Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 166 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez zobowiązań - Ally Blake

 

Czy sukienka z wyprzedaży może zrujnować życie? Czasami tak… Paige kupiła suknię ślubną pod wpływem impulsu. Przecież jest samotna, nawet nie chodzi na randki. Wracając do domu z szyfonowym cudem w kolorze szampana, podejmuje desperacką decyzję. Umówi się na randkę z pierwszym napotkanym mężczyzną. Trafia na Gabe’a, seksownego, dowcipnego i samotnego sąsiada, którego interesuje wyłącznie romans Bez zobowiązań. Świetnie się bawią do dnia, kiedy Gabe widzi Sadie w ślubnej sukni…

Opinie o ebooku Bez zobowiązań - Ally Blake

Fragment ebooka Bez zobowiązań - Ally Blake

Ally ‌Blake

Bez zobowiązań

Tłumaczenie:Emilia Skowońska

Rozdział pierwszy

Paige ‌Danforth nie wierzyła w szczęśliwe ‌zakończenia.

Fakt, że ‌pewnego szarego ‌chłodnego ‌poranka stała i odmrażała ‌sobie ‌pośladki przed podejrzanym ‌magazynem ‌w dzielnicy ‌Collingwood w Melbourne ‌potwierdzał, ‌że ‌jest ‌gotowa do wyrzeczeń dla ‌przyjaciółki. Wraz z Mae ‌przyjechały ‌tutaj kupić suknię ślubną.

„Wielka ‌wyprzedaż sukni ślubnych! Ponad ‌1000 nowych ‌i używanych kreacji, obniżki ‌do 90%!” – ‌głosił napis ‌na wielkim ‌wściekle ‌różowym transparencie powiewającym smutno ‌na budynku. Paige zastanawiała ‌się, czy ‌kobiety w długiej kolejce ‌zwróciły uwagę na ironię ‌sytuacji, w której reklama ‌maskowała przygnębiającą rzeczywistość. ‌Po ‌błyskach obłąkania w ich ‌oczach można było ‌wywnioskować, że ‌znajdowały ‌się ‌u bram raju.

– Ktoś poruszył ‌drzwiami – szepnęła Mae ‌i mocno ścisnęła ramię ‌przyjaciółki. Paige była ‌pewna, że zostanie jej ‌po tym ślad.

– Wydawało ‌ci się ‌– mruknęła.

– Poruszyły się. Jakby ‌ktoś otworzył je od ‌środka. – ‌Pełne napięcia ‌słowa Mae zostały ‌natychmiast ‌przekazane dalej.

Nagle ‌tłum zaczął falować i Paige ‌z trudem ‌utrzymała równowagę.

– Spokojnie! ‌– powiedziała, ‌piorunując ‌wzrokiem pchającą ‌się na nią kobietę ‌o błędnym wzroku. – Kiedyś ‌otworzą. ‌Na pewno ‌znajdziesz ‌suknię ‌marzeń. Jeśli ci się ‌nie uda, ‌nie jesteś kobietą.

Mae przestała ‌się rozpychać i spojrzała ‌na nią ‌z ukosa.

– Powinnam cię za ‌to pozbawić tytułu ‌pierwszej ‌druhny.

– No co ‌ty? – Paige ‌zrobiła błagalną minę.

Mae zaśmiała ‌się ‌krótko. Po chwili dreptała w miejscu jak zawodowy bokser przed wejściem na ring.

Nagle łuszczące się drewniane drzwi gwałtownie się otworzyły i w powietrzu rozniósł się słodki zapach lawendy zmieszanej z kamforą.

Zmęczona kobieta w obcisłych dżinsach i koszulce tak różowej, jak napis na banerze, krzyknęła:

– Nie targować się! Nie zwracamy pieniędzy! Nie ma możliwości zwrotu towaru! Nie ma innych rozmiarów oprócz tych na wieszakach! – Słowa odbiły się echem po wąskiej uliczce, a przed drzwiami zaroiło się od ludzi, jak gdyby kobieta zapowiedziała, że sam Hugh Jackman zrobi darmowy masaż pleców pierwszym stu klientkom.

Gdy tłum zaczął napierać, Paige zachwiała się, a po chwili złapała za ramiona Mae, która nagle stanęła. Fale kobiet otaczały je jak rozstępujące się Morze Czerwone.

