Opis

Czy praca w systemie dwudziestoczterogodzinnym, z dala od rodziny, przyjaciół, własnego prawdziwego życia, w której nie są szanowane prawa człowieka i pracownika, może dawać nadzieję tysiącom polskich opiekunów osób starszych pracującym w Niemczech? Czy starość we własnym domu – zakrapiana samotnością, chorobą, smutkiem, żalem, tęsknotą, goryczą, w towarzystwie osoby, która nie rozumie prostych, wypowiadanych przez nas zdań, jest oznaką statusu społecznego, luksusu, troski rodziny i państwa? Czy beznadzieja może stać się nadzieją? Czy nadzieja nie jest złudna? Dokąd prowadzi droga polskiego opiekuna? Czy służący do wszystkiego jest tym, czego potrzebuje stary schorowany człowiek w ostatnich latach, miesiącach, dniach, godzinach swojego życia? Te i inne pytania towarzyszyły mi podczas mojej pracy. Docierały do mnie informacje: „Umarła nasza koleżanka”, „Nasza koleżanka jest chora na raka. Pracowała na działalność. Z czego ma teraz żyć?”, „Opiekunka z dwudziestoletnim doświadczeniem szuka pracy w opiece”, „Umarł mój podopieczny. Strasznie to przeżywam. Szukam pracy na już”… W końcu zdałam sobie sprawę z tego, że moje życie jest jak ciepły nadmorski piasek, który przelatuje w promieniach słońca między palcami. Słońca, które przez kilka ostatnich lat widziałam zza niewidzialnych krat dzielących mnie od reszty świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Ponad pięć lat pracowałam w opiece nad osobami starszymi w Niemczech. Bardzo żyłam nadzieją na lepsze jutro. Raz mniejszą, raz większą. W zależności od dnia, od zlecenia. Coraz częściej zastanawiałam się, czy to właściwa droga. Czy kiedyś będzie mniej ciernista, bardziej z górki? Do czego mnie doprowadzi? Wydawało mi się, że jestem częścią ogromnej grupy opiekunów. Przynależność ta dodawała mi sił. Miałam wrażenie, że tworzymy pewnego rodzaju społeczność. To było jedynie złudzenie.

Kim są opiekunowie niemieckich seniorów? Osobami, którym się nie powiodło, które próbują stanąć na nogi, które szukają sposobu na życie, które nie mają lepszych perspektyw oraz tymi, które w kraju miały tak ciężkie życie, że pracę w opiece nad osobami starszymi w Niemczech postrzegają jako dar niebios. Fakt, że istnieją ludzie, którzy nie dostrzegają, że warunki w pracy w tej branży powinny się poprawić, przeraża mnie.

Byłam wdzięczna za możliwość zarobku. Nie zamykało mi to jednak oczu na negatywne aspekty pracy w opiece. Chciałabym podziękować wszystkim tym, którzy sięgnęli po moją książkę Perły rzucone przed damy. Czytelnikom spoza branży, którzy dostrzegli trud pracy opiekuna osób starszych w Niemczech, oraz opiekunom, którzy w moich opowiadaniach odnaleźli samych siebie.

Długo rozmyślałam, czy powinnam napisać kolejną książkę. Po co komuś dwie takie same? Jak mówią niektóre opiekunki: „Każda z nas może napisać powieść”. Mam jednak nadzieję, że (Bez)silna opiekunka, czyli polsko-niemiecka (bez)nadzieja będzie inna niż moja pierwsza książka. Wierzę, że w międzyczasie wiele się nauczyłam. To prawda – każda opiekunka i każdy opiekun mogą napisać własną powieść. Nie każdy to jednak zrobi. Niech moje kolejne opowiadania będą głosem wszystkich opiekunów, którzy mogliby stworzyć podobne historie, ale nigdy nie sięgną po pióro.

Krótki epizod I

Jajko niespodzianka

Za każdym razem, decydując się na nową ofertę pracy, zastanawiałam się, na jak długo wyjeżdżam. Posada otrzymana od agencji pracy dla opiekunów osób starszych bardzo przypomina mi jajko niespodziankę. Człowiek jej pragnie. Wie, że musi ją mieć. Chce zarobić pieniądze na potrzeby własne i swoich bliskich. Ma świadomość, że coś jest w środku. Dzięki szczątkowym informacjom otrzymanym od pracownika biurowego domyśla się zawartości. Tak naprawdę dopiero na miejscu okazuje się, jak będzie wyglądała jego praca, w jakim stanie fizycznym i psychicznym jest podopieczny, jak do opiekuna nastawieni są pozostali członkowie rodziny oraz jakie będą warunki zamieszkania. Można się bawić w detektywa. Dręczyć firmę kolejnymi pytaniami, rozmawiać z opiekunem będącym na miejscu, a nawet z rodziną seniora, do którego chce się wyjechać. Mimo wszystko prawdy o zleceniu w większości przypadków dowiemy się, dopiero wtedy gdy trafimy do domu podopiecznego. Do tego dochodzi kwestia tak zwanej chemii między seniorem a opiekunem. Dla mnie była ona niezwykle ważna. Czasami niby wszystko wydawało się w porządku, a ja czułam się w danym miejscu źle i nie potrafiłam określić, z jakich powodów. Myślę, że chodziło właśnie o ową chemię, która nijak nie chciała się pojawić pomiędzy mną, podopiecznym i jego krewnymi. Przełączałam wówczas swoje biegi na automat. Czynności wykonywałam jak robot. Starałam się nie myśleć za wiele. Sprawdzałam, ile czasu wytrzymam. Jajko zostało otworzone.

 

Wyjazd do starszego pana

Pakując walizkę oraz masę drobnych pakunków do mojego forda, byłam pozytywnie nastawiona.

W końcu będzie dobrze – dumałam. Mam już ogromne doświadczenie. Nikt mnie nie zaskoczy. Wiem, że muszę zachować spokój. Nauczyłam się cierpliwości. Potrafię wymusić na rodzinie podopiecznego respektowanie moich praw, nie mam oporów, by w razie problemów zgłosić się do pracodawcy. Do tego współpracuję z rzetelną firmą, którą już od kilku lat obserwuję na rynku.

Na wyjazd zdecydowałam się bardzo szybko. Była to oferta niemal na już. Zresztą jak większość ogłoszeń ukazujących się w tej branży. Można się zastanawiać, dlaczego opiekun musi wyjechać w ciągu kilku dni:

Czy poprzedniczka ucieka? A może nie podoba się seniorowi i jego rodzinie? Nie spełnia wysokich oczekiwań, jakie mają Niemcy zatrudniający pracownika z kraju Europy Wschodniej? Skończyła się umowa i firma nie zdążyła na czas znaleźć zmienniczki? Jeśli tak, to dlaczego nie ma chętnych na tę ofertę? Czy firma nie jest wiarygodna? A może stan podopiecznego znacznie się pogorszył, osoba będąca na miejscu nie daje rady, a krewni są przekonani, że kolejny robot stanie na wysokości zadania? Czy chcę być takim robotem? Czy dam radę, czy mnie zaakceptują, czy spełniam ważne kryteria dla chcących zatrudnić mnie Niemców?

Po pięciu latach nadal stawiałam sobie takie pytania. Nie mając odpowiedzi i tak decydowałam się na wyjazd. Wiedziałam, że na miejscu w ciągu kilku dni dowiem się wszystkiego.

Wyjazd do starszego pana był kolejnym krótkim epizodem w moim życiu oraz w karierze opiekunki osób starszych w Niemczech, chociaż zapowiadało się, że będzie dobrze. Miałam właśnie za sobą zlecenie, na którym przepracowałam półtora roku. Byłam przekonana, że to zasługa mojego doświadczenia, umiejętności współpracy z firmą oraz z rodziną seniora. Wierzyłam, że rozszyfrowałam ten cały biznes i teraz będzie już zawsze w porządku. W pośpiechu się spakowałam, omówiłam szczegóły wyjazdu, przeczytałam umowę przysłaną mailem przez firmę, zamieniłam kilka słów ze zmienniczką. Nie miałam czasu, by wydrukować oraz odesłać podpisane dokumenty. Byłam akurat w trakcie przeprowadzki. W jednym z licznych kartonów odnalazłam drukarkę. Z powodów technicznych nie mogłam jednak nic wydrukować. Ponieważ miałam mnóstwo innych spraw do załatwienia, po krótkiej rozmowie oraz zapewnieniach ze strony firmy, że na miejscu koordynator przywiezie mi umowę do podpisania, stwierdziłam, że mogę wyruszyć bez niej. No i wyruszyłam. Miał to być dwumiesięczny wyjazd. Na miejscu przywitała mnie zmienniczka Ewa.

– Cześć. Dobrze, że przyjechałaś. Już myślałam, że nikogo nie znajdą.

– No nie miałam za wiele czasu na przygotowanie się do wyjazdu.

– Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy ktoś mnie zmieni. Firma kazała mi zostać dłużej. Ale nie ze mną takie numery. Powiedziałam, że w żadnym wypadku nie zostanę dłużej, niż mam to w umowie.

– No i racja. Nie mogą cię zmusić. Czyli zjeżdżasz w terminie, jaki miałaś w umowie, nie uciekasz przed czasem? Wszystko jest tu w porządku?

– Tak, spoko. Za miesiąc tu wrócę.

– Słucham?

– Za miesiąc tu wrócę. Na miesiąc przyjechałaś czy na ile?

– Umowę mam na dwa miesiące. Nie wyjeżdżam na tak krótki czas.

– A to oszuści. Przecież dobrze wiedzą, że chciałam tu wrócić za miesiąc. To dlatego, że nie chciałam zostać dłużej. Kłóciłam się z nimi przez telefon. Przecież ja mam swoje sprawy do załatwienia w Polsce.

– Wiesz co, nie wiem. Nie podpisałam jeszcze umowy. Mówiłam, że chcę wyjechać na dwa miesiące. Tak napisali w dokumentach, które przesłali mi mailem. Tak w ogóle jak wygląda sprawa ze składkami? Mówili mi, że płacą je od średniej krajowej. Jednak z umowy wynika, że płacą je od sześciuset euro. Reszta to diety.

– Jak od średniej krajowej? Okłamali cię!

– Kilka razy pytałam. Zresztą chwalą się na portalach społecznościowych, że są lepsi od innych firm, ponieważ płacą pełne składki. Tłumaczą tym niskie stawki, jakie mają w porównaniu z innymi. Dopiero gdy dostałam umowę, zorientowałam się, że tak nie jest. Nie chciałam wszystkiego odwoływać. Zresztą gdy kolejny raz zapytałam, ponownie zapewniono mnie, że płacą je od średniej krajowej.

– Bzdury. Oni wszystko by ci powiedzieli, żebyś wyjechała. Potrzebowali kogoś.

– Nieźle się zaczyna.

– Mnie ta firma nie odpowiada, ale miejsce jest dobre, więc wrócę tu za miesiąc.

– Czekaj, może ja wyjaśnię, na ile tu przyjechałam.

Wygrzebałam z torebki pełnej drobiazgów telefon komórkowy. Odszukałam numer firmy. Jak to mam w zwyczaju, włączyłam zestaw głośnomówiący. Ewa stała nade mną ciekawa całej rozmowy. W końcu chodziło nie tylko o moje losy. Sprawa dotyczyła również jej.

– Opiekun dwadzieścia cztery, słucham.

– Dzień dobry. Barbara Bereżańska. Jest mały problem. Zawarłam z państwem umowę na dwa miesiące. Zmienniczka mówi, że chce wrócić tu za miesiąc. Na jaki okres tak naprawdę wyjechałam?

– Dzień dobry, pani Basiu. Proszę się nie denerwować. Wyjechała pani, tak jak się umawiałyśmy, na dwa miesiące.

– Okej. Bardzo dziękuję. Korzystając z okazji, chciałabym się jeszcze upewnić, od jakiej kwoty są odprowadzane składki.

– Od średniej krajowej.

– Okej. Dziękuję. Do usłyszenia.

– Do usłyszenia, pani Basiu.

Przez chwilę czułam się, jakbym wygrała bitwę. Natomiast Ewkę zaczęło nosić.

– Co oni kombinują? To dlatego, że nie chciałam zostać dłużej – powiedziała podenerwowana. – I co oni mówią o tych składkach od średniej krajowej? Przecież to kłamstwo!

Nadal nie miałam pewności odnośnie do składek, ale przecież wielokrotnie mnie zapewniano, że będą one płacone od średniej krajowej. Ważniejsze wydawało mi się to, by dostać do ręki umowę, podpisać ją i mieć gwarancję, że przyjechałam na okres dwóch miesięcy. Wybrałam numer do koordynatorki.

– Dzień dobry. Barbara Bereżańska. Jestem już na miejscu. Chciałam się dowiedzieć, kiedy przyjedzie pani z umową.

– Pani nie ma umowy?

– Nie. Miałam ją podpisać na miejscu. W Polsce nie było na to czasu.

– Jestem chora. Nie mogę dzisiaj przyjechać.

– Pierwszego dnia na miejscu miał być obecny koordynator.

– Jestem chora.

– Tak w ogóle to na jak długo przyjechałam tu pracować?

– Na miesiąc. Potem wraca Ewa.

Ewa odetchnęła z ulgą. Ja natomiast poczułam ogromną złość. Nie dość, że zostałam oszukana co do składek, to jeszcze się okazało, że to krótki wyjazd.

– Zapewniano mnie, że to oferta na dwa miesiące.

– Co oni znowu namieszali?! Zaraz z nimi pogadam.

Żadnego „cześć”, „do usłyszenia”, „oddzwonię”…

– „Wiem, że jesteś tam…” – usłyszałam sygnał mojego telefonu.

Jestem, jestem, ale co dalej? – pomyślałam, odbierając.

– Pani Basiu, po co pani dzwoniła do koordynatorki? Dlaczego nie ma pani przy sobie umowy?

– Umawialiśmy się, że umowę podpiszę na miejscu. Okazuje się, że przyjechałam tutaj na miesiąc, a nie na dwa. Mam jeszcze jedno pytanie: od jakiej kwoty płacą państwo składki?

– Od sześciuset euro. Koordynatorka nie może do pani przyjechać. Jest chora. Umowa jest na miesiąc. Potem wraca Ewa.

– Jak to na miesiąc? Przecież umawiałyśmy się na dwa.

– Proszę nie dyskutować, tylko wziąć się do pracy.

– Słucham?!

– Proszę wziąć się do pracy. Wyjechała pani zajmować się starym schorowanym człowiekiem. To nie czas na pogawędki.

– Proszę mi nie podnosić ciśnienia. Tak się składa, że póki co nie podpisałam żadnej umowy. Okłamali mnie państwo odnośnie do składek. Wielokrotnie. Mam świadka, który słyszał, jak kolejny raz z rzędu potwierdzono mi, że składki są płacone od średniej krajowej. Albo dzisiaj przyjedzie koordynator z umową do podpisania na dwa miesiące, albo zjeżdżam.

– Nie może pani zjechać.

– Przecież nie mam umowy. Wszystko mogę. Nie tak się umawiałyśmy.

Tym razem to ja odłożyłam telefon, nie kończąc rozmowy tak, jak należy. Ewa stała blada. Ważyły się nie tylko moje, ale i jej losy. Już chyba nawet nie zależało jej na tym, żeby wrócić w to miejsce za miesiąc. Myślę, że się przeraziła. Obawiała się, że faktycznie zjadę, jeśli nie dostanę umowy.

– Ale się narobiło. I co, zjedziesz?

– Nie wiem. Muszę pomyśleć. Pewnie nie. Przecież nie zostawię dziadka samego. W co ja się wpakowałam?

– Ja też miałam z nimi wiecznie problemy. Właściwie to pasowało mi, by zjechać dzisiaj w południe. Powiedzieli, że ty przyjedziesz dopiero wieczorem i mam na ciebie czekać. Musiałam na ostatnią chwilę szukać innego busa.

– Co? Przecież mówiłam im, że jadę autem i mogę się dostosować do zmienniczki.

– I co powiedzieli?

– Że mam być na miejscu dzisiaj po południu, a ty wyjeżdżasz późnym wieczorem.

– Tam nie ma z kim rozmawiać. Cieszyłam się, że w ogóle kogoś znaleźli. Teraz nie wiadomo, czy pozwolą mi zjechać, jeśli ty nie zostaniesz.

– Jak to ci nie pozwolą? Przecież skończyła ci się umowa.

– No ale mogą powiedzieć, że nie zapłacą mi pieniędzy, jeśli nie zostanę.

– Pieniądze za pracę muszą ci zapłacić. Poczekaj. Jeszcze nie wiem, co zrobię. Może przywiozą mi tę umowę.

Poczułam wibracje w kieszeni. Przyszedł SMS. Przeczytałam na głos: „Będę za trzydzieści minut z umową. Proszę dogadać się z Ewą, kiedy się zmienicie. Ewelina”.

– Co oni odwalają? Namieszali, a teraz my mamy się dogadać? – rzekłam zdenerwowana.

Ewa spojrzała na mnie. Widziałam, że jej się tu podoba i chce wrócić za miesiąc. Opuściłam Polskę w przekonaniu, że wyjeżdżam na dwa miesiące. Jak miałyśmy się dogadać? Ktoś musiał ustąpić.

– Ciekawe, co za umowę ona przywiezie. Przecież w tej, którą mi przysłali na maila, jest okres dwóch miesięcy – powiedziałam.

I tak oto dwie opiekunki, które właściwie powinny współpracować, chcąc nie chcąc stały się sobie wrogami. Zwycięstwo jednej oznaczało przegraną drugiej. W duchu każda z nas zastanawiała się, jak zakończy się ta sprawa.

Koordynatorka przyjechała z dwoma umowami. W jednej było napisane „cztery tygodnie”, w drugiej – „dwa miesiące”. Decyzja należała do mnie. Po emocjonujących przejściach stwierdziłam, że podpiszę tę na cztery tygodnie. Jeśli współpraca z firmą miała wyglądać tak jak pierwszego dnia, chyba nie było warto zostawać dłużej. Ewa odetchnęła z ulgą. Ewelina sprawiała wrażenie, jakby była naszym sprzymierzeńcem.

– Przecież ja im wyraźnie powiedziałam, że mają mi przysłać kogoś na miesiąc. Nie macie pojęcia, jaki oni mają tam burdel. Nie mam kogo wysyłać do moich klientów. Co z tego, że podpiszę umowę z niemiecką rodziną, jak oni nie mają opiekunek. Żebyście widziały życiorysy, jakie mi przysyłają. Jeden gorszy od drugiego. Emerytki. Jedna chora, druga połamana, niemieckiego nikt nie zna, co druga nadużywa alkoholu. Kilka dni temu zwoziłam trzy pijaczki naraz.

– Jak to zwoziłaś?

– Klienci zgłosili, że one piją. Trzeba było znaleźć szybko zmienniczki. Alkoholiczki zawiozłam autem do Polski.

Złapałam na chwilkę kontakt wzrokowy z Ewą. Nie wiem, czy myślała o tych pijanych kobietach, czy być może tak jak ja zastanawiała się, co to za firma, która zatrudnia osoby uzależnione od alkoholu. Do tego aż trzy. Rozumiem i wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Ale trzy naraz? Ewelinie jakby rozwiązał się język. A może chciała pokazać, że ma do nas zaufanie i uważa nas za te z dobrymi życiorysami.

– Dobra, dziewczyny. Na szczęście wy jesteście młode, solidne. To rzadkość. Ja co najmniej raz w miesiącu zwożę opiekunki, które nie nadają się do pracy w naszej firmie.

Powiało grozą. Ewelina, czując, że zdobyła nasze zaufanie i ma nas w garści, a przede wszystkim mnie oraz podpisaną umowę, pożegnała się grzecznie i wróciła do domu. Nie mam pojęcia, co się działo z seniorem Gerardem podczas wizyty koordynatorki. Przypuszczam, że siedział w salonie. Pamiętam, że w końcu przyjechali jego syn Otto z żoną Bertą. Podopieczny pojawił się w jadalni. Wspólnie usiedliśmy przy kawie. Berta zachowywała się tak, jakby mnie nie było. Zazwyczaj nowo przybyłej opiekunce zadaje się z ciekawości albo z grzeczności masę standardowych pytań – gdzie mieszka, ile ma lat, czy ma rodzinę, jak długo jechała, jak długo pracuje w opiece, czy podoba jej się w Niemczech i tak dalej. Tymczasem mnie nikt o nic nie pytał. Siedziałam, przysłuchiwałam się i zastanawiałam, dlaczego jestem dla wszystkich powietrzem.

Chyba im się nie podobam – pomyślałam.

Synowa Gerarda trajkotała z Ewą, jakby były najlepszymi przyjaciółkami. Czułam, jak powoli odzywają się moje kompleksy.

Nie należę do osób nawiązujących aż tak bliskie relacje z ludźmi, dla których pracują – myślałam. Nie będę czuła się tu dobrze. Tym bardziej że ta Berta nawet na mnie nie spogląda.

Nic nieznaczące słowa unosiły się w powietrzu. Ot, takie sobie dyrdymały dwóch gospodyń domowych. Jednak każde zdanie wypowiedziane w taki sposób, jakby nie było mnie przy całej rozmowie, bolało. W pewnym momencie Berta zwróciła się w moim kierunku i z dumnie podniesioną głową rzekła:

– Mój syn jest w Oksfordzie.

Wiedziałam, że nadeszła chwila, by powiedzieć coś mądrego i zabłysnąć. Mogłam stać się uczestnikiem tej rozmowy lub pozostać nadal niewidzialną.

– Oho – wydusiłam z siebie.

Milczący do tej pory Otto dodał:

– Pojechał tam na wycieczkę klasową.

Wymamrotałam zdziwione „Okej”, zastanawiając się, dlaczego Berta słowa o Oksfordzie skierowała właśnie do mnie i dlaczego była z tego taka dumna. Przez chwilę sądziłam, że znalazłam się u seniora, którego wnuczek studiuje na Oksfordzie. Ponieważ nie udało mi się wydusić z siebie nic więcej, znowu stałam się powietrzem. Na szczęście Ewa, ku mojemu zaskoczeniu, nagle zaczęła zbierać talerzyki po cieście oraz filiżanki z niedopitą kawą. Oświadczyła Gerardowi i jego krewnym, że zostawimy ich samych. Poczułam ogromną ulgę, chociaż uważałam, że powinnam porozmawiać z rodziną podopiecznego.

Może nastąpi to później – pomyślałam, pomagając Ewie uprzątnąć stół.

Wróciłyśmy do naszego pokoju.

– Zobaczysz. Będzie dobrze. Oni są spoko – powiedziała.

– No nie wiem. Mam wrażenie, że to nie jest miejsce dla mnie. Widziałaś? Berta nawet na mnie nie zerknęła.

– Co ty mówisz?

– Spojrzała na mnie tylko raz, po czym wywróciła oczyma na wszystkie strony i oznajmiła, że jej syn jest w Oksfordzie.

– Ha, ha! Co ty mówisz?

– Poważnie. W pierwszej chwili myślałam, że chce się pochwalić. Może faktycznie była to jakaś próba kontaktu.

– Hmm… Wiesz, ona na początku dla mnie chyba też taka była. Może potrzebuje czasu.

Ewa przekazała mi najważniejsze informacje. Dowiedziałam się, że rano, przychodząc do kuchni, włącza się ogrzewanie w jadalni. Gdy senior kończy śniadanie, zakręca się kaloryfer w jadalni i odkręca ten w salonie. Ogrzewanie w łazience włącza się wtedy, gdy się z niej korzysta. Senior kąpie się raz w tygodniu. Pomagają mu w tym pracownicy Caritasu. Na noc zakręca się wszystkie kaloryfery poza tymi w sypialni. Jeśli chodzi o zakupy, otrzymałam informację, że w tym domu jada się jedzenie „z wyższej półki”. Zmienniczka pokazała mi, gdzie są sklep mięsny oraz piekarnia.

– Tu nie żałuje się pieniędzy na jedzenie. Kupujesz produkty dobrej jakości. Gdy kończy ci się kasa, pytasz o kolejną. Dodatkowo raz w tygodniu dzwoni córka i pyta, co kupić, żeby nie trzeba było dźwigać zakupów.

– Okej – odpowiedziałam.

Bogata w doświadczenia z poprzednich zleceń dla pewności zapytałam dziewczynę, ile średnio wydawała na tydzień. Nie potrafiła odpowiedzieć.

Trudno. Po tygodniu będę wiedziała – pomyślałam. Tylko to ciągłe dopytywanie się o kolejne pieniądze na zakupy… Nie cierpię tego. Dla niektórych to normalne. Zawsze czuję się, jakbym żebrała. Powinna być ustalona konkretna kwota na tydzień, żeby człowiek nie musiał się za każdym razem upominać.

Ewa zapewniła mnie jednak, że z zakupami nie ma najmniejszego problemu. Wyjaśniła, co mam podawać do śniadania i na kolację. W tym domu rytuał nakrywania do stołu wyglądał jak na dworze króla i należało ściśle przestrzegać wszystkich zasad. Okazało się, że Gerard praktycznie nie wychodzi z domu. Była to dla mnie pozytywna wiadomość. Nie wiem dlaczego, ale nie cierpię spacerów z podopiecznymi. Senior cały dzień chodził w piżamie. Przebierał się tylko w sobotę, gdy odwiedzały go dzieci. Opiekunka musiała mu przy tym towarzyszyć, na wypadek gdyby utracił równowagę. Ewa opowiadała, że wspólnie ze staruszkiem oglądała telewizję. Starszego pana szczególnie interesowały programy sportowe. Gdy oświadczyłam, że jestem w stanie zainteresować się każdym kanałem w TV poza sportowym, zmienniczka odpowiedziała ze śmiechem, że ona dowiedziała się tutaj wiele o piłce nożnej oraz o golfie. Obowiązkiem opiekunki było również odprowadzenie mężczyzny do łóżka. By dostać się do sypialni, musiał pokonać cztery schodki. Potrzebował przy tym asekuracji.

Późnym wieczorem Ewa wsiadła do busa i odjechała. Zostałam z Gerardem oraz z przekazaną mi wiedzą.

 

Na służbie u pana

Starszy pan był grzeczny, miły, dystyngowany. Odnosił się do mnie z szacunkiem. Jednak jak przystało na byłego dyrektora wielkiej firmy, mówił takim tonem, że nie sposób było mu zaprzeczyć czy odmówić wykonania jakiejś czynności.

Szybko pozbierałam się po wstępnych problemach z firmą. Starałam się wykonywać moją pracę najlepiej, jak potrafiłam. Ze starannością przygotowywałam stół do śniadania. Przez kilka dni zawsze czegoś na nim brakowało. Po pewnym czasie doszłam do perfekcji. Wiedziałam, co oraz w jakim miejscu musi być ustawione, w którym momencie należy zapalić świeczkę w podgrzewaczu pod kawą oraz kiedy podejść do schodów, by czuwać nad tym, jak senior z nich schodzi.

Czułam się jak służąca u pana. Pierwszy raz w moim życiu. Przez cztery lata pracy w opiece nie miałam takich odczuć. Nigdy nie musiałam być gotowa na każde skinienie. Nigdy nie musiałam się do tego stopnia kontrolować. Myślę, że w dużej mierze wpływ miał na to fakt, iż podopieczny nie miał demencji. Chociaż opiekowałam się już raz seniorką w pełni sprawną umysłowo, u niej nie czułam się jak służąca. Tutaj owszem. Gdy skończywszy śniadanie, chciałam wstać od stołu, starszy pan dał mi do zrozumienia, że powinnam przy nim zostać, póki on nie skończy posiłku. Siedziałam więc, gapiąc się w stół. Zastanawiałam się, czy tak będzie już zawsze. Gerard jadł spokojnie ponad godzinę. Sączył kawę z filiżanki, do której co jakiś czas dolewał aromatycznego napoju z grzejącego się na podgrzewaczu dzbanka. Gdy przełknął resztki pokarmu, zaczął czytać gazetę. Podrzucał mi przeczytane strony. Grzecznie dziękowałam. Nie miałam głowy do czytania. Siedziałam więc bezczynnie, zastanawiając się, w którym momencie będę mogła odejść. Za każdym razem to senior decydował, kiedy ustaną moje katusze. Kończąc czytać gazetę, odkładał kilka kartek na krześle, mówiąc, że mam je wynieść do przedpokoju, gdzie trzymana jest makulatura. Te, które chciał zachować, zbierał na stole przez kolejne dni. Brałam wówczas zwoje papieru i uciekałam do przedpokoju. Tam następowało kilka głębszych oddechów, po czym wracałam do jadalni. Nastawiałam odpowiednio kaloryfery, sprzątałam ze stołu, a Gerard pytał:

– Co gotujemy dzisiaj na obiad?

Po czym sam sobie odpowiadał. Ubierałam się i wychodziłam na zakupy, by upolować to, czego pan sobie tego dnia zażyczył. Przy okazji kupowałam standardowe produkty, o których mówiła mi zmienniczka. Źle się czułam, pracując w takim systemie. Po kilku dniach odważyłam się sięgnąć po komórkę, podczas gdy senior czytał gazetę. Nie napotkawszy sprzeciwu, kolejnego dnia przyszłam ze słuchawkami w uszach. Jedną miałam wsadzoną do ucha, druga wisiała mi na ramieniu. Staruszek spytał, co to. Odpowiedziałam, że lubię z rana posłuchać radia. Senior włączył swoje. Jednym uchem słuchałam więc Radia Zet, drugim bawarskiej stacji. Robiłam się coraz bardziej bezczelna, a raczej odważna. Robiąc zakupy następnym razem, sięgnęłam po produkty, które chętnie bym zjadła. Na zadane kolejnego dnia pytanie „Co dzisiaj gotujemy?” odpowiedziałam błyskawicznie, nie dając seniorowi czasu na podzielenie się swoimi planami odnośnie do obiadu. Oświadczyłam krótko, że dzień wcześniej kupiłam mięso wołowe i trzeba je zużyć. Ku mojemu zaskoczeniu nie było protestu. Głęboko w środku miałam jednak przeczucie, że to Gerard tu rządzi. Nie wiem, z czego ono wynikało. Ot, taka kobieca intuicja.

 

Polska służąca

Dziwnie czułam się u Gerarda. Z jednej strony miałam wrażenie, że jestem służącą. Z drugiej dostrzegałam szacunek, jakim darzył mnie ten człowiek. No cóż. Służba też zasługuje na szacunek, chociaż dla mnie taka posada wydawała się uwłaczająca mojej godności. Zresztą czy istnieje jeszcze taki zawód? Niedawno przeczytałam bardzo interesującą książkę Służące do wszystkiego Joanny Kuciel-Frydryszak. Po tej lekturze zdałam sobie sprawę, że profesja opiekunki to praktycznie nic innego jak zawód służącej sprzed stu lat. Zarezerwowany dla najniższych, najuboższych warstw społecznych, niemających innych możliwości. Tak jak sto lat temu służące walczyły o lepsze warunki pracy, godziwe wynagrodzenie, czas wolny, zabezpieczenia na przyszłość, tak samo polscy opiekunowie w dwudziestym pierwszym wieku zmuszeni są walczyć o zapewnienie podstawowych potrzeb człowieka i pracownika. Okazuje się, że opiekun nie tylko realizuje obowiązki, jakie wykonywała służba sto lat temu, ale również boryka się z identycznymi problemami. A niby świat idzie do przodu. Ja nie tylko stanęłam w miejscu. Chyba cofnęłam się o cały wiek. Tak jak służące sto lat temu zastąpiły w mniej zamożnych rodzinach kucharki, praczki, sprzątaczki, portierów, tak samo polscy opiekunowie stali się pracownikami multi (do wszystkiego) na niemieckich salonach. Tak samo jak jaśnie państwo pytało niedouczone służące, czy potrafią ugotować leguminę, tak samo Gerard pytał mnie, czy wiem, że robiąc pranie, należy podzielić ciuchy na białe i kolorowe. Momentami miałam wrażenie, że dla niego byłam kobietą z lepianki, żeby nie powiedzieć z jaskini.

 

Zmienniczka Edyta

Z Edytą zmieniałam się, pracując u Sofii. Przepracowałyśmy tam ponad półtora roku. Sofia była bardzo uciążliwą i trudną podopieczną. Często wydzierała się na wszystkich. Nikogo nie słuchała. Gdy złamała rękę, zaczęła się moczyć w nocy i nie chciała przyjąć niczyjej pomocy, wszystko wymknęło się spod kontroli. Syn Gonzales oddał ją w mgnieniu oka do domu starców. Z perspektywy czasu uważam, że była to słuszna decyzja. W tamtym czasie miałam mieszane uczucia. Do tego nie byłam pewna, co mam myśleć o rodzinie staruszki. Dziś bardzo im współczuję. Wydaje mi się, że mieli z nią ciężkie życie. Pomimo wszystko decyzja o oddaniu jej do ośrodka z pewnością nie przyszła im łatwo.

– Cześć, Edyta. Co tam u ciebie?

– Basia, nie uwierzysz. To, co spotkało nas u Sofii, to nic w porównaniu z tym, co ja teraz przechodzę.

– Jednak wyjechałaś?

– Musiałam. Wiesz, jak nie chcę jeździć do tej pracy, ale co mam zrobić? Byle do emerytury. To już za rok.

– Pracujesz z naszą starą firmą czy znalazłaś jakąś nową?

– Z naszą.

– Masz zlecenie od koordynatorki Judyty?

– Tak, małżeństwo. Oboje po dziewięćdziesiąt lat.

– Przynajmniej nie musisz się martwić, że w razie problemów nikt nie zareaguje. To baba z jajami. Nie boi się Niemców tak jak te wszystkie firemki.

– Niby tak. Co z tego? Mam tu problem z jedzeniem. Dziadki kupują tylko ziemniaki i jabłka. Jeszcze te ziemniaki drugiego dnia odsmażają na margarynie. Nie mogę już patrzeć na to jedzenie.

– Ale jak? Same ziemniaki jecie do obiadu?

– Tak. Czasami dziadek wbije do nich jajko. Kiedyś wyciągnął z zamrażarki starą kiełbasę i wkroił ją do ziemniaków. Dzisiaj były same ziemniaki. Wzięłam sobie do tego plasterek wędliny. Nie mogę tak jeść. Brzuch mnie boli.

– A w którym miejscu?

– Z prawej strony.

– Może rozwaliłaś sobie woreczek żółciowy, jak te ziemniaki ciągle są smażone.

– Nie wiem, to chyba ze stresu.

– Może jedno i drugie.

– I pod łopatkami mnie ciśnie.

– To żołądek. Kiedyś tak miałam. Pogotowie wzywałam, tak mnie bolało. Z nerwów oraz od takiego jedzenia nieżytu dostałaś. Wykończą nas te babki.

– Już nie mogę, Basiu. Czy nie ma jakichś babek do towarzystwa? Ta moja, co drewno u niej rąbałam, była super. Najeździłam się z nią po restauracjach.

– Edyta, nie mów mi o rąbaniu drewna.

– No tak. Tam wszystko trzeba było robić. Od rana do nocy.

– Zgłaszałaś firmie, że jest problem z wyżywieniem?

– Tak. Judyta zadzwoniła do syna podopiecznej. Przyniósł mi sto euro na zakupy.

– To czemu jesz smażone ziemniaki?

– Jak mówię tej kobiecie, że chcę iść na zakupy, to ona odpowiada, że nie trzeba, bo wszystko jest w domu.

– Jak syn dał ci pieniądze, to jej nie słuchaj. Idź sobie kupić, co potrzebujesz.

– Nie potrafię tak. Oni nie pozwalają mi nawet nic gotować. Dziadek wszystko pichci.

– Ha, ha. Jak pracowałyśmy u Sofii, zawsze mówiłaś, że byłoby super, gdyby jej mąż od niej nie odszedł. Ty byś się nią zajmowała, a on by gotował. Przecież to było twoje marzenie. Teraz narzekasz.

– Basiu, ale nie na okrągło ziemniaki. Pierwszego dnia ugotował zupę z puszki. Jakąś breję. Jeszcze sam wszystkiego nie zjadł. Wlał resztki do garnka, mówiąc, że to będzie na jutro.

– Makabra. I co, jadłaś to kolejnego dnia?

– Co miałam zrobić? Nic innego nie było.

– Jeszcze co innego, gdyby we własnym domu ktoś wlał takie resztki do garnka. To obcy ludzie. Starzy. Przecież on tam napluł, nasmarkał.

– Pfuj! Przestań!

– Ha, ha. Taki nasz los. U mnie sytuacja z jedzeniem również nie wygląda ciekawie. Niby są pieniądze, ale dziadek decyduje o tym, co jemy. No i jemy parówki z kupną sałatką z ziemniaków.

– I powiedz, że trzeba jeść dużo warzyw. Popatrz, jak oni długo żyją na takim jedzeniu.

– Nie wiem. To inne pokolenie. Dorastali na zdrowej żywności. Są bardziej odporni. Mnie takie jedzenie na dłuższą metę może zabić. Nie wiem, co mam zrobić. Zaraz ciśnienie pójdzie mi w górę od tych gotowców.

– Mnie już poszło.

– Tobie to może z nerwów, skoro się boisz odezwać.

– Pewnie tak. Przyjedź mnie zmienić. Zrobisz tu porządek.

– Oni chodzą sami?

– No. Sami się myją. Nic nie trzeba koło nich robić. Jak chcę sprzątać, to mówią, że nie trzeba. Wczoraj patrzę, a oni wychodzą z domu i ładują się do taksówki. Ja za nimi. A oni nie chcą mnie wziąć ze sobą. Pytam, dokąd jadą.

– Ha, ha. Co oni na to?

– Że nie muszę wszystkiego wiedzieć. Wiesz, jak się poczułam?

– I co? Wzięli cię?

– Nie.

– Ha, ha. To nie wiadomo, gdzie byli?

– U fryzjera. Babka wróciła z lokami, a dziadek ogolony.

– Ha, ha. Jak jeszcze mogą, to niech sobie jeżdżą.

– A jak nie wrócą?

– Oboje mają demencję?

– Firma mówiła, że tylko on. Judyta, gdy mnie odbierała, powiedziała, że to bzdury i że oboje mają.

– No tak. Dziewięćdziesiąt lat. Nie ma co oczekiwać cudów.

– Nadawałabyś się tutaj. Rodzina nie wierzy, że babka ma demencję.

– Kiedy zjeżdżasz? Wiesz, że uwielbiam uświadamiać rodzinę. Ha, ha.

– Za dwa tygodnie.

– Nie da rady. Dopiero co przyjechałam. Umowę mam na cztery tygodnie.

– To zrezygnuj. Przyjedź tutaj. Ustawiłabyś wszystko. Zmieniałybyśmy się.

– Nie da rady. Gdybym miała jakiś poważny powód, aby zrezygnować, to okej. Nie wypowiem umowy bez przyczyny. Jest tu trochę pod górkę, ale na razie kombinuję, żeby było dobrze. Firma zresztą też na początku nieźle namieszała.

– Nasza?

– Nie. Z nową wyjechałam. Trochę nakłamali. Nasza nie jest lepsza. Na początku była w porządku. Teraz się rozkręciła. Już inaczej rozmawiają z opiekunkami. Z szefową to można było pogadać. Ostatnio trafiam na bezczelne pracownice. Chciałam im dać szansę, ale wciskają mi tragiczne zlecenia, które nie nadają się pod opiekę domową. Może kiedyś z nimi jeszcze wyjadę. Wszystkie firmy są takie same.

– Tu byś miała dobrze.

– Ha, ha. Nie da rady. Pogadamy za kilka dni. Trzymaj się.

– Pa.

– Pa.

 

Odpowiedzialność strony niemieckiej za sprowadzonego z Polski pracownika

Co tu dużo opowiadać. Jeśli ma się pecha, wyjedzie się z nieodpowiednią firmą i trafi do niemieckiej rodziny nieprzejętej losem polskiego opiekuna, w razie kłopotów jest się zostawionym samemu sobie. Firma oczekuje, że opiekun sam dojdzie do porozumienia z krewnymi seniora lub z nim samym. Ci z kolei uważają, że z wszelkimi problemami należy kierować się do pracodawcy, czyli firmy. Przerzucają oni na siebie nawzajem obowiązek niesienia pomocy. Jak Piłat umywają ręce. Nikt nie czuje się odpowiedzialny za komfort, zdrowie czy nawet życie pracownika. Rodzina Gerarda chyba należała do takich ludzi. A może mając jedynie niewielkie doświadczenie z pomocą zza granicy, nie byli jeszcze świadomi, że ciąży na nich pewna odpowiedzialność.

Senior był zupełnie inny. To był człowiek starej daty. Słowo „honor” miał wypisane na twarzy. Dlatego darzyłam go ogromnym szacunkiem i nie potrafiłam mu się sprzeciwić. Wiedziałam, że jest on, jak to mówią Niemcy, korrekt1. Dał tego dowód krótko po moim przyjeździe. Nie mogłam się podłączyć do jego wi-fi. W komputerze wyświetlał mi się komunikat, że muszę się skontaktować z administratorem sieci. Wiem, że Niemcy sprowadzają opiekuna, aby mieć święty spokój. Nie panikowałam więc, nie chcąc nikomu zawracać niepotrzebnie głowy. Cierpliwie czekałam w nadziei, że prędzej czy później odwiedzi nas któreś z dzieci seniora i poproszę wówczas o pomoc. W rozmowie ze staruszkiem wspomniałam, że mam problem z podłączeniem się do internetu. Zaznaczyłam, że nie jest to pilna sprawa, gdyż korzystam z internetu w smartfonie. Gerard za każdym razem, gdy patrzył na mnie z komórką w dłoni, ubolewał, że nie potrafi mi pomóc. Z żalem mówił, że nie może się przyglądać, jak robię coś na tym maciupkim ekranie. Zadzwonił do syna i opowiedział o problemie. Chłopaka to nie ruszyło. Starcowi nie dawało natomiast spokoju. Innym razem wspomniałam mu, że muszę wysłać list. Wyszło to w normalnej rozmowie. W końcu wpadł do nas jego syn. Starszy mężczyzna ponownie zaczął opowiadać, że mam problem z internetem. Poprosił również Ottona, aby przewiózł mnie autem i pokazał mi okolicę, ponieważ powinnam wiedzieć, gdzie co się znajduje. Syn spojrzał na mnie, jakby zdziwiły go słowa ojca. Moje oczekiwania wręcz go oburzyły. By nie wywoływać kolejnego konfliktu w tym miejscu, tym razem z rodziną seniora, szybko odpowiedziałam, że poradzę sobie sama.

Kolejnego dnia wcześnie rano Gerard poprosił mnie, żebym pomogła mu się ubrać. Zdziwiłam się. Nie spodziewaliśmy się tego dnia wizyty jego dzieci. Posłusznie stanęłam nad nim, by podać mu spodnie i koszulę oraz być obecną, w razie gdyby stracił równowagę. Kończąc zapinać koszulę, rzekł:

– Ja się czuję za panią odpowiedzialny. Nie może być tak, że sprowadzamy panią z obcego kraju do Niemiec i pozostawiamy samą sobie. Pani przyjeżdża tu do pracy. Nie zna pani tu nikogo. Ktoś musi pani pokazać okolicę.

Zdumiały mnie te słowa. Rzadko ktoś mi wyjaśniał, gdzie co znajdę. Przed wyjazdem często drukowałam sobie mapki miejsca, do którego jechałam. Sprawdzałam, gdzie są sklepy, poczta, lekarz, szpital, urzędy. Gerard właściwie otworzył mi oczy. Przypomniał mi o czymś, czego kiedyś byłam świadoma.

Dwadzieścia lat temu pierwszy Grek – właściciel tawerny, w której przyjechałam pracować – najpierw pokazał mi okolice. Tak samo robił każdy kolejny pracodawca. Do czasu gdy zaczęłam trafiać w coraz gorsze miejsca. W jednym z lokali polska pracownica przywitała mnie ze śmiechem rozpaczy oraz słowami:

– Witamy w obozie pracy.

Miejsce faktycznie się nim okazało. Pracownicy dwóch restauracji byli ulokowani w maciupkich pomieszczeniach magazynowych. W pokojach nie było niczego prócz łóżek. Słabe światło, brak okien. Jeden wspólny obskurny prysznic oraz toaleta dla wszystkich. Pracowników było jedenastu. Do pracy wychodziło się z rana. Ci, którzy pracowali tam, gdzie znajdowały się „mieszkania”, mieli regularne przerwy. Ja należałam do tych „szczęściarzy”, którzy byli wywożeni do odległej restauracji. Nigdy nie wiedziałam, o której i czy w ogóle ktoś nas odbierze, by zawieźć nas na przerwę. Pracodawca gwarantował nam wyżywienie. Okazało się, że był to jedynie obiad, który dawano nam z łaski, gdy ktoś sobie o nas przypomniał. Jadło się go w pośpiechu, ponieważ trzeba było szybko wracać do obowiązków. Zrezygnowałam z tej posady. Gdy powiedziałam synowi szefa, który mnie ściągnął w to miejsce, że wracam do mojego wcześniejszego pracodawcy, o mało mnie nie pobił. Jego ojciec musiał stanąć między nami, by nikomu nic się nie stało. Tego samego dnia zjeżdżała ze mną kobieta, która przywitała mnie oddającymi prawdziwy obraz panujących tam warunków słowami. Inne Polki kurczowo trzymały się tej pracy. Jedna z nich planowała ściągnąć w to miejsce męża oraz dziecko. Było to już pod koniec mojej kariery w gastronomii. Wkrótce potem stwierdziłam, że rynek się popsuł. Od pracownika oczekiwało się coraz więcej, a oferowało coraz mniej. Chętni zawsze się znajdowali.

Trafiłam do opieki. Czy spotkałam tu innych ludzi? Zdarzają się ludzie prawi. Większość osób, z którymi mam obecnie do czynienia, jest jednak przekonana, że jest kimś lepszym oraz że osoba z kraju Europy Wschodniej będzie wdzięczna za każdy ochłap, jaki rzuci się w jej stronę. Tym bardziej potrafiłam docenić fakt, że staruszek postanowił mi pokazać miasto. Niby to takie oczywiste. Niestety rzadko się zdarza, że ktoś o tym pomyśli.

 

Problemy z wyżywieniem

Pomimo że miałam ogromny szacunek do Gerarda i próbowałam normalnie funkcjonować w jego domu, stanowczy ton mężczyzny oraz być może mój brak pewności siebie zaczęły mi doskwierać. Senior kilkanaście lat prowadził samodzielnie gospodarstwo domowe. Radził sobie na swój sposób. Starał się nie brudzić. Raz w tygodniu przychodziła sprzątaczka, która odświeżała mieszkanie. Sam gotował sobie posiłki. Właściwie trudno tu mówić o gotowaniu. Kupował wiele żywności wysoko przetworzonej, którą często wystarczyło jedynie podgrzać. Na jego polecenie kupowałam gotową sałatkę z ziemniaków, parówki, sos boloński w puszcze, śledzie w śmietanie. Jak już opowiadałam, raz kupiłam bez pytania mięso wołowe. Niby nie było sprzeciwu, ale kolejnym razem, gdy powiedziałam, że pieniądze się skończyły, senior się zdziwił. Sięgnął do portfela i wyjął pięćdziesiąt euro. Chwilkę nad czymś dumał, po czym powiedział:

– Moment, zrobimy inaczej.

Byłam przekonana, że przemyślał sprawę i zamiast pięćdziesięciu euro, jak za pierwszym razem, przyniesie mi sto, abym miała pieniądze na zakupy na cały tydzień. Mężczyzna poszedł do sypialni. Wrócił z banknotem o nominale dwudziestu euro w ręce. Przeraziłam się. Planowałam zrobić zakupy na kilka dni. Z kwotą, jaką dostałam, zrobiłam zakupy na kolejny dzień, martwiąc się, czy nie zabraknie mi pieniędzy. Pieczywo w piekarni oraz ciasto do kawy to był wydatek około dziesięciu euro. Za resztę kupiłam produkty na obiad, jakich zażyczył sobie senior. Tak więc bez słów wymusił na mnie kupowanie tylko tego, co on mi poleci. Musiałam się zastanawiać, co postawić na stół na śniadanie i kolację. Męczyłam się z tym okropnie. Ponieważ poprzednia opiekunka nie skarżyła się na problemy z zakupami, krępowałam się, by poruszyć ten temat z krewnymi Gerarda. Do czasu. Pewnego dnia znalazłam na komodzie w jadalni kartkę papieru z planem zajęć dla opiekunki na cały tydzień. Zastanawiałam się chwilę, dlaczego poprzedniczka mi jej nie przekazała. Przeczytałam ją z zainteresowaniem. Właściwie z ulgą. W domu nie było wiele pracy. Czasami zastanawiałam się, czy nikt nie będzie krzywo patrzył, że mam tyle wolnego czasu. Po zapoznaniu się z grafikiem stwierdziłam, że mam jednak do czynienia z mądrymi ludźmi. Był on rozsądnie napisany. Nikt nie oczekiwał od opiekunki niemożliwego. Szczególnie zainteresował mnie punkt o gotowaniu zdrowej żywności. Jedzenie, na które dotychczas zostałam tu narażona, nie miało z nią wiele wspólnego. Postanowiłam przy najbliższej okazji poruszyć ten temat z bliskimi seniora. Ku mojej radości pierwsza zjawiła się córka podopiecznego, Amanda. Raźniej było mi omawiać takie sprawy z kobietą. Pokazałam jej grafik, mówiąc, że zastanawia mnie punkt o zdrowej żywności.

– Do tej pory gotowałam pod dyktando twojego ojca – powiedziałam. – Były to głównie produkty wysoko przetworzone.

Kobieta spojrzała na mnie zdziwiona i rzekła:

– To nieprawda, że w tym domu jada się produkty wysoko przetworzone. Owszem, pierwsza opiekunka, która była tu przed Ewą, chyba nie potrafiła gotować. Podawała dania z puszek i z torebek. Gdy wyjechała, zajrzeliśmy do kuchennych szafek i znaleźliśmy w nich mnóstwo niezdrowej żywności.

Powtórzyłam, że gotuję pod dyktando jej ojca i nie ma to wiele wspólnego ze zdrową żywnością. Po kolei wymieniłam, co jedliśmy na obiad każdego dnia, kończąc zdaniem:

– Wczoraj na obiad jedliśmy spaghetti z sosem z puszki. Nigdy nie jadłam czegoś tak okropnego. Przecież ja mam wystarczająco dużo czasu, by ugotować sos boloński.

Córka popatrzyła zdziwiona na ojca. Zaczęła mu tłumaczyć, że jestem tutaj po to, by nie musiał jadać tego świństwa. Senior chyba nie do końca rozumiał, w czym tkwi problem. Zwrócił się do mnie, że zawsze jadał ten sos, i kazał mi kupić kolejny. Byłam już na tym etapie, że stwierdziłam, iż nie dam rady wprowadzić tu zmian w sposób delikatny oraz dyskretny. Starzec usłyszał:

– Nie kupiłam tego sosu.

Córka spojrzała na mnie z aprobatą. Gerard z oburzeniem.

– Dlaczego? Przecież kazałem pani kupić. Zawsze w spiżarni na półce ma stać jedna puszka sosu bolońskiego.

– Ależ tato – wtrąciła się Amanda. – Przecież Barbara właśnie ci mówi, że sama ugotuje ci taki sos. Kupi świeże mięso, pomidory. Doprawi. Przecież to jest smaczniejsze.

Zaczęło się swego rodzaju pranie mózgu. Rozmowa była długa, trudna i mozolna. Przeczuwałam, że jej skutki nie będą pozytywne. Mężczyzna co prawda próbował wyjść mi naprzeciw, od lat postępował jednak według utartych schematów. Nie był w stanie się przestawić. Co gorsza, uważał, że powinniśmy jadać takie same potrawy. Gdy powiedziałam mu, że chcę sobie ugotować zupę, którą mogę jeść kilka dni, a jemu zrobię to, na co ma ochotę, stwierdził, że będzie jadł to co ja. Widziałam, że to danie mu nie smakuje. Atmosfera przy posiłku była okropna. Moja ulubiona zupa ledwie przechodziła mi przez gardło. Nie wiem, kto bardziej cierpiał – senior czy ja, jedząc to, co sobie wymarzyłam. Z bezsilności nadal pozwalałam, by to Gerard decydował, co zjemy na obiad. Pewnego dnia wysłał mnie do odległego centrum handlowego z listą zakupów. Dobrych kilkanaście minut objaśniał mi, jak mam tam dojechać. Następnie podał mi kartkę z nazwą wędliny oraz dwoma zestawami obiadowymi. Wszystko to miałam kupić u rzeźnika.

– Gdzie są kluczyki do pana auta? – spytałam.

– Pojedzie pani swoim.

– Aha – odpowiedziałam.

Jednocześnie zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś będzie się ze mną rozliczał z pieniędzy za paliwo. Ruszyłam do samochodu. W tej chwili ciekawsze wydawało mi się pytanie, kto będzie jadł który posiłek. Na liście figurowały gołąbki z ziemniakami oraz makaron z gulaszem.

Ha, ha, ale będą jaja, jeśli dzisiaj zjemy jedno danie, a jutro drugie – pomyślałam.

Gdy wróciłam do domu, okazało się, że jestem jasnowidzem. Senior zapytał, które danie zjemy dzisiaj. Spojrzałam na niego. Próbując ukryć moje zażenowanie, rzekłam:

– Wczoraj mieliśmy makaron, więc może dzisiaj zjemy gołąbka.

– Doskonały pomysł. Dokładnie tak myślałem – odpowiedział uradowany.

Przekroiłam gołąbka na pół. Ziemniaki rozdzieliłam na dwa talerze. Po obiedzie poszłam zrozpaczona do pokoju, zastanawiając się, co mam zrobić z tym fantem. Kolejnego dnia podzieliłam na dwie połowy drugi zestaw obiadowy. Nie wiedziałam, jak rozwiązać ten problem. Kogo się poradzić. Dzień później Gerard wyjął z lodówki sto gramów wędzonego łososia, który przywiozła mu córka.

– Dzisiaj na obiad zjemy łososia z makaronem – rzekł.

Zerknęłam na kawałek ryby, zastanawiając się, jak przyrządzić ją z makaronem. Gdy Amanda przywiozła zakupy, byłam przekonana, że to przekąska dla starca. Tymczasem okazało się, że mam ugotować z tego obiad dla dwóch osób. Odpowiedziałam spokojnie, że muszę iść na zakupy. Chociaż nie miałam już żadnej gotówki seniora, nie upomniałam się o kolejne pieniądze. Miałam dość wyliczania mi każdego euro. W sklepie zrobiłam porządne zakupy. Kupiłam masę warzyw, świeże mięso oraz dwa kawałki łososia. W drodze powrotnej zadzwoniłam do koordynatorki, oświadczając, że próbowałam sobie jakoś poradzić, ale już nie wiem, od której strony to ruszyć.

– Proszę nie słuchać dziadka i kupować to, co pani uważa.

– No tak. Prawda – stwierdziłam. – Przecież tak postępowałam u wcześniejszych podopiecznych.

Odłożyłam telefon. Zaczęłam się zastanawiać: Moment. Przecież wcześniej zajmowałam się ludźmi chorymi na demencję. Jak mam powiedzieć zdrowemu człowiekowi, że nie będę go słuchała i będę kupowała to, co uważam za odpowiednie?

Gdy wróciłam do domu, seniorowi przygotowałam obiad z połówki wędzonego łososia, którego mi wcześniej pokazał. Sobie ugotowałam normalny obiad z zakupionych produktów. Gerard zerknął zdziwiony na mój talerz. Uprzedzając jego pytanie, oznajmiłam:

– Mam już dosyć tych podchodów. Kupiłam sobie żywność za własne pieniądze. Będę gotowała dla siebie inne posiłki.

Czara goryczy się przelała. Gerard kompletnie nie rozumiał, o co mi chodzi. Do tej pory był przekonany, że dzielenie jednego posiłku na dwie osoby to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Był zdziwiony, a wręcz oburzony. Wyszłam do swojego pokoju. Stwierdziłam, że nie mam siły z tym walczyć. Nie potrafiłam w delikatny sposób rozwiązać sprawy z jedzeniem. Nie chciałam dokonywać tego siłą. Przeszkadzał mi w tym szacunek, jakim darzyłam starszego pana. Zadzwoniłam do siedziby firmy w Polsce.

 

Kwestia wyżywienia w umowach zawieranych między opiekunem a firmą

Umowy, jakie zawierają opiekunowie z firmami, gwarantują pracownikom darmowe wyżywienie. Niestety najczęściej nie ma ustalonej konkretnej kwoty, jaka powinna być na to przeznaczona. Zasłaniam się niemieckimi przepisami, według których na wyżywienie jednej dorosłej osoby potrzeba około sześćdziesięciu euro w ciągu tygodnia. Brak wystarczającej ilości zróżnicowanego pokarmu i niemożność decydowania o tym, co oraz kiedy się zje, to główne problemy, przed jakimi staje osoba decydująca się na tę pracę.

– Opiekun dwadzieścia cztery, słucham.

– Dzień dobry. Barbara Bereżańska. Wyjechałam z państwem kilka dni temu do pana Gerarda. Mam tu ogromny problem z wyżywieniem. Od kilku dni robię podchody. Nie jestem w stanie nic zmienić.

– O co chodzi? Nie ma jedzenia?

– Podopieczny dyktuje, co trzeba kupić. Nie jemy świeżej żywności.

– Świeżej? Jecie przeterminowane produkty?

– Nie. Jemy żywność wysoko przetworzoną oraz w małych ilościach. Dwa dni temu na przykład jedliśmy na obiad jednego gołąbka przedzielonego na pół.

– Pani Basiu, opiekunki mają gorsze problemy z wyżywieniem. Podopieczni wyliczają im po kromce chleba oraz plasterku wędliny na śniadanie.

– Nie są państwo dobrą firmą, skoro opiekunki mają u państwa takie problemy. Zresztą to nieistotne. Rozmawiałam już na ten temat z koordynatorką. Otrzymałam od niej radę, której nie potrafię zastosować w życiu. Mianowicie że mam nie słuchać seniora i powinnam kupować to, co uważam za stosowne.

– Nie może pani tak robić. Przecież to pieniądze pana Gerarda.

– Również mam prawo decydować o tym, co jem.

– Musi pani jeść to, co je senior.

– O, przepraszam. Wcale nie muszę. Załatwianie takich spraw jest obowiązkiem firmy.

– Czy senior na panią krzyczy?

– Słucham? Dlaczego ma na mnie krzyczeć?

– Gdy pani robi coś innego, niż on chce.

– Proszę pani. Przecież wiadomo, że nie przewracam życia tego człowieka do góry nogami. Staram się delikatnie wprowadzić pewne zmiany. Moja cierpliwość się kończy. Stanęłam przed problemem, który próbowałam ruszyć od każdej strony, i przerasta mnie on.

– Czyli senior na panią nie krzyczy?

– Jeśli krzyk seniora będzie dla pani znakiem, że coś złego dzieje się w miejscu pracy, mogę w pięć minut doprowadzić do tego, że będzie na mnie krzyczał. Chce pani tego? Przecież to jest stary uparty człowiek. Wystarczy, że dobitnie powiem mu, w czym jest problem, a zacznie się wydzierać. Może mnie nawet wyrzucić z domu. Tego pani chce? Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, zjadę dzisiaj. Starałam się załatwić sprawę w sposób taktowny, ale mnie to przerasta. Zresztą nie wiem, o czym my tu dyskutujemy.

– Też nie wiem. Dzwoni pani, mówi, że jest problem z jedzeniem. Senior na panią nie krzyczy. Może pani kupić sobie coś do jedzenia.

– Żeby sobie coś kupić, musiałabym otrzymać pieniądze. Dostaję tylko na to, co chce senior.

– No ale senior na panią nie krzyczy.

– Przepraszam bardzo. Nie będę z panią rozmawiała. W tej chwili wydaje mi się, jakbym próbowała się porozumieć z osobą chorą na demencję. Zresztą nie zadzwoniłam, żeby rozwiązywać ten problem. Chcę zjechać, ponieważ nie jestem w stanie sprostać tej sytuacji.

– Okres wypowiedzenia wynosi miesiąc.

– Jestem