Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 138 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bezdech - Andrzej Bart

Andrzej Bart, scenarzysta znakomitego „Rewersu” i autor książki o tym samym tytule, stworzył kolejną historię, która prowadzi podwójne życie: jedno na ekranie, drugie na kartach powieści.

Jerzy, słynny polski reżyser od dwudziestu lat pracujący w Stanach Zjednoczonych, ulega wypadkowi samochodowemu. W malignie zdąży jeszcze wrócić do Polski, usiłując zrobić to, na co, jak sądzimy, zawsze będzie czas. Chce za wiele spraw przeprosić, ale też wyrównać rachunki. Przede wszystkim odnaleźć nigdy nie widzianego syna. Odwiedza ojca, rozmawia o śmierci ze słynnym filozofem, spotyka przyjaciół, wrogów i dawne miłości.

Bezdech”, nawiązujący wyraźnie do „Kartoteki” Tadeusza Różewicza, jest próbą diagnozy nie tylko współczesnego artysty i inteligenta, ale każdego z nas w momencie ostatecznego rozrachunku.

Opinie o ebooku Bezdech - Andrzej Bart

Fragment ebooka Bezdech - Andrzej Bart

An­drzej Bart

BEZ­DECH

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Nic bardziej nieszczęsnego od nieszczęsnego człowieka...

Czy czas może mieć szcze­gól­ne zna­cze­nie dla pa­sa­że­rów tego wła­śnie po­cią­gu? Pew­ne jest tyl­ko, że chcą punk­tu­al­nie przy­być tam, do­kąd jadą. Ostat­ni wa­gon ob­skur­ny, ale nie bar­dziej od in­nych. Na koń­cu ko­ry­ta­rza, bli­sko drzwi do to­a­le­ty, sto­ją dwaj męż­czyź­ni. Nie za­grze­ją tu dłu­go miej­sca, bo po­ciąg wkrót­ce do­je­dzie do koń­co­wej sta­cji, wy­pa­da więc po­świę­cić im kil­ka chwil. Osta­tecz­nie to od nich roz­po­czy­na się opo­wieść.

Pięć­dzie­się­cio­let­nie­mu blon­dy­no­wi żona sta­ran­nie skle­iła pla­strem opraw­ki oku­la­rów. Przez to omal nie spóź­nił się na po­ciąg. Młod­szy, o ład­nej pu­co­ło­wa­tej twa­rzy, mógł­by ozdo­bić sobą każ­dy se­rial, gdy­by aku­rat po­trze­bo­wa­li ko­goś za­raz po woj­sku. Star­szy, jak to star­szy, ma na imię Cze­sław, imię młod­sze­go nie­chże za­brzmi śmie­lej. Se­ba­stian?

Obaj do­brze wy­cho­wa­ni, bo wy­dmu­chu­ją dym przez otwar­te okno, a przed­tem na­wet za­mknę­li drzwi do prze­dzia­łu, z któ­re­go wy­szli. Moż­na przy­pusz­czać, że nie chcą dy­mić dziew­czy­nie z Gał­ków­ka, któ­ra cho­ro­wi­ta, a uczy się ban­ko­wo­ści. Po­tra­fią też pięk­nie się prze­ko­ma­rzać.

– Skąd mogę wie­dzieć? Ja się tyl­ko w nich wże­ni­łem... Może mam jesz­cze od­po­wia­dać za gno­ja?

– Coś ty, Cze­siu, tak tyl­ko py­tam... Ale opłat­kiem się dzie­li­łeś ze zwy­rod­nial­cem.

– A ty z nim pi­łeś piwo, i do­brze?

– Gdy­bym wie­dział, że on dzie­ci na­wle­ka, to­bym skur­wy­sy­na za­ła­twił.

– Za chu­dy w uszach je­steś.

– Znie­nac­ka bym bu­tel­ką przy­pier­do­lił.

– Chy­ba że tak...

Z dru­gie­go koń­ca wa­go­nu zbli­ża się męż­czy­zna ubra­ny w po­gnie­cio­ny gar­ni­tur w od­cie­niu przy­dy­mio­ne­go blue ma­ri­ne. Czap­ka do­brze do­bra­na ko­lo­rem, do tego nie­du­ża skó­rza­na tor­ba. Kon­duk­tor na tym wa­go­nie koń­czy po­szu­ki­wa­nie tych, któ­rym za­chcia­ło­by się po­dró­ży bez bi­le­tu. Za mie­siąc przej­dzie na eme­ry­tu­rę. Nic więc dziw­ne­go, że zna ży­cie i nie­któ­rych pa­sa­że­rów.

