Tym razem nie miał na sobie munduru, siedział taki skulony, a gęba faktycznie, jakby kto po ekranie telewizora magnesem przejechał. Wszystkie kolory i odcienie rozlewające się w jedną napuchniętą, koślawą maskę.

I dobrze ci tak, chuju, pomyślałem. Ale na zewnątrz pełna powaga.

– Co się stało i jak możemy pomóc? – zapytałem.

Miejscowy napuszył się jak indyk.

– Pomóc? Pomóc, kurwa?! Żadne pomóc! Wczoraj w nocy ktoś na terenie ośrodka pobił tego oto oficera. A tylko wy tu jesteście!

Wycelował we mnie palcem niczym detektyw ze starej powieści kryminalnej, który po długim procesie dedukcji wreszcie wskazuje sprawcę zbrodni.