– O kurczę – powiedziała przyjaciółka.

– Masz rację – przyznała oszołomiona Paige.

Dziesiątki dekoltów w kształcie serca, multum gorsetów wyszywanych koralikami, rękawy marszczone tak bardzo, że od nich łzawiły oczy. Suknie od projektantów. Suknie w konkretnych rozmiarach. Suknie używane. Suknie drugiego gatunku. Wszystko po obniżonych cenach. Każda z nich miała zostać dzisiaj sprzedana.

– Idziemy! – krzyknęła Mae, gdy dopchała się do wejścia. Ruszyła w kierunku czegoś, co przykuło jej oszalały wzrok.

Paige szybko schowała się w rogu za drzwiami. Uniosła telefon.

– Poczekam tutaj, dzwoń, jeśli będziesz mnie potrzebować!

Przyjaciółka energicznie zamachała ręką nad morzem głów i już jej nie było.

Rozpoczęła się lekcja socjologii. Jedna z kobiet obok, ubrana w nienagannie skrojony kostium, zaczęła piszczeć jak nastolatka, gdy znalazła suknię marzeń. Inna, w swetrze i schludnie upiętym koku, wpadła w furię okazywaną tupaniem, kiedy odkryła, że wybrany model nie występuje w jej rozmiarze.

I to wszystko z powodu przecenionej sukni, którą miała założyć tylko raz podczas ceremonii zmuszającej ludzi do złożenia niemożliwej do spełnienia przysięgi. Dlatego Paige uważała, że lepiej jest kochać siebie. Nie opłaca się poszukiwać miłości na całe życie dla tego jednego dnia, w którym można przebrać się za księżniczkę.

Zapach lakieru do włosów i perfum mieszał się z wonią kamfory oraz lawendy i po chwili Paige musiała oddychać przez usta. Postanowiła zadzwonić do Mae.

Mae. Jej najlepsza przyjaciółka. W szczęściu i w nieszczęściu. Wspierały się, odkąd obie musiały zmierzyć się z rozwodem rodziców. Utwierdziły się w przekonaniu, że szczęśliwe życie z facetem to bajka, opowiadana przez kwiaciarzy, cukierników i właścicieli sal weselnych. Mae zapomniała o tym wszystkim, gdy poznała Clinta.

Paige przełknęła ślinę. Miała nadzieję, że przyjaciółka będzie szczęśliwa do końca życia. Jednak za każdym razem, kiedy o tym myślała, czuła w żołądku ucisk. Postanowiła skierować myśli na inny tor.

Jako opiekun marki luksusowych artykułów dla domu, zawsze szukała miejsc, w których można byłoby zrobić zdjęcia do katalogu. Wprawdzie budynek już się rozpadał, ale fragment ściany z cegieł byłby dobrym tłem.

Następny katalog miał powstać w Brazylii. W Ménage à moi, firmie sprzedającej artykuły w butikach, nigdy jeszcze nie wydano tylu pieniędzy, ale Paige czuła w kościach, że to się opłaci. Właśnie takiej zmiany w życiu potrzebowała.

Pokręciła głową. Takiej zmiany potrzebowała marka, z nią było wszystko w porządku. Świetnie. Albo będzie, gdy wreszcie wyjdzie z tego budynku.

Oddychając głęboko przez usta, zamknęła jedno oko i wyobraziła sobie wielkie okna udekorowane chabrowym szyfonem. Cegłę, zestawioną z najmodniejszą w przyszłym sezonie dekoracją w odcieniach kamieni szlachetnych, inspirowaną Rio.

W promieniach słońca wirowały drobinki kurzu, a Paige podążała za nimi wzrokiem. Patrzyła, jak osiadają na wieszakach z sukniami ślubnymi, z których większość miała tyle warstw, że pannie młodej trudno byłoby zmieścić się w nawet najszerszej kościelnej nawie.

Spojrzała w inną stronę i nagle coś zwróciło jej uwagę. Zobaczyła szyfon w odcieniu ciemnego szampana. Opalizujący blask pereł. Misterną koronkę. Tren tak prześwitujący, że zniknął, gdy ktoś przeszedł obok, zasłaniając na chwilę światło.

Zamrugała. I jeszcze raz. Słyszała o tym miliony razy, ale nigdy tego nie doświadczyła. Aż do tej chwili.

