Bezlitosne. Najokrutniejsze kobiety dwudziestolecia międzywojennego - Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz - ebook
Opis

Dwudziestolecie międzywojenne to niezwykły okres budowy niepodległej Polski, gwałtownych tarć politycznych, wielkiego kryzysu a zaraz potem  szybkiego rozwoju gospodarki, a także emancypacji kobiet. Niektóre z nich tak bardzo wzięły sobie do serca hasła równouprawnienia, że śmiało wkroczyły na ścieżki do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn, wiodące ku najcięższym przestępstwom, najokrutniejszym zbrodniom, bezwzględnym napadom i porwaniom. O mrożących krew w żyłach dokonaniach zbrodniarek z zapałem informowała prasa brukowa; i właśnie przez pryzmat tych pisanych specyficznym językiem, sensacyjnych doniesień autorzy książki pokazują świat zbrodni w stylu retro, w którym główne role odgrywały bezwzględne kobiety. Doskonale udokumentowana, bogato ilustrowana książka wciąga jak najlepsza powieść sensacyjna, równocześnie niosąc ogromny ładunek fascynujących informacji o świecie, którego już nie ma, a do którego wciąż z nostalgią wracamy wspomnieniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Maria Śleszyńska

Zdjęcia wykorzystane w publikacji pochodzą ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz archiwum prywatnego autorów.

Zdjęcie na okładce: Kobieta w stroju pokojówki „Perfect 44”, reprodukcja cyfrowa w cBN Polona.

© for the text by Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-287-0127-4

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Puch marny?

„Kobieta nie jest ani głęboko myśląca, ani wzniośle, nie jest ona ani bystro- ani prostomyślna, jest ona raczej wręcz przeciwieństwem tego wszystkiego; o ile dotąd dostrzec mogliśmy, nie ma ona w ogóle nic z myśleniem wspólnego; jest ona, jako całość, niedorzeczną bez-myślnością” – pisał w 1903 roku filozof, mizogin i antysemita Otto Weininger. Nie był on odosobniony w swoich poglądach: wystarczy tu wspomnieć chociażby prace ojca antropometrii i teorii urodzonego przestępcy – Cesarego Lombroso. W wydanej w 1893 roku książce Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka dowodził on, że kobieta nie dość, że stoi niżej od mężczyzny na drabinie ewolucyjnej, to jeszcze posiadanie płaskiego nosa, rozrośniętej żuchwy i męskiego charakteru pisma skazuje ją na ścieżkę przestępczą.

Dzisiaj trudno nie odczytać tych męskich teorii jako reakcji obronnej na emancypacyjne idee, które zawładnęły światem na przełomie XIX i XX wieku. Rewolucja przemysłowa zmieniła nie tylko podejście do pracy, czasu wolnego czy kultury, ale przede wszystkim stała się impulsem popychającym kobiety do ubiegania się o swoje prawa do edukacji, własności, pracy – a w szczególności do głosowania. Cytując Bolesława Prusa, przedtem „przed kobietą były otwarte tylko stanowiska: dobrej żony, dobrej gospodyni, dobrej matki, dobrej córki i siostry, czasem dobrej zakonnicy”. Jeszcze sto dwadzieścia lat temu mieszkająca w Warszawie kobieta nie dość, że nie miała praw obywatelskich, to nie mogła też studiować, pracować w wybranym przez siebie zawodzie oraz traciła samodzielność i majątek w momencie wyjścia za mąż. Według obowiązującego prawa to mąż był użytkownikiem dóbr żony, a ewentualna praca czy nawet wstępowanie do stowarzyszeń, udzielanie się charytatywnie i jakakolwiek działalność publiczna wymagała zgody małżonka. Przepisy regulowały nawet kwestię obywatelstwa – jeśli panna pochodziła z innego kraju niż jej wybranek, po zawarciu małżeństwa automatycznie traciła dotychczasowe obywatelstwo na rzecz obywatelstwa kraju swojego męża.

