Bez złudzeń - Mia Sheridan - ebook
Opis

Fascynująca opowieść o blaskach i cieniach życia, a także o zwycięstwie dobra i miłości. Mia Sheridan, autorka z listy bestsellerów „New York Timesa, przywraca wiarę w drzemiącą w miłości moc uratowania każdego człowieka.

Kobieta, którą skrzywdzono…

Osierocona przez matkę jako mała dziewczynka, egzystująca kątem u biologicznego ojca, zgwałcona przez jego kompana, Eloise wzrasta w poczuciu bezradności i osamotnienia wobec otaczającej ją rzeczywistości. Kończy szkołę średnią, ale zdana wyłącznie na siebie, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia, ostatecznie zatrudnia się w klubie, gdzie skąpo ubrana tańczy na rurze. Przybiera imię Crystal i jako bardzo urodziwa kobieta szybko zyskuje popularność. Wcale jej to nie cieszy, brzydzi się oglądającymi ją, często na wpół pijanymi oraz namolnymi mężczyznami, ale musi zarabiać na swoje utrzymanie. Z obojętności i nieufności wobec nich, a także wszystkich innych przedstawicieli tej płci czyni swoją zbroję - o wiele lepiej nie czuć zupełnie nic, niż dać się zranić. Pewnego wieczoru zauważa w klubie mężczyznę ewidentnie różniącego się wyglądem i sposobem zachowania od stałych bywalców. Po występie dowiaduje się, że poprosił szefa klubu, by mógł z nią porozmawiać. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 416

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dedykuję tę książkę Danicie, która ma własnego archanioła Gabriela.A także, gdziekolwiek są, wszystkim zrezygnowanym.

PROLOG

ELLIE

Nie chciałam iść.

– Mamo, proszę, możemy tam pójść jutro?

Przez chwilę mi nie odpowiadała, odsunęła z twarzy jasne włosy i otarła kropelki potu, roszące jej czoło i górną wargę. Policzki znów miała mocno zaczerwienione od gorączki, wzrok zmętniały, ale mimo to oczy trochę błyszczały, co przypominało powierzchnię kałuż tworzących się po deszczu na parkingu przed naszym blokiem.

– Musimy iść, Ellie. Dziś czuję się dość dobrze, a nie wiem, jak będzie jutro.

Mama nie wyglądała na osobę, która czuje się dość dobrze. Raczej sprawiała wrażenie, że jest z nią jeszcze gorzej niż w ostatnich tygodniach. Nawet gorzej niż wtedy, gdy znalazła papier wetknięty w szczelinę drzwi, a potem rozpłakała się i trzy dni przeleżała w łóżku, w ogóle go nie opuszczając. Byłam przerażona. Nie miałam pojęcia, co robić.

Gdy pani Hollyfield jeszcze mieszkała w naszym budynku, pukałam do jej drzwi i prosiłam o pomoc. Przychodziła z rosołem z kurczaka, a czasem z lodem na patyku i rozmawiała z mamą cichym, uspokajającym głosem, podczas gdy ja oglądałam kreskówki. Za każdym razem po takiej wizycie czułam się lepiej i zdawało się, że mamie te spotkania też służą. Niestety, pani Hollyfield już nie mieszkała na naszym osiedlu. Przytrafiło jej się coś, co nazywają udarem, i sanitariusze wynieśli ją na białych noszach.

Potem pojawili się jacyś młodsi państwo, których nigdy wcześniej nie widziałam, i opróżnili jej mieszkanie. Usłyszałam, że sprzeczają się o to, kto ureguluje koszty pogrzebu, zrozumiałam więc, że umarła. „Co ja teraz pocznę? O dobry Boże, co ja teraz pocznę?” – powtarzała z płaczem mama, gdy jej o tym powiedziałam. Nie uroniłam ani jednej łzy, mimo że chciało mi się płakać. Kiedyś, gdy mama poszła do lekarza, pani Hollyfield powiedziała mi, że jak człowiek umiera, leci do nieba zupełnie jak ptak. Zapewniała, że niebo to najcudowniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić. Tam aleje są brukowane złotem i pełno jest kwiatów w kolorach, które na ziemi nie występują. Próbowałam się pocieszać, że pani Hollyfield jest w takim cudownym miejscu, ale wiedziałam, że będzie mi brakowało uścisku jej ramion, jej śmiechu, moich ulubionych czerwonych lodów na patyku i tego, że dzięki niej mama miała lepszy nastrój.

– Ellie, nie wlecz się, nie mogę cię za sobą ciągnąć.

Przyśpieszyłam, usiłując dotrzymać kroku mamie. Szła szybko i musiałam prawie biec, żeby nie zostawać w tyle.

– Jesteśmy już niedaleko domu twojego taty.

Nie byłam pewna, czy chcę spotkać tatę, jednak byłam go ciekawa. Zastanawiałam się, jak wygląda. Czy jest tak przystojny jak aktorzy z seriali, które ogląda mama? Oni chyba bardzo się podobają, sądziłam więc, że właśnie takiego mężczyznę wybrałaby na mojego ojca. Wyobrażałam go sobie w garniturze, z gęstymi, falującymi włosami i dużymi, prostymi zębami. Miałam nadzieję, że też wydam mu się ładna, mimo że miałam na sobie stare wysłużone ubranie. Liczyłam, że mnie polubi, chociaż zostawił nas, zanim się urodziłam.

Dotarłyśmy do niewielkiego, obłażącego z farby domu z krzywo zwisającą okiennicą. Mama zatrzymała się przed nim i ścisnęła moją dłoń.

– Boże, daj mi siłę. Nie mam wyjścia, nie mam innego wyjścia – szepnęła, a potem odwróciła się w moją stronę i przykucnęła. – Jesteśmy na miejscu, kochanie.

W oczach miała łzy, wargi jej drżały. Przestraszyłam się, widząc, jak źle wygląda, ale uśmiechnęła się słodko i spojrzała mi prosto w oczy.

– Ellie, słoneczko, wiesz, że cię kocham, prawda?

– Tak, mamo.

Skinęła głową.

– Niewiele dobrego zdziałałam na tym świecie, kochanie, ale jedno udało mi się znakomicie: ty. Jesteś dobrą, bystrą dziewczynką, Ellie. Nie zapominaj o tym, dobrze? Pamiętaj o tym bez względu na to, co by się działo.

– Dobrze, mamo – szepnęłam.

