Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez skrupułów - Harlan Coben

Studentka Kathy Culver znika w tajemniczych okolicznościach na terenie kampusu Uniwersytetu Restona w New Jersey. Pozostawione ślady pozwalają przypuszczać, iż padła ofiarą gwałtu i zabójstwa. Osiemnaście miesięcy później ktoś zamieszcza zdjęcie Kathy w piśmie pornograficznym. Były narzeczony dziewczyny Christian Steele, wschodząca gwiazda amerykańskiego futbolu, odbiera zagadkowy telefon - w słuchawce słychać głos zaginionej. Kiedy z rąk mordercy ginie ojciec Kathy, jej starsza siostra, dawna ukochana Myrona - piękna pisarka Jessica - prosi go o pomoc.

Opinie o ebooku Bez skrupułów - Harlan Coben

Fragment ebooka Bez skrupułów - Harlan Coben

O książce

Myron Bolitar – dawny koszykarz, a obecnie agent sportowy – ma ręce pełne roboty. Jest u progu sfi nalizowania kontraktu gwiazdy footballu, Christiana Steele’a. I właśnie wtedy na jego prominentnego klienta pada podejrzenie o zabicie narzeczonej.

Kathy Culver zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Pozostawione ślady pozwalają przypuszczać, że padła ofiarą gwałtu i morderstwa. Wszyscy – łącznie z policją – są przekonani, że sprawcą jest Christian Steele.

Bolitar na prośbę swojej byłej ukochanej – siostry zaginionej dziewczyny – podejmuje własne śledztwo i wkrótce przekonuje się, że każda z osób zamieszanych w tę sprawę ma własne sekrety.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 r. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 r. od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 r. Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki, m.in. Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Schronienie, Kilka sekund od śmierci, Sześć lat później i Tęsknię za tobą uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Twórczość pisarza wciąż budzi zainteresowanie filmowców: na podstawie Sześć lat później powstaje film z Hugh Jackmanem w roli głównej, a prawa do ekranizacji Tęsknię za tobą zostały kupione przez Warner Bros.

www.harlancoben.com

Tego autora

NIE MÓW NIKOMUBEZ POŻEGNANIAJEDYNA SZANSATYLKO JEDNO SPOJRZENIENIEWINNYW GŁĘBI LASUZACHOWAJ SPOKÓJMISTYFIKACJANA GORĄCYM UCZYNKUKLINIKA ŚMIERCIZOSTAŃ PRZY MNIESZEŚĆ LAT PÓŹNIEJTĘSKNIĘ ZA TOBĄMyron BolitarBEZ SKRUPUŁÓWKRÓTKA PIŁKABEZ ŚLADUBŁĘKITNA KREWJEDEN FAŁSZYWY RUCHOSTATNI SZCZEGÓŁNAJCZARNIEJSZY STRACHOBIECAJ MIZAGINIONAWSZYSCY MAMY TAJEMNICEMickey BolitarSCHRONIENIEKILKA SEKUND OD ŚMIERCIODNALEZIONYJako współautorAŻ ŚMIERĆ NAS ROZŁĄCZYNAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2011

Tytuł oryginału:DEAL BREAKER

Copyright © Harlan Coben 1995All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Andrzej Grabowski 2003

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Zdjęcie na okładce: © Bjanka Kadic/Arcangel Images

ISBN 978-83-7985-230-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Książkę tę, jak wszystko, co robię, dedykuję Anne

Autor pragnie podziękować dr. med. Sunandanowi B. Singhowi, naczelnemu patologowi powiatu Bergen w stanie New Jersey, Bobowi Richterowi, Richowi Henshawowi, Richardowi Curtisowi, Jacobowi Hoye’owi, Shawnowi Coyne’owi i, oczywiście, Dave’owi Boltowi.

1

Otto Burke, czarodziej perswazji, podniósł poziom gry jeszcze wyżej.

— No nie, Myron — powtórzył z zapałem neofity — jestem pewien, że dojdziemy do porozumienia. Ty trochę ustąpisz. Ja trochę ustąpię. Tytani są drużyną. Dlatego chciałbym, żebyśmy w szerszym sensie działali drużynowo. Włącznie z tobą. Bądźmy drużyną, Myron. Co ty na to?

Myron Bolitar złożył dłonie koniuszkami palców. Przeczytał gdzieś, że w ten sposób wygląda się rozważnie. Czuł się głupio.

— Niczego bardziej nie pragnę — zapewnił, po raz n-ty odbijając nieskuteczny wolej przeciwnika. — Wierz mi. Ale więcej ustąpić nie możemy. Twoja kolej.

Otto skinął głową tak żywo, jakby właśnie usłyszał filozoficzny paradoks, bijący na łeb riposty Sokratesa.

— Co ty na to, Larry? — spytał z przylepionym uśmiechem dyrektora sportowego drużyny.

Larry Hanson wszedł w rolę mocnym uderzeniem w stół pięścią owłosioną jak pustynny szczur.

— Chrzanić go! — zawołał, udając, że kipi z wściekłości. — Słyszysz, Bolitar? Rozumiesz, co mówię? Idź do diabła!

— Idź do diabła — powtórzył Myron. — Zrozumiałem.

— Cwaniakujesz, mądralo?!

Myron przyjrzał się mu.

— Masz na zębach mak — powiedział.

— Mądrala się znalazł!

— Jesteś piękny, gdy się gniewasz. Rozjaśnia ci się twarz.

Larry’emu Hansonowi powiększyły się oczy. Spojrzał na szefa i znów na Myrona.

— Wyżej srasz, niż dupę masz, Bolitar! — warknął. — Dobrze o tym wiesz.

Myron nic nie powiedział, bo w słowach Larry’ego było sporo racji. Agentem sportowym był zaledwie od dwóch lat, a większość jego klientów stanowili wyrobnicy, grający za najniższe stawki, zadowoleni z tego, że w ogóle załapali się do ligi. Poza tym nie specjalizował się w futbolu — tylko jeden z trzech futbolistów, których reprezentował, grał w pierwszym składzie. W tej chwili zaś siedział oko w oko z trzydziestojednoletnim „cudownym dzieckiem” biznesu, Ottonem Burkiem, najmłodszym właścicielem drużyny w lidze, oraz jej dyrektorem, legendą futbolu, Larrym Hansonem, i mimo braku doświadczenia negocjował z nimi warunki kontraktu, który zapowiadał się na najwyższy w historii w kategorii graczy debiutujących w lidze NFL.

A to dzięki nieoczekiwanej gratce w osobie rozgrywającego Christiana „Asa” Steele’a, dwukrotnego zdobywcy Nagrody Heismana dla najlepszego gracza ligi międzyuczelnianej, trzykrotnego zwycięzcy dorocznych ankiet agencji AP i UPI, czterokrotnego akademickiego mistrza Stanów, w dodatku chłopaka jak z najskrytszych marzeń każdego menedżera — przystojnego, umiejącego się wysłowić, grzecznego studenta, i na dokładkę (to ważne!) białego.

A najlepsze ze wszystkiego, że jego menedżerem był on, Myron Bolitar!

— Przedstawiłem wam naszą ofertę, panowie — powie-dział. — Uważamy, że jest uczciwa.

Otto Burke pokręcił głową.

— Uczciwa? O dupę potłuc! — krzyknął Larry Hanson. — Co za kretyn! Zniszczysz chłopakowi karierę!

Myron rozłożył ręce.

— Jak to, nie padniemy sobie w ramiona? — spytał.

Larry już miał na języku kolejny epitet, ale Otto powstrzymał go gestem. W swoim czasie na boisku nie mogły go zastopować takie tarany jak Dick Butkus i Ray Nitschke, a tu zamilkł na jedno skinienie ważącego niespełna siedemdziesiąt kilo absolwenta Harvardu.

Otto Burke pochylił się w fotelu. Nie przestał się uśmiechać ani gestykulować i — jak bioenergoterapeuta z inforeklamy — ani na chwilę nie stracił kontaktu wzrokowego. Bardzo to rozpraszało. Tak malutkich paluszków jak u tego kruchego, drobnego konusa Myron jeszcze nie widział. Ciemne, długie jak u heavymetalowca włosy spływały mu na ramiona, idiotyczna kozia bródka na jego dziecięcej twarzy wyglądała jak naszkicowana ołówkiem, a bardzo długi papieros, którego palił, być może tylko wydawał się długi w jego palcach.

— Porozmawiajmy rozsądnie, Myron — rzekł.

— Rozsądnie? Ależ proszę.

— Świetnie, to nam pomoże. Christian Steele jest wielką niewiadomą. Nie był sprawdzany. Nigdy nie grał w zawodowej drużynie. A jeśli okaże się niewypałem?

Larry prychnął.

— Ty coś powinieneś o tym wiedzieć, Bolitar — wtrącił. — O sportowcach, którzy nie dochodzą do niczego. Którzy się nie sprawdzają.

Myron puścił mimo uszu zniewagę. Słyszał ją tyle razy, że przestał się przejmować. Słowa już go nie raniły.

— Mówimy o zapewne najzdolniejszym rozgrywającym w historii futbolu — odparł spokojnie. — Dokonaliście trzech transakcji i oddaliście sześciu graczy, żeby go pozyskać. Nie zrobilibyście tego, gdybyście nie wierzyli w jego wielki potencjał.

— Ale twoja oferta… — Otto zamilkł i wpatrzył się w płytki na suficie, jakby tam szukał odpowiedniego słowa — nie jest racjonalna.

— Debilna! — wtrącił Larry.

— Ostateczna — skwitował Myron.

Otto z niezmąconym uśmiechem potrząsnął głową.

— Obgadajmy to — rzekł. — Przeanalizujmy dokładnie. Jesteś nowicjuszem, Myron, byłym sportowcem, który chce wejść do elity menedżerów. Szanuję to. Jesteś młodym człowiekiem z ambicjami. Podziwiam cię. Naprawdę.

Myron ugryzł się w język. Mógł mu wytknąć, że są prawie rówieśnikami, lecz uwielbiał — jak my wszyscy, nieprawdaż? — gdy go traktują z góry.

— Błąd w takiej sprawie może ci zrujnować karierę — ciągnął Otto. — Sam rozumiesz. Zdaniem wielu — nie moim! — nie dorosłeś, by zajmować się tak znanym sportowcem. Jesteś bardzo inteligentnym, rzutkim gościem, ale zachowujesz się tak, że…

Pokręcił głową jak nauczyciel zawiedziony przez swojego pupila.

Larry wstał.

— Czemu nie udzielisz chłopakowi dobrej rady? — rzekł, gromiąc Myrona wzrokiem. — Nie poradzisz mu, żeby wziął sobie prawdziwego agenta?

Myron spodziewał się po nich skeczu z dobrym i złym gliną, i to w ostrzejszym wydaniu — Hanson nie zelżył jeszcze luźnych obyczajów jego matki — niemniej wolał złego glinę od dobrego. W porównaniu z łatwym do odparcia frontalnym atakiem Larry’ego podchody Ottona Burke’a były jak wysoka trawa, pełna min i węży.

— W takim razie nie mamy o czym rozmawiać — odparł.

— Nie radziłbym zawieszać negocjacji, Myron — ostrzegł Otto. — To może zmącić kryształowo czysty wizerunek Christiana. Zaszkodzić jego popularności i słono was kosztować. Chyba nie chcesz stracić pieniędzy.

— Nie chcę?

— Pewnie, że nie.

— Mogę to zanotować? — Myron wziął ołówek. — Nie… chcę… stracić… pieniędzy — zapisał. Uśmiechnął się do gości. — Proszę więcej złotych myśli.

— Srala-mądrala — mruknął Larry.

— Podejrzewam, że Christian Steele szybko upomni się o kasę.

Uśmiechem Ottona sterował autopilot.

— Tak?

— Są tacy, którzy wątpią w jego przyszłość. Są tacy — Otto głęboko zaciągnął się papierosem — którzy sądzą, że mógł mieć coś wspólnego ze zniknięciem tej dziewczyny.

— Aha, tu cię boli.

— Gdzie mnie boli?

— Zaczynasz rzucać błotem. A przez chwilę myślałem, że zażądałem za mało.

Larry Hanson dźgnął kciukiem w stronę Myrona.

— Wierzy pan temu smarkowi? Na pańskie uzasadnione wątpliwości co do byłej lali Steele’a, decydujące o jego rynkowej wartości…

— Podłe plotki — przerwał mu Myron. — Nikt nie dał im wiary. Przeciwnie, zwiększyły współczucie dla tragedii Christiana. A poza tym nie nazywaj Kathy Culver lalą.

Larry uniósł brew.

— Widzisz go, pętaka, jaki wrażliwy? — powiedział.

Myron nie zmienił miny. Kathy Culver, rozkwitającą piękność, urodziwą jak jej starsza siostra Jessica, poznał pięć lat temu, gdy chodziła do drugiej klasy liceum. Przed osiemnastu miesiącami Kathy tajemniczo zniknęła z kampusu Uniwersytetu Restona. Do dziś nikt nie wiedział, co się z nią stało ani gdzie przebywa. Jej historia zawierała wszystkie smakowite kąski, które uwielbiały media — była śliczną studentką, narzeczoną gwiazdy futbolu Christiana Steele’a, siostrą pisarki Jessiki Culver, a na pikantny dodatek w grę wchodził gwałt. Prasa rzuciła się na temat łapczywie jak krewni na zastawiony stół.

Ostatnio rodzinę Culverów dotknęła jeszcze jedna tragedia. Przed trzema dniami ofiarą „przypadkowego rabunku”, zdaniem policji, padł ojciec Kathy, Adam. Myron miał wielką ochotę złożyć Culverom kondolencje, ale z powodu uzasadnionych wątpliwości, czy będzie pożądanym gościem, postanowił się nie narzucać.

— Skoro…

Zapukano do drzwi.

— Telefon do ciebie, Myron — oznajmiła Esperanza, wsuwając przez nie głowę.

— To go przyjmij.

— Myślę, że powinieneś sam odebrać.

Z jej ciemnych oczu nic nie dało się wyczytać, ale ponieważ tkwiła w progu, zrozumiał, że to coś ważnego.

— Zaraz przyjdę — odparł.

Wycofała się za drzwi.

— Ale cizia!

Larry Hanson zagwizdał z podziwem.

— Dzięki, Larry. Taki komplement z twoich ust to cymes. — Myron wstał. — Zaraz wracam.

— Nie będziemy tu bradziażyć cały dzień.

— W żadnym razie.

Myron wyszedł z salki.

— Dojna krowa — wyjaśniła Esperanza. — Podobno w pilnej sprawie.

Christian Steele.

Niewielu by się domyśliło, że kobieta tak drobnej postury jak Esperanza Diaz to była zawodowa zapaśniczka. Przez trzy lata znano ją na turniejach jako Małą Pocahontas. To, iż była Latynoską, bez uncji indiańskiej krwi, w niczym nie wadził organizacji WDW (Wspaniałych Dam Wrestlingu). To mały pryszcz, stwierdziły. Latynoska, Indianka, co za różnica?

U szczytu zawodowej kariery Esperanzy we wszystkich sportowych halach Stanów Zjednoczonych odgrywano ten sam scenariusz. Pocahontas wchodziła na ring w mokasynach, zamszowej sukience z frędzlami i opasce przytrzymującej włosy, by nie opadały na śniadą twarz. Przed walką zrzucała z siebie sukienkę i zostawała w trochę frywolniejszym stroju, odbiegającym nieco od tradycji rodowitych mieszkańców Ameryki.

Zawodowe zapasy mają żałośnie ubogi scenariusz ze znikomą liczbą wariantów. Część zapaśniczek jest zła, część dobra. Ładna, drobna i szybka Pocahontas, ulubienica tłumów, była dobra i miała muskularne ciało. Wszyscy ją kochali. Zawsze wygrywała walki, bo jej przeciwniczki, aby odwrócić ich bieg, stosowały niedozwolone chwyty — takie jak sypanie piaskiem w oczy lub korzystanie z obcych przedmiotów, które widzieli wszyscy w wolnym świecie z wyjątkiem sędziego. Nadto zła zapaśniczka wprowadzała na ring parę kumpelek i we trójkę napadały na biedną Pocahontas, tłukąc bezlitośnie dzielną ślicznotkę ku zawodowi i jawnej zgrozie konferansjerów, którzy widzieli już tę scenę przed tygodniem, dwoma, trzema…

Gdy zdawało się, że nie ma już żadnej nadziei, z szatni wypadała monstrualna Wielka Szefowa i odrywała damskie bestie od bezbronnej Pocahontas. A potem razem dawały straszny wycisk siłom zła.

Co za emocje!

— Odbiorę w gabinecie — odparł.

Wszedł i na biurku dostrzegł prezent od rodziców, tabliczkę z napisem:

MYRON BOLITARAGENT SPORTOWY

Potrząsnął głową. Myron! Wciąż nie mógł uwierzyć, że ktoś może tak nazwać własne dziecko. Kiedy rodzice przeprowadzili się do New Jersey, wszystkim w nowym liceum mówił, że na imię ma Mike. Nic to nie dało. Spróbował więc z Mickey. Na próżno. Wszyscy uparcie nazywali go Myron. To imię było jak potwór z horroru, którego nie można zabić.

Odpowiedź na narzucające się samo przez się pytanie: Nie, nigdy tego nie wybaczył rodzicom.

Podniósł słuchawkę.

— Christian?

— To pan, panie Bolitar?

— Tak. Mów mi… Myron.

Pogódź się z nieuniknionym — cecha mędrca.

— Przepraszam, że przeszkadzam. Wiem, jak bardzo jest pan zajęty.

— Właśnie negocjuję twój kontrakt. W sąsiednim pokoju siedzą Otto Burke i Larry Hanson.

— Bardzo się cieszę, ale dzwonię w ogromnie ważnej sprawie. — Christianowi drżał głos. — Muszę się z panem zobaczyć.

Myron przełożył słuchawkę do drugiej ręki.

— Coś się stało, Christianie?

Co za spostrzegawczość!

— Ja… nie chciałbym o tym mówić przez telefon. Czy możemy się spotkać u mnie, w akademiku?

— Nie ma sprawy. O której?

— Jak najszybciej. Nie wiem… nie wiem, co o tym myśleć. Chcę, żeby pan to zobaczył.

Myron wziął głęboki oddech.

— Nie ma sprawy. Wyrzucę Ottona i Larry’ego — powiedział. — To dobrze zrobi negocjacjom. Będę za godzinę.

* * *

Zajęło mu to znacznie dłużej.

Wszedł do garażu Kinneya na Czterdziestej Szóstej Ulicy, niedaleko od swojej agencji na Park Avenue. Skinął głową garażowemu Mario, minął tablicę z cenami za parkowanie, u dołu której małymi literami napisano: „+97% podatku”, i skierował się do samochodu stojącego poziom niżej — forda taurusa, w wersji podstawowej.

Już miał otworzyć drzwiczki, gdy usłyszał syk. Węża? Prędzej powietrza z przebitej opony. Tylnej prawej. Szybko odkrył, że ją przecięto.

— Cześć, Myron.

Odwrócił się i ujrzał dwóch uśmiechniętych mężczyzn. Jeden z nich był rozmiarów małego narodu Trzeciego Świata. Choć sam — przy wzroście metr dziewięćdziesiąt z okładem i wadze stu kilogramów — też nie należał do ułomków, to tamten mierzył ponad dwa metry i dobijał do stu trzydziestu. Ciało intensywnie trenującego ciężarowca miał tak napakowane mięśniami, jakby pod ubraniem nosił niezatapialne kapoki. Drugi, przeciętnie zbudowany, paradował w filcowym kapeluszu.

Duży, z łapami sztywno zwisającymi przy bokach, podszedł ciężko do samochodu Myrona, przechylając głowę na boki przy akompaniamencie trzasków tej części anatomii, która u normalnych ludzi zwie się szyją.

— Kłopocik z bryczką, dziedzicu? — spytał ze śmiechem.

— Z oponą. W bagażniku mam zapasową. Zmień ją.

— Nic z tego, Bolitar. To drobne ostrzeżenie.

— Tak?

Zbudowany jak kamienica zbir chwycił Myrona za klapy.

— Zostaw Chaza Landreaux — powiedział. — On już podpisał kontrakt.

— Najpierw zmień mi oponę.

Olbrzym uśmiechnął się szerzej. Głupawo i okrutnie.

— Ostatni raz jestem taki miły. — Mocniej zacisnął dłonie na klapach i krawacie Myrona. — Rozumiesz?

— Na pewno zdajesz sobie sprawę, że od anaboli kurczą ci się jaja.

Paker poczerwieniał.

— Co ty powiesz? Prosisz się, żebym ci skuł mordę? Mam ci ją przerobić na owsiankę?

— Na owsiankę?

— No.

— Urocze.

— Wal się.

Myron westchnął. A potem w jednej chwili jego ciało ożyło. Najpierw strzelił oprycha z główki. Zachrzęściło jak żuki pod podeszwą. Z nosa wielkoluda trysnęła krew.

— Skurwy…

Jedną ręką przytrzymując jego głowę za potylicę, łokciem drugiej niemalże zgniótł mu tchawicę ciosem w grdykę. Osiłek zakrztusił się boleśnie i zapadła cisza. Uderzenie jak tasakiem dłonią w kark poniżej czaszki dokończyło dzieła.

Drab osunął się na ziemię niczym worek z piaskiem.

— Dobra, wystarczy!

Mężczyzna w miękkim filcowym kapeluszu podszedł bliżej, celując w pierś Myrona z rewolweru.

— Cofnij się!

Myron spojrzał spod oka na jego kapelusz.

— To prawdziwy pilśniak? — spytał.

— Cofnij się, powiedziałem!

— Dobrze, już się cofam.

— Nie musiałeś tego robić — powiedział niższy gangster tonem urażonego dziecka. — Wykonywał zlecenie.

— Biedny, zbłąkany młodzian. Czuję się okropnie.

— Zostaw Chaza Landreaux, dobra?

— Niedobra. Przekaż to Royowi O’Connorowi.

— Płacą mi za przekazywanie ostrzeżeń, a nie wiadomości.

Mężczyzna w filcowym kapeluszu pomógł wstać powalonemu koledze. Wielkolud, jedną ręką trzymając się za nos, a drugą masując tchawicę, dowlókł się do samochodu. Nos miał złamany, ale gardło bolało go jeszcze mocniej, zwłaszcza gdy przełykał.

Dwaj gangsterzy wsiedli i szybko odjechali. Nie zmienili Myronowi opony.

2

Z samochodu Myron zadzwonił do Chaza Landreaux.

Ponieważ brakło mu technicznej smykałki, na zmianę opony stracił pół godziny. Pierwsze kilka kilometrów przejechał wolno w obawie, że opona zsunie się z koła. Gdy tylko nabrał pewności, że mu to nie grozi, przyśpieszył i zawrócił w stronę akademika Christiana.

Kiedy Landreaux odebrał telefon, Myron szybko wyjaśnił, co się stało.

— U mnie już byli — odparł Chaz.

W tle panował hałas. Płakało niemowlę. Coś spadło i rozbiło się na podłodze. Chaz krzyknął do śmiejących się dzieci, żeby były cicho.

— Kiedy? — spytał Myron.

— Przed godziną. Trzech gości.

— Oberwałeś?

— Nie. Tylko mnie postraszyli. Ostrzegli, że jeżeli zerwę kontrakt, połamią mi nogi.

Połamią nogi? Jacy oryginalni.

Chaz Landreaux, koszykarz drużyny Uniwersytetu Stanowego w Georgii, miał duże szanse trafić już w pierwszym naborze do ligi NBA. Dorastał bez ojca w biedzie na ulicach Filadelfii. Jego najbliższa rodzina — matka, sześciu braci i dwie siostry — mieszkali w dzielnicy, którą — gdyby znacznie poprawić tam warunki życia — można by łaskawie nazwać „ubogim gettem”.

Na początku studiów, wbrew przepisom (o kontrakcie mógł bowiem rozmawiać dopiero po czterech latach) duża agencja sportowa Roya O’Connora zaproponowała mu — wypłacaną w miesięcznych ratach po dwieście pięćdziesiąt dolarów — pięciotysięczną „zaliczkę”, jeśli podpisze zobowiązanie, że po przejściu na zawodowstwo powierzy jej swoje interesy.

Chaz znalazł się w kropce. Przepisy NCAA — Krajowego Akademickiego Zrzeszenia Sportowego — zabraniały podpisywania kontraktów w trakcie studiów. Taki kontrakt uznano by za nieważny. Wysłannik Roya O’Connora zapewnił go, że to żaden problem. Po prostu antydatują umowę i będzie wyglądało, że Chaz podpisał ją na ostatnim roku. Kontrakt poleży w sejfie i nikt się o niczym nie dowie.

Chaz ciągle się wahał. Podpisanie kontraktu było niezgodne z prawem, lecz z drugiej strony dobrze wiedział, ile taki zastrzyk gotówki znaczy dla gnieżdżących się w dwuizbowej norze mamy i ośmiorga rodzeństwa. W tym momencie do akcji wkroczył sam Roy O’Connor z przynętą nie do odrzucenia: gdyby w przyszłości Chaz zmienił zdanie, to odda pieniądze i podrze kontrakt.

Po czterech latach Chaz zmienił zdanie. Kiedy przyrzekł zwrócić „zaliczkę” co do centa, usłyszał od Roya O’Connora: „Nic z tego. Podpisałeś kontrakt. Jesteś nasz”.

Takie, praktykowane przez tuziny agentów, sztuczki były na porządku dziennym. Dwóch największych menedżerów w kraju, Norby Walters i Lloyd Bloom, trafiło za to do aresztu. Na porządku dziennym były również groźby, ale na nich zwykle się kończyło. Żaden agent nie śmiał posunąć się dalej. Jeśli jakiś chłopak trwał przy swoim, agent ustępował.

O dziwo, Roy O’Connor posunął się do użycia siły.

— Musisz na krótko wyjechać z miasta — rzekł Myron. — Masz gdzie się schować?

— Tak, u znajomka w Waszyngtonie. A co dalej?

— Wszystkim się zajmę. Tylko zniknij z oczu.

— Dobra, zrobi się… Aha, jeszcze jedno.

— Tak?

— Jeden z tych, co mnie dorwali, powiedział, że cię zna. Potwór, człowieku. Kawał byka. Elegant, ty go nie rusz.

— Powiedział, jak się nazywa?

— Aaron. Kazał cię pozdrowić.

Myron oklapł. Aaron. Imię z przeszłości. I to kojarzące się jak najgorzej. Roy O’Connor nie tylko używał siły, ale siły, z którą nie ma żartów.

* * *

Trzy godziny po wyjściu z biura Myron otrząsnął się z myśli o incydencie w garażu i zapukał do drzwi Christiana. Choć Christian skończył studia dwa miesiące temu, to, jako opiekun grupy na letnim akademickim obozie futbolowym, wciąż mieszkał w tym samym akademiku, co na ostatnim roku. Przedsezonowe zgrupowanie Tytanów miało się zacząć dopiero za dwa dni, ale Myron nie chciał zwlekać z podpisaniem kontraktu.

Christian otworzył drzwi natychmiast.

— Dziękuję za tak szybki przyjazd — powiedział, zanim Myron zdążył podać przyczynę spóźnienia.

— Nie ma sprawy.

Z twarzy Christiana Steele’a zniknął zwykły zdrowy kolor i zniewalający studentki, szeroki, nieśmiały uśmiech, a z policzków, w których, gdy się uśmiechał, robiły się dołki, rumieńce. Trzęsły mu się nawet słynne mocne pewne ręce.

— Proszę wejść.

— Dzięki.

Pokój w akademiku przypominał dekorację z serialu z lat pięćdziesiątych. Przede wszystkim panował w nim porządek. Pod posłanym łóżkiem stały w karnym rządku buty, po podłodze nie walały się skarpetki, bielizna i ochraniacze na genitalia, a na ścianach wisiały sportowe proporczyki. Aktualne. Myron nie wierzył oczom. Żadnych plakatów i kalendarzy z Claudią Schiffer, Cindy Crawford czy sobowtórami Barbie. Tylko staroświeckie proporczyki! Miał wrażenie, jakby wszedł do pokoju Wally’ego Cleavera z serialu Zdaj się na Beavera.

Christian zamilkł. Stali w niezręcznym milczeniu jak dwaj obcy, dla których na przyjęciu zabrakło kieliszków. Steele wpatrywał się w podłogę niczym skarcony dzieciak. Nie spytał swojego dzielnego menedżera o krew na garniturze. Pewnie jej nie zauważył.

— Co się stało? — zagadnął Myron, chcąc przełamać lody jedną ze swych wypróbowanych błyskotliwych odzywek.

Christian — co niełatwe w pomieszczeniu odrobinę większym od szafy w ścianie — zaczął spacerować. Oczy miał zaczerwienione. Niedawno płakał, a jego policzki wciąż nosiły ślady łez.

— Czy pan Burke wściekł się z powodu przerwania negocjacji? — spytał.

Myron wzruszył ramionami.

— Trafił go szlag, ale niecelnie. Przeżyje. Nie przejmuj się nim.

— Zgrupowanie zaczyna się w czwartek?

— Denerwujesz się?

— Trochę.

— I dlatego chciałeś się ze mną widzieć?

Christian potrząsnął głową i zawahał się.

— Nie… nie rozumiem tego, panie Bolitar.

Ilekroć Christian nazywał go „panem”, Myron czuł się jak jego ojciec.

— Czego nie rozumiesz? O co chodzi?

Christian znów się zawahał.

— Chodzi… — Wziął głęboki oddech. — Chodzi o Kathy.

— O Kathy Culver? — spytał Myron, sądząc, że się przesłyszał.

— Pan ją znał.

Trudno powiedzieć, czy było to pytanie, czy stwierdzenie.

— Dawno temu.

— Kiedy chodził pan z Jessicą.

— Tak.

— Pewnie mnie pan zrozumie. Bardzo mi brak Kathy. Ponad wszelkie wyobrażenia. Była niezwykła.

Myron skinął głową zachęcająco, wypisz wymaluj jak Phil Donahue w swoim talk show.

Christian cofnął się o krok. Mało brakowało, a wyrżnąłby głową w półkę z książkami.

— Potraktowano to jak sensację — zaczął. — Historia Kathy trafiła na łamy szmatławców, o jej zniknięciu plotkowano w Gorącym temacie. Zrobiono z tego rozrywkę. Telewizyjny show. Nazywali nas „sielankową parą”. — Palcami nakreślił w powietrzu cudzysłów. — Tak jakbyśmy nie byli z krwi i kości. Jakbyśmy nic nie czuli. Wszyscy mi powtarzali, że jestem młody, że szybko się pozbieram. Kathy była dla nich tylko ładną blondynką, jakich miliony. Oczekiwano, że ułożę sobie życie. Zginęła. No, to koniec i kropka.

Jego chłopięcy wdzięk, który powinien dopomóc mu w staniu się królem reklam, nabrał znienacka nowego wymiaru. Zamiast nieśmiałego, naiwnego, skromnego chłopaka z Kansas Myron ujrzał prawdziwe oblicze Christiana: kulącego się w kącie, osieroconego przez ojca i matkę dzieciaka, który nie ma rodziny ani prawdziwych przyjaciół, a jedynie czcicieli i tych, którzy chcą go wykorzystać.

Jak ja sam? — zadał sobie pytanie.

Potrząsnął głową. W żadnym razie! Inni, owszem, ale nie on. Nie był taki. Mimo to coś zbliżonego do poczucia winy kuksało go twardo w żebra.

— Nie uwierzyłem w jej śmierć — ciągnął Christian — i właśnie w tym tkwił problem. Po jakimś czasie dopada człowieka niepewność. Z jednej strony liczyłem, że znajdą jej ciało, że wydarzy się coś, co ostatecznie zakończy sprawę. Mówię straszne rzeczy.

— Wcale nie.

— Wciąż myślę o tych majtkach, wie pan?

Jedynym śladem w sprawie tajemniczego zniknięcia Kathy były jej majtki, znalezione w kampusie na wierzchu kubła na śmieci. Podobno poplamione spermą i krwią. Potwierdzało to podzielane powszechnie od samego początku podejrzenia, że Kathy Culver nie żyje. Smutna historia, lecz do przewidzenia. Zgwałcił ją i zamordował jakiś psychopata, sądzono. Jej ciała chyba się nie znajdzie, choć kto wie, czy za pewien czas jacyś myśliwi nie natkną się w lesie na jej szczątki, co w wieczornych dziennikach stanie się wiadomością dnia i od nowa ściągnie na tę historię oka kamer w nieśmiertelnej nadziei, że uchwycą pogrążonych w żalu krewnych.

— To było obrzydliwe — ciągnął Christian. — Nazywali je „różowymi”. Nazywali je „jedwabnymi”. Ani razu bielizną, figami lub po prostu majtkami. Zawsze „różowymi jedwabnymi majtkami”! Jakby to było ważne. Pewna stacja poprosiła modelkę z firmy Victoria’s Secret o komentarz na ich temat. Tak jakby nosząc je, Kathy prosiła się o to, co ją spotkało. Jak można tak poniżać…

Christiana, który najwyraźniej do czegoś dojrzewał, zawiódł głos. Myron milczał. Miał tylko nadzieję, że chłopak się nie załamie.

— Chyba powinienem przejść do rzeczy — rzekł wreszcie Christian.

— Nie śpiesz się. Nigdzie się nie wybieram.

— Dzisiaj coś zobaczyłem… Kathy być może żyje.

Słowa te spadły na Myrona jak policzek zadany mokrą dłonią. Nie był na nie przygotowany, nie tego spodziewał się po Christianie, a już na pewno nie wiadomości, że Kathy Culver być może nie zginęła.

— Słucham?!

Christian sięgnął za siebie i wysunął szufladę biurka, które również wyglądało jak rekwizyt z serialu z lat pięćdziesiątych. Stały na nim we wzorowym porządku dwa pojemniki, z długopisami i zatemperowanymi ołówkami, a także biurowa lampa, notes z kalendarzem oraz słownik, Podstawy stylistyki i tezaurus, podtrzymywane z boków przez kuliste podpórki.

— To przyszło z dzisiejszą pocztą.

Christian podał Myronowi kolorowy magazyn z nagą kobietą na okładce. Powiedzieć o jej kształtach „obfite”, to jak nazwać drugą wojnę światową potyczką. Większość mężczyzn ma hopla na punkcie biustów. Myron nie należał w tej mierze do wyjątków, ale piersi tej kobiety stanowiły wybryk natury. W jej nieładnej twarzy było coś bardzo nieprzyjemnego. Patrzyła w obiektyw wzrokiem, który w zamierzeniu miał wabić, a tymczasem podsuwał myśl, że modelka cierpi na zatwardzenie. Nogi miała szeroko rozstawione, oblizywała usta i kiwała palcem na czytelnika.

Co za subtelna zachęta.

Magazyn nazywał się Cyce. Czołowy artykuł, jak wynikało ze słów zdobiących prawą pierś z okładki, zajmował się tematem: „Jak ją skłonić, żeby se wygoliła”.

— O co chodzi? — spytał Myron, odrywając wzrok od zdjęcia.

— Spinacz.

— Słucham?

Christian, któremu widać nie starczyło siły na powtórkę, wskazał palcem górną krawędź magazynu. Błysnął metal. Spinacza użyto do zaznaczenia strony.

— Dostarczono go razem z nim — wyjaśnił.

Myron szybko przerzucił strony pełne zdjęć nagich ciał, dotarł do zaznaczonej spinaczem i, zmieszany, zmrużył oczy. Erotycznych zdjęć było na niej tyle samo co gdzie indziej, tyle że dołączonych do ogłoszeń. Na samej górze widniał napis:

Telefoniczne fantazje na żywo — wybierzsobie dziewczynę!

Fotografie schodziły w dół w trzech rzędach, po cztery dziewczyny w każdym. Myron przebiegł oczami stronę, czytając z niedowierzaniem reklamy. „Orientalne dziewczyny czekają!”, „Soczyste, mokre lesbijki!”, „Zbij mnie, proszę!”, „Napalone suki!”, „Tycie cycuszki!” (ani chybi oferta dla tych, których nie rajcowała mleczarnia z okładki), „Dosiądź mnie!”, „Zerwij moją wisienkę!”, „Spraw, żebym błagała: jeszcze!”, „Potrzebny Robokut!”, „Pani Sawanna żąda, żebyś zaraz zadzwonił!”, „Jurna kura domowa!”, „Szukamy panów z nadwagą”. Każdemu hasłu towarzyszyły zdjęcia kobiet w prowokacyjnych pozach i numery telefonów.

Niektóre, o wiele bardziej obsceniczne i wulgarne, przedstawiały mężczyzn w rolach kobiet i kobiety z męskim ekwipunkiem. Części z nich nawet on sam nie rozumiał — jak niepojętych doświadczeń naukowych. Telefony były takie, jak należało oczekiwać: 1-800-888-ZDZIRA, 1-900-46-DZIWKA, 1-800-LIZAWKA, 1-900-DRANIARA.

Myron skrzywił się. Miał ochotę umyć ręce.

I wtedy zobaczył zdjęcie.

W dolnym rzędzie, drugie z prawej. A przy nim hasło „Zrobię wszystko!” i numer telefonu „1-900-344-CHUĆ, 3,99 $ za minutę. Dyskretne opłaty — rachunki telefoniczne i karty kredytowe Visa/MC”.

Na zdjęciu była Kathy Culver.

Zmroziło go. Spojrzał na okładkę i sprawdził datę. Był to najnowszy numer pisma.

— Skąd to masz? — spytał.

— Przyszło z dzisiejszą pocztą — odparł Christian, biorąc kopertę. — W tym.

Myronowi zakręciło się w głowie. Próbował przezwyciężyć kołowatość, znaleźć grunt pod stopami, ale patrząc na zdjęcie Kathy, nie mógł odzyskać równowagi. Na zwyczajnej, brązowej kopercie nie było oczywiście adresu nadawcy, znaczków, stempla pocztowego, nazwy miasta ani stanu. Jedynie napis:

Christian SteeleSkrytka 488A więc nadano ją w kampusie. Adres wypisano ręcznie.

— Z pewnością dostajesz masę listów od fanek.

Christian potwierdził skinieniem głowy.

— Trafiają gdzie indziej — odparł. — Nie do mojej prywatnej skrytki pocztowej. Jej numer jest zastrzeżony.

— To może być fotomontaż — rzekł Myron, trzymając kopertę tak, żeby nie zatrzeć ewentualnych odcisków palców.

Urwał, bo Christian potrząsnął głową. Znów patrzył w podłogę.

— Na zdjęciu jest nie tylko jej twarz, panie Bolitar — powiedział, zażenowany.

— Rozumiem.

Myron w lot pojął, co to znaczy.

— Jak pan myśli, powinniśmy zwrócić się z tym do policji?

— Może.

— Chcę być w porządku. — Christian zacisnął dłonie w pięści. — Nie pozwolę jednak, żeby znowu zmieszali ją z błotem. Widział pan, jak ją potraktowali, kiedy padła ofiarą przestępstwa. Co więc zrobią, gdy zobaczą to zdjęcie?

— Nie zostawią na niej suchej nitki.

Christian skinął głową.

— Ktoś prawdopodobnie wyciął ci kawał. Zanim więc coś zrobimy, wszystko sprawdzę.

— Jak?

— O to się nie martw.

— Aha, jeszcze jedno. Charakter pisma na kopercie.

Myron jeszcze raz przyjrzał się adresowi.

— Tak? — spytał.

— Nie jestem pewien, ale bardzo przypomina pismo Kathy.

3

Na jej widok Myron stanął jak wryty.

Przed chwilą wszedł do baru, rozkojarzony, jakby śnił na jawie, a jego umysł był kamerą, która nie może złapać ostrości. Próbował poukładać sobie to, co zobaczył i czego dowiedział się od Christiana, podsumować fakty i dojść do logicznych wniosków.

Ale nie zdołał.

Magazyn upchnął do prawej kieszeni trencza. Pornos w trenczu! Jezus Maria! W głowie do znudzenia rozbrzmiewały mu pytania. Czy Kathy Culver żyje? A jeśli tak, to co się z nią stało? Co ją, niewinną studentkę, doprowadziło na ostatnie strony pisma Cyce?

W tym momencie dostrzegł najpiękniejszą kobietę, jaką widział w życiu.

Ubrana w białą bluzkę, rozpiętą pod szyją, krótką szarą spódnicę i czarne rajstopy, ze skrzyżowanymi długimi nogami siedziała na barowym stołku i sączyła drinka. Wszystko leżało na niej idealnie. Przez krótką chwilę myślał, że jest ubocznym produktem jego snu na jawie, olśniewającym zwidem działającym na zmysły. Ale gula w żołądku szybko wyprowadziła go z błędu. Zaschło mu w gardle, a głęboko uśpione uczucia uderzyły w niego znienacka jak przybrzeżna fala.

Z trudem przełknąwszy ślinę, zmusił nogi do ruchu. Wszystko w barze stało się rozmytym tłem, teatralną oprawą dla zapierającej dech urody tej kobiety.

— Często tutaj wpadasz? — zapytał, podchodząc.

Spojrzała na niego jak na wracającego z przebieżki zgreda w przepoconym podkoszulku.

— Wystrzałowa odzywka — odparła. — Jaka oryginalna.

— Nie bardzo. Za to w jakim wykonaniu.

Uśmiechnął się, miał nadzieję, zwycięsko.

— Cieszę się, że tak myślisz. — Powróciła do drinka. — A teraz spadaj.

— Gramy niedostępną?

— Spadaj.

— Daj spokój — rzekł z szerokim uśmiechem. — Robisz sobie wstyd.

— Co robię?

— To jasne dla wszystkich w tym barze.

— Ale co? Oświeć mnie.

— Że mnie pragniesz. Szalenie.

— Aż tak to widać?

Prawie się uśmiechnęła.

— Nie twoja wina. Mnie nie sposób się oprzeć.

— Ach tak! Zaraz zemdleję.

— Tylko na to czekam, ptysiu.

Westchnęła głęboko. Piękna jak zwykle, piękna jak w dniu, w którym go zostawiła. Nie widział jej cztery lata, ale na myśl o niej wciąż cierpiał. Ale jeszcze bardziej cierpiał, widząc ją. Przypomniał sobie weekend, który spędził z nią w domu Wina na Martha’s Vineyard. Wciąż pamiętał, jak morski wietrzyk rozwiewał jej włosy, jak przechylała głowę, kiedy do niej mówił, jak wyglądała w jego starej bluzie od dresu i jak ją przytulał. Było mu błogo niczym w niebie. Mocniej ścisnęło go w żołądku.

— Cześć, Myron — powiedziała.

— Cześć, Jessica. Dobrze wyglądasz.

— Co tu robisz?

— Na górze mam biuro. Praktycznie tu mieszkam.

Uśmiechnęła się.

— Rzeczywiście. Przerzuciłeś się na sportowców?

— Tak.

— To lepsze od pracy tajniaka?

Nie odpowiedział. Zerknęła na niego, ale nie zatrzymała wzroku.

— Czekam na kogoś — oznajmiła znienacka.

— Na mężczyznę?

— Myron…

— Przepraszam. Stary odruch. — Serce skoczyło mu w piersi, bo na jej lewej dłoni nie dostrzegł obrączki. — Nie wyszłaś za tego jak mu tam? — spytał.

— Douga.

— O właśnie. Douga. To on nie wabił się Dougie?

— Wyśmiewasz się z cudzych imion?

Wzruszył ramionami. Słusznie mu to wypomniała.

— Co mu się stało?

Wpatrzyła się w mokry odcisk po kuflu od piwa.

— Jemu nic. Dobrze wiesz.

Otworzył usta i zaraz je zamknął. Odgrzewanie gorzkiej przeszłości nie prowadziło do niczego dobrego.

— Co cię sprowadza do Nowego Jorku? — spytał.

— W następnym semestrze będę mieć zajęcia na uniwerku.

Serce znowu mu przyśpieszyło.

— Wróciłaś na Manhattan?

— W zeszłym miesiącu.

— Bardzo mi przykro z powodu twojego ojca…

— Dostaliśmy twoje kwiaty — przerwała mu.

— Chciałem zrobić coś więcej.

— Lepiej, że nie zrobiłeś. — Dopiła drinka. — Muszę lecieć. Miło było cię widzieć.

— Myślałem, że jesteś z kimś umówiona.

— Coś mi się pokręciło.

— Nie przestałem cię kochać.

Wstała, skinęła mu głową.

— Spróbujmy jeszcze raz — powiedział.

— Nie.

Ruszyła.

— Jess?

— Słucham?

Zastanawiał się, czy nie powiedzieć jej o zdjęciu młodszej siostry w magazynie porno.

— Może umówimy się na lunch? Porozmawiamy.

— Nie.

Odwróciła się i odeszła. Znowu.

* * *

Windsor Horne Lockwood Trzeci wysłuchał go ze złożonymi dłońmi. Złożone w geście skupienia dłonie pasowały do niego znacznie lepiej niż do Myrona. Kiedy skończył opowieść, Win po krótkim milczeniu wreszcie rozwarł palce i położył ręce na biurku.

— No, no, co za nadzwyczajny dzień — powiedział.

Na studiach dzielili pokój w akademiku, a teraz wynajmował Myronowi biuro. Bolitar uznawał za komplement, gdy ludzie mówili mu, że nie wygląda na swoje nazwisko. Natomiast Windsor Horne Lockwood Trzeci wyglądał dokładnie tak, jak się nazywał. Blondyn, ze starannie ostrzyżonymi włosami z przedziałkiem po prawej stronie, z klasycznymi rysami, prezentował się aż za ładnie, niczym porcelanowa lalka.

Ubierał się jak absolwent ekskluzywnej prywatnej szkoły — w koszule różowe, koszule z monogramami, koszule polo, spodnie oliwkowe, spodnie do golfa (czytaj: brzydkie), białe kamasze z koźlej skóry (od majowego Dnia Pamięci Narodowej do wrześniowego Święta Pracy) oraz trzewiki z ozdobną perforacją (od Święta Pracy do Dnia Pamięci Narodowej). Miał też bardzo irytujący akcent, wywodzący się nie tyle z konkretnego rejonu Stanów, co z którejś z elitarnych szkół w rodzaju Andover i Exeter (Win ukończył tę drugą). Grał wybornie w golfa — przeciwnikom dawał trzypunktowe fory — a jego rodzina od pięciu pokoleń należała do konserwatywnego Merion Golf Club w Filadelfii i od trzech do równie konserwatywnego klubu Pine Valley w południowym New Jersey. Choć nosił trwałą opaleniznę, jaką widzi się tylko u graczy w golfa (na rękach, poniżej krótkich rękawów, i na szyi, przy wyciętym w kształcie serka dekolcie koszuli), to jego śnieżnobiała skóra nigdy nie była brązowa, lecz spieczona na raczka.

Przy tak stuprocentowym białym burżuju jak Win futbolowa gwiazda, Christian Steele, wyglądał jak włoski pikolak.

Kiedy się poznali, Myron znienawidził Windsora od pierwszego wejrzenia, podobnie jak większość ludzi kierujących się powierzchownymi wrażeniami. Win przywykł do tego, że biorą go za dziedzica starej fortuny, snoba i aroganta — krótko mówiąc, skończonego palanta. Nic nie mógł na to poradzić. Nie szanował jednak tych, którzy polegają na pierwszym wrażeniu.

— Wolałeś nie mówić o tym Jessice? — spytał, wskazując leżący na biurku magazyn porno.

Myron wstał, zrobił kilka kroków i usiadł.

— A co jej miałem powiedzieć? „Cześć, kocham cię, wróć do mnie, tu jest zdjęcie twojej podobno martwej siostry, która reklamuje sekstelefon w piśmie porno”?

— Staranniej dobrałbym słowa — rzekł po namyśle Win.

Zaczął kartkować magazyn, unosząc brew, jakby chciał mruknąć „hm”. Obserwując go, Myron postanowił nie mówić mu na razie o Chazie Landreaux i incydencie w garażu. Win bowiem osobliwie — i nie zawsze miło — reagował na groźby wobec przyjaciół. Lepiej więc było zachować te wieści na później, po podjęciu decyzji, w jaki sposób załatwić sprawę z Royem O’Connorem. I z Aaronem.

Win rzucił magazyn na biurko.

— Zaczynamy? — spytał.

— Co?

— Śledztwo. Przecież masz je w planie.

— Chcesz mi pomóc?

— Pewnie. — Win z uśmiechem podsunął mu telefon. — Dzwoń.

— Na numer z magazynu?

— Ależ skąd, do Białego Domu — odparł sarkastycznie Win. — Poświntuszymy z Hillary.

— Korzystałeś już kiedyś z sekstelefonu? — spytał Myron, biorąc aparat.

— Wolne żarty! — Win udał oburzenie. — Taki pełnokrwisty ogier jak ja?! Bożyszcze panien z socjety?!

— Ja też nie korzystałem.

— To może chcesz zostać sam? Rozpiąć pasek, spuścić spodnie i tak dalej.

— Bardzo śmieszne.

Myron wystukał zaczynający się na 900 numer pod zdjęciem Kathy. Choć zbierając informacje dla FBI oraz dyrektorów i właścicieli drużyn sportowych, przeprowadził tysiące rozmów, po raz pierwszy czuł się skrępowany.

W ucho wdarło mu się przeraźliwe pikanie, a potem usłyszał głos telefonistki:

— Przepraszamy. Rozmowa zablokowana.

— Na linii jest szlaban — poinformował Myron.

Win skinął głową.

— Zapomniałem — powiedział. — Zablokowaliśmy wszystkie numery zaczynające się od dziewięćset. Pracownicy nabijali nam rachunki, wydzwaniając nie tylko do dziwek, ale do astrologów, jasnowidzów, po informacje sportowe, przepisy kulinarne, a nawet do „modlitw na telefon”. — Sięgnął po drugi telefon. — Zadzwoń z tego. Prywatnego. Bez blokad.

Po dwóch sygnałach Myron usłyszał chropawy kobiecy głos z taśmy.

— Halo. Połączyłeś się z telefonicznymi fantazjami. Jeżeli nie skończyłeś osiemnastu lat lub nie chcesz płacić za rozmowę, odłóż słuchawkę. — Po sekundzie głos mówił dalej: — Witamy w telefonicznych fantazjach, dzięki którym masz okazję porozmawiać z najpiękniejszymi, najseksowniejszymi, najbardziej chętnymi i pożądanymi kobietami na świecie.

Myron odnotował, że głos na taśmie znacznie zwolnił tempo, tak jakby czytał bajkę przedszkolakom. Każde słowo było zdaniem.

Witamy… w telefonicznych… fantazjach…

— Za chwilę porozmawiasz z jedną z naszych cudownych, prześlicznych, zmysłowych, gorących dziewcząt, które są tu po to, abyś mógł się wzbić na wyżyny rozkoszy. Rozmowa będzie bezpośrednia. Opłatę doliczymy dyskretnie do rachunku telefonicznego. Porozmawiasz na żywo z twoją wymarzoną dziewczyną. — Monotonny głos, który recytował swoje w rytmie pentametru jambicznego, dotarł wreszcie do instrukcji: — Jeśli masz telefon tonowy, a chciałbyś wysłuchać intymnych zwierzeń frywolnej nauczycielki, naciśnij jedynkę. Jeśli chciałbyś…

— Długo „rozmawiam”? — spytał Myron.

— Sześć minut — odparł Win.

— Dwadzieścia cztery dolary. To się nazywa „robienie w wała”.

— I to złamanego.

Chcąc za wszelką cenę uwolnić się od głosu z taśmy, Myron nacisnął pierwszy lepszy przycisk. Po dziesiątym sygnale — wiedziały, hieny, jak grać na czas — usłyszał inny kobiecy głos:

— Cześć. Jak się masz?

Głos był taki, jak oczekiwał — niski i chropawy.

— Cześć — wybąkał. — Chciałem…

— Jak ci na imię, skarbie?

— Myron — odparł i klepnął się w czoło, połykając przekleństwo.

Idiota! Zdradził, jak się nazywa.

— Mmm, Myron — wymruczała, jakby je smakowała. — Podoba mi się. Jest takie seksowne.

— Czy ja wiem, dziękuję…

— Jestem Tawny.

Tawny. A jakże.

— Skąd wziąłeś mój numer, Myron?

— Z magazynu.

— Z jakiego magazynu, Myron?

Ciągłe powtarzanie jego imienia zaczęło mu działać na nerwy.

— Cyce.

— Ooo. Lubię ten magazyn. Jak go czytam, to robię się taka, wiesz!

Krasomówczyni!

— Posłuchaj… Tawny, chciałbym cię zapytać o twoje ogłoszenie.

— Myron?

— Tak?

— Masz miły głos. Taki namiętny. Chcesz wiedzieć, jak wyglądam?

— Nie, nie bardzo…

— Mam piwne oczy. Długie ciemne włosy, lekko kręcone. Metr siedemdziesiąt wzrostu. Wymiary 92-61-92. Miseczka trójka. W porywach czwórka.

— Masz powód do dumy, ale…

— Co zrobimy, Myron?

— Zrobimy?

— Jak się zabawimy?

— Jesteś bardzo miła, Tawny, słowo, ale chciałbym porozmawiać z dziewczyną z ogłoszenia.

— Ja jestem z ogłoszenia.

— Z dziewczyną, której zdjęcie i numer telefonu zamieszczono w magazynie.

— To ja, Myron. Ja jestem tą dziewczyną.

— Powiedziałaś, że masz piwne oczy i ciemne włosy. A dziewczyna ze zdjęcia to niebieskooka blondynka.

Na cześć sokolego wzroku Myrona Bolitara, asa wśród detektywów, Win uniósł kciuki w górę.

— Tak? Przejęzyczenie. Jestem niebieskooką blondynką.

— Chcę porozmawiać z dziewczyną z ogłoszenia. To bardzo ważne.

— Ja jestem lepsza. — Głos zjechał oktawę w dół. — Najlepsza.

— Wcale nie wątpię, Tawny. Jesteś profesjonalistką. Ale w tej chwili chcę rozmawiać z tamtą.

— Nie ma jej tu, Myron.

— A kiedy będzie?

— Trudno powiedzieć. Usiądź wygodnie i wyluzuj się. Zabawimy się tak, że…

— Nie chcę być niegrzeczny, ale nie mam ochoty. Mogę rozmawiać z twoim szefem?

— Z moim szefem?

— Tak.

— Żartujesz sobie — odparła zmienionym, rzeczowym tonem.

— Mówię serio. Połącz mnie z szefem.

— Dobrze. Chwileczkę.

Minęła minuta. Dwie.

— Już się nie odezwie — orzekł Win. — Liczy dolce, które wsunie jej do majtek debil, nim odłoży słuchawkę.

— Nie sądzę. Powiedziała, że mam miły głos. I namiętny.

— Coś takiego! Pewnie nie mówiła tego jeszcze nikomu.

— Wyjąłeś mi z ust.

Kilka minut potem Myron odłożył słuchawkę.

— Ile mi to zajęło? — spytał.

Win zerknął na zegarek.

— Dwadzieścia trzy minuty. — Chwycił kalkulator. — Dwadzieścia trzy razy trzy dziewięćdziesiąt dziewięć za minutę. Będzie cię to kosztować dziewięćdziesiąt jeden dolarów siedemdziesiąt siedem centów.

— Tanio jak barszcz. Ale wiesz co? Ona w ogóle nie świntuszyła.

— Słucham?

— Ta dziewczyna z sekstelefonu. W ogóle nie świntuszyła.

— Jesteś zawiedziony.

— Ciebie to nie dziwi?

Przerzucający strony pisma porno, Win wzruszył ramionami.

— Przejrzałeś je dokładnie? — spytał.

— Nie.

— Połowę zajmują ogłoszenia z sekstelefonami. To poważny biznes.

— Bezpieczny seks. Najbezpieczniejszy.

Zapukano do drzwi.

— Wejść — zawołał Win.

— Telefon — oznajmiła Esperanza. — Dzwoni Otto Burke.

— Zaraz odbiorę — odparł Myron.

Skinęła głową i wyszła.

— Mam trochę wolnego czasu — rzekł Win. — Spróbuję ustalić, kto zamieścił to ogłoszenie. Przydałaby się też próbka pisma Kathy Culver.

— Zobaczę, co da się zrobić.

Win rozłączył dłonie, delikatnie stukając palcami o palce.

— Wiedz, że to zdjęcie jeszcze o niczym nie świadczy — powiedział. — Wyjaśnienie tej zagadki może być bardzo proste.

— Owszem.

Myron wstał z fotela. To samo powtarzał sobie od dwóch godzin, ale już w to nie wierzył.

— Myron?

— Tak?

— Myślisz, że Jessica znalazła się w tym barze przez przypadek?

— Wątpię.

— Powiem ci jedno. Uważaj.