Kobiety agitujące na warszawskiej ulicy w dniu wyborów do Rady Miejskiej w 1927 roku. Fot. NAC

Rycina wydrukowana w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” w 1912 roku. Teresa Labriola (1873-1941) była jedną z pierwszych w Europie profesorek prawa.

W latach 70. XIX wieku nowinki emancypacyjne zaczęły docierać z Zachodu na ziemie polskie. Rzecz jasna, sytuacja ruchu kobiecego w Galicji, zaborze pruskim i Królestwie Polskim była odmienna niż w Anglii czy Francji, a powstające koła kobiece łączyły postulaty emancypacyjne z pracą niepodległościową oraz – zgodnie z ideami pozytywizmu – organiczną. Stawiano przede wszystkim na edukację; mimo że droga na wyższe uczelnie była dla kobiet zamknięta, szkoliły się one na podziemnych kursach samokształceniowych, które potem przekształciły się w działający w Warszawie Uniwersytet Latający. Kobiety wyjeżdżały również do państw, gdzie mogły się uczyć. Symbolem tej walki o edukację stała się Anna Tomaszewiczówna, która jako pierwsza Polka uzyskała doktorat z medycyny w Zurychu. Kiedy wróciła do Warszawy i złożyła wniosek o nostryfikację dyplomu oraz przyjęcie do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, wywołała skandal. Jak było łatwo przewidzieć, oburzone jej zuchwałością środowisko wniosek odrzuciło; uważano, że kobiety zajmują się nauką nie dla nauki, ale „z awanturnictwa”. Tomaszewiczównie udało się nostryfikować dyplom w Petersburgu; wkrótce otworzyła prywatną praktykę, specjalizując się w chorobach kobiecych i pediatrii. Jej sprawa odbiła się szerokim echem w gazetach, gdzie wykształconą kobietę opisywano z takim samym zadziwieniem jak krwiożerczych kanibali z wysp Pacyfiku. Dziennikarz „Gazety Polskiej”, który wybrał się w 1885 roku na wykład Anny Tomaszewiczówny, poświęcił swoją relację nieustającemu podkreślaniu, że pani doktor jest prawdziwym lekarzem, z prawdziwą wiedzą i że można było zapomnieć, kto mówi, skupiając się na tym, o czym mówi. Ale losy pierwszej lekarki stały się inspiracją dla innych panien, szczególnie słuchaczek Uniwersytetu Latającego, które ośmieliły się marzyć o studiach uniwersyteckich – wśród nich była m.in. Maria Skłodowska.

Panowie mogli kręcić nosem, a gazety opisywać emancypantki jako kuriozum, ale tej fali nie dało się zatrzymać. „Chcemy całego życia!” – krzyknęła młoda Zofia Nałkowska w 1907 roku z mównicy warszawskiego Zjazdu Kobiet, a panie ruszyły na uniwersytety i po zmianę prawa. W 1894 roku dopuszczono kobiety do studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Początek XX wieku to apogeum działalności różnych stowarzyszeń wydających gazety, broszury i organizujących wiece. Polskie emancypantki zaczęły przekonywać mężczyzn do swoich racji; podczas pierwszych obchodów Święta Kobiet, urządzonych w 1911 roku w Krakowie, do pochodu dołączył ówczesny poseł parlamentu austriackiego Ignacy Daszyński.

Ostateczne porzucenie gorsetów wymusiła I wojna światowa; miejsce powołanych do wojska mężczyzn w biurach i fabrykach zajęły kobiety. Zmiany obyczajowe szły jeszcze dalej; z coraz mniejszym zgorszeniem obserwowano panie samodzielnie (czyli bez męskiego opiekuna) bywające w kawiarniach i dyskutujące nie o obstalowywaniu sukien, ale o polityce. Dla polityków stawało się jasne, że odrodzona niepodległa Polska będzie też państwem, w którym kobiety nie mogą grać drugich skrzypiec. I rzeczywiście, 28 listopada 1918 roku dekret Tymczasowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego ustanowił, że „Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel Państwa bez różnicy płci” oraz „Wybieralni do Sejmu są wszyscy obywatele (lki) państwa posiadający czynne prawo wyborcze”. Przepisy te powtórzono później w konstytucji marcowej, która zagwarantowała też inne prawa równouprawniające kobiety.

Strona tytułowa wydawanego w styczniu 1919 roku periodyku poświęconego kobietom w parlamencie.

Dwudziestolecie międzywojenne otworzyło zatem zupełnie nowe perspektywy prawne i społeczne przed kobietami. Zmiany kulturowe i światopoglądowe nie następowały jednak tak szybko, jak by się mogło wydawać. Z jednej strony, kobiety zasiadły w parlamencie – w wyborach do sejmu ustawodawczego w 1919 roku zdobyły osiem mandatów – wstępowały na uniwersytety, mogły bez przeszkód pracować zarobkowo oraz decydować o swojej karierze. Z drugiej jednak – szklany sufit znajdował się dość nisko; żadna z 43 posłanek i 20 senatorek nie została ministrem, choć wykształceniem i doświadczeniem nie ustępowały w niczym mężczyznom, dostęp do edukacji był dość ograniczony i uwarunkowany posiadanym majątkiem, a wiele zawodów było wciąż zamkniętych dla kobiet. Kobiety wykonujące prace nauczycielek, biuralistek, urzędniczek czy w handlu rzadko mogły marzyć o awansie zawodowym, a dodatkowo zarabiały zdecydowanie mniej od mężczyzn zatrudnionych na podobnych stanowiskach – różnice sięgały nawet 40 procent. Jeszcze w latach 20. kobiety „ośmielające się” wkraczać do męskich zawodów były sensacją prasową. W lipcu 1925 roku „Kurier Czerwony” informował na pierwszej stronie o pionierce wśród warszawskich taksówkarek – pannie Blandynie Mańkiewiczównie: „Dzielna niewiasta przygotowywała się sumiennie do swojego fachu, pracując w charakterze ślusarza w warsztatach mechanicznych”. „Milutka kierowczyni” okazała się chłopczycą nie tylko pod względem zainteresowań, ale też z wyglądu, podczas wywiadu „wstrząsając główką ostrzyżoną a la garçonne”. Dyskusja na temat tego, czy kobiety powinny decydować same o swoim losie, trwała nadal – jej przykładem była walka o świadome macierzyństwo, antykoncepcję i poradnictwo medyczne dla kobiet, prowadzona na łamach „Wiadomości Literackich” m.in. przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Irenę Krzywicką. Z jednej strony nie kwestionowano, że kobieta ma prawa – z drugiej jednak wciąż rozpowszechniony był pogląd, że jej miejsce jest w domu. Jeszcze w 1937 roku miesięcznik katolicki „Własnemi siłami” nawoływał: „Dwa są zadania w życiu kobiety – miłować i przebaczać!”.

Sytuacja ta wytworzyła funkcjonujące równolegle w kulturze dwudziestolecia wzory kobiece. Konserwatywnemu modelowi kobiety niepracującej zawodowo, zajmującej się domem i robótkami ręcznymi przeciwstawiana była chłopczyca, „flapperka”, atrakcyjna, brawurowa i niezależna. Obcięte na krótko, noszące luźne suknie, palące i pijące, zarabiające pieniądze, tańczące na dansingach i nonkonformistyczne w każdym calu, ucieleśniały bunt przeciwko ideom poprzedniej epoki. Na polskim gruncie kultury popularnej często chłopczyca stawała się kimś podobnym do dzikiego zwierzęcia, które należało ujarzmić małżeństwem. Najlepszym przykładem jest tu szalenie popularna powieść z 1927 roku, Dzikuska Ireny Zarzyckiej. Główna bohaterka, Ita Kruszyńska, to dziewczę płoche i mające w nosie konwenanse. Jej nowy guwerner, Witold Leski, chce ją nauczyć nie tylko matematyki, historii i rysunku, ale też dobrych manier i tego, jak się tańczy shimmy. Kończy się na wielkiej miłości, aż wreszcie Ita wyznaje: „Ja już nie jestem dzika Ita. (…) Serce moje mówi samo… Kocham pana… kocham”.

