Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez tchu - Anne Stuart

Miranda Rohan wskutek niefortunnego romansu traci honor i zostaje wykluczona z londyńskiego towarzystwa. Odkrywa dobre strony swojego położenia – nareszcie jest wolna od ciążących zasad i konwenansów. Może decydować o własnym życiu i cieszyć się wolnością. Dzięki wsparciu kochającej rodziny nie czuje, aby cokolwiek utraciła. Lady Miranda nie wie, jednak że romans i usunięcie jej z elity były elementem starannie zaplanowanej intrygi Luciena de Malheura, zwanego Skorpionem. Nienawidzi on rodziny Rohanów, obwiniając najstarszego brata Mirandy o samobójczą śmierć swojej siostry. Widząc, że pierwszą intrygą nie osiągnął celu, tym razem bierze sprawy we własne ręce. Doprowadza do wypadku powozu, którym podróżuje Miranda. Udając wybawiciela, zamierza zaskarbić sobie jej przyjaźń, by później w niecny sposób ją wykorzystać. Nie przewiduje jednak, że sam padnie ofiarą swojej intrygi…

Opinie o ebooku Bez tchu - Anne Stuart

Fragment ebooka Bez tchu - Anne Stuart

Anne Stuart

Bez tchu

Tłumaczyła

Prolog

– To nie jest dobry pomysł – oznajmiła Jane Pagett, zaciskając pięści. – Pan St. John nie wydaje mi się godnym zaufania dżentelmenem.

Lady Miranda Rohan popatrzyła na najlepszą przyjaciółkę i uśmiechnęła się pobłażliwie. Młode damy siedziały w jej sypialni w miejskiej rezydencji Rohanów przy Clarges Street, gdzie Miranda szykowała się do potajemnej schadzki pod osłoną nocy.

– Och, ja również uważam, że nie jest godny zaufania – oświadczyła wesoło. – Właśnie dlatego tak się cieszę na pyszną zabawę. I nie praw mi kazań, moja droga. Przez trzy sezony byłam najbardziej potulnym dziewczęciem pod słońcem, pora zatem na coś choćby odrobinę niestosownego. Mam znaleźć męża, więc... eksperymentuję.

– Śmiem powątpiewać, by twoi rodzicie pozwolili ci związać się z Christopherem St. Johnem – zauważyła Jane.

– Istotnie, mało prawdopodobne. Niemniej sądzę, że to nie w porządku. Pewnie odrzuciliby go ze względu na brak pieniędzy, choć mojego majątku wystarczy dla nas obojga. Doskonale by się nam żyło.

– Naprawdę chciałabyś wyjść za pana St. Johna? – Jane spojrzała na nią ze zdziwieniem.

– To równie dobry kandydat, jak każdy inny. – Miranda wzruszyła ramionami. – Nie zapominaj, że nie jestem wyjątkowo piękna i raczej nie powinnam wybrzydzać. Wiem, wiem, zapewne i tak znajdą się dżentelmeni, gotowi związać się ze mną, i kiedyś zdecyduję się na jednego z nich. Na razie jednak pragnę użyć życia i nieco poflirtować.

– Mirando, przecież jesteś śliczna! – zaprotestowała Jane.

– Cóż, nie nazwałabym siebie paskudą, ale po prostu nie grzeszę urodą. Takich jak ja jest na pęczki. Nie wyróżniam się ani wzrostem, ani tuszą, mam nudne, brązowe oczy i włosy, a do tego przeciętną twarz. Nikt nie uciekłby z krzykiem na mój widok, ale też w nikim nie wzbudzam dzikiej namiętności, choć Christopher St. John wydaje się mną zainteresowany. Osobiście podejrzewam jednak, że największy entuzjazm wzbudzają w nim moje pieniądze – dodała przytomnie.

– Dlaczego zatem narażasz na szwank reputację, jadąc z nim samotnie do Vauxhall? – krzyknęła Jane. – Z radością będę ci towarzyszyć. Weź chociaż pokojówkę...

– Wykluczone – ucięła Miranda, wiążąc pod szyją pelerynę. Jej suknia była stanowczo zbyt skromna jak na szaloną noc w ogrodach rozkoszy, ale Miranda doszła do wniosku, że peleryna powinna to ukryć. – Chcę tańczyć do upadłego, pić wino, grać w karty o wysokie stawki i śmiać się zbyt głośno. Pragnę całować i być całowana przez przystojnego mężczyznę. Musisz przyznać, że Christopherowi nie zbywa na urodzie.

– Ma cofniętą brodę – burknęła Jane.

– Mnie to nie przeszkadza. Żałuję tylko, że jadę akurat teraz i nie mogę z tobą zostać. Inna sprawa, że bez ciebie moja ucieczka byłaby skazana na niepowodzenie. Odkąd rodzice wyjechali do Szkocji, bratowa bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki i nieustannie wypytuje mnie, co robię. Naturalnie nie chcę, abyś kłamała, jeśli ktoś zauważy moją nieobecność.

– Och, z całą pewnością nie zamierzam kłamać, aby cię chronić – zapowiedziała Jane. – W razie konieczności wyjawię ze szczegółami, dokąd i z kim pojechałaś.

– To bez znaczenia. Będzie już za późno, aby mnie znaleźć, a moi bliscy wiedzą, że nie jestem w ciemię bita. Wrócę do domu około północy i moja eskapada pozostanie tajemnicą. Pragnę tylko zakosztować wolności, nim zgodzę się wyjść za jednego z tych młodych nudziarzy, których bezustannie sprowadzają do domu moi bracia. Zadowolę się kilkoma całusami, skradzionymi podczas pokazu bengalskich ogni. Zresztą, co mi grozi, jeśli ta wyprawa wyjdzie na jaw? Przecież nikt mnie nie zbije, prawda?

– Dobrze wiesz, że potrafisz zauroczyć całą rodzinę i największe psikusy uchodzą ci na sucho. Udało ci się omamić nawet mnie – westchnęła Jane.

Miranda zarzuciła kaptur na głowę i sięgnęła po maskę.

– To dlatego, że jestem ujmująca – oznajmiła z rozbawieniem. – Nie martw się o mnie, kochana. Ani się obejrzysz, a będę z powrotem.

Jane posłała jej zatroskane spojrzenie.

– Byłoby lepiej, gdybyś została w domu, zamiast zdawać się na łaskę i niełaskę pana St. Johna.

– Już o tym mówiłyśmy. Obiecuję ci, że wyjdę za kogoś wyjątkowo statecznego. Po prostu mam chęć dopuścić się paru szaleństw z pięknym mężczyzną, nim ustatkuję się raz na zawsze. -

Pochyliła się i ucałowała Jane w policzek. – Uszy do góry, nic mi nie grozi.

Po chwili już jej nie było.

Rozdział pierwszy

Lady Miranda Rohan niejednokrotnie wracała myślami do tamtej nocy i nadal nie mogła uwierzyć, że postąpiła tak idiotycznie. Okazała się wyjątkowo łatwowierną i niemądrą istotą, którą zgubiła zbytnia pewność siebie. Czy naprawdę ani przez moment nie obawiała się niebezpieczeństwa? Christopher St. John był uroczym, uwodzicielskim hulaką, więc wierzyła, że kilka godzin sam na sam z kimś takim nie stanowi dla niej zagrożenia. Co prawda nie miał pieniędzy, ale to akurat jej nie obchodziło, gdyż wiedziała, że odziedziczony przez nią majątek w zupełności wystarczy dla nich obojga. Choć od trzech lat była do wzięcia, na horyzoncie nie pojawił się ani jeden kandydat na męża, którego mogłaby potraktować poważnie. Dopiero Christopher zmienił jej życie. Miał idealne rysy, był wysoki, przystojny i wysportowany, a do tego ujmująco się uśmiechał.