Paige najpierw zamarła, a potem ruszyła. Zatrzymała się przy wieszaku, jej ręce uniosły się w kierunku tkaniny, jakby kierowała nimi obca siła. Wydobyła ją spomiędzy innych z taką łatwością, z jaką Artur wyciągnął Ekskalibur z kamienia.

Gdy przebiegła wzrokiem po miękko skręconych paskach, głębokim dekolcie w kształcie litery V, koronkowym gorsecie, ozdobionym sznurami oceanicznych pereł, serce Paige zaczęło galopować jak dziki rumak.

– Wow – powiedział ktoś z tyłu. – Bardzo ładna. Tylko ją pani ogląda czy chce ją pani kupić?

Ładna? Kiepskie określenie na ideał.

Paige potrząsnęła głową i powiedziała z mocą:

– Ta suknia ślubna jest moja.

– Paige!

Odwróciła się i ujrzała biegnącą do niej Mae.

– Od dwudziestu minut próbuję się do ciebie dodzwonić! – Mae triumfalnie wskazała na trzymany w ręku ciężki pokrowiec. – Udało się! Chciałam, żebyś ją zobaczyła, ale nie mogłam się do ciebie dodzwonić, a tamta chuda brunetka gapiła się na nią niczym hiena. No to rozebrałam się do bielizny i przymierzyłam ją na samym środku. Jest cholernie piękna! – Wzrok przyjaciółki spoczął na śnieżnobiałym pokrowcu z wściekle różowymi napisami, który Paige oparła na biodrze. – Znalazłaś suknię ślubną?

Przełknęła ślinę i powoli pokręciła głową. A później niepewnie machnęła w kierunku szeleszczącego morza bieli, kości słoniowej i szampana.

– Aha. Będziesz robić zdjęcia do katalogu? Planujesz sesję ślubną?

Idealna wymówka. Ekstrawagancka suknia ślubna jest jej potrzebna do pracy. Mogłaby ją nawet wrzucić w koszty. Jednak panika sprawiła, że poczuła ucisk w gardle.

Mae powoli uniosła brwi. Po kilku długich sekundach wybuchła śmiechem.

– Myślałam, że to ja podejmuję dziwne decyzje podczas zakupów, ale właśnie mnie przebiłaś.

– O co ci chodzi?

– Powiedz, kiedy ostatnio byłaś na randce?

Paige otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Kiedy? Tygodnie temu. A może miesiące.

– Musisz znaleźć sobie faceta, i to szybko. – Mae złapała ją za łokieć i pociągnęła za sobą. – Najpierw jednak wyjdźmy stąd, bo zaraz zemdleję od tego zapachu samoopalacza i desperacji.

Paige stała w windzie Botany Apartments w New Quay w Docklands, czekała na zamknięcie się drzwi i patrzyła tępo na błyszczącą biało-czarną podłogę w holu, ściany pokryte czarną tapetą w orientalne wzory, przyciągające wzrok srebrne gwiazdy i pół tuzina perłowych żyrandoli.

Czy Mae miała rację? Czy ten głupi zakup był skutkiem długiego celibatu? Być może. Lubiła chodzić na randki, chociaż nie zamierzała wychodzić za mąż. Uważała po prostu, że faceci są w porządku. Lubiła mężczyzn w garniturach. Mężczyzn, którzy płacili za drinki, pracowali do późna, tak jak ona szukali jedynie dobrego towarzystwa. W centrum Melbourne tacy osobnicy występowali dosyć często.

Więc gdzie oni są?

A może to w niej tkwił problem? Czyżby spożytkowała całą energię na pracę? A może była znudzona randkami z wciąż takimi samymi facetami?

Przełożyła ciężki pokrowiec do drugiej ręki, czekając, aż zamkną się drzwi windy. To mogło trochę potrwać.

Winda miała własną osobowość, często wstępował w nią diabeł. Jeździła według własnego rozkładu, który nie miał nic wspólnego z wybranymi piętrami. Konserwator nic nie zdziałał, kopanie windy nie pomagało. Być może należało kopnąć konserwatora.

Teraz pozostawało jedynie cierpliwie czekać. I pamiętać, że ta parszywa winda była niewielką ceną za mały kawałek nieba na ósmym piętrze. Paige wychowała się w ogromnym zagraconym domu, w którym wiecznie panowała napięta atmosfera. Gdy ujrzała otwarte przestrzenie w Botany Apartments, poczuła, że po raz pierwszy w życiu może odetchnąć pełną piersią.

Zamknęła oczy i pomyślała o minimalistycznych dekoracjach z lat dwudziestych zdobiących jej mieszkanie, widoku na miasto i dwóch ogromnych sypialniach, w których nocowała Mae. Kiedyś, zanim przyjęła oświadczyny Clinta.

Potrząsnęła głową, jakby chciała przegonić natrętną muchę. Winda to mała niedogodność, no może poza chwilami, gdy człowiek dźwigał coś wyjątkowo ciężkiego.

Okay. Skoro brak randek doprowadził ją do bólu ramienia, należało coś z tym zrobić. I to szybko. Bo kto wie, co jeszcze kupi? Pierścionek? Wynajmie hotel? Sama się sobie oświadczy?

Kiedy jej kręgosłup zaczął się buntować, wymamrotała:

– Niniejszym przyrzekam, że będę miła dla pierwszego mężczyzny, który się do mnie uśmiechnie. Najpierw może zaprosić mnie na kolację. Albo ja jego. Tylko niech jakiś się pojawi!

Cały wiek później, gdy drzwi windy wreszcie zaczęły się zamykać, Paige prawie popłakała się z ulgi. Jednak w ostatniej chwili ktoś krzyknął:

– Proszę przytrzymać windę!

Nie! – pomyślała. Jeśli te drzwi się otworzą, znowu zacznie się oczekiwanie na ich zamknięcie, a ona może już nigdy nie odzyska czucia w ramionach.

– Nie? – spytał męski głos, w którym zabrzmiało niedowierzanie, i Paige uświadomiła sobie, że zaprotestowała nie w myślach, lecz na głos.

Z niewielkim poczuciem winy wcisnęła przycisk zamykania drzwi. I jeszcze raz.

Jednak mężczyźnie udało się wejść. Był wysoki i barczysty. Opuścił głowę, zmarszczył brwi i zaczął uważnie wpatrywać się w błyszczący telefon.

Paige wcisnęła się w kąt windy. Przebiegła wzrokiem znoszoną skórzaną kurtkę i ciemne kręcone włosy opadające na wełniany kołnierz. Dopasowane dżinsy i zniszczone buty. Ogromne.

A później chrapliwy głos w jej głowie skierował do obcego mężczyzny cichy apel: Uśmiechnij się!

Zszokowana, zakasłała. Gdy zdecydowała, że zacznie się z kimś spotykać, nie to miała na myśli. Doprawdy, komu potrzebne były takie zapierające dech w piersiach, silne męskie ramiona? Albo przymrużone ciemne oczy czy kilkudniowy zarost?

Wpatrywała się w usta mężczyzny i myślała, że są po prostu idealne. Widziała, że drgnęły, jakby zamierzał się uśmiechnąć.

O mój Boże, pomyślała, gdy schował telefon do kieszeni kurtki. Zauważył, że się na niego gapiła. I uczucie przyjemnego ciepła pod jej skórą zamieniło się w uczucie gorąca.

– Dziękuję, że przytrzymała pani windę – powiedział głębokim głosem, którym mógłby mówić sam diabeł, gdyby chciał przeciągnąć ludzi na ciemną stronę mocy.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparła. On wiedział, że wcale nie zamierzała zatrzymywać windy, wręcz przeciwnie.

Przylgnęła do ściany. Im szybciej nieznajomy wysiądzie, tym lepiej.

Oczywiście winda była wąska, a postawny mężczyzna zdawał się wypełniać sobą każdy centymetr przestrzeni.

– Na które piętro? – spytał.

– Ósme – odparła chrapliwym głosem i wcisnęła odpowiedni przycisk.

Nieznajomy położył dłoń na karku i uniósł kącik ust.

Wstrzymała oddech, a jej hormony zaczęły szaleć. Jednak mężczyzna się nie uśmiechał.

– To będzie długa podróż – powiedział. – Nie wszyscy tam jadą.

Nie wszyscy tam jadą? Jeszcze chwila, i Paige wtopi się w ścianę.