Urząd Pocztowy w Krakowie. Machina stojąca przed telegrafistką to tzw. aparat Juza, służący do przekazywania słowa pisanego systemem teletechnicznym. Fot. NAC

Te wszystkie problemy znalazły odzwierciedlenie nie tylko w prasie kobiecej, publicystyce, powieściach, ale też w filmie. W komedii Czy Lucyna to dziewczyna? z 1934 roku główna bohaterka Lucyna Bortnowska (w tej roli Jadwiga Smosarska), córka bogatego przemysłowca, wraca do kraju po studiach i uzyskaniu dyplomu inżyniera w Paryżu. Co symptomatyczne – kiedy wchodzi do domu po podróży autem, ubrana w strój automobilowy i czapkę pilotkę, pierwsze słowa jej ciotki to: „Lucynko, jak ty wyglądasz?”. Panna, co oczywiste, marzy o przekuciu teorii w praktykę, ale jej ojciec, właściciel Polskich Zakładów Budowy Silników, nie zgadza się jednak na to, żeby córka pracowała; Lucyna „powinna bywać, przyjmować i wyjść za mąż za księcia”, a nie zakładać nogę na nogę albo – broń Boże! – palić papierosy. Lucyna wpada więc na pomysł zatrudnienia się w fabryce jako Julian Kwiatkowski i zostaje pomocnikiem inżyniera Żarnowskiego (Eugeniusz Bodo). Z kolei w późniejszych o rok Dwóch Joasiach w reżyserii Mieczysława Krawicza sekretarka Joasia Wiśniewska (znów Jadwiga Smosarska) non stop traci posady; jej szefowie zamiast sumienności i inteligencji wolą komplementować jej „śliczne ślipka”, co kończy się spoliczkowaniem molestujących natrętów i trzaskaniem drzwiami. Joasia popada w rozpacz: „Czy naprawdę nie ma mężczyzny, który by inaczej traktował kobietę? Taki chłop zawsze musi być natarczywy i obleśny? Ledwie dostanę nową posadę i chcę uczciwie pracować, już się zaczyna ta sama śpiewka: «Och jakie pani ma śliczne rączki, oczęta pani ma jak gwiazdki, a wygląda pani dziś….»”. Problem molestowania w miejscu pracy rozwiązuje jednak „szlagierowym pomysłem” przeistoczenia się w brzydulę w okularach i zatrudnia się u adwokata Roberta Rostalskiego (Franciszek Brodniewicz). Jednak w obu tych filmach epilogi są zaskakująco konserwatywne, a obowiązki żony okazują się ważniejsze od obowiązków służbowych; i Lucyna, i Joasia zakochują się w swoich szefach, którzy prędzej czy później demaskują przebierankę, a cała historia kończy się namiętnym pocałunkiem (oraz – w domyśle – ślubem).

***

Odprawa policjantek referatu policji kobiecej Centralnej Służby Śledczej w Warszawie. Fot. NAC

Zmiany spojrzenia na to, co męskie i kobiece, dotyczyły również innej dziedziny – przestępstw. Do połowy XIX wieku rozpowszechniony był pogląd, że kobieca natura sprawia, iż są one niezdolne do przemocy i morderstw, a popełniane przez nie czyny zabronione ograniczały się do przerywania ciąży, dzieciobójstwa, paserstwa czy składania fałszywych zeznań. Nawet gdy kobieta popełniła morderstwo, to jeśli nie było to otrucie, wykluczano ją z grona podejrzanych – uznawano bowiem, że zabójstwa są typowo męskie i słabe kobiety nie mogłyby się na taki czyn zdobyć. Wraz z rozwojem kryminalistyki wzrastało jednak znaczenie dowodów przestępstwa innych niż zeznania; kiedy udowodniono kobiecie dany czyn, zwykle tłumaczono ją wynaturzeniem, stanem psychicznym czy deprawacją.