– Mało wam mó­wi­łem, że nowe prze­pi­sy są?

– Kto tu pali, pa­nie kie­row­ni­ku? – Cze­sław za­cią­ga się i zgrab­nie wy­rzu­ca pa­pie­ro­sa za okno. W jego śla­dy idzie Se­ba­stian, ale ma pro­ble­my. Nie­do­pa­łek tra­fia w ramę. Spe­szo­ny Se­ba­stian szyb­ko za­my­ka okno i uśmie­cha się do kon­duk­to­ra, że to niby tak spe­cjal­nie, dla hu­mo­ru bar­dziej.

– Do­sta­nie trzy lata, i to w osob­nej celi, żeby go więź­nio­wie nie dy­ma­li. Ja bym ta­kie­go za jaja po­wie­sił... – Kon­duk­tor na­wet nie pa­trzy na pod­su­wa­ne mu bi­le­ty.

– Sam się, kur­de blasz­ka, w są­dzie pro­sił, żeby mu na­biał ob­cię­li, ale mó­wią, że prze­pi­su nie ma. – Cze­sław jak­by ucie­szo­ny, że spra­wa szwa­gra pe­do­fi­la zna­na jest na ko­lei.

– Jak taki chęt­ny, to niech sam so­bie utnie, a po­tem woła kla­wi­szów...

– Han­ka też tak po­wie­dzia­ła te­ścio­wi.

Kon­duk­tor dla po­rząd­ku otwie­ra drzwi do to­a­le­ty. Jed­nym, lecz bacz­nym rzu­tem oka spraw­dza, czy nie ukry­wa się wniej chy­trus chcą­cy oszu­kać pań­stwo lu­bje­go ko­le­jar­ską ro­dzi­nę. Uspo­ko­jo­ny wra­ca w głąb po­cią­gu.

– I co sta­ry na to? – do­py­tu­je jesz­cze Se­ba­stian.

– Po­wie­dział, że sam go wy­trze­bi po ciem­ku, i to za­raz na pierw­szej prze­pu­st­ce.

Po tych aku­rat sło­wach, ale bez żad­ne­go z nimi związ­ku, Je­rzy ob­ja­wia się dwóm po­czciw­com. Skąd się tu wziął? Jest tu, bo za wszel­ką cenę chce tu być. Dla­cze­go jed­nak o świ­cie i w ta­kim miej­scu? Naj­waż­niej­sze nie wpa­dać w pa­ni­kę, a przede wszyst­kim nie li­to­wać się nad sobą. Tak wła­śnie mógł po­my­śleć.

Kogo zo­ba­czy­li ci nie­bo­ją­cy się żad­nej pra­cy lu­dzie? Kto wy­szedł z pu­stej, zda­wa­ło­by się, to­a­le­ty po­cią­gu pod­miej­skie­go? Na pew­no ktoś bar­dziej zdzi­wio­ny od nich, choć sło­wo „prze­ra­że­nie” by­ło­by bliż­sze praw­dy. Na pew­no wsty­dzi się swo­ich ufar­bo­wa­nych na bia­ło wło­sów, bo to, co spodo­ba­ło się dzien­ni­kar­ce z „Va­rie­ty”, Cze­sła­wo­wi pew­nie wy­da­je się śmiesz­ne. Nie może, bie­dak, wie­dzieć, że w ten pro­sty spo­sób Je­rzy ma­sku­je sie­dem­set si­wych wło­sów, któ­re po­ja­wi­ły się w cią­gu jed­nej nocy. Se­ba­stian wy­glą­da na by­strza­ka, więc na pew­no go­tów jest spy­tać: „Za­raz, za­raz, a jak je po­li­czył?”. Obaj nie wie­dzą, do kogo na­le­ża­ła skó­rza­na kurt­ka z dziw­nym na­pi­sem na ple­cach, w któ­rej ob­ja­wił się Je­rzy. Może to i do­brze, bo jest moż­li­wość gra­ni­czą­ca z pew­no­ścią, że nic by to ich nie obe­szło.

Cze­sław wie, jak trud­no do­ro­bić na boku, dla­te­go ma wy­raź­ną ocho­tę krzyk­nąć do kon­duk­to­ra i wska­zać mu pa­sa­że­ra na gapę. Nie robi tego, bo ten od­szedł już dość da­le­ko, ale też pew­nie boi się wy­głu­pić.

Je­rzy uśmie­cha się grzecz­nie i sta­je przed ostat­ni­mi drzwia­mi po­cią­gu, za któ­ry­mi już tyl­ko ucie­ka­ją­cy tor. Pa­trzy i nad­słu­chu­je, jak w syn­ko­po­wym ryt­mie zni­ka­ją pod­kła­dy szyn, jak ko­lej­ne słu­py trak­cji pod­bi­ja­ją wer­bel. Dla zła­ma­nia mo­no­to­nii po­trzeb­na jest trąb­ka. Ża­den słod­ki Chet Ba­ker. Wali po uszach! Gdy­by Je­rzy miał choć­by naj­mniej­szy wpływ na sy­tu­ację, w ja­kiej się zna­lazł, to wła­śnie w tym mo­men­cie na­ka­zał­by po­ja­wić się ty­tu­ło­wi. Nie­chby brzmiał: Nic bar­dziej nie­szczę­sne­go od nie­szczę­sne­go czło­wie­ka. Oczy­wi­ście mu­siał­by być Je­rzy re­ży­se­rem roz­mi­ło­wa­nym w nie­miec­kim te­atrze.

Z me­ga­fo­nów spi­ker w trzech ję­zy­kach wita po­dróż­nych na sta­cji Łódź Fa­brycz­na i ży­czy im przy­jem­ne­go po­by­tu w mie­ście. Je­rzy z głu­pią miną idzie wśród lu­dzi, któ­rzy przy­by­li tu w kon­kret­nym celu. Chcą pra­co­wać, uczyć się, a przed nocą wró­cić do swo­ich mia­ste­czek czy wio­sek. Cze­sław zre­pe­ru­je wte­dy kur­nik, a Se­ba­stian zro­bi rund­kę wo­kół ryn­ku. Za­nim jed­nak tak się sta­nie, Cze­sław pal­cem wska­że Je­rze­go kon­duk­to­ro­wi, ten jed­nak mach­nie tyl­ko ręką, jak­by mó­wił: „Te­raz, to mo­żesz mnie po­ca­ło­wać...”. Se­ba­stian, któ­ry nie lubi ka­po­wać, po­prze­sta­nie na spoj­rze­niu w stro­nę od­da­la­ją­ce­go się szyb­ko cu­da­ka z bia­ły­mi wło­sa­mi. Po­sta­no­wi za to za­pa­mię­tać obce sło­wo wy­ha­fto­wa­ne na jego ple­cach. Uda mu się po­ło­wicz­nie, bo wie­czo­rem bę­dzie pa­mię­tał tyl­ko dwie pierw­sze sy­la­by.

Tak­sów­karz jest kon­kret­ny, musi wie­dzieć, do­kąd ma je­chać. Sy­tu­acja nie­zręcz­na, dla­te­go Je­rzy uda­je, że cze­goś za­po­mniał, i wy­sia­da. Pie­kiel­ne wy­cie wjeż­dża­ją­cej na dwo­rzec ka­ret­ki po­go­to­wia może prze­stra­szyć. Je­rzy na wszel­ki wy­pa­dek bie­gnie w stro­nę przej­ścia pod­ziem­ne­go pro­wa­dzą­ce­go do mia­sta. Swoj­sko w nim jak w schro­nie prze­ciw­ato­mo­wym, któ­ry prze­trzy­mał wy­buch bom­by. Au­to­mat te­le­fo­nicz­ny na jed­nej ze ścian dzwo­ni mimo urwa­nej słu­chaw­ki. Je­rzy przy­spie­sza kro­ku. Z pod­zie­mia pro­wa­dzi sześć wyjść. Zda­wać się może, że Je­rzy wy­bie­ra pierw­sze lep­sze. Nic bar­dziej myl­ne­go, bo jak po sznur­ku tra­fia do Grand Ho­te­lu.

