Wydawca: Buchmann Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez presji - Alvin Rosenfeld, Nicole Wise

 

Znakomita odtrutka na zalew porad wychowawczych.

Ta książka obala mity dotyczące wychowywania dzieci. Uzmysławia rodzicom, że tzw. hyper-parenting, czyli obsesyjna tendencja do kontrolowania każdego aspektu wychowywania dzieci oraz dokładnego planowania poczęcia, ciąży, porodu, czy rozwoju dziecka tak naprawdę prowadzi donikąd, a niejednokrotnie przynosi więcej szkody niż pożytku. Autorzy po kolei rozprawiają się z pokutującymi wśród nadrodziców mitami dotyczącymi wychowania. Analizują również potencjalne niebezpieczeństwa płynące z nadrodzicielstwa i szkody, jakie ono czyni rodzicom i dzieciom. Następnie proponują konkretnie rozwiązania.

Opinie o ebooku Bez presji - Alvin Rosenfeld, Nicole Wise

Fragment ebooka Bez presji - Alvin Rosenfeld, Nicole Wise

BEZ PRESJI

POZWÓLMY DZIECIOM CIESZYĆ SIĘ DZIECIŃSTWEM

ALVIN ROSENFELD, NICOLE WISE

Przełożyła Marta Komorowska

Tytuł oryginalny:The Overscheduled Child

Autorzy: Alvin Rosenfeld, Nicole Wise

Tłumaczenie: Marta Komorowska

Redaktor inicjująca: Magdalena Gołdanowska

Redakcja: Anna Stawińska

Korekta: Justyna Mroczkowska

Skład: Violet Design Wioletta Kowalska

Projekt okładki i ilustracja: Tomasz Majewski

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., 2016

Copyright © 2000 by Alvin Rosenfeld, M.D., and Nicole Wise

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

Al. 3 Maja 12, 00-391 Warszawa

Tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3350-4

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Dla mojej ukochanej żony, Dorothy, która uczyniła moje życie bogatym, pełnym i wartościowym, oraz dla moich drogich dzieci, Lisy, Sama i Mike’a, które nauczyły mnie o miłości, rodzicielstwie, dzieciach i mnie samym znacznie więcej, niż mogłaby to zrobić jakakolwiek książka.

– dr Alvin Rosenfeld

Dla Iana, Devina, Bradleya i Holly Sloss, z całą moją miłością.

– Nicole Wise

Podziękowania

Nie wystarczyłoby mi miejsca, aby podziękować tu wszystkim członkom rodziny, przyjaciołom i pacjentom, którzy zainspirowali mnie do napisania tej książki i wspierali podczas prac nad nią. Chciałbym jednak wyróżnić kilka osób, które szczególnie mi pomogły. Pragnę złożyć pośmiertne podziękowania mojemu przyjacielowi, Brunonowi Bettelheimowi, którego sposób myślenia o dzieciach i ich potrzebach splótł się z moim tak dalece, że nie potrafię dokładnie określić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Wiem, że ta książka jest przesycona jego ideami, ale pamiętam też, że twierdził, iż należą one do wszystkich, więc nie muszę opatrywać przypisami każdego miejsca, w którym czerpię z jego twórczości. Moi przyjaciele przeczytali wszystkie rozdziały i poczynili liczne uwagi, dzięki którym książka stała się nieporównywalnie lepsza. Debbie Cohen, Jeff DeTeso, Rabbi Joshua Hammerman, Robert Kavet, doktorzy Arnie i Gail Korval, Lisa Lee Morgan, Patty Nizlik, doktor Beth Sackler, Margie Smith, Bill i Elissa Tinsman oraz Peter Winn celnie komentowali książkę w trakcie jej powstawania. Pragnę także podziękować moim rodzicom, którzy nie przestają mnie inspirować, przepełniać pomysłami i zadziwiać swoją odwagą, pracowitością, hartem ducha i nieustępliwością. Steve Cohen i nasza redaktorka, Jennifer Weis z wydawnictwa St. Martin’s, byli naszymi przyjaciółmi i orędownikami, za co jestem im głęboko wdzięczny. Natomiast bez pomocy, miłości i zrozumienia mojej ukochanej żony Dorothy i moich cudownych dzieci, Lisy, Sama i Mike’a, nigdy nie wpadłbym na pomysł napisania tej książki, nie mówiąc o jej ukończeniu.

– dr Alvin Rosenfeld

Jestem winna podziękowania większej liczbie osób, niż mogłabym wymienić, ale chciałabym podziękować tym, których zasługi były szczególnie duże. Przede wszystkim mojemu mężowi, Bobowi Slossowi, który nie tylko był moją ostoją, ale także zrobił wiele, aby ta książka stała się lepsza. Mój syn Ian i córka Devin udzielili mi nieocenionego wsparcia technicznego i wraz ze swoim młodszym rodzeństwem, Bradem i Holly, zasługują na moją wdzięczność za zrozumienie okazane mi w paradoksalnej sytuacji, kiedy jako ich mama często nie miałam dla nich czasu, ponieważ poświęcałam go na pracę nad książką zainspirowaną wyłącznie miłością dla nich.

Chciałabym wyrazić szczere uznanie dla Marie Faust Evitt i Maxene Mulford, nie tylko za sprawną redakcję, ale także za niesłabnące wsparcie. Ed Barbieri, Sue Stoga i Leona Lobell Torkelson zapewnili profesjonalne spojrzenie na sprawę, które bardzo sobie cenię. Maida Webster zasługuje na wzmiankę za podzielenie się pomysłami, które miały podstawowe znaczenie dla tej książki (i nie tylko). Moje siostry, Valerie McDonald i Clair Wise, pomogły mi bardziej niż myślą; moi rodzice, Jake i Linda Wise, zawsze byli dla mnie oparciem. Chciałabym także podziękować moim przyjaciółkom – Valerie Law, Mary March, Kiki Cook, Bess Wareing i Vicki Harris – za lekturę kolejnych wersji poszczególnych rozdziałów oraz bezgraniczne zainteresowanie i wsparcie.

– Nicole Wise

Przedmowa

Ta ważna, szczera i wciągająca książka została napisana przez dwoje rodziców, Alvina Rosenfelda i Nicole Wise, którzy dzielą się z nami swoją bogatą wiedzą i psychologicznym rozeznaniem. Starają się w niej zachęcić osoby wychowujące dzieci, aby zatrzymały się w biegu i przemyślały, czego pragną dla swoich synów i córek – oraz dla siebie, jako ich matek i ojców. Autorzy są szczerzy i troskliwi, a przy tym ostrożni – zdają sobie sprawę, jak wielu z nas oczekuje „rad” – im więcej, tym lepiej – od rozmaitych „ekspertów” i jak bardzo pragniemy wskazówek, sugestii, zaleceń i autorytatywnych uwag „z góry” – do tego stopnia, że niemal każdy aspekt współczesnego życia rodzinnego stał się polem dla poradnictwa, a często wręcz natarczywych zaleceń, niejednokrotnie wygłaszanych w imię nauki lub medycyny. Na szczęście tych dwoje autorów powstrzymuje się od moralizatorskich gadek, a nawet sięga po ironię, są bowiem przekonani, że wszyscy – zarówno dzieci, jak i dorośli – zasługują na to, aby uświadomić sobie całą psychologiczną złożoność rozmaitych kwestii, zagadek i paradoksów, zaskoczeń i rozczarowań, jakie niechybnie nas czekają, choćbyśmy dołożyli wszelkich starań, aby zyskać pełną kontrolę nad swoim życiem, przewidzieć zbliżające się problemy i zrozumieć, jak możemy robić lepiej to, czym się zajmujemy.

Książka ma także służyć jako przewodnik tym z nas, którzy posłuchają jej przesłania – w skrócie, wezwania, żebyśmy zatrzymali się w biegu i pomyśleli nie tylko o naszych dzieciach i oczywiście o sobie jako rodzicach, ale także o świecie, w którym żyjemy: wartościach społecznych i obyczajach kulturalnych oraz postawach, które nieustannie wpływają na nasze codzienne życie i przekonują, kuszą, zmieniają nas w ludzi, którymi wcale nie chcemy być. Smutne jest to, że wszystko to dzieje się „dla dobra dzieci” – to zdanie jest zmorą wielu rodziców troszczących się o swoje pociechy w domu i poza nim. Dlatego właśnie sięgamy po takie książki jak ta – z jednej strony, oczywiście pragniemy dla naszych dzieci wszystkiego, co najlepsze i chcemy zrobić wszystko, co w naszej mocy dla ich dobra. Z drugiej, często martwimy się, że „wszystko, co w naszej mocy” nie wystarczy i zwracamy się do innych – przyjaciół i sąsiadów, przywódców religijnych, nauczycieli, a ostatnio także do autorów książek – lekarzy takich jak dr Rosenfeld, psychiatra dziecięcy, lub pisarek jak Nicole Wise, którzy poświęcili wiele czasu, żeby w prosty, wciągający sposób opisać obecny stan wiedzy o dzieciach i ich wychowawcach. Na kolejnych stronach dwoje współczesnych nam autorów opowiada o tym, czego się nauczyli, jakie rozwiązania zadziałały w ich przypadku i co ich zaniepokoiło, kiedy wypełniali swoje rodzicielskie obowiązki i obserwowali innych, równie zaaferowanych, rodziców.

Rezultatem jest niezwykłe spotkanie pomiędzy autorami i nami, Czytelnikami, którzy starają się jak najlepiej wychować swoje dzieci, robią co w ich mocy, ale jednocześnie obawiają się, że w efekcie zapomną, czego naprawdę pragną dla swoich dzieci. W tym właśnie ma nam pomóc ta książka: pozwala zatrzymać się w biegu, pomyśleć i się zastanowić. Dzięki temu będziemy mogli – jako członkowie rodzin i obywatele narodu – na nowo określić, dokąd zmierzamy i dlaczego.

Wstęp

Kilkanaście lat temu zaczęliśmy pracę nad książką Nadrodzicielstwo: czy krzywdzisz swoje dziecko, starając się za bardzo? („Hyper-Parenting: Are You Hurting Your Child by Trying Too Hard?”), która obecnie ukazuje się pod tytułem Bez presji. Wiedzieliśmy, że życie rodzinne mogłoby stać się znacznie przyjemniejsze, a dzieciom byłoby lepiej pod każdym względem, gdyby rodzice odrobinę się wycofali, zwolnili i zrelaksowali. Jesteśmy o tym coraz bardziej przekonani – i najwyraźniej nie tylko my.

Nasza książka wzbudziła ogromne zainteresowanie w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. Pomimo tego, że przytaczane tu dane statystyczne mogą obecnie zawierać inne liczby niż w momencie pisania tej książki, to tak naprawdę przesłanie w niej zawarte jest podnaczasowe i wciąż aktualne. Dziennikarze, pracownicy oświaty oraz specjaliści w zakresie zdrowia psychicznego i rozwoju dzieci niemal jednogłośnie nam przyklasnęli i wspierają nas w naszej misji: pomocy rodzinom w zmniejszaniu tempa – i głośności – życia, często toczonego dotąd we frenetycznym tempie. Wprowadzony przez nas termin „nadrodzicielstwo” trafił do potocznego użytku, ostatnio słyszeliśmy go nawet podczas debaty w parlamencie brytyjskim!

Dostajemy listy z podziękowaniami od zabieganych niegdyś rodziców, którzy twierdzą, że nasza książka pokazała im, jak prowadzić szczęśliwsze życie rodzinne i lepiej czuć się ze swoimi dziećmi. Pewna mama napisała: „Dziękuję, że pozwoliliście mi odetchnąć”. Jednocześnie, i niezależnie, program „Families First” wdrożony w Wayzata w stanie Minnesota przez Billa Doherty’ego, wykładowcę na Uniwersytecie Stanu Minnesota, zmobilizował pewną lokalną społeczność do wprowadzenia w życie proponowanych przez nas zasad – akcja odbiła się szerokim echem w całym kraju.

Zaskoczyło nas jedno. Czytelnicy, którym bardzo spodobała się książka, zgadzali się z jej przesłaniem i chcieli polecić ją krewnym i znajomym, często bali się, że mogliby urazić ich uczucia. Problem nie leżał w treści książki, a w jej tytule – ale bardzo zasmuciła nas myśl, że jakakolwiek część tej publikacji wywołuje u rodziców poczucie winy i niepokój. Nade wszystko pragniemy dawać im otuchy, pomóc im się zrelaksować, zaufać sobie i swoim dzieciom i bardziej cieszyć się codziennym życiem. Jako rodzice, którzy sami mierzyli się z tym problemem (sami siebie nazywamy nadrodzicami na odwyku), wiemy z doświadczenia, że robiąc mniej, można zyskać więcej i łatwiej osiągnąć cel, do którego od początku zmierzamy – wychować szczęśliwe, zdrowe, stabilne emocjonalnie i odnoszące sukcesy dzieci.

Tytuł się zmienił, ale przesłanie pozostaje to samo. Zjawisko, które opisaliśmy, ma dwie strony – rodziców i dzieci. Media skoncentrowały się na przepracowanych dzieciach nadrodziców, uznaliśmy więc, że nowy tytuł będzie lepiej odzwierciedlał wspierający charakter książki, korzystając z zastosowanej w niej terminologii, ale nie wywołując przy tym napięć.

Nasza książka omawia sposób życia, który nadwątla współczesne życie rodzinne – nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w wielu innych krajach. Dobre, zaangażowane rodzicielstwo zmieniło się w nieubłagane odhaczanie kolejnych pozycji z listy obowiązków. Przeciążenie i nadrodzicielstwo są reakcją na to, jak współczesne czasopisma, strony internetowe i programy telewizyjne dla rodziców każą nam wychowywać dzieci. Media teoretycznie przyznają, że potrzebny jest czas wolny, w którym „pozwoli się dzieciom być dziećmi”, ale całokształt artykułów i reportaży w wiadomościach, jakie do nas docierają, popycha nas w przeciwnym kierunku. Matki i ojcowie mają jak najlepsze intencje, ale kiedy znajdą się w krzyżowym ogniu porad ekspertów, którzy zalecają, jak dobrze wychować dziecko, zaczynają martwić się o wszystko i próbować zarządzać każdym najdrobniejszym aspektem życia swoich dzieci – nieraz jeszcze przed ich narodzinami.

Budzi się w nas wątpliwość, czy dziecko, które w niemowlęctwie nie słuchało Mozarta, poradzi sobie z nauką matematyki, przekonanie, że jeśli półtoraroczna dziewczynka nie zostanie zapisana na zajęcia z gimnastyki, nie wykształci w sobie wdzięku, nie będzie się dobrze czuła we własnym ciele i całe życie będzie się potykać – oraz obawę, że jeśli nie zabierzemy malucha na lekcje pływania, może się on utopić.

Wielu rodziców opowiadało nam, że próbowali ograniczyć liczbę zajęć dodatkowych – i czuli się egoistami, kiedy porównali się z rodzinami, w których dzieci jakimś cudem zdołały pomieścić w rozkładzie tygodnia treningi kilku dyscyplin sportowych, lekcje gry na flecie i zaawansowany kurs francuskiego. Czy są lepszymi rodzicami od nas? Czy ich dzieci będą miały przewagę nad naszymi – teraz i w przyszłości?

Pokolenie współczesnych rodziców rozpaczliwie usiłuje zrobić wszystko dla dobra swoich dzieci – z jak najbardziej szlachetnych pobudek. Wielu dorosłych wspomina, że wychowywano ich z pobłażliwym lekceważeniem. Nadal mierzą się z bólem i niepewnością wynikającymi z poczucia, że byli obojętni swoim rodzicom. Starają się uzyskać krańcowo odmienny efekt – pokazać dzieciom, jak bardzo są dla nich ważne – i poświęcają swoje dorosłe zainteresowania, koncentrując się na życiu pociech.

Czy istnieją jednak jakiekolwiek naukowe dowody na słuszność tak intensywnego stylu rodzicielstwa?

Czy rodzice rzeczywiście powinni roztrząsać każdy najdrobniejszy szczegół życia dziecka, rozważać, jaki miesiąc narodzin najlepiej wróży jego karierze naukowej, i zastanawiać się, co pomyśli pani w przedszkolu, jeżeli maluch pochwali się tam swoim pistoletem na wodę? Czy naprawdę warto, aby rodzice ściśle planowali popołudnia i weekendy, aby zapewnić dziewięcioletniej córce miejsce w reprezentacji szkoły albo przejmowali się wynikiem juniorskiego meczu piłkarskiego tak bardzo, żeby obrzucać wyzwiskami nastoletniego sędziego, kiedy ten popełni błąd? Skąd wzięło się zaangażowanie całego społeczeństwa w dziecięcą rekreację – tak ogromne, że w stanie Massachusetts jeden ojciec zabił drugiego podczas kłótni o wynik meczu juniorskich drużyn hokejowych? A przede wszystkim – czego nam potrzeba, żebyśmy mogli wrócić do zrównoważonej, rozsądnej sytuacji, w której wszyscy w rodzinie, nie wyłączając rodziców, będą bardziej zadowoleni z życia? Te właśnie pytania stawia niniejsza książka.

Wszyscy chcemy dla naszych dzieci tego, co najlepsze. Zwykle stawiamy ich szczęście daleko przed własnym. Głęboko angażujemy się w ich dzieciństwo kosztem własnego życia, co nie jest zdrowe ani dla nich, ani dla nas. My, dorośli, mamy dzieciństwo już za sobą – teraz kolej na nasze dzieci. Musimy im pozwolić uczyć się i rozwijać dzięki dobrym, a także tym mniej przyjemnym doświadczeniom życiowym i zapewnić wolny czas potrzebny, aby mogły rozwijać życie wewnętrzne, snuć fantazje i tworzyć własne, nowe światy. To także ważna część dzieciństwa.

Ciężko pracując, aby wcielić w życie naszą wizję idealnego dzieciństwa dla naszych pociech, zapomnieliśmy o tej ważnej prawdzie. W naszej książce bezlitośnie przyglądamy się temu, pod jak wielką presją w kwestii rodzicielstwa żyje nasze pokolenie, omawiamy czynniki zewnętrzne i wewnętrzne kształtujące nasze nadrodzicielstwo i wskazujemy miejsca, w których można wprowadzić zmiany. Wyjaśniamy zaskakujący fakt, że spędzanie czasu z dziećmi w nieproduktywny sposób może okazać się najlepszym i najbardziej konstruktywnym, co możemy zrobić. Dowodzimy, że cała rodzina korzysta na tym, kiedy rodzice odzyskują swoje życie i pozwalają dzieciom przeżywać własne.

Nasze nadrodzicielstwo rodzi się z dobrych chęci. Angażujemy się w sposób totalny. Nie ma dla nas nic ważniejszego na świecie niż sprawdzenie się w roli rodziców. Jako najlepiej wykształcone pokolenie w historii naszego kraju chcemy wiedzieć wszystko o wychowaniu, abyśmy mogli jak najlepiej wywiązać się ze swoich zadań.

Dlatego właśnie tak pilnie śledzimy porady zawarte w książkach, artykułach czy audycjach radiowych i telewizyjnych. Co sumienniejsi rodzice wyszukują wszystkie dostępne informacje – prenumerują poradniki, inwestują w całą biblioteczkę książek o rozwoju dziecka, biorą udział w warsztatach, seminariach i wykładach. Wielu z nich nie jest pewnych, czy mają w sobie wszystko co potrzebne do właściwego wychowania dzieci, i uważa, że wszystkie te informacje są równie niezbędne do właściwego funkcjonowania rodziny jak instrukcja obsługi nowego drogiego laptopa – do jego odpowiedniej konfiguracji i użytkowania. Mają nadzieję, że jeśli uda im się przyswoić te informacje, będą wiedzieć, co zrobić, aby ich ukochane dziecko mogło funkcjonować w najlepszy możliwy sposób.

Choć wszyscy rodzice byli kiedyś dziećmi, wielu z nich traktuje dzieciństwo jak nieznany ląd. Dzieci wydają się takie tajemnicze – jak je rozgryźć? Dorosłym wydaje się, że dobrzy rodzice powinni wiedzieć wszystko o życiu swoich dzieci, od chwili ich poczęcia. Z niepewności i lęku przed tragicznymi w skutkach błędami wielu rodziców (szczególnie debiutujących w tej roli) drobiazgowo analizuje każdy krok swojego potomstwa. Wczytują się w książki o rozwoju dziecka, jakby były instrukcjami obsługi, sprawdzają normy rozwojowe i panikują, jeżeli ich pociecha się w nich nie mieści. Z tej nerwowej perspektywy, w kontekście naszych aspiracji i nadziei na życiowy sukces dziecka, wiele kamieni milowych w jego rozwoju, zamiast po prostu cieszyć, wydaje się jedynie fragmentem drogi do większych osiągnięć: dziecko raczkuje! A jak myślisz, kiedy zacznie chodzić? Budzi się w nas ambicja. Rozpoznaje kształty? Czytałem gdzieś, że jeśli wcześnie się tego nauczy, może to być oznaką uzdolnień w zakresie relacji wizualno-przestrzennych! Czy możemy rozwinąć w nim ten talent? Może już pora popracować nad rysowaniem kółek?

Wielu rodziców niepokoi się, jeśli ich dziecko nie wyprzedza rówieśników w rozwoju. Jeśli jest ono „przeciętne” w wieku, powiedzmy, siedemnastu miesięcy, wstydzą się i martwią, że czeka je mało prestiżowa, kiepsko płatna praca w nieciekawym zawodzie. Jeżeli jakąś umiejętność dziecko opanowuje późno, zastanawiają się – i często pytają pediatry – czy powinni skonsultować się ze specjalistą?

Rodzice często jako pierwsi zauważają problemy rozwojowe u swoich dzieci, a pediatra istotnie jest pierwszą osobą, do której powinni udać się po radę. Dla wielu dzieci drobne wsparcie na wczesnym etapie życia może mieć decydujące znaczenie. W tej książce omawiamy jednak inny problem – zwracamy się do zdecydowanej większości rodziców, których dzieci są cudownie normalne i zdrowe. Chcemy pokazać im inną perspektywę i pomóc przywrócić równowagę oraz orientację w życiu wielu rodziców, którzy nabrali przekonania, że (jak często mawia nasze pokolenie) rodzicielstwo to praca na cały etat. Chcemy obalić współczesny mit, że naturalny cykl rozwoju dziecka oznacza miernotę i że jest mu potrzebne nie tyle wzbogacone środowisko, ile turbodoładowanie.

Prawda jest taka, że nie powinniśmy poświęcać rodzicielstwu całego swojego czasu, budżetu i energii. W zasadzie wszyscy członkowie klasy średniej zapewniają dzieciom wzbogacone środowisko rozwoju. W porównaniu z nami większość dzieci na świecie żyje w ubóstwie. Patrząc z tej perspektywy – nasze życie to bajka. Jednak wielu z nas zamiast wdzięczności odczuwa lęk, niepewność i bezbronność – zupełnie nie zdają sobie sprawy z faktu, że należą do najszczęśliwszych ludzi na Ziemi. Zaczęliśmy bać się naszych dzieci, przestaliśmy wierzyć w ich potencjał i ufać naszym instynktom. Boimy się, że jeden fałszywy krok w procesie ich wychowania – zła ocena sytuacji lub brak czujności – może je straumatyzować, emocjonalnie okaleczyć, albo wręcz zmienić słodkie maleństwo w socjopatycznego potwora. Nasza niepewność odbiera dzieciom poczucie bezpieczeństwa i zaufania, na które zasługują.

Współcześni rodzice nabrali przekonania, że to co przeciętne, typowe czy nawet „normalne” nie wystarcza – a każdy kolejny artykuł lub audycja, z jakimi się zapoznają, to przekonanie wzmacnia. Aby przygotować dzieci do życia w zajadłej konkurencji charakterystycznej dla nowego tysiąclecia, rodzice zmuszeni są wypracować przewagę konkurencyjną. Media używają mocnych słów, aby przekonać ich, że nie tylko mogą, ale także powinni ciężko pracować nad sukcesem swojego dziecka: „Spraw, aby Twoje dziecko stało się mądrzejsze”, wzywa czasopismo dla rodziców. „Stwórz lepszego chłopca”, radzi „Newsweek” – tak jakby dzieci rodziły się mierne i wymagały tuningu przez rodziców, żeby zacząć funkcjonować na optymalnym poziomie i osiągnąć w życiu wszystko co możliwe.

Brzmi to całkiem rozsądnie w kontekście spektakularnego postępu naukowego i technologicznego, o którym słyszymy codziennie. Czemu nie zastosować danych naukowych – nowych faktów odkrywanych przez psychiatrów dziecięcych i młodzieżowych, psychologów rozwoju, pediatrów i badaczy naukowych i medycznych – do przyspieszenia rozwoju dzieci i zapewnienia im bardziej produktywnego życia? Rodzice martwią się, że jakakolwiek cząstka potencjału dziecka może pozostać niewykorzystana i, z najlepszych pobudek, wyznają zasadę, że jeśli trochę czegoś jest dobre, mnóstwo musi być jeszcze lepsze (choć takie podejście jest szkodliwe np. w przypadku witamin czy leków). Jeżeli czarno-biała karuzela nad łóżkiem przyciąga uwagę dziecka, pomalowanie całego pokoju na kontrastowe kolory na pewno jeszcze bardziej rozwinie jego inteligencję!

To podejście niepostrzeżenie przenika również do innych dziedzin życia. Rodzicom często wydaje się, że dziecko, które nie jest nieustająco aktywne i nie wysila umysłu przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodni, nudzi się i rozleniwia – więc powodowani obawą lub ambicją, nieustająco popychają je naprzód. Jeżeli przedszkolak opanował alfabet – może już czas, żeby nauczył się czytać? Kiedy zacznie literować proste słowa, jak D-O-M czy K-O-T, chyba już pora, aby przeczytało prostą książeczkę? A kiedy z nią też da sobie radę, może warto pomyśleć o posłaniu go wcześniej do szkoły, do klasy dla dzieci szczególnie uzdolnionych, a potem…

Niektórzy rodzice stosują większy nacisk, inni mniejszy, a niektóre dzieci (zwłaszcza pierworodne) chyba po prostu rodzą się ambitne, wielu z nas zastanawia się jednak, na czym naprawdę polega rola „rodzica” i w jaki sposób odpowiedzialnie ją wypełniać. Większość z nas starannie zaplanowała swoje dzieci (przynajmniej pierwszą dwójkę) i spędza mnóstwo czasu, wypełniając zobowiązania wobec nich, często z wielkim poświęceniem. Dbamy nie tylko o rozwój fizyczny naszych pociech – co rodzice robili od zawsze – ale także o ich rozwój emocjonalny, przez poprzednie pokolenia uważany za korzystny produkt uboczny zapewnienia potomstwu wyżywienia, dachu nad głową i edukacji.

Wielu współczesnych rodziców przekonuje się jednak, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Wielu instynktownie czuje, że ze współczesnym sposobem wychowywania dzieci, opartym na ciągłej presji i nieustannym ruchu, jest coś bardzo nie w porządku. Przyznają to – ale trudno im się z niego wycofać. W końcu wszyscy pozostali żyją w ten sam sposób, a kto by potrafił usłyszeć szept rozsądku, pędząc w rozszalałym stadzie?

Wszyscy wiemy, że dobre życie wymaga czegoś więcej niż ładny dom i szybki samochód. Jednak boimy się, że jeśli zwolnimy, żeby zastanowić się nad tym, co robić, może to kosztować nas – albo co gorsza, nasze dzieci – zwycięstwo w wyścigu (chociaż nie jesteśmy w stanie określić, do czego właściwie się ścigamy, gdzie znajduje się meta, ani jaka jest nagroda za zwycięstwo). Sama myśl o spokojnym zastanowieniu się nad sensem życia budzi w nas niepokój – łatwiej jest znaleźć sobie coś do roboty. Brniemy więc naprzód. Jak można odrzucić zaproszenie dla jedenastolatka do okręgowej drużyny pływackiej? Co, jeśli właśnie w tej dyscyplinie mógłby coś osiągnąć – nabrać pewności siebie, zdobyć kilka medali, a pewnego dnia może nawet otrzymać elitarne stypendium sportowe? Chociaż napięty grafik codziennych treningów i weekendowych zawodów, niekiedy rozgrywanych daleko od domu, będzie dla całej rodziny ciężarem trudnym do udźwignięcia, wzdychamy ciężko i wyrażamy zgodę. Jeśli chodzi o dbałość o jakość życia naszych dzieci, sami nie jesteśmy pewni, gdzie kończą się działania rozsądne, a zaczynają – absurdalne.

Nic dziwnego, że wszyscy jesteśmy wykończeni.

Współcześni rodzice chcą wychować dzieci na „dobrych” ludzi, ale boją się, że mogą one zacząć pić, zażywać narkotyki lub obnosić po mieście niebieskie włosy i kolczyki w języku. Patrząc na presję, jakiej poddawane są dzisiejsze dzieci – seks, narkotyki, przemoc – i wartości, jakie przejmują z telewizji, filmów i muzyki, tęsknimy za bardziej niewinnymi czasami, jak te, w których sami dorastaliśmy (choć nasi rodzice zapewne nie uważali lat 60., 70. i 80. ubiegłego wieku, z seksem, dragami i rock and rollem, za szczególnie niewinne). Chcemy mieć pewność, że nasze sumienne, wytrwałe starania ochronią nas przed niepożądanymi rezultatami i jesteśmy gotowi włożyć każdą ilość pracy w szczęśliwe zakończenie.

Nic dziwnego, że tak bardzo irytują nas bezlitosne drwiny w książkach, czasopismach, filmach i programach telewizyjnych i karykatury takie jak Power Mom, która objeżdża przedmieścia swoim samochodem terenowym, popijając kawę ze Starbucksa i zastanawiając się nad istotnymi życiowymi dylematami takimi jak to, które z dostępnych w okolicy zajęć z gimnastyki dadzą jej zwinnemu czterolatkowi największą przewagę nad kolegami. Każdego wyprowadziłyby z równowagi takie docinki, szczególnie ze strony osób, które nigdy nie były w naszej sytuacji. Przecież to właśnie my, współcześni rodzice, organizujemy akcje, aby uchronić przed zamknięciem zasłużone teatry dziecięce i dofinansowujemy wakacje dla dzieci z biednych rodzin!

Krytyka trafia jednak w czuły punkt. Większość z nas naprawdę zna takie osoby. Rozmawiamy z „nimi”, siedząc na ławce na placu zabaw i przyglądając się dzieciom w piaskownicy, przypadkiem słyszymy ich rozmowy w supermarkecie. Znamy wiele wariantów ich zachowań. Nie możemy uwierzyć, że wizytę u pięciolatka mieszkającego przecznicę dalej trzeba umawiać z trzytygodniowym wyprzedzeniem, żeby wpasować się w jego napięty grafik. Wyśmiewamy się z kolegi z pracy, który zatrudnił drogiego trenera pływania, aby dopracować styl dowolny u swojego siedmiolatka. Twierdzi, że nie ma wyjścia – w przeciwnym razie jego uzdolnione dziecko nie sprosta konkurencji. „Dla siedmiolatka?”, pytamy sarkastycznie, a potem, zniesmaczeni sobą, dodajemy nieśmiało: „I jak, sprawdza się?”. Plotkujemy o sąsiadach, którzy tak bardzo dali się wciągnąć w wir konkurencji, że korzystają z porad konsultanta, żeby upewnić się, że ich syn, gimnazjalista, dostanie się na prestiżowy uniwersytet. A potem zaczynamy się zastanawiać: „I jakie daje mu szanse? Jakie zajęcia pozaszkolne mu doradza? Ile godzin prac społecznych zalecił?”.

Choć odrzucamy ten stereotyp, wielu z nas, współczesnych rodziców, czasem zastanawia się z lękiem, czy aby na pewno tak wiele różni ich od tych rodziców, z których się wyśmiewają – lub czy zachowywaliby się jak oni, gdyby było ich na to stać. Może nam się nawet wydawać, że tacy gotowi na wszystko rodzice wywiązują się ze swoich obowiązków lepiej niż my. Skoro porady konsultanta edukacyjnego mogą znacząco zwiększyć szanse naszego dziecka na miejsce na elitarnej uczelni, ilu z nas bez oporów zrezygnowałoby z wysupłania znaczącej kwoty na ten cel? Warto przyjrzeć się, jak reagujemy – my, autorzy tej książki, postępowaliśmy tak samo – kiedy nasze dzieci nas rozczarują, co od czasu do czasu jest nieuniknione. Na przykład: gryziemy się faktem, że pierwszoklasista, który niemal we wszystkich rubrykach na świadectwie ma wyróżniające oceny, wykazał się jedynie przeciętną „organizacją” pracy pisemnej – cokolwiek może to oznaczać w pierwszej klasie. Kto byłby zadowolony z „przeciętnego” dziecka? Czy nie poprawiamy mimochodem wypracowań gimnazjalisty, żeby lepiej się czytały?

Być może da się uzasadnić twierdzenie, że osiągnięcie dobrych wyników w szkole wymaga nadzoru rodzica. Ale co z zajęciami pozaszkolnymi – kursami rękodzieła dla maluchów, całodziennymi warsztatami teatralnymi, treningami gimnastycznymi trzy razy w tygodniu? Czy dzieci nie mogą po prostu się bawić? Bez struktury i nadzoru – najwyraźniej nie. Dziś ich życie jest zorganizowane pod każdym względem – i od coraz młodszego wieku. Widać to w szczególności na przykładzie zajęć sportowych. Dziecko po prostu grające w piłkę z kolegą albo wspinające się na drogie drewniane drabinki stojące na każdym podwórku na przedmieściach to obecnie rzadki widok. Kto by miał na to czas?

Jeżeli dziecko twierdzi, że jest zmęczone po lekcjach, rodzice niepokoją się jego niskim poziomem motywacji i nakłaniają je, aby znalazło sobie „pasję”, dzięki której nie zostanie życiową ofermą. Jednocześnie nie zdają sobie sprawy, że ich dziecko być może już jest jednym z najbardziej lubianych, kreatywnych lub zabawnych uczniów w swojej klasie – albo biorą to za pewnik. Ośmiogodzinny szkolny dzień pracy najwyraźniej rodzicom nie wystarcza.

Rzecz jasna, warto poszerzać perspektywę dzieci i pokazywać im zajęcia, które mogą im się spodobać. Ruch to zdrowie – i dla dorosłych, i dla dzieci. Najlepsze uczelnie najchętniej przyjmują uczniów, którzy wyróżniają się w jednej dziedzinie, ale też reprezentują wysoki poziom ogólny. Jednak jeśli do matury pozostało jeszcze ponad dziesięć lat, czy warto stresować czterolatki, zapisując je do programu doskonalenia techniki piłkarskiej, kiedy widać jak na dłoni, że nie wykształciły jeszcze umiejętności rozwojowych niezbędnych, aby opanować tę dyscyplinę? Ilu z nas grało w gry zespołowe, zanim nauczyliśmy się czytać? Wystarczającej stymulacji i motywacji dostarczało nam kopanie piłki, zabawa w berka i chowanego czy łażenie po drabinkach z dzieciakami z sąsiedztwa. Nie musieliśmy podróżować setek kilometrów, żeby zmierzyć się z drużyną z drugiego końca kraju grającą „na tym samym poziomie”.

Nie zdajemy sobie sprawy z piętna, jakie ten przyspieszony tryb życia odciska na naszych dzieciach, nawet na tych, które faktycznie mają wielki potencjał. Jeżeli jedenastoletnia gimnastyczka ma szanse wystąpić na olimpiadzie, czy naprawdę będzie dla niej najlepiej, jeżeli przeprowadzi się daleko od domu, żeby trenować pod okiem wybitnego fachowca, a rodzinę będzie widywać jedynie w wybrane weekendy? Czy szesnaście godzin treningu łyżwiarskiego w tygodniu korzystnie wpłynie na jakiegokolwiek nastolatka? Szaleńczo napięte harmonogramy oraz intensywne treningi oparte na konkurencji mogą umożliwić naszym dzieciom rozwój sportowy, ale czy faktycznie pomogą im wyrosnąć na szczęśliwych, dobrze radzących sobie w życiu dorosłych, posiadających umiejętności niezbędne do prowadzenia życia i założenia rodziny, z których będą zadowoleni?

Dzieciństwo stało się poważną sprawą, ale życie dorosłych to też nie bułka z masłem. Presja towarzyszyła im od zawsze, ale teraz, kiedy muszą dwoić się i troić, aby dać swoim dzieciom wszystko, a przy tym robić to, co zwykle robią dorośli, aby utrzymać dom i rodzinę, wielu rodziców czuje się nieszczęśliwych. Często zastanawiają się, kiedy przyjdzie kolej na nich. Czy ich życie będzie pasmem poświęceń do czasu, aż zniedołężnieją? Twierdzimy, że nam to nie przeszkadza, ale gdyby naprawdę tak było, nie skarżylibyśmy się tak często znajomym, że musimy robić za szoferów dla naszych pociech od porannych lekcji pływania do wieczornych treningów łyżwiarskich. Skoro nas nie zachwyca ten styl życia, jest bardzo prawdopodobne, że stresuje on także nasze dzieci, które czują naszą irytację, a jednocześnie niewątpliwie potrzebują naszej pomocy. Wszystkie dzieci wczuwają się w nastrój rodziców. Pomyślcie, jak to wszystko wygląda z ich perspektywy – w końcu to im ma służyć cały ten zgiełk. Gdybyście byli dziećmi obserwującymi zestresowanych rodziców, czy zdecydowalibyście się żyć w ten sam sposób? A może postanowilibyście odpuścić sobie wyścig szczurów? Czy jakiejkolwiek rodzinie naprawdę służy harmonogram wymagający nieustannego działania od 6 rano do 8 wieczorem, siedem dni w tygodniu?

Taki tryb życia kosztuje nas zbyt wiele – nie tylko pod względem finansowym, ale także emocjonalnym.

Niewielu z nas uprawia nadrodzicielstwo na skalę ekstremalną, choćby dlatego, że jest to bardzo drogie i czasochłonne. Jednak wiele osób daje z siebie wszystko. Nie zastanawiając się nad faktyczną wartością stylu życia, na jaki się godzimy, wychowujemy dzieci w sposób ogromnie intensywny i nastawiony na konkurencję. Rodzice, którzy wierzą w wartość wykształcenia, od zawsze interesowali się planami edukacyjnymi swoich dzieci, ale ostatnio gwałtownie obniżył się wiek, w którym zaczynamy wymagać od naszych pociech intensywnego wysiłku intelektualnego. Niewiele osób potrafi zachować dystans, kiedy w grę wchodzą dzieci: sam Don Imus1, największy cynik stulecia, przyznał na antenie, że posłał swoje malutkie dziecko do „szkółki” języka obcego! Przedszkolne programy nauczania stały się kwestią najwyższej wagi. Wiele rodzin ze śmiertelną powagą podchodzi do zajęć dodatkowych dla dziecka, które jeszcze raczkuje; większość rodziców uznałaby, że zaniedbuje dzieci, gdyby nie zadbali o wzbogacenie ich rozwoju już na początku szkoły podstawowej.

Wielu rodziców zachowuje się tak, jakby życie można było dokładnie zaplanować, a dzieci zaprogramować, i jakby ich ostatecznym celem było przyjęcie na prestiżową uczelnię i sukces, który to rzekomo gwarantuje. Nie zapominajmy jednak, że Ted Kaczynski, Unabomber, ukończył Harvard, a wielu prymusów, którzy robili karierę na Wall Street, gra teraz w golfa za kratkami. Z kolei wielu absolwentów lokalnych uczelni napisało bestsellery, trafiło do zarządów korporacji lub w inny sposób dorobiło się majątku. Swoją drogą – fortuna nie gwarantuje szczęścia, a jej zdobycie nie powinno być życiowym celem dziecka. Wiele maluchów marzy, aby zostać policjantem, nauczycielem lub poetą! Świat jest różnorodny. Nie wszyscy musimy zajmować się bankowością inwestycyjną.

O naszych priorytetach wiele mówi fakt, że mnóstwo rodziców więcej energii poświęca na trenowanie z dziećmi tenisa niż na pokazywanie im, co mogą zrobić dla wspólnego dobra, i uczy swoje pociechy wygłaszania publicznych wystąpień zamiast otwartej, uczciwej komunikacji z otoczeniem. Czy powinniśmy przygotowywać dzieci do dostania się na wybraną uczelnię, czy do przeżycia życia w sposób, jaki sobie wybiorą? To niekoniecznie jedno i to samo.

Możemy być przekonani, że jako rodzice wiemy, co jest w życiu ważne – a jednocześnie wkładamy tyle energii w rzeczy nieistotne! Wykształcenie bez wątpienia jest cenne i ważne, ale życiowy sukces ma bardzo niewiele wspólnego z posiadanym dyplomem. Koneksje mogą pomóc otworzyć drzwi, przez które wielu ciężko jest się przecisnąć. Jednak ostatecznie sens życiu nadaje co innego: umiejętność przeżycia go w sposób satysfakcjonujący i produktywny, posiadanie bliskich przyjaciół, dzielenie życia z ukochaną osobą, praca, w której sens się wierzy, i stworzenie rodziny kochającej się również wtedy, kiedy nie wszystko świetnie się układa.

Taka jest prawda – niezależnie od tego, czy ma się przy tym rozległą sieć kontaktów. Musimy wrócić w życiu do spraw podstawowych. Prezes banku w dużym mieście na południu USA stwierdził, nie bez zdziwienia, że najlepszy moment w jego życiu i najpiękniejsze wspomnienie do tej pory to chwila, kiedy jego nastoletni syn powiedział „Kocham cię, tato” – a on wiedział, że chłopak mówi to szczerze.

Czy tak strasznie jest zajrzeć w głąb siebie i zapytać: „W co naprawdę wierzę? Czego naprawdę chcę od życia?”. Odpowiedzi z dawnych czasów przestały się sprawdzać. I nie chodzi bynajmniej o to, że podchodzimy do wszystkiego zbyt lekko – wręcz przeciwnie! Bierzemy życie zbyt poważnie. Nie jesteśmy pewni swoich wartości, wybieramy więc łatwiejsze rozwiązanie i podążamy za stadem. Zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli obowiązek stworzyć scenariusz przyszłości. W przypadku większości rodzin ta śmiertelna powaga rodzi się z dobrych chęci…, ale wiadomo przecież, co jest nimi wybrukowane.

Te właśnie kwestie będziemy poruszać na kolejnych stronach naszej książki. W pierwszym rozdziale pokażemy, czym jest nadrodzicielstwo i dlaczego rozwinęło się w naszym pokoleniu. W drugim omówimy złudzenie rodziców co do tego, jak dużą kontrolę mają nad dziećmi, i związane z nim zbyt intensywne wysiłki wychowawcze, niekiedy rozpoczynane jeszcze przed narodzinami potomstwa. W rozdziałach 3 i 4 zademonstrujemy, jak osoby mające na zbyciu towary i porady wzbudzają w nas przekonanie, że potrzebujemy ich, ich produktów i ich „mądrości”, abyśmy zostali dobrymi rodzicami. W kolejnych rozdziałach zajmiemy się zagadnieniami takimi jak mikrozarządzanie, perfekcjonizm i konkurencja. W rozdziale 8 przyjrzymy się piętnu, jakie nadrodzicielstwo odciska na dorosłych. W ostatnim rozdziale, „To, co naprawdę ważne”, wyjaśnimy, czego naprawdę pragną rodzice – i jak to osiągnąć.

Znamy życie. Jesteśmy pracującymi rodzicami, spędzającymi długie godziny na rozwijaniu ambitnych karier. Mieszkamy w niedużym, zamożnym mieście w wyjątkowo dobrze sytuowanym okręgu. W naszych dwóch rodzinach mamy w sumie wyznawców trzech religii i siedmioro dzieci. Czas „wolny” spędzamy na przedstawieniach, treningach i meczach tych dzieci. Wieczorami rozwozimy ich kolegów po domach i czepiamy się prac domowych. Znamy to wszystko z autopsji. Mierzymy się z tymi samymi problemami i nie twierdzimy, że całkowicie je pokonaliśmy – niekiedy mamy wrażenie, że nie udało nam się to prawie wcale. Wprowadziliśmy jednak w naszym życiu, rozkładzie zajęć, a przede wszystkim – perspektywie pewne zmiany, które przyniosły świetne efekty. Ostatnio mniej angażujemy się w nadrodzicielstwo i bardziej cieszymy się życiem wraz z naszymi rodzinami. O tym właśnie jest ta książka.

Jesteśmy także profesjonalistami. Doktor Alvin Rosenfeld jest psychiatrą zajmującym się leczeniem dzieci, młodzieży i dorosłych, przyjmuje pacjentów w Nowym Jorku i Greenwich w stanie Connecticut. Ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Harvarda i program szkoleniowy w zakresie psychiatrii dziecięcej na Uniwersytecie Stanforda. Ma duże doświadczenie w pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi z rodzin zarówno zamożnych, jak i ubogich. Nicole Wise jest dziennikarką od ponad dziesięciu lat specjalizującą się w opisywaniu życiu rodzinnego.

W każdym rozdziale umieściliśmy anegdoty ilustrujące to, o czym piszemy. Są one oparte na faktach, ale zostały zmienione, aby chronić tożsamość bohaterów. Te historie z życia rodzinnego można różnie interpretować, w zależności od własnych doświadczeń, wartości, aspiracji i stylu życia.

Anegdotki są wprawdzie interesujące, ale musimy podkreślić, że służą one jedynie jako wprowadzenie i jako ilustracja dla pewnych zjawisk. Jako autorzy mamy nadzieję, że uda nam się wywołać proces, w którym rodzice zapytają samych siebie, czego naprawdę chcą dla swoich rodzin – a następnie zaczną wprowadzać drobne zmiany, które pomogą im to osiągnąć. Chcemy pomóc rodzicom inaczej spojrzeć na życie rodzinne, co z kolei pozwoli im pokonać problemy wpływające na samopoczucie, a nawet zdrowie wszystkich członków rodziny.

Aby to osiągnąć, trzeba zadać sