Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2007

Beznadziejna ucieczka przed Basią. Reportaże seksualne ebook

Katarzyna Surmiak-Domańska

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 224 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Beznadziejna ucieczka przed Basią. Reportaże seksualne - Katarzyna Surmiak-Domańska

Wbrew temu, co sugeruje podtytuł, nie jest to książka o uprawianiu seksu. To zbiór biografii mieszkających w Polsce i nie tylko transwestytów, transseksualistów, prostytutek, homoseksualistów wychowujących dzieci. Wszystkich bohaterów z tekstów Surmiak-Domańskiej łączy odrzucenie przez większość społeczeństwa. Każdy z nich uwikłał się w jakiś życiowy dramat i stał się sprawcą cudzego dramatu. Na przykład Anna, transseksualistka, która po źle przeprowadzonej operacji w państwowej klinice wegetuje jako ni to kobieta, ni to mężczyzna; eksmężczyzna i ekskobieta, którzy walczą o swój związek, pozostawiwszy małżonków i dzieci z czasów poprzedniej osobowości; upośledzony psychicznie homoseksualista, który molestuje seksualnie jeszcze bardziej upośledzonych. Takich ludzi wśród nas jest wielu, mają dowody osobiste i prawo wyborcze. Może warto ich poznać? Opowiedziane historie skłaniają do refleksji, że są wśród nas osoby, które czują się napiętnowane i inne z powodu swoich preferencji seksualnych. Osoby, które tak samo jak inni czują, kochają i chcą być kochane. prof. Zbigniew Lew-Starowicz

Opinie o ebooku Beznadziejna ucieczka przed Basią. Reportaże seksualne - Katarzyna Surmiak-Domańska

Fragment ebooka Beznadziejna ucieczka przed Basią. Reportaże seksualne - Katarzyna Surmiak-Domańska

Katarzyna Surmiak-Domańska Beznadziejna ucieczka przed Basią Reportaże seksualne

Katarzyna Surmiak-Domańska

Beznadziejna ucieczka przed Basią

Reportaże seksualne

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

W nie swojej skórze

Beznadziejna ucieczka przed Basią

Podporucznik Maj stał, tak jak się umówiliśmy, z „Wyborczą” w ręku, w hali głównej Dworca Centralnego w Warszawie, przy kasie numer jeden. Przyjechał służbowo kupi. magnetowid. Ubrał się po cywilnemu.

Przyglądałam mu się przez chwilę z daleka, jak rozgląda się niespokojnie na boki, trzymając gazetę jak halabardę. Gdy podeszłam, zaczerwienił się.

– Może ten tekst powinien pisa. mężczyzna – przyszło mi do głowy.

– Tego, co pani opowiem, nie mówiłem jeszcze nigdy nikomu – powiedział poważnie, patrząc w sernik w barze Champions, gdy kelnerka, która go przyniosła, oddaliła się na bezpieczną odległość.

Niełatwo było się umówić z podporucznikiem. Zadzwonił do mnie dwa miesiące wcześniej, odpowiadając na anons w magazynie „Seksrety”, w którym napisałam, że szukam rozmówców do reportażu o transwestytach. Powiedziałam, że oddzwonię, ale tu pojawił się problem. Podporucznik nie chciał podać mi numeru telefonu, ani do jednostki, ani tym bardziej do domu, gdzie mogłabym natknąć się na jego żonę. Podał mi tylko numer swojej skrytki pocztowej.

Wysłałam więc list na adres „Dorota Maj” (dlatego nazywam podporucznika – Maj, prawdziwego nazwiska nie znam) o treści „czekam na telefon”. Wkrótce zadzwonił ponownie. Mimo że mieszka w dużym mieście, bał się spotka. ze mną na swoim terenie:

– Może to obsesja, ale wolę przyjechać do pani.

Zaczyna od kategorycznego zastrzeżenia, że nie jest homoseksualistą: – Na myśl o zbliżeniu z mężczyzną robi mi się niedobrze. Moja, nazwijmy to, słabość bierze się z uwielbienia dla kobiet. Fascynują mnie one do tego stopnia, że aż pragnę odgrywać ich rolę.

– Tak? – uśmiecham się kokieteryjnie. – A co takiego pana fascynuje w kobietach?

– Delikatność! – odpowiada bez namysłu. – Te słodkie fatałaszki, pończoszki… Intryguje mnie, jak się czuje człowiek ubrany w coś takiego. Jaką trzeba mieć osobowość, żeby czuć się w tym dobrze. I ja chcę mieć tę osobowość – na chwilę, na dwie. A potem bezpiecznie wrócić do swojego ciała.

– Zaczęło się chyba od nóg Sophii Loren. Telewizja pokazywała serię jej filmów. W każdym eksponowała piękne nogi w pończochach. A ja miałem dziesięć lat. To, że chłopca pociągają zgrabne nogi, nie jest niczym dziwnym, ale mnie pociągały inaczej. W szufladzie mamy były jedwabne pończochy. Kiedy mama je nakładała, jej pulchne nogi wyglądały smuklej. Gdy nikogo nie było w domu, przechadzałem się po mieszkaniu w pończochach i wyskakiwałem z nich jak oparzony za każdym razem, gdy winda stawała na naszym piętrze. Potem śmielej sięgałem również po koronkowe majtki starszej siostry. Miała ich tyle, że czasem podkradałem sobie parę czy dwie. W siódmej klasie w dni, kiedy nie było wuefu, wkładałem je pod dżinsy. To był taki mój mały sekret. Lubiłem, gdy szczypały mnie w pośladki. Wyobrażałem sobie, że czuję to samo co dziewczyny, które siedziały w ławce przede mną.