Lu­bi­łem ten po­czą­tek. Wyj­ście Je­rze­go z pu­stej to­a­le­ty pod­miej­skie­go po­cią­gu do­brze otwie­ra­ło film, a roz­mo­wy o gra­su­ją­cym po wsiach pe­do­fi­lu pięk­nie wio­dły na ma­now­ce wy­obraź­nię wi­dza.

Rzad­ko za­pi­su­ję daty. A jed­nak ta wpro­wa­dza mnie w tak do­bry hu­mor, że nie­chże się za­pre­zen­tu­je w ca­łej kra­sie:

26 paź­dzier­ni­ka 2012 roku. Z te­le­fo­nu, któ­ry za­sta­je mnie w Pa­ry­żu, do­wia­du­ję się, że jest przy­zwo­le­nie, aby w Te­atrze TV jesz­cze w tym roku zro­bić Bez­dech. Moż­na więc mieć na­dzie­ję, że ten pięt­na­sto­let­ni sce­na­riusz nie cał­kiem sczeź­nie w nie­pa­mię­ci.

Pierwszy przebiśnieg

Sko­rup­ka jaj­ka na mięk­ko pęka do­pie­ro za dru­gim ude­rze­niem ły­żecz­ki. Nikt nie gra na for­te­pia­nie, ale poza tym jak­by czas sta­nął w miej­scu. Grup­ka męż­czyzn przy sto­li­ku w ką­cie spra­wia wra­że­nie, jak­by wciąż ku­po­wa­ła i sprze­da­wa­ła do­la­ry, choć prze­cież mogą już być do­stoj­ni­ka­mi. Je­rzy nie za­uwa­ża, kie­dy przy jego sto­li­ku sta­je ol­brzym w czar­nym gar­ni­tu­rze i nie­wie­le ja­śniej­szych oku­la­rach.

– Prze­pra­szam, czy moż­na się do­siąść?

Wszę­dzie wol­ne sto­li­ki, jed­nak Je­rzy kiwa gło­wą po­ta­ku­ją­co. Pew­nie zdzi­wio­ny swo­ją grzecz­no­ścią. Ol­brzym od­su­wa usłuż­nie krze­sło i zni­ka. Po chwi­li sia­da na nim męż­czy­zna ubra­ny w ko­szul­kę ko­lo­ru pi­sta­cji i bia­ły swe­ter. Może na­wet nie sia­da, ale zaj­mu­je ca­łym sobą. Ca­łym sobą zaj­mu­je też prze­strzeń wo­kół sie­bie, i to do tego stop­nia, że nie wia­do­mo skąd zja­wia się pia­nist­ka i za­czy­na grać Ostat­nią nie­dzie­lę. Już tyl­ko tym za­słu­żył, by go na­zwać Bos­sem.

– Po­zna­jesz mnie?

Je­rzy bez­rad­nie roz­kła­da ręce. Gdy­by od na­tych­mia­sto­we­go roz­po­zna­nia tego czło­wie­ka za­le­ża­ło jego ży­cie, nie zdą­żył­by na­wet po­so­lić jaj­ka.

– Gra­łem u cie­bie w szkol­nej etiu­dzie. Roz­pę­dza­łem po­tań­ców­kę, czy coś ta­kie­go...

Na­głe olśnie­nie. Je­rzy za­do­wo­lo­ny, że nie jest z nim tak źle. Nie wia­do­mo dla­cze­go przy­po­mi­na mu się zda­nie dok­to­ra Ru­ben­fel­da z pierw­szej u nie­go wi­zy­ty. „Wi­dzę, że sku­pie­nie się naj­trud­niej panu przy­cho­dzi”. Zda­nia Ru­ben­fel­da kosz­to­wa­ły go do tej pory już kil­ka ty­się­cy do­la­rów, ale nikt le­piej nie umiał po­twier­dzić tego, co Je­rzy my­ślał o so­bie.

– Pa­mię­tam. Zła­ma­łeś wte­dy szczę­kę ko­muś waż­ne­mu.

– Je­stem te­raz w stro­ju do gol­fa. To mo­gło cię zmy­lić. Grasz też?

Je­rzy kiwa gło­wą, że nie, ale Boss nie ma mu tego za złe.