Z rozbawieniem zbyła jego propozycję ucieczki i ślubu i zbyt późno zdała sobie sprawę z tego, że kryty powóz, którym miał ją odwieźć do domu, wcale nie zmierza tam, dokąd powinien. Christopher drzemał naprzeciwko niej, gdy Miranda poczuła, że droga staje się coraz bardziej wyboista. Ostrożnie uniosła zasłonkę, lecz zamiast znajomych świateł Londynu ujrzała mroczne przedmieścia.

Miranda nie wpadła w histerię. Zachowała spokój i, nie kryjąc wściekłości, zażądała, by natychmiast odwiózł ją do domu. Christopher jednak pozostał głuchy na jej protesty. Powtarzał, że ją kocha, uwielbia i że nie wyobraża sobie życia bez niej.

I bez jej pokaźnego majątku, rzecz jasna.

– Nie wyjdę za ciebie – oznajmiła stanowczo. -

Nawet jeśli zawleczesz mnie do Gretna Green i postawisz przed pastorem, i tak powiem „nie”.

– Po pierwsze, droga Mirando, w Szkocji wcale nie trzeba pastora, aby wstąpić w związek małżeński – wyjaśnił łagodnym tonem, który teraz wydał się jej irytujący, choć do niedawna ją urzekał. -

Byle kto może tam udzielić ślubu. Po wtóre, powiesz „tak”, kiedy sobie uświadomisz, że nie masz innego wyjścia.

– Zawsze jest inne wyjście.

– Chyba że czyjaś reputacja legnie w gru- zach – zauważył. – Przestań marudzić. Jesteś rozpieszczona i samowolna, a teraz za to zapłacisz. Nie masz powodów do narzekań, nie będę wymagającym mężem.

– W ogóle nie będziesz moim mężem – burknęła ponuro.

– Mylisz się, niestety.

Liczyła na to, że zabierze ją do jakiejś gospody, w której będzie mogła poprosić właściciela o pomoc. Niestety, dotarli do małego domu na kompletnym odludziu, a drzwi otworzył im posępny kamerdyner, który nawet nie spojrzał na Mirandę.

Sama jestem sobie winna, westchnęła w duchu. St. John miał słuszność co do jednego: była lekkomyślna i teraz musiała wypić piwo, którego nawarzyła.

St. John, jako człowiek dbający o szczegóły, postanowił przypieczętować jej kompromitację i w nocy pozbawił ją dziewictwa. W ten sposób chciał zagwarantować sobie dostatnie życie. Właściwie to nawet nie był gwałt. Kiedy stało się jasne, że jej los jest przesądzony, Miranda nie wrzeszczała ani nie stawiała oporu. Już po wszystkim położyła się na boku i podkuliła nogi, trzymając się za brzuch. Doszła do wniosku, że akt miłosny jest przeceniany. Dotąd Miranda nigdy nie widziała nagiego mężczyzny, jednak St. John nie zrobił na niej wrażenia. Jego męskość, z której był niezwykle dumny, zupełnie nie przypadła jej do gustu. Po bliższych oględzinach Miranda postanowiła, że w przyszłości nie będzie usiłowała zaznajomić się bliżej z innymi tego typu okazami.

Bolało, rzecz jasna. Uprzedzano ją wcześniej, że tak to bywa za pierwszym razem, ale St. John najwyraźniej wziął jej zobojętnienie za dobrą monetę, gdyż powtarzał swoje wyczyny jeszcze przez dwie kolejne noce. Za każdym razem Miranda cierpiała i krwawiła, a kiedy zasugerował, żeby przygotowała się na jego wizytę także czwartego wieczoru, chwyciła dzban na wodę i z całej siły trzasnęła go w głowę. St. John osunął się bez czucia na podłogę i znieruchomiał.

Mogła tylko żałować, że nie zrobiła tego wcześniej. Gdyby miała dość rozumu, aby już przy pierwszej nadarzającej się okazji uciec się do brutalnej przemocy, zapewne zachowałaby niewinność.

Przestąpiła ponad bezwładnym ciałem, niemal nie przejmując się, że być może właśnie zabiła człowieka, zeszła po schodach i skierowała się do stajni. Wynajęty powóz został już zwrócony, ale w boksie zobaczyła zgrabnego kasztana, który należał do Christophera. W kilka minut osiodłała rumaka, dziękując Bogu, że jej ojciec uparł się zaznajomić dzieci z końmi i ich oporządzaniem. Jazda okrakiem okazała się wyjątkowo nieprzyjemna, zwłaszcza po ubolewania godnych amorach pana St. Johna, lecz godzinę drogi od jego domu Miranda napotkała zbrojny oddział, który wyruszył na jej poszukiwania. W skład drużyny wchodziło trzech braci Mirandy oraz bratowa Annis.

– Nie zabijajcie go – poprosiła Miranda spokojnie, kiedy znalazła się w powozie.

– Niby dlaczego nie? – burknął jej najstarszy brat Benedick. – Ojciec życzyłby sobie tego. Chyba nie zakochałaś się w tym oprychu?

Grymas Mirandy wystarczył za odpowiedź na to niedorzeczne pytanie.

– Chcę jak najszybciej zapomnieć o tej historii – westchnęła.

– Miranda ma słuszność – wtrąciła Annis, tym samym zaskarbiając sobie dozgonną wdzięczność szwagierki. – Jeśli zrobimy z tego aferę, wybuchnie tym gorszy skandal, a wszystkim nam zależy na szybkim zatuszowaniu sprawy, zgadza się? Proponuję wybatożyć łajdaka i na tym poprzestać.

– Ale na pewno cię nie tknął? – dopytywał się Benedick. – Nie przymuszał cię do niczego?

Miranda nie chciała kłamać, tyle tylko, że jej brat wyprułby flaki z St. Johna, gdyby poznał prawdę, a morderstwo nie uchodziło płazem nawet arystokracji.

– Ależ skąd – zaprzeczyła natychmiast. – Chce mnie poślubić i boi się, że mogłabym go znienawidzić.

Benedick uwierzył w jej zapewnienia, więc wraz z Annis wyruszyła w drogę powrotną do Londynu. Tymczasem bracia Mirandy podążyli szukać zemsty.

– Nie jestem przekonana, czy uda się nam utrzymać tę sprawę w tajemnicy – oświadczyła Annis rzeczowo. – Sama wiesz, jak to jest z plotkami. Moim zdaniem pan St. John mógł rozmyślnie rozpuścić pewne pogłoski i dopiero potem zbiec z tobą. – W jej ciemnoniebieskich oczach Miranda dostrzegła współczucie. – Obawiam się, że zrujnował ci życie.

Miranda próbowała nie zwracać uwagi na mdłości, które ją ogarnęły.

– Mogło być gorzej – westchnęła.

Niestety, wyglądało na to, że gorzej być nie mogło. Na wieść o skandalu rodzice Mirandy pośpiesznie wrócili do kraju. Matka z miejsca przytuliła ją i nie robiła jej żadnych wyrzutów, ojciec z kolei ze wstrząsającymi szczegółami wyłuszczył misterny plan rozczłonkowania pana St. Johna i rzucenia jego szczątków zwierzętom na pożarcie.

Miranda odczekała stosowny czas i kiedy już upewniła się, że nie zaszła w ciążę, odetchnęła z ulgą. Rodzina mogła zachować błogą nieświadomość w sprawie utraconej niewinności. W ostatecznym rozrachunku miało to jednak znikome znaczenie. Nie była już mile widziana na salonach. Matki i córki wolały przechodzić na drugą stronę ulicy, byle tylko uniknąć rozmowy z Mirandą, a przymuszone do pogawędki, ucinały ją w pół słowa. Stała się pariasem, wyrzutkiem, dokładnie tak, jak to zapowiedział Christopher St. John.

Trudno uwierzyć, ale miał on czelność pojawić się w jej domu, aby zaproponować honorowe rozwiązanie. Przysięgał, że namiętność do Mirandy zamieszała mu w głowie, jest jednak gotów ożenić się z nią i w ten sposób zamknąć usta podłym plotkarzom. Kochali się przecież, a on ponad wszystko pragnął szczęścia najdroższej. Podkreślał, że małżeństwo jest jedynym sposobem położenia kresu skandalowi. Gdyby chciała, mogliby nawet zamieszkać z dala od siebie. Dodał, że zagwarantowałby jej hojną pensję z pieniędzy, które naturalnie znalazłyby się pod jego kontrolą.

Nie kto inny, tylko ojciec Mirandy, Adrian Rohan, markiz Haverstoke we własnej osobie, zrzucił natręta ze schodów przestronnego domu przy Clarges Street.

Miranda wyjechała na wieś, by spędzić tam kilka miesięcy, dzięki czemu wyższe sfery znalazły sobie inny, bardziej bulwersujący skandal. Ani przez chwilę nie wierzyła jednak, że jej grzechy zostaną puszczone w niepamięć. Reputacja legła w gruzach, niemniej po powrocie do Londynu Miranda przekonała się, że można sobie z tym poradzić. Ku swej nieopisanej radości odkryła, że o wiele ciekawiej żyje się damie skazanej na ostracyzm niż pannie na wydaniu. Nie musiała uśmiechać się głupawo ani flirtować z płytkimi młodzieńcami, ani też znajdować się pod nieustanną opieką przyzwoitki. Kupiła własny dom, do woli jeździła po parkach, ignorując krzywe spojrzenia i natrętnych jegomościów, chadzała do teatru i do biblioteki. Lubiła również spędzać czas w towarzystwie kuzynki Louisy, lecz nie pozostawała obojętna na fakt, że starszawa dama jest prawie głucha, dramatycznie korpulentna i skrajnie leniwa.

Po raz pierwszy w życiu Miranda czuła się naprawdę wolna i ogromnie jej to odpowiadało. Mogła liczyć na lojalną rodzinę, miała bliską przyjaciółkę Jane, spotykała się z resztą rodziny Pagettów. Prawdę powiedziawszy, straciła bardzo niewiele, a zyskała wszystko. Pożałowania godny incydent z panem St. Johnem przysporzył jej najbliższym wielu zmartwień, ona sama jednak niespecjalnie żałowała tego, co ją dotknęło. Nim nastała wiosna, Miranda przyzwyczaiła się do zaistniałej sytuacji i za nic w świecie nie chciała jej zmienić.

Christopher St. John nie mógł powiedzieć tego samego o sobie.

Perspektywa wizyty w domu przy Cadogan Place niezmiennie przyprawiała go o ból brzucha. Nie chodziło o to, że budowla była ogromna, posępna i mroczna, a dodatkowo znajdowała się na obrzeżach lepszych dzielnic, w zasięgu działania kryminalistów, których to na pobliskich uliczkach i w podejrzanych zaułkach nie brakowało.

St. John najbardziej obawiał się spotkania z właścicielem posesji, gdyż oczekiwał on od niego wyjaśnień w związku z niepowodzeniem opłaconej misji. Zleceniodawca St. Johna znany był jako Skorpion, pod którym to pseudonimem ukrywał się Lucien de Malheur, hrabia Rochdale.

Teraz Skorpion czekał na swojego gościa. Christopher pomyślał, że jak zwykle zawiesi na nim lodowate spojrzenie bezbarwnych oczu i z pogardą wykrzywi wargi. Wypielęgnowaną dłoń będzie mocno zaciskał na gałce laski, jakby chciał nią zatłuc gościa na śmierć.

St. John wzdrygnął się i przełknął ślinę. Po jego twarzy spływały kropelki lodowatej mżawki. Luty w mieście zawsze był przygnębiająco ponury. Gdyby to zależało od niego, najchętniej pozostałby na wsi, w towarzystwie lady Mirandy Rohan, która by rozgrzewała mu łoże. Wielka szkoda, że ta podła dziewczyna przyłożyła mu z całej siły i dała drapaka.

Ona i jej rodzina to wyjątkowo niesympatyczne towarzystwo, pomyślał, z roztargnieniem masując obolałe ramię. Miał pęknięte żebro, złamany nadgarstek, kilka naderwanych ścięgien, a także niezliczone zadrapania i siniaki na całym ciele. Nie było co liczyć na to, że w przyszłości, choćby i bliżej nieokreślonej, Rohanowie zmądrzeją i uda się dojść z nimi do porozumienia.

Uniósł rękę, aby zapukać do masywnych drzwi, jednak otworzyły się one, nim zdołał dotknąć kołatki. Na progu stał Leopold, kamerdyner hrabiego Rochdale, i w ponurym milczeniu patrzył z nieskrywaną dezaprobatą na niemile widzianego gościa.

Leopold pasował jak ulał do osobliwego gospodarstwa hrabiego Rochdale, gdyż na oko liczył sobie ze dwa metry, a do tego był chudy jak patyk i nosił się na czarno. Ktoś kiedyś przyrównał go do opryskliwej żyrafy w żałobie i St. John musiał przyznać, że to nader trafne skojarzenie. Kamerdyner mówił z zastanawiającym akcentem, którego nikt nie potrafił zidentyfikować. Rochdale przywiózł nietypowego sługę z jednej ze swych niezliczonych podróży.

– Jaśnie pan czeka – oznajmił Leopold grobowym głosem, a następnie przyjął od St. Johna mokre palto i kapelusz, które to przekazał czekającemu obok lokajowi, także w czerni.

St. John skrzywił się lekko, spoglądając na swój ciepły, elegancki płaszcz z porządnej wełny. Co prawda nie kupował wierzchniej odzieży u Westona, ale znalazł miejsce, gdzie szyto całkiem niezłe kopie tak fachowo, że drobne różnice dało się zauważyć dopiero po bliskich i uważnych oględzinach. Pozory były kluczową sprawą w jego życiu. Już dawno temu przekonał się, że trzeba wyglądać i zachowywać się zgodnie z wymogami wyższych sfer, gdyż z reguły wystarczało to, aby obracać się wśród arystokracji.

Leopold poprowadził go długimi, ciemnymi korytarzami do przygnębiającej biblioteki, w której St. John zwykle spotykał się z hrabią. Pomieszczenie było puste, naturalnie. Rochdale zawsze lubił wkraczać w imponującym stylu.

W kominku płonął ogień, zbyt mizerny, żeby rozgrzać przestronny pokój pełen książek. St. John nie miał zielonego pojęcia, po co komu tak nieprzebrane zasoby literatury. Księgozbiór ten musiał być nabytkiem hrabiego Luciena, gdyż jego poprzednik przepił niemal cały majątek w swym krótkim, choć niebywale barwnym życiu.

St. John usłyszał znajomy stukot kroków oraz laski hrabiego Rochdale, którą ten mocno uderzał o podłogę. Po chwili drzwi skrzypnęły i bibliotekę zalało światło.

– Pozostawiono cię w mroku, drogi Christopherze – odezwał się Rochdale od progu. – Cóż za zaniedbanie ze strony moich sług. A może są przewidujący? Jak rozumiem, nie przybyłeś tutaj po to, by świętować sukces naszego przedsięwzięcia?

Christopher St. John nerwowo przełknął ślinę.

– Robiłem, co się dało – odparł. – Wszystko przez tych przeklętych Rohanów. Każda inna rodzina błagałaby mnie na klęczkach, bym zechciał łaskawie ożenić się z tą dziewczyną, a ona byłaby zauroczona i wdzięczna.

Rochdale przysunął fotel do ognia i usiadł, ukrywając pobrużdżoną twarz w cieniu.

– Ostrzegałem cię, że Rohanowie różnią się od większości ludzi – westchnął. – Czy mam rozumieć, że siniaki i strupy na twojej twarzy to skutek interwencji braci dziewczyny?

– Jak również jej ojca. Można powiedzieć, że porachowali mi kości, a do tego część połamali.

– Nie musisz mi demonstrować, jak bardzo jesteś poszkodowany. Nie wątpię, że Rohanowie dopuścili się czynów, o których wspomniałeś. Możesz mówić o szczęściu, skoro nie nadziali cię na rożen, niczym gęś do pieczenia.

– Kiedy się dowiedzieli, że ją posiadłem, było już za późno – skłamał St. John. – Ledwie zdążyliśmy wrócić do Londynu, byłem zmuszony odrzucić rękawicę młodszego z braci. Rzecz jasna, uporałbym się z nim bez trudu, bo to ledwie młodzian, ale uznałem, że z jego powodu nie warto umykać z kraju. Wasza lordowska mość wie, jakie sankcje grożą za pojedynki.

– Wiem – przytaknął hrabia. – Dziwi mnie, że nie wyzwał cię żaden ze starszych Rohanów. Szczególnie skory do bitki wydaje się najstarszy z nich... Nosi imię Benedick, o ile mi wiadomo. Gdybyś położył go trupem, zapewne spojrzałbym na twoje niepowodzenie łaskawszym okiem.

– Obaj bawili podówczas w Szkocji, wraz z dziewczyną – wyjaśnił Christopher.

Rozmowa przebiegała znacznie lepiej, niż zakładał, biorąc pod uwagę klęskę jego planów związanych z Mirandą Rohan.

– Miałeś uwieść siostrę Rohanów, poślubić ją i zabić jej starszego brata, kiedy wyzwie cię na pojedynek. Innymi słowy, zawiodłeś mnie na wszystkich frontach, zgadza się?

– Udało mi się ją uwieść, naprawdę – zauważył niepewnie St. John. – Tyle tylko, że nie zgodziła się wyjść za mnie.

– A zatem spartaczyłeś zadanie. Zadałeś jej gwałt?

– Nie musiałem. Przestała stawiać opór, gdy tylko stało się jasne, że nie uniknie swego losu.

Rochdale tylko pokręcił głową.

– Wybrałem cię ze względu na twoje atrakcyjne oblicze, reputację świetnego kochanka i biegłość w fechtunku – westchnął. – Niestety, rozczarowałeś mnie dotkliwie, Christopherze. Możesz odejść.

W pierwszej chwili St. John odetchnął z ulgą, lecz zaraz potem ogarnęła go trwoga. Czyżby Rochdale zamierzał... Nie, niemożliwe.

– Co z pieniędzmi? – spytał, z trudem opanowując drżenie głosu. – Wasza lordowska mość obiecał mi pięćset funtów za porwanie dziewczyny, a później miałem otrzymać jej posag. Nie dostałem ani pensa, więc śmiem twierdzić, że suma tysiąca funtów byłaby stosowną rekompensatą.

Gdy Rochdale zaśmiał się cicho, po plecach St. Johna przebiegły ciarki.

– Zapominasz, z kim mówisz – odparł. – Twoją nagrodą za spartaczoną robotę niech będzie świadomość, że nie każę wybebeszyć cię w ciemnym zaułku. Doskonale wiesz, że mógłbym to zrobić. Mam do dyspozycji wielu londyńskich kryminalistów, którzy tylko czekają na moje polecenia.

Na czole Christophera pojawiły się krople potu.

– Wasza lordowska mość, przynajmniej pięć setek – jęknął błagalnym tonem. – Muszę zapłacić za dom na wsi, za powóz i za mnóstwo innych rzeczy.

– Więc trzeba było lepiej się postarać – podkreślił hrabia głosem miękkim jak jedwab. – Leopoldzie, odprowadź go do drzwi.

Kamerdyner, który już wcześniej bezszelestnie wszedł do pomieszczenia, stanął nieruchomo za plecami St. Johna. Wystarczył jeden rzut oka na sługę, by Christopher zrozumiał, że został pokonany. Otworzył usta, chcąc zagrozić hrabiemu albo go oskarżyć, lecz zamknął je z powrotem na widok groźnego spojrzenia.

– Na twoim miejscu powściągnąłbym gniew – wycedził Rochdale. – Zamordowanie cię tutaj wiązałoby się z pewnymi niedogodnościami.

Christopher wzdrygnął się i posłusznie podążył za Leopoldem przez mroczny dom. Po chwili znalazł się już na zimnej, skąpanej w deszczu londyńskiej ulicy.

Jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione jak należy, zrób to sam. Wszyscy o tym wiedzieli, a Lucien de Malheur, hrabia Rochdale, utwierdził się w przekonaniu, że niepotrzebnie zaangażował w tę sprawę jakiegoś idiotę.

Miał jasno określone oczekiwania. Rohanowie odpowiadali za śmierć jego jedynej siostry, chciał zatem odpłacić im pięknym za nadobne i przy okazji zabić Benedicka Rohana, który bezpośrednio przyczynił się do dramatu Genevieve. Gdyby Benedick przeżył, Lucien i tak byłby usatysfakcjonowany, gdyż wróg musiałby żyć ze świadomością, że jego ukochana młodsza siostra wegetuje nieszczęśliwie u boku znanego łowcy posagów i kobieciarza.

St. John okazał się jednak nieudacznikiem. Sfuszerował sprawę i było mało prawdopodobne, by w obecnej sytuacji inny młodzieniec miał szansę uderzyć w konkury do Mirandy.

Wyglądało więc na to, że musiał wziąć sprawy we własne ręce. Nie zamierzał się śpieszyć, gdyż chciał starannie zaplanować zemstę i nie narzekał na brak czasu. Postanowił zaczekać, aż Rohanowie stracą czujność. Jego ofiara nie mogła wiedzieć, że jest tylko pionkiem w grze.

Rozdział drugi

Dwa lata później

Lady Miranda Rohan stała w oknie przytulnego domu przy Half Moon Street, wyglądając na zalewane deszczem ulice. Nie mogła znaleźć sobie miejsca i ogromnie ją to irytowało, gdyż zawsze szczyciła się swoim opanowaniem. W zaawansowanym wieku dwudziestu trzech lat uważała się za nadal całkiem młodą, przedsiębiorczą kobietę. Udało się jej stawić czoło nawet ostracyzmowi towarzyskiemu i wyszła z tego starcia bez szwanku. Czuła się niezależna i szczęśliwa, a w dodatku mogła liczyć na wsparcie i życzliwość swojej licznej rodziny oraz najbliższych przyjaciół. Bojkot ze strony bywalców salonów okazał się dla niej nad wyraz korzystny. Nie musiała uczestniczyć w nudnych przyjęciach ani tańczyć z obleśnymi jegomościami, którzy pragnęli tylko napatrzeć się na nią i oszacować jej majątek.

Minęło już sporo czasu, odkąd wykluczono ją ze śmietanki towarzyskiej, więc mało kto interesował się jej występkiem. Co rusz wybuchały nowe, bardziej zajmujące skandale, a Miranda trzymała się z dala od krytykantów, którzy nieustannie powtarzali, że tylko zbiera plony tego, co zasiała przed dwoma laty. Zwykle nie przejmowała się konsekwencjami dawnych poczynań, była zbyt skupiona na obecnym życiu. Czytała wszystko, co wpadło jej w ręce, począwszy od rozpraw na temat hodowli zwierząt, a na peanach i wierszach antycznych poetów skończywszy. Fascynowała ją przyroda, i choć los nie obdarzył jej muzycznym talentem, ochoczo grała na fortepianie, śpiewając przy tym ile sił w płucach. Doskonale i z zapałem jeździła konno, a także powoziła. Uwielbiała psy i koty, troszczyła się o dzieci, a zdaniem swojej drogiej przyjaciółki i kuzynki Louisy, wyjątkowo chętnie zniżała się do ich poziomu. Ponadto śledziła wydarzenia polityczne i osiągnięcia naukowe, interesowały ją przedmioty ścisłe oraz sztuka.

Aż trudno uwierzyć, że w tej chwili była gotowa wyć z nudów. Przecież obiecała sobie, że nigdy nie będzie się nudzić!

– Ta zima trwa bez końca – zauważyła posępnie, wpatrując się w szare popołudnie.

Half Moon Street znajdowała się zaledwie dwie przecznice od posesji Rohanów, co tylko potęgowało kiepski nastrój Mirandy. Rodzinny dom świecił teraz pustkami, gdyż reszta jej bliskich wyjechała do Yorkshire, gdzie miał przyjść na świat nowy bratanek lub bratanica Mirandy.