Sporty uznawałem wyłącznie męskie: boks, koszykówka, piłka nożna. Życie seksualne zacząłem w liceum. Nigdy nie ośmieliłem się zaproponować swojej dziewczynie, że przymierzę jej rzeczy, ale zawsze nalegałem, żeby sama wkładała pod spód coś koronkowego. I pończochy. Koniecznie pończochy, nienawidzę rajstop. Kupowałem Joli koronkową bieliznę. Wiem nawet, że chwaliła się koleżankom. To było takie męskie, kupować kobiecie coś tak kontrastującego z moją własną powierzchownością. Nie wiedziała, że kiedy brała prysznic, przymierzałem przed lustrem jej stanik i wsuwkę do włosów z brylancikami.

W trzeciej klasie postanowiłem kupić sobie coś własnego. W butiku na drugim końcu miasta poprosiłem o parę cienkich czarnych pończoch. Nie lubię kabaretek – pończochy muszą być gładkie, jedwabiste, słodko ulegać opuszkom palców. Nie będę mówić, jak długo krążyłem wokół sklepu, zanim wszedłem. Oświadczyłem, że potrzebuję pończoch na prezent – dzisiaj myślę, że taki wstęp od razu zdradza transwestytę.

Pękatą zieloną reklamówkę podporucznik, czyli wówczas siedemnastoletni Wojtek, ukrył w piwnicy za rowerem i pudłami z bombkami na choinkę. Nikt nie miał szansy jej znaleźć, chyba żeby ojcu przyszło do głowy robić generalne porządki. W reklamówce chłopiec zgromadził swoje skarby – pończochy samonośne czarne, kilka par cielistych, bluzkę koszulową w żółte róże, granatową spódnicę na gumkę, biały biustonosz, majtki siostry, perukę, kosmetyki, lusterko turystyczne, świeczkę.

– To były rzeczy raczej tanie. Z funduszami było kiepsko, bo na wszystko szło z kieszonkowego.

– Przebierał się pan w piwnicy?

– Tam było mało miejsca. Gdy nikogo nie było w domu, schodziłem do piwnicy i przynosiłem torbę na górę. Ubierałem się przed lustrem. Potem w przebraniu oglądałem telewizję, odrabiałem lekcje, gotowałem sobie obiad, a wszystkie te czynności sprawiały mi nieznaną dotąd przyjemność.

W lustrze upewniał się, że nie jest już Wojtkiem z III b, ale zupełnie nowym człowiekiem. Kobietą. Może nie superatrakcyjną, ale na pewno kobietą – trochę misiowatą, nieporadną, ciepłą, nieśmiałą, odrobinę kokietką. Żal mu jej było, że ma taką smutną twarz. Tak strasznie ciągnęło ją do ludzi, na ulicę, do ciekawskich spojrzeń mężczyzn i oceniającego wzroku innych kobiet. Zasługiwała na to. W końcu była jego najbliższym przyjacielem.

– Muszę to zrobić, muszę wyjść – postanowił.

– Moje drugie wcielenie chciało żyć własnym życiem, ale w tym czasie Wojtek musiał też istnieć, żeby nie było wpadki – tłumaczy mi podporucznik. – Basia musiała mieć alibi.

– Basia?

– Tak. Nazywałem ją Basia, to moje drugie wcielenie.

– Dlaczego właśnie Basia?

– Bo w tym imieniu jest słodycz, wdzięk i niewinność, jak w Hajduczku zPana Wołodyjowskiego.

Basia była blondynką o platynowych anglezach – takich jak peruka, którą Wojtek pożyczył od koleżanki niby na bal przebierańców, a potem, niby po pijaku, zgubił. Miała długie nogi w czarnych pończochach. Ponieważ nie mogła codziennie depilować łydek, pod cienkie kryształki wkładała dwie lub nawet trzy pary zwykłych cielistych pończoch. W ten sposób uzyskiwała czarną gładkość, a nogi ponętnie się zaokrąglały. Malowała się dość jaskrawo i często miała poplamione tuszem powieki. Nie wiedziała jeszcze, że rzęsy maluje się wyłącznie od spodu.

– W soboty wieczorem mówiłem rodzicom, że wychodzę na imprezę i wrócę o pierwszej w nocy. Rzeczywiście szedłem na jakąś prywatkę z kumplami, ale tego wieczoru, kiedy miałem spotkanie z Basią, byłem od początku zabawy podenerwowany. Nie mogłem się doczekać dziesiątej, kiedy za oknami było już ciemno i ulice zaczynały się wyludniać. Wtedy żegnałem się z przyjaciółmi. – Co jest? Młoda godzina, stary – dziwili się. – Mam jeszcze drugą imprezę – odpowiadałem pokrętnie, a oni rechotali obleśnie. Wsiadałem w autobus do domu, ale wysiadałem przystanek wcześniej. Przemykałem się chyłkiem do bloku, żeby nie natknąć się na sąsiadów, wchodziłem do klatki schodowej, ale zamiast iść do windy, schodziłem do piwnicy. Wkładałem ubranie Basi, na pudełku z bombkami rozkładałem lusterko, zapalałem świeczkę i malowałem się. Z duszą na ramieniu wychodziłem na zewnątrz. Oczywiście nie swoją klatką. Piwnica miała przejście pod całym długim blokiem, więc wychodziłem kilka klatek dalej i od tego momentu nie miałem już nic wspólnego z Wojtkiem. Początkowo prawie sparaliżowany ze strachu i z podniecenia dreptałem po alejkach w parku. Nie zapomnę wrażenia, kiedy wiatr pierwszy raz zawiał spódnicą i schłodził mi pośladki. Była pogodna majowa noc i niebo całe w gwiazdach. – Życie bywa niesamowite – pomyślałem.

Nagle wyrósł przede mną pijany drab. – Ej, królowo, daj no na wino – wybełkotał, zasłaniając mi ciałem ścieżkę. Facet był niższy ode mnie, podpity i raczej cherlawy. Wystarczyło otwartą dłonią pchnąć go w czoło. Ale poddać się tak szybko, dać się zdemaskować tak łatwo? O nie! – Przepraszam, śpieszę się do dziecka – zapiszczałem cienko i umknąłem przez trawnik. Wbiegłem do piwnicy z wypiekami na twarzy. Jestem kobietą! Jestem kobietą! – krzyczałem szeptem. Serce waliło jak głupie, zmywałem makijaż, a tusz mieszał mi się na waciku ze łzami. Czułem dumę, tkliwość. Nigdy nic nie wzbudziło we mnie równie żywych uczuć.

Stary Testament mówi: „Jeśli mężczyźni przebierają się w stroje kobiet, to ich krew spadnie na nich”. Kultura europejska przejęła od Żydów tę surowość, ale transwestytów nie wypleniła. Słowo,,transwestytyzm" pochodzi z łaciny.Transoznacza: za, poza, z tamtej strony, avestitus– odziany. Typowy transwestyta to pozornie zupełnie normalny facet, który ubiera się i zachowuje po męsku. Jednak od zwykłego mężczyzny różni się tym, że co pewien czas, najczęściej pod wpływem podniecenia seksualnego, pojawia się u niego potrzeba włożenia kobiecego stroju i występowania w roli kobiety. Wtedy „opuszcza” swoją płeć i pozostaje w obrębie tej drugiej przez cały czas podniecenia. Po orgazmie, będącym najczęściej wynikiem masturbacji, wraca do swego biologicznego wcielenia. Zazwyczaj transwestyta nie jest homoseksualistą. Po prostu nosi w sobie dwie osobowości – żeńską i męską, a każda z nich ma osobny zbiór cech i zachowań.

Transwestyci zwykle kompromisowo przywdziewają tylko części damskiej garderoby, na przykład bieliznę. Lepiej mają transwestytki, bo kobieta w męskim stroju nie zwraca uwagi. Można wyobrazić sobie sytuację, kiedy kobieta w ogóle nie zdaje sobie sprawy z własnej inwersji.

Transwestytyzm, tak jak i inne zaburzenia identyfikacji płciowej, dotyka przeważnie mężczyzn. Teoria hormonalna tłumaczy to tym, że mężczyźni jeszcze w łonie matki zostają poddani działaniu hormonów przekształcających ich mózg z naturalnego modelu żeńskiego, który występuje u każdego z nas w pierwszych tygodniach od poczęcia, niezależnie od naszej ostatecznej płci. Mózgi mężczyzn muszą zostać nasycone dodatkowymi dawkami hormonów męskich, a ich struktura musi ulec zmianie. Przy okazji takiej przebudowy szansa błędu jest znacznie większa niż u kobiety, której mózg nie potrzebuje żadnych zmian.

Wojtek zdał maturę. Jasne było, że wyjedzie, bo w jego mieście nie było żadnej wyższej uczelni. Zdecydował się na wyższą szkołę wojskową. Wojskowi mieli dobrą pracę i szybko dostawali mieszkanie.

– Był jeszcze jeden powód – przyznaje podporucznik. – Zacząłem się zastanawiać, czy ja z tą Basią nie popadam czasem w schizofrenię. Przebieranie stało się niebezpiecznie łatwe. Nawet w zimie wychodziłem raz na tydzień w starym futrze mamy. Jola niczego się nie domyślała. A ja bałem się, że jak tak dalej pójdzie, wyląduję w psychiatryku. Postanowiłem skończyć z Basią.

Szkoła wojskowa z internatem była gwarancją, że żadne przebieranki nie przyjdą mi już do głowy. Tam nie dałoby się tego ukryć. To byłby koniec mojej kariery, a ja zamierzałem zrobić w wojsku karierę. Basia to był w końcu tylko jeden z aspektów mojego życia, może nawet margines.

Któregoś wieczoru Wojtek wyniósł z piwnicy zieloną reklamówkę i całą jej zawartość wrzucił do kontenera na śmieci. – Żegnaj – pomyślał.

Tego dnia pożegnał się też z Jolą – swoją dziewczyną. Powiedziała: albo wojsko, albo ja. Liczyła na to, że Wojtek zostanie w miasteczku i prędko się z nią ożeni.

– Fajnie było w tej szkole wojskowej? – pytam.

– Uhm – przytakuje podporucznik, przełykając kawę.

– Męskie towarzystwo, męskie rozrywki…

– Codziennie od szóstej rano trzykilometrowy marszobieg, byłem najlepszy w strzelaniu…

– I nie korciło pana, żeby się przebierać?

– Tam jakoś nie. To znaczy, może tak: do tego stopnia czułem, że to mogłoby mi rozwalić życie, że w ogóle to wyrzuciłem z głowy.

Czasem wychodzili wieczorami do dyskoteki. Wojtek starał się oglądać dużo dziewczyn i to mu wystarczało. Przynajmniej tak sam siebie przekonywał. Przez dwa lata nie założył żadnego damskiego fatałaszka. Uznał, że się wyleczył.

Tak więc kiedy pewnego razu przed weekendem, na który wybierał się do rodziców, usłyszał przez telefon od mamy: „Wojtusiu, ale my w piątek jedziemy na wesele, będziemy dopiero w sobotę po południu” – tak jakoś odpowiedziało mu się:,,Nie szkodzi, mamo, to ja przyjadę w piątek wieczorem i poczekam na was w domu".

Kiedy to powiedział, to tak jakby podjął decyzję. Krew wesoło zabulgotała w żyłach. Poleciał do sklepu po nowy strój dla Basi.

W XVIII wieku we Francji żył szlachcic, kawaler d'Eon. Słynął z erudycji i biegłego władania szpadą. Ale główną przyczyną jego sławy stała się skłonność do przywdziewania niewieścich szat. Był dyplomatą. Reprezentował króla Francji Ludwika XXV na dworach w Londynie i Wiedniu, a w Petersburgu został nawet mianowany pierwszym sekretarzem ambasady francuskiej. Zanim jednak objął to stanowisko, udał się na dwór cara w przebraniu kobiety i oświadczył, że jest siostrą kawalera d'Eon (imieniem Lia), który ma wkrótce nadciągnąć z Paryża. Inteligencja i wdzięk Lii sprawiły, że stała się ulubienicą otoczenia carycy Elżbiety. Przez kilka miesięcy dzieliła sypialnię z jedną z dam dworu i nie wzbudziła jakichkolwiek wątpliwości co do podawanej przez siebie płci. Kiedy rok później Eon zjawił się w Petersburgu już we własnym, męskim wcieleniu, nikt nie przypuszczał, że Lia i on to ta sama osoba.

Kłopoty zaczęły się, gdy Eon pojawił się na dworze angielskim, aby negocjować warunki pokoju paryskiego. Chcąc skompromitować negocjatora, przeciwnicy polityczni zaczęli plotkować, że jest kobietą. Jednak zamiast wzbudzać kpiny, Eon zaintrygował otoczenie. Po obu stronach kanału La Manche robiono nawet zakłady, jakiej naprawdę jest płci. Ktoś zaproponował mu majątek tylko za poddanie się badaniu lekarskiemu. Oczywiście, Eon jako szlachcic nigdy by nie przyjął takiej propozycji. Wybrał inne wyjście. Każdego, kto ośmielał się wątpić w jego męskość, wyzywał na pojedynek, a szpadą, jak wiemy, posługiwał się sprawnie. Lęk przed nią sprawił, że plotki przycichły, ale wtedy z Eonem stało się coś dziwnego. Nagle, jakby zdezorientowany słabnącym wokół siebie zainteresowaniem, oświadczył publicznie, że jest kobietą. Wkrótce, wystraszony własną śmiałością, wszystko odwołał.

Kawaler d'Eon był wiernym poddanym. Na cele królewskich misji łożył często z własnej kiesy. Czasem zaciągał długi, aby tylko godnie reprezentować swój kraj. Ludwik XV zawdzięczał mu niemało. Ale Ludwikowi XVI nie na rękę był powrót Eona z Londynu. Przypuszczalnie nie miał ochoty spłacać długów swego poprzednika, zaciągniętych w jego imieniu przez Eona. Poza tym wielu dworzanom, którzy obrazili Eona, jego powrót groził pojedynkiem. Ludwik XVI wybrał rozwiązanie tyleż sprytne, co perwersyjne. Napisał kawalerowi, że warunkiem jego powrotu na dwór francuski jest „zdjęcie munduru dragonów i przywdzianie stroju stosownego dla przyrodzonej mu płci niewieściej”.

Eon nie miał wyboru. Poza królewską szkatułą nie miał źródeł dochodu. Na dworze królewskiej małżonki Marii Antoniny znów brylował jako dama. Królowa użyczała mu swojego krawca i fryzjera i opłacała rachunki. Panna d'Eon była tak samo popularna jak dawniej kawaler, choć w Wersalu nie brakowało pewnie osób, które pamiętały,,ją" sprzed lat. Jednak kawaler, nie mogąc już swobodnie wybierać między swoimi dwiema osobowościami, czuł się źle. Doszło do tego, że prowokacyjnie wystąpił publicznie w męskim stroju, za co król wtrącił go do więzienia.

Po skończeniu odsiadki rozgoryczony Eon wyemigrował do Anglii, gdzie po wybuchu rewolucji francuskiej pozostał bez grosza. Ostatnie piętnaście lat życia spędził w nędzy i opuszczeniu. Zmarł w Londynie w 1810 roku. Sekcja zwłok udowodniła, że miał ciało normalnego mężczyzny. Fakt ten wszystkich zaskoczył. Kobieta, w której domu mieszkał przez ostatnie lata życia, oraz medyk, odwiedzający go przed śmiercią, nie podejrzewali niczego nienormalnego w egzystencji spokojnej „staruszki”.

Z badań klinicznych wynika, że typowy transwestyta właśnie tak jak Eon nie może zdecydować się ostatecznie na żadną ze swoich dwóch osobowości. Każda z nich wybiera sobie właściwe imię, barwę i tonację głosu, wygląd, maniery, sposób poruszania się, strój, ozdoby oraz rodzaj wypoczynku i hobby. Od nazwiska Eona seksuolodzy utworzyli synonim transwestytyzmu – eonizm.