Byłam coraz bardziej wystraszona, choć nie wiedziałam, dlaczego. Mama poprawiła mi sweterek, przy którym brakowało guzików i odpruł się obrębek. Zmarszczyła brwi, zerknąwszy na moje buciki i zatrzymała wzrok na dziurze przy dużym palcu, po czym zaprowadziła mnie pod drzwi tego brzydkiego małego domu.

Zastukała i ze środka dobiegł męski głos. Wystraszyłam się, bo brzmiał gniewnie. Przytuliłam się do boku mamy. Objęła mnie ramieniem i czekałyśmy. Choć chwilę wcześniej jej ciało było rozpalone, to teraz cała się trzęsła. Oparła się o mnie, a ja pomyślałam z niepokojem, że zaraz obie się przewrócimy. Wiedziałam, że potrzebuje pomocy, ale już kilka miesięcy temu przestała chodzić do lekarza, choć wcale jej się nie poprawiało. Przecież człowiek powinien się leczyć, póki mu się nie poprawi, prawda?

Po jakiejś minucie drzwi otworzyły się i przed nami stanął wysoki mężczyzna, któremu z kącika ust zwisał papieros. Mama westchnęła. Zerknęłam na niego spod oka, a on przyjrzał się mamie i mnie.

– Tak?

Mama pogładziła mnie po włosach.

– Cześć, Brad.

Mężczyzna w milczeniu zaciągnął się papierosem, a po chwili zrobił wielkie oczy i wreszcie zareagował:

– Cynthia?

Poczułam, że mama nie jest już taka spięta i podniosłam na nią wzrok. Uśmiechała się szeroko. Tak samo jak wówczas, gdy próbowała przekonać panią Gadero, żeby pozwoliła nam opłacić czynsz później. Przeniosłam spojrzenie na Brada. Na mojego tatę. Był wysoki jak aktorzy z seriali, ale to jedyne, co go z nimi łączyło. Włosy miał długie i jakby tłuste, zęby pożółkłe i nierówne, ale mieliśmy te same błękitne oczy i ten sam odcień włosów – mama mawiała, że to złoty brąz.

– A niech mnie. Co ty tu robisz?

– Możemy wejść?

Wpuścił nas do środka. Zobaczyłam stare meble, wcale nie lepsze niż te, które miałyśmy u siebie. Usłyszałam, że mama bierze głęboki oddech.

– Czy możemy tu gdzieś porozmawiać?

Brad zmrużył oczy i popatrzył najpierw na mamę, a potem na mnie. Wreszcie powiedział:

– Jasne, wejdź do sypialni.

– Ellie, posiedź na kanapie, słoneczko. Zaraz wrócę – obiecała mama. Nieco się zachwiała i znów wyprostowała. Czerwone wypieki na jej twarzy stały się jeszcze bardziej jaskrawe.

Usiadłam i popatrzyłam na stojący naprzeciw telewizor. Pokazywano jakiś mecz, ale głos był wyłączony, mogłam więc dosłyszeć mamę i tatę rozmawiających w pokoju po drugiej stronie korytarza.

– Brad, ona jest twoja.

– Co ty, kurwa, wygadujesz? Jaka moja? Mówiłaś, że miałaś aborcję.

– Cóż… Nie zrobiłam jej. Nie mogłam. Wiedziałam, że jej nie zechcesz, ale nie byłam w stanie pozbyć się własnego dziecka.

Usłyszałam, że tata klnie, i w gardle uformowała mi się wielka gula. Do tej chwili nie wiedział, że mama mnie urodziła. Nie miał pojęcia, że żyję. W dodatku wcale mnie nie chciał. Mama nie wmawiała mi niczego przeciwnego, ale w głębi ducha żywiłam nadzieję, że kiedy tata mnie zobaczy, to weźmie mnie w ramiona i powie, że jest dumny z takiej córki, a od teraz wszystko będzie dobrze, tak jak powtarzała mi to mama. A potem tata znajdzie lekarza, dzięki któremu mama poczuje się lepiej.

– Ona jest naprawdę dobrą dziewczynką, Brad. Sam widzisz, jaka jest śliczna. Jest też bystra. To naprawdę słodka i grzeczna…

– Czego chcesz, Cynthia? Pieniędzy? Nie mam kasy, niczego dla ciebie nie mam.

– Nie chcę pieniędzy. Chcę, żebyś się nią zajął. Ja… umieram, Brad – powiedziała cicho mama i zniżyła głos tak, że ledwie ją słyszałam. – Mam raka. Zostało mi naprawdę niewiele czasu. Tygodnie, a może nawet tylko dni. Zostałyśmy eksmitowane z mieszkania. Myślałam, że sąsiadka weźmie Ellie do siebie, ale… jej też już nie ma i nie został mi nikt inny. Teraz Ellie ma na świecie wyłącznie ciebie.

Serce ścisnęło mi się w piersi, pokój zawirował wkoło mnie, po policzku spłynęła mi łza. Nie, mamo, nie! Nie chciałam tego słyszeć. Nie chciałam, żeby to była prawda i by mama poleciała do nieba jak ptak. Powinna zostać tutaj, ze mną.

– No cóż, przykro mi to słyszeć, ale miałbym się nią zająć? Do diabła, nie chciałem jej siedem lat temu i nadal jej nie chcę.

Skrzywiłam się, skubiąc skórki przy paznokciu. Czułam się mała i brzydka, zupełnie jak ten wychudzony kot, którego mama nie pozwalała mi karmić.

– Brad, proszę cię, ja… – Urwała w pół zdania.

Usłyszałam szuranie, a potem skrzypnięcie łóżka, jakby mama właśnie na nim przysiadła. Poprosiła o szklankę wody i tata wyszedł z pokoju z wściekłą miną. Rzucił mi gniewne spojrzenie, pod którym aż się skuliłam. Zdawało mi się, że słyszę, jak otwierają się, a potem zamykają drzwi na tyłach domu, ale nie byłam tego pewna. Tata wrócił, pewnie z kuchni, ze szklanką wody w ręku i poszedł korytarzem do sypialni.

Usłyszałam, że zaklął. Potem wołał moją mamę po imieniu, a po chwili wpadł do pokoju dziennego i rzucił szklanką o ścianę. Szkło się rozprysło. Krzyknęłam i skuliłam się jeszcze bardziej.

– Niezły numer! Ta dziwka wzięła i uciekła. Tylnym wyjściem się wymknęła, suka!

Zamrugałam, serce mi waliło.