Lato 1939 roku: uliczny patrol policji kobiecej na ul. Pankiewicza w Warszawie. W tle widać budowę Dworca Głównego w Al. Jerozolimskich. Fot. NAC

Niemniej w latach 60. i 70. XIX wieku nastąpił gwałtowny wzrost kobiecej przestępczości, której nie dawało się prosto wytłumaczyć w świetle obowiązujących teorii. Wspominany wyżej Lombroso stawiał na wrodzony pęd do zbrodni, który ujawniał się w nowych warunkach ekonomicznych i społecznych. Z kolei Freud twierdził – w uproszczeniu – że przestępstwami kobiety demonstrują bunt wobec pełnienia określonych funkcji społecznych oraz zazdrość o penisa. Nie zmieniało to faktu, że informacje o zbrodniach popełnianych przez kobiety na przełomie XIX i XX wieku były stałym elementem doniesień prasowych, a sprawczynie zyskiwały status ówczesnych celebrytek. Sprawy takie, jak zabicie męża przez Elizabeth Marthę Brown (1856), proces „fabrykantki aniołków” Amelii Dyer, której przypisywano morderstwo aż dwustu niemowląt (sześć przypadków udowodniono, za co skazano ją i powieszono w 1896 roku) czy zadźganie Arthura Reginalda Bakera przez jego kochankę Kitty Byron (1902), nie schodziły z pierwszych stron gazet. Co interesujące, odpowiedzią na rosnący wskaźnik przestępstw wśród kobiet było wymyślenie przez angielskiego pisarza Jamesa Reddinga Ware’a, posługującego się pseudonimem Andrew Forrester, jednej z pierwszej kobiecej detektyw w literaturze – panny Gladden, która w powieści z 1864 roku rozwiązuje różne zagadki kryminalne nie gorzej niż późniejszy o prawie ćwierć wieku Sherlock Holmes.

Oczywiście ziemie polskie nie zostawały w tyle również pod względem kobiecej przestępczości. Najsłynniejsze sprawy – które opisujemy w pierwszym rozdziale niniejszej książki – rozpalały wyobraźnię ówczesnych czytelników prasy, a Rita Gorgonowa przeszła do legendy i stała się symbolem przedwojennej morderczyni. Postacie takie jak szantażystka Maria Lewandowska czy bohaterka afery korupcyjnej Wanda Parylewiczowa doczekały się również opisu ich przestępczej działalności. Najciekawsze jednak są zapomniane dzisiaj przedwojenne przestępczynie, których nazwiska można odnaleźć, wyłącznie wertując stare gazety. Stąd to one są głównie bohaterkami niniejszej książki, będącej podróżą przez wszystkie warstwy społeczne – od arystokratek poprzez służące aż do prostytutek – oraz różne rodzaje przestępstw, od pospolitych kradzieży i oszustw poprzez zabójstwa z miłości i dla miłości aż do szpiegostwa. Przewodnikiem po tym świecie jest prasa codzienna, która skrupulatnie odnotowywała wszelkie, nawet najdrobniejsze przestępstwa, nie skąpiąc soczystych opisów. Wyłaniający się z tego obraz II Rzeczypospolitej jest pełen kontrastów; modernizacja kroczy tu ramię w ramię z zacofaniem, a raj kobiet, który marzył się emancypantkom, dosyć często zamienia się w piekło.

***

Książka ta nie zostałaby napisana bez wsparcia naszych rodzin oraz wielu przyjaciół i znajomych. Chcielibyśmy wyrazić wdzięczność za okazaną pomoc i wsparcie następującym osobom: Pauli Marton, Malwince i Rózi Stachowicz, Tadeuszowi Zienkiewiczowi, Joannie i Mieczysławowi Haskom, Iwonie i Kazimierzowi Stachowiczom, Marcie Szymaniak-Wiśniewskiej, Agnieszce i Danielowi Leguckim, Alicji Rogalskiej i Martinowi Clarke’owi, Radkowi Foglowi, Arkowi Nakoniecznikowi, Jurkowi Lissowskiemu i Joannie Wysockiej oraz personelowi różnych stołecznych kawiarni, który cierpliwie znosił nasze kłótnie dotyczące poszczególnych bohaterek tej książki i bez mrugnięcia okiem dostarczał nam kolejne hektolitry kawy.

Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz

Rozdział IZnane i złe

Żadna opowieść o kobietach popełniających zbrodnię przed 1939 rokiem nie może się obejść bez najsłynniejszych przypadków Rity Gorgonowej, Aleksandry Piotrowskiej vel Dybowskiej oraz Heleny Macoch, rozpalających wyobraźnię ówczesnych, a nawet i obecnie. Wszystkie trzy panie zostały unieśmiertelnione jako symbole pięknego, tajemniczego zła, a ich sława przekraczała granicę Polski.

Urzędniczka

Osiemnastego listopada 1910 roku wydawany na Jamajce dziennik „Kingston Gleaner” zamieścił artykuł Murder in Monastery (Morderstwo w klasztorze). Do dalszej lektury zachęcały podtytuły: Niezwykła spowiedź rosyjskiego mnicha. Więcej szczegółów dotyczących skandalu. Historia przestępstw i kobiety zamieszanej w sprawę. Wbrew pozorom nie była to nieprawdziwa notka. „Rosyjski” mnich nazywał się Damazy Macoch i był Polakiem, podobnie jak zamieszana w sprawę kobieta, a klasztor mieścił się w Częstochowie.

Helena Krzyżanowska-Macoch, urzędniczka z Łodzi, zasłynęła więc jako zbrodniarka celebrytka na długo przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Była współoskarżoną w jednej z najgłośniejszych spraw w całej Europie i, jak widać, budzącej spore zainteresowanie na całym świecie – sprawie okrutnego morderstwa na Jasnej Górze.

Wszystko zaczęło się 26 lipca 1910 roku, kiedy niedaleko wsi Zawady w powiecie radomskim znaleziono tajemnicze zwłoki w sofie. Sofa pływała do góry nogami w rowie z wodą i – jak zeznał jeden z przejeżdżających obok chłopów – straszyła konie. „Ilustrowany Kurier Codzienny” tak relacjonował później zeznania świadków: „Stanisław Juraszek, chłopiec lat około 15, pasł bydło na łące pod wsią Zawady (…) Jacyś przyjezdni zawołali go i powiedzieli, że w rowie leży kanapa z ciałem, niech więc leci do kancelarii gminnej i powie wójtowi. Pobiegł najpierw nad wodę i obejrzawszy kanapę, z której wyglądały gołe nogi, poleciał do gminy i zawiadomił pisarza, a po drodze opowiadał o tem ludziom”. Kanapę wyciągnięto z wody i zwłoki obejrzało pół wsi. Ciało było praktycznie nie do rozpoznania ze względu na zmasakrowaną twarz. W końcu jednak policja, po kilku nieudanych próbach, ustaliła tożsamość nieboszczyka – był to Wacław Macoch zamieszkały w Warszawie.

Nagłówek artykułu w „Nowej Reformie” z 8 października 1910 roku.