Po podwójnej porcji sernika z truskawkami i dużej czarnej kawie podporucznik staje się bardziej wylewny:

– Nawet pani sobie nie wyobraża, jak potrzebowałem tej rozmowy. Tak jakbym zrzucił z serca ciężki kamień.

– Może pan opowie teraz o swojej żonie – proponuję.

Podporucznik z uśmiechem rozkłada ręce: – Zakochałem się. Spokojna, ciepła, miała swoje zdanie, ale go nie narzucała, nie paliła, nie piła. Ważne było też wykształcenie. Żona jest lekarzem, pisze pracę doktorską. Pod jej wpływem podjąłem drugie studia – socjologię.

– A co jej się spodobało w panu?

– No cóż, jestem oficerem Wojska Polskiego – to budzi szacunek. Prowadzę zajęcia z żołnierzami – strzelanie i kształcenie obywatelskie. Już w czasach narzeczeństwa miałem mieszkanie, nieźle zarabiałem. Na niedzielne obiady u jej rodziców zawsze przychodziłem z kwiatami. Byłem tak zwaną dobrą partią. Bardzo kocham Patrycję i chłopców. Nie wyobrażam sobie życia bez nich, są najważniejsi…

– Ale coś nie gra…

– Coś nie gra – kiwa głową.

Pierwsze podejście podporucznik wykonał jeszcze przed ślubem. Kupił narzeczonej przezroczystą koszulkę nocną.

– To taki prezent dla ciebie, ale właściwie dla mnie – zażartował. Patrzył, jak z uśmiechem odwijała kolejne warstwy papieru. Kiedy otworzyła pudełko, uśmiech znikł.

– Nie podoba ci się – zmartwił się.

– Ja tego nie włożę – pokręciła głową.

– Dlaczego, kotku? – próbował ją objąć.

– Słuchaj, ja nie noszę takich rzeczy. To jest takie jakieś nieprzyzwoite i w ogóle…

– Nieprzyzwoite! Tak jakby seks mógł być przyzwoity! – prycha podporucznik, szukając poparcia w moim wzroku. – Więc o tym, żebym ja sam mógł się w to przebrać, kiedy będziemy się kochać, oczywiście już nawet nie wspomniałem.

Mimo to ożenił się z Patrycją. Tak jak mówi – zakochał się w niej. Transwestytyzm był przecież tylko drobnym aspektem jego życia. A wiadomo, że nie można mieć wszystkiego. Małżeństwo miało być definitywnym końcem głupiej historii z Basią.

Tylko że Basia wcale nie miała zamiaru się wynosić. Nachodziła Wojtka w myślach, snach, upominała się o swoje prawa, chciała żyć. Wojtek był twardy. Pomogły mu w tym narodziny pierwszego syna. Ale Basia była cierpliwa. Odczekała pół roku i znowu zaczęła go przywoływać.

Zaoczne studiowanie socjologii wiązało się z wyjazdami na sobotę-niedzielę. Okoliczności sprzyjały. Dwa lata po ślubie w piwnicy państwa Majów pojawiła się reklamówka z peruką, sukienką i kosmetykami.

– W podróż zawsze brałem ze sobą dwie torby: Basi i swoją. Wychodziłem z domu ze swoją, po drodze brałem z piwnicy tę Basi i wracając, najpierw ją tam zostawiałem. Przebierałem się w hotelu po zajęciach. Ale nie wychodziłem, bałem się, że rozpozna mnie obsługa. Kiedyś, wyjątkowo, zajęcia wyznaczono w innym mieście, to mnie ośmieliło…

Miał tylko jeden problem. Był czerwiec – ciemno robiło się dopiero o dziesiątej, a mniej więcej o tej godzinie pensjonat, w którym mieszkał, zamykano dla obcych. Mógł od biedy wyjść niepostrzeżenie w stroju kobiety, ale nie mógłby w nim wrócić. Postanowił zagrać va banque.

Po obiedzie podszedł do recepcjonistki: – Mam do pani taką sprawę… – powiedział szeptem. – Będę chciał wyjść wieczorem i wrócę przypuszczalnie około północy.

– Nie ma problemu – odparła recepcjonistka – proszę zadzwonić, otworzę panu.

– Tak, bardzo dziękuję. Tylko widzi pani, jest jeszcze jeden mały problem.

– Tak? – recepcjonistka spojrzała uprzejmie.

– Z pewnych względów będę musiał wyjść w przebraniu, konkretnie w przebraniu kobiety…

– Nie ma problemu…

Wieczorem, kiedy Basia schodziła po schodach, dziewczyna w recepcji samotnie oglądała telewizję. Basia uśmiechnęła się porozumiewawczo, recepcjonistka odpowiedziała krótkim uśmiechem.

Dla podporucznika to był kolejny etap: – Ktoś wreszcie dowiedział się o tym i przyjął to normalnie, w miarę normalnie. To, że ta dziewczyna nie zaczęła krzyczeć, że nie zadzwoniła po policję, nie rozpadła się na kawałki, było dla mnie bardzo ważne. Uwierzyłem, że nie jestem zboczeńcem.

Wojciech Maj jest jednym z blisko pięćdziesięciu transwestytów, którzy odpowiedzieli na mój anons w,,Seksretach". Byli wśród nich: kierowca ciężarówki, monter telefonów z TP SA, jubiler, elektryk, przedstawiciel handlowy dużej firmy, dyrektor sprzedaży w innej, bankowiec, emeryt. Wielu miało żony – ci byli nieszczęśliwi. Inni wyznali, że jeśli nie znajdą kobiety, która by tolerowała ich transwestytyzm, nie założą rodziny.

Jubiler z Wrocławia, trzydzieści pięć lat, który mieszka z rodzicami, od dwudziestu lat kolekcjonuje komplety staników z majtkami. Pierze je sam i suszy za regałem, rodzice nigdy nie wchodzą do niego bez pukania. Nie chce zmieniać swojego życia. Woli nie mieć nigdy żony i dzieci, ale za to codziennie zakładać pod dżinsy koronkowe majtki i spać w staniku.

Inny pan opisał mi w liście całe swoje życie…

Jestem transwestytą od tak dawna, że aż nie pamiętam od kiedy. Byłem małym dzieckiem, kiedy to w moim sąsiedztwie mieszkała dziewczyna o urodzie tak ujmującej, że chyba bliskiej ideału. Działała na moje emocje do tego stopnia, że pewnego razu postanowiłem ukraść jej majtki, suszące się na sznurku w ogrodzie. Przechowywałem je w skrytce wydrążonej w murku, od czasu do czasu wyjmując je, aby nasycić się ich pięknem i delikatnością.

W wieku osiemnastu lat, kiedy odbyłem pierwszy stosunek, doszedłem do wniosku, że seks nie jest niczym specjalnym. „No, może trzeba by spróbować z atrakcyjniejszą dziewczyną* – pomyślałem. Wkrótce taka się znalazła. Jednak po paru nocach spędzonych z nią zrozumiałem, że seks polegający na wykonywaniu ruchów posuwistych jest nudny, prostacki i prymitywny. Zacząłem sobie przypominać, jakie podniecenie wzbudziły kiedyś we mnie damskie majteczki. Myślałem i myślałem o tym. Wreszcie zebrałem się na odwagę, poszedłem do sklepu i kupiłem parę pończoch (…).

(…) Wielu moich znajomych namawiało mnie do ożenku. Oczywiście nikt z nich nie miał pojęcia o moich skłonnościach. Kiedy taki temat pojawiał się w rozmowach, najczęściej słyszałem określenia „pedały”, „zboczeńcy”, „„cioty”, „takich trzeba lać”; itd.„ a więc milczałem. Strach przed ośmieszeniem był również zbyt wielki, żeby zwierzyć się którejkolwiek z moich partnerek. Poszedłem do spowiedzi. Ksiądz niemal z krzykiem wyrzucił mnie spod konfesjonału. Odszedłem spokojnie i nigdy już nie wróciłem.

Wkrótce pojawiły się w naszym kraju pierwsze gazety zamieszczające ogłoszenia osób „kochających inaczej”: „Relax”,,,Seksrety". Otwarto pierwsze sex-shopy i agencje towarzyskie. Prostytutki akceptowały to, że przebieram się za kobietę. To dzięki nim poznałem znaczenie słowa „orgazm”. Ale kolejny związek z dziewczyną znowu skończył się porażką. Postanowiłem uciec. Medytacja, zen, joga, sport, hazard – wszystko to miało mi pomóc zapomnieć. A jak się zaspokoić? Proste! Jeden film porno, następny, setki filmów. Żywe kobiety już na mnie nie działały. Przypominały przeszłe niepowodzenia.

Wycofałem się z życia towarzyskiego. Kolejne sylwestry spędzałem sam w domu przed telewizorem. Znajomi już się nawet nie dziwili – ot, typ samotnika.

Byłem po trzydziestce. Za zaoszczędzone pieniądze pojechałem do Londynu na kurs językowy. Tam, chodząc po sklepach, zauważyłem rzecz, która mnie zupełnie zaszokowała. Gdy oglądałem jakieś damskie ciuchy, zazwyczaj podchodził do mnie sprzedawca i pytał, czy chcę to przymierzyć. Z początku krępowałem się, tłumacząc, że to nie dla mnie, tylko dla przyjaciółki, na co on uśmiechał się grzecznie. W końcu w jednym ze sklepów zobaczyłem superbuty! Wysokie obcasy, skóra ponad kolano wiązana z boku, poszerzane specjalnie na męską stopę.,,Czy chce pan przymierzyć?" – padło pytanie. „Oczywiście!” – odparłem. Cena sto funtów. Udało mi się zbić na dziewięćdziesiąt dwa. Starczyło jeszcze na sukienkę. W kraju dokupiłem pończochy, rajstopy typu kabaretki, kosmetyki. Stanąłem przed lustrem. Superlaska! Trzeba tylko jeszcze coś zrobić z włosami. Kupiłem perukę.

Wkrótce zauważyłem, że tu i ówdzie pojawiają się ogłoszenia o działalności klubów dla mniejszości seksualnych. Udałem się do jednego z takich miejsc na sobotnią dyskotekę. Zaryzykowałem i przebrałem się za kobietę. Ku mojemu zdziwieniu zostałem od razu zaakceptowany. Byłem atrakcją wieczoru. Ciekawe było także to, że oprócz gejów i lesbijek, którzy przeważali, sporo było osób o orientacji heteroseksualnej, które wolały imprezę dla kochających inaczej niż normalną dyskotekę. Od tego czasu na podobnych spotkaniach bywam co tydzień. Przybrałem imię Eliza. Mam coraz więcej znajomych, przyjaciół. Przez ostatni miesiąc poznałem więcej osób niż przez ostatnie osiem lat. Wreszcie jestem akceptowany! Rodzice, znajomi, koledzy, sąsiedzi oczywiście nic nie wiedzą o mojej drugiej twarzy. I niech tak zostanie. W klubie spotkałem sąsiadów, którzy prowadzą na moim osiedlu sklep spożywczy. Spotkałem też młodego chłopaka, który niby przypadkowo zaczął ze mną rozmawiać, a na końcu powiedział:,,Wiesz, to ja byłem tą laską, którą próbowałeś poderwać przy barze w Harendzie". Szok! Pracuję w dużym banku w Warszawie. Codziennie, gdy wchodzę tam rano w garniturzei z teczką, zastanawiam się, ilu z tych facetów przy komputerach ma, tak jak ja, pomalowane paznokcie pod skarpetkami.

– To był najpotworniejszy dzień w moim życiu. Wracałem z podróży. Tego wieczoru żona miała mieć dyżur w szpitalu, Adaś był u dziadków na działce. Spokojnie więc wszedłem do mieszkania z obiema torbami, postawiłem je w przedpokoju i wyszedłem do pubu. Wróciłem po dwóch godzinach. Zna pani to okropne uczucie, kiedy klucz w drzwiach nie chce się przekręcić? Drzwi były otwarte. Nacisnąłem klamkę. W mieszkaniu paliło się światło, w przedpokoju nie było żadnej torby. Momentalnie się spociłem.

Patrycja siedziała w fotelu w pokoju. Płakała.

– Otworzyła torbę?

– Chciała mnie rozpakować, wrzucić brudne rzeczy do pralki.

– A może pomyślała, że ma pan kochankę i że to jej rzeczy…

– No nie, bo oprócz ciuchów znalazła jeszcze zdjęcia.

– Jakie zdjęcia?

– Zdjęcia Basi, które robiłem samowyzwalaczem.

Patrycja początkowo chciała się wyprowadzić do rodziców, ale nie zrobiła tego. Wojtek przysiągł, że nigdy już nic podobnego się nie powtórzy. Wkrótce Patrycja zaszła w ciążę i urodziła bliźniaki. Nigdy więcej nie rozmawiali na ten temat. Patrycja ma klasę – on przysiągł, ona nie robi aluzji do tego, co zaszło. Ale podporucznik nie wyjeżdża już w ogóle z domu na noc. Tylko służbowo na jeden dzień. Ciągle czuje na sobie zraniony wzrok żony.

Wojciech Maj z łobuzerskim uśmiechem sięga do teczki: – Na szczęście negatywy miałem schowane w biurku w jednostce.

Rozkłada na stoliku kilka fotografii. Wszystkie przedstawiają podporucznika w różnych pozach, w blond peruce, ubranego w czarne pończochy, czarne koronkowe majtki, na wierzchu w zielony sweterek obszyty perełkami, jakie były modne na początku lat osiemdziesiątych.

Od razu wychwytuje mój grymas na widok sweterka.

– Że trochę kiczowaty, prawda? No wiem, wiem, ale za to był tani. Mam rodzinę, nie mogę sobie pozwolić na drogie rzeczy.

– I co, udało się panu zerwać z Basią?

Maj przeciera okulary chusteczką do nosa. Milczy długą chwilę.

– Z Basią tak – mówi wreszcie. – Kiedy Patrycja wyrzuciła zawartość jej torby do kontenera na śmieci, a ja złożyłem przysięgę, Basia umarła na zawsze. I naprawdę wierzyłem, że tak będzie. Rodzina się powiększyła. Tak jak mówię, ja nie jestem tak uzależniony. Zostawiłem to, cieszyłem się dziećmi. Minęło trochę czasu… Gdyby Patrycja chciała chociaż czasem założyć bardziej kokieteryjną bieliznę, jakieś seksowniejsze buty, dekolt, cokolwiek, to może by mi ta namiastka wystarczyła. Ale ona stała się jeszcze bardziej pruderyjna. W łóżku nie mogę niczego zaproponować, bo boję się, że jej się to skojarzy… Aaaa, szkoda słów.

Gdy bliźniaki miały rok, zacząłem chodzić do prostytutek. One przynajmniej ubierały się ładnie.

– Przebierał się pan przy nich?

– Wstydziłem się. Jestem bardzo nieśmiały. Zacząłem kupować,,Seksrety". Szukałem ludzi, z którymi mógłbym o tym chociaż porozmawiać. Po pewnym czasie znów kupiłem damską odzież i założyłem skrytkę pocztową na nazwisko Dorota Maj. Dałem jej imię Dorota po pewnej aktorce, która mi się podoba. To jest zupełnie nowa dziewczyna. Bardziej doświadczona, bardziej pewna siebie, trochę lepiej ubrana. Basia była z prowincji, a Dorota jest z Warszawy. Mam w stolicy znajomych, to para gejów, u których trzymam ubrania Doroty. Poznałem ich przez,,Seksrety". Kiedy tu jestem, wpadam do nich na godzinę, dwie i chodzę w damskich ciuchach. Oni zwracają się do mnie jak do kobiety. Żadnego seksu. Robimy sobie obiad, każdy opowiada, co słychać w pracy… I tak sobie żyję.

– Czy zauważył pan, kiedy to pana nachodzi?