– Potrwa tyle, ile zawsze – zapewniła ją łagodnie kuzynka Louisa, istota najbardziej powściągliwa pod słońcem i tym samym doskonały kompan dla takiego wyrzutka, jak Miranda.

Louisa była tak obfita, że chadzała wyłącznie na najmniej wyczerpujące przyjęcia, a jej spokojne, kojące usposobienie doskonale łagodziło rzadkie wybuchy Mirandy.

– Powinnam była pojechać do Yorkshire razem z rodziną – westchnęła Miranda ze smutkiem.

– Dlaczego więc zostałaś? Cóż, daleka podróż mogłaby sprowokować przypływ dramatycznych waporów u takiej kaleki, jak ja. Gdybyś jednak wybrała się z bliskimi, spokojnie odpoczęłabym w domu, a ty nie miotałabyś się z kąta w kąt niczym jeden z lwów na pokazie podczas jarmarku świętego Bartłomieja.

Miranda ugryzła się w język, nie chcąc mówić Louisie, że jej towarzystwo, choć przyjemne, bynajmniej nie jest koniecznością. Jakkolwiek patrzeć, Miranda miała splamioną reputację i nic nie mogło tego odmienić, nawet bliskość kuzynki w średnim wieku, cieszącej się nienagannym rodowodem i powszechną aprobatą.

Inna rzecz, że Mirandzie wcale nie zależało na zmianie. Po prostu nie mogła znaleźć sobie miejsca, co ją denerwowało. Nie sądziła, że będzie potrzebowała czyjegoś towarzystwa, a fakt, że nie musi już wabić potencjalnego męża, sprawiał jej dziwną przyjemność. Z czasem przekonała się jednak, czym jest prawdziwa izolacja, gdyż jej świat zawęził się do grona bliskiej, hałaśliwej rodziny, reszty Rohanów, przyjaciółki Jane i jej rodziców oraz opieszałej i spokojnej Louisy.

W tej chwili Rohanowie przebywali poza miastem. Żona jej brata Charlesa lada moment miała urodzić drugie dziecko, młoda żona Benedicka również była przy nadziei, a rodzice Mirandy puchli z dumy. Błagali, aby z nimi pojechała, lecz odmówiła, wymyślając wiarygodne wymówki, choć prawda była znacznie mniej skomplikowana. Kiedy lady Miranda Rohan pozostawała przy rodzinie, zaproszenia na przyjęcia i spotkania towarzyskie były zaskakująco nieliczne. Towarzystwo już pogodziło się z faktem, że nieobliczalni Rohanowie palą się do łamania konwenansów, lecz młodym damom okazywano znacznie większą surowość. Mirandę zgodnie uznawano za wyrzutka, a Rohanowie, dumni i lojalni aż do przesady, nie zamierzali odciąć się od córki, bez względu na naciski salonów. W związku z tym Miranda mogła tylko powstrzymać się od towarzyszenia bliskim i tym samym pozwolić im cieszyć się życiem, bez wyrzutów sumienia.

Niestety, kuzynka Louisa nie mogła zastąpić żywiołowych Rohanów, zwłaszcza że miała zwyczaj zasypiać w najmniej spodziewanych momentach. Ta skłonność zwykle nie przysparzała nikomu problemów, lecz w marcu brakowało w mieście nawet tych nielicznych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie odcinali się od Mirandy, między innymi jej ukochanej przyjaciółki Jane.

– Moja droga, musisz wreszcie zapanować nad sobą. Wiercisz się i kręcisz w sposób doprawdy nieznośny – zauważyła Louisa i ziewnęła niedyskretnie. – Może przejdziesz się do biblioteki i sprawdzisz, czy nie mają tam nowych francuskich powieści? Wypożyczyłabyś sobie coś pikantnego, na poprawę humoru.

– Byłam tam już wczoraj. Wierz mi, przeczytałam wszystko, co godne uwagi, czy to pikantne, czy nie – wyjaśniła niepocieszona Miranda i tupnęła nogą. – Co się ze mną dzieje? Zachowuję się jak nieznośny bachor, który zgubił ulubioną zabawkę. Wybacz mi, Louiso.

Louisa ponownie ziewnęła za wachlarzem.

– A co byś powiedziała na spacer?

– Deszcz pada – oświadczyła Miranda grobowym głosem.

– Doprawdy? – wymamrotała sennie jej towarzyszka, nawet nie spojrzawszy w stronę okna. -

Nie zauważyłam. Zatem wybierz się do teatru.

– Widziałam już wszystkie spektakle – prychnęła Miranda ze złością. – Zaraz pęknę! Och, sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zwykle nie jestem tak podenerwowana.

– Zazwyczaj zachowujesz się tak dobrodusznie i poczciwie, że aż opadam z sił. Prawdę powiedziawszy, moje dziecko, męczysz mnie nawet teraz. Zaproponowałabym ci ćwiczenia na fortepianie, ale zawsze grasz z przesadnym entuzjazmem, a ja muszę się zdrzemnąć. Trudno się sypia, gdy z całej siły walisz w klawisze. Wobec tego sugeruję, byś wybrała się na przejażdżkę dwukółką. Odnoszę wrażenie, że pogoda nieco się poprawia, a gdyby znowu zaczęło padać, stangret po prostu postawi budę.

Pomysł z miejsca przypadł Mirandzie do gustu.

– Chyba właśnie tak uczynię, tyle tylko, że zrezygnuję ze stangreta. Sama umiem powozić, a ponieważ nie jestem z cukru, deszcz mi nie zaszkodzi. Z pewnością się nie rozpuszczę.

– Byłoby lepiej, gdybyś tak bezustannie nie walczyła z konwenansami – westchnęła Louisa. -

Socjeta ma długą pamięć, ale bez wątpienia znaleźliby się ludzie gotowi z czasem przymknąć oko na twoją... sytuację towarzyską. Musisz tylko stosownie się zachowywać.

Miranda już dawno temu przestała rozważać tę możliwość. Mogła pokutować do końca życia i z wdzięcznością przyjmować litościwie rzucane ochłapy akceptacji, albo też pogodzić się z nowym życiem na obrzeżach elit i nikogo za nic nie przepraszać. Wybór był prosty i dokonała go bez wahania.

– Nie – burknęła.

Louisa miała zbyt pogodne usposobienie, żeby się sprzeciwiać.

– Zatem miłej przejażdżki, moja droga, i postaraj się nie budzić mnie po powrocie – oznajmiła. – Sypiam tak fatalnie, że tylko krótkie drzemki pozwalają mi żyć.

Tak naprawdę, Louisa spała co najmniej dwanaście godzin każdej nocy, w czym pomagał jej pociąg do francuskiej brandy, którą dawał jej Benedick. Ponieważ wchodzenie po schodach na piętro domu, gdzie znajdowały się sypialnie, było dla niej nader wyczerpujące, pokonywała tę trasę tylko raz dziennie. Dodatkowe drzemki ucinała sobie w salonie.

Gdy Miranda przebrała się w spacerową suknię, stajenni zaprzęgli już konie. Przejażdżki dwukółką były jedną z największych przyjemności, na które mogła liczyć w odmienionym życiu. Uwielbiała powozić i chętnie sprawiłaby sobie faeton, ale oparła się pokusie, gdyż doszła do wniosku, że jej bliscy i tak mają przez nią wystarczająco wiele przykrości.

Nigdy nie wyjawiła braciom marzenia o faetonie. Była pewna, że Benedick bez wahania kupiłby jej najbardziej ekstrawagancki model, a to jeszcze bardziej skomplikowałoby rodzinną sytuację.

Ruszyła prosto do Hyde Parku, a powiewy zimnego, wilgotnego powietrza na twarzy sprawiały jej niezwykłą przyjemność. Miała zaróżowione policzki, kosmyki włosów wysunęły się jej spod czepka. Co prawda na salonach obowiązywała moda na śnieżnobiałą karnację, ale Mirandy nic to nie obchodziło. Zastanawiała się, czy nie pojechać na wieś, do rodzinnej posiadłości w Dorset, lecz to nie rozwiązałoby jej problemu, skoro rodzina wybrała się na północ kraju. Miranda nie miała z kim pogawędzić, pokłócić się ani pośmiać, i wyglądało na to, że tak właśnie będzie wyglądała reszta jej życia.

Przygryzła wargę, czując nagły przypływ melancholii. Z zasady nigdy nie użalała się nad sobą, zdeterminowana, by czerpać wyłącznie korzyści z sytuacji, do której sama doprowadziła, tyle tylko, że po wielu ponurych, niekończących się dniach miała już wszystkiego dość.

Wilgotny wiatr rozwiewał jej włosy, więc uniosła dłoń w rękawiczce, żeby odgarnąć je z twarzy, a wtedy wszystko rozegrało się w mgnieniu oka. W jednej chwili powóz spokojnie toczył się drogą, w następnej gwałtownie się przechylał. Miranda z najwyższym trudem utrzymała wodze i tylko dzięki temu udało się jej zapanować nad spłoszonymi końmi. Od razu się domyśliła, że to jakiś problem z kołem. Gdy ściągnęła lejce, aby powstrzymać wystraszone zwierzęta i nie spaść na ziemię, nadjechał wielki czarny powóz. Zeskoczyło z niego dwóch lokajów, którzy rzucili się do jej przerażonych koni, aby je uspokoić.

Rozpadało się ponownie i Miranda mokła na deszczu. Powóz zatrzymał się tuż przed jej dwukółką, od razu dostrzegła nieznany herb na jego drzwiach. Była na siebie wściekła za swoją nieostrożność i głupotę. Jak mogła dopuścić do tego, żeby konie wpadły w panikę? Dwukółka przekrzywiła się pod dziwnym kątem, więc Miranda ostrożnie zeskoczyła, nim ktokolwiek zdążył ruszyć jej z pomocą, minęła złamane koło i podeszła do jednego z koni, żeby pogłaskać go po łbie i szepnąć doń kilka kojących słów.

Nieznajomy lokaj przekazał jej uzdę, a następnie ukłonił się i wrócił do czarnego powozu. Tam rozłożył zainstalowane z boku schodki i otworzył drzwi, by zamienić kilka słów z osobą w środku. Na koniec wrócił do Mirandy.

– Jego lordowska mość zastanawia się, czy zechciałaby pani łaskawie wyrazić zgodę, aby udzielił pani pomocy – oznajmił lokaj uprzejmie.

Do stu czartów, pomyślała Miranda, którą bracia nauczyli kląć jak szewc.

– Dziękuję jego lordowskiej mości, ale najwyraźniej nie zauważył, że już udzielił mi pomocy – odparła.

– Drogie dziecko – dobiegł ją aksamitny, męski głos z ciemnego wnętrza powozu. – Moknie pani, więc proszę przynajmniej pozwolić, bym przewiózł panią do domu. Moi słudzy zatroszczą się o konie i powóz.

Miranda przygryzła wargę i rozejrzała się niepewnie. Wokoło nie było żywej duszy i z całą pewnością nie poradziłaby sobie samodzielnie. Poza tym miała do czynienia z arystokratą, który raczej nie był przerażająco niebezpieczny. Większości ze znanych jej, szlachetnie urodzonych mężczyzn, ze względu na zaawansowany wiek doskwierała podagra. Gdyby nieznajomy naraził jej godność na szwank, zawsze mogła go kopnąć, pogryźć albo wydrapać mu oczy. I pomyśleć, że dwa lata temu miała okazję wykorzystać te wszystkie umiejętności przeciwko Christopherowi St. Johnowi... Tyle tylko, że wówczas jeszcze nimi nie dysponowała. Dopiero po fakcie ojciec i trzej bracia nauczyli ją, jak się bronić przed natrętami.

– To bardzo miło ze strony jego lordowskiej mości. – Dała za wygraną i postanowiła oddać wodze jednemu z lokajów.

Drugi pomógł jej wejść do kabiny, a potem zamknął za nią drzwi. Tajemniczy wybawca pozostawał w cieniu, więc nie widziała jego twarzy. Usiadła na miękkich poduszkach i z zadowoleniem uświadomiła sobie, że u jej stóp leży grzejnik z gorącymi węglami. Nieznajomy bez słowa podał jej gruby, futrzany koc.

– Mam przyjemność z lady Mirandą Rohan, czyż nie? – spytał łagodnym głosem.

Miranda zamarła i nerwowo zerknęła na drzwi. W razie konieczności mogła je pchnąć i otworzyć na oścież, a potem salwować się ucieczką. Powóz jechał dość wolno, więc nie powinna mieć trudności z wyskoczeniem. Wyglądało jednak na to, że tajemniczy wybawiciel umie czytać w jej myślach.

– Nie mam zamiaru pani skrzywdzić, lady Mirando, ani też obrazić – oznajmił. – Po prostu pragnę pomóc.

Nadal nie wiedziała, czy może obdarzyć go zaufaniem. Wyjrzała przez okno.

– Dokąd pan mnie wiezie?

– Do pani domu przy Half Moon Street, rzecz jasna. Och, proszę nie patrzeć na mnie z ukosa, że znam pani godność i miejsce zamieszkania. Nie da się ukryć, że londyńskie wyższe sfery uwielbiają plotkować, co odczułem na własnej skórze. Wszyscy wiedzą o pani... hm, niepowtarzalnym stylu życia. – Nadal mówił irytująco spokojnym głosem.

– Oczywiście. – Miranda z pogardą wykrzywiła usta. – Można by pomyśleć, że arystokracja ma ciekawsze zajęcia niż zaprzątanie sobie głowy moją skromną osobą. Nie ma nic gorszego niż sytuacja, w której cały świat kogoś krytykuje, wymyśla bulwersujące historie na jego temat, i na dodatek w nie wierzy.

– Och, śmiem twierdzić, że istnieje mnóstwo o wiele gorszych rzeczy – odparł z ironią. – Niemniej rozumiem, co pani ma na myśli. Przez większość życia padałem ofiarą równie złośliwych plotek.

Miranda zamarła z dłonią na mokrych włosach, które usiłowała wcisnąć pod czepek. Była pewna, że wygląda jak wysmagany wiatrem i deszczem kocmołuch, ale liczyła na to, że tajemniczy arystokrata niezbyt dobrze ją widzi.

– Doprawdy?

– Najmocniej przepraszam za zaniedbanie. Zapomniałem się przedstawić. Jestem Lucien de Malheur. – Umilkł na moment. – Moje nazwisko zapewne obiło się pani o uszy.

Miranda wcale się nie zdziwiła. A więc to był ten osławiony Skorpion, piąty hrabia Rochdale! Zafascynowana, usiłowała cokolwiek dostrzec w mroku.

– Nie myli się pan – powiedziała z typową dla siebie szczerością. – Choć wiodę niemal klasztorne życie, docierają do mnie pewne opowieści. W porównaniu z panem jestem niewinna jak święta Joanna d’Arc.

Rochdale zaśmiał się z cicha.

– Oboje wiemy, że plotka rzadko kiedy okazuje się prawdą – zauważył.

– Rzadko kiedy? – powtórzyła.

– Sporadycznie zdarza się, że element prawdy ubarwia daną historyjkę. Bez wątpienia słyszała pani o moich kontaktach ze światem przestępczym, a także o moim zdemoralizowaniu i podłości. Podobno doprowadzam młodych mężczyzn do finansowej ruiny i zadaję się z łajdakami. Ludzie twierdzą, że jestem zdeformowany do tego stopnia, że moje miejsce jest w cyrku Astleya, w gabinecie grozy.

W istocie, właśnie takie pogłoski krążyły na temat Skorpiona, niemniej Miranda nie zamierzała tego wyjawiać.

– A jaka jest prawda? – zapytała.

Nie musiała wyglądać przez okno, by się zorientować, gdzie jest, gdyż dobiegł ją charakterystyczny odgłos kół na kocich łbach wąskiej uliczki. Znajdowali się na Half Moon Street. Szkoda, że tak szybko, pomyślała z żalem. Od wielu tygodni, może miesięcy, nie przytrafiła się jej równie ciekawa przygoda.

Hrabia milczał, a Miranda odniosła wrażenie, że rozważa różne ewentualności w tej nowej, nieoczekiwanej sytuacji.

– Prawdę powiedziawszy, lady Mirando, jestem paskudny i niedołężny, mam chromą nogę i wolę nie narzucać swojej brzydoty przypadkowym, nieuprzedzonym osobom – powiedział w końcu.

Naturalnie, Miranda natychmiast zapragnęła go zobaczyć. Nie wiedziała dlaczego, lecz kusiło ją, by uważnie się przyjrzeć słynnemu hrabiemu, którego otaczała zła sława. Podejrzewała, że domyślił się tego i na wszelki wypadek postanowił uciąć dyskusję na swój temat.

Zajechali przed jej mały, elegancki dom.

– Już zostałam ostrzeżona – zauważyła z humorem. – Mogę zatem pana obejrzeć. Obiecuję, że nie będę wrzeszczeć i nie zemdleję.

Zaśmiał się z cicha.

– Niestety, lady Mirando, jeszcze nie znam pani dostatecznie dobrze. Nie mógłbym nadużyć pani zaufania, skoro dopiero co się poznaliśmy.

– Jeszcze? – powtórzyła czujnie, wychwyciwszy słowo klucz.

– Proszę się nie niepokoić – zaprotestował, ponownie zauważając jej wątpliwości. – Chciałbym zostać pani przyjacielem.

– Przyjacielem, którego nie mogę zobaczyć?

– Dobiję z panią targu. Jest pani melomanką, czyż nie? Jeśli zechce pani uczestniczyć w wieczorku muzycznym, który odbędzie się w moim domu przy Cadogan Place, wówczas nie będę miał wyjścia i pokażę pani me nieszczęsne oblicze. Nie, proszę nie wyciągać pochopnych wniosków – dodał na widok jej miny. – Dwadzieścia cztery osoby, które zaprosiłem, z ochotą zgodziły się przyjść. Byłbym zaszczycony, gdyby postanowiła pani do nas dołączyć.

Pomyślała, że zapewne nie powinna się zgadzać, ale ryzyko wydawało się tak bardzo kuszące... Poza tym, co miała do stracenia?

– Właściwie zamierzałam wyjechać z miasta, wasza lordowska mość...

– Z pewnością uda się pani przełożyć wyjazd o kilka dni – przerwał jej. – Londyn opustoszał do tego stopnia, że musi pani umierać z nudów. Gwarantuję przednią rozrywkę, więc proszę się zgodzić.

– Będę musiała się zastanowić. – Pokusa stawała się nieodparta.

Miranda nie pamiętała, kiedy ostatnio uczestniczyła w rozmowie z kimś spoza swojego wąskiego kręgu rodziny i bliskich przyjaciół, poza tym czuła osobliwy pociąg do tajemniczego wyrzutka. Popełniłaby głupstwo, ponownie pakując się w tarapaty, niemniej chciała wierzyć, że w odpowiednim momencie jej zdrowy rozsądek do tego nie dopuści.

Rochdale wziął jej długie milczenie za dobrą monetę.

– Przyślę po panią powóz, gdyż naprawa dwukółki z pewnością się przeciągnie. Środa o dziewiątej wieczorem.

– Zastanowię się – oznajmiła ponownie.

Lokaj otworzył drzwi powozu, ale w szarym półmroku ujrzała tylko lśniące, czarne buty hrabiego.

Hrabia Rochdale przyjął jej brak zgody ze spokojem.

– Może pani zjawić się lub nie. Tak czy owak, moi ludzie jak najszybciej przyprowadzą pani konie oraz dwukółkę. Ogromnie cieszę się, że mogłem panią poznać, i jestem zaszczycony, że miałem okazję udzielić jej pomocy.

Zdumiała się, gdy ucałował jej dłoń. Choć ledwie musnął ją wargami, po jej nagiej skórze przebiegł elektryzujący dreszcz. Co, u licha, zrobiła z rękawiczkami?

Pośpiesznie wysiadła z powozu, omal nie spadając z rozkładanych schodków. Wydało się jej, że za plecami słyszy dyskretny śmiech, ale doszła do wniosku, że rozkojarzony umysł płata jej figla.

– A bientot[1] – odezwał się tajemniczy arystokrata i chwilę potem odjechał.

Lucien de Malheur, hrabia Rochdale, rozparł się wygodnie na miękkiej kanapie w kabinie powozu i zastukał długimi, białymi palcami w zdeformowaną nogę. Był w refleksyjnym nastroju. Zawsze szczycił się tym, że umie dostosować się do każdej sytuacji, a wystarczyło zaledwie dziesięć minut w towarzystwie Mirandy Rohan, żeby spojrzał na pewne sprawy z zupełnie innej perspektywy.

Miranda była śliczna. Fakt ten raczej nie powinien go dziwić, w końcu wszyscy doceniali jej urodę. Co prawda miała brązowe włosy, a obecnie największym powodzeniem cieszył się blond, lecz jej oczy były po prostu nadzwyczajne, zwrócił też uwagę na jej niski, melodyjny głos oraz delikatne usta.

Zdumiało go, że wydawała się pełna humoru, mimo dwóch lat spędzonych w izolacji od świata, bez nadziei na jakąkolwiek zmianę w najbliższej przyszłości. W takiej sytuacji spodziewał się, że Miranda będzie przygnębiona, a nawet załamana. Okazała się jednak odporniejsza, niż zakładał, a tym samym jego wyzwanie stało się znacznie bardziej interesujące. Rodzina Rohanów musiała spłacić zaległy dług. Problem w tym, że nawet towarzyski dramat nie zakłócił spokoju tych ludzi.

Zamierzał popsuć im humor raz na zawsze.

Jej bliscy wreszcie wyjechali z miasta, dzięki czemu wszyscy Rohanowie znaleźli się w Yorkshire, kilka dni drogi od Londynu, a Miranda pozostała zupełnie sama, jeśli nie liczyć jej opasłej kuzynki.

Lucien bez trudu skłonił jednego z ludzi swojego przyjaciela, Jacoba Donnelly’ego, do sabotażu. Dwukółka została umyślnie uszkodzona i choć wiedział, że naraża dziewczynę na niebezpieczny wypadek, gotów był zaryzykować, gdyż dzięki temu miał szansę przybyć jej na ratunek, jak na dżentelmena przystało. Miranda ani na moment nie nabrała podejrzeń.

Lucien ogromnie się cieszył, że w końcu ruszył sprawę z miejsca. Jak dotąd, Rohanowie wyniośle i godnie stawiali czoło niesławie. Gdyby jemu powinęła się noga, również zachowywałby się w taki sposób. Na szczęście był zbyt sprytny, aby ktokolwiek przyłapał go na nielegalnych i niemoralnych wyczynach.

Benedick, brat lady Mirandy, nie miał pojęcia, że jego była narzeczona ma przyrodniego brata, który mieszka na jednej z tropikalnych wysp Jamajki, brata zdecydowanego się zemścić bez względu na cenę. Lucien uważał, że wyrówna rachunki, zajmując się siostrą Benedicka. W ten sposób mógł zachować symetrię, a był jej wielkim zwolennikiem.

Pomijając wszystko inne, lady Miranda wpadła mu w oko. Początkowo zakładał, że tylko spotka się z nią i dopiero potem podejmie stosowne decyzje, związane z wendetą. Wendeta, wspaniałe słowo. Z przyjemnością myślał o tym, jak stare włoskie rodziny wpadają w furię i wyrzynają się nawzajem z powodu rzeczywistej bądź wyimaginowanej zniewagi. Doskonale rozumiał tę wręcz samobójczą determinację.

Jeden rzut oka na urodziwe oblicze Mirandy wystarczył, aby Lucien pojął oczywistą prawdę. Byłby głupcem, pozwalając komuś innemu doprowadzić tę młodą damę do ruiny. Powinien był zająć się tą sprawą samodzielnie już za pierwszym razem, a nie wynajmować byle nieudacznika. Wtedy jednak nie miał świadomości, że wciągnięcie Mirandy Rohan w pułapkę może okazać się niebywale rozkoszne.

W połowie drogi do domu przy Cadogan Place wpadł na pewien pomysł i roześmiał się głośno. Już wiedział, jak pokonać Rohanów, w jaki sposób uniemożliwić im uratowanie ich rozkosznej siostrzyczki. Tym razem nic nie poradzą na to, co ją spotka.

Postanowił się z nią ożenić.

Świadomość, że lady Miranda wpadła w sieci Skorpiona, kompletnie wytrąci ich z równowagi. Wystarczy, że się dowiedzą, z kim mają do czynienia. Chronili ją przed wszystkim, nawet po tym, jak pohańbiła się w bezmyślnie głupi sposób. Nie będą jednak mogli uchronić jej przed jej własnym, prawowitym mężem.

Im dłużej o tym myślał, tym bardziej go to cieszyło. Nie zamierzał krzywdzić dziewczyny. Kiedy nachodziła go chęć zadawania bólu, szedł na spotkanie swoich druhów z tajnej organizacji Niebiańskie Zastępy, aby wraz z nimi wesoło spędzić godzinę lub dwie. Miranda powinna wyjść z jego łoża złamana wyłącznie na duszy. Pragnął zmazać z jej twarzy ten wesoły śmiech i unieszczęśliwić wszystkich pozostałych Rohanów.

To rozwiązanie wydawało się niebywale praktyczne pod wieloma względami. Lucien już od kilku lat nosił się z zamiarem znalezienia sobie żony. Powoli dobiegał czterdziestki, więc zdecydowanie powinien się ożenić, a Miranda była idealną kandydatką. W krótkim czasie powinna powić kilkoro dzieci. Jeśli przeżyje porody, zamieszka w jego posiadłości w Krainie Jezior, możliwie daleko od rodziny. Pawlfrey House był zimnym, ponurym gmachem, wzniesionym głęboko w cienistej dolinie, jak wiele innych w tamtej okolicy. Dom wydawał się tak posępny, że żadne zabiegi renowacyjne nie miały szansy tego zmienić. Pomyślał, że jeśli Miranda urodzi jakieś bachory, będzie musiał wywieźć je stamtąd do jakiegoś cieplejszego kraju. Nie powinny wychowywać się w chłodzie i półmroku. Ona jednak zostanie w domu i już nigdy nie zobaczy bliskich. W ten sposób wyrównają się rodzinne rachunki, a Genevieve wreszcie będzie mogła spoczywać w pokoju. Zostanie pomszczona, on zaś spokojnie wyruszy w dalsze podróże. Nawet w najbardziej słonecznych rejonach tej nieszczęsnej wyspy było mu zbyt zimno.

Przypomniał sobie smak skóry lady Mirandy, kiedy ucałował jej dłoń, i zmrużył oczy na myśl, że wkrótce nacieszy się jej ciałem. Gdy jego prawdziwe zamiary wyjdą na jaw, będzie już za późno, by się sprzeciwiła.

Nie zamierzał silić się na nieudolne porwania i deklaracje miłości. Postanowił zaproponować jej związek będący czymś w rodzaju umowy handlowej. Rzecz jasna, nie mógł wyłożyć kawy na ławę już na samym początku ich znajomości, nie miał jednak czasu na zaloty, gdyż ten działał na jego niekorzyść. Gdyby Rohanowie zbyt wcześnie dowiedzieli się, kim jest adorator Mirandy, plan spaliłby na panewce. Staliby się czujni, a Lucien wolał nie robić niczego pochopnie i nieudolnie.

Na razie dysponował wyraźną przewagą i wiedział, że już wkrótce Miranda będzie jadła mu z ręki. Z początku ogarnie ją niesmak na myśl o uprawianiu miłości z kimś takim, jak on, ale to bez znaczenia. Nauczy się lubić to, co on jej zaproponuje. Kiedy chciał, potrafił przecież być znakomitym kochankiem.

Gdy powóz zatrzymał się przed domem, rozpadało się na dobre, lecz mimo to Lucien się nie śpieszył. Wolał zmoknąć, niż niezdarnie wdrapywać się po schodach, poza tym zawsze wolał błyskawice niż mdłe, błękitne niebo. Na szczęście zbliżała się wyjątkowo burzliwa pogoda.

Rozdział trzeci

Miranda z żalem pomyślała, że nie powinna nawet rozważać przyjęcia zaproszenia. Upewniwszy się, że konie wróciły do stajni całe i zdrowe, poszła do siebie i wzięła gorącą kąpiel, aby rozgrzać zmarznięte kości. Przez cały czas rozmyślała o osobliwym spotkaniu, które, nie wiedzieć czemu, sprawiło, że zabrakło jej tchu.

To, co wiedziała o Lucienie de Malheurze, składało się niemal w całości z pogłosek, insynuacji i spekulacji. Choć nosił francuskie nazwisko, jego rodzina wywodziła się z angielskich Normanów, a jej historia sięgała czasów Wilhelma Zdobywcy. Nikt nie śmiał drwić z tego rodu, choć w ostatnich pokoleniach stracił on na znaczeniu. Szczęśliwie, Louisa ubóstwiała plotki oraz skandale i chętnie dzieliła się nimi z każdym, kto chciał posłuchać.

– Och, Malheurowie! – wykrzyknęła radoś- nie. – Czy napomknęłam już kiedyś, że swego czasu zakochałam się po uszy w stryju obecnego hrabiego? Nie miałam jednak szansy związać się z nim, niestety, choć nosił tak znamienity tytuł. Podówczas cała jego rodzina cierpiała biedę, większość posiadłości musieli sprzedać, żeby spłacić długi karciane, a ja nie miałam odpowiedniego posagu. I chyba wyszło mi to na dobre. Tych ludzi można z powodzeniem nazwać szaleńcami. Słyszałam na ich temat tak wstrząsające opowieści, że nawet nie zamierzam ich powtarzać. Nie powinnaś ich znać, droga Mirando, gdyż uważam cię za wielce niewinną istotę, choć dość burzliwa przeszłość niekoniecznie świadczy na twoją korzyść. Muszę przyznać, że była to wyjątkowo urodziwa rodzina – dodała i porozumiewawczo mrugnęła okiem do Mirandy. – Obecny hrabia nie jest ani trochę piękny, rzecz jasna, choć śmiem wątpić, by był tak straszny, jak go malują.

– Nigdy go nie widziałaś? – spytała Miranda.

– Ależ skąd! Dotąd nigdy nie zawitał do Londynu. Po utracie wszystkich pieniędzy Malheurowie zaszyli się na jednej z wysp Nowego Świata, pełnej niewolników i innych dzikusów. Obecny hrabia wychował się tam po śmierci ojca i przez długi czas nie przyjeżdżał do Anglii. Nawet teraz rzadko wychodzi z domu, więc aż dziw bierze, że go poznałaś.

Miranda poruszyła się niespokojnie.

– Nie chciałabyś zobaczyć go na własne oczy? – spytała z nadzieją w głosie. – Wrócimy do domu wcześniej, jeśli wieczorek nie przypadnie ci do gustu.

– Niestety, zdrowie mi nie pozwala – sapnęła Louisa. – Ty jednak możesz iść, naturalnie.

Miranda spojrzała na nią z powątpiewaniem. Nie były wtajemniczone w najświeższe plotki, niemniej niepokojące wieści o fatalnej reputacji Skorpiona docierały do nich regularnie. Inna sprawa, że bywalcy salonów celowali w kłamstwie, złośliwych niedopowiedzeniach, surowych osądach i brutalnej krytyce. Większość informacji Miranda uzyskiwała od rodziny, a na razie nikt z jej bliskich nie napomknął o tym człowieku, co oznaczało, że zapewne nie był on aż tak zły.