– Do­brze, że przy­je­cha­łeś. To mia­sto jest te­raz na two­ją mia­rę. Na Piotr­kow­skiej mamy już czter­dzie­ści osiem pu­bów... Lu­dzie z ca­łe­go świa­ta walą tu na­pić się piwa, a naj­wię­cej An­gli­cy... Jak to dla­cze­go? Żeby się na nas wzo­ro­wać – szyb­ko od­po­wia­da na nie­za­da­ne py­ta­nie.

Prze­sta­je mó­wić, roz­glą­da się wo­kół, a po­tem na­chy­la do ucha Je­rze­go. To, co chce po­wie­dzieć, musi być waż­ne.

– Wi­dzia­łem wszyst­kie two­je fil­my. Jesz­cze te czar­no-bia­łe.

– I nie nu­dzi­łeś się? – Tu aku­rat Je­rzy jak­by za­po­mniał, czym jest grzecz­ność.

– Tego nie po­wie­dzia­łem. – W gło­sie Bos­sa wy­raź­na ura­za, do któ­rej ma pra­wo.

Ci­szę, któ­ra za­pa­da, moż­na na­zwać wie­lo­znacz­ną. Milk­ną na­wet do­stoj­ni­cy w rogu sali. Boss zda­je so­bie z tego spra­wę i pró­bu­je po­god­niej­sze­go ak­cen­tu.

– Na­dwor­ne le­ka­rzy­sko cią­gle mi po­wta­rza: „Mniej ner­wów, a wię­cej po­go­dy du­cha...”. Dla­te­go ćwi­czę się w dow­ci­pach. Sły­sza­łeś to? Po­mi­dor idzie z syn­kiem do kina. Mały, jak to mały, wpa­da pod sa­mo­chód. Sta­ry po­mi­dor od­wra­ca się i tyl­ko krzy­czy do dzie­cia­ka: „Ke­czup, po­śpiesz się, bo nie zdą­ży­my na Pulp Fic­tion...”.

Męż­czy­zna śmie­je się za­do­wo­lo­ny, a z nim zda­je się śmiać cały świat. Na­wet Ostat­nia nie­dzie­la brzmi jak rag­ti­me.

– Mo­żesz to wy­ko­rzy­stać. Ale gdy­byś po­trze­bo­wał cze­goś spe­cjal­ne­go, to na­mów mnie, że­bym ci opo­wie­dział o swo­im ży­ciu. Świat się za­trzę­sie z wra­że­nia... Nie patrz tak. Ża­den ze mnie Al Ca­po­ne. Ra­czej zwy­czaj­ny Roc­ke­fel­ler. A tak mię­dzy nami, po co przy­je­cha­łeś? Bę­dziesz coś krę­cił?

– Na ra­zie sam się po­krę­cę.

– Nie­raz tak trze­ba... ale pa­mię­taj, gdy­byś po­trze­bo­wał kasy na film, to znam lu­dzi, któ­rych by to in­te­re­so­wa­ło...

Do tej pory w oczach Je­rze­go nic, tyl­ko nie­do­wie­rza­nie i strach. Do­pie­ro te­raz na­głe przy­po­mnie­nie so­bie cze­goś, o co mógł­by po­pro­sić.

– Jest coś, w czym mógł­byś mi po­móc...

– Za­bra­kło ci cze­goś do po­wą­cha­nia? Chcesz się wzmoc­nić emo­cjo­nal­nie? – W gło­sie Bos­sa szcze­ra tro­ska.

Tym ra­zem to Je­rzy na­chy­la się do ucha Bos­sa. Nie mówi dłu­go, ale chy­ba robi od­po­wied­nie wra­że­nie.

– No nie, wszyst­kie­go bym się spo­dzie­wał... – Boss roz­glą­da się po sali bez stra­chu, ale uważ­nie. – Mało tego ma­cie w Ame­ry­ce?

Pia­nist­ka wo­la­ła­by pew­nie, aby nie po­my­śla­no, że usły­sza­ła co­kol­wiek. Dla­te­go za­czy­na grać bar­dzo gło­śno, a na­wet śpie­wać, cze­go nig­dy przed­tem nie ro­bi­ła.

Na wy­sta­wie Wojt­ka Le­de­ra. Mimo że tak da­le­ko od­szedł od czy­ste­go ma­lar­stwa, jest jed­nym z nie­wie­lu współ­cze­snych ar­ty­stów, któ­rych ob­raz po­wie­sił­bym w swo­im domu.

Bez­dech za­czy­na­my na po­cząt­ku grud­nia. Bar­dzo mało cza­su.

Do­brze, że w maju na­gra­łem dla Te­atru Pol­skie­go Ra­dia słu­cho­wi­sko zro­bio­ne z Bez­de­chu. Tym sa­mym mia­łem oka­zję do pró­by z wła­snym tek­stem, któ­rej w te­le­wi­zji ze wzglę­du na po­śpiech już nie bę­dzie. No i po­dy­ry­go­wa­łem so­bie jako pi­sarz Wie­deń­ski­mi Fil­har­mo­ni­ka­mi. Zresz­tą nie za bar­dzo mu­sia­łem dy­ry­go­wać. Wy­star­czy­ło słu­chać.

Wi­tek Ada­mek, pro­du­cent i au­tor zdjęć, z któ­rym pięk­nie mi się pra­co­wa­ło przy Bo­ule­vard Vol­ta­ire, dzwo­ni do wy­bra­nych prze­ze mnie ak­to­rów i za­pra­sza do współ­pra­cy. Nie wi­dzę tego do­brze, bo nie­ła­two prze­cież ze­brać tak uta­len­to­wa­nych lu­dzi, je­śli się ich nie za­pra­sza od­po­wied­nio wcze­śniej. Każ­dy ma swo­je ży­cie i pla­ny.

Dla słu­cho­wi­ska i Te­atru TV wy­rzu­ci­łem wie­le ze sce­na­riu­sza Bez­de­chu. Naj­bar­dziej ża­łu­ję pierw­szej sce­ny. Jed­nak na­wet gdy­by to był film, to Dwo­rzec Fa­brycz­ny w Ło­dzi, do któ­re­go do­je­chał po­ciąg z Je­rzym, jest te­raz gi­gan­tycz­ną dziu­rą w zie­mi, a w miej­scu le­gen­dar­nej ka­wiar­ni Grand Ho­te­lu otwo­rzo­no bo­daj na­le­śni­kar­nię.

Dzwo­ni Wi­tek. Głos ma gro­bo­wy, a więc już wiem, że ma dla mnie coś we­so­łe­go. I rze­czy­wi­ście. Bo­gu­sław Lin­da go­dzi się za­grać Je­rze­go!

Ulica Zakątna

Kil­ka osób oglą­da się za Je­rzym, któ­ry skrę­ca do jed­nej z bram. Jesz­cze nie­daw­no mo­gło mu to spra­wić przy­jem­ność, te­raz zaj­mu­je go tyl­ko szu­ka­nie zna­jo­mej ka­łu­ży. Aby ją prze­sko­czyć, trze­ba się było roz­pę­dzić już od bra­my wła­śnie. Te­raz nie ma ka­łu­ży, bo su­cho, jed­nak dół, w któ­rym zbie­ra się woda, jak­by głęb­szy. Je­rzy chce wi­dzieć tyl­ko do­bro, więc cie­szą go wrzu­co­ne w śro­dek dołu be­to­no­we pu­sta­ki, po któ­rych w ra­zie desz­czu moż­na przejść su­chą sto­pą.

W dru­gim oknie, li­cząc od trze­pa­ka, ta sama ko­bie­ta z łok­cia­mi na pa­ra­pe­cie. Ta sama, choć inna, bo tam­ta nie może żyć tak dłu­go. Dama w oknie prze­ję­ła po zmar­łej nie tyl­ko po­wierz­chow­ność, ale też zna­jo­mo­ści. Kie­dy Je­rzy kła­nia jej się grzecz­nie, ona kiwa mu gło­wą, a na­wet się uśmie­cha. Je­rzy przy­sta­je i pa­trzy w okna na dru­gim pię­trze. Nie może wi­dzieć, co się za nimi roz­gry­wa, mimo że świa­tło za­pa­lo­ne.

Jak to w małżeństwie bywa

To­masz jest w wie­ku Je­rze­go, ale wy­glą­da po­waż­niej. „Po­waż­niej” to za­sło­na dym­na, moż­na go śmia­ło wziąć za wuja Je­rze­go. Stoi na tle dę­bo­wej bi­blio­te­ki, trzy­ma dłoń za pa­zu­chą i ogar­nia świat wzro­kiem. Gdy­by nie bro­da, miał­by dużo z Bo­na­par­ta. Nie­za­do­wo­lo­ne­go, i to nie bez ra­cji. Bi­twa, a może na­wet woj­na, prze­gra­na. Biur­ko i for­te­pian peł­ne ma­szy­no­pi­sów i szkla­nek z wy­schnię­ty­mi to­reb­ka­mi her­ba­ty. Na plu­szo­wej ka­na­pie sto­sy ksią­żek i ga­zet. Od­po­wie­dzial­no­ścią za ten ba­ła­gan obar­cza wier­ne­go ge­ne­ra­ła Da­vo­uta i już wie, że nig­dy nie mia­nu­je go mar­szał­kiem.

Ge­ne­rał prze­kro­czył trzy­dziest­kę i jest ko­bie­tą. To żona To­ma­sza, ma na imię Eli.

– Czy wiesz, że oni w Wer­sa­lu mie­li jed­ną to­a­le­tę na dzie­się­ciu dwo­rzan? Bru­da­sy!

Sło­wa To­ma­sza nie są skie­ro­wa­ne do ge­ne­ra­ła. W po­ko­ju jest ktoś trze­ci. Męż­czy­zna do­rod­ny, by nie po­wie­dzieć pięk­ny. Je­śli czymś się wy­róż­nia na pierw­szy rzut oka, to sła­bo­ścią do ży­wych barw w ubio­rze. „Po śmia­łym trak­to­wa­niu ko­lo­rów po­znać praw­dzi­we­go męż­czy­znę”. To jego ulu­bio­ne po­wie­dze­nie. Przy­ja­ciel domu i są­siad. Każe mó­wić na sie­bie York. Tak go mie­li na­zy­wać przy­ja­cie­le w No­wym Jor­ku. To­masz jest prze­ko­na­ny, że wy­pro­wa­dzał tam pie­ski tej rasy.

– Tom­ciu, nie bądź taki okrop­ny dla tego ba­bi­szo­na. My, męż­czyź­ni, mu­si­my być po­nad po­rząd­ki. A ty, Eluś, mo­gła­byś od cza­su do cza­su po­sprzą­tać w ga­bi­ne­cie mi­strza...

– My­ślisz, że po­zwo­li? Ni­cze­go nie moż­na tu ru­szyć... – Eli ani my­śli się pod­da­wać.

– Po­ży­czysz mi apasz­kę w wiel­błą­dy? Mam dzi­siaj rand­kę. – York umie­jęt­nie zmie­nia te­mat.

– W zoo? – mru­czy pod no­sem To­masz.

– Eli, idź już po dziec­ko, bo twój uczo­ny sa­miec dzi­siaj nie w hu­mo­rze. Zga­dłeś, Tom­ciu. Spo­tka­nie z ty­gry­sem, no może z ty­gry­skiem. Blon­dyn i dużo bia­łych zę­bów...

– Uwa­żaj, żeby ci cze­goś nie od­gryzł. – To­masz już do­bro­tli­wy, bez cie­nia zło­śli­wo­ści.

– A nie­chby tam... – York za­my­śla się ład­nie.

To­masz po­zwa­la się Eli po­ca­ło­wać w po­li­czek: – Tyl­ko się nig­dzie nie za­siedź. Niech dziec­ko wie, że ma dom.

– Nie bądź taki na­bur­mu­szo­ny, bo ci z tym nie do twa­rzy... – York idzie do drzwi. – Też już lecę... Mu­szę jesz­cze na­ma­ścić cia­ło.

Kie­dy wy­cho­dzą, To­masz osten­ta­cyj­nie od­wra­ca się ple­ca­mi. Jed­nak gdy tyl­ko usły­szy trza­śnię­cie drzwi wej­ścio­wych, bie­gnie do przed­po­ko­ju i przy­pa­da do wi­zje­ra. Zo­ba­czy już tyl­ko pu­ste scho­dy. Od­cho­dzi, ale coś każe mu spoj­rzeć raz jesz­cze.

Dwaj przyjaciele z boiska

Mimo że Je­rzy roz­cią­ga pal­ca­mi usta i wy­krzy­wia twarz do wi­zje­ra, To­masz roz­po­zna­je go na­tych­miast i otwie­ra drzwi.

– Tyle lat na cie­bie cze­ka­łem...

Ten sam za­gra­co­ny przed­po­kój i to samo lu­stro, przed któ­rym To­masz jak zwy­kle przy­sta­je.

– Patrz, co się ze mną sta­ło. Prze­cież by­łem ład­nym chłop­cem.

Sto­ją przed lu­strem i każ­dy wi­dzi to, cze­go nie chciał­by wi­dzieć. Je­rzy star­sze­go pana, To­masz obrzy­dli­we­go mło­dzie­niasz­ka, któ­ry nie może być mło­dy.

– Ale trze­ba z tym żyć... A co z two­imi wło­sa­mi? Osi­wia­łeś czy zwa­rio­wa­łeś?

– Zwa­rio­wa­łem.

To­masz pro­wa­dzi do ga­bi­ne­tu ojca, gdzie kie­dyś chło­pa­kom trud­no się było do­stać. „Sta­ry wście­kły, bo jest tyl­ko rad­cą praw­nym w spół­dziel­ni Ogni­wo, a miał być mi­ni­strem”. Je­rzy za­pa­mię­tał u star­sze­go pana musz­kę w gro­chy i nie­zwy­kłą pe­dan­te­rię. To­masz odzie­dzi­czył po ojcu tyl­ko musz­kę i ga­bi­net.

Do­pie­ro w po­ko­ju To­masz obej­mu­je Je­rze­go, od­su­wa go i zno­wu przy­ci­ska do sie­bie.

– Też się jed­nak po­sta­rza­łeś. – Nie spusz­cza Je­rze­go z oczu. – Już nie wie­rzy­łem, że się zo­ba­czy­my. Sia­daj. – Zrzu­ca z ka­na­py kil­ka ksią­żek. – Głod­ny? Mu­sisz chwil­kę za­cze­kać, aż przyj­dzie Eli. Po­szła ode­brać chło­pa­ka z przed­szko­la. To jej dziec­ko. Co nie zna­czy, że mu nie da­łem na­zwi­ska... Pięk­ny ro­ba­czek, sam zo­ba­czysz... Oczy­wi­ście, za­po­mnia­łem o naj­waż­niej­szym, już na­le­wam, już...

To­masz zry­wa się z fo­te­la. Bez tru­du znaj­du­je bu­tel­kę scho­wa­ną za en­cy­klo­pe­dią Broc­khau­sa. Coś z ojca mu jed­nak zo­sta­ło – po­wi­nien po­my­śleć Je­rzy na wi­dok kie­lisz­ków dys­kret­nie prze­cie­ra­nych rę­ka­wem.

– Nie ob­raź się, ale wo­lał­bym nie pić.

– Wiem, wy tam w Ame­ry­ce zdro­we od­ży­wia­nie i inne głup­stwa, żeby tyl­ko dłu­żej po­żyć... A gdzie na­mysł nad sen­sem ży­cia?

– Ja wła­śnie w tej spra­wie...

– Czy­li jed­nak chcesz cze­goś ode mnie...

Dłoń To­ma­sza, któ­ry roz­le­wa wód­kę, trzę­sie się z wra­że­nia, ale żad­na kro­pla nie zo­sta­nie uro­nio­na.

– Po­wspo­mi­na­my?

– Do­brze. Trze­ba jed­nak wspo­móc pa­mięć. Co? Że niby mam mózg wiel­ko­ści Ma­zow­sza, to po co ją wzmac­niać?

– Tak kie­dyś po­wie­dzia­łem...

– I nie bez ra­cji. W ta­kim ra­zie ja osła­biam, ty wzmac­niasz. Po ma­łym mu­si­my się na­pić. Naj­lep­sze­go!

– Ale po ma­łym...

– A po ja­kim?

To­masz z uśmie­chem wty­ka Je­rze­mu kie­li­szek do ręki i ude­rza szkłem o szkło. Wy­pi­ja z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Na jego twa­rzy na krót­ką chwi­lę coś z pre­ra­fa­eli­tów. Po­dob­na nie­ziem­skość albo tyl­ko wzru­sze­nie.

Je­rzy tak­że wy­pi­ja. Wód­ka cie­pła, moc­na, ale sma­ku­je jak nig­dy przed­tem.