Bez serca - Marissa Meyer - ebook + książka
NOWOŚĆ

Bez serca ebook

Marissa Meyer

4,7

Opis

Autorka, która podbiła serca czytelników słynną Sagą Księżycową, w swojej pierwszej młodzieżowej powieści poza serią urzeka i zaskakuje ekscytującym prequelem Alicji w Krainie Czarów.

 

Na długo przed tym, zanim została postrachem Krainy Czarów – niesławna Królowa Kier – była tylko dziewczyną pragnącą się zakochać.

Catherine jest być może jedną z najbardziej pożądanych dziewcząt w Krainie Czarów i ulubienicą jeszcze niezamężnego Króla Kier, ale interesuje ją zgoła co innego. Ma talent do pieczenia i wraz ze swoją przyjaciółką chce otworzyć piekarnię, by zaopatrywać Królestwo Kier przepysznymi plackami i innymi słodyczami. Jednak jej matka uważa, że to niedopuszczalne dla młodej kobiety, która mogłaby zostać kolejną Królową.

Na królewskim balu, na którym wszyscy oczekują, że król oświadczy się Cath, dziewczyna poznaje Jesta, przystojnego i tajemniczego błazna. Po raz pierwszy czuje, że to prawdziwe zauroczenie. Ryzykując obrazę Króla i wściekłość swoich rodziców, Cath i Jest adorują się w tajemnicy.

Cath chce sama decydować o swoim losie i zakochać się na własnych warunkach. Ale w świecie przenikniętym przez magię, szaleństwo i potwory, los ma inne plany.

Szukaj również wszystkich tomów Sagi Księżycowej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 549

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ROZDZIAŁ 1

Trzy smakowite cytrynowe tarty uśmiechały się do Catherine. Nie zważając na żar bijący od pieca, sięgnęła owiniętymi w ścierki dłońmi do środka i wyciągnęła blachę. Słoneczne nadzienie zadrżało jakby zadowolone, że wydostało się z kamiennej komory.

Cath niosła ciasta z taką czcią, z jaką niesie się królewską koronę. Nie oderwała od nich wzroku, dopóki satysfakcjonujący stuk nie oznajmił, że blacha wylądowała bezpiecznie na stole. Tarty, jeszcze przed chwilą lekko drżące, teraz zastygły, doskonałe i lśniące.

Odłożywszy ścierki, sięgnęła do skręconych, kandyzowanych skórek cytrynowych, czekających na pergaminie. Wybrała kilka i ułożyła z nich na środku każdego ciasta różę. Aromat słodkich cytrusów i maślanego, warstwowego spodu pieścił jej nos.

Odsunęła się, by podziwiać efekty swojej pracy.

Pieczenie tart zajęło jej cały poranek. Pięć godzin odmierzania masła, cukru i mąki, mieszania ich ze sobą, zagniatania i wałkowania, ubijania i gotowania, ucierania żółtek z sokiem cytrynowym, aż stały się gęste i uzyskały kolor jaskrów. Potem glazurowała ciasto i karbowała jego brzegi jak koronkę. Gotowała i kandyzowała delikatne paseczki skórki cytrynowej i ucierała kryształki cukru na drobny proszek do dekoracji. Jej palce rwały się teraz do posypania nim brzegów, ale się wstrzymała. Ciasta musiały najpierw przestygnąć, inaczej cukier roztopiłby się na powierzchni w brzydkie kałuże.

W tych tartach znalazło się wszystko, czego nauczyła się z postrzępionej książki kucharskiej, znalezionej na półce. Nie było pośpiechu ani nieuwagi, wszystkie składniki zostały dokładnie wymierzone. Zachowała drobiazgowość przy każdej czynności. Włożyła w pieczenie całe swoje serce.

Ocena rezultatu przeciągała się, oczy przyglądały się każdemu calowi, każdej fałdce ciasta, każdej błyszczącej powierzchni.

W końcu pozwoliła sobie na uśmiech.

Przed nią stały trzy idealne tarty, a każdy w Kier – od ptaków dodo po samego Króla – przyznałby, że jest najlepszą cukierniczką w królestwie. Nawet jej własna matka zmuszona byłaby to przyznać.

Niepokój zniknął, Cath podskakiwała na palcach i piszczała w złożone ręce.

– Jesteście ukoronowaniem mojej radości – oznajmiła, rozpościerając ręce nad tartami, jakby nadawała im tytuły rycerskie. – A teraz idźcie w świat ze swoją cytrynową pysznością i przywołujcie uśmiechy na każdych ustach, które zaszczycicie swoją obecnością.

– Znów rozmawiasz z jedzeniem, lady Catherine?

– Ach-ach, nie ze zwykłym jedzeniem, Kocie z Cheshire. – Podniosła palec, nie oglądając się za siebie. – Przedstawiam ci najwspanialsze tarty cytrynowe, jakie kiedykolwiek zostały upieczone we wspaniałym Królestwie Kier!

Pasiasty ogon owinął się wokół jej prawego ramienia. Futrzasta głowa z wąsami pojawiła się po lewej. Kot z Cheshire zamruczał z namysłem, a dźwięk zawibrował wzdłuż kręgosłupa dziewczyny.

– Niewiarygodne – powiedział tym swoim tonem, który trzymał Cath w niepewności, czy aby kocisko sobie z niej nie kpi. – Ale gdzie jest ryba?

Cath zlizała kryształki cukru z opuszek palców i potrząsnęła głową.

– Nie ma ryby.

– Nie ma ryby? To jaki to ma cel?

– Celem jest DOSKONAŁOŚĆ. – Za każdym razem, kiedy o tym myślała w jej brzuchu fruwały motyle.

Kot zniknął z jej barków i pojawił się na stole, z jedną łapą wzniesioną nad tartami. Cath skoczyła naprzód, żeby go odgonić.

– Nie waż się! Są na przyjęcie Króla, głuptasie.

Poruszył wąsami.

– Króla? Znowu?

Cath ze zgrzytem przyciągnęła do stołu taboret i usiadła.

– Pomyślałam, że zachowam jedną dla niego, a reszta będzie podana na stół. Wiesz, Król tak bardzo się cieszy, kiedy piekę dla niego. A szczęśliwy król...

– To szczęśliwe królestwo. – Kot skrzywił się i ziewnął, nie kłopocząc się zasłanianiem pyszczka, a Cath osłoniła tarty dłońmi, by ochronić je przed jego ohydnym tuńczykowym oddechem.

– Szczęśliwy król jest też z pewnością najdoskonalszą rekomendacją. Wyobraź sobie, że ogłosiłby mnie oficjalnym piekarzem tart w królestwie! Ludzie ustawialiby się w kilometrowe kolejki tylko po to, by ich spróbować.

– Pachną tartowo.

– Bo to SĄtarty. – Cath obróciła jedną z foremek tak, aby róża z cytrynowych skórek była równo z pozostałymi. Zawsze dbała o to, jak prezentują się jej smakołyki. Mary Ann mówiła, że jej ciasta są nawet piękniejsze od tych, które piekli królewscy cukiernicy.

A po dzisiejszym wieczorze jej desery będą znane nie tylko jako piękniejsze, ale jako lepsze pod każdym względem. Taka pochwała to dokładnie to, czego ona i Mary Ann potrzebowały, aby wreszcie uruchomić swoją cukiernię. Po tak wielu latach planowania widziała już, jak jej marzenia stają się rzeczywistością.

– Czy o tej porze roku jest sezon na cytryny? – zapytał Kot z Cheshire, obserwując, jak Cath zgarnia resztki skórek z cytryny i zawija je w płócienną ściereczkę. Ogrodnicy mogą ich użyć do ochrony przed szkodnikami.

– Nie do końca – odpowiedziała, uśmiechając się do siebie. Myślami wróciła do dzisiejszego poranka. Delikatne światło sączące się przez koronkowe firanki. Przebudzenie od zapachu cytrusów w powietrzu.

Jakaś jej cząstka chciała zachować to wspomnienie jak swoją słodką tajemnicę, ale Kot szybko by to wywęszył. Drzewo wyrastające przez noc w czyjejś sypialni to coś, co trudno utrzymać w sekrecie. Cath była zdziwiona, że pogłoski o tym jeszcze nie obiegły królestwa, biorąc pod uwagę zamiłowanie Kota z Cheshire do zbierania ploteczek. Może był tego ranka zbyt zajęty drzemką. Albo, co bardziej prawdopodobne, służące drapały go po brzuszku.

– Są ze snu – wyznała, przenosząc tarty do szafki, gdzie mogły spokojnie ostygnąć.

– Ze snu? – Kot aż przysiadł i wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. – Mów.

– Żeby pół królestwa wiedziało o tym do zmroku? Kategorycznie nie. Miałam sen, z którego się przebudziłam i zobaczyłam, że w mojej sypialni wyrosło drzewo cytrynowe. To wszystko, co ci na ten temat powiem.

Zamknęła szafkę z hukiem, jak gdyby kończąc dyskusję. Prawda była taka, że od momentu przebudzenia nie mogła uwolnić się od myśli o dzisiejszym śnie; prześladował ją i dręczył. Chciała o tym porozmawiać prawie tak bardzo, jak pozostawić go tylko dla siebie.

To był piękny, mglisty sen, w którym był mglisty, piękny młodzieniec. Ubrany na czarno, stał w sadzie pełnym drzew cytrynowych, a ona nie mogła się pozbyć poczucia, że miał coś, co należało do niej. Nie wiedziała, co to takiego, wiedziała tylko, że chce to z powrotem, ale przy każdym jej kroku w kierunku młodzieńca, ten oddalał się coraz bardziej i bardziej.

Po plecach Cath przebiegł dreszcz. Wciąż czuła tę ciekawość, która ściskała pierś, tę potrzebę podążania za nim.

Ale przede wszystkim nie dawały jej spokoju jego oczy. Żółte i lśniące, słodkie i cierpkie. Były jasne jak dojrzałe cytryny, które za chwilę spadną z drzewa.

Otrząsnęła się z natłoku myśli i zwróciła do Kota.

– Z chwilą, gdy się obudziłam, gałąź oplątała już jeden ze słupków od baldachimu. Oczywiście, mama poleciła ogrodnikom ściąć drzewo, zanim narobi większych szkód, ale zanim to się stało, zdążyłam jeszcze podkraść trochę cytryn.