Gdy nieznajomy pochylił się, żeby nacisnąć przycisk, po skórze Paige przebiegły ciarki, na szyi i plecach pojawiły się kropelki potu. Odetchnęła i poczuła zapach skóry. Perfum. Świeżo porąbanego drewna. Morskiego powietrza.

Na zewnątrz panowała zima, ale ona zdjęła szalik i pomyślała o lodach oraz bitwie na śnieżki.

Odsunął się i odchrząknął, gdy winda wciąż nie ruszała.

– Oj, nie, nie – powiedziała. – Wciskanie guzika naprawdę nie ma sensu. Ta winda robi, co chce. Jeździ, jak jej się podoba, bez względu na...

I właśnie w tym momencie drzwi grzecznie się zamknęły, winda się zatrzęsła i po chwili ruszyła do góry. Paige z niedowierzaniem patrzyła na kontrolkę nad drzwiami.

Ty zardzewiała, śmierdząca, mała...

– Co pani mówiła? – spytał nieznajomy.

Dostrzegła w jego oczach błysk rozbawienia. Jakby w każdej sekundzie miał się uśmiechnąć.

Okay, spokojnie. A jeśli jako pierwszy uśmiechnąłby się do niej jakiś szesnastolatek na deskorolce? Albo facet z rzadkim zarostem i szczurem na ramieniu?

Machnęła nonszalancko ręką i powiedziała:

– Najwyraźniej ta winda ma problem ze mną. Za to pan ma odpowiednie wyczucie. Nie chciałby pan zostać windziarzem? Osobiście panu zapłacę.

Twarz nieznajomego przybrała cieplejszy wyraz.

– Dziękuję za ofertę – powiedział. – Ale jestem już zajęty.

Czyżby przysunął się bliżej? A może po prostu zmienił pozycję? W każdym razie nagle poczuła się jeszcze mniejsza.

– Szkoda. Cóż, warto było spróbować.

– Mieszka pani w tym budynku? – spytał.

Przytaknęła, przygryzając wargę.

– To wyjaśnia pani... stosunek do tej windy.

Odetchnęła długo i głęboko, po raz kolejny wciągnęła wyjątkowy zapach. Może to nie była halucynacja. Możliwe, że z zawodu był pilotem myśliwca, drwalem albo żeglarzem. Przecież takie rzeczy się zdarzają.

– Zaczęło się niewinnie – rzekła, a jej głos brzmiał, jakby właśnie przebiegła kilka kilometrów. – Wciskam guzik ze świadomością, że nic to nie da. Ona i tak robi, co chce.

– Konflikt interesów – powiedział, a w jego oczach pojawił się uśmiech. – Zderzenie się różnych potrzeb. Coś jak film z Doris Day i Rockiem Hudsonem. Z elementami science fiction.

Zupełnie niespodziewanie wybuchła głośnym śmiechem. Tym razem, gdy spojrzała mu w oczy, nie była już w stanie skierować wzroku gdzie indziej.

Jedyne wytłumaczenie tej reakcji, jakie przychodziło jej do głowy, to zero randek w ostatnim czasie. Przecież był zupełnie nie w jej typie. Zwykle kręciła się koło facetów tak czystych, że prawie przezroczystych, którzy bez mrugnięcia okiem zgodziliby się na ustalone przez nią zasady: trzy noce w tygodniu, osobne rachunki, żadnych obietnic.

A ten tutaj jest taki tajemniczy i diabelnie gorący, że kręciło jej się w głowie. Pociły jej się dłonie, pragnęła pochylić się i wtulić twarz w jego szyję. Randka z takim facetem po okresie posuchy, to jakby spadła z kuca w wesołym miasteczku, a wróciła na ogierze startującym w Melbourne Cup.

Mimo to... Może jeszcze nie była gotowa. Potrzebowała trampoliny, od której mogłaby się odbić. I oto stał przed nią: piękny, seksowny i błyskający oczami jak diabli. Wyciągnęła rękę.

– Paige Danforth. Ósme piętro.

– Gabe Hamilton. Dwunaste.

– Mieszkasz tutaj? – spytała, zanim jej mózg zdołał powstrzymać język. Musiała być strasznie oszołomiona, bo nie zauważyła, które piętro wybrał. Penthouse stał pusty, odkąd się tutaj wprowadziła. Czyli... – Nikogo nie odwiedzasz.