– Mamo? Nie, mamo, nie zostawiaj mnie tu! Proszę, nie zostawiaj mnie tutaj! – zawołałam, zerwałam się z kanapy i rzuciłam biegiem do korytarza. Znalazłam tylne drzwi, otworzyłam je szeroko i wybiegłam w alejkę za domem. Jednak nikogo już tam nie było widać.

Mama zniknęła.

Nawet się ze mną nie pożegnała.

Zostawiła mnie tutaj.

Osunęłam się na kolana i rozpłakałam głośno.

– Mamo, mamo, mamo!

Brad postawił mnie na nogi. Od wymierzonego mi brutalnego piekącego policzka zakrztusiłam się własnymi łzami.

– Zamknij się, mała. Twoja mama poszła sobie. Na dobre.

Zaciągnął mnie do wnętrza domu, a tam rzucił na kanapę. Mocno zacisnęłam powieki. Ogarnął mnie strach; na ciele czułam drobne ukłucia, które mrowiły jak wtedy, gdy zbyt długo siedzi się na podkurczonej nodze. Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam Brada – gapił się na mnie, a jego mina przeraziła mnie jeszcze bardziej. Z gardła wydarł mu się odgłos niechęci. W końcu odwrócił się i wyszedł. Zdawało mi się, że mijają godziny. Siedziałam skulona na kanapie i kołysałam się tam i z powrotem, a dzień powoli przechodził w noc.

Mama nigdy nie zostawiała mnie na tak długo. Zawsze byłam grzeczna i robiłam, co mi się kazało, a ona nigdy na tak długo nie znikała. Nie podobał mi zapach tego domu ani dźwięk wody kapiącej z kranu. Nie podobała mi się ta szorstka kanapa. Boję się. Boję się. Mamo, proszę, przyjdź i zabierz mnie stąd!

Kiedy wreszcie Brad wrócił, włączył światło i musiałam zmrużyć powieki od nagłej jasności. Wyglądał na jeszcze bardziej wściekłego niż przed wyjściem. Usiadł, zapalił papierosa i zaciągnął się, po czym wypuścił dym, od którego oczy zaczęły mi łzawić.

– Co ja z tobą zrobię, mała? Co ja, do kurwy nędzy, mam z tobą zrobić?

Odwróciłam wzrok, usiłując zdusić wyrywający mi się szloch.

Pani Hollyfield powiedziała mi kiedyś, że serca muszą cały czas bić, żebyśmy mogli żyć. A jak serce stanie i człowiek pójdzie do nieba, to nie czuje bólu. Serce pani Hollyfield zatrzymało się. Serce mojej mamy też niedługo stanie. Moje nadal biło, chociaż miałam wrażenie, że rozpadło mi się w piersi na kawałki. Nie chciałam dłużej czuć tego bólu. Zapragnęłam, aby moje serce przestało się tak tłuc, żebym mogła polecieć do nieba i być tam z panią Hollyfield i z mamą.

Powiedziałam mojemu sercu, żeby przestało bić.

Powiedziałam, żeby przestało mnie boleć.

Powiedziałam sercu, że nie pozwolę, by mnie jeszcze kiedyś tak bolało.

Już nigdy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Chodź ze mną. Pomogę ci. Wygląda na to, że potrzebujesz przyjaciela.

Biegacz, Rycerz Wróbli

CRYSTAL

Czasy obecne

Nie pasował do tego miejsca. Nie wiedziałam, dlaczego ta myśl przyszła mi do głowy, kiedy tylko na niego spojrzałam, niemniej przyszła. Nie chodziło o wygląd – widywałam tu już wcześniej przystojnych, schludnych, zdawałoby się porządnych mężczyzn. Wystarczy jednak wlać w nich parę kropel alkoholu albo dać zaciągnąć się gęstymi oparami instynktu stadnego, przesycającymi tutejszą atmosferę, a zaczną się zachowywać tak jak inni pijani głupcy. Stają się chętni, aby wyzbyć się pieniędzy i wszelkiej przyzwoitości. Rzecz nie w tym, że on nie pasował, bo miał niepewną minę. To też tu przedtem widywałam – spojrzenia rozbiegane na boki, niespokojne i podekscytowane otoczeniem. Nie, młody mężczyzna siedzący samotnie przy stoliku na tyłach sali i ściskający w ręku butelkę piwa Miller Lite wcale nie był onieśmielony. Jeśli już, to raczej zaciekawiony. Powoli powiódł wzrokiem po całym wnętrzu, a ja poszłam za jego spojrzeniem, zastanawiając się, jak on to wszystko ocenia.

Własne zaciekawienie zaniepokoiło mnie i zbiło z tropu. To całkiem do mnie niepodobne, aby rozmyślać o mężczyznach, którzy tutaj przychodzą. Nie umiałam sobie tego wyjaśnić. Przymknęłam powieki i odsunęłam od siebie niepotrzebne myśli, a głowę wypełniła mi głośna muzyka. Po skończonym występie doczekałam się entuzjastycznych oklasków i uśmiechnęłam sztucznie.

Anthony przechadzał się przy scenie, dbał, żeby żaden z klientów nie pozwalał sobie na zbyt wiele, i mimo protestów odciągał ode mnie tych, którzy próbowali. Pięć minut potem, kiedy już odwracałam się, aby opuścić podium, znowu napotkałam wzrok mężczyzny siedzącego w głębi sali. Tkwił przy tym samym stoliku i mnie obserwował. Wyprostowałam plecy. Coś w jego twarzy nie dawało mi spokoju. Wiedziałam, że nigdy wcześniej tutaj nie był. Czy myśmy się gdzieś spotkali? Czy dlatego wciąż przyciągał moją uwagę?

Na zapleczu powyciągałam gotówkę zza bielizny i rozprostowałam banknoty, żeby móc je złożyć w gruby plik.

– Dobra robota, kotku – pochwaliła Cherry, przechodząc obok mnie w drodze na scenę.

– Dzięki. – Uśmiechnęłam się i lekko ścisnęłam ją za ramię, kiedy się mijałyśmy.

W korytarzu otworzyłam swoją szafkę i wcisnęłam napiwki do torby, a potem ruszyłam do przebieralni dzielonej z dwiema innymi dziewczynami. Dzisiaj miały wolne i wreszcie miałam ciasnawe pomieszczenie tylko dla siebie. Przysiadłam ciężko na krześle ustawionym przed niewielką toaletką, zawaloną kasetkami, tubkami i pojemniczkami z podkładem, słoikami kremu, butelkami balsamów do ciała i perfum. W ciszy tego pokoiku głosy mężczyzn, którzy przed chwilą oglądali mój taniec na rurze, napełniły mi uszy – pohukiwania, wrzaski i gwizdy, którymi jednoznacznie informowali, co chcieliby ze mną zrobić. Nadal czułam woń składającą się z przesiąkniętych piwem oddechów, ciężkich wód toaletowych i spoconych ciał, która przytłaczała mnie, kiedy kręciłam biodrami i wyginałam się w stronę męskich wrzasków i wyciągniętych dłoni.

Przez chwilę wyobrażałam sobie, że jednym ruchem ręki zmiatam wszystko z blatu toaletki na ziemię i patrzę, jak kosmetyki roztrzaskują się i wylewają, tworząc mieszaninę zapachów oraz lepką masę pudrowych kolorów. Pokręciłam głową i przyjrzałam się sobie w lustrze. Ogarnęła mnie nagła chęć, aby złapać ręcznik i zacząć energicznie ścierać makijaż grubą warstwą pokrywający mi twarz. Boże, co się ze mną dzieje? Gardło mi się ścisnęło i poderwałam się zbyt szybko, pchnięte krzesło przechyliło się w tył i z hukiem przewróciło na podłogę.

– Crystal?

Odwróciłam się, słysząc głos Anthony’ego. Nie wiem, jaką miałam minę, ale aż ściągnął brwi.

– Wszystko w porządku, mała?

Szybko skinęłam głową.

– Taa, wszystko dobrze. Pić mi się tylko chce – powiedziałam i przeszłam w stronę dystrybutora z wodą. Wzięłam papierowy kubek, napełniłam go i szybko wypiłam wodę, a potem znów spojrzałam na Anthony’ego. – O co chodzi?

– Masz dwie prośby o prywatny taniec.

Znów napełniłam kubek i upiłam łyk wody.

– Okej.

– Trochę dodatkowej kasy nigdy nie zaszkodzi, prawda? – Kącik ust uniósł mu się w krzywym uśmieszku.

– Nie zaszkodzi – mruknęłam.

Anthony nie ruszał się z miejsca; jego usta znów tworzyły prostą linię, przyglądał mi się poważnie.

– Mogę im powiedzieć, że źle się czujesz.

Bo tak jest, pomyślałam. Niedobrze mi się robi od tego życia.

Pokręciłam przecząco głową, usiłując odgonić natarczywe ponure myśli.

– Nie, daj mi minutkę. Zaraz do nich wyjdę.

Anthony skinął głową i zamknął za sobą drzwi. Wzięłam głęboki oddech. Podeszłam do toaletki, nachyliłam się i palcem poprawiłam miejsca, gdzie makijaż nieco się rozmazał. Wyprostowałam się i znacząco uśmiechnęłam do lustra.

– Czas na show – szepnęłam.

Zawróciłam do drzwi, otworzyłam je i poszłam korytarzem tam, gdzie czekał chudy facecik ze zmierzwionymi ciemnoblond włosami i długą twarzą. Kiedy się zbliżyłam, wyprostował się jak struna, a duże jabłko Adama podskoczyło mu parę razy. Mnie do gardła podeszła żółć, a mimo to uśmiechnęłam się do niego zmysłowo.

– Cześć, kotku. Gotów dla mnie?

Kiedy skończyłam ostatni taniec i znów wracałam do przebieralni, dochodziła pora zamknięcia lokalu. Przechylałam głowę z ramienia na ramię, rozciągając mięśnie karku i wzdychałam ze zmęczenia zmieszanego z ulgą. Kiedy nie tańczyłyśmy, czy to na scenie, czy za zamkniętymi drzwiami, podawałyśmy drinki. Kierownik klubu, Rodney, lubił, żebyśmy były obecne w sali. Uważał, że pochylanie się nad stolikami przy serwowaniu zamówień i nieznaczne ocieranie się o klientów nakręca ich gotowość do dalszego wydawania pieniędzy. Niedobrze mi się robiło, kiedy trzeba było użerać się z kolesiami ośmielonymi spojrzeniami kumpli. Było to uciążliwe, lecz przy okazji rosła ich szczodrość w czasie moich występów, więc wykonywałam, co do mnie należało. Kilka dyskretnych oczek puszczonych w kierunku stolików wystarczało, by każdy dureń myślał, że mój następny taniec jest tylko dla niego.

Przebrałam się szybko w kelnerski uniform – skąpe białe szorty, czarno-białą koszulę, którą wiązałam na węzeł pomiędzy piersiami i czerwone szpilki – po czym otworzyłam drzwi, żeby roznieść po sali kilka ostatnich zamówień. Drgnęłam, podobnie jak facet stojący po przeciwnej stronie korytarza, oparty o ścianę. Co, u diabła? Gdzie się podział Anthony? Zerknęłam szybko w głąb korytarza, ale nie było tam ani śladu wykidajły. Mężczyzna – ten sam, który zaciekawił mnie wcześniej – wyprostował się z dość niepewną miną i przegarnął włosy ruchem dłoni.

– Nie wolno wchodzić na zaplecze – rzuciłam, krzyżując ramiona na piersi, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego próbuję zakrywać coś, co prawdopodobnie i tak już zdążył dokładnie obejrzeć.

– Przepraszam. Nie jestem pewien, jaki obowiązuje regulamin.

– Regulamin? – Uniosłam brew.

– Chodzi o procedurę, żeby się z tobą spotkać.

Przechyliłam głowę. Dobra, facet to potencjalny szaleniec.

– Procedura wygląda tak, że idziesz najpierw do Anthony’ego.

– Ten wielki czarny gość z wredną miną?

– Łamie kości jednym ruchem, jeśli ktoś dostawia się do jego dziewczyn. – Znów zerknęłam w głąb korytarza.

– Aha. Jest na zewnątrz, rozdziela bójkę.

– Hm… więc postanowiłeś skorzystać z okazji? – Cofnęłam się o krok w stronę przebieralni, gotowa zabarykadować się wewnątrz, gdyby on zamierzał czegoś próbować.

Milczał chwilę, po czym sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął z niej coś i rzucił w moją stronę. Instynktownie uniosłam dłoń i złapałam ten przedmiot. Okazało się, że to kółko z kluczami. Zdezorientowana, spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

– Jeśli zrobię coś, co cię zdenerwuje, możesz mi kluczem wydłubać oko.

– Wydłubać ci oko? Wolałabym tego uniknąć.

– Nie dam ci powodu. Nie chcę ci zrobić nic złego.

Anthony pojawił się w korytarzu. Potrząsał głową, jakby go bolała od uderzenia.

– Ej, a ciebie tu nie powinno być!

Och, dzięki Bogu, pomyślałam.

– Wiem. Przepraszam, nie znam regulaminu.

– Nieświadomość niczego nie usprawiedliwia, stary. I tak wylecisz stąd na kopach. W porządku, Crys?

Skinęłam głową.

– Potrzebuję tylko dziesięciu minut – wyjaśnił szybko nieznajomy, unosząc w górę ręce.

Nie byłam pewna, czy to gest kapitulacji, czy też chciał dziesięcioma palcami precyzyjnie zaznaczyć, o ile czasu prosi.

– Przykro mi, kotku, karnecik z prywatnymi występami mam już na dziś pełen.

– Nie chodzi mi o prywatny taniec. Chciałbym po prostu porozmawiać.

A, jeden z tych typków, pomyślałam i miałam ochotę przewrócić oczami, jednak się powstrzymałam. Nie wiedziałam, dlaczego. Przystojny był, fakt. Wręcz ładny z tymi niezbyt ciemnymi włosami, wijącymi się przy kołnierzyku, i klasycznie męskimi rysami twarzy. Spotkałam już na swojej drodze paru przystojniaków. Każdy krył w sobie wredną cechę szeroką na trzy mile. Koniec końców z tego, że gość jest przystojny, miewa się okrągłe zero zysku. Czasem nawet wychodzisz na minus. Z mojego doświadczenia wynikało, że przystojni uważają, iż są dla kobiet darem od Boga, więc moralny obowiązek nakazuje im obdzielić równo wszystkie.

Nie, jednak chodzi mu o coś innego, uznałam. Miał wypisaną na twarzy uczciwość, której z daleka nie dostrzegłam, i łagodność, do jakiej z pewnością nie przywykłam. Patrzył na mnie z nadzieją, nie z desperacją czy pożądaniem. Wydawał się… szczery. Może naprawdę chciał tylko porozmawiać?

– W porządku, Anthony.

Anthony opuścił dłoń, którą już miał zacisnąć na ramieniu tego mężczyzny, i cofnął się o krok.

– Jesteś pewna?

– Tak. Dziesięć minut. – Popatrzyłam na przystojniaka i uniosłam w górę klucze ułożone w dłoni tak, że jeden wystawał mi spomiędzy palców. – Nie zmuszaj mnie, żebym ich użyła. Nie mam na to ochoty, ale jeśli się zapomnisz, słonko, wyjdziesz z tego pokoju ślepy.

– Gabriel – przedstawił się i jego twarz rozjaśnił lekki uśmiech. – Na imię mam Gabriel.

Jak ten archanioł? Nic dziwnego, że mi się wydawało, iż to nie jest miejsce dla niego.

– Dobra.

Odsunęłam się na bok, a on minął mnie i wszedł do przebieralni. Jeszcze raz skinęłam głową Anthony’emu, ale drzwi za sobą tylko przymknęłam. Wiedziałam, że ochroniarz zaczeka w pobliżu.

– Słonko, co sprowadza takiego miłego faceta do jaskini rozpusty?

– Mów mi Gabriel. Ty jesteś Crystal?

– Tutaj tak.

Popatrzył na mnie denerwująco przenikliwie. Po chwili skinął głową, jakby dotarło do niego coś, czego nie rozumiałam.

– Jasne.

Po tym jednym słowie, po jego znaczącym spojrzeniu, frustracja połączona z gniewem dźgnęła mnie w brzuch niczym kulka wystrzelona we fliperze. Uśmiechnęłam się sugestywnie i przysiadłam na niewielkiej, przybrudzonej, krytej złotawą tkaniną sofie. Przyjęłam półleżącą pozycję i założyłam nogę na nogę. Bawiłam się od niechcenia materiałem węzła między piersiami. Widziałam, że ten gest przyciągnął jego wzrok. Jego oczy lekko zabłysły, po czym szybko odwrócił spojrzenie. A, proszę bardzo, jednak nabrał ochoty jak każdy, pomyślałam. Znany teren. Odetchnęłam głębiej, teraz już spokojna i usatysfakcjonowana.

– O czym chcesz rozmawiać?

Odchrząknął i wsunął dłonie do kieszeni. Leciutko pochylił głowę i włosy opadły mu na czoło. Ta postawa i lekko przymrużone oczy uruchomiły wspomnienie i nagle zrozumiałam, skąd go znam. „Poszukiwany chłopiec” – te słowa pojawiły się w mojej głowie, jakby ktoś je tam zapisał. Nazywał się Gabriel Danton i zaginął, kiedy był dzieckiem. Po paru latach uciekł porywaczowi i wrócił do domu, a jego historia odbiła się głośnym echem w mediach. Jeszcze nie byłam wtedy nastolatką, ale i tak słyszałam o tym tu i ówdzie. Inna sprawa, że wtedy, kiedy Gabriel odzyskał wolność, mój własny świat – po raz kolejny – ulegał rozpadowi. Po raz ostatni jego zdjęcie w wiadomościach widziałam kawał czasu temu, ale nie miałam wątpliwości, że to on.

– Nie powinieneś przychodzić w takie miejsca. Jeśli ktoś cię rozpozna, może próbować zrobić ci zdjęcie.

Na ułamek sekundy zamarł, ale znów się odprężył. Przysiadł na metalowym krześle naprzeciw mnie i spojrzał wyczekująco, w zasadzie jak klient przed prywatnym tańcem. A jednak… jakoś inaczej. Chciałabym umieć dokładniej określić, co mi nie pasowało w tej sytuacji. Może właśnie to, że robił wrażenie przyzwoitego człowieka. Praktycznie nie przypominam sobie, żebym pomyślała w ten sposób o kimś, kto przekroczył próg naszego klubu. Powoli wypuścił oddech i przesunął dłonią po włosach, odgarniając je z czoła.

– W sumie dobrze, że mnie rozpoznałaś. To może nieco uprościć sprawę.

Zabrzmiało to, jakby mówił do siebie, więc milczałam. Spojrzał mi prosto w oczy.

– Zdaje się, że trzeba było trochę lepiej wszystko przemyśleć, a nie tak po prostu się tu zjawić – dodał i potarł rękami uda, jakby mu się dłonie spociły.

– Powiesz wreszcie, czego chcesz, czy mam się tego domyślić?

– Tak, tak. Przepraszam. Nie chcę marnować twojego czasu. Rzecz w tym, Crys… – Urwał i odchrząknął. – Rzecz w tym – podjął – że ze względu na moją historię, o której zdaje się co nieco wiesz, mam… hm… mam kłopot z tolerowaniem bliskości.

Na jego policzkach pojawiły się zaróżowione plamy. Czerwienił się? Boże, nie byłam przyzwyczajona do rumieniących się mężczyzn. Zupełnie, jakby moja opinia coś dla niego znaczyła. Coś, czego nijak nie umiałam określić, rozgrzało mnie wewnętrznie.

– Bliskości? – Zmarszczyłam brwi, zbita z tropu miękkością własnego głosu.

Zacisnął wargi, twarz mu bardziej poczerwieniała.

– Źle znoszę fizyczną bliskość drugiej osoby. Znaczy, emocjonalnie mnie to rozstraja. Hm… – Zażenowany, zaśmiał się cicho. – Boże, nie sądziłem, że to zabrzmi aż tak idiotycznie – spojrzał w jakiś punkt poza mną – w każdym razie na głos brzmi jeszcze gorzej.

– Co konkretnie mogę dla ciebie zrobić, kotku?

Mój głos nadal brzmiał miękko. Bezradnie rejestrowałam, że serce mi się ściska ze współczucia na widok Gabriela siedzącego naprzeciwko i walczącego ze sobą. Te niezrozumiałe emocje wytrącały mnie z równowagi, więc wyprostowałam się na sofie, żeby go nie peszyć jeszcze bardziej.

– Gabrielu – poprawił mnie.

– Okej. Co mogę zrobić dla ciebie, Gabe?

Zachował powagę na twarzy, ale kąciki oczu zmrużył, jakby się lekko uśmiechnął. Po chwili linie wokoło jego oczu wygładziły się i zastanowiłam się, czy to rzeczywiście był uśmiech, czy też tylko mi się wydawało.

– Możesz mi pomóc ćwiczyć dotykanie przez kobietę. Zwiększyć poczucie komfortu, kiedy ktoś narusza moją osobistą przestrzeń.

Ogłupiała, popatrzyłam na niego, a on opuścił wzrok na trzymane na kolanach dłonie.

– Mam ci pomóc w czymś takim?!

Spojrzał na mnie i znów dostrzegłam w nim łagodność i nadzieję. Coś w tym, wymierzonym wprost we mnie, spojrzeniu sprawiło mi przyjemność. Poczułam się potrzebna. Przez ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że w przeciwieństwie do wszystkich facetów, którzy przychodzą do tego klubu, on zobaczył we mnie coś więcej niż zgrabny tyłek.

– Zapłacę ci, oczywiście. To byłoby takie zajęcie po godzinach, nic więcej. Nie musiałabyś się nawet rozbierać.

„Nie musiałabyś się nawet rozbierać”. Te słowa były niczym kubeł zimnej wody. Spowodowały, że szybko wróciłam do rzeczywistości, zrozumiałam, że patrzył na mnie tak samo, jak inni mężczyźni. W sumie, widział mnie dokładnie taką, jaka jestem. Ponownie uzbrojona w swój zwykle demonstrowany cynizm, wstałam, wzięłam kluczyki leżące obok mnie na sofie i rzuciłam w jego stronę. Złapał je jedną ręką.

– Słuchaj, z przykrością rezygnuję z płatnego zlecenia, nie jestem terapeutką, jasne? Chcesz się nauczyć, jak kogoś dotykać? Znajdź sobie dziewczynę. Jesteś przystojnym gościem. Na pewno cała masa miłych porządnych dziewczyn nie będzie miała nic przeciwko temu, a poćwiczysz sobie na nich za friko.

On też się podniósł.

– Uraziłem cię.

– Kotku, mnie nie sposób urazić – odparłam ze śmiechem.

– Każdego można urazić. – W jego głosie zabrzmiała nuta żalu. Włożył dłonie do kieszeni i w swój charakterystyczny sposób przechylił głowę na ramię. Włosy znów opadły mu na czoło.

Palce mnie zaświerzbiły, żeby odgarnąć ten kosmyk na bok. Co się ze mną dzieje? Wszystko w tym Gabrielu mnie niepokoiło i poczułam na skórze mrowienie. Chciałam, żeby już sobie poszedł.

– Nie znasz mnie, Gabe. Dzięki za propozycję, ale muszę odmówić. Powodzenia z tym twoim drobnym problemem. Dziesięć minut minęło.

Westchnął, nie ruszając się z miejsca.

– Bardzo mi przykro, naprawdę. To nie poszło tak, jak planowałem.

– Istotnie. – Przytrzymałam mu otwarte drzwi.

W korytarzu Anthony siedział na krześle i bandażował sobie uszkodzoną rękę.

– Wszystko na legalu?

Skinęłam szybko głową, gdy Gabriel mnie mijał. Wyszedł za próg przebieralni, przystanął i odwrócił się w moją stronę.

– Jeszcze raz bardzo przepraszam.

Zaplotłam ramiona na piersiach i spojrzałam mu w oczy. Stojąc tak blisko, widziałam, że ma piwne oczy, z miedzianymi prążkami. Gęste i długie rzęsy nieco mu się podwijały. Za takie rzęsy każda dziewczyna sporo by dała. Cofnęłam się lekko, chcąc zwiększyć dystans między nami, i wypuściłam wstrzymywany oddech.

– Nie ma sprawy. Naprawdę. I powodzenia.

Chciał już odejść, ale jeszcze się cofnął.

– Mogę ci zadać jeszcze jedno pytanie?

– Jasne. – Przestąpiłam z nogi na nogę.

– O czym myślałaś, kiedy popatrzyłaś na mnie ze sceny? Wtedy, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy?

Lekko zmarszczyłam brwi i już chciałam zaprzeczyć, że w ogóle pomyślałam o czymkolwiek, ale uznałam, że w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia. I tak go nigdy więcej nie zobaczę.

– Przyszło mi do głowy, że to nie miejsce dla ciebie. Miałam rację.

Zastanowił się i przesunął wzrokiem po mojej twarzy. Nie mogłam nic wyczytać z jego miny.

– Ha. Zabawne – mruknął wreszcie. – Pomyślałem dokładnie to samo o tobie.

Zaśmiałam się krótko.

– Tu się mylisz. To jest naprawdę moje miejsce, kotku.

– Gabriel. – Kąciki ust lekko mu się uniosły i zatrzymał na mnie wzrok odrobinę zbyt długo, po czym odszedł.

ROZDZIAŁ DRUGI

Skup się na tym, co dobre, nawet jeśli to drobiazgi. A potem ukryj je głęboko, tak żeby nikt nie wiedział, gdzie są.

Cień, Baron Pobożnych Życzeń

GABRIEL

Koncertowo pokpiłem sprawę. „Możesz mi pomóc ćwiczyć dotykanie przez kobietę”. Na litość boską! Nic dziwnego, że kazała mi się wynosić. Tę kwestię mógłby wygłosić psychopata.

Wrzuciłem ręczny hamulec, zgasiłem silnik i przez chwilę czekałem na podjeździe przed domem. Co ja sobie, u diabła, wyobrażałem? Wszystko schrzaniłem i zaprezentowałem się jak kompletny głupek, a do tego jeszcze ją obraziłem.

Crystal… To nie może być jej prawdziwe imię. Zastanawiałem się, kim ona jest i dlaczego serce zaczęło uporczywie łomotać mi w piersi – jakby dla zwrócenia uwagi – kiedy wyszła na scenę z nieobecnym wyrazem na nieruchomej, pięknej, niczym wyrzeźbionej przez artystę twarzy. Tymczasem jej ciało poruszało się płynnie, z wdziękiem. Zafascynowała mnie, a przecież wybrałem się tam wyłącznie po to, żeby znaleźć tancerkę, która zechciałaby się podjąć niewielkiego dodatkowego zlecenia, o wiele mniej namacalnego, że tak to ujmę, niż proceder mający miejsce w pokojach na zapleczu miejsc podobnych do Platinum Pearl. Tymczasem ona mnie zaintrygowała, przykuła moją uwagę i nie pozwalała przestać o sobie myśleć, przy czym nie miało to nic wspólnego z jej kusym strojem czy jawnie demonstrowaną seksualnością lub powodem, dla którego w ogóle się tam wybrałem.

Zaśmiałem się krótko, niewesoło, po czym z westchnieniem przeczesałem dłońmi włosy. Nie mógłbym udawać, że mi się nie spodobała, ale nie byłem aż tak głupi czy niedoświadczony, aby sobie wmawiać, że fascynacja striptizerką to dobry pomysł.

Patrząc teraz wstecz, dostrzegałem, że plan od początku był zły. Zdałem sobie z tego sprawę w momencie, w którym głośno powiedziałem, po co przyszedłem, i zobaczyłem, jak zmienia się wyraz twarzy Crystal: najpierw oznaczał czujność, potem zaskoczenie, aż wreszcie… przykrość. Tak, to przykrość odbiła się na jej twarzy, zanim znów zaczęła przypominać rzeźbę. Jeśli oczy są wrotami duszy, to byłem świadkiem, jak w ułamku sekundy pojawia się w nich napis „zamknięte”. Ile czasu zajęło jej opanowanie tej sztuczki?

Powiedziałem, że nie musiałaby się rozbierać, jakbym oczekiwał wdzięczności za chwilową ulgę od upodlenia. A czy nie na tym opierał się mój plan? Na wyzysku? Niewiele myślałem o bezimiennej striptizerce, kiedy wpadłem na swój pomysł, a skoncentrowałem się wyłącznie na sobie. Boże, zachowałem się jak kretyn. To był fatalny pomysł, wręcz żenujący. Co gorsza, ona przypomniała sobie moją sprawę i prawdopodobnie znała moje nazwisko.

Tego nie przewidziałem. Nie rozpoznawała mnie większość osób, które nie widywały mnie regularnie przez ostatnich dwanaście lat. Nie pchałem się na afisz, nie udzielałem zgody na wywiady, dorosłem i zmieniłem się fizycznie. Nie przejmowałem się za bardzo, że w pewnym mieście leżącym o mile drogi stąd – mieście, w którym moja noga nie stanęła od czasów dzieciństwa – ludzie wiedzą, kim jestem. Crystal mnie poznała. Czy w jakimś stopniu nie dlatego odmówiła mojej prośbie? Pokręciłem głową, próbując otrząsnąć się z natrętnych myśli, i wysiadłem z furgonetki. Zamknąłem drzwi jak najciszej. Przystanąłem w bladym świetle księżyca, głęboko odetchnąłem i przymknąłem powieki. Wieczór pod pewnymi względami poszedł kompletnie na opak, ale skoncentrowałem się na poczuciu wdzięczności za moment napawania się słodyczą nocnego powietrza, możliwości nabrania głębokiego oddechu i za rozległą przestrzeń, jaką miałem wkoło.

W domu było ciemno, pomijając migoczącą poświatę telewizora włączonego w salonie. Bez wątpienia brat przysnął w rozkładanym fotelu, jak to mu się zdarzało niemal co wieczór. Zamierzałem przejść cicho i minąć Dominika. Nawet nie wiedziałby, jak późno wróciłem. Nie miałem ochoty odpowiadać na pytania, a zwłaszcza dziś wieczorem.

– Gdzie byłeś?

Cicho sapnąłem z zaskoczenia i upuściłem klucze do kosza stojącego przy drzwiach.

– Wypiłem parę głębszych na mieście.

– Mieście?

Wydawał się zaskoczony. Nic dziwnego. Wiedział, że unikam miasta.

– W Havenfield.

Dominik pociągnął łyk piwa z trzymanej w dłoni butelki i podrapał się po gołym brzuchu.

– Ach. Havenfield. Trzy kwadranse drogi stąd… Mogłem pojechać z tobą.

– Chciałem pobyć sam.

Powoli uniósł jedną brew i znów napił się piwa.

– Spotkałeś się z laską, co, duży bracie? – zapytał żartobliwym, ale też podszytym nadzieją głosem.

Z tego powodu poczułem się jeszcze bardziej żałosny. Za plecami brata rozległ się kobiecy jęk i rzuciłem okiem na ekran telewizora – Dominik oglądał film porno. Wrócił wzrokiem do ekranu, po czym znów spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.

– Mógłbyś to oglądać u siebie w pokoju? – spytałem.

– Bo co? Nie było cię w domu.

– Ja też korzystam z tych mebli, a teraz będę musiał sprawdzać, gdzie siadam.

Pokiwał głową i rzucił mi niepokorny uśmiech.

– Taa, to chyba kiepski pomysł.

– Super, Dominik – mruknąłem, zawracając w stronę mojego pokoju.

– Hej, Gabe, zostawiłeś to w salonie.

Obejrzałem się za siebie i przystanąłem, widząc trzymaną przez niego w dłoni sporą kopertę, tę z nadrukiem uniwersytetu Vermont i zaadresowaną do mnie. Podszedłem i wyrwałem mu ją z ręki.

– Nie zostawiałem jej w salonie. Leżała w moim pokoju przy komputerze. – Spojrzałem ostro na brata.

Wzruszył ramionami, a mnie wyrwał się pomruk irytacji i znów zawróciłem, żeby iść do siebie.

– Ładny list ci napisała. Pójdziesz na to? – zapytał.

Przystanąłem w progu, nie odwracając głowy.

– Nie wiem. Jeszcze nie zdecydowałem.

– Mogłoby mieć sens.

– Niewykluczone.

– Niezła jest. Wyszukałem ją. Zadanie miałem ułatwione, bo też grzebałeś w sieci. Znalazłem ją z miejsca w historii przeglądania. Widzę, że parę razy wracałeś do opisu jej kariery zawodowej. To ta, co ostatnio do ciebie dzwoniła?

Jezu.

– Spróbuj od czasu do czasu pilnować własnych spraw – rzuciłem i zamknąłem za sobą drzwi, słysząc chichot Dominika.

– Jesteś jedną z nich, Gabrielu Dantonie! – wrzasnął.

Stałem po drugiej stronie drzwi, zaciskając zęby i usiłując opanować złość na ciekawskiego młodszego brata. Kochałem Dominika, ale nie cierpiałem jego wścibstwa i wywołanego przez jego postępowanie ciągłego poczucia osaczenia.

Popatrzyłem na trzymaną w dłoni kopertę, na ten wystający z niej list od Chloe Bryant, ewidentnie wyciągany przez Dominika. Rzuciłem kopertę na biurko i podszedłem do okna. Otworzyłem je szeroko. Potrzebowałem podmuchu nocnego powietrza, szumu drzew chwiejących się na wietrze, dochodzącego z bliska głuchego skrzeku żaby. Spokoju.

Wyciągnąłem się na łóżku i przywołałem w myślach obraz Chloe ze zdjęcia opublikowanego razem z artykułem, który napisała. Sugerowała, żebym go przeczytał wraz z jej internetową biografią. Chloe: brunatne loki i duże zielone oczy, szczery, prostolinijny uśmiech.

Kilka miesięcy wcześniej skontaktowała się ze mną w sprawie ewentualnego wywiadu do badań związanych z jej pracą magisterską. Pisała na temat psychologicznych skutków uprowadzenia i uwięzienia w dzieciństwie, zakończonego ucieczką lub uwolnieniem, ale po upływie długiego czasu. Niewiele było takich przypadków w Stanach, a ja się do nich zaliczałem i tak się złożyło, że Chloe mieszkała w tym samym stanie.

Przekonały mnie do niej sposób, w jaki napisała, i jej życzliwa, otwarta osobowość. Poza tym udzielając wywiadu, który posłuży do pracy magisterskiej, a nie dla talk-show czy kolorowego pisma, czułbym się znacznie swobodniej. Nie zamierzałem pozwolić na zrobienie wokół mnie szumu, wykorzystanie dla klikalności w Internecie czy stania się żerem dla publiki. Już nigdy.

Wymieniliśmy kilka maili z podstawowymi informacjami o sobie. Zdawało mi się nawet, że Chloe odrobinę flirtowała ze mną przez telefon, chociaż doświadczenie we flirtach miałem żałośnie ubogie. Zainteresowanie okazywane przez Chloe napełniło mnie nieoczekiwaną nadzieją. Dziewczyna była ładna i bystra, a ja spędziłbym z nią całkiem sporo czasu, gdybym wyraził zgodę na jej prośbę. Pomyślałem, że jeśli istotnie między nami zaiskrzy, to może byłbym w stanie zareagować na rodzący się pociąg.

Jeszcze przez chwilę myślałem o Chloe i ewentualnej zgodzie na udzielenie jej wywiadu. Znów spróbowałem rozważyć za i przeciw, opanować nerwowość, która kryła się tuż pod ożywieniem nową możliwością. Zamiast jednak skupić się na nieupozowanej fotce ślicznej dziewczyny, której nigdy nie spotkałem, wciąż wracałem myślami do natrętnego obrazu Crystal z tym ostrożnym, mimowolnym uśmiechem na twarzy, o długich włosach w kolorze miodu i czujnych oczach. Kobiety, która – z tego, co mogłem stwierdzić – stanowiła dokładne przeciwieństwo Chloe Bryant.

Crystal, której znowu nie zobaczę.

Zaniepokoiły mnie te myśli. Usiadłem prosto i odgarnąłem włosy z czoła. Poczułem się dojmująco osamotniony. Może faktycznie powinienem się zmusić do wyjścia poza własną strefę komfortu? Zbyt długo kryłem się w cieniu, za dużo czasu cieszyłem się wyłącznie przewidywalną naturą własnej codziennej egzystencji: praca, dom, czasem jakaś przejażdżka do miasta, gdzie kontaktowałem się zaledwie z kilkoma osobami. Czerpałem otuchę z tego, co spodziewane, szukałem nieskomplikowanego towarzystwa czytanych książek i wciąż nie mogłem dość się nacieszyć własną wolnością, chociaż musiałbym przyznać, że prowadzę raczej samotniczy tryb życia.

Stanąłem w otwartym oknie. Zastanawiałem się, czy udałoby mi się poszerzyć przestrzeń wewnątrz murów, które wokół siebie wzniosłem. Czy w ten sposób nie zbudowałem sobie prywatnego więzienia? Czy nie nadszedł czas, by to zmienić?

Zanim udało mi się wybić sobie z głowy ten pomysł, usiadłem przed komputerem, zalogowałem się do skrzynki pocztowej i otworzyłem ostatnią wiadomość od Chloe. Wystukałem na klawiaturze zwięzłą odpowiedź:

Chloe, zgadzam się. Każda data mi odpowiada. Daj mi tylko znać, kiedy chcesz przyjechać. Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy. Gabriel

A potem szybko kliknąłem „wyślij”, żeby zrobić to, zanim zmienię zdanie.

Tytuł oryginału: Most of All You

Copyright © 2017 Mia Sheridan

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Edyta Jaczewska

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Jolanta Kucharska, Agnieszka Betlejewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Jamróz

Skład i łamanie: Gracjan Branicki

Zdjęcie na okładce: Jack Frog/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 9788381179782

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.