– A ja się zastanawiałem, o co ten cały harmider dziś rano. – Ogon Kota uderzył o deskę do mięsa. – Jesteś pewna, że te cytryny można bezpiecznie zjeść? Jeśli wyrosły ze snu, mogą być, no wiesz, jedzeniem TEGO rodzaju.

Cath ponownie skupiła uwagę na szafce na ciasta, gdzie pod ochronną siatką stały tarty.

– Boisz się, że Król zmaleje, kiedy zje jedną z nich?

Kot prychnął.

– Wprost przeciwnie, martwię się, że to JA zamienię się w trzydrzwiową szafę, jeśli ją zjem. Wiesz, jak dbałem ostatnio o figurę.

Cath chichocząc pochyliła się nad stołem i podrapała go pod brodą.

– Jesteś idealny bez względu na rozmiar, Kocie. Ale cytryny można bezpiecznie jeść, skosztowałam jednej, zanim zaczęłam piec. – Wykrzywiła się na to kwaśne wspomnienie.

Kot z Cheshire już ją ignorował, leżał na boku, jakby był nieprzytomny, mrucząc w najlepsze. Cath podparła brodę na dłoni, drugą głaszcząc go po brzuszku.

– Poza tym, gdybyś kiedykolwiek zjadł coś niedobrego, i tak znalazłabym dla ciebie jakieś zajęcie. Zawsze chciałam mieć karetę ciągniętą przez kota.

Kot otworzył odrobinę jedno oko, spod przymrużonej powieki nie błysnęło rozbawieniem.

– Machałabym przed tobą motkami wełny i rybimi ośćmi, żebyś szedł naprzód.

Przerwał na moment mruczenie, by powiedzieć:

– Nie jesteś tak urocza, jak myślisz, lady Pinkerton.

Cath klepnęła go po nosie i się odsunęła:

– Mógłbyś zrobić tę swoją sztuczkę ze znikaniem, a wtedy wszyscy myśleliby: O rety, spójrzcie na tę wspaniałą, pękatą głowę ciągnącą karetę!

Kot spiorunował ją wzrokiem.

– Jestem dumnym kotem, a nie jakimś tam zwierzęciem pociągowym.

Zniknął z fuknięciem.

– Nie bocz się, tylko się z tobą droczę. – Catherine zdjęła fartuszek i odwiesiła, a na jej sukni został jego kształt obrysowany mąką i okruszkami ciasta.

– Nawiasem mówiąc – głos Kota rozbrzmiał opodal – twoja matka cię szuka.

– Po co? Jestem tu od rana.

– Tak, a zaraz będziesz spóźniona. I jeśli nie chcesz sama skończyć jak tarta cytrynowa, lepiej się pospiesz.

– Spóźniona? – Cath spojrzała na zegar z kukułką. Wciąż było wczesne popołudnie, sporo czasu, żeby...

Tętno jej nagle podskoczyło, bo usłyszała ciche chrapanie dobiegające ze środka.

– Och! Kukułko, chyba nie zaspałaś znowu? – Uderzyła wnętrzem dłoni w bok zegara, a drzwiczki otworzyły się, ukazując smacznie śpiącego, malutkiego czerwonego ptaszka. – Kukułko!

Ta zbudziła się gwałtownie, machając skrzydłami jak szalona.

– Och, jejku, wielkie nieba – zaskrzeczała, przecierając oczka końcami lotek. – Która to godzina?

– Mnie o to pytasz, głupi ptaku? – Catherine z jękiem wybiegła z kuchni i przy schodach wpadła na Mary Ann.

– Cath... Lady Catherine! Przyszłam, żeby... Markiza...

– Wiem, wiem, bal. Straciłam poczucie czasu.

Mary Ann obejrzała Cath od stóp do głów i chwyciła ją za rękę.

– Lepiej się umyj, zanim cię zobaczy i zażąda głów nas obu.

ROZDZIAŁ 2

Mary Ann upewniła się, że Markizy nie ma za rogiem, po czym wprowadziła Cath do sypialni i zatrzasnęła za nią drzwi.

Druga służąca, Abigail, również ubrana w skromną, czarną sukienkę i biały fartuszek, już na nie czekała. Wywijając miotłą usiłowała wygonić za okno krążącego po pokoju pasikonika nabiegunika. Za każdym razem, gdy chybiła, przerzucał swoją grzywę na drugi bok i znowu frunął pod sufit.

– Te szkodniki wpędzą mnie do grobu! – jęknęła Abigail do Mary Ann, ocierając pot z czoła. Potem, zauważając, że Catherine też weszła do pokoju, dygnęła niezgrabnie.

Cath zesztywniała:

– Abigail! – Ostrzeżenie przyszło za późno. Pasikonik uderzył swoimi malutkimi biegunami w czepek służącej i znów pofrunął pod sufit.

– Oż ty wstrętny, mały kucyku! – zapiszczała służąca, wymachując miotłą.

Kuląc się, Mary Ann wciągnęła Catherine do toalety i zatrzasnęła drzwi. Woda już czekała w dzbanie na umywalni.

– Nie ma czasu na kąpiel, ale lepiej nie mówmy o tym twojej matce – powiedziała, majstrując przy zapięciu muślinowej sukni, a w tym czasie Cath zanurzyła myjkę w dzbanie z wodą i wycierając zajadle mąkę z twarzy, zastanawiała się, jak to możliwe, że ma ją nawet za uszami?

– Myślałam, że idziesz dziś do miasta – powiedziała, pozwalając Mary Ann zdjąć z siebie suknię i koszulę.

– Poszłam, ale było niesamowicie nudno. Ludzie chcieli rozmawiać tylko o balu, jakby Król nie urządzał co dzień jakichś przyjęć. – Mary Ann wzięła myjkę i wyszorowała ramiona Cath, aż skóra stała się różowa, a następnie skropiła całą dziewczynę wodą różaną, żeby zamaskować zapach ciasta i dymu z kuchni. – Dużo mówili o nowym królewskim jokerze, który ma zadebiutować dziś wieczór. Jack przechwalał się, jak to zamierza podprowadzić jego czapkę i zniszczyć przyszyte do niej dzwoneczki, jako jakiś rodzaj inicjacji.

– To okropnie dziecinne – skomentowała Cath.

– Zgadzam się, Jack jest strasznym bubkiem. – Mary Ann pomogła jej założyć nową koszulę i Catherine usiadła na taborecie, by służąca mogła się zająć jej ciemnymi włosami. – Jednak słyszałam też całkiem interesujące wieści. Szewc idzie na emeryturę i do końca miesiąca ma opuścić swoją pracownię. – Mary Ann skręciła jej włosy, wpięła w nie kilka szpilek, nałożyła trochę wosku pszczelego i wspaniały kok już spoczywał na karku Cath, a jej twarz okalały grona wesołych loczków.

– Szewc? Na Głównej?

– Dokładnie ten. – Mary obróciła Cath i zniżyła głos do szeptu. – Kiedy to usłyszałam, od razu pomyślałam, że to byłaby idealna lokalizacja. Dla nas.

Catherine otworzyła szeroko oczy.

– Na słodkie serca, masz rację. Tuż obok tego sklepu z zabawkami...

– A do tego zaraz przy wzgórzu z kaplicą. Pomyśl o tych wszystkich tortach weselnych, które będziesz piekła.

– Och! Mogłybyśmy upiec sakiewki w różnych smakach na nasze wielkie otwarcie, żeby uhonorować szewca. Zaczniemy od klasyki: nadzienie jagodowe, brzoskwiniowe..., ale pomyśl o tych wszystkich możliwościach. Na przykład nadzienie lawendowo-nektarynkowe jednego dnia, a kolejnego bananowo-kajmakowe, z kruszonką pełnoziarnistą i...

– Przestań! – zaśmiała się Mary Ann. – Jeszcze nie jadłam kolacji.

– Powinnyśmy chyba tam pójść i obejrzeć warsztat, nie sądzisz? Zanim wszyscy się dowiedzą, że jest wolny?

– Też tak pomyślałam. Może jutro. Ale twoja matka...

– Powiem jej, że idziemy poszukać nowych wstążek. Nie będzie miała nic przeciwko. – Cath bujała się na palcach. – Dowie się o cukierni, kiedy będziemy w stanie jej już pokazać, jaka to szansa na interes, a ona nie będzie mogła nawet temu zaprzeczyć.

Uśmiech Mary Ann stał się bardziej skąpy.

– Nie sądzę, żeby taka szansa była czymś, co zaakceptuje twoja matka.

Cath odegnała pesymistyczne myśli, chociaż wiedziała, że Mary Ann ma rację. Matka nigdy nie zaakceptuje swojej córki, dziedziczki Skalistej Zatoki Żółwiowej, w męskim świecie interesów, zwłaszcza ze skromną służącą jako wspólniczką. Poza tym, powiedziałaby na pewno, że pieczenie jest pracą dobrą dla służby. Gardziłaby pomysłem, by wydać pieniądze z posagu na otworzenie własnej cukierni.

Tyle że ona i Mary Ann marzyły o tym od bardzo dawna i Cath czasem zapominała, że marzenie to jeszcze nie rzeczywistość. Ciasta i desery Cath stawały się już znane w królestwie, a sam Król był ich zagorzałym miłośnikiem, co było pewnie jedynym powodem, dla którego matka w ogóle tolerowała to hobby.

– Jej przychylność nie ma znaczenia. – Catherine próbowała przekonać zarówno siebie, jak i Mary Ann. Myśl o tym, że matka byłaby na nią zła, albo co gorsza, wydziedziczyłaby ją, sprawiała, że skręcał się jej żołądek. Ale do tego przecież nie dojdzie. Przynajmniej taką miała nadzieję.

Uniosła brodę.

– Zrobimy to, nieważne czy ze zgodą rodziców, czy bez niej. Będziemy mieć najlepszą cukiernię w Kier. Nawet Biała Królowa tu przyjedzie, kiedy tylko usłyszy o naszych ekstrawaganckich, czekoladowych tortach i rozkosznych francuskich babeczkach porzeczkowych.

Mary Ann z powątpiewaniem skrzywiła kącik ust.

– To mi przypomina – ciągnęła Cath – że w szafce na ciasta stygną trzy tarty. Czy mogłabyś je zabrać? Och, tylko jeszcze trzeba je posypać cukrem pudrem! Zostawiłam trochę na stole. Tylko odrobinkę. – Złożyła palce, jakby chwytała szczyptę cukru.

– Oczywiście, przyniosę je. Co to za tarty?

– Cytrynowe.

Szelmowski uśmiech zakwitł na twarzy Mary Ann.

– Z twojego drzewa?

– Słyszałaś o nim?

– Widziałam, jak pan Gardiner sadził je dziś pod twoim oknem i oczywiście spytałam, skąd się wzięło. Musieli się nieźle narąbać, żeby odplątać gałąź ze słupka, ale nie widać było żadnych uszkodzeń.

Catherine wykręciła dłonie. Nie wiedziała do końca, dlaczego rozmowa o wyśnionym drzewie dodawała jej pewności siebie.

– Tak, właśnie tak zdobyłam cytryny i jestem pewna, że te tarty to mój najlepszy wypiek do tej pory. Jutro rano całe Kier będzie o nich mówić i marzyć o tym, żeby kupić od nas jakiś deser.

– Nie bądź niemądra. – Mary Ann wciągnęła Cath gorset przez głowę. – Pytają o to, odkąd upiekłaś te ciasteczka z syropem klonowym i brązowym cukrem.

– Nie przypominaj mi. – Cath zmarszczyła nos. – Piekłam je za długo, pamiętasz? Były zbyt twarde na brzegach.

– Jesteś dla siebie zbyt surowa.

– Chcę być najlepsza.

Mary Ann położyła jej dłonie na ramionach.

– Jesteś najlepsza. I jeszcze raz wszystko przeliczyłam. Z uwzględnieniem opłat związanych z warsztatem pana Gąsienicy, miesięcznych wydatków i kosztów składników, a także planowanej dziennej produkcji i cen. Dopasowałam wszystko tak, żeby zostawić margines błędu i myślę, że zaczęłybyśmy czerpać zyski już po roku.

Cath zatkała uszy.

– Psujesz zabawę tymi swoimi liczbami i całą tą matematyką. Wiesz, że mam od tego zawroty głowy.

Mary Ann pociągnęła nosem i odwróciła się, otwierając szafę.

– Nie masz problemu z przeliczaniem łyżeczek na szklanki. To wcale się tak bardzo nie różni.

– To zupełnie co innego. Dlatego potrzebuję cię w tej spółce. Mojej genialnej, tak-bardzo-logicznej wspólniczki.

Prawie poczuła, jak Mary Ann przewraca oczami:

– Chciałabym to mieć na piśmie, lady Catherine. Na dziś wieczór, o ile dobrze pamiętam, wybrałyśmy białą suknię, prawda?

– Którąkolwiek masz na myśli. – Przeganiając z głowy fantazje o przyszłej cukierni, Cath zaczęła zakładać perłowe kolczyki.

– Więc? – zapytała Mary Ann, wyciągając bieliznę z szafy, a potem obracając Cath, by zasznurować jej gorset – czy to był dobry sen?

Cath była zaskoczona, kiedy odkryła, że wciąż ma ciasto pod paznokciami. Wyciąganie go dało dobry pretekst do trzymania pochylonej głowy i ukrycia rumieńca, który pełzł po szyi.

– Nic szczególnego – powiedziała, myśląc o cytrynowo-żółtych oczach. I zaraz sapnęła, kiedy gorset zacisnął się nieoczekiwanie, zgniatając jej klatkę piersiową.

– Wiem, kiedy kłamiesz – powiedziała Mary Ann.

– No dobrze. Tak, to był dobry sen. Ale one wszystkie są magiczne, nieprawdaż?

– Nie mam pojęcia. Nigdy żadnego nie miałam. Ale Abigail opowiadała mi, że kiedyś śniła o wielkim, świecącym półksiężycu unoszącym się na niebie... a następnego dnia pojawił się Kot z Cheshire, wielki, uzębiony półksiężyc unoszący się w powietrzu, prosząc o spodek mleka. Minęły lata, a on wciąż tu jest.

Cath chrząknęła.

– Uwielbiam Kota, ale mimo to mam nadzieję, że mój sen zapowiada coś bardziej magicznego, niż on.

– Nawet jeśli nie, to przynajmniej zdobyłaś dzięki niemu trochę cytryn.

– To prawda. Powinnam być zadowolona. – Ale nie była. Zupełnie nie.

– Catherine! – Drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła Markiza z oczami wielkimi jak spodki i twarzą czerwono-fioletową, mimo nałożonych niedawno warstw pudru. Matka Catherine żyła w stanie ciągłego zamętu. – Tu jesteś, moja kochana! Co ty... nie jesteś jeszcze ubrana?

– Och, mamo, Mary Ann właśnie pomagała mi...

– Abigail, przestań się bawić tą miotłą i chodź tu natychmiast! Potrzebujemy twojej pomocy. Mary Ann, co ona ma na sobie?

– Moja pani, pomyślałyśmy, że ta biała suknia, którą...

– Wykluczone! Czerwona! Założysz dziś czerwoną. – Matka otworzyła drzwi szafy i wyciągnęła obfitą czerwoną suknię z ciężkiego czerwonego aksamitu z ogromną tiurniurą i dekoltem, który z pewnością niewiele skrywał. – Tak, idealna.

– Och, mamo, tylko nie tę suknię. Jest za ciasna!

Markiza zdjęła błyszczący liść leżący na narzucie i rozłożyła suknię na łóżku.

– Nie, nie, nie, nie za ciasna dla mojego wspaniałego, małego cukiereczka. Ten wieczór będzie szczególny, Catherine, i to bardzo ważne, żebyś wyglądała jak najlepiej.

Cath wymieniła spojrzenia z Mary Ann, która wzruszyła ramionami.

– Ale to tylko kolejny bal. Dlaczego nie mogłabym...

– No-no, moje dziecko. – Markiza przemknęła przez pokój i ujęła twarz Catherine w dłonie. Mimo że matka była drobna jak ptaszek, to kiedy ściskała i szczypała twarz Cath, w jej dotyku nie było za grosz delikatności. – Dziś wieczorem czeka cię wielka radość, moja piękna. – W jej oczach pojawił się podejrzany blask, a potem zakomenderowała – A teraz się obróć!

Catherine podskoczyła i odwróciła się twarzą do okna.

Matka, która została Markizą po ślubie, działała tak na wszystkich. Często była ciepła i pełna wyrozumiałości, a ojciec Cath, Markiz, świata poza nią nie widział. Ale Cath dobrze znała jej huśtawki nastrojów – w jednej chwili cała w skowronkach i wrzeszcząca na całe gardło w następnej. Pomimo drobnej postury Markiza miała donośny głos i spojrzenie, które mogło przyprawić o drżenie nawet kogoś o lwim sercu.

Cath myślała, że już przywykła do jej temperamentu, jednak częste zmiany nastroju Markizy wciąż były dla niej niespodziewane.

– Mary Ann, zaciśnij gorset.

– Ale, pani, ja właśnie...

– Ciaśniej, Mary Ann. Ta suknia będzie pasować do co najwyżej dwudziestodwucalowej talii, a ja chciałabym zobaczyć cię, Catherine, chociaż raz ściśniętą do dwudziestu cali. Na nieszczęście masz kości po swoim ojcu i musimy być czujne, żebyś nie miała też jego postury. Abigail, bądź tak dobra i przynieś mi ten rubinowy zestaw z mojej szafki na klejnoty.

– Rubinowy zestaw? – Cath jęknęła, a służąca rozwiązała sznurki gorsetu. – Ale te kolczyki są takie ciężkie.

– Nie bądź taką meduzą. To tylko jeden wieczór. Ciaśniej!

Catherine zacisnęła oczy, kiedy Mary Ann dociągnęła sznurowanie. Wypuściła tyle powietrza, ile zdołała i chwyciła za brzeg umywalni, mruganiem odganiając mroczki przed oczami.

– Mamo, nie mogę oddychać.

– Cóż, mam nadzieję, że następnym razem dwa razy pomyślisz, zanim weźmiesz dokładkę deseru, tak jak wczoraj. Nie możesz jeść jak świnka i ubierać się jak dama. To będzie cud, jeśli zmieścisz się w tej sukni.

– Nie mogłabym... założyć... tej białej?

Matka skrzyżowała ramiona.

– Moja córka wystąpi dziś w czerwieni, jak prawdziwa... no nieważne. Musisz się dziś obejść bez obiadu.

Mary Ann jeszcze raz pociągnęła za sznurki, Cath jeszcze raz jęknęła. Znoszenie tego cierpienia było wystarczającą udręką, ale obejść się bez obiadu? Jedzenie było tym, czego najbardziej wyczekiwała na królewskich przyjęciach, a tego dnia zjadła tylko jedno jajko na twardo – zajęta pieczeniem, nie myślała o solidnym posiłku

Żołądek zaburczał w potrzasku gorsetu.

– Wszystko w porządku? – szepnęła Mary Ann.

Kiwnęła głową, nie chcąc marnować cennego powietrza.

– Suknia!

Zanim Catherine zdążyła nabrać powietrza, była już wpychana i wciskana w czerwoną aksamitną potworność. Kiedy służące skończyły, Cath odważyła się spojrzeć w lustro i odetchnęła z ulgą – mimo że czuła się jak ciasno związany baleron, nie wyglądała wcale tak źle. Odważny kolor sukni podkreślał czerwień jej ust, a jasna skóra wydawała się jeszcze jaśniejsza, podczas gdy włosy wyglądały na ciemniejsze. Gdy Abigail zawiesiła jej na szyi wielki naszyjnik i zamieniła perłowe kolczyki na rubiny, Catherine natychmiast poczuła się jak prawdziwa dama dworu, tajemnicza i pełna uroku.

– Cudownie! – Markiza ujęła oburącz dłoń córki, a jej oczy znów błysnęły. – Jestem z ciebie taka dumna.

– Naprawdę? – Catherine zmarszczyła brwi.

– Och, tylko nie zaczynaj dopominać się o komplementy – cmoknęła matka z dezaprobatą, poklepując Cath po plecach.

Catherine jeszcze raz spojrzała na swoje odbicie. Aura tajemniczości powoli opadała, ustępując poczuciu obnażenia. Wolałaby przyjemną, wygodą suknię dzienną, nieważne czy pobrudzoną mąką, czy też nie. – Mamo, będę zbyt elegancka. Nikt inny nie będzie aż tak wystrojony.

– Otóż to. Wyglądasz wyjątkowo! – Markiza pociągnęła nosem i otarła łzę z oka. – Mogłabym się teraz rozpaść na kawałki.

Mimo wszystkich niewygód i wątpliwości, Cath nie mogła zaprzeczyć, że w piersi zapłonęła jej iskra. Głos matki kojarzył jej się z ciągłym upominaniem: żeby odłożyła widelec, stała prosto, uśmiechała się, ALE NIE TAK BARDZO! Wiedziała, że matka chce dla niej jak najlepiej, ale tak cudownie było słyszeć od niej chociaż raz jakieś komplementy.

Z ostatnim, rozmarzonym westchnieniem Markiza wspomniała, że musi sprawdzić, jak miewa się ojciec Catherine, po czym wybiegła z pokoju, ciągnąc za sobą Abigail. Kiedy drzwi się zamknęły, Cath w przypływie nagłego zmęczenia obecnością matki zapragnęła rzucić się na łóżko, ale nie była pewna, czy przypadkiem nie rozedrze tym jakiegoś szwu w sukni.

– Czy wyglądam tak śmiesznie, jak się czuję?

Służąca pokręciła głową.

– Wyglądasz olśniewająco.

– Czy to nie absurdalne wyglądać olśniewająco na tym głupim balu? Wszyscy pomyślą sobie, że jestem zarozumiała.

– No, może wyglądasz trochę jak beza z kremem. – Mary Ann zacisnęła przepraszająco usta.

– Och, proszę, jestem już wystarczająco głodna. – Cath próbowała poruszyć ciało w gorsecie, by przesunąć fiszbiny, które wbijały się jej w żebra, ale nie drgnęły ani o cal. – Potrzebuję czekolady.

– Przykro mi, Cath, ale nie sądzę, żeby ta sukienka pomieściła chociaż jeden kęs. Chodź, pomogę ci założyć buty.

ROZDZIAŁ 3

Biały Królik, mistrz ceremonii, stał z wypiętą piersią u szczytu schodów, uśmiechając się głupkowato, kiedy ojciec Catherine podawał mu zaproszenie.

– Dobry wieczór, dobry wieczór, wasza lordowska mość! Jakiż to wspaniały fular ma pan dziś na sobie, doskonale pasuje do pańskich włosów. Niczym połać śniegu na nagim zboczu, tak bym to opisał.

– Tak pan myśli, panie Króliku? – zapytał ojciec Cath, zadowolony z komplementu. Przez chwilę macał swoją głowę, jak gdyby chciał potwierdzić to pochlebstwo.

Wzrok Królika przeniósł się na Markizę.

– Moja droga lady Pinkerton, jestem pewien, że moje oczy nie widziały dotąd tak niezwykłej piękności, tak wspaniałej elegancji...

– Czyń swoje obowiązki, heroldzie – przerwała mu Markiza.

– Ehm, oczywiście, jestem twym uniżonym sługą, o pani. – Zmieszany Królik postawił uszy i uniósł trąbkę do ust. Echo sygnału jeszcze niosło się po sali balowej, gdy anonsował: – Prezentuję Słowodzieja T. Pinkertona, najjaśniejszego Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej, w towarzystwie zacnej małżonki, lady Idonii Pinkerton, Markizy Skalistej Zatoki Żółwiowej, i córki, lady Catherine Pinkerton!

Kiedy Markiz z Markizą schodzili po schodach do sali balowej, różowe oczka Białego Królika spoczęły na Catherine i zrobiły się dwa razy większe, kiedy ujrzał jej fałdzistą, czerwoną suknię. Zmarszczył nos z odrazą, ale zdołał ją szybko zamaskować kolejnym pochlebczym uśmiechem.

– Lady Pinkerton, jest pani tak... ehm. Tak zauważalna.

Cath uśmiechnęła się nieznacznie i ruszyła za rodzicami, lecz kiedy tylko spojrzała na salę balową, aż się cofnęła.

Przed nią rozciągało się morze czerni i bieli.

Suknie z trenem w kolorze kości słoniowej i rękawiczki o barwie hebanu.

Blade toczki w kształcie rozgwiazdy i krawaty niczym krucze pióra.

Nogawice w szachownicę. Maski w kształcie głów zebry. Czarne, aksamitne spódnice obrębione klejnotami i soplami lodu. Nawet niektórzy goście z krain Karo nałożyli czarne piki na piersi, by ukryć czerwone symbole, które czyniłyby ich rozpoznawalnymi.

Rzeczywiście, ZAUWAŻALNA.

Gdzieniegdzie można było zobaczyć czerwone akcenty – różę włożoną do butonierki albo wstążkę w wiązaniach sukni, ale tylko Cath miała na sobie czerwień od stóp do głów. Jakby tej czerwieni było mało, poczuła, że krew uderza jej do głowy i rumieniec rozkwita na policzkach. Czuła wszystkie wpatrzone w nią oczy, słyszała wciąganie powietrza, wyczuwała zdegustowane łypnięcia. Jak matka mogła nie wiedzieć, że to jeden z królewskich czarno-białych balów?

Zrozumienie nadeszło błyskawicznie.

Matka wiedziała. Patrząc na falującą białą suknię matki oraz pasujący biały smoking ojca, Cath domyśliła się, że Markiza o wszystkim dobrze wiedziała.

Kolejny sygnał na trąbce zagrzmiał w jej uszach. Biały Królik odchrząknął tuż obok:

– Tak mi przykro, lady Pinkerton, że muszę pannę pospieszyć, ale kolejni goście czekają na prezentację...

Spojrzała na kolejkę, która utworzyła się za nią – jeszcze więcej arystokratów rozglądających się dookoła i gapiących na nią.

Przerażona do granic Catherine uniosła lekko suknię i podążyła przez tłum pingwinów i szopów.

Sala balowa Zamku Kier wykuta została dawno temu w ogromnej bryle różowego kwarcu, od podłóg do tralek i wielkich kolumn, które podtrzymywały kopulasty dach. Sufit był ozdobiony freskami przedstawiającymi różne krajobrazy królestwa: Wzgórza Gdzieś i Las Nigdzie, Rozdroża i zamek, a także pola uprawne i pastwiska sięgające po horyzont. Nawet Skalista Zatoka Żółwiowa wymalowana była nad drzwiami prowadzącymi do ogrodów różanych.

Po południowej stronie sali rozciągał się szpaler wielkich okien w kształcie serc, wyciętych z fasetowanego szkła. Pod północną ścianą stał imponujących rozmiarów stół, uginający się pod ciężarem owoców, serów i słodkości, usytuowany obok przepierzenia oddzielającego tancerzy od orkiestry. Kryształowe kandelabry okalające sklepienie, ocieplały ściany światłem tysiąca białych, zwężających się świec. Nawet ze schodów Cath słyszała, jak kilka świec narzeka na przeciągi w sali i domaga się zamknięcia drzwi.

Wzrok Catherine spoczął na stole, swoistym azylu w zatłoczonej sali balowej, nawet jeśli jej suknia była zbyt ciasna, żeby dziewczyna mogła cokolwiek zjeść. Każdy krok był udręką, z ciałem wyprostowanym jak struna, fiszbinami boleśnie wbijającymi się w żebra i trenem, ciągnącym się za nią po schodach. Była wdzięczna, kiedy wreszcie usłyszała stuk swoich obcasów na posadzce sali.

– Moja najdroższa lady Catherine, miałam nadzieję, że przyjdziesz dziś wieczorem.

Wdzięczność wyparowała. Oczywiście, Margaret musiała zaczepić Cath, zanim ta przeszła choćby dwa kroki w kierunku stołu.

– Och, lady Margaret! Jak się miewasz? – Catherine przybrała wystudiowaną wniebowziętą minę.

Margaret Mearle, córka Hrabiego Rozdroży, była jej najbliższą przyjaciółką od niemowlęctwa. Niestety, obie niezbyt się lubiły.

Margaret miała to nieszczęście, że prezentowała się niesamowicie nieatrakcyjnie. Nie tak, jak poczwarka czekająca na przeobrażenie w pięknego motyla, raczej tak, że brak było dla niej nadziei. Miała ostro zarysowaną brodę, małe oczy osadzone zbyt blisko siebie i ocienione przez masywne łuki brwiowe, a do tego szerokie ramiona, które wyglądały na jeszcze większe przez źle leżące ubrania. Gdyby nie nosiła sukien, prawdopodobnie brano by ją za chłopca.

Niezbyt pięknego chłopca.

Mimo że fizyczne mankamenty Margaret były ulubionym tematem rozmów Markizy: Nie byłaby tak beznadziejnym przypadkiem, gdyby tylko ścisnąć ją mocniej gorsetem, Cath uważała osobowość Margaret za jeszcze gorszą, bowiem lady Mearle wyrastała w przekonaniu, że jest bardzo, BARDZO mądra i bardzo, BARDZO uczciwa. Mądrzejsza i uczciwsza niż ktokolwiek inny. Celowała w pokazywaniu, jak bardzo jest mądra i uczciwa.

Biorąc pod uwagę to, że były przyjaciółkami, Margaret uważała za swoje powołanie wytykanie Catherine wszystkich wad. W nadziei, że ją tym samym uszlachetni. Jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało.

– Całkiem dobrze – powiedziała Margaret, kiedy dygały zgodnie z etykietą – ale z prawdziwą przykrością muszę ci powiedzieć, że twoja suknia jest nieodpowiednio czerwona.

– Dziękuję ci za tak wnikliwą uwagę – odparła Cath z przylepionym uśmiechem. – Poczyniłam przed chwilą podobną obserwację.

Margaret skrzywiła się, co zmniejszyło jeszcze bardziej jej małe oczka.

– Muszę cię ostrzec, moja droga Catherine, że takie zabiegi, żeby zwrócić na siebie uwagę, mogą prowadzić do arogancji i próżności do końca życia. Roztropniej byłoby dać wewnętrznemu pięknu jaśnieć za zasłoną nudnej, przeciętnej sukni, niż ukrywać je pod takim zbytkownym odzieniem.

– Dziękuję za tę radę. Na pewno wezmę ją pod uwagę. – Cath powstrzymała się przed rzuceniem pozbawionego zachwytu spojrzenia na suknię Margaret. Była nudna i czarna, co dodatkowo podkreślała przygnębiająca, futrzana czapeczka.

– Mam nadzieję, że tak zrobisz. A morał z tego taki: „Jeśli raz staniesz się złotą rybką, na zawsze nią pozostaniesz”.

Kącik ust Cath drgnął. Kolejne z dziwactw Margaret... była chodzącą encyklopedią morałów, w których Cath nie mogła dostrzec żadnego sensu i nigdy też nie potrafiła stwierdzić, czy rzeczywiście były bez sensu, czy to ona była zbyt głupia, żeby je zrozumieć. Margaret z całą pewnością zapewniłaby ją, że to drugie.

Nie, żeby Cath zamierzała o to pytać.

– Hm, to takie prawdziwe – przytaknęła, rozglądając się wśród najbliższych gości w nadziei, że znajdzie jakąś wymówkę, żeby opuścić towarzystwo Margaret, zanim ta się rozkręci. Była nie do powstrzymania, kiedy już złapała wiatr w żagle.

Niedaleko pan Sroka i jego żona pili likier obok lodowej rzeźby w kształcie serca, ale Catherine nie śmiała uciec do nich; może to tylko wyobraźnia, ale Cath miała wrażenie, że zawsze, kiedy była w pobliżu tej pary, znikała jej biżuteria.

Markiz zabawiał Czwórkę, Siódemkę i Ósemkę Karo. Kiedy Catherine ich zauważyła, ojciec właśnie doszedł do puenty jakiegoś dowcipu, a Czwórka padł na swoje płaskie plecy, śmiejąc się do rozpuku i wierzgając w powietrzu nogami. Po chwili było jasne, że sam nie wstanie, więc Ósemka chichocząc sięgnął po niego.

Catherine westchnęła... nigdy nie potrafiła opowiedzieć dowcipu tak, żeby go nie spalić.

Był też Najszlachetniejszy Pigmalion Guziec, Książę Szablozębu. Często bywał niezręczny, chłodny w obyciu i zaliczał się do fatalnych rozmówców. Cath zauważyła ze zdziwieniem, że obserwuje ją i Margaret.

Nie była pewna, które z nich pierwsze odwróciło wzrok.

– Lady Catherine, szukasz kogoś? – Margaret przysunęła się bliżej... nieprzyjemnie blisko, opierając brodę na ramieniu Cath i skierowała wzrok tam, gdzie przyjaciółka.

– Nie, nie, ja tylko... obserwowałam.

– Kogo obserwowałaś?

– Cóż. Książę ma dziś na sobie zacną kamizelkę, nie sądzisz? – zapytała, usiłując w miarę taktownie wyswobodzić ramię spod brody Margaret.

Margaret skrzywiła nos z obrzydzeniem.

– Jak ktokolwiek mógłby zwrócić uwagę na jego kamizelkę? Kiedy patrzę na Księcia, zauważam głównie, że zadziera nosa w stosunku do wszystkich, tak jakby bycie Księciem Szablozębu stanowiło nie lada osiągnięcie.

Cath przechyliła głowę.

– Myślę, że to przez jego nos. – Przyłożyła palec do własnego nosa i pchnęła do góry, żeby to sprawdzić; nie poczuła się bardziej elitarnie.

Margaret zbladła.

– Wstydź się, Catherine. Nie możesz przedrzeźniać w ten sposób wszystkich dookoła. Przynajmniej nie publicznie.

– Och, nie chciałam nikogo urazić. To tylko rodzaj nosa. Pewnie ma przez to świetny węch. Ciekawe, czy z takim nosem mógłby wywąchać trufle.

Na szczęście szorstkie klepnięcie w ramię zaoszczędziło jej dalszego tłumaczenia się.

Odwróciła się i zobaczyła wypiętą pierś obleczoną w czarną tunikę. Cath powędrowała wzrokiem w górę i zatrzymała go na zagniewanej twarzy, z opaską na oku, okolonej włosami sterczącymi w nieładzie spod białego beretu.

Jack, Walet Kier, który został pasowany na rycerza z litości, po tym jak stracił oko grając w szarady.

Humor Cath pogorszył się jeszcze bardziej. Początek tego balu zaliczał się do najgorszych.

– Witaj, Jack.

– Lady Pinkerton – powiedział, przeciągając samogłoski, a jego oddech pachniał grzanym winem. Przeniósł spojrzenie na Margaret. – Lady Mearle.

Margaret założyła ramiona na piersi.

– Przerywanie czyjejś rozmowy to nieuprzejmość nie do zaakceptowania, Jack.

– Przyszedłem, aby powiedzieć lady Pinkerton, że to czarno-biały bal.

Cath spojrzała w dół i próbowała wyglądać na zmieszaną, ale z każdą wzmianką o sukni była coraz mniej zażenowana, a coraz bardziej wściekła.

– To chyba przez jakieś nieporozumienie.

– Wyglądasz głupio – powiedział Jack.

Catherine się zjeżyła.

– Nie ma powodu do nieuprzejmości.

Jack prychnął, przyglądając się jej sukni jeszcze raz. I jeszcze.

– Lady Pinkerton, nie wyglądasz nawet w połowie tak pięknie, jak sądzisz. Nawet nie w ćwierci, a przecież patrzę tylko jednym okiem.

– Zapewniam, że nie...

– Wszyscy tak sądzą, tylko nie powiedzą ci tego w twarz, tak jak ja. Ale nie boję się ciebie, ani trochę.

– Nigdy nie powiedziałam...

– Nawet cię za bardzo nie lubię.

Catherine zacisnęła usta i cierpliwie westchnęła.

– Tak, zdaje się, że powiedziałeś mi o tym przy naszym ostatnim spotkaniu, Jack. I poprzednim. I jeszcze wcześniejszym. Przypominasz mi o tym, jak bardzo mnie nie lubisz, odkąd w wieku sześciu lat stroiliśmy drzewko majowe, jeśli dobrze pamiętam.

– Tak, zgadza się. Bo to prawda. – Policzki Jacka poczerwieniały. – Poza tym pachniesz jak stokrotka. Tyle że jedna z tych paskudnie śmierdzących.

– Oczywiście, że jedna z tych – odparła Catherine. – Na pewno nie wzięłabym tego za komplement.

Jack chrząknął i sięgnął do jednego z jej loków, pociągając za niego.

– Auć!

Walet odwrócił się i odszedł, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, co nie znaczy, że Catherine nie postanowiła wykorzystać kiedyś sprzyjającej okazji, żeby dać mu solidnego kopniaka.

– Co za prostak – podsumowała Margaret, kiedy już zniknął.

– Z całą pewnością – zgodziła się Catherine, pocierając głowę i zastanawiając się, jak długo już tu przebywa i jak długo będzie jeszcze musiała tu zostać.

– Oczywiście – ciągnęła Margaret – to godne ubolewania, że prowokujesz takie prostackie zachowanie.

Catherine odwróciła się do niej zdziwiona.

– Niczego nie prowokuję.

– Jeśli tak uważasz, musimy się zgodzić, że się w tej kwestii nie zgadzamy – stwierdziła Margaret. – A morał z tego taki, że...

Zanim jednak udało się jej wyłuskać jakiś bezsensowny morał o złym zachowaniu, zagrzmiała trąbka, odbijając się echem po sali. A Biały Królik ze szczytu schodów zaanonsował swoim nosowym głosem:

– PREZENTUJĘ JEGO KRÓLEWSKĄ MOŚĆ, KRÓLA KIERÓW.

Biały Królik zadął ponownie, po czym przycisnął trąbkę do boku i nisko się ukłonił. Cath odwróciła się wraz z resztą gości i kiedy Król pojawił się na swoich prywatnych schodach cała szachownica arystokratów zafalowała w pokłonach i dygnięciach.

Król miał na sobie wszystkie regalia: biały, futrzany płaszcz, czarno-białe, pasiaste pantalony, błyszczące buty z klamerkami wysadzanymi brylantami, a w dłoni berło ze zwieńczeniem w kształcie serca. To wszystko przyćmiewała korona, wykończona jeszcze większą ilością rubinów, brylantów i aksamitem, z rozetą w kształcie serca na samym środku.

Widok zapierałby dech w piersiach, gdyby nie to, że futro przy kołnierzu było pokryte czymś lepkim, pantalony wybrzuszały się śmiesznie na jednym kolanie, a korona – Catherine zawsze sądziła, że korona wygląda zbyt masywnie na niewielkiej głowie Króla – przekrzywiła się na bok. Poza tym jego wysokość uśmiechał się jak wariat.

I uśmiechał się do niej.

Cath zesztywniała, gdy Król ruszył po schodach. Tłum rozstępował się, żeby go przepuścić, a zanim Catherine zdążyła pomyśleć, że powinna sama się usunąć, Król stał już przed nią.

– Wspaniały wieczór, lady Pinkerton! – Uniósł się na palcach, co tylko podkreślało kruchość jego drobnej sylwetki. Był co najmniej o dwie dłonie niższy od Cath, mimo że krążyły plotki o butach na dwucalowej podeszwie szytych specjalnie dla niego.

– Wspaniały wieczór, najjaśniejszy panie. Jak się miewasz? – Dygnęła raz jeszcze.

Biały Królik, który podążał za Królem, odchrząknął:

– Jego królewska mość chciałby poprosić lady Catherine Pinkerton do pierwszego kadryla.

Cath zrobiła wielkie oczy:

– Och, dziękuję, najjaśniejszy panie. To dla mnie zaszczyt. – Opadła w trzecim ukłonie, była to wypracowana reakcja na obecność Króla. Nie dlatego, że onieśmielał. Wręcz przeciwnie. Król, jakieś piętnaście lat od niej starszy, był trochę przy kości, miał rumiane policzki i zdawał się chichotać w najmniej stosownych momentach. To właśnie całkowity brak powagi sprawiał, że Cath starała się z całych sił zachowywać konwenanse, w przeciwnym wypadku szybko mogłaby zapomnieć, że to on jest jej suwerenem.

Podawszy berło Białemu Królikowi, Król Kier ujął dłoń Catherine i poprowadził ją na parkiet. Cath powtarzała sobie, że to szczęście być wybawionym od Margaret, ale towarzystwo Króla nie poprawiało zbytnio sytuacji.