– Nie. – Nie miała pojęcia, jak ten facet zdołał wywrzeć na niej takie wrażenie w tak krótkim czasie. Najważniejsze, że spał zaledwie cztery piętra nad nią.

– Wynajmujesz? – spytała.

– Nie, to moje – wycedził.

Page pokiwała mądrze głową, jakby wciąż rozmawiali o nieruchomościach. – Nie słyszałam, że apartament został sprzedany.

– Nie został. Nie było mnie. A teraz wróciłem. – Nie powiedział, na jak długo, ale Paige przeczuwała, że zamierzał trochę tu zabawić.

W windzie coś szczęknęło. Po chwili otworzyły się drzwi.

– Oczywiście – mruknęła Paige, rozpoznając swoje piętro po srebrnej tapecie w kropki. Nie miała innego wyjścia, musiała wysiąść.

Gdy go mijała, grzbietem dłoni musnęła jego nadgarstek. Był to dotyk najdelikatniejszy z możliwych. Kiedy wyszła na korytarz, odwróciła się. Chciała zaprosić go na kawę. Albo zaproponować mu pokazanie uroków Melbourne.

I wtedy stłumił ziewnięcie.

Nagle olśniło ją, że błysk w jego oczach był prawdopodobnie skutkiem zmęczenia po długiej podróży, a nie wynikiem wyjątkowej i nagłej chemii między nimi.

Jeśli wcześniej jej cera miała odcień pomidora, to teraz przypominała kolorem wóz strażacki.

Proszę, błagała w myślach windę, gdy stali twarzą w twarz, zamknij się teraz. Tylko ten jeden raz. Zamknij się.

I winda posłuchała, jednak Gabe na chwilę zatrzymał drzwi.

– Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, Paige Danforth, ósme piętro – powiedział. A później się uśmiechnął. Tajemniczym, niebezpiecznym uśmiechem, pełnym aluzji.

Paige stała w eleganckim korytarzu, oddychając przez nos. Miała wrażenie, że ten uśmiech zostanie w niej na długo.

Delikatny ruch w szybie windy wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na swoje odbicie w idealnie czystych srebrnych drzwiach.

Ujrzała wielką ciężką śnieżnobiałą torbę. Tę, o której zapomniała. Tę z ogromnym różowym napisem „Wielka wyprzedaż sukni ślubnych!”.

Rozdział drugi

– A niech mnie – powiedział Gabe do ciemnobrązowego drewnianego panelu w windzie, pocierając grzbiet dłoni kciukiem, wciąż czując dotyk nowej sąsiadki.

Podczas niekończących się odpraw celnych, jazdy z lotniska, patrzenia na mokrą i szarą panoramę Melbourne próbował znaleźć jedną rzecz, która skłoniłaby go do dłuższego pobytu w mieście.

A później los puścił do niego oko i postawił na jego drodze niebieskooką sąsiadkę z nogami do samego nieba i potarganymi blond falami. Tak chłodną, że wskrzesiłaby samego Hitchcocka. Do diabła, ta kobieta miała w oczach błysk zniecierpliwienia jak klasyczna blondynka z filmów mistrza thrillerów. To było wyraźne ostrzeżenie dla każdego mężczyzny.

Nie żeby potrzebował takiego ostrzeżenia. Za trzy sekundy podpisze wszystko, co podsunie mu jego partner Nate, stanie na krawężniku, wezwie taksówkę i wróci na lotnisko. Nieważne, że między nim i nieznajomą coś zaiskrzyło.

Odstawił bagaże, włożył ręce do kieszeni kurtki, zamknął oczy i oparł się o ścianę windy. Gdy przypomniał sobie, dlaczego stąd wyjechał, szybko zaczął myśleć o chłodnej blondynce.

O sposobie, w jaki przygryzała pełną dolną wargę, jakby to był wspaniały smakołyk. O zapachu, jaki roztaczała, słodkim i ostrym. O tym, jak na niego patrzyła – w jednej chwili, jakby ją denerwował, a w kolejnej – jakby pragnęła...

– Wow – powiedział, kiedy zamigotało mu w oczach. Złapał się poręczy przy tylnej ścianie windy i rozstawił szerzej stopy, walcząc z nagłym zachwianiem równowagi. Miał wrażenie, że winda zaczęła się trząść, jednak wszystko było w jak najlepszym porządku.