Podejrzenia szybko padły na trzydziestosześcioletniego zakonnika z Jasnej Góry i stryjecznego brata ofiary, Damazego Macocha, w życiu świeckim występującego pod imieniem Kacper. Przyczyniła się do tego sama sofa i sprytny śledczy – komisarz Bazyli Denisow, który trzy dni przed odnalezieniem trupa widział Damazego i jakiegoś drugiego mężczyznę jadących dorożką, a w drugiej wiozących sofę: „Macoch był na twarzy zmieniony, szczególnie zaś uderzyło Denisowa to, że zazwyczaj pierwszy mu się kłaniał, a tym razem unikał spojrzenia. Miał też na oczach okulary ciemne, w których go nigdy nie widział”. Rosyjski policjant był zawodowo wyczulony na takie niuanse, więc kiedy tylko doszła do niego wiadomość, że znaleziono trupa w sofie, zaczął śledztwo. Wkrótce m.in. po przesłuchaniu dorożkarzy, którzy pomagali wyrzucić kanapę do rowu, nie było wątpliwości – zbrodniarzem jest Damazy Macoch, morderstwa dokonano w słynnym klasztorze Ojców Paulinów, a przyczyną wszystkiego była kobieta – dwudziestosiedmioletnia Helena Krzyżanowska-Macochowa, żona Wacława. Macocha, mimo prób zmylenia śladów, a nawet ucieczki za granicę, czyli do zaboru austriackiego, aresztowano na dworcu w Krakowie. Do aresztu trafiła też piękna Helena oraz dwaj inni zakonnicy – jak się okazało, wspólnicy morderstwa. Zresztą nie tylko morderstwa, ale także różnych przekrętów. Jak wykazało śledztwo, na Jasnej Górze działała szajka bardzo nieświętych braciszków. Oprócz Macocha należeli do niej brat Izydor – wcześniej znany jako Stanisław Starczewski, oraz brat Bazyli – Józef Olesiński. Zakonnicy traktowali klasztor jako miejsce zdobywania pieniędzy i kontaktów pozwalających im prowadzić imprezowy styl życia. Pili alkohol w swoich celach, wypuszczali się bez habitów na nocne hulanki, romansowali z kobietami i kradli. W procesie odbywającym się w Piotrkowie oskarżeni zostali jeszcze klasztorny furtian oraz świeccy wspólnicy szajki, m.in. jeden z dorożkarzy.

Rycina zamieszczona podczas procesu Macocha w tygodniku „Świat”.

Macoch i wspólnicy zostali oskarżeni nie tylko o morderstwo, ale także o okradanie klasztoru. Damazy został również oskarżony o podrobienie rok wcześniej świadectwa ślubu z Krzyżanowską oraz własnego aktu zgonu. Helenę Krzyżanowską oskarżono o korzystanie z pieniędzy pochodzących ze zbrodni oraz pomoc w jej ukryciu. Sprawa była tak poważna, że prowadziło ją dwóch prokuratorów. Okazało się, że Macoch ze wspólnikami wkradli się w łaski klasztornego kustosza ojca Bonawentury Gawełczyka, który pozwalał im samodzielnie korzystać z klasztornej kasy podręcznej, gdzie składano wszelkie datki od wiernych bez wstępnego przeliczenia. Pieniądze zabierano również bezpośrednio z tacy. Nikczemni zakonnicy mieli więc w zasięgu ręki niewyczerpane źródło gotówki – w końcu na Jasną Górę nieustannie przybywali pątnicy i ofiarowywali całkiem pokaźne sumy. Ubytku rzędu kilkuset rubli nikt nie zauważał. Jakby tego im było mało, po śmierci ojca Bonawentury wspólnicy przeszukali jego celę i ukradli 5000 rubli. Zakonników oskarżono również o udział w słynnej kradzieży z 22 października 1909 roku. Okradziono wtedy sam obraz Czarnej Madonny, który przybrany był w szaty wysadzane perłami i diamentową koronę, a przy okazji zabrano całą górę klejnotów stanowiących dary wotywne. Tej kradzieży nigdy Damazemu nie udowodniono, ale sprawozdawcy z procesu podkreślali, że Macoch, przebywając następnego dnia z wizytą u znajomych, w ogóle nie był przejęty kradzieżą, którą skomentował: „Skradli perłową, będzie brylantowa”.

Wróćmy jednak do sprawy morderstwa, która spowodowała, że Macoch zamienił celę klasztorną na więzienną. Pieniądze z kradzieży, które przypadały w udziale Damazemu, zaczął on szybko przeznaczać na utrzymanie ukochanej kobiety. Helenę Krzyżanowską poznał w kościele podczas spowiedzi – dzięki temu dowiedział się, że przyszła pani Macochowa nie jest aniołkiem. Szybko zapałali do siebie uczuciem i zostali kochankami – Helena odwiedzała go nawet w celi klasztornej. Para, by legalnie zainwestować ukradzione pieniądze, wpadła na iście szatański pomysł. Damazy załatwił podrobione świadectwo ślubu Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską oraz jednocześnie akt zgonu Kacpra. W ten sposób Helena stała się wdową po świeckim wcieleniu Damazego i spadkobierczynią nielichego mająteczku. Nikt nie mógł jej zarzucić posiadania kradzionych pieniędzy. Sam Damazy przed rodziną swej kochanki udawał brata zmarłego, czułego opiekuna wdowy. Niestety, zbrodnicza para postanowiła zrealizować jeszcze bardziej karkołomny plan, który przyczynił się do ich zguby. Nie do końca jasne jest, dlaczego postanowili, że Helena wyjdzie za kuzyna Damazego, Wacława, warszawskiego urzędnika. Być może, jak twierdzi Tadeusz Dyniewski, autor Pitavala śląskiego, udawanie brata rzekomo zmarłego Kacpra na dłuższą metę okazało się mało wiarygodne i mocno dwuznaczne. Macochowie postanowili znaleźć jakiś „parawan”, za którym ukryją romans, a naiwny kuzyn na wszystko się zgodził.

Damazy za pieniądze jasnogórskich pielgrzymów zorganizował w Warszawie huczne wesele, na które nie byłoby stać Wacława, wynajął mieszkanie, zapłacił za podróż poślubną. Po ślubie Wacław prawdopodobnie poszedł po rozum do głowy i zaczął szantażować rozpustnego zakonnika, domagając się większej ilości gotówki na luksusowe życie. Czym? Tu opinie są podzielone – być może wyjawieniem prawdy o romansie albo o kradzieżach w klasztorze, a może rzekomą współpracą Macocha z ochraną – podobno właśnie dlatego z pierwotnej wersji aktu oskarżenia usunięto aż czternaście stron. Wątek szpiegowski sugerował w czasie procesu ojciec Pius Przeździecki, późniejszy generał zakonu, który twierdził, że Macocha „łączyły rzeczywiście pewne zobowiązania względem Rybaka [znanego agenta i prowokatora carskiego zabitego przez działaczy robotniczych w tym roku – przyp. AH i JS], z którego pomocą Macoch miał urządzić na Jasnej Górze skład nielegalnej literatury, by przez to zmusić rząd do zamknięcia klasztoru”. Damazy jeszcze jako Kacper prowadził życie pisarza gminnego, po czym wstąpił do seminarium duchownego. Do klasztoru dostał się, wykorzystując furtkę prawną – zamiast czterech lat nowicjatu wymaganych przez regułę klasztorną zaliczył tylko cztery miesiące. Został księdzem zakonnym i mógł czerpać niezłe profity z życia w klasztorze. Musiał też uzyskać zgodę od władz świeckich – gubernatora i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tu właśnie pojawiła się teoria spiskowa, nigdy w pełni nieudowodniona, że Macoch był na usługach carskiej ochrany i został specjalnie wysłany do klasztoru będącego ważnym ośrodkiem patriotyzmu, by zajmować się swoistą dywersją i zdyskredytować ojców paulinów w oczach wiernych.

Być może nie były to bezpodstawne oskarżenia mające odwrócić uwagę od fatalnego morale ojców paulinów – ojca Przeździeckiego za słowa o teorii spiskowej spotkały szykany i został zmuszony do opuszczenia klasztoru i zaboru rosyjskiego, a wcześniej na czas śledztwa odsunięto zakon paulinów od władzy nad Jasną Górą. „Gazeta Toruńska” z 13 października 1910 roku cytowała nawet wystąpienie biskupa kujawsko-kaliskiego Stanisława Zdzitowieckiego w klasztorze: „Ojcowie Paulini, nim będą poczynione dalsze kroki, są odsunięci od zarządu klasztorem. Pieczę nad nim obejmie specyalna delegacya biskupia, składająca się z duchowieństwa świeckiego. Na znak żałoby zostają zawieszone solenne nabożeństwa, śpiewy, nawet gra na organach. Odprawiane będą tylko ciche Msze św.”.

***

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz