Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Bezdech - Grzegorz Kapla

Przełom listopada i grudnia, podła pogoda – to nie jest dobry czas na to, żeby zakochać się w Warszawie. Na brzegu Wisły samotny biegacz znajduje zwłoki młodej dziewczyny. Ma jasną skórę. Jasną jak mleko. Włosy czarne, kręcone, gęste i długie. Długie, smukłe nogi. Nie będzie łatwo ustalić, kim jest. Warszawa to wielkie miasto. Labirynt, w którym łatwo się zagubić, zwłaszcza jeśli nie możesz ufać tym, których kochasz.

Podły czas. Dni krótkie, mało słońca, w polityce rozwałka, pod Sejmem protesty, nowa władza odbiera esbekom emerytury, a stary policyjny pies ma w zanadrzu sekret, od którego człowiek może zachorować na każde gówno. Są takie zgryzoty, od których dostajesz raka.

Trzeba będzie zajrzeć do papierów w odległej, zapomnianej kiedyś przez Boga mieścinie, w której nikt nie był tym, za kogo się podawał.

Dwoje policjantów, którzy próbują być uczciwi w świecie, w którym zabrakło miejsca na miłość.

Opinie o ebooku Bezdech - Grzegorz Kapla

Fragment ebooka Bezdech - Grzegorz Kapla

zakupiono w sklepie:

Sklep Testowy

identyfikator transakcji:

1596178371805916

e-mail nabywcy:

test@virtualo.pl

znak wodny:

Burda ‌Publishing Polska ‌Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, ‌02-674 ‌Warszawa

Dział Handlowy: ‌tel. 22 360 38 41–42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. ‌22 360 37 77

Tekst © 2018 Grzegorz ‌Kapla

Opracowanie redakcyjne: Justyna Wodzisławska

Projekt ‌graficzny ‌okładki: ‌Krzysztof ‌Rychter

Projekt graficzny ‌makiety ‌oraz korekta: ‌

Redaktor prowadzący: Małgorzata ‌Zemsta

Redaktor techniczny: ‌Mariusz ‌Teler

Zdjęcie na ‌okładce: Diana Festa / Arcangel ‌Images

Copyright for Polish ‌Edition © 2018 ‌Burda Publishing Polska Sp. ‌z o.o. All ‌rights ‌reserved.

ISBN ‌978-83-8053-387-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, ‌kodowanie ‌w urządzeniach ‌do przetwarzania ‌danych, odtwarzanie ‌w jakiejkolwiek formie ‌oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych, ‌również częściowe, ‌tylko za wyłącznym ‌zezwoleniem ‌właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji ‌elektronicznej: ‌Marcin Kapusta

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

PROLOG

Dziewczyna miała jasną skórę. Jasną jak mleko. Włosy czarne, kręcone, gęste i długie. Miała też długie, smukłe nogi i włosy łonowe czarne niczym smoła. Niemodny, kędzierzawy zarost wbrew dzisiejszym czasom – niegolony. Piersi małe, a sutki brunatne, jakby wzięte z zupełnie innego ciała. Brzuch wzdęty i pokryty niebieską siecią żył i ciemnymi plamami siniaków. Ramiona obdarte.

– Długo tak leży? – zapytała Olga przez zaciśnięte zęby.

– Nie wiem, zimno jest, ale ciało spuchnięte, okrężnica zgniła, więc pewnie przeleżała kilka, może nawet kilkanaście dni.

– Znaczy, nie wiesz?

– Znaczy, będę wiedział za kilka dni. – Grzegorczyk wcisnął siną dłoń w gumową rękawiczkę, przyklęknął i obejrzał usta dziewczyny. Potem wetknął palec między zęby, żeby rozewrzeć szczęki. W środku było błoto. Włożył palec głębiej i wyciągnął stamtąd grudę mułu.

– Nic się nie złowiło – uśmiechnął się.

Odgarnął włosy z twarzy dziewczyny. Była spuchnięta i podrapana.

– Walczyła?

– Niekoniecznie. Woda niska, mogło ją poobdzierać, jak płynęła z prądem. Myślę, że leżała na brzuchu. Inaczej ptaki dobrałyby się do oczu. Słyszałaś, że gawrony przylatują do nas z Rosji? Nasze, polskie, narodowe gawrony lecą na południe, a do nas przylatują gawrony z Rosji. Ruskie gawrony jak nic wydziobałyby jej oczy.

– Ale sama się nie utopiła, co? – mruknęła Olga i pochuchała w dłonie. Deszcz właśnie zaczynał zamarzać. Na zielsku, na trawie, która wciąż jeszcze trzymała się zielona i wyprostowana, osiadały białe mokre pajdy.

– Cholera wie, przecież teraz nie brak napaleńców. Jakiś biegacz ją znalazł, a skoro komuś chce się biegać w taką pogodę, to może komuś się zachce pływać. Teraz wiesz, co jest modne. Triatlon. – Grzegorczyk sapał. Tusza nie pozwalała mu klęczeć długo z głową w dół. Był wkurwiony, bo musiał sobie zamoczyć buty i nogawki spodni. Nie płacili im dość, żeby sobie codziennie kupował nowe buty.

– Chyba żartujesz? Przecież nie pływałaby na golasa?

– Żartuję, żartuję. – Obejrzał uszy dziewczyny. Miały wydłużony kształt. Musiała być kiedyś ładna. – Ale jakby się naćpała czy coś, to kto wie…

– Myślisz, że się naćpała?

Grzegorczyk popatrzył na dziewczynę, a ona popatrzyła na niego wielkimi czarnymi oczami. Wzdrygnął się nagle, bo w kieszeni Olgi zaterkotał telefon.

– Suszczyńska – powiedziała do słuchawki.

– …

– No, mamy zwłoki, mamy. Biegacz ją znalazł. Spisują go w radiowozie, bo przecież przemarznięty jest, zachoruje i nas oskarży.

– …

– Tak, żartuję, no pewnie, że żartuję. Ale jakby był pieprzonym prawnikiem, toby nas oskarżył. Prawnicy często biegają, bo niewiele pracują. Co?

– …

– Grzegorczyk nie wie, ile leżą, na moje oko z tydzień. Goła, młoda, poharatana o dno.

– …

– Nie, nie wiem, czy zabita, nie wiem, czy zgwałcona.

– …

– Kurwa, nie gadaj. – Pomyślała o papierosie. – Pierdolony PiS. Dobrze, przyjadę i się zamelduję.

– Co tam? – Grzegorczyk wyprostował plecy i łapał powietrze jak ryba. Był czerwony na twarzy. Ręce w tych gumowych rękawiczkach trzymał przed sobą jak kret.

– Przegłosowali ustawę.

– Jaką ustawę?

– No, jak to jaką? O ubekach. Emerytury zabierają.

– Przecież ty nie masz emerytury.

– Ale zabierają wszystkim, co pracowali za komuny w resorcie. I tym, co już mają, i tym, co jeszcze nie mają, ale mogliby już mieć. Siwemu zabierają.

– A co, on w ubecji pracował? – Grzegorczyk pociągnął nosem.

Pomyślała, że się jeszcze chłop przeziębi. Zrobiło się jej go żal. Pewnie nikt go nie przytula. Na pewno nie przytula. Jak ktoś jest przytulany, to z trupami nie musi pracować, może sobie leżeć na kanapie, nadstawiać kark do głaskania i gadać o modzie. O nowej kolekcji Gosi Baczyńskiej. Czytała, że to najlepsza kolekcja tego roku. Inni uważają, że Ossoliński pokaże lepszą, ale to dopiero za kilka dni. I że Zień wrócił. I że pielęgnacja brody wymaga wiele uwagi. Takie rzeczy w poczekalni u dentysty. Buty powinna sobie kupić. Nie wypada, żeby dziewczyna chodziła w pozdzieranych butach. Ale lubi je przecież. Zresztą, kto w fabryce zwraca uwagę na buty. Na zęby to co innego. Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie. Były gładkie i pomyślała, że są białe. I że warto było wydać na piaskowanie, chociaż trochę bolało.