– Nigdy, kiedy w moim życiu dzieje się coś ważnego albo przyjemnego. Kiedy mam dużo spraw na głowie albo gdy wypoczywam na kajakach – zapominam o Dorocie. To przychodzi, kiedy opanowuje mnie taka codzienna rutyna, nuda, kiedy świat robi się szary.

W holenderskim filmie dokumentalnymKiedy mąż był kobietąwystępują cztery takie pary jak Wojtek i Patrycja. Tylko że tam mężowie przebierają się za kobiety we własnym domu, a żony to w pełni akceptują. Para kobieta-kobieta przyjmuje gości, składa wizyty, robi zakupy na targu. Otoczenie również traktuje to ze zrozumieniem.

– Nawet wolę, gdy mąż jest kobietą – zwierza się jedna z bohaterek. – Jest wtedy spokojniejszy, milszy.

– Nasze życie seksualne bardzo na tym skorzystało - zapewnia druga.

– Bardzo się ucieszyłam, gdy zwierzył mi się, że chce włożyć moją sukienkę. Zrozumiałam, że obdarza mnie wielkim zaufaniem – wspomina trzecia.

Obejrzałam ten film z podporucznikiem na specjalnym pokazie w telewizji na Woronicza. Patrzył w ekran zmęczonym wzrokiem i nie odzywał się. Dopiero kiedy zobaczył, jak bohaterowie biorą udział w wyborach Miss Transwestytów i prezentują się na scenie w kreacjach przygotowanych przez kochające małżonki, nie wytrzymał: – Co to w ogóle jest! To u nas jest zupełnie nierealne. Gdyby moja żona dziś znalazła u mnie pończochy, nasze małżeństwo skończyłoby się w pięć minut.

– Chciałby pan, żeby Patrycja była taka jak one? - zapytałam wtedy.

Podporucznik długo się zastanawiał. Myślał całą drogę powrotną z telewizji do baru Champions.

– To jest tak – mówi wreszcie, gdy zasiedliśmy znowu przy stoliku. – Chciałbym, żeby ona to akceptowała, żebym mógł być przy niej Dorotą, ale żeby to była tylko nasza tajemnica. Źle bym się czuł jako kobieta przy kumplach, czy nie daj Boże przed moimi żołnierzami, nawet gdyby oni to akceptowali. Przenigdy nie pokazałbym się w sukience dzieciom.

Nie udało mi się dotrzeć do żadnej żony transwestyty, która by chciała opowiedzieć mi swoją historię.

Rozmawiałam za to o nich z pewnym seksuologiem. Co roku zgłaszają się do niego dwie-trzy takie panie.

Podobno typową drogę polskiej żony transwestyty pokazuje historia Joanny.

Trzydzieści dwa lata, mąż starszy o dwa, oboje z wyższym wykształceniem, dwoje dzieci – cztery i siedem. Któregoś dnia dzieci wbiegają rozbawione do kuchni: – Mamusiu, chodź, zobacz, w czym tatuś śpi.

Joanna wchodzi do pokoju. Mąż nerwowo mocuje się z zapięciem od biustonosza. Wszystko zaczyna się układać w całość. Delegacje, które, nie wiadomo dlaczego, przypadały zawsze w weekendy, i jedna dziwna noc, gdy oboje wrócili pijani z imprezy i mąż uparł się, że położy się do łóżka w jej koszuli nocnej. Wtedy wydawało jej się to zabawne. Ze zgrozą przypomina sobie, jak nazajutrz opowiadała o tym, zaśmiewając się, koleżankom z pracy.

– Czy to jest dziedziczne? – pyta roztrzęsiona doktora. Słyszy, że transwestytyzm nie jest dziedziczny, ale niestety nie daje się też go wyleczyć.

Joannie wali się świat. Nie może sobie wyobrazić dalszego pożycia z mężem. Lekarz tłumaczy, że nie jest jedyną kobietą, którą coś takiego spotkało. Kontaktuje ją z innymi żonami transwestytów. Stopniowo Joanna zaczyna się oswajać. – Tylko nigdy przy dzieciach – mówi mężowi. On nadal jeździ w swoje „delegacje”, tym razem za jej wiedzą. Po pewnym czasie kupuje mu pierwszą sukienkę.

Podporucznik podnosi się z krzesła. Za półtorej godziny ma pociąg, a musi przecież kupić magnetowid. A mnie nie daje spokoju jeszcze jedna sprawa.

– Panie poruczniku – zatrzymuję go – dlaczego nie przyjechał pan w mundurze?

Siada. Chyba czekał na to pytanie. Opiera się łokciami o stolik.

– Jestem żołnierzem, a dla żołnierza, zwłaszcza oficera, mundur to rzecz święta. Kiedy jestem w mundurze, jestem mężczyzną. Nie ma żadnej Doroty.

– To znaczy, że…

– Tak, to znaczy – znowu się rumieni. – Widzi pani, coraz rzadziej udaje mi się wyrwać z domu. Nie mogłem zmarnować tej okazji…

– Czy mogę?

– Ależ bardzo proszę.

Zaglądam pod stół, a podporucznik z pewnym zakłopotaniem unosi nieznacznie nogawkę spodni. Nad męskim, starannie wypastowanym czarnym półbutem i szarą skarpetką w romby na owłosionej łydce połyskuje biała kryształkowa pończocha.

Wszystkie jmiona są zmienione.

Korzystałam z książek: Kazimierza Imielińskiego i Stanisława Dulko