Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 10 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 10 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Bez śladu - Harlan Coben

Myron przyjmuje propozycje właściciela klubu New Jersey Dragons i zgadza się odnaleźć gwiazdę drużyny, Grega Downinga, swojego rywala z czasów studenckich, który przepadł jak kamień w wodę. Dzięki temu zleceniu otrzyma szansę powrotu do zawodowej koszykówki. Co naprawdę stało się z Gregiem? Czy uciekł przed gangsterami poszukującymi go za długi hazardowe, czy ukrywa się przed policją w związku z zabójstwem Carli - kobiety, która go szantażowała? W domu zaginionego Bolitar znajduje ślady krwi zamordowanej, które niebawem ktoś usuwa, podobnie jak ślady obecności tajemniczej kobiety, z którą Greg żył po rozstaniu z żoną. Okazuje się, że cała sprawa ma związek z wydarzeniami z własnej przeszłości Myrona...

Spektakularny sukces powieści "Nie mów nikomu" uczynił z Cobena megagwiazdę współczesnego thrillera. Precyzyjnie skonstruowana intryga, mistrzowsko stopniowane napięcie, fałszywe tropy prowadzące donikąd, pozornie niemożliwe do wyjaśnienia zagadki pojawiające się niemal na każdej stronie, zaskakujące zakończenie, którego nie domyśli się nawet najbardziej przenikliwy czytelnik, to podstawowe cechy jego pisarskiego stylu. Aż w dziewięciu powieściach pojawia się Myron Bolitar, były pracownik FBI, agent sportowy i detektyw – amator w jednej osobie, który nieustannie wplątuje się w kryminalne kłopoty.

Opinie o ebooku Bez śladu - Harlan Coben

Fragment ebooka Bez śladu - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

www.har­lan­co­ben.com

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

TĘ­SK­NIĘ ZA TOBĄ

My­ron Bo­li­tar

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

Ty­tuł ory­gi­na­łu: FADE AWAY

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 1996

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2005

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Gra­bow­ski 2005

Re­dak­cja: Zo­fia Sko­ru­piń­ska

Zdję­cie na okład­ce: The Ima­ge Bank/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-082-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Lar­ry’emu i Cra­igo­wi, naj­rów­niej­szym kum­plom, ja­kich moż­na so­bie wy­ma­rzyć.

Nie wie­rzy­cie, to ich spy­taj­cie.

Au­tor pra­gnie po­dzię­ko­wać za po­moc na­stę­pu­ją­cym oso­bom:

le­ka­rzom Anne Arm­strong-Co­ben i Da­vi­do­wi Gol­do­wi,

Ja­me­so­wi Brad­be­ero­wi jr. z fir­my Lil­ly Pu­lit­zer,

Mag­gie Grif­fin, Ja­co­bo­wi Hoye’owi, Lind­say­owi Ko­eh­le­ro­wi,

Dave’owi Pepe’owi z Pro Agents Inc.,

Pe­te­ro­wi Ro­isma­no­wi z Ad­van­ta­ge In­ter­na­tio­nal i oczy­wi­ście Dave’owi Bol­to­wi.

Wszel­kie błę­dy – rze­czo­we i inne – to ich spraw­ka.

Au­tor jest nie­win­ny.

1

– Za­cho­wuj się!

– Ja? – żach­nął się My­ron. – Mnie moż­na jeść łyż­ka­mi.

Szedł za Ca­lvi­nem John­so­nem, no­wym dy­rek­to­rem klu­bu New Jer­sey Dra­gons, ko­ry­ta­rzem za­ciem­nio­nej hali sta­dio­nu Me­adow­lands. Stu­kot bu­tów o pły­ty po­sadz­ki od­bi­jał się gło­śnym echem od pu­stych sto­isk z je­dze­niem, wóz­ków z lo­da­mi, bu­dek z prec­la­mi i kio­sków z pa­miąt­ka­mi. Ścia­ny tchnę­ły cha­rak­te­ry­stycz­nym dla ma­so­wych im­prez – gu­mo­wa­tym, za­pra­wio­nym che­mią, ale sma­ko­wi­tym i no­stal­gicz­nym – za­pa­chem hot do­gów. Było przy­tła­cza­ją­co ci­cho. Tak głu­che i mar­twe są tyl­ko pu­ste are­ny spor­to­we.

Ca­lvin John­son za­trzy­mał się przed drzwia­mi luk­su­so­wej loży.

– Wiem, że wy­glą­da to dziw­nie – po­wie­dział. – Ale się nie wci­naj, do­bra?

– Do­bra.

Ca­lvin się­gnął do klam­ki i wziął głę­bo­ki od­dech.

– W środ­ku cze­ka wła­ści­ciel Smo­ków, Clip Am­ste­in.

– Ja­koś nie ro­bię w spodnie – od­parł My­ron.

Ca­lvin John­son po­krę­cił gło­wą.

– Nie pa­ja­cuj – ostrzegł.

– W tym ga­jer­ku i kra­wa­cie? – My­ron wska­zał na sie­bie.

Ca­lvin otwo­rzył drzwi. Luk­su­so­wą lożę usy­tu­owa­no na wprost środ­ka lo­do­wi­ska. Ro­bot­ni­cy za­kry­wa­li je wła­śnie par­kie­tem. Wczo­raj gra­li tu ho­ke­iści De­vils. Dziś ko­szy­ka­rze Dra­gons. W loży było bar­dzo wy­god­nie. Dwa­dzie­ścia czte­ry wy­ście­ła­ne fo­te­le. Dwa ekra­ny te­le­wi­zyj­ne. Z pra­wej drew­nia­na lada z je­dze­niem, zwy­kle za­sta­wio­na sma­żo­ny­mi kur­cza­ka­mi, hot do­ga­mi, pie­ro­ga­mi ru­ski­mi, ka­nap­ka­mi z kieł­ba­są i pa­pry­ką i tym po­dob­ny­mi. Z le­wej mo­sięż­ny, do­brze za­opa­trzo­ny, wy­po­sa­żo­ny w mi­ni­lo­dów­kę ba­rek na kół­kach. Była tu rów­nież od­dziel­na to­a­le­ta, żeby kre­zu­si i utra­cju­sze z wiel­kich kor­po­ra­cji nie mu­sie­li od­ce­dzać kar­to­fel­ków z mo­tło­chem.

Clip Arn­ste­in od­wró­cił się ku nim. Łysy, krzep­ki, z za­go­na­mi si­wi­zny nad usza­mi, po­tęż­nym tor­sem mimo ósme­go krzy­ży­ka, du­ży­mi dłoń­mi po­kry­ty­mi brą­zo­wy­mi pla­ma­mi i nie­bie­ski­mi ży­ła­mi gru­bo­ści gu­mo­wych ogro­do­wych węży. Był w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i czer­wo­nym kra­wa­cie. Nikt się nie ode­zwał. Nikt się nie po­ru­szył. Przez kil­ka se­kund Clip lu­stro­wał My­ro­na od stóp do głów.

– Po­do­ba się panu mój kra­wat? – spy­tał My­ron.

Ca­lvin John­son skar­cił go spoj­rze­niem. Clip Arn­ste­in ani drgnął.

– Ile masz lat, My­ron? – spy­tał.

Cie­ka­we py­ta­nie na po­czą­tek.

– Trzy­dzie­ści dwa.

– Gry­wasz w ko­szy­ków­kę?

– Tro­chę.

– Je­steś w for­mie?

– Mam za­de­mon­stro­wać?

– Nie, to zby­tecz­ne.

Nikt nie za­pro­po­no­wał My­ro­no­wi, żeby spo­czął. Nikt nie usiadł. Wpraw­dzie w loży były fo­te­le tyl­ko dla wi­dzów, ale dziw­nie jest stać w po­miesz­cze­niu prze­zna­czo­nym do sie­dze­nia. My­ron po­czuł się nie­swo­jo. Za­czę­ło mu to prze­szka­dzać. Nie wie­dział, co zro­bić z rę­ka­mi. Wy­jął pió­ro, lecz to nie po­mo­gło. Gest ten za bar­dzo ko­ja­rzył się z Bo­bem Dole’em. Wsa­dził więc ręce do kie­sze­ni i sta­nął pod dziw­nym ką­tem jak wy­lu­zo­wa­ny mo­del z ka­ta­lo­gu Se­ar­sa.

– Mamy dla cie­bie in­te­re­su­ją­cą pro­po­zy­cję, My­ron – po­wie­dział Clip Arn­ste­in.

– Pro­po­zy­cję?

Za­sa­da: za­wsze son­duj kon­tra­hen­ta.

– Tak. To ja po­zy­ska­łem cię do dru­ży­ny.

– Wiem.

– Dzie­sięć, je­de­na­ście lat temu. Kie­dy by­łem zwią­za­ny z Cel­tics.

– Wiem.

– W pierw­szej run­dzie za­cią­gu.

– Wiem, pa­nie Arn­ste­in.

– Świet­nie się za­po­wia­da­łeś, My­ron. By­łeś in­te­li­gent­nym gra­czem. Ob­da­rzo­nym nie­zwy­kłą cha­ry­zmą. Mia­łeś wiel­ki ta­lent.

– „Był­bym nie­zły w te kloc­ki”.

Arn­ste­in zmarsz­czył czo­ło w słyn­nym mar­sie, utrwa­lo­nym w cia­gu po­nad pół wie­ku zaj­mo­wa­nia się za­wo­do­wą ko­szy­ków­ką. Mar­sie, któ­ry po­ja­wił się w la­tach czter­dzie­stych, gdy Clip grał w nie­ist­nie­ją­cej już dru­ży­nie Ro­che­ster Roy­als, a stał się sław­ny, kie­dy Arn­ste­in – już w roli tre­ne­ra – do­pro­wa­dził Cel­tów z Bo­sto­nu do wie­lu mi­strzostw w kra­ju. Do le­gen­dy zaś prze­szedł jako jego znak fir­mo­wy, kie­dy jako Clip – pre­zes klu­bu – „wy­ciął” kon­ku­ren­cję (stąd jego przy­do­mek), do­ko­nu­jąc naj­słyn­niej­szych za­ku­pów w bran­ży. Gdy trzy lata temu Arn­ste­in stał się wła­ści­cie­lem więk­szo­ścio­we­go pa­kie­tu ak­cji New Jer­sey Dra­gons, jego mars prze­niósł się wraz z nim do East Ru­the­ford, nie­opo­dal zjaz­du 16 z au­to­stra­dy do New Jer­sey.

– To miał być Bran­do z fil­mu Na nad­brze­żach? – spy­tał szorst­ko.

– Do­bry je­stem, co? Mar­lon jak żywy.

Twarz Cli­pa Arn­ste­ina rap­tem zła­god­nia­ła. Wol­no ski­nął gło­wą, pa­trząc na My­ro­na do­bro­tli­wie, po oj­cow­sku.

– Żar­ta­mi za­głu­szasz ból – rzekł z po­wa­gą. – Ro­zu­miem.

Zna­lazł się psy­cho­log!

– Ma pan do mnie ja­kiś in­te­res, pa­nie Arn­ste­in?

– W li­dze za­wo­do­wej nie ro­ze­gra­łeś ani jed­ne­go me­czu, praw­da, My­ron?

– Prze­cież pan świet­nie wie.

Clip ski­nął gło­wą.

– Pierw­szy mecz przed se­zo­nem. Trze­cia kwar­ta. Zdą­ży­łeś zdo­być osiem­na­ście punk­tów. Nie­źle jak na de­biu­tan­ta. I wte­dy wkro­czył los.

Los przy­brał po­stać wiel­kie­go Bur­ta We­sso­na z Wa­shing­ton Bul­lets. Zde­rze­nie, pie­kiel­ny ból i to ko­niec.

– Strasz­ne – po­wie­dział Clip.

– Mhm.

– Nie mo­głem się po­go­dzić z two­im nie­szczę­ściem. Wiel­ka szko­da.

My­ron zer­k­nął na Ca­lvi­na John­so­na. Stał z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, pa­trzył w inną stro­nę, gład­ką czar­ną twarz miał spo­koj­ną jak ta­fla sta­wu.

– Mhm – po­wtó­rzył.

– Dla­te­go chcę ci dać dru­gą szan­sę.

– Słu­cham?

My­ron był pe­wien, że się prze­sły­szał.

– Mamy wa­kat w dru­ży­nie. Chcę z tobą pod­pi­sać kon­trakt.

My­ron spoj­rzał na Cli­pa. Po­tem na Ca­lvi­na John­so­na. Ża­den się nie śmiał.

– Gdzie ona jest? – spy­tał.

– Co?

– Ka­me­ra. Je­stem w ukry­tej ka­me­rze, tak? W pro­gra­mie Eda McMa­ho­na? Uwiel­biam go.

– To nie żart, My­ron.

– Jak to nie, pa­nie Arn­ste­in? Nie gram wy­czy­no­wo od dzie­się­ciu lat. Roz­wa­li­łem so­bie ko­la­no, pa­mię­ta pan?

– Aż za do­brze. Ale to było dzie­sięć lat temu. Wiem, że prze­sze­dłeś peł­ną re­ha­bi­li­ta­cję.

– Wie pan rów­nież, że pró­bo­wa­łem wró­cić do spor­tu. Sie­dem lat temu. Ko­la­no nie wy­trzy­ma­ło.

– Bo się po­śpie­szy­łeś – od­parł Clip. – Po­wie­dzia­łeś, że zno­wu grasz.

– Przy­god­nie w week­en­dy. To nie to samo co gra w NBA.

Clip tyl­ko mach­nął ręką na ten ar­gu­ment.

– Je­steś w for­mie. Chcia­łeś na­wet to za­de­mon­stro­wać.

My­ron zmru­żył oczy, wo­dząc wzro­kiem od Cli­pa do Ca­lvi­na i z po­wro­tem. Z ich min nic nie mógł wy­czy­tać.

– Coś mi mówi, że nie wiem wszyst­kie­go – rzekł.

Clip wresz­cie się uśmiech­nął. Spoj­rzał na Ca­lvi­na John­so­na. Ca­lvin od­po­wie­dział mu wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

– Może po­wi­nie­nem wy­ra­zić się… – Clip urwał, szu­ka­jąc sło­wa – ja­śniej.

– Nie za­wa­dzi­ło­by.

– Chcę cię mieć w dru­ży­nie. Nie­waż­ne, czy bę­dziesz grał.

My­ron cze­kał na dal­szy ciąg, ale tam­ci dwaj mil­cze­li.

– Wo­lał­bym jesz­cze ja­śniej – po­wie­dział.

Clip wy­pu­ścił po­wie­trze. Pod­szedł do bar­ku, otwo­rzył małą lo­dów­kę i wy­jął pusz­kę yoo-hoo. Czyż­by trzy­mał jego ulu­bio­ny na­pój cze­ko­la­do­wy? Hmm. A to się przy­go­to­wał.

– Wciąż pi­jesz tę bre­ję?

– Tak – od­parł My­ron.

Clip rzu­cił mu pusz­kę i na­lał z ka­raf­ki do dwóch szkla­nek. Jed­ną po­dał Ca­lvi­no­wi John­so­no­wi i wska­zał fo­te­le przy oszklo­nym oknie z wi­do­kiem na śro­dek bo­iska. Przy­jem­nie. Dużo miej­sca na nogi. Mógł je roz­pro­sto­wać na­wet Ca­lvin, któ­ry miał dwa me­try z ha­kiem. Usie­dli obok sie­bie, z twa­rza­mi zwró­co­ny­mi w jed­nym kie­run­ku, dziw­nie, jak na spo­tka­nie w in­te­re­sach. Kon­tra­hen­ci po­win­ni sie­dzieć na­prze­ciw­ko sie­bie, naj­le­piej przy sto­le lub biur­ku. Oni zaś sie­dzie­li ra­mię w ra­mię, pa­trząc, jak eki­pa mon­te­rów ukła­da par­kiet.

– Zdro­wie – po­wie­dział Clip.

Łyk­nął whi­sky. Ca­lvin John­son nie pod­niósł szklan­ki do ust. My­ron, po­słusz­ny za­le­ce­niu na pusz­ce, po­trzą­snął yoo-hoo.

– O ile się nie mylę, je­steś praw­ni­kiem.

– Tak, człon­kiem pa­le­stry, ale pra­wem zaj­mu­ję się rzad­ko.

– I agen­tem spor­to­wym.

– Tak.

– Nie ufam agen­tom – rzekł Clip.

– Ja rów­nież.

– Więk­szość z nich to krwio­pij­cy, pi­jaw­ki.

– Na­sza bran­ża woli sło­wo po­praw­niej­sze po­li­tycz­nie: pa­so­ży­ty.

Clip Arn­ste­in wy­chy­lił się z fo­te­la i wbił spoj­rze­nie w My­ro­na.

– Skąd mam wie­dzieć, czy mogę ci ufać? – spy­tał.

– Wi­dzi pan tę twarz? – My­ron wska­zał na sie­bie. – Pała uczci­wo­ścią.

Clip nie uśmiech­nął się. Wy­chy­lił się jesz­cze moc­niej.

– To, co te­raz po­wiem, musi po­zo­stać mię­dzy nami.

– Zgo­da.

– Da­jesz sło­wo, że nie wyj­dzie to poza tę lożę?

– Tak.

Clip za­wa­hał się, zer­k­nął na Ca­lvi­na John­so­na, po­pra­wił się w fo­te­lu.

– Znasz oczy­wi­ście Gre­ga Do­wnin­ga – po­wie­dział.

Oczy­wi­ście, że znał. Ra­zem do­ra­sta­li. Od­kąd jako szó­sto­kla­si­ści za­czę­li wy­stę­po­wać w roz­gryw­kach szkol­nej ligi w mie­ście od­le­głym nie­ca­łe dwa­dzie­ścia mil stąd, z miej­sca sta­li się ry­wa­la­mi. Gdy za­czę­li na­ukę w li­ceum, ro­dzi­na Gre­ga prze­nio­sła się do są­sied­niej miej­sco­wo­ści Es­sex Fells, bo jego oj­ciec nie ży­czył so­bie, żeby syn dzie­lił się ko­szy­kar­ską sła­wą z My­ro­nem. Od tej chwi­li ich ry­wa­li­za­cja na­bra­ła ru­mień­ców. W szko­le śred­niej zmie­rzy­li się w ośmiu me­czach, obaj wy­gra­li po czte­ry. Po­tem, jako naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych mło­dych ko­szy­ka­rzy sta­nu New Jer­sey, przy­ję­to ich na uczel­nie, któ­rych sil­ne dru­ży­ny ko­szy­ków­ki od daw­na z sobą ry­wa­li­zo­wa­ły – My­ro­na na Uni­wer­sy­tet Duke’a, Gre­ga na Uni­wer­sy­tet Sta­no­wy Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej.

Ich oso­bi­sta ry­wa­li­za­cja roz­go­rza­ła na do­bre.

Na stu­diach obaj tra­fi­li dwu­krot­nie na okład­kę „Sports Il­lu­stra­ted”. Ich dru­ży­ny dwu­krot­nie wy­gra­ły roz­gryw­ki ACC (Kon­fe­ren­cji Wy­brze­ża Atlan­tyc­kie­go), ale My­ron zdo­był aka­de­mic­kie mi­strzo­stwo kra­ju. Obu wy­bra­no do aka­de­mic­kiej dru­ży­ny gwiazd jako naj­lep­szych obroń­ców. Do koń­ca stu­diów za­gra­li prze­ciw so­bie dwa­na­ście razy. Dru­ży­na Uni­wer­sy­te­tu Duke’a wy­gra­ła pod wo­dzą My­ro­na osiem spo­tkań. Pod­czas za­cią­gu do NBA obu za­kwa­li­fi­ko­wa­no w pierw­szej run­dzie.

Ich oso­bi­sta ry­wa­li­za­cja skoń­czy­ła się ka­ta­stro­fą.

Ko­szy­kar­ską ka­rie­rę My­ro­na prze­kre­śli­ło zde­rze­nie z wiel­kim Bur­tem We­sso­nem. Greg Do­wning miał wię­cej szczę­ścia i stał się czo­ło­wym obroń­cą NBA. Pod­czas dzie­się­ciu lat gry w dru­ży­nie New Jer­sey Dra­gons Greg osiem razy był no­mi­no­wa­ny do dru­ży­ny gwiazd. Dwu­krot­nie oka­zał się naj­lep­szy w kwa­li­fi­ka­cji rzu­tów za trzy punk­ty, czte­ro­krot­nie w wy­ko­ny­wa­niu rzu­tów oso­bi­stych i raz w licz­bie asyst. Trzy razy tra­fiał na okład­kę ma­ga­zy­nu „Sports Il­lu­stra­ted” i zdo­był mi­strzo­stwo NBA.

– Znam – po­twier­dził My­ron.

– Czę­sto ze sobą roz­ma­wia­cie? – spy­tał Clip Arn­ste­in.

– Nie.

– Kie­dy roz­ma­wia­li­ście ostat­nio?

– Nie pa­mię­tam.

– W cią­gu kil­ku ubie­głych dni?

– Nie roz­ma­wia­my od dzie­się­ciu lat.

– Ach tak. – Clip zno­wu łyk­nął whi­sky. Ca­lvin nie tknął swo­jej. – Ale sły­sza­łeś o jego kon­tu­zji.

– Coś z kost­ką. Wy­pad­ki cho­dzą po lu­dziach. Za­szył się, żeby się wy­li­zać.

Clip ski­nął gło­wą.

– Tak po­wie­dzie­li­śmy me­diom. Ale praw­da jest inna.

– Aha.

– Greg nie jest kon­tu­zjo­wa­ny. Znik­nął.

– Znik­nął? – spy­tał son­du­ją­co My­ron.

– Tak.

Clip po­cią­gnął łyk. My­ron rów­nież, co nie jest ła­twe w przy­pad­ku yoo-hoo.

– Daw­no? – spy­tał.

– Pięć dni temu.

My­ron spoj­rzał na Ca­lvi­na. Ca­lvin za­cho­wał spo­koj­ną minę, ale taką już miał twarz. Bę­dąc czyn­nym za­wod­ni­kiem, no­sił przy­do­mek „Mro­żon­ka”, bo nig­dy nie zdra­dzał swo­ich uczuć. Jak wi­dać, za­słu­gi­wał na to mia­no.

– Kie­dy mówi pan, że Greg znik­nął… – za­czął My­ron.

– Za­wie­ru­szył się, roz­pły­nął, prze­padł! – prze­rwał mu Clip. – Bez śla­du, ka­mień w wodę! Jak zwał, tak zwał.

– Za­wia­do­mi­li­ście po­li­cję?

– Nie.

– Dla­cze­go?

Clip zno­wu mach­nął ręką.

– Znasz Gre­ga. Nie­kon­wen­cjo­nal­ny gość.

Nie­do­po­wie­dze­nie ty­siąc­le­cia.

– Za­cho­wu­je się nie­ty­po­wo. Nie cier­pi sła­wy. Lubi nie­za­leż­ność. Już nam zni­kał, ale nig­dy tuż przed fi­na­ła­mi.

– No i?

– Miej­my na­dzie­ję, że to tyl­ko jego ko­lej­ny eks­cen­trycz­ny wy­skok – cią­gnął Clip. – Greg rzu­ca jak ma­rze­nie, ale spójrz­my praw­dzie w oczy: chło­pak nie ma wszyst­kich w domu. Wiesz, co robi po me­czach?

My­ron za­prze­czył.

– Jeź­dzi po mie­ście tak­sów­ką. Jeź­dzi po No­wym Jor­ku żół­tą tak­sów­ką! Mówi, że po­zwa­la mu to za­cho­wać więź z sza­rym czło­wie­kiem. Nie po­ja­wia się pu­blicz­nie, nie wy­stę­pu­je w re­kla­mach. Nie udzie­la wy­wia­dów. Nie bie­rze udzia­łu na­wet w im­pre­zach cha­ry­ta­tyw­nych. Ubie­ra się jak po­stać z se­ria­li z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Jest wal­nię­ty.

– Wła­śnie za to ko­cha­ją go ki­bi­ce – od­parł My­ron. – I ku­pu­ją bi­le­ty.

– Owszem, ale to jesz­cze bar­dziej umac­nia mnie w prze­ko­na­niu, że za­wia­da­mia­jąc po­li­cję, mo­że­my za­szko­dzić i jemu, i dru­ży­nie. Wy­obra­żasz so­bie, jaki cyrk zro­bi­ły­by z tego me­dia?

– Wiel­ki – przy­znał My­ron.

– Wła­śnie. Przy­pu­ść­my, że Greg prze­by­wa we French Lick lub w po­dob­nym graj­do­le, do któ­re­go jeź­dzi po se­zo­nie na ryby. Chry­ste, w ży­ciu by­śmy się z tego nie wy­ka­ra­ska­li. Z dru­giej stro­ny po­dej­rze­wam, że coś kom­bi­nu­je.

– Kom­bi­nu­je?

– Nie wiem. Tak tyl­ko ga­dam. Ale na pew­no nie chcę skan­da­lu. Nie te­raz. Nie przed fi­na­ła­mi, ro­zu­miesz?

Choć My­ron ro­zu­miał to śred­nio, po­sta­no­wił odło­żyć te­mat na póź­niej.

– Kto jesz­cze o tym wie? – spy­tał.

– Tyl­ko my trzej.

Eki­pa mon­te­rów wto­czy­ła ko­sze. W ma­ga­zy­nie były dwa za­pa­so­we na wy­pa­dek, gdy­by ktoś przy wsa­dzie stłukł ta­bli­cę w drob­ny mak jak Dar­ryl Daw­kins. Ob­słu­ga za­czę­ła roz­sta­wiać do­dat­ko­we sie­dze­nia. W Me­adow­lands, po­dob­nie jak w in­nych ha­lach spor­to­wych, na me­czach ko­szy­ków­ki jest wię­cej miejsc dla wi­dzów niż na me­czach ho­ke­ja – w tym przy­pad­ku o ty­siąc. My­ron łyk­nął yoo-hoo, za­cze­kał, aż spły­nie mu po ję­zy­ku do gar­dła, i za­dał oczy­wi­ste py­ta­nie:

– A jaka jest w tym wszyst­kim moja rola?

Od­dy­cha­ją­cy głę­bo­ko, nie­mal z tru­dem, Clip za­wa­hał się.

– Wiem, że spę­dzi­łeś kil­ka lat w FBI – rzekł wresz­cie. – Wpraw­dzie nie znam szcze­gó­łów. Nie wiem, co tam zwo­jo­wa­łeś, grunt, że masz do­świad­cze­nie. Chce­my, że­byś od­szu­kał Gre­ga. Po ci­chu.

My­ron nie od­po­wie­dział. Jego „taj­na” pra­ca dla FBI była, jak wi­dać, naj­go­rzej strze­żo­ną ta­jem­ni­cą w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Clip łyk­nął whi­sky. Spoj­rzał na peł­ną szklan­kę Ca­lvi­na, zmie­rzył go wzro­kiem. Ca­lvin wresz­cie po­cią­gnął łyk. Clip znów sku­pił się na My­ro­nie.

– Greg się roz­wiódł – cią­gnął. – W za­sa­dzie jest sa­mot­ni­kiem. Jego przy­ja­cie­le… co ja mó­wię, zna­jo­mi to ko­le­dzy z dru­ży­ny. Jego gru­pa wspar­cia, jak wo­lisz. Ro­dzi­na. Je­śli ktoś wie, gdzie się po­dział, je­śli ktoś po­ma­ga mu się ukry­wać, to na pew­no któ­ryś ze Smo­ków. Będę z tobą szcze­ry. Ko­szy­ka­rze to urwa­nie gło­wy. Roz­piesz­czo­ne, ze­psu­te pri­ma­don­ny, któ­re my­ślą, że na­szym ży­cio­wym ce­lem jest słu­że­nie im. Ale łą­czy ich jed­no: wła­dze klu­bu to dla nich wróg. My prze­ciw­ko świa­tu i tym po­dob­ne bzdu­ry. Nie po­wie­dzą praw­dy nam. Nie po­wie­dzą praw­dy dzien­ni­ka­rzom. Z tobą, jako, hm, „pa­so­ży­tem”, też nie po­roz­ma­wia­ją. Co in­ne­go z gra­czem. Tyl­ko tak do nich do­trzesz.

– Mam do­łą­czyć do wa­sze­go ze­spo­łu, żeby zna­leźć Gre­ga?

My­ron do­sły­szał w swo­im gło­sie ura­zę. Nie­za­mie­rzo­ną, ale tam­ci dwaj też ją do­sły­sze­li. Po­czer­wie­niał z za­kło­po­ta­nia.

– Mó­wi­łem szcze­rze. – Clip po­ło­żył rękę na jego ra­mie­niu. – Był­byś świet­nym ko­szy­ka­rzem. Jed­nym z naj­lep­szych.

My­ron po­cią­gnął duży łyk yoo-hoo. Dość szczy­pa­nia się, zde­cy­do­wał.

– Przy­kro mi, pa­nie Arn­ste­in. Ale nie po­mo­gę panu.

– Słu­cham?

Na czo­ło Cli­pa po­wró­cił mars.

– Mam wła­sne ży­cie. Je­stem agen­tem spor­to­wym. Mu­szę dbać o klien­tów. Nie mogę rap­tem rzu­cić tego wszyst­kie­go.

– Do­sta­niesz staw­kę mi­ni­mal­ną. Dwie­ście ty­się­cy do­la­rów mi­nus coś tam. Fi­na­ły już za dwa ty­go­dnie. Do tego cza­su tak czy siak po­zo­sta­niesz w ze­spo­le.

– Skoń­czy­łem z grą w ko­szy­ków­kę. Nie je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem.

– Mu­si­my od­na­leźć Gre­ga. Może być w nie­bez­pie­czeń­stwie.

– Przy­kro mi, ale nic z tego.

Clip uśmiech­nął się.

– A gdy­bym do­dat­ko­wo osło­dził ci tru­dy?

– Nie.

– Pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów za pod­pis.

– Przy­kro mi.

– Greg może się po­ja­wić choć­by ju­tro, a pie­nią­dze i tak będą two­je. Pięć­dzie­siąt ty­się­cy. Plus udział w zy­skach z me­czów fi­na­ło­wych.

– Nie.

Clip opadł na fo­tel. Wpa­trzył się w szkla­necz­kę, za­nu­rzył pa­lec w whi­sky i za­mie­szał.

– Je­steś agen­tem, po­wia­dasz? – za­gad­nął z głu­pia frant.

– Tak.

– A ja je­stem w do­brych sto­sun­kach z ro­dzi­ca­mi trzech gra­czy, któ­rzy wej­dą do NBA z pierw­sze­go na­bo­ru, wiesz?

– Nie.

– A gdy­bym ci za­gwa­ran­to­wał – rzekł wol­no Clip – że je­den z nich pod­pi­sze z tobą kon­trakt?

My­ron za­mie­nił się w słuch. Kon­trakt z za­wod­ni­kiem z pierw­sze­go na­bo­ru?! Po­sta­rał się – wzo­rem Mro­żon­ki – za­cho­wać chłod­ną minę, ale ser­ce wa­li­ło mu jak mło­tem.

– Ja­kim spo­so­bem? – spy­tał.

– Nie two­je zmar­twie­nie.

– A czy to aby nie jest na ba­kier z ety­ką?

Clip prych­nął szy­der­czo.

– Nie zgry­waj pierw­szej na­iw­nej, My­ron – rzekł. – Pój­dziesz mi na rękę, a Rep­Sport MB do­sta­nie gra­cza z pierw­szej run­dy dra­ftu. Masz to jak w ban­ku. Bez wzglę­du na wy­nik spra­wy z Gre­giem.

Rep­Sport MB. Jego fir­ma. Agen­cja My­ro­na Bo­li­ta­ra, ergo MB. Re­pre­zen­tu­ją­ca spor­tow­ców, ergo Rep­Sport. Ra­zem: Rep­Sport MB. Sam wy­my­ślił tę na­zwę, ale żad­na z wiel­kich firm re­kla­mo­wych nie zło­ży­ła mu do­tych­czas pro­po­zy­cji.

– Sto ty­się­cy za pod­pis – za­pro­po­no­wał.

Clip uśmiech­nął się.

– Po­jęt­ny je­steś – po­chwa­lił.

My­ron wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Sie­dem­dzie­siąt pięć ty­się­cy – oznaj­mił Clip. – Nie ucz ojca dzie­ci ro­bić, bierz i szlus.

Uści­snę­li so­bie dło­nie.

– Mam kil­ka py­tań w spra­wie znik­nię­cia Gre­ga – po­wie­dział My­ron.

Clip pod­parł się na pod­ło­kiet­ni­kach fo­te­la i wstał.

– Na wszyst­kie py­ta­nia od­po­wie ci Ca­lvin. – Wska­zał gło­wą dy­rek­to­ra klu­bu. – Mu­szę iść.

– Kie­dy mam przyjść na tre­ning?

– Na tre­ning? – zdzi­wił się Clip.

– Tak. Kie­dy mam za­cząć?

– Dziś wie­czo­rem jest mecz.

– Dziś wie­czo­rem?

– Oczy­wi­ście.

– Mam się prze­brać do gry?

– Gra­my dziś z moją daw­ną dru­ży­ną, z Cel­ta­mi. Ca­lvin za­dba, że­byś przed me­czem do­stał ko­stium. O szó­stej na kon­fe­ren­cji pra­so­wej ogło­si­my, że pod­pi­sa­łeś kon­trakt. Nie spóź­nij się. – Clip ru­szył do wyj­ścia. – Nie zmie­niaj kra­wa­ta. Po­do­ba mi się.

– Dziś wie­czo­rem? – po­wtó­rzył My­ron, ale Clip już opu­ścił lożę.

2

Po jego wyj­ściu Ca­lvin John­son po­zwo­lił so­bie na uśmie­szek.

– Uprze­dza­łem, że bę­dzie dziw­nie – po­wie­dział.

– Bar­dzo dziw­nie – przy­znał My­ron.

– Wy­pi­łeś swój po­żyw­ny cze­ko­la­do­wy na­pój?

– Tak.

My­ron od­sta­wił pusz­kę.

– Chodź­my. Przy­go­tuj­my się do wiel­kie­go de­biu­tu. Ca­lvin John­son no­sił ide­al­nie skro­jo­ny gar­ni­tur od Bra­ci Bro­oks, ide­al­nie za­wią­za­ny kra­wat i ide­al­nie wy­czysz­czo­ne buty. Czar­ny, dwa me­try trzy cen­ty­me­try wzro­stu, szczu­pły, zgrab­ny, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ny, z moc­no skrę­co­ny­mi, prze­rze­dzo­ny­mi wło­sa­mi nad lśnią­cym, oliw­ko­wym i nie­co po­więk­szo­nym czo­łem, po­ru­szał się płyn­nie, trzy­mał pro­sto. Kie­dy My­ron wstą­pił na Uni­wer­sy­tet Duke’a, Ca­lvin koń­czył Uni­wer­sy­tet Sta­no­wy Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej. Miał obec­nie oko­ło trzy­dzie­stu pię­ciu lat, ale wy­glą­dał na star­sze­go. Przez je­de­na­ście se­zo­nów grał z po­wo­dze­niem w za­wo­do­wej li­dze ko­szy­ków­ki. Gdy trzy lata temu za­koń­czył ka­rie­rę, nikt nie wąt­pił, że tra­fi w koń­cu do za­rzą­du klu­bu. Za­czął od sta­no­wi­ska asy­sten­ta co­acha dru­ży­ny, po­tem zo­stał jej kie­row­ni­kiem, a ostat­nio awan­so­wał na wi­ce­pre­ze­sa i dy­rek­to­ra klu­bu New Jer­sey Dra­gons. Ale były to je­dy­nie ty­tu­ły, wszyst­kim bo­wiem za­rzą­dzał Clip. Miał na swo­je ski­nie­nie dy­rek­to­rów, wi­ce­pre­ze­sów, kie­row­ni­ka dru­ży­ny, tre­ne­rów, a na­wet co­achów.

– Ufam, że so­bie po­ra­dzisz – do­dał Ca­lvin.

– Dla­cze­go miał­bym so­bie nie po­ra­dzić?

Ca­lvin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Gra­łem prze­ciw­ko to­bie – od­parł.

– No i?

– Nie znam bar­dziej za­cię­te­go gra­cza od cie­bie. Dla wy­gra­nej by­łeś go­tów uzie­mić ry­wa­la. A te­raz przyj­dzie ci grzać ławę. Co ty na to?

– Dam so­bie radę.

– A jak­że.

– Z wie­kiem zmię­kłem.

– Aku­rat.

Ca­lvin po­krę­cił gło­wą.

– Nie?

– Wy­da­je ci się, że zmię­kłeś. Może na­wet wy­da­je ci się, że skoń­czy­łeś z ko­szy­ków­ką.

– Skoń­czy­łem.

Ca­lvin przy­sta­nął, uśmiech­nął się i roz­ło­żył ręce.

– Ja­sne. Spójrz na sie­bie. Je­steś wzo­rem by­łe­go spor­tow­ca. Pięk­nym przy­kła­dem dla in­nych. Two­ja ka­rie­ra le­gła w gru­zach, ale się nie za­ła­ma­łeś, pod­ją­łeś wal­kę. Wró­ci­łeś na uczel­nię, i to na pra­wo w Ha­rvar­dzie! Za­ło­ży­łeś wła­sną fir­mę, roz­wi­ja­ją­cą się agen­cję spor­to­wą. Nadal cho­dzisz z tą pi­sar­ką?

– Tak – od­parł My­ron, ale co do Jes­si­ki nig­dy nie był pe­wien, czy na­praw­dę są ra­zem.

– Zdo­by­łeś wy­kształ­ce­nie, masz pra­cę, pięk­ną dziew­czy­nę. Z wierz­chu je­steś szczę­śli­wy, do­brze usta­wio­ny w ży­ciu.

– Od spodu rów­nież.

Ca­lvin po­krę­cił gło­wą.

– Wąt­pię – od­parł.

Świat pe­łen był psy­cho­lo­gów.

– Czy­ja się pro­si­łem o przy­ję­cie do ze­spo­łu? – spy­tał My­ron.

– Nie, ale nie za bar­dzo się też wzbra­nia­łeś, z wy­jąt­kiem pod­bi­cia ceny.

– Je­stem agen­tem. Tym się zaj­mu­ję… pod­bi­ja­niem cen.

Ca­lvin przy­sta­nął i wpa­trzył się w My­ro­na.

– Na­praw­dę są­dzisz, że aby od­na­leźć Gre­ga, mu­sisz być w dru­ży­nie?

– Tak są­dzi Clip.

– Clip to wspa­nia­ły gość, ale czę­sto dzia­ła z ukry­tych po­bu­dek – od­parł Ca­lvin.

– Na przy­kład ja­kich?

Ca­lvin nie od­po­wie­dział. Ru­szył da­lej.

Przy win­dzie na­ci­snął gu­zik. Drzwi roz­su­nę­ły się na­tych­miast, wsie­dli i ru­szy­li w dół.

– Spójrz mi w oczy i po­wiedz, że nig­dy nie my­śla­łeś o po­wro­cie do gry – rzekł Ca­lvin.

– A kto o tym nie my­śli? – od­pa­ro­wał My­ron.

– Pew­nie, tyl­ko nie mów, że na tym po­prze­sta­łeś. Że nig­dy ci się nie śni­ło, nie ma­rzy­łeś o co­me­bac­ku. Że na­wet te­raz, gdy oglą­dasz w te­le­wi­zji mecz, nie skrę­ca cię z żalu, że nie grasz. Nie mów, że nie oglą­dasz Gre­ga i nie my­ślisz o uwiel­bie­niu tłu­mów i sła­wie. Że nig­dy nie mó­wisz so­bie, i słusz­nie, „By­łem lep­szy od nie­go”. Greg to świet­ny ko­szy­karz. Z pierw­szej dzie­siąt­ki w li­dze. Ale ty, My­ron, by­łeś lep­szy. Obaj to wie­my.

– Daw­no temu – od­parł My­ron.

– Owszem.

Ca­lvin uśmiech­nął się.

– Do cze­go zmie­rzasz?

– Je­steś tu, żeby od­szu­kać Gre­ga. Kie­dy się znaj­dzie, odej­dziesz. Prze­sta­niesz być no­win­ką. Clip oświad­czy, że dał ci szan­sę, ale nie spro­sta­łeś za­da­niu. I po­zo­sta­nie do­brym fa­ce­tem, któ­ry ma do­brą pra­sę.

– Do­brą pra­sę – po­wtó­rzył My­ron, przy­po­mi­na­jąc so­bie o ry­chłej kon­fe­ren­cji pra­so­wej. – Czy to jed­na z jego ukry­tych po­bu­dek?

Ca­lvin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie­waż­ne. Mu­sisz zro­zu­mieć, że nie masz szan­sy. Je­że­li wej­dziesz do gry, to wy­łącz­nie z głę­bo­kiej re­zer­wy, w co zresz­tą wąt­pię, bo rzad­ko wy­gry­wa­my albo prze­gry­wa­my dużą róż­ni­cą punk­tów. A je­że­li na­wet za­grasz, je­że­li na­wet za­bły­śniesz, to, jak obaj wie­my, tyl­ko przy prze­są­dzo­nym wy­ni­ku. Ale ty nie za­grasz do­brze, bo je­steś zbyt za­wzię­ty. Żeby dać z sie­bie wszyst­ko, po­trze­bu­jesz ry­wa­li­za­cji, prze­świad­cze­nia, że od cie­bie za­le­ży wy­nik me­czu.

– Ro­zu­miem – od­parł My­ron.

– Spo­dzie­wam się, przy­ja­cie­lu. – Ca­lvin spoj­rzał na oświe­tlo­ne cy­fer­ki. Za­mi­go­ta­ły w jego piw­nych oczach. – Ma­rze­nia nie umie­ra­ją. Już my­ślisz, że są mar­twe, a one tyl­ko za­pa­dły w sen zi­mo­wy jak wiel­ki sta­ry niedź­wiedź.

A gdy ta­kie ma­rze­nie drze­mie dłuż­szy czas, niedź­wiedź bu­dzi się głod­ny i zły.

– Po­wi­nie­neś pi­sać tek­sty pio­se­nek co­un­try.

Ca­lvin po­krę­cił gło­wą.

– Po­trak­tuj to jako życz­li­wą radę – rzekł.

– Wiel­kie dzię­ki. Po­wiesz mi, co wiesz o znik­nię­ciu Gre­ga?

Win­da się za­trzy­ma­ła. Ca­lvin wy­szedł pierw­szy.

– Nie­wie­le mam do po­wie­dze­nia – od­parł. – Gra­li­śmy z Si­xers w Fi­la­del­fii. Po me­czu Greg wsiadł ze wszyst­ki­mi do au­to­ka­ru, a po po­wro­cie ra­zem z in­ny­mi wy­siadł. Ostat­ni raz wi­dzia­no go, jak od­je­chał swo­im sa­mo­cho­dem. Ko­niec.

– Jak wte­dy wy­padł?

– Do­sko­na­le. Z Fi­la­del­fią za­grał do­bry mecz. Zdo­był dwa­dzie­ścia sie­dem punk­tów.

– W ja­kim był hu­mo­rze?

– Nie za­uwa­ży­łem ni­cze­go spe­cjal­ne­go – od­parł Ca­lvin po chwi­li.

– W jego ży­ciu dzie­je się coś no­we­go?

– No­we­go?

– Ja­kieś zmia­ny, te rze­czy.

– A owszem, roz­wód. Pa­skud­ny. Po­noć Emi­ly umie zajść za skó­rę.

Ca­lvin znów się za­trzy­mał i uśmiech­nął do My­ro­na jak kot z Che­shi­re. My­ron przy­sta­nął, lecz nie od­wza­jem­nił uśmie­chu.

– Do cze­goś pi­jesz, Mro­żon­ka? – spy­tał.

Ca­lvin uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

– Czy ty i Emi­ly nie by­li­ście kie­dyś parą? – za­czął ogród­kiem.

– Wie­ki temu.

– Stu­denc­ka mi­łość, jak pa­mię­tam.

– Po­wie­dzia­łem już, wie­ki temu.

– Z ko­bie­ta­mi też ci szło le­piej niż Gre­go­wi, co?

Ca­lvin ru­szył. My­ron zi­gno­ro­wał jego uwa­gę.

– Czy Clip wie o mo­jej „prze­szło­ści” z Emi­ly? – za­py­tał.

– Jest bar­dzo skru­pu­lat­ny.

– To dla­te­go mnie wy­bra­li­ście.

– Wzię­li­śmy to pod uwa­gę, choć prze­są­dzi­ło co in­ne­go.

– Nie?

– Greg nie­na­wi­dzi Emi­ly. Nig­dy jej nie ufał. Ale od­kąd za­czę­li wal­czyć o pra­wo do opie­ki nad dzieć­mi, bar­dzo się zmie­nił.

– To zna­czy?

– Po pierw­sze, pod­pi­sał kon­trakt re­kla­mo­wy z For­te.

– Greg? – spy­tał za­sko­czo­ny My­ron. – Pod­pi­sał kon­trakt re­kla­mo­wy?

– W wiel­kiej ta­jem­ni­cy. Mają to ogło­sić pod ko­niec tego mie­sią­ca, tuż przed fi­na­ła­mi.

My­ron gwizd­nął.

– Na pew­no za­pła­ci­li mu jak za zbo­że.

– Jak za kil­ka zbóż. Po­dob­no po­nad dzie­sięć mi­lio­nów rocz­nie.

– Cał­kiem moż­li­we. Sław­ny gracz, któ­ry przez po­nad dzie­sięć lat nie chciał nic re­kla­mo­wać, to ma­gnes, któ­re­mu nie moż­na się oprzeć. For­te ma suk­ce­sy w sprze­da­ży bu­tów do bie­gów i do te­ni­sa, ale w świe­cie ko­szy­ków­ki jest fir­mą pra­wie nie­zna­ną. Greg ich z miej­sca uwia­ry­god­ni.

– Zga­dza się – po­twier­dził Ca­lvin.

– Nie do­my­ślasz się, dla­cze­go po tylu la­tach rap­tem zmie­nił zda­nie?

Ca­lvin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Może zdał so­bie spra­wę, że się sta­rze­je, i po­sta­no­wił za­ro­bić. Może to wpływ roz­wo­du. A może upadł na gło­wę i mu od­bi­ło.

– Gdzie miesz­kał po roz­wo­dzie?

– W swo­im domu w Rid­ge­wo­od. W po­wie­cie Ber­gen.

My­ron do­brze znał tę miej­sco­wość. Po­pro­sił Ca­lvi­na o ad­res.

– A co z Emi­ly? – za­in­te­re­so­wał się. – Gdzie się za­trzy­ma­ła?

– Miesz­ka z dzieć­mi u mat­ki. Zda­je się, we Fran­klin La­kes, gdzieś tam.

– Spraw­dza­li­ście już coś? Dom, kar­ty kre­dy­to­we Gre­ga, jego kon­ta ban­ko­we?

Ca­lvin po­krę­cił gło­wą.

– Zda­niem Cli­pa, to za gru­ba spra­wa, by po­wie­rzyć ją de­tek­ty­wom. Dla­te­go za­dzwo­nił do cie­bie. Prze­jeż­dża­łem kil­ka razy koło domu Do­wnin­ga, raz za­pu­ka­łem do drzwi. Na pod­jeź­dzie i w ga­ra­żu ani śla­du sa­mo­cho­du. Żad­nych świa­teł.

– Ale do środ­ka nie we­szli­ście?

– Nie.

– Czy­li że mógł się po­śli­znąć w wan­nie i wy­rżnąć gło­wą w kra­wędź.

Ca­lvin utkwił wzrok w My­ro­na.

– Po­wie­dzia­łem: żad­nych świa­teł. My­ślisz, że ką­pał się po ciem­ku?

– Masz ra­cję.

– By­strzak z cie­bie.

– Wol­no się roz­krę­cam.

Do­tar­li do ma­ga­zy­nu.

– Za­cze­kaj tu – rzekł Ca­lvin.

My­ron wy­jął te­le­fon ko­mór­ko­wy.

– Mogę za­dzwo­nić? – spy­tał.

– Dzwoń.

Ca­lvin znik­nął za drzwia­mi. My­ron włą­czył ko­mór­kę i wy­brał nu­mer. Po dru­gim sy­gna­le ode­zwa­ła się Jes­si­ca.

– Halo?

– Mu­szę od­wo­łać dzi­siej­szą ko­la­cję – po­wie­dział.

– Le­piej, żeby to był waż­ny po­wód – od­par­ła.

– Bar­dzo waż­ny. Za­gram za­wo­do­wo w ko­szy­ków­kę w ze­spo­le New Jer­sey Dra­gons.

– To miło. Po­wo­dze­nia, ko­cha­nie.

– Mó­wię se­rio. Gram w Smo­kach. Cho­ciaż „gram” nie jest do­brym sło­wem. Ści­ślej, będę od­ci­skał so­bie ty­łek, grze­jąc u nich ławę.

– Na­praw­dę?

– Tak, to dłu­ga hi­sto­ria, ale wła­śnie zo­sta­łem za­wo­do­wym ko­szy­ka­rzem.

– Z za­wo­do­wym jesz­cze nie fi­glo­wa­łam – od­par­ła po chwi­li. – Będę jak Ma­don­na.

– Jak dzie­wi­ca.

– Jej­ku. Co za sta­ro­świec­ka alu­zja!

– A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? Je­stem fa­ciem z lat osiem­dzie­sią­tych.

– A czy fa­cio z lat osiem­dzie­sią­tych po­wie mi, co jest gra­ne?

– Nie te­raz. Wie­czo­rem. Po me­czu. W okien­ku zo­sta­wię ci bi­let.

Zza drzwi wyj­rzał Ca­lvin.

– Ile masz w pa­sie? Osiem­dzie­siąt sześć? – spy­tał.

– Dzie­więć­dzie­siąt dwa. Może dzie­więć­dzie­siąt czte­ry.

Ca­lvin ski­nął gło­wą i cof­nął się do środ­ka. My­ron za­dzwo­nił na pry­wat­ny nu­mer Wind­so­ra Hor­ne’a Loc­kwo­oda Trze­cie­go, pre­ze­sa pre­sti­żo­wej fir­my in­we­sty­cyj­nej Lock-Hor­ne Se­cu­ri­ties na środ­ko­wym Man­hat­ta­nie. Win ode­brał te­le­fon po trze­cim sy­gna­le.

– Wy­słów się – po­wie­dział.

– Wy­słów? – My­ron po­krę­cił gło­wą.

– Po­wie­dzia­łem „wy­słów”, a nie „po­wtórz”.

– Mamy spra­wę.

– Hu­ur­raa! – od­parł Win, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski jak na wiel­mo­żę z za­chod­niej Fi­la­del­fii przy­sta­ło. – Je­stem ocza­ro­wa­ny. Wnie­bo­wzię­ty. Ale za­nim po­si­kam się z ra­do­ści, za­dam ci jed­no py­ta­nie.

– Wal.

– Czy za­ją­łeś się tą spra­wą jak zwy­kle z po­bu­dek do­bro­czyn­nych?

– Si­kaj śmia­ło. Od­po­wiedź brzmi: nie.

– Co ja sły­szę?! Więc to nie jest ko­lej­na mo­ral­na kru­cja­ta dziel­ne­go My­ro­na?

– Nie tym ra­zem.

– Boże w nie­bie­siech, mów.

– Za­gi­nął Greg Do­wning. Mamy go zna­leźć.

– A za na­sze usłu­gi do­sta­nie­my…

– Co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy plus klien­ta, któ­re­go Smo­ki wy­bra­ły w pierw­szej run­dzie na­bo­ru.

Nad­szedł czas, by po­in­for­mo­wać Wina o przej­ścio­wej zmia­nie za­wo­du.

– No, no – rzekł ra­do­śnie Win. – Po­wiedz, pro­szę, od cze­go za­cznie­my.

My­ron po­dał mu ad­res domu Gre­ga w Rid­ge­wo­od.

– Spo­tkaj­my się tam za dwie go­dzi­ny.

– We­zmę bat­mo­bil – od­parł Win i roz­łą­czył się. Wró­cił Ca­lvin z fio­le­to­wo­nie­bie­skim stro­jem Smo­ków w ręku.

– Przy­mierz – po­wie­dział.

My­ron nie od razu wziął ko­stium. Kie­dy na nie­go pa­trzył, ści­snę­ło go w żo­łąd­ku.

– Nu­mer trzy­dzie­sty czwar­ty? – spy­tał ci­cho.

– Tak. Twój daw­ny nu­mer z Duke’a. Pa­mię­ta­łem… No, przy­mierz – za­chę­cił Ca­lvin mil­czą­ce­go My­ro­na.

My­ron po­czuł, że coś zbie­ra mu się w oku. Po­trzą­snął gło­wą.

– Nie mu­szę – rzekł. – Na pew­no bę­dzie pa­so­wał.

3

Rid­ge­wo­od to eks­klu­zyw­ne przed­mie­ście, jed­no ze sta­rych mia­ste­czek, wciąż na­zy­wa­nych przez miesz­kań­ców wsia­mi, skąd dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent uczniów idzie na stu­dia, a ich ro­dzi­ce nie po­zwa­la­ją swo­im la­to­ro­ślom za­da­wać się z po­zo­sta­ły­mi pię­cio­ma pro­cen­ta­mi. Jest tam tro­chę mo­no­ton­nych cią­gów urba­ni­stycz­nych, przy­kła­dów pod­miej­skiej eks­plo­zji bu­dow­la­nej z po­ło­wy lat sześć­dzie­sią­tych, ale więk­szość pięk­nych do­mów po­cho­dzi z wcze­śniej­szych, teo­re­tycz­nie bar­dziej nie­win­nych cza­sów.

My­ron zna­lazł dom Do­wnin­ga bez żad­ne­go kło­po­tu. Bar­dzo duży, w sty­lu wik­to­riań­skim, ale zgrab­ny, dwu­pię­tro­wy, kry­ty pięk­nie spło­wia­łym ce­dro­wym gon­tem. Z le­wej stro­ny okrą­gła wie­ża ze szpi­cza­stym da­chem. Prze­stron­ne we­ran­dy z ak­cen­ta­mi jak z ry­cin Roc­kwel­la: po­dwój­ną huś­taw­ką, na któ­rej At­ti­cus i Skaut­ka z Za­bić droz­da mo­gli­by się ra­czyć le­mo­nia­dą w go­rą­cą ala­bam­ską noc, prze­wró­co­nym ro­wer­kiem i drew­nia­ny­mi san­ka­mi, mimo że ostat­ni śnieg spadł sześć ty­go­dni temu. Przy pod­jeź­dzie wi­sia­ła obo­wiąz­ko­wa, nie­co za­rdze­wia­ła ob­ręcz do ko­sza. W oknach na gó­rze po­ły­ski­wa­ły srebr­no-czer­wo­no na­lep­ki Stra­ży Po­żar­nej, wska­zu­ją­ce po­ko­je dzie­ci. Przy chod­ni­ku ni­czym wy­słu­że­ni straż­ni­cy ro­sły rzę­dem sta­re dęby.

Win jesz­cze nie przy­je­chał. My­ron za­trzy­mał się i otwo­rzył okno. Był pięk­ny mar­co­wy dzień. Nie­bo nie­bie­ściut­kie jak jaj­ko wę­drow­ne­go droz­da. Kon­wen­cjo­nal­nie ćwier­ka­ły pta­ki. My­ron pró­bo­wał wy­obra­zić so­bie w tej sce­ne­rii Emi­ly, ale jej ob­raz wciąż pierz­chał. Znacz­nie ła­twiej mógł wy­obra­zić ją so­bie w no­wo­jor­skim wie­żow­cu lub w re­zy­den­cji dla nu­wo­ry­szy, ca­łej na bia­ło, z rzeź­ba­mi Er­te­go, srebr­ny­mi per­ła­mi i nad­mia­rem nie­gu­stow­nych lu­ster. Poza tym nie kon­tak­to­wa­li się od dzie­się­ciu lat. Może się zmie­ni­ła. A może źle ją wte­dy oce­nił. Nie by­ła­by to pierw­sza jego po­mył­ka.

Dziw­nie się czuł z po­wro­tem w Rid­ge­wo­od, gdzie wy­cho­wa­ła się Jes­si­ca. Nie lu­bi­ła tu wra­cać. A te­raz wio­ska Rid­ge­wo­od po­łą­czy­ła do­dat­ko­wo dwie wiel­kie mi­ło­ści jego ży­cia – Jes­si­cę i Emi­ly, do­pi­su­jąc na­stęp­ny punkt do li­sty ich wspól­nych cech – po­znał je, za­bie­gał o ich wzglę­dy, za­ko­cha­ły się w nim i – ni­czym ob­cas szpil­ki po­mi­do­ra – bez­li­to­śnie roz­gnio­tły mu ser­ce. Ba­nal­na hi­sto­ria.

Emi­ly była jego pierw­szą dziew­czy­ną. Są­dząc z prze­chwa­łek ko­le­gów, póź­no stra­cił dzie­wic­two, bo na pierw­szym roku stu­diów. Ale je­śli na prze­ło­mie lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych wśród ame­ry­kań­skich na­sto­lat­ków rze­czy­wi­ście do­szło do re­wo­lu­cji sek­su­al­nej, to on albo ją prze­ga­pił, albo nie był re­wo­lu­cjo­ni­stą. Po­do­bał się ko­bie­tom, no i co z tego. Pod­czas gdy ko­le­dzy roz­pra­wia­li z de­ta­la­mi o swo­ich or­gia­stycz­nych pod­bo­jach, do nie­go lgnę­ły tyl­ko nie­wła­ści­we dziew­czy­ny, same miłe, ta­kie, któ­re wciąż od­ma­wia­ły albo od­mó­wi­ły­by mu, gdy­by się od­wa­żył do nich „wy­star­to­wać”.

Zmie­ni­ło się to w col­le­ge’u, kie­dy po­znał Emi­ly.

Na­mięt­ność. To wy­świech­ta­ne okre­śle­nie nie­źle pa­so­wa­ło do ich związ­ku. A jesz­cze le­piej „nie­od­par­ta żą­dza”. Emi­ly na­le­ża­ła do ko­biet, któ­rych męż­czyź­ni nie za­li­cza­ją do „pięk­nych”, lecz „go­rą­cych”. Na wi­dok praw­dzi­wie „pięk­nej” ko­bie­ty chcesz ją na­ma­lo­wać lub utrwa­lić w wier­szu. Na wi­dok Emi­ly mia­łeś ocho­tę ze­rwać z sie­bie i z niej ubra­nie. Była wcie­lo­nym ero­ty­zmem, no może z pię­cio­ki­lo­wą nad­wa­gą, ale za to wy­śmie­ni­cie roz­miesz­czo­ną. Stwo­rzy­li nie­zwy­kle spraw­ny duet. Obo­je nie­speł­na dwu­dzie­sto­let­ni, obo­je bar­dzo po­my­sło­wi, obo­je pierw­szy raz poza do­mem.

Jed­nym sło­wem: za­iskrzy­ło!

Za­dzwo­nił te­le­fon w sa­mo­cho­dzie. My­ron ode­brał go.

– Wno­szę, że za­mie­rzasz wła­mać się ze mną do re­zy­den­cji Do­wnin­ga – po­wie­dział Win.

– Tak.

– W ta­kim ra­zie za­par­ko­wa­nie sa­mo­cho­du przed wspo­mnia­ną re­zy­den­cją nie jest mą­drym po­my­słem.

My­ron ro­zej­rzał się do­oko­ła.

– Gdzie je­steś? – spy­tał.

– Do­jedź do pierw­szej prze­czni­cy, skręć w lewo, a na­stęp­nie w dru­gą z pra­wej. Sto­ję za biu­row­cem.

My­ron roz­łą­czył się, uru­cho­mił sil­nik i zgod­nie ze wska­zów­ka­mi Wina do­je­chał na par­king. Win stał z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, opar­ty o ja­gu­ara. Wy­glą­dał tak jak za­wsze – jak­by po­zo­wał do zdję­cia na okład­kę pi­sma dla bia­łej eli­ty „WASP Qu­ar­ter­ly”. Ja­sne wło­sy miał ide­al­nie ucze­sa­ne, cerę lek­ko za­ru­mie­nio­ną, twarz jak z por­ce­la­ny, szla­chet­ną i ździeb­ko za do­sko­na­łą. Ubra­ny był w spodnie kha­ki, gra­na­to­wą ma­ry­nar­kę, mo­ka­sy­ny wło­żo­ne na gołe sto­py i krzy­kli­wy kra­wat od Lil­ly Pu­lit­zer. Wy­glą­dał na­praw­dę jak ktoś, kto na­zy­wa się Wind­sor Hor­ne Loc­kwo­od Trze­ci – sno­bi­stycz­ny, za­ję­ty sobą wy­mo­czek.

Dwa tra­fie­nia, jed­no pu­dło.

Biu­ro­wiec był sie­dzi­bą wie­lu firm i fa­chow­ców. Mie­ścił się tam ga­bi­net gi­ne­ko­lo­ga. Ga­bi­net de­pi­la­cji. Biu­ro do­star­cza­nia we­zwań są­do­wych. Po­rad­nia die­te­tycz­na. Si­łow­nia dla ko­biet. Win, co nie za­ska­ki­wa­ło, stał bli­sko wej­ścia do niej.

– Skąd wiesz, że za­par­ko­wa­łem przed do­mem Do­wnin­ga? – spy­tał My­ron, pod­cho­dząc do nie­go.

Nie spusz­cza­jąc z oka drzwi, Win wska­zał gło­wą kie­ru­nek.

– Z tam­te­go pa­gór­ka przez lor­net­kę wi­dać wszyst­ko – od­parł.

Z si­łow­ni wy­szła dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia ko­bie­ta w czar­nym ly­cro­wym ko­stiu­mie do ae­ro­bi­ku. Z dziec­kiem na ręku. Nie­dłu­go za­ję­ło jej od­zy­ska­nie fi­gu­ry po po­ro­dzie. Win uśmiech­nął się do niej. Od­po­wie­dzia­ła mu uśmie­chem.

– Uwiel­biam mło­de mat­ki – rzekł.

– Uwiel­biasz ko­bie­ty w ko­stiu­mach z ly­cry.

Win ski­nął gło­wą.

– Wła­śnie. – Z trza­skiem zło­żył oku­la­ry sło­necz­ne. – Za­czy­na­my?

– Prze­wi­du­jesz ja­kieś trud­no­ści z wła­ma­niem się do jego domu?

Win zro­bił minę „Udam, że nie za­da­łeś tego py­ta­nia”. Z si­łow­ni wy­szła ko­lej­na ko­bie­ta, nie­ste­ty, nie­za­słu­gu­ją­ca na jego uśmiech.

– Oświeć mnie – po­wie­dział. – Ale się od­suń. Niech wi­dzą mo­je­go ja­gu­ara.

My­ron zre­la­cjo­no­wał mu wszyst­ko, co wie­dział. Za­bra­ło mu to pięć mi­nut. W tym cza­sie z si­łow­ni wy­szło osiem ko­biet. Tyl­ko dwie za­słu­ży­ły na uśmiech Wind­so­ra Hor­ne’a Loc­kwo­oda Trze­cie­go. Jed­ną z nich, w try­ko­cie w ty­gry­sie pasy, ob­da­rzył ty­siąc­wa­to­wym uśmie­chem od ucha do ucha.

Są­dząc po jego mi­nie, nic nie wska­zy­wa­ło, że do­cie­ra do nie­go co­kol­wiek ze słów My­ro­na. Nie prze­stał wpa­try­wać się z na­dzie­ją w drzwi dam­skiej si­łow­ni na­wet na wieść, że przy­ja­ciel cza­so­wo za­stą­pi Gre­ga w dru­ży­nie Smo­ków. Ale tak za­cho­wy­wał się za­wsze.

– Ja­kieś py­ta­nia? – za­koń­czył My­ron.

Win stuk­nął pal­cem w war­gę.

– Jak my­ślisz, czy ta w try­ko­cie w ty­gry­sie pasy mia­ła coś pod spodem?

– Nie wiem, ale na jej pal­cu wi­dzia­łem ob­rącz­kę.

Win wzru­szył ra­mio­na­mi. To mu nie prze­szka­dza­ło. Nie wie­rzył w mi­łość i trwa­łe związ­ki z płcią prze­ciw­ną. Nie­któ­rzy uzna­li­by to za sek­sizm. Ale nie mie­li­by ra­cji. Win nie trak­to­wał ko­biet przed­mio­to­wo. Nie­któ­re przed­mio­ty da­rzył sza­cun­kiem.

– Chodź – po­wie­dział.

Znaj­do­wa­li się nie­ca­łe pół mili od domu Do­wnin­ga. Win zdą­żył do­ko­nać zwia­du i zna­lazł przej­ście, stwa­rza­ją­ce naj­więk­szą szan­sę, że doj­dą nie­zau­wa­że­ni, nie wzbu­dza­jąc ni­czy­ich po­dej­rzeń. Szli swo­bod­nie, w mil­cze­niu, ot dwóch sta­rych przy­ja­ciół, któ­rzy zna­ją się jak łyse ko­nie.

– Jest w tej spra­wie pe­wien cie­ka­wy mar­gi­nes – ode­zwał się My­ron.

Win cze­kał na dal­szy ciąg.

– Pa­mię­tasz Emi­ly Sha­ef­fer?

– Coś ko­ja­rzę.

– Cho­dzi­łem z nią przez dwa lata na stu­diach.

My­ron po­znał Wina na Uni­wer­sy­te­cie Duke’a. Przez czte­ry lata miesz­ka­li w jed­nym po­ko­ju. To Win na­mó­wił go do na­uki wschod­nich sztuk wal­ki i pra­cy w FBI. Obec­nie był siłą na­pę­do­wą w Loc­ke-Hor­ne Se­cu­ri­ties przy Park Ave­nue, fir­mie, któ­rą jego ro­dzi­na pro­wa­dzi­ła od po­wsta­nia ryn­ku in­we­sty­cyj­ne­go w Sta­nach. My­ron wy­naj­mo­wał od nie­go po­wierzch­nię biu­ro­wą, a Win pro­wa­dził wszyst­kie spra­wy fi­nan­so­we klien­tów jego agen­cji Rep­Sport MB.

– Czy to ta, któ­ra po­pi­ski­wa­ła jak małp­ka? – spy­tał Win po chwi­li za­sta­no­wie­nia.

– Nie – od­parł My­ron.

Wina za­sko­czy­ła jego od­po­wiedź.

– To któ­ra po­pi­ski­wa­ła jak małp­ka?

– Nie mam po­ję­cia.

– Może któ­raś z mo­ich.

– Może.

Win roz­wa­żył tę moż­li­wość i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– I co z nią? – spy­tał.

– Była żoną Gre­ga Do­wnin­ga.

– Roz­wie­dli się?

– Tak.

– Przy­po­mi­nam ją so­bie – rzekł Win. – Emi­ly Scha­ef­fer. Do­brze zbu­do­wa­na.

My­ron ski­nął gło­wą.

– Nie po­do­ba­ła mi się. Z wy­jąt­kiem tych mał­pich po­pi­ski­wań. Bar­dzo in­try­gu­ją­cych.

– To nie ona po­pi­ski­wa­ła.

Win uśmiech­nął się ła­god­nie.

– Ścia­ny były cien­kie – od­parł.

– A ty jak zwy­kle pod­słu­chi­wa­łeś.

– Tyl­ko wte­dy, gdy spusz­cza­łeś ro­le­tę i nie mo­głem pod­glą­dać.

My­ron po­krę­cił gło­wą.

– Świ­nia – po­wie­dział.

– Przy­najm­niej nie mał­pa.

Do­szli do traw­ni­ka przed do­mem i skie­ro­wa­li się do drzwi. Naj­waż­niej­sze to za­cho­wy­wać się na­tu­ral­nie. Je­że­li przy­gar­bio­ny prze­my­kasz chył­kiem za dom, mo­żesz rzu­cić się ko­muś w oczy. Jed­nak­że nikt nor­mal­ny nie weź­mie dwóch męż­czyzn w kra­wa­tach za zło­dziei.

Na ma­łej me­ta­lo­wej kla­wia­tu­rze przy wej­ściu pło­nę­ło czer­wo­ne świa­teł­ko.

– Alarm – ostrzegł My­ron.

– Lip­ny – uspo­ko­ił Win. – To tyl­ko świa­teł­ko. Pew­nie ze skle­pu in­ter­ne­to­we­go. – Przyj­rzał się zam­ko­wi i mla­snął z dez­apro­ba­tą. – Taki chłam przy za­rob­kach za­wo­do­we­go ko­szy­ka­rza?! – rzekł znie­sma­czo­ny. – Rów­nie do­brze mógł tu wsta­wić za­mek ze skle­pu z za­baw­ka­mi.

– A co z ry­glem? – spy­tał My­ron.

– Nie jest za­su­nię­ty.

Win zdą­żył wy­jąć ka­wa­łek ce­lu­lo­idu. Kar­ty kre­dy­to­we są za sztyw­ne. Ce­lu­lo­id – uży­wa­ny do tak zwa­ne­go ce­lu­lo­ido­wa­nia zam­ka – spi­sy­wał się znacz­nie le­piej. Win otwo­rzył drzwi rów­nie szyb­ko jak klu­czem i zna­leź­li się w holu wej­ścio­wym. Pod­ło­gę za­ście­la­ły prze­sył­ki wrzu­co­ne przez otwór w drzwiach. My­ron spraw­dził kil­ka stem­pli na ko­per­tach. Naj­star­szy był sprzed pię­ciu dni.

Wy­strój wnę­trza – miły, pseu­do­ru­sty­kal­ny – utrzy­ma­no w sty­lu Mar­thy Ste­wart. Me­ble z tych, któ­re zwą wiej­ską pro­sto­tą, z wy­glą­du istot­nie pro­ste, lecz hor­ren­dal­nie dro­gie. Dużo so­sno­we­go drew­na, wi­kli­ny, an­ty­ków i su­szo­nych kwia­tów. W po­wie­trzu uno­si­ła się sil­na, mdła­wa woń mie­szan­ki kwiet­nych za­pa­chów.

Roz­dzie­li­li się. Win wszedł na pię­tro do ga­bi­ne­tu, włą­czył kom­pu­ter i za­czął prze­gry­wać pli­ki z dys­ku na dys­kiet­ki. W po­ko­ju zwa­nym daw­niej ba­wial­nią, a obec­nie znacz­nie wznio­ślej po­ko­jem ka­li­for­nij­skim bądź sa­lo­nem My­ron zna­lazł au­to­ma­tycz­ną se­kre­tar­kę. Przed każ­dą na­gra­ną in­for­ma­cją se­kre­tar­ka po­da­wa­ła datę i go­dzi­nę. Co za wy­go­da. Na­ci­snął przy­cisk. Ta­śma prze­wi­nę­ła się i za­czę­ła grać. Już pierw­sza wia­do­mość, we­dług cy­fro­we­go gło­su se­kre­tar­ki na­gra­na o 21.18 w dniu, w któ­rym znik­nął Greg, oka­za­ła się tra­fie­niem w dzie­siąt­kę.

– Tu Car­la – usły­szał My­ron drżą­cy ko­bie­cy głos. – Do pół­no­cy cze­kam na ka­nap­ce w bok­sie w głę­bi.

Trzask.

My­ron prze­wi­nął ta­śmę i od­słu­chał ją po­now­nie. W tle było mnó­stwo ha­ła­sów – gwar roz­mów, mu­zy­ka, po­brzę­ki­wa­nie szkla­nek. Ko­bie­ta dzwo­ni­ła praw­do­po­dob­nie z ja­kie­goś baru albo re­stau­ra­cji, o czym świad­czy­ło zda­nie o bok­sie w głę­bi. Kim była Car­la? Przy­ja­ciół­ką? Chy­ba. No, bo jaka ko­bie­ta dzwo­ni­ła­by tak póź­no, by umó­wić się tego sa­me­go wie­czo­ru na spo­tka­nie o jesz­cze póź­niej­szej po­rze? Tyle że nie był to byle jaki wie­czór. Po­mię­dzy jej te­le­fo­nem a ran­kiem na­stęp­ne­go dnia Greg Do­wning znik­nął.

Dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści.

Gdzie za­tem się spo­tka­li? Za­kła­da­jąc, że do­szło do ich spo­tka­nia w bok­sie. I dla­cze­go Car­li, kim­kol­wiek była, drżał głos? A może tyl­ko tak mu się wy­da­ło?

My­ron od­słu­chał resz­tę ta­śmy. Nie było wię­cej wia­do­mo­ści od Car­li. Czy za­dzwo­ni­ła­by po­now­nie, gdy­by Greg nie przy­szedł na spo­tka­nie? Pew­nie tak. Moż­na więc śmia­ło przy­jąć, że ja­kiś czas przed swym znik­nię­ciem Greg Do­wning spo­tkał się z Car­lą.

Trop.

Czte­ry razy dzwo­nił agent Gre­ga Mar­tin Fel­der. Z każ­dym te­le­fo­nem co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ny. Ostat­nia wia­do­mość brzmia­ła: „Ja­sny gwint, Greg, dla­cze­go nie od­dzwa­niasz? Z tą kost­ką to po­waż­na spra­wa? Nie uni­kaj mnie, nie te­raz, kie­dy do­pi­na­my kon­trakt z For­te. Za­dzwoń, do­brze?”. Były też trzy te­le­fo­ny od nie­ja­kie­go Chri­sa Dar­by’ego, pra­cow­ni­ka For­te Sports In­cor­po­ra­ted. On rów­nież pa­ni­ko­wał. „Mar­ty nie chce mi po­wie­dzieć, gdzie pan jest. Po­dej­rze­wam, że z nami po­gry­wa, że pró­bu­je pod­bić cenę. A prze­cież usta­li­li­śmy wa­run­ki, praw­da? Zo­sta­wię panu nu­mer mo­je­go te­le­fo­nu w domu, do­brze? Przy oka­zji, co z pań­ską kon­tu­zją?”.

Choć jego klient znik­nął, Mar­tin Fel­der ro­bił, co mógł, by ob­ró­cić to na swo­ją ko­rzyść. My­ron uśmiech­nął się. Agen­ci! Po kil­ka­krot­nym na­ci­śnię­ciu przy­ci­sku na wy­świe­tla­czu se­kre­tar­ki po­ja­wił się za­ko­do­wa­ny nu­mer – 317. Po jego wy­bra­niu mo­głeś od­słu­chi­wać wia­do­mo­ści. Nowy ba­jer te­le­fo­nicz­ny. Wy­star­czy­ło za­dzwo­nić pod nu­mer Gre­ga, wci­snąć 317 i spraw­dzić, kto się na­grał na se­kre­tar­kę. My­ron wci­snął gu­zik au­to­ma­tycz­ne­go wy­bie­ra­nia ostat­nie­go nu­me­ru. To ko­lej­ne w mia­rę nowe udo­god­nie­nie te­le­fo­nicz­ne po­zwa­la­ło usta­lić, do kogo Greg dzwo­nił ostat­nio. „Bra­cia Kim­mel”, ode­zwa­ła się po dwóch dzwon­kach ja­kaś ko­bie­ta. Nie py­ta­jąc, kto zacz, My­ron odło­żył słu­chaw­kę i wszedł na pię­tro do Wina.

W cza­sie kie­dy Win prze­gry­wał ko­lej­ne pli­ki z kom­pu­te­ra,

My­ron przej­rzał szu­fla­dy. Nie zna­lazł w nich nic przy­dat­ne­go.

Prze­szli do sy­pial­ni mał­żeń­skiej. Wiel­kie łóż­ko było po­ście­lo­ne. Na – obu! – noc­nych sto­li­kach wa­la­ły się dłu­go­pi­sy, klu­cze i pa­pie­ry.

Za­sta­na­wia­ją­ce w przy­pad­ku męż­czy­zny, któ­ry miesz­kał sam.

My­ron ro­zej­rzał się po sy­pial­ni i za­trzy­mał wzrok na fo­te­lu, słu­żą­cym rów­nież za wie­szak. Na jego po­rę­czy i opar­ciu le­ża­ły ciu­chy rzu­co­ne przez Gre­ga. Nie wi­dział w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go – sam był jesz­cze mniej po­rząd­ny. Ale gdy przyj­rzał się do­kład­niej, na dru­giej po­rę­czy fo­te­la do­strzegł dwie nie­co bar­dziej nie­zwy­kłe czę­ści gar­de­ro­by – bia­łą bluz­kę i sza­rą spód­ni­cę.

Spoj­rzał na Wina.

– Mo­gła je zo­sta­wić pan­na Mał­pie Pi­ski – rzekł Win.

My­ron po­krę­cił gło­wą.

– Emi­ly nie miesz­ka tu od mie­się­cy. Co ro­bi­ły­by jej rze­czy na fo­te­lu?

W ła­zien­ce też od­kry­li cie­ka­we rze­czy. Na pra­wo była duża wan­na z ma­sa­żem wod­nym, prze­stron­na ka­bi­na prysz­ni­co­wa z sau­ną oraz dwie umy­wal­ki z to­a­let­ka­mi. Na jed­nej stał mę­ski krem do go­le­nia, kul­ko­wy dez­odo­rant, bu­tel­ka pły­nu po go­le­niu Polo i ma­szyn­ka Gil­let­te Atra, a na dru­giej otwar­ta dam­ska ko­sme­tycz­ka, per­fu­my Ca­lvi­na Kle­ina, pu­der dla nie­mow­ląt i kul­ko­wy dez­odo­rant Se­cret. Na po­sadz­ce przy umy­wal­ce le­żał roz­sy­pa­ny pu­der, a w my­del­nicz­ce przy wan­nie dwie jed­no­ra­zo­we dam­skie ma­szyn­ki do go­le­nia.

– Ma dziew­czy­nę – orzekł My­ron.

– Za­wo­do­wy ko­szy­karz po­miesz­ku­je z ja­kąś atrak­cyj­ną pa­nią? Re­we­la­cja. Któ­ryś z nas po­wi­nien krzyk­nąć „Eu­re­ka!”.

– W każ­dym ra­zie ro­dzi to cie­ka­we py­ta­nie. Czy ta pani za­wia­do­mi­ła­by po­li­cję o na­głym znik­nię­ciu ko­chan­ka?

– Nie, gdy­by znik­nę­li ra­zem.

My­ron ski­nął gło­wą i po­wie­dział o ta­jem­ni­czym te­le­fo­nie od Car­li.

– Gdy­by pla­no­wa­li uciec, nie po­da­ła­by mu miej­sca spo­tka­nia – rzekł Win.

– Nie po­da­ła. Po­wie­dzia­ła tyl­ko, że do pół­no­cy bę­dzie cze­kać w bok­sie w głę­bi.

– Kto robi coś ta­kie­go przed znik­nię­ciem? Gdy­by mie­li po­wód, żeby na ja­kiś czas znik­nąć, Greg znał­by miej­sce i go­dzi­nę spo­tka­nia.

– Może je zmie­ni­ła?

– Z cze­go na co? Z bok­su z przo­du na boks w głę­bi?

– Skąd mam wie­dzieć?

Spraw­dzi­li resz­tę po­miesz­czeń na pię­trze. Nie wy­ma­ga­ło to za­cho­du. W wy­ta­pe­to­wa­nej w sa­mo­cho­dy wy­ści­go­we sy­pial­ni syn­ka Gre­ga wi­siał pla­kat z jego tatą, na któ­rym mi­jał on „Pen­ny’ego” Har­da­waya, by wy­ko­nać z dwu­tak­tu rzut na kosz. W po­ko­ju cór­ki była ta­pe­ta w sty­lu wcze­snych Ja­ski­niow­ców – fio­le­to­wa z di­no­zau­ra­mi. Żad­nych tro­pów. Ko­lej­ne zna­leź­li do­pie­ro w su­te­re­nie.

Po za­pa­le­niu świa­tła My­ron do­strzegł ją na­tych­miast.

Po­miesz­cze­nie za­mie­nio­no w ko­lo­ro­wy po­kój za­baw dla dzie­ci. Z mnó­stwem sa­mo­cho­dzi­ków, wiel­kich kloc­ków lego, pla­sti­ko­wym do­mem ze zjeż­dżal­nią i sce­na­mi z Di­sne­jow­skich fil­mów Ala­dyn i Król Lew na ścia­nach. Był tu te­le­wi­zor i ma­gne­to­wid, za­baw­ki dla dzie­ci w star­szym wie­ku – bi­lard elek­trycz­ny, sza­fa gra­ją­ca – oraz me­ble: małe bu­ja­ki i ka­na­py wy­po­czyn­ko­we.