To pewnie zmęczenie po podróży, pomyślał. Albo zawroty głowy. Uśmiechnął się lekko. W głowie miał tylko Hitchcocka, niegłupiego faceta, który tak strasznie bał się blondynek o chłodnym typie urody. Czy jedno miało coś wspólnego z drugim? Bez wątpienia. Jeśli kobieta wygląda, jakby mogła sprawić kłopoty, to prawdopodobnie je sprawi. A Gabe był prostym facetem i cenił sobie spokój.

Wyprostował się i założył ręce na głowę. Potrzebował snu. Zdecydowanie. Wyobraził sobie swoje wielkie łóżko, zbudowane na zamówienie, które w zeszłym tygodniu wyleciało z Ameryki Południowej. Zawsze wysyłał łóżko tam, gdzie nadarzyła się kolejna możliwość zainwestowania. Wyobraził sobie, jak pada na pościel i śpi przez dwanaście godzin bez przerwy.

Dla jednych dom oznaczał cegły i zaprawę. Dla innych – rodzinę. Dla Gabe’a dom był tam, gdzie jego praca. I gdzie udało mu się zwietrzyć świetny interes. W takie miejsca wysyłał swoje łóżko. I poduszkę – tak spłaszczoną, że prawdopodobnie mógłby równie dobrze spać bez niej. I materac, wygnieciony tuż przy środku, idealnie dopasowany do jego sylwetki.

Prawie zasypiał na stojąco, gdy winda delikatnie dowiozła go na ostatnie piętro. Bez żadnych przygód.

Gabe ziewnął szeroko i sięgnął po klucze do apartamentu, który miał zobaczyć po raz pierwszy. Kupił go pod wpływem Nate’a. To właśnie tutaj ich firma miała siedzibę.

Stanął w otwartych drzwiach. W porównaniu z malutkimi hotelowymi pokojami, w których sypiał przez ostatnich kilka miesięcy, ten apartament był olbrzymi, zajmował całe piętro. Ciemny wystrój i wielkie szare okna na jednej ścianie, pasujące do dżdżystego świata za nimi, mimo wszystko wywoływały uczucie klaustrofobii.

– No cóż, Gabe – powiedział do swojego niewyraźnego odbicia. – Z całą pewnością nie jesteś już w Rio.

Rzucił bagaż na jedyny mebel w całym pokoju, długą czarną kanapę w kształcie litery L, dzielącą pomieszczenie na pół. I usłyszał głośne:

– Aaaa!

Zmęczenie podróżą i zawroty głowy ustąpiły natychmiast. Odwrócił się, zwinął dłonie w pięści, jego serce zaczęło walić jak oszalałe. Na kanapie ktoś leżał.

– Nate – stwierdził, przechylił się, oparł ręce na kolanach i poczekał, aż jego oddech się uspokoi. – Przestraszyłeś mnie.

Najlepszy przyjaciel Gabe’a i jednocześnie partner biznesowy powoli usiadł.

– Chciałem się tylko przekonać, że dotarłeś w jednym kawałku.

– Raczej upewnić się, że w ogóle dotarłem. – Gabe poczuł skurcz w plecach. – Powiedz mi, że przynajmniej lodówka jest pełna.

– Niestety. Ale kupiłem pączki. Są na blacie.

Gabe podszedł do srebrnej lodówki i otworzył ją, ale w środku leżała jedynie instrukcja obsługi. Poczuł rosnący niepokój. Skoro to nie zostało załatwione... Ruszył w stronę wielkich podwójnych drzwi, które, jak wnioskował, prowadziły do sypialni. Otworzył je i zobaczył, że nie ma łóżka.

Przeklinając pod nosem, zaczął masować kark tak mocno, że prawie poczuł iskry. Nate położył rękę na jego ramieniu i wybuchnął śmiechem.

– Twoja kanapa wygląda świetnie, ale wcale nie jest wygodna.

– Jeszcze przed chwilą ci to nie przeszkadzało.

– Jestem w stanie usnąć wszędzie. To dar, otrzymany w pakiecie z chroniczną bezsennością. Chcesz pojechać do hotelu?

– Na samą myśl o wyjściu na to zimno zaczynają boleć mnie zęby.