Nie, to nieładnie tak myśleć. Król był uroczym mężczyzną. Prostym. SZCZĘŚLIWYM mężczyzną, co o tyle ważne, że szczęśliwy król sprawiał, że i królestwo było szczęśliwe.

On po prostu nie był zbyt mądry.

Kiedy zajęli miejsce dla pierwszej pary, Cath się przeraziła. Tańczyła z Królem. Wszystkie oczy zwrócą się na nich, a każdy pomyśli, że wybrała tę suknię tylko dlatego, żeby przyciągnąć jego uwagę.

– Wyglądasz wspaniale, lady Pinkerton – powiedział Król. Mówił bardziej do jej piersi niż w stronę jej twarzy; rezultat niezbyt szczęśliwej różnicy wzrostu między nimi, nie braku ogłady, jednak Cath nie mogła powstrzymać rumieńców wykwitających na twarzy.

Och, dlaczego chociaż raz nie zdołała przeciwstawić się życzeniom matki?

– Dziękuję, najjaśniejszy panie – powiedziała z napięciem w głosie.

– Bardzo lubię czerwony kolor!

– Och... któż nie, najjaśniejszy panie?

Zachichotał, zgadzając się z Cath, która odetchnęła, bo muzyka już grała i zaczęli tańczyć pierwszą figurę. Odwrócili się od siebie i szli po zewnętrznej, wzdłuż pozostałych par, zbyt daleko, żeby rozmawiać. Catherine poczuła, że gorset wpija się jej poniżej piersi i zacisnęła dłonie na fałdach spódnicy, żeby powstrzymać się od poprawiania fiszbin.

– To wspaniały bal – stwierdziła, dołączając do Króla na końcu rzędu. Chwycili się za ręce. Jego były miękkie i wilgotne.

– Tak sądzisz? – Uradował się. – Zawsze lubiłem czarno-białe bale. One są takie... takie...

– Neutralne? – podsunęła Catherine.

– Tak! – westchnął rozmarzony, wciąż patrząc na twarz Catherine. – Zawsze wiesz, o czym myślę, lady Pinkerton.

Odwróciła wzrok.

Pochylili się, by przejść pod uniesionymi rękoma kolejnej pary i rozdzielili dłonie, żeby obrócić się wokół pana i pani Borsuków.

– Muszę zapytać... – zaczął Król, kiedy ponownie złączyli dłonie. – Nie przypuszczam, że..., ale być może... przyniosłaś jakieś tarty dziś wieczór? – Wpatrywał się w nią błyszczącymi oczyma, a jego podkręcony wąs drgał w nadziei.

Cath uśmiechnęła się, kiedy podnosili ręce, aby kolejna para mogła pod nimi przejść. Wiedziała, że Król stawał na palcach, ale z szacunku do niego nie patrzyła w dół.

– Właściwie upiekłam dziś rano trzy cytrynowe tarty, a moja służąca miała dopilnować, żeby trafiły na twój stół na czas balu. Możliwe, że już na nim są.

Jego twarz pojaśniała i odwrócił głowę, żeby spojrzeć na długi, długi stół, ale byli za daleko, żeby dostrzec trzy niewielkie ciasta.

– Fantastycznie. – Rozmarzył się, zgubił kilka kroków, zmuszając Catherine, by stała niezręcznie przez chwilę, zanim znów zajął swoje miejsce obok.

– Mam nadzieję, że będą smakowały.

Potrząsnął głową, jakby budził się z odrętwienia.

– Lady Pinkerton, jesteś prawdziwym skarbem.

Powstrzymała grymas wypełzający na twarz, skonfundowana tym rozmarzeniem Króla.

– Jednak muszę przyznać, że szczególną słabość mam do tart limetkowych, oprócz tych cytrynowych. – Policzki mu zadrżały. – Jak to mówią... limetki są kluczem do serca króla.

Cath nigdy o tym nie słyszała, ale przytaknęła zgodnie:

– Właśnie tak!

Król uśmiechnął się ożywiony.

Pod koniec tańca Catherine myślała już, że padnie z wysiłku, jaki wkładała w stwarzanie pozorów radości i zainteresowania, i czuła ulgę, kiedy Król ucałował jej dłoń i podziękował za taniec.

– Muszę odszukać twoje wyborne tarty, lady Pinkerton, ale mam nadzieję, że zachowasz dla mnie także ostatni taniec.

– Z przyjemnością. Jestem zaszczycona.

Zachichotał szaleńczo, poprawiając przekrzywioną koronę i ruszył dziarsko w stronę stołu z przekąskami.

Cath oklapła, szczęśliwa, że pierwszy kadryl już się skończył. Być może uda się przekonać rodziców, żeby pozwolili jej wyjść przed tym ostatnim tego wieczoru tańcem. Ta myśl sprawiła jednak, że poczuła się winna. Ileż dziewcząt cieszyłoby się, gdyby Król okazywałby im takie względy?

Nie był jakimś szczególnie okropnym partnerem do tańca, tylko nieco męczącym.

Pomyślała, że trochę świeżego powietrza pomoże jej policzkom, zdrętwiałym od sztucznego uśmiechu, ruszyła więc w stronę tarasów. Ale nie zdążyła przejść nawet kilkunastu kroków, kiedy płomienie świec w kandelabrach zamigotały i zniknęły.

ROZDZIAŁ 4

Muzyka zaskowyczała i ucichła, a w ciemności rozległy się krzyki zebranych.

Słychać było oddechy i szelest halek. Niepewna cisza. A potem pojawiła się iskra i płomień. Pierścień świec zapłonął na jednym ze środkowych kandelabrów, rzucając niesamowity blask na sklepienie, a gości pozostawiając w cieniu.

Z kandelabru zwisała pionowo obręcz, której wcześniej tam nie było, co do tego Cath miała pewność.

A w obręczy, wygodnie, jak gdyby na szezlongu, rozwalił się Joker.

Miał na sobie obcisłe, czarne nogawice wsunięte w lekko znoszone, wysokie buty, czarną tunikę podtrzymywaną na biodrach pasem i rękawice, także czarne – nie białe, jakie nosili arystokraci. Jego skóra jaśniała jak bursztyn w blasku świec, a oczy obrysowane były na czarno tak obficie, że twarz zdawała się maską. Na pierwszy rzut oka Cath wydawało się, że widzi też długie, czarne włosy, jednak zorientowała się, że to czapka z trzema ogonami, zwieńczonymi małymi, srebrnymi dzwoneczkami... nie przypominała sobie, by dzwoniły, kiedy gasło światło.

Kiedy i JAK tam się dostał?

Nieznajomy wisiał w obręczy przez dłuższy czas, przykuwając uwagę wszystkich gości, aż obręcz zaczęła powoli wirować. Jego wzrok przeszywał; Cath aż wstrzymała oddech, kiedy Joker spojrzał na nią przeciągle i ledwo zauważalnie zmrużył oczy, widząc jej krzykliwą, czerwoną suknię.

Cath zadrżała i poczuła dziwną potrzebę pomachania mężczyźnie. Na potwierdzenie, że tak, była świadoma tego, że jej suknia jest NIESTOSOWNIE CZERWONA. Ale zanim zdążyła unieść rękę, Joker skupił swoją uwagę gdzie indziej.

Rozluźniła się i wypuściła powietrze.

Kiedy obręcz zatoczyła koło, w kącikach ust nieznajomego pojawił się cień uśmiechu. Odchylił głowę do tyłu, a dzwoneczki zadźwięczały.

Tłum wciągnął powietrze w oczekiwaniu.

– Panie. Panowie – mówił starannie. – Wasza najjaśniejsza mość.

Król podskakiwał na palcach jak dziecko, czekające na świąteczną wieczerzę.

Joker podciągnął się w górę jednym, płynnym ruchem, tak że stał teraz w środku obręczy, która zataczała kolejny, leniwy obrót. Wszyscy nasłuchiwali, przerażeni delikatnym skrzypieniem liny, na której podwieszono na kandelabrze obręcz.

– Dlaczego kruk jest podobny do biurka?

Obręcz zatrzymała się.

Słowa Jokera opadły na salę balową. Cisza stała się nie do zniesienia. Nieznajomy znów zwrócony był przodem do Cath i ujrzała płomień odbity w jego oczach.

Kiedy tłum zorientował się, że została zadana zagadka, zaczęły się pomruki. Ściszone głosy powtarzały słowa. Dlaczego kruk jest podobny do biurka?

Nikt nie zaproponował rozwiązania.

Kiedy stało się jasne, że nikt go nie poda, Joker wyciągnął rękę z dłonią zamkniętą w pięść w stronę publiczności. Ci, którzy stali pod nim cofnęli się o krok.

– Widzicie, z jednego i drugiego można wydobyć kilka nut.

Otworzył pięść i, nie KILKA nut, ale cała chmara czarno-białych karteczek wyskoczyła z jego dłoni niczym konfetti. Tłum wciągnął powietrze, obracając się, kiedy drobinki trzepotały, lecąc w powietrzu, tak gęsto, jak gdyby całe sklepienie zamieniło się w małe papierki z nutami. Im więcej ich opadało, tym bardziej tłum wiwatował. Niektórzy z mężczyzn zdjęli czapki i łapali w nie tak wiele karteczek, ile zdołali.

Catherine ze śmiechem uniosła twarz ku górze. Miała wrażenie, jakby stała w ciepłej śnieżycy. Rozpostarła ręce na boki i zawirowała, zachwycając się tym, jak jej suknia wydęła się, rozrzucając zaspy z papieru.

Kiedy zrobiła trzy obroty, zatrzymała się i wyciągnęła z włosów skrawek... pergaminu, nie większy niż kciuk, z pojedynczym czerwonym sercem.

Ostatnie karteczki opadały na posadzkę. W niektórych miejscach warstwa konfetti sięgała kostek.

Joker wciąż patrzył ze swojej obręczy. W czasie ogólnego poruszenia zdjął swoją błazeńską czapkę, odsłaniając włosy – czarne, niechlujne i zawinięte nad uszami.

– Jednak muszę przyznać – dodał, kiedy tłum nieco ucichł – że te nuty nie są zbyt okrągłe.

Dzwoneczki na jego czapce zadźwięczały i wyłonił się z niej ogromny, czarny ptak, który zakrakał, wzbijając się ku sklepieniu. Publiczność aż krzyknęła z zaskoczenia. Kruk okrążył salę, wzbijając swoimi wielkimi skrzydłami stosy papierowego konfetti. Okrążył salę po raz drugi, zanim usadowił się na kandelabrze nad Jokerem.

Publiczność zaczęła klaskać. Catherine, olśniona, nawet nie zauważyła, że klaszcze razem z innymi.

Joker wcisnął czapkę na głowę, po czym zsunął się z obręczy tak, że zwisał teraz na jednej, urękawicznionej dłoni. Catherine serce podeszło do gardła. Lepiej nie ryzykować upadku z tak dużej wysokości. Ale kiedy Joker rozluźnił uścisk, okazało się, że do obręczy przywiązany jest czerwony, aksamitny szal. Nowy królewski trefniś zjeżdżał powoli w dół, a spod jego palców wychodziły kolejne szale, białe i czerwone, powiązane ze sobą, póki nie dosięgnął podłogi, wzburzając papierowe fale.

Z chwilą, gdy jego buty dotknęły posadzki, pierścień światła z kandelabra rozszerzył się na całą salę, świeca po świecy, aż pomieszczenie znów było jasno oświetlone.

Tłum klaskał. Joker pochylił się w ukłonie.

Kiedy się wyprostował, w rękach trzymał drugi kapelusz, beret w kolorze kości słoniowej z ozdobną, srebrną tasiemką. Joker nasadził go sobie na palec i zakręcił:

– Bardzo przepraszam, ale czy ktoś nie zgubił przypadkiem czapki? – zapytał, a jego głos przebił się przez wiwaty.

Po chwili niepewności dało się słyszeć obrażony ryk.

Jack, gdzieś pośrodku sali, macał obiema rękami zmierzwione włosy. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Cath przypomniała sobie, jak Mary Ann wspominała, że Jack zamierzał ukraść czapkę Jokera w ramach inicjacji.

– Najmocniej przepraszam – rzekł Joker, uśmiechając się wcale nie przepraszająco. – Zupełnie nie mam pojęcia, jak beret dostał się w moje ręce. Proszę, możesz go wziąć z powrotem.

Jack ruszył przez salę jak burza, a twarz czerwieniała mu szybko, w miarę jak mijał chichoczących gości.

Kiedy sięgnął po wciąż obracający się beret, Joker odsunął się i odwrócił go do góry dnem.

– Zaczekaj, w środku coś może być. Niespodzianka? Prezent? – Zamknął jedno oko i zajrzał do środka. – Ach... pasażer na gapę!

Joker sięgnął do środka beretu. Jego ramię zniknęło w nim prawie do barku – znacznie głębiej niż sięgało nakrycie głowy – a kiedy znów je wyciągnął, w garści trzymał parę długich, włochatych, białych uszu.

Tłum podszedł bliżej.

– Och, uszy i wąsiki – zamruczał Joker – jakież to typowe. Gdybym wiedział, że to królik, zostawiłbym go w środku. Ale, jako że teraz nic na to już nie poradzę...

Uszy, kiedy pociągnął je do góry, okazały się należeć do nikogo innego, jak do mistrza ceremonii, Białego Królika we własnej osobie. Królik wychynął, prychając i rozglądając się wokół okrągłymi oczyma, jakby trudno mu było zrozumieć, jak dostał się do beretu w środku balu.

Catherine przyłożyła dłonie do ust, wydając z siebie parsknięcie, które nie przystoi damie.

– Och... Nigdy w życiu! – Królik wyjąkał, wierzgając nogami, kiedy Joker stawiał go na ziemi. Wyrwał uszy z uścisku trefnisia, wygładził tunikę i prychnął: – Skandal! Porozmawiam z jego wysokością o tym zuchwałym pokazie braku szacunku!

Joker ukłonił się.

– Najmocniej przepraszam, panie Króliku. Nie zamierzałem uchybić pańskiej godności. Pozwól mi zadośćuczynić podarkiem od serca. Z pewnością musi tu być coś jeszcze...

Jack znów chciał zabrać swój beret, ale Joker nonszalancko odsunął czapkę poza jego zasięg i potrząsnął nią koło swojego ucha.

– O tak. To powinno wystarczyć. – Sięgnął raz jeszcze i wyciągnął zacny zegarek kieszonkowy na łańcuszku. Z uśmiechem zaprezentował go Królikowi. – Proszę. Do tego jest już ustawiony na właściwą godzinę.

Królik prychnął, ale kiedy dostrzegł błysk brylantu na tarczy, chwycił go z dłoni Jokera.

– Ehm... cóż. Zastanowię się, znaczy... ale to zacny zegarek... – Przygryzł zaczep zegarka swoimi wielkimi przednimi zębami i stwierdziwszy, że to bez wątpienia złoto, wsunął prezent do kieszeni. Jeszcze raz obrzucił Jokera nieprzyjaznym spojrzeniem i zniknął w tłumie.

– A to dla ciebie, sir Jacku Zręczny, Jacku Szybki. – Joker podał beret właścicielowi, który wyrwał go i wcisnął sobie na czubek głowy.

Joker zaczął, podnosząc palec:

– Możesz życzyć sobie...

Jack wytrzeszczył oczy i zdjął czapkę. Na czubku jego głowy płonęła świeca w srebrnym świeczniku. Płomień zdążył już wypalić dziurę na środku beretu.

– Hej, ja tu próbuję spać! – krzyknęła świeca.

– Najmocniej przepraszam. – Joker sięgnął i zdusił płonień palcami w skórzanych rękawiczkach. Głowę Jacka spowił dym, a kącik oka zaczął mu drgać. – To dziwne. Myślałem, że będziesz skakać nad świecznikiem, ale wszystko jest odwrotnie.

Goście byli ubawieni, wielu z nich tak głośno się śmiało, że nie słyszeli krakania kruka, który zerwał się z kandelabra i pofrunął ku nim. Catherine aż się zatoczyła, kiedy kruk musnął jej ucho i usiadł na ramieniu trefnisia. Ten nie drgnął nawet, kiedy szpony kruka wbiły się w jego tunikę.

– Na koniec dam wam jeszcze jedną radę, zanim się pożegnam. – Joker uchylił czapki. – Zawsze sprawdzajcie swoje nakrycia głowy, zanim je nałożycie. Nigdy nie wiadomo, co może się czaić w środku. – Dzwoneczki zadźwięczały, kiedy obracał się na obcasach, upewniając się, że wszyscy go widzą.

Catherine wyprostowała się, bo gdy był zwrócony w jej stronę... MRUGNĄŁ?

Nie była pewna, czy sobie tego nie wyobraziła.

Joker skrzywił kącik ust, a potem, na jej oczach, jego ciało wtopiło się w ciemność. W czasie jednego uderzenia serca trefniś przeobraził się w skrzydlaty cień, w drugiego kruka.

Oba ptaki poleciały do okna i zniknęły.

ROZDZIAŁ 5

Wszyscy mówili tylko o nowym nadwornym trefnisiu. Kiedy okazało się, że na skrawkach papieru nadrukowane były kiery, czarne kara, czerwone piki, białe trefle zapomniano nawet o tańcach. Na wielu karteluszkach widać było zarys kruka. Na innych: koronę, berło czy czapkę błazeńską. Niektórzy goście zaczęli zbierać jak najwięcej różnych wzorów, polując na kształty, które inni przeoczyli.

Król wciąż się uśmiechał, bardziej radosny niż Cath kiedykolwiek wcześniej widziała. Nawet pośrodku sali słyszała jego podniesiony głos domagający się od gości potwierdzenia, że tak, faktycznie, to była najbardziej zaskakująca rozrywka, jakiej zaznali.

Catherine zaburczało w brzuchu, aż zawibrowały fiszbiny gorsetu. Była tak pochłonięta występem Jokera, że zapomniała o niewygodnym stroju i o coraz dotkliwszym głodzie. Spróbowała dyskretnie poprawić ciasny gorset i podkradła się do stołu. Zauważyła Mary Ann – wyróżniającą się spośród służby tyczkowatym wzrostem i włosami w kolorze słomy, które niesfornie wymykały się spod czepka – wystawiającą na stół talerz trufli.

Służąca ożywiła się, kiedy dostrzegła Catherine, pochyliła głowę i pociągnęła za brzeg obrusa, jak gdyby chciała go wyrównać.

– Co myślisz o tym występie? – szepnęła.

Palce Cath niecierpliwie poruszyły się nad półmiskami pełnymi jedzenia:

– Myślałam, że królewscy trefnisie opowiadają tylko głupie dowcipy i dworują sobie z Króla.

– Zastanawiam się, co jeszcze ma w ręka... ehm, w swojej czapce. – Mary Ann podniosła ze stołu tacę i dygnęła. – Truflę, pani?

– Wiesz, że nie mogę.

– Udawaj, że się zastanawiasz, żebym mogła tu postać jeszcze chwilę. Królewscy służący zmuszają nas, służbę towarzyszącą gościom, do przynoszenia jedzenia z kuchni, a jeśli będę musiała tam pójść, jestem pewna, że się stopię od gorąca. Poza tym na stole znajduje się już wystarczająco dużo jedzenia, biorąc pod uwagę liczbę gości i ilość zjadanych przez nich przekąsek i jestem pewna, że nie potrzebują więcej, niezależnie od tego, co mówią. To byłoby straszne marnotrawstwo.

Catherine złączyła palce.

– Czy to karmelki?

– Tak sądzę.

– Jak, twoim zdaniem, smakowałyby czekoladowe karmelki ze szczyptą soli morskiej na wierzchu?

Mary Ann wysunęła język demonstrując obrzydzenie.

– Może od razu posypać też pieprzem, skoro już je przyprawiasz?

– To tylko pomysł. – Catherine przygryzła dolną wargę, przyglądając się czekoladkom. Tak, sól morska, nieważne, co myśli sobie Mary Ann. Spiżarnia w Skalistej Zatoce Żółwiowej zawsze była dobrze zaopatrzona w sól, jako, że jest tak blisko morza. Raz, będąc w nastroju do eksperymentów, Cath wsypała odrobinę do swojego kakao i przekonała się, że wyszło całkiem smaczne. To byłoby idealne dla tych trufli. Odrobina słonego smaku, żeby podbić ich słodkość, coś chrupiącego, wyróżniającego się w gładkim karmelu... Och, upiecze tort czekoladowy z solonym karmelem. To będą przekąski firmowe jej cukierni.

Znów zaburczało jej w brzuchu

– Cath?

– Hm?

– Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zacząć się ślinić, a nie chciałabym, żebyś poplamiła tę suknię.

– Nic nie poradzę – jęknęła. – Jestem taka głodna. – Objęła brzuch rękami, kiedy znów, poprzez warstwy aksamitu, wyrwało się z niego burczenie.

Brwi Mary Ann na moment zmarszczyły się współczująco, ale po chwili jej twarz pojaśniała – Ta suknia to jednak był dobry wybór. Tańczyłaś w pierwszej parze z Królem!

Cath powstrzymała kolejny, głębszy jęk. Z pewnością jej skargi na to, że musiała tańczyć z Królem były niczym, w porównaniu do noszenia ciężkich, zastawionych jedzeniem tac z pieklenie gorącej kuchni.

Nagle na końcu stołu dostrzegła ociężałą sylwetkę i wypaliła:

– Kto to taki?

Mary Ann popatrzyła ponad jej ramieniem, ale szybko uciekła wzrokiem. Pochyliła głowę jeszcze bliżej Cath:

– Nazywa się Peter Peter, a ta drobniutka istota obok niego to jego żona. Nie usłyszałam jeszcze jej imienia.

– Drobniutka isto... och.

Żona, o której mówiła Mary Ann, faktycznie była cieniem kobiety, prawie niewidocznym przy ogromnej postaci męża. Jej plecy wydawały się cały czas zgarbione – Cath domyślała się, że od ciężkiej pracy, nie z powodu wieku – skórę miała białą jak pergamin i blond włosy wiszące w strąkach. Wyglądała niezdrowo, jedną ręką trzymała się za brzuch i nie wykazywała żadnego zainteresowania jedzeniem. Jej twarz lśniła od kropelek potu.

Dla odmiany jej mąż był przerażający jak troll. Wyróżniał się spośród tłumu wzrostem i pewnie nawet Markiz ze swoją szeroką klatką piersiową wyglądałby przy nim jak karzełek. Miał na sobie czarną pelerynę jeździecką i bryczesy, w które ledwo się mieścił. Peleryna na ramionach była naciągnięta do granic możliwości. Catherine podejrzewała, że przy jakimkolwiek gwałtowniejszym ruchu szwy po prostu pękną. Głowę mężczyzny pokrywały skołtunione rude włosy, które domagały się zarówno mycia, jak i grzebienia, a jego brwi były wiecznie zmarszczone.

– Ale KIM oni są? – szepnęła.

– Sir Peter jest właścicielem plantacji dyń niedaleko Lasu Nigdzie. Jedna z podkuchennych powiedziała mi, że dostali tytuł rycerski po tym, jak jego żona wygrała konkurs na jedzenie dyń dwa tygodnie temu. Podejrzewam, że Jack zajął drugie miejsce i od tego czasu żąda rewanżu. – Mary Ann chrząknęła. – Chciałabym, żeby ktoś dał mi tytuł szlachecki za to co JA jem.

Catherine zachichotała. Nikt by tego nie powiedział, patrząc na Mary Ann, ale służąca miała apetyt dorównujący co najmniej samej Cath. Wiele lat temu połączyła je miłość do jedzenia, niedługo po tym, jak Mary Ann została zatrudniona u Pinkertonów.

Przestała się śmiać, kiedy padł na nie cień. Grube palce sięgnęły do tacy, którą trzymała Mary Ann.

– Co to takiego?

Mary Ann pisnęła, Catherine się zaczerwieniła, ale sir Peter zdawał się nie zauważać żadnej z nich, kiedy wrzucał sobie całą truflę do ust. Jeśli słyszał ich rozmowę o nim i jego żonie, nie dał tego po sobie poznać.

– Ehm... trufle karmelowe, sir – wykrztusiła Mary Ann.

– Niesolone – dodała Cath. – Niestety.

Z bliska widziała odrastające wąsy na twarzy sir Petera i brud za jego paznokciami, jakby mężczyzna był zbyt zajęty plantacją dyń, żeby zawracać sobie głowę higieną przed swoim pierwszym królewskim balem.

– Sir Peter, zgadza się? – wyjąkała. – Nie miałam jeszcze przyjemności pana poznać.

Zmrużył oczy, kiedy zlizywał czekoladkę z brudnego kciuka. Catherine się skrzywiła.

– Mhm, chwila!

Mary Ann zastygła.

Sir Peter przełknął czekoladkę, ale jej drobinki zostały między jego zębami.

– Będę je jeszcze jadł. To wszystko są... jak je tam nazywacie? Uprzejmości Króla, zgadza się?

– Tak, sir. Może pan kosztować do woli. – Mary Ann znów lekko dygnęła. – Czy mogłabym zaoferować coś jeszcze?

– Nie. – Zgarnął kolejną truflę i połknął prawie nie gryząc.

Ukryta w jego cieniu, lady Peter śledziła, jak trufla wędruje przez przełyk jej męża i zzieleniała, po czym spojrzała niepewnie na Mary Ann.

– Czy może – wyjąkała niemal szeptem – czy może są jakieś ciasta dyniowe? Sprzedaliśmy trochę dyń do królewskiej kuchni wczoraj rano i słyszałam, że mieli upiec ciasta na bal, ale nie widzę...

– Nie potrzebujesz więcej dyń! – krzyknął jej mąż, aż ślina wyleciała mu z ust i wylądowała na tacy z truflami. Cath i Mary Ann skrzywiły się z odrazą – Zjadłaś już wystarczająco dużo.

Lady Peter się zawstydziła.

Cath chrząknęła i weszła między Petera Petera a tacę z truflami.

– Mary Ann, może pójdziesz do Waleta i zaoferujesz mu karmelowe trufle? Tak strasznie przepada za słodyczami.

Słyszała, jak Mary Ann westchnęła z ulgą, zanim odeszła.

– Jestem Catherine Pinkerton, córka Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej. – Cath dygnęła. – Słyszałam, że ostatnio nadano panu tytuł szlachecki.

Jego spojrzenie pod zaczerwienionymi powiekami pomroczniało.

– Na to wygląda.

– A to musi być pańska małżonka. Miło mi panią poznać, lady Peter.

Ramiona kobiety podjechały aż do uszu. Nie ukłoniła się, nie uśmiechnęła, raczej skurczyła jeszcze bardziej i wróciła do przeglądania zawartości stołu. Cath przysięgłaby, że dyniowej szlachciance na widok jedzenia zbiera się na mdłości.

– Czy dobrze się pani czuje, lady Peter? – Catherine bezradnie starała się przestrzegać etykiety. – Obawiam się, że wygląda pani trochę blado, a tutaj jest tak strasznie gorąco. Może chciałaby pani towarzyszyć mi na przechadzce po tarasie?

– Czuje się wystarczająco dobrze – uciął Peter i Catherine cofnęła się pół kroku, zszokowana jego gwałtowną odpowiedzią.

– Rozumiem – odparła, mimo że nie rozumiała. – Gratuluję wygranej na konkursie jedzenia dyń, lady Peter. Musiała pani zjeść całkiem pokaźną ilość. Sama ostatnio tęsknię za upieczeniem placka dyniowego.

Peter chwilę dłubał paznokciem w zębach, a Catherine znowu się cofnęła, mając wrażenie, że jej rozmówca zastanawia się, jak najlepiej ją przyrządzić i zjeść.

– Ona je zjada na surowo – brzmiał, jakby był z tego dumny. – Jadłaś kiedyś surową dynię, lady... PINKERTON?

– Niestety nie. – Upiekła kilka dyniowych ciast i raz zrobiła mus dyniowy... ta włóknista pulpa i oślizgłe pestki, które musiała wydrapać ze środka, zanim przyrządziła miąższ nie były zbyt apetyczne. Obrzuciła spojrzeniem sir Petera i zwróciła się do jego żony. – Rozumiem, że można się czuć niezbyt dobrze po takim posiłku. Szkoda, że nie ma pani sił na skosztowanie specjałów z królewskiego stołu.

Lady Peter podniosła wzrok i załkała, po czym znów opuściła głowę. Wyglądała, jakby na widok tych wszystkich specjałów, zaraz miało zrobić się jej niedobrze.

– Na pewno nie chce pani usiąść? – zapytała Catherine.

Lady Peter odpowiedziała słabo:

– Czy na pewno nie ma żadnych ciast dyniowych? Myślę, że poczułabym się lepiej, gdyby tylko...

– Widzisz? Szkoda zachodu, żeby z nią gadać – powiedział Peter. – Głupia jak dynia.

Jego żona ścisnęła się mocniej za brzuch.

Catherine zakipiała ze złości. Przez chwilę wyobrażała sobie, jak Peter dusi się jednym z czekoladowych karmelków, a ona z jego żoną stoją nad nim i się śmieją, ale jej marzenia zostały przerwane przez Dziewiątkę i Dziesiątkę Karo, którzy wepchnęli się pomiędzy nich.

– Och, przepraszam – rzekł Dziewiątka, sięgając po figę w miodzie.

Cath z wdzięcznością cofnęła się o krok.

– Wy zawsze tacy? – zapytał Peter, warcząc im w plecy.

Dziesiątka odwrócił się z szelmowskim uśmiechem i uniósł kieliszek wina w toaście.

– Absolutnie nie – odparł. – Kiedyś mieliśmy standardy.

Cath zbladła. Dworzanin zniknął w okamgnieniu, zostawiając ją na pastwę Petera, którego twarz płonęła, a spojrzenie paliło.

Zmusiła się do uśmiechu.

– Dworzanie są czasem ciut... przemądrzali. W stosunku do nieznajomych. Jestem pewna, że nie miał na myśli nic złego.

– Jestem pewien, że miał – odpowiedział Peter. – I że nie on jeden. – Patrzył na nią dłuższą chwilę, uniósł rękę, dotykając nią swojej zmierzwionej głowy. – Miło mi było poznać, MILADY.

Ten pierwszy przejaw manier, jaki pokazał, był równie wiarygodny, co stwierdzenie Księcia Szablozębu, że umie latać.

Sir Peter chwycił żonę za łokieć i pociągnął za sobą. Cath nie zmartwiła się, że ją opuścili.

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.papierowyksiezyc.pl