– Hej! – Grzegorczyk wyrwał ją z zamyślenia. – Siwy robił w ubecji?

– Mówi, że w gospodarczej, a potem w kryminalnej. Że waluciarzy łapał. Weryfikację przeszedł. Państwu demokratycznemu się przysłużył, awansował, w pałacu dostał gabinet, a teraz zostanie mu tysiąc pięćset złotych. Wkurwił się.

– No, ja się nie dziwię. – Grzegorczyk klęknął. – Ty już, kurwa, narobiłeś zdjęć?

– No. – Młody technik kiwnął głową.

– To chodźże tu, obracamy. – Chwycił topielicę za ramię. – Bierz się za nogi.

Młody wsunął aparat do torby fotograficznej bez odkręcania flesza, a potem rozejrzał się nerwowo, bo nie bardzo było na czym postawić torbę. Wszędzie błoto albo ten mokry pierwszy śnieg.

– Kurwa mać. – Zdenerwował się, bo Grzegorczyk znowu zaczynał sapać. – Pozwoli pani?

Popatrzył na Olgę, a ona wydęła wargi.

– Co? Ja mam ją odwracać?

– Nie, ale może potrzyma pani torbę?

Pomyślała, że mogłaby go polubić za tę nieśmiałość. I za te niebieskie oczy. Wyciągnęła rękę.

– Daj.

Torba była ciężka. Jakby kamienie tam nosił, a nie aparat. Ale nie dała po sobie poznać, że poczuła.

Młody uśmiechnął się, wlazł w wodę po kostki w tych swoich adidasach do biegania i chwycił dziewczynę za stopy.

– No gdzie, kurwa, łapiesz, durniu. – Grzegorczyk pokazał mu, żeby wyżej, gdzieś tak na wysokości bioder.

– Rękawiczek nie mam – jęknął młody przepraszającym gestem.

– Jak nie masz? – Grzegorczyk stęknął i niezgrabnie sam zaczął odwracać zwłoki.

– Ja pierdolę! – Młody aż się odsunął.

Gawrony zerwały się z drzew z chrapliwym gruchotem.

– Co tam? – Olga wyciągnęła szyję.

– Sama sobie tego nie zrobiła. – Grzegorczyk zrobił miejsce, żeby mogła spojrzeć.

Plecy dziewczyny pokryte były wybroczynami, jakby kto przejechał po niej ciągnikiem.

– Ktoś jej spuścił potężne manto – ocenił Grzegorczyk.

– Dobrze, to ja idę – postanowiła. – Zrobisz mi jakiś papier z tego, dobrze?

Zrobiła kilka kroków w górę, zanim się zorientowała, że wciąż ma na ramieniu torbę młodego.

– O, przepraszam. – Odwróciła się bez uśmiechu i poczekała, aż on wylezie z wody i podejdzie. Buty ślizgały się na mokrej ziemi. Płaty śniegu były coraz większe i coraz bardziej mokre. Wyciągnęła rękę i podała mu torbę.

– Brrr – uśmiechnął się i wzdrygnął. Buty miał przemoczone do reszty. Ale nie miała czasu się nad nim litować. Odwróciła się i poszła w lewo, kombinując, którędy powinna pojechać. Może przez plac Wilsona?

Minęła przemoknięte stoły letniego bungalow baru i sklep rowerowy. Samochód stał w kałuży, chociaż kiedy parkowała, było tu całkiem sucho.

„W Polsce mamy trzydzieści osiem dni wolnych od pracy w ciągu roku i to nas plasuje w czołówce Europy – usłyszała w radio, kiedy tylko przekręciła kluczyk. – Lepiej od nas mają tylko Szwedzi, Duńczycy i Niemcy. Jeżeli jednak policzyć, ile pracodawcy muszą zapłacić za dni wolne swoim pracownikom, to nikt w Europie nie ma gorzej od nas”.

Skręciła w prawo, pojechała wzdłuż rzędu pawilonów dla wędkarzy. Przy wjeździe na Wisłostradę rozchlapała kałużę. Oberwało się jakiemuś rowerzyście.

– Do jasnej cholery, nawet w taką pogodę muszą się tu szwendać! – Wcisnęła gaz i poczuła, że ją lekko znosi w lewo. Przejechała pod wiaduktem. Po prawej migotał zadziwiający neon. Pewnie miała to być szklanka wypełniona czymś z bąbelkami.

Miała szczęście z miejscem do parkowania. A to niestety nie było regułą. Patrzyła potem na swoje nogi w windzie. Wilgoć spływała z niej gęstą, oleistą plamą. Zrzuciła buty i skarpetki w małym korytarzu i boso usiadła przed komputerem.

Ekran rozświetlił się od razu. Nie wyłączała laptopa. Miał już swoje lata i mógłby się potem nie chcieć uruchomić.

„Jak czytamy w informacji wysłanej po posiedzeniu Rady Ministrów, dalsze funkcjonowanie systemu, w którym zapewnia się byłym funkcjonariuszom przywileje emerytalne, jest nieuzasadnione. »Dobrowolne podjęcie służby w organach bezpieczeństwa na rzecz totalitarnego państwa i pełnienie jej w większości przypadków przez wiele lat, jest wystarczającym powodem do obniżenia emerytur i rent tym osobom oraz pozostałym po nich rencistom rodzinnym«, czytamy – przewijała witrynę Wprost.pl. – Autorzy ustawy argumentują, że nie jest to kara dla byłych funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa państwa, a jedynie »odebranie im niesłusznie przyznanych przywilejów«”1.

– Kurwa mać! Nie, żeby kochała ubecję i komunę, ale skoro dwadzieścia lat temu przeszli weryfikację i pracowali od tej pory dla wolnej Polski, to powinno ich się traktować jak ludzi.

Przejrzała newsy. Premier zapewnia, że nie zawróci z drogi reform. Archeologowie trafili na ślad słowiańskiej osady w Maroku. Przejrzała ten tekst, bo Słowianie w Afryce to musiał być jakiś fejk. Ale nie, profesor Filipowiak tłumaczył, że Qarjat as-Saqaliba to nie mrzonki, i naukowcy wiedzieli o istnieniu takich osad już od co najmniej pół wieku. Okazało się, że to była wieś zamieszkana przez ludzi schwytanych na wojnie i sprzedanych w niewolę. Wieś niewolników.

Na pasku wyświetliły się jej reklamy książek. Dużo czytała. Pomyślała, że innym kobietom pewnie wyświetlają się buty. Lubiła używane książki, ale nie lubiła antykwariatów z ich zapachem stęchlizny i grzybów. Między używanymi książkami a starymi książkami jest różnica. Jak między sercami.

Używane nie muszą być stare. Stare nie muszą być używane.

ROZDZIAŁ PIERWSZYKIEDYŚ

– Opowiedz o Golemie, dziadku, opowiedz.

Późno już było. Mgła znad rzeki szła nie szara, jak zwykle, ale całkiem czarna. Jak atrament, pomyślał, jak atrament. Wolałby poczytać coś, ale cóż, chłopcy nie chcieli zasnąć. Poruszył ramionami w górę i na boki, jak wielki ptak, który próbuje wyprostować skrzydła, a potem podszedł do stolika i zapalił dwie grube świece, oblepione woskiem niczym sękami. Miały kolor trupa i chłopcy bali się, że z płomienia na kosmatym knocie wylezie dybuk. Hirsz słyszał o dybuku od kolegów. Wszyscy wiedzieli, że dybuk zabrał kiedyś ciało Lei, ukochanej Chonena.

W każdym razie chłopcom nie było wolno samemu zapalać świecy. Ani nawet gasić.

– Trzeba umieć zapalić świecę i trzeba umieć ją zgasić. Kto gasi świecę, może zwrócić uwagę Złego – straszyła ich czasami matka. Śmiała się przy tym, żeby wiedzieli, że żartuje, ale niepokój pozostał. Hirsz robił wtedy grubą minę, ale Beniamin naprawdę się bał.

Zawsze. Tylko nie przy dziadku.

Dziadek znał naturę dobra i zła. Ludzie przychodzili, żeby im prostował drogi między naszym światem a światem, do którego zmierzamy. Wszyscy mu się kłaniali. Benek wiedział, że dziadek zła się nie ulęknie.

Kiedy już zapalił świece, podszedł do drzwi i zgasił światło, a wtedy jego ciało urosło nagle i naprawdę stał się ptakiem. Albo może aniołem.

Chłopcy skulili się pod grubym pledem, a on usiadł na brzegu łóżka. Grube zasłony z czerwonego sukna kołysały się lekko. Za oknami wył wiatr. Gdzieś od Zamku, pomyślał Benek, gdzieś od kolumny Zygmunta. Lubił to miejsce, choć było pod krzyżem. Ale to był przecież krzyż z jego miasta. Jego krzyż.

Opowieść dziadka była z innego miasta. Miasta, którego nigdy nie widział. Z Pragi. Jak mówił dzisiaj tata, z niemieckiej Pragi.

– Jehuda Löw ben Becalel marzył o Golemie na długo, zanim został najsławniejszym rabinem i astrologiem swoich czasów – zaczął dziadek, a kiedy mówił, świece skwierczały i drżały. Wtedy cień za jego plecami rozkładał skrzydła. – Marzył od dziecka o stworze, który mógłby za Żydów pracować cały szabas, bo byłby przecież stworem, a nie człowiekiem. Wiedział, że można byłoby go ulepić z gliny. Ba! Potrafił się tym zająć. Ulepił już niejedną miskę i niejedną figurkę. Ale glina nie umiała przecież pracować… Minęło pół wieku i Jehuda został w Pradze wielkim alchemikiem. Przyjacielem cesarza Rudolfa. Potrafił czynić cuda i zadziwił świat. Ale glinianego stworzenia nie umiał ożywić. Aż kiedyś usłyszał od swojego ojca, że w synagodze Staronowej trzymają pradawną księgę stworzenia Sefer Ha Yetzera. Księgę, która zawiera prawdziwe słowa. Kto zna prawdziwe słowa, może tchnąć życie w martwe ciało. Oczywiście nie wolno tego uczynić. I słowa nie są widoczne dla zwykłych ludzi, ale jeśli kto posiada mądrość i wiedzę, ujrzy je.

Jehuda posiadał mądrość i wiedzę całego świata. Znał kabałę, Talmud, Biblię i pradawne aramejskie zwoje. Studiował je tak długo, aż poznał imię Boga. Imię, którego nie wolno wymawiać. I wciąż pragnął powołać do życia glinianego człowieka. Ale już nie po to, żeby pracował za Żydów. Po to, żeby ich bronił. Bo w tamtych latach nie mieli łatwego życia. Źli ludzie napadali na Żydów, podpalali ich sklepy, rozbijali okna w domach, wyzywali i poniżali. I choć Jehuda był przyjacielem cesarza, nie potrafił przekonać władcy, jak bardzo jest to złe. I kiedy żydowskie pogromy osiągnęły zenit, pewnej zimnej nocy, czarnej jak smutek, wraz z trójką swoich ulubionych uczniów zsunął się z wysokiej skarpy aż na brzeg Wełtawy. Podciągnął poły chałata i wszedł w nurt rzeki. Zanurzył w niej ręce po łokcie, zacisnął palce w glinie i mule, ale wyciekały mu z dłoni jak mgła. Rzeka nie chciała, żeby wydarł jej życie. Wyszeptał tajemne słowa. I wtedy pozwoliła. Wziął pierwszą garść, drugą i kolejne. Podawał uczniom, a oni wynosili je w górę na czyste płótna. Jehuda wiedział, że Golem będzie rosnąć każdego dnia. Ale nie miał czasu. Golem od razu musiał być duży. Większy niż człowiek. Do ust wetknął mu kwitełech, zwitek papieru z Szem ha-Meforaszem, imieniem Boga. Tym, którego nie wolno wymawiać. Na czole potwora napisał „Emet”, czyli prawda, a potem obszedł go siedmiokroć w lewą stronę, aby odrzucić piętno śmierci. – Shanti, Shanti, Dahat, Dahat – powiedział. I stwór ożył.

Rabin Jehuda pokazał go cesarzowi. Cesarz nakazał swoim rycerzom, by go pojmali, ale gwardziści nie byli w stanie sprostać sile i nieśmiertelności glinianego potwora.

– Jeśli prześladowania nie ustaną, on nas pomści – powiedział rabin, a cesarz zamarł na widok, jak gliniany wielkolud depce ciała jego rycerzy.

Ale był dumny, więc nic nie powiedział.

Golem tymczasem rósł każdego dnia o jeden centymetr i wkrótce już nie dało się utrzymać w sekrecie jego istnienia. Poddani cesarza bali się chodzić po tej części Pragi, w której mieszkali Żydzi. A potem całkiem już bali się wychodzić z domów, bo mówili, że Golem potrafi przejść przez rzekę i się nie utopić. Że nocami krąży po Malej Stranie. Albo po ulicach wokół rynku.

Handel zamarł. Podatki przestały płynąć i w końcu jesienią 1592 roku najokrutniejszy z cesarzy, Rudolf II, podpisał edykt, który po czterech wiekach prześladowań zapewnił Żydom pokój.

Golem tymczasem nie pojmował, dlaczego nie jest jak człowiek, dlaczego nie potrafi kochać. I dlaczego nikt nie potrafi pokochać jego. Za dnia pracował, ale nocami włóczył się po mieście ze swoją tęsknotą, wielki tak, że nie widział nawet, kiedy zdarzyło mu się rozdeptać biedaków, co spali w cieniu ratusza pod Orlojem, starożytnym zegarem astrologów.

Rósł wciąż i wreszcie Jehuda zrozumiał, że nie może pozwolić mu istnieć. Przywołał go i powiedział: „Jest szabas, więc zawiąż rzemyki u moich sandałów”. A kiedy stwór się pochylił, rabin starł pierwszą literę z jego czoła. Pozostało słowo „met”, czyli martwy. Golem rozsypał się w pył. Jehuda spośród skorup wydobył zwitek z imieniem Boga.

I wtedy zobaczył coś jeszcze. Małe, nieforemne, kamienne serce. Żyło za krótko, żeby ludzie nauczyli się je kochać. Jehuda zebrał ułomki – glinianą skorupę z czoła, gliniane usta i serce i ukrył w skrytce w synagodze Staronowej. Kiedyś, pomyślał, kiedyś, kiedy przyjdą złe czasy na Żydów, ktoś znajdzie te skorupy i ożywi Golema na nowo.

– Kto to będzie, dziadku? – zapytał Beniamin. – Może ja?

– Głupi jesteś. – Hirsz stuknął go w głowę.

– Spokój. – Dziadek wstał, a cień za jego plecami wstał trzy razy większy. Anielski. – Miejsce to chronią potężne zaklęcia. Ale kiedy nadejdzie godzina, jakiś mądry rabin przełamie je, odnajdzie serce i kwitełech z sekretnym imieniem Boga, ulepi figurkę, wetknie zwitek do jej ust, nakreśli na czole słowo „Emet”, czyli prawda. Okrąży go siedem razy. I wtedy Golem powstanie… Wtedy cofnie się czas.

– Co to znaczy, dziadku? – zapytał Beniamin. – Co to znaczy, że cofnie się czas?

– Głupi jesteś – mruknął Hirsz. – Nie da się cofnąć czasu.

Ktoś zastukał do drzwi.

– Ktoś do ciebie, ojcze – powiedziała zza nich matka. Nie weszła do środka ani nawet nie wsunęła tam głowy. Nie chciała płoszyć cieni. – Ludzie przyszli prosić o radę.

Przychodzili coraz częściej. Jechać, pytali, czy zostać? Niektórzy wyjeżdżali. Do takich miejsc jak Kapsztad. Albo Buenos Aires.

ROZDZIAŁ DRUGIDZISIAJ

Są takie sprawy, pomyślała, które można zmarnować tylko raz w życiu. A potem już nigdy nie będzie tak samo. Nie pomoże wódka, nie pomoże bieganie, nie pomogą niebieskie tabletki.

Na przykład dziewczyny tylko raz mogą stracić to, co mają do stracenia. Najczęściej z jakimś cwanym chujkiem. A kiedy się bierzesz za politykę, tylko raz możesz powiedzieć „nie” chłopakom ze swojej drużyny. Potem już będzie pozamiatane. Takie są reguły gry. Polityka to gra drużynowa. Trzeba do tego mieć nerwy na wodzy i grubą skórę. I uważać na wszystko. Żadnych ekscesów w publicznych miejscach, żadnych rozmów, które się dadzą nagrać, żadnych kochanków, nic. Jesteś mniszką.

W fabryce jest tak samo. Jesteś mniszką. Nawet kota nie możesz mieć, bo oszaleje w pustym domu. Ani kota, ani królika.

Więc jeśli masz chwilę, a nie masz kota, zostaje bieganie. Biegała. Najpierw dookoła osiedla jakieś półtora kilometra, dysząc niczym parowóz i przeklinając papierosy. A potem coraz więcej i więcej.

To była taka jesień, jakich nie lubi nikt oprócz wron.

Biegła dookoła Kępy Potockiej. Pięć kilometrów, ale przyjdzie dzień, że pobiegnie dwa razy tyle. Była dumna z tego. A może to nie była duma, tylko endorfiny? Jedyny, oprócz alkoholu, skuteczny sposób na to, żeby jakoś dać sobie radę ze wszystkim. Z zakupami, praniem i sprzątaniem. Gdyby nie pot, gdyby nie mokre włosy, kiedy wracała po bieganiu, pewnie zapominałaby o prysznicu.

Ale po treningu nie było nic bardziej przyjemnego niż kawa, Internet i oczekiwanie na ten moment, kiedy ostygnie, przestanie się pocić i będzie mogła się wykąpać.

Jeszcze dziesięć, osiem kroków, wbiegnie na mostek nad Kanałkiem i zatrzyma się, żeby popatrzeć na mulistą, brzydką, starą wodę, w której już pewnie zbierają się gluty zmarzliny. Ósma rano, a ciemno, jakby był wieczór.

Pośliznęła się, bo mostek był wilgotny i oblodzony, ale to nic. Wystarczyło postawić dwa kolejne szybkie kroki, żeby odzyskać równowagę.

Kiedyś popróbowałaby w takiej sytuacji zwolnić, zatrzymać się, a na śliskim nie ma szans. Kto chce się zatrzymać, będzie leżał. Cały sekret w tym, żeby przyspieszyć.

No i nici z patrzenia na wodę, pomyślała. Zbiegła z mostku i dalej było już całkiem dobrze. Ani grama lodu. Stopy plaskały po kałużach. Pieprzony listopad. Kilkanaście dni temu przeczytała, że właśnie nad Warszawą jest superpełnia. Księżyc znajdował się wtedy najbliżej Ziemi. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat nie był bliżej. To zły czas dla ludzi. Przeróżni mitomani rozpisywali się o tym, że wzrasta drażliwość, rośnie liczba samobójstw, chorzy psychicznie ujawniają skłonności do lunatykowania, a zdrowi są rozdrażnieni i niespokojni. I oczywiście nie śpią. Podobno rośnie liczba wypadków drogowych, zabójstw i gwałtownych zdarzeń. Księżyc sprawia, że odzywa się w człowieku jego zwierzęca, dzika natura.

Ciekawe, czy topielica leżała w rzece od tamtego czasu? Nie, to za długo, Serbia nie była patologiem, ale kilku topielców już widziała.

Biegła po pochyłej ścieżce aż do Gwiaździstej, a potem dalej w lewo wzdłuż Kanałku.

Wkurwiająca ta pogoda. Niby nie mróz, ale jednak zimno. Niby tylko deszcz, ale ślisko jak jasna cholera. Niby demokracja jest dla wszystkich, ale jak się zaczynają zmiany po wyborach, to połowa kolegów myśli o tym, żeby się przesiąść na taksówki. Nie na Ubera, ale na te z lotniska.

Myślała, że wybory były dość dawno i świat zdążył się już uleżeć i na nowo ukorzenić. Ci, co trafili dobrze, mieli jeszcze lepiej. Ci, co trafili gorzej, mieli przejebane jeszcze bardziej. A tu odbierają emerytury.

Tfu!

Dyszała ciężko. Palenie sprawiało jej ból. Kilkanaście lat palenia. Płuca miała pewnie jak sito, ale co tam. Po prostu nie lubiła tego momentu, kiedy bolało.

Na szczęście do samochodu już niedaleko. Gdyby nie samochód, nie potrafiłaby biegać. Samochód odgradzał świat kawy i Internetu od tych zachlapanych ścieżek. Gdyby nie jazda, nie wychodziłaby z domu. Piłaby i oglądała filmy. A tak – wychodziła. Jechała kawałek, ze dwadzieścia minut, czasem kwadrans, wysiadała i wtedy mogła biec. Niektórzy mieli motywacyjne programy w smartfonach, inni personalnych trenerów albo partnerów do biegania, ona miała samochód. Byli partnerami. Rozumieli się bez słów. Dobrze mieć kogoś, z kim porozumiesz się bez słowa.

– No dobra – mruknęła i postanowiła, że dalej już pójdzie. Może u Araba ktoś się krzątał? Spojrzała na przeciwległy brzeg. Chyba nie. Wciąż zamknięte, jeszcze za wcześnie. A trzeba zrzucić przemoczone ciuchy, zanim dupa odmarznie. Czuła, jak uchodzi z niej ciepło. To dziwne, że dupa tak szybko stygnie. Telefon zadzwonił. Właściwie zawibrował, ale przecież o tym wibrowaniu wciąż myślała jak o dzwonieniu. Dzwonienie. Dźwięk ze świata, w którym było mniej telefonów niż chętnych. W każdym razie nie dla wszystkich były. Taki naczelnik telekomunikacji to był gość. Miał szczęście, że wybrał robotę, w której telefon dostawało się bez czekania. Ona też dostałaby bez czekania, gdyby to były tamte czasy. Ale w tamtych czasach była jeszcze zbyt mała, żeby mieć coś swojego.

Spojrzała na wyświetlacz. Siwy.

– Co tam, szefie, dziewczyna czy chłopak?

– Nie dziś, jeden trup w tym tygodniu wystarczy – powiedział Doliński. – Chcę cię widzieć, ale nie w robocie. Za godzinę na mieście. Tam, gdzie lubisz.

To była włoska knajpa w samym centrum. Trudno zaparkować, jeśli nie masz odpowiednich kwitów. Ale jeśli masz, to możesz sobie postawić wóz na przykład przed Marriottem.

– Okej. – Nie pytała więcej. Ulżyło jej po prostu, że nikogo nie zabili ostatniej nocy. – Okej, ale za godzinę nie zdążę, biegam teraz. Muszę się wykąpać.

– Zaczekam.

Lubiła jeździć pustymi ulicami. Tak. To była sobota.

Wdrapała się na górę, sapiąc jak lokomotywa. Kiedyś była smukła i miała dobre wyniki. Potem papierosy, ślęczenie po nocach. A potem jeszcze ten smutek. Czekanie na kroki na schodach. Strach przed prowadzeniem. Wódka. Przeprosiła się z samochodami, czasami rzucała palenie. Siedziała przed komputerem coraz dłużej. Nie czekała już na niczyje kroki. Miała pewnie otłuszczoną wątrobę. No i, kurwa, cellulit. Z nikim się nie kochała od dawna. Nie głaskała nawet królika. Nikt jej nie przytulał.

Odpaliła Internet. Włosy, sztywne od zimnego potu, opadły na czoło. W nocy zmarł Fidel Castro. Aresztowali jakiegoś Niemca. Zabił kobietę pejczem i zwłoki ukrył w domu.

– Cholera jasna. – Przewinęła wiadomości. – Co się dzieje z tymi ludźmi?

Przypomniała jej się dziewczyna znad Wisły. Wyniki sekcji powinna mieć na biurku w poniedziałek, ale gdyby zadzwoniła dzisiaj do Grzegorczyka, to może by już coś wiedział. Ale to potem, potem. Nie miała czasu, trzeba się ogarnąć w pięć minut, a przecież i tak nie zdążą jej wyschnąć włosy.

Po bieganiu powinna wziąć kąpiel, ale odwlekała ten moment. Przejrzała pocztę. Hi5 zapraszał do swojej bazy danych. Reszta też nadawała się do kosza.

Nikt z tych, których kiedykolwiek kochała, nie napisał ani słowa.

Zamknęła Windowsa i zrzuciła ciuchy. Brzuch był wielki i ciężki. Chwyciła w palce zwał tłuszczu. Nie w poprzek, ale tak jak należy, wzdłuż włókien. Nie będzie łatwo. Ale postanowiła się nie poddawać. Mniej pić. Więcej biegać. Znaleźć sobie jakiegoś chłopaka. Podobno młodzi chłopacy łatwo zakochują się teraz w dojrzałych dziewczynach.

Zwłaszcza w szczupłych i bogatych.

Weszła pod prysznic i jak zwykle pomyślała, że to dziwne, ale przez całe lata nie wiedziała, że słowo „prysznic” pochodzi od nazwiska pewnego niemieckiego lekarza, specjalisty od leczenia wodą.

Słyszała, że gdzieś na stole dzwoni telefon, ale zbyt cieszyła ją gorąca woda, żeby się pospieszyć. Jeśli chodzi o trupa, to przecież życia mu to nie przywróci.

Stanęła przed lustrem. Całe zaparowane. Przetarła je ręcznikiem i zobaczyła swoją twarz. Niewyraźną, rozmazaną w strużkach wilgoci. Pamiętała, kiedy spojrzała w to samo lustro pierwszy raz.

Trudno patrzeć w oczy samej sobie sprzed lat. Patrzysz tak i widzisz, że niczego nie umiałaś zmienić. Wciąż masz to samo lustro. Wciąż ten sam widok z okna. Jesteś taka sama. Tyle że masz cienie pod oczami. Cienie smutku. Nie wyciągnęłaś wniosków, niczego się nie nauczyłaś. Wciąż masz te same lęki. Nie potrafisz zapomnieć, że tylko ci, których kochasz, mogą skrzywdzić aż do końca. Wytarła włosy i wcisnęła się w spodnie, których nie zakładała od co najmniej półtora roku. Zbiegła z mokrymi włosami. Kiedy biegasz, jesteś zahartowana. Dopiero kiedy ruszyła, przypomniała sobie o telefonie.

Spojrzała na wyświetlacz. Grzegorczyk.

Oddzwoniła.

– Co tam, łapiduchu, nie jesteś na obiadku u teściowej?

– Jeszcze nie jestem, ale będę. – Nie dał się zbić z pantałyku. – Ta dziewczyna, no wiesz, ta z Wisły… jest w tym coś dziwnego.

– Zgwałcona?

– Nie, nie zgwałcona, chociaż i nie święta.

– Co masz na myśli? Kurwa jego mać! – Ledwo odbiła na lewo, kiedy jakiś dureń w yarisie zjechał nagle na jej pas.

– Co się stało?

– Nic, jadę. Co znaczy nie święta?

– No, że nie dziewica.

– To chyba oczywiste, co nie?

– Ona nie jest tutejsza.

– Co znaczy nietutejsza? Znaleźliście jej ubranie, dokumenty miała, dlaczego nic nie wiem? – Ciśnienie się jej podniosło.

– Nie, Olga, coś ty, nic nie znaleźli. Tylko wiesz, te kręcone włosy, grube brwi… No i ona ma ciemną skórę.

– Nie pierdol, jaką ciemną?

– Po tym, jak odleżała swoje w wodzie, tego nie widać, ale ma ciemną, ciemniejszą niż tutejsze słoiki. Ona nie jest Polką.

– Ukrainka? Cyganka? Pewnie jakaś dziwka…

– Nie, nic z tych rzeczy. Ukrainki od Polki nie odróżnisz. Cyganka też nie, Romowie są z antropologicznego punktu widzenia Hindusami… W niej jest coś dziwnego. Ma zielone oczy.

– Ciemnoskóra, kręcone włosy, zielone oczy?

– No.

– I nie dziewica.

– I nie dziewica.

– Dobra. Myśl, bo ja prowadzę, zaraz Aleje i muszę mieć wolne obie ręce. – Wyłączyła się.

Ciemnoskóra, zielone oczy i nie dziewica, pomyślała. Kto ci to zrobił, dziewczyno? Kto ci to zrobił?… A potem nagle przypomniała sobie własną myśl. Tylko ktoś, kogo kochasz, potrafi skrzywdzić cię tak do spodu.

ROZDZIAŁ TRZECIWTEDY

Odkąd synagoga została zamknięta, w piątki modlili się zwyczajnie, w domu. I w domu zapalali świece. Zresztą w domu było teraz tyle samo ludzi co w bożnicy. Tłum. Hirsz żałował. Lubił synagogę. Jej strome schody, menory o siedmiu ramionach rozpięte u wejścia niczym baśniowe smoki. Mówił Benkowi, że to są orły i pilnują, żeby nie mógł do środka przeniknąć ani dybuk, ani Abaddon. Lubił cztery grube kolumny, na których spoczywał dach z trójkątnym tympanonem, zupełnie takim samym, jaki znał z książki do historii. Był tam obrazek z podobizną jakiejś budowli ze starożytnego Rzymu. W książkowym tympanonie kłębiły się ciała żołnierzy i potworów. Trójkątne pole synagogi było puste, ale kiedy na nie patrzył, wyobraźnia malowała tam Judę Makkabiego, gdy wkracza do Świątyni i zapala ogień w menorze. Makkabi oliwy miał tylko na jeden dzień, ale ogień płonął aż osiem… Hirsch lubił też widoczną z daleka kopułę. Była taka jak w Jeruzalem, twierdził dziadek. Była koroną królującą nad całym miastem. Z bliska kopuły nie było widać, ale przecież jeśli czegoś nie widać, to wcale nie znaczy, że to nie istnieje.

– Jak to? – pytał Beniamin.

– Głupiś – prychał na niego Hirsch. Odkąd zakładał do modlitwy tefilin, uważał się za mężczyznę. Benek wciąż był dzieckiem. I nie zapowiadało się, żeby to się mogło zmienić. Bo przecież odkąd Niemcy przerobili synagogę na magazyn mebli, nie można już było tam chodzić. Jak więc odprawi swoją bar micwę? W domu?

– W domu to nie to samo – mówił Hirsch, a Benek miał wtedy łzy w oczach. – Nie becz, niech nie widzą. Niech nikt nigdy nie widzi, jak płaczesz. Zwłaszcza obcy.

– A mama?

– Kiedy płaczesz, mamie pęka serce.

– Naprawdę?

– Głupiś.

Trudno było sprawić, żeby nikt nie widział łez, bo dom był teraz tak po prawdzie hotelem. Nikt już nie miał swojego pokoju, bo wydawało się, że Niemcy upchnęli na Nowolipkach wszystkich Żydów z całego świata. Chłopcy nie mieli już swoich łóżek i spali ściśnięci razem z dziadkiem. Nie pachniało już jak kiedyś lawendą i czystą skórą, ale coraz częściej śmierdziało potem i moczem. Lustra były pozasłaniane, a kobiety bez przerwy płakały, jakby kto umarł.

Kiedy Niemcy wywlekali wszystkie cenne przedmioty z synagogi, stali z Hirschem na placu i patrzyli. Benek czekał na cud.

Był pewien, że za chwilę Pan ukaże swoją potęgę i porazi Niemców swoim światłem. Mógł łatwo to zrobić. Choćby przez dach podziurawiony od pocisków. To były rany w sam raz dla pioruna. Zresztą Pan nie potrzebuje dziury w dachu, żeby pokazać swoją moc. Więc Benek czekał.

Ale Pan nie zrobił nic. Nawet kiedy wszystkie cenne przedmioty zwalano tuż pod schodami.

Ludzie stali w milczeniu. Sami mężczyźni. Nikt się nie ruszył. Nikt się nie odważył powiedzieć słowa. Nawet kiedy usłyszeli hałas, z jakim Niemcy zwalili na podłogę aron ha-kodesz, żaden się nie ruszył.

A z nieba nie spadł żaden grom. Nie uderzyła żadna z plag. Beniamin nie mógł uwierzyć.

Potem dwaj żołnierze zaczęli znosić po schodach ciężki czarny zwój zasłony i Benek zrozumiał, że Pan czekał właśnie na ten moment.

W powietrzu wisiał kurz. Mienił się w słońcu złotym blaskiem.

– Dlaczego nic się nie dzieje? – Beniamin szarpał brata za ramię.

– Dzieje się – powiedział Hirsch. – Właśnie się dzieje.

– Ale dlaczego Pan ich nie powstrzyma?

– Nie wiem. Może to próba? Może musimy się czegoś nauczyć?

Patrzyli na chmury kurzu i słuchali łomotu podkutych butów. Żołnierze wrzucili zasłonę na ciężarówkę i wrócili do środka.

Benek zrozumiał, że moc Pana nie chciała porazić Niemców. Pomyślał, że może w czasie wojny Pan nie ma żadnej mocy.

Wieczorem zapytał dziadka, dlaczego nie przyszedł Golem i nie zatrzymał Niemców. Siedzieli po ciemku. Nie było prądu. Żal im było świec.

– On nie przyjdzie, Beniaminie, bo Golem to jest tylko bajka – powiedział dziadek.

Dał chłopakowi kawałek chleba, a ten wziął go łapczywie.

Milczeli.

Kiedy międlisz w ustach chleb wystarczająco długo, wydaje ci się, że robi się słodki.

Dziadek myślał, jak długo jeszcze pozwolą im, „chorym na tyfus”, przechodzić na polską stronę. Chłopak myślał, że już nic się nie zmieni.

Poszli z Hirschem pod synagogę jeszcze raz, kiedy Niemcy pozwolili na odbudowę. W środku nie było już tkanin przetykanych srebrną i złotą nitką, ale arka znowu stanęła pod marmurowym łukiem.

Ojciec wciąż pakował swoje skóry na wózek, a wynajęci ludzie pchali go na Umschlag. Celnicy z Transferstelle brali spore pieniądze za pozwolenia, ale wciąż przymykali oczy na to, żeby Bratkowski skóry odbierał i sprzedawał po polskiej stronie tym, co szyli kożuchy i buty. Każdy miał z tego grosz. Bratkowski, ojciec i celnicy.

Skóry skończyły się pewnego dnia, a w domu zjawili się kolejni goście, przesiedleńcy.

Mieli czekać na transporty, które zabiorą ich do nowych miejsc, gdzieś na Wschodzie. Nosili ładne ubrania, mieli pieniądze w walizkach, które trzymali w rękach, nawet kiedy zasypiali pod ścianami, i nie rozumieli ani słowa po polsku, choć to przecież byli jacyś krewni.

Pół roku później, jesienią, Niemcy kazali im się wszystkim spakować. Spakowali na powrót te swoje walizki i poszli na Umschlagplatz.

W mieszkaniu zrobiło się nagle cicho. Jakby kto umarł. Ale za to pusto. Benek mógł się znowu bawić samochodzikiem na całej podłodze.

Kilka dni potem usłyszeli, że i na nich przyszła pora. Ojciec wyciągnął spod podłogi wszystkie dolary, jakie im jeszcze zostały, i poszli.

Dolarów wystarczyło, żeby wykupił Hirscha, Benka, mamę i siebie. Dziadek pojechał. Nie pożegnali się, bo wszystko poszło jakoś szybko. Stali na rampie, ojciec gadał z celnikami. Dziadek wszedł do wagonu, resztę rodziny ojciec zatrzymał gestem ręki.

– Nie wsiadajcie – powiedział. – Jeszcze mamy pracę do zrobienia. Pojedziemy za dziadkiem, jak on już wszystko nam przygotuje.

I dalej gadał z celnikami. Klepali go po ramionach. I jeden zgodził się zabrać list na polską stronę. Na pocztę. Miało być z tego więcej dolarów.

Kiedy wrócili do domu, żołnierze właśnie wynosili ich meble. Miały jechać do synagogi. Do magazynu.

Spali odtąd na podłodze, a ojciec codziennie chodził na plac, żeby spotkać Bratkowskiego. To do niego był ten list.

– Wezmę twoją żonę na sklepową, na skórach się zna, szyć potrafi, przyda mi się pomoc – powiedział Bratkowski.

– A to nie strach?

– Ona nie wygląda na Żydówkę.

– A reszta?

– Reszta mi nie jest potrzebna.

– Przecież znamy się piętnaście lat. Zapłacę ile trzeba.

Pokazał Bratkowskiemu pieniądze.

– No, przecież to nie wystarczy, żebyś opłacił celników, nie wypuszczą was. Jeśli ich przekonasz, wezmę młodszego chłopaka.

Benek po matce miał niebieskie oczy.

– Mężczyźni zostają, kobiety i dzieci mogą iść. – Celnicy nie pozwolili przejść ojcu. Hirsch też musiał zostać w getcie.

– Wiesław. – Bratkowski ukłonił się matce. – A ty, nie płacz. No, kurwa, nie płacz, bo nas zawrócą.

I dał Benkowi w łeb, aż mu spadła czapka.

– Nie płacz, cukierka dostaniesz – powiedział bardziej miękko. – Chodźcie.

Szli bez oglądania się za siebie wzdłuż muru cmentarza.

Do Grodziska nie było daleko. W pociągu ludzie tłoczyli się jak śledzie. Śmierdziało wódką i słoniną. Matka siedziała jak skamieniała. Miała wyprostowane plecy, trzymała Benka za rękę i patrzyła w oczy Bratkowskiemu bez jednego mrugnięcia okiem.

Chłopak już nie płakał. Pod nosem miał gila. Bał się nawet pociągnąć. Bratkowski patrzył na niego z niesmakiem, a Benek myślał, że gówno wyjdzie z tej obietnicy.

– Czemu tak patrzysz? – zapytał.

– Gdzie mój cukierek?

– W domu dostaniesz. – Bratkowski odwrócił wzrok.

– Ale przecież dom… Au! – Matka ścisnęła mu rękę, aż trzasnęły kości.

Dom był niewielki i schludny. Z przodu sklep, a z tyłu mieszkanie. Co było na strychu, nie wiadomo.

– Tu będziecie spać. – Bratkowski otworzył im drzwi do maleńkiego pokoiku pełnego jakichś pudeł i gratów. – Jutro to uprzątniemy. Będzie pani pracować w sklepie. Pomoc się przyda. Jakoś się razem urządzimy.

I tak się stało.

– Nie idziemy do synagogi? – spytał Benek w piątek.

– Nie, nie idziemy – powiedział Bratkowski.

– Ale świece zapalimy.

– Nie zapalimy świecy.

– Żydzi zawsze tak robią.

– Już nie. W Grodzisku nie ma już żadnych Żydów. Chyba że na cmentarzu.

– Wyjechali?

– Tak. Wyjechali. Na Wschód.

W niedzielę Bratkowski kazał im się umyć i wybrać do kościoła. Benek poszedł. Było mu wszystko jedno. Miał pewność, że nie ma na świecie żadnych Golemów. Ani żadnego Boga.

ROZDZIAŁ CZWARTYTERAZ

Okrążyła przyczółek mostu i wjechała ślimakiem na górę. Na Poniatowskiego nie było tłoku. Minęła zmokniętą palmę, pod którą stał patrol drogówki, i przyspieszyła na zjeździe. Mogłaby pojechać Kruczą, ale była spóźniona, a Marszałkowską było jednak szybciej.

Hotel Forum sterczał nad rondem jak samotna skała, a po drugiej stronie na olbrzymim wyświetlaczu wyginała się w teatralnych pozach korpulentna telewizyjna gwiazda zajmująca się zawodowo zaglądaniem ludziom do garnków. Nikt nie pamiętał, że powiesili ten wyświetlacz po to, żeby pokazywał światu, jak szybko rośnie dług publiczny.

Przemknęła Marszałkowską, tak jak lubiła, wyprzedzając te wszystkie ofermy, które boją się jeździć po deszczu. I jak zawsze pomyślała, że całe życie była przekonana, że Marszałkowska nosi swoją nazwę na cześć Piłsudskiego. To jej szef, Siwy, wyprowadził ją kiedyś z błędu.

– No, nie wiedziałam – przyznała.

– Jak to nie wiedziałaś?

– Ze sławnych marszałków znam tylko Piłsudskiego i Rokossowskiego, ale przecież Rokossowskiemu nie poświęciliby ulicy.

– To ulica marszałka Bielińskiego – objaśnił. – W pewien sposób policyjna, bo w czasach saskich to właśnie on kierował służbami śledczymi. Porządny gość, marszałek Sejmu, który nie uznał legalności nadania tytułów carycy Katarzyny i pruskiego króla. Sejm obradował w zamku otoczonym przez rosyjską armię.

– Jakie to ma znaczenie? – zapytała wtedy.

A Siwy powiedział, że uznanie tych tytułów otwierało Rosji i Prusom drogę do rozbiorów.

– Nie uczyłaś się historii? – Śmiał się z niej. Ale ona wtedy akurat nie uważała.

Światła nad Trasą Łazienkowską były łaskawe i nie musiała patrzeć bez końca na olbrzymią reklamę pewnej firmy telekomunikacyjnej. A na Puławskiej niestety ruch się znowu ślimaczył, bo w deszczu ludzie nie umieli wystartować ze świateł. Przy skwerze Broniewskiego przypomniała jej się randka w Regeneracji. Nic z tego nie wyszło, ale przynajmniej całowała się wtedy z kimś ostatni raz.

Przyznała się do tego, że jest policjantką. Pili piwo, a potem nagle powiedział, że ma „error z tym, żeby poszli do niego” i zrozumiała, że pewnie kogoś ma. Wsiedli do samochodu na Olesińskiej pod latarnią, co świeciła jak cholera, a on potrafił zrobić jej dobrze dwoma palcami, tak że zabrakło jej tchu.

Mogła nie mówić od razu, że jest z policji. Odpędziła myśli, bo to było już tutaj.

Na Dąbrowskiego o tej porze można było zaparkować bez bólu. Lubiła to miejsce. Kiedyś zdawało jej się, że widziała tu tego aktora, co teraz biega maratony. Tego, tego przystojnego… Dorocińskiego.

Śniadaniownia nie była tania. Ale lubiła tu przychodzić. Lubiła menu udające papierową gazetę i to, jak się starali, żeby na tej piance na powierzchni kawy narysować liść. Albo kwiat. Czasami nawet serce.

– O już! – Doliński zauważył ją pierwszy i skinął na panią za kontuarem. – Tak jak mówiłem, dwa omlety z szynką i po dwie kanapki z łososiem. I jeszcze kawy.

– Oczywiście! – odkrzyknęła dziewczyna. Widać było, że go zna. Doliński był tu nie pierwszy raz.

– Co za chujowa pogoda. – Wyciągnął rękę do Olgi. – Chujowa partia, chujowe czasy, chujowa pogoda.

To miał być taki żart, ale ona się nie roześmiała.

„Wyborcza” leżała na stole. Otwarta na artykule o obniżeniu esbeckich emerytur. Powędrował wzrokiem za jej spojrzeniem.

– Kanalie i porządni policjanci wrzuceni do jednego worka. No i sprzątaczka z resortu, i pani z biura paszportowego też. – Wskazał palcem gazetę. – Ci posłowie naprawdę nie rozumieją nic z tego kraju.

Serbia milczała. Rozmowy o polityce z szefem nie były dzisiaj jej priorytetem.

Potem dostała kawę i poparzyła sobie usta. Tak jak lubi.

– Dlaczego się spotkaliśmy?

– Co to za zwłoki nad Wisłą? – zapytał, a ona odniosła wrażenie, że zrobił to bez zainteresowania.

– Ciemnoskóra, zielonooka i nie dziewica.

– Afrykanka?

– Nie. Moim zdaniem biała, ale patolog twierdzi, że ma ciemną karnację, ciemniejszą niż Europejki.

– Zgwałcona?

– No, tego nie wiem. Była naga i najwyraźniej zakatowana na śmierć.

– Co to znaczy?

– Na plecach ma tatara z ran.

– Ach tak… – Błądził oczami na boki.

– No dobrze, szefie, znamy się nie od dzisiaj, widzę, że nie chodzi o topielicę, tylko o coś poważniejszego. Możesz mi powiedzieć.

– Spostrzegawcza jesteś.

Uśmiechnęła się. Czekała.

Siwy zrobił gest, jakby szukał papierosów, ale przypomniał sobie, że ich przecież nie ma.

– Benedykt Barcikowski – powiedział po chwili. – Mówi ci to coś?

– Ten Barcikowski? Ten, co był kiedyś wiceministrem?

– Ten sam.

– Co z nim? Przecież od dawna nie żyje.

O wypadku pisały wszystkie gazety. Przysnął za kierownicą, uderzył w samochód jadący z naprzeciwka. Wbił się pod ciężarówkę i zginął na miejscu.

– Tak… Nie żyje. To było pod Strzegomiem. Na Dolnym Śląsku. – Siwy znowu rękami dotykał swoich kieszeni. Zapomniał, że przecież już nie pali.

– Nie żyje od lat, więc o co chodzi?

– Chciałbym cię prosić, to taka moja osobista prośba… – Popatrzył jej w oczy i wtedy zauważyła, jaki jest zmęczony. – Pojedź tam, do tego Strzegomia, i się rozejrzyj.

– Po co? To przecież stara sprawa jest.

– Stara. Wyjaśniona w dodatku, zamknięta i zapomniana.

– To po co mam jechać? – Odsunęła kawę i gazetę, bo kelnerka przyniosła im kanapki i omlety.

Omlet był duży i puszysty. Z sałatką z ogórków i pomidorów i kiełkami. Nie znosiła kiełków.

– No, to pobiegałam dzisiaj – mruknęła zniechęcona. – Po co mam jechać do jakiejś dziury w sprawie, która jest zamknięta i wyjaśniona?

– Bo cię proszę. – Ugryzł spory kęs. – I w dodatku pojedziesz tak, żeby nie było śladu. Dostaniesz wolne. Nie chwal się w fabryce.

Podniosła wzrok, a kawałek jajka spadł jej z widelca. Całe szczęście z powrotem na talerz. Czekała.

– Mam tam przyjaciela, spotkasz się, poczytasz papiery, pomyślisz. Zrobisz to dla mnie?

– Mam tę dziewczynę z Wisły – powiedziała. – To dziwna sprawa. Nie powinnam teraz jechać.

– A ja mam raka. Nie pożyję już długo. Dlatego cię proszę.

– Jak raka? – Odłożyła widelec. – Jakiego, kurwa, raka, co ty pierdolisz?

– Co pan pierdoli, panie nadinspektorze – powiedział Siwy bez cienia uśmiechu. – Lubię cię, mogłabyś być moją córką, ale o pierdoleniu mówisz mi regulaminowo… Białaczkę mam. Nie ma na to przeszczepów.

Wciągał omlet, jakby go zasysał, z głośnym świstem. Pomyślała, że naprawdę ma przemęczone oczy.

– To ciekawa sprawa jest, sss – siorbnął następny kęs. – Pamiętam, co pisały gazety. Że mu jakaś kurwa loda robiła i dlatego miał ten wypadek. Przesłuchali ją, ale byle jak, bo w szpitalu, a potem zniknęła. Byłem tam wtedy w wojewódzkiej. No więc… sss… chcę to ogarnąć. Dla starego przyjaciela tego nie zrobisz? Pojedź, proszę cię.

Beknął. Delikatnie, ale zauważyła. Poczuła, że się czerwieni. Nie chciała, żeby się czuł zażenowany. Lubiła go. Porządny, rasowy policjant. Kilka grubych spraw zrobił, a teraz gówno z emerytury. Ale w białaczkę nie uwierzyła. Przecież by coś było widać.

– Mówiłeś, że sprawa wyjaśniona – spróbowała jeszcze raz.

– A teraz mówię, że tylko zamknięta. Rozumiesz?

Kiwnęła głową. Pewnie chodziło o statystyki. W takich sprawach zawsze chodzi o statystyki.

– A co z dziewczyną z Wisły?

– No co, co…? Kurwa, jajco! Kosiński się tym zajmie. Powiesz mu, żeby tożsamość ustalił. Zanim przejrzy te wszystkie bazy…

– Ona młoda, w bazie nie będzie jej zdjęcia.

– Chyba że kurwa.

– Teraz nie ma już takich kurew jak w waszych czasach. Teraz to studentki, co się zakochują w trzech bogatych gościach naraz… – Sięgnęła po kanapkę. Łosoś był słony. Marchewkowy, słony i wilgotny. Zupełnie jakby się całować z kimś spoconym, pomyślała.

– To niech Internet przegląda, no, nie ma bata, żeby ktoś się wymknął zdjęciom. Zdjęcia, zapisy z kamer w centrum, portale randkowe, modowe, chuj wie jakie. Zajmie mu to czas, a ty zdążysz wrócić.

Wysmarkał się w chusteczkę.

– Nie prosiłbym, gdybym nie musiał.

Milczała.

– Masz tu różne wycinki, Internet sama sobie obejrzysz, a na miejscu mój człowiek da ci wgląd we wszystkie papiery z przesłuchań. Numer sobie zapisz do niego.

ROZDZIAŁ PIĄTYWTEDY

Mieszkali w Grodzisku do końca wojny, handlując wszystkim, co możliwe: futrami, cukrem, narzędziami, śrubkami. Ludzie płacili pieniędzmi, jajkami, a czasem to nawet i kawałkiem mięsa. Lubili przychodzić, bo lubili matkę. Mało mówiła, słuchała wszystkich i czasem dała jakąś radę.

– Proszę się nie martwić – mówiła. – Wrócą. Wszyscy wrócą.

A ludzie widać chcieli jej wierzyć, choć wiadomo było, że nikt już nie wróci i że nikt już kuczek owocami nie przystroi.

Beniamin odmierzał gwoździe na kilogramy i nie miał żadnych przyjaciół. Do niemieckiej szkoły Bratkowski nie chciał chłopaka puścić.

– Tak jest lepiej – mówił. – Niech myślą, żeś głupi. Głupim dzisiaj lepiej być niż Żydem.

Ale i tak, choć Bratkowski nie miał z Żydami nic wspólnego i był najczystszej mazowieckiej krwi z Żoliborza, to wszyscy mówili o jego sklepie, że idą kupować do Żyda.

Na początku mama i Benek bali się. Bali się pytać, czy Bratkowski wie coś o ojcu, kiedy wracał z Warszawy z towarem. Bali się mu przerywać, kiedy mówił o przesiedleniu Żydów z getta. Mówił, że każdego dnia wyjeżdża z pięć, sześć tysięcy ludzi. I że już nic z getta nie idzie uhandlować, bo Żydowska Służba Porządkowa teraz tam rządzi i celnicy się nie wtrącają. A Szeryński Józef, ten, od którego Bratkowski też woził futra, wyszedł z więzienia, ale już się nie da z nim pogadać. Jest prawą ręką Lejkina. Benek nie słyszał wcześniej tych nazwisk, ale matka tych ludzi znała. Pewnie wiedzieliby, co z ojcem, ale nie pytała. Bała się. I bała się iść do kościoła.

– A bo to wiadomo, co ludzie pomyślą?

– Nic nie pomyślą. Pomyślą, że jesteś moją kuzynką, że zostałaś z dzieckiem, kiedy starego powieźli na roboty.

– Nie uwierzą.

– Bo w kościele nie śpiewasz. Masz, naucz się i naucz małego.

Modlitewnik był sterany życiem. Niektóre kartki luźne. Czarna okładka, na brzegach kartki pociągnięte były na złoto. Skrzypiały, kiedy się go wyginało w rękach w łuk. Benek lubił ten dźwięk. Pomyślał, że warto dotykać książek, które to potrafią.

Beniamin uczył się Ojcze nasz, a ona odpytywała go wieczorami.

Następnej niedzieli już potrafił się przeżegnać i wiedział, kiedy się klęka. I że na oba kolana.

Już nie byli Żydami.

Bratkowski przyniósł chłopakowi kolejną książkę. Pieśńoziemi naszej. Podręcznik do piątej klasy. Powycierany i zatłuszczony. Nie wiadomo, skąd go wziął. Może ktoś przyniósł, żeby dostać gwoździ albo wymienić na łopatę. Książka nie była nowa. Nowe, albo przynajmniej nieczytane, były gazety. „Ster”. I „Mały Ster”. To były gazety o tym, jak dzielni są Niemcy i jak dobrze jest mieszkać w Rzeszy. Benek czytał więc ten podręcznik, żałując, że to nie jest książka do geografii. Oprócz czytanki w domu był tylko modlitewnik.

Którejś nocy Bratkowski przyszedł do składziku, w którym mieszkali, i powiedział matce, żeby z nim szła.

– Jak to?

– Już pora, chodź. – Skinął na nią ręką.

Matka wróciła nad ranem. Benek nie spał, całą noc nie spał. Matka nie płakała. Nie powiedziała do niego ani słowa. Czuł jej zapach intensywniej niż zwykle, taka była spocona.

Następnego dnia zasnął w sklepie oparty o ciężką stojącą wagę z długą szyją, na której poruszała się skala. Waga miała ruchomą podłogę, kiedy zwalali na nią wór kartofli, uginała się. W sklepie były też inne wagi, ale tę Beniamin zwyczajnie lubił, bo przypominała mu żyrafę. W książce, z której Hirsch uczył się geografii, była żyrafa. To niesprawiedliwe, że nigdy nie zobaczy żyrafy. Nie byli w zoo przed wojną, a teraz już nie ma taty, nie ma zoo, nie ma żyrafy w jego mieście.

Obudziło go szturchnięcie w ramię. Raz i drugi raz, tylko mocniej.

– Nie śpij, do kurwy nędzy, ludzie nam ze sklepu wszystko wyniosą – Bratkowski mówił cicho, przeciągając sylaby, tak że chłopak się wystraszył.

Odszukał wzrokiem matkę. Siedziała na zydelku i patrzyła w okno. Za oknem stały drewniane domy. Były bardzo czarne i lśniące, bo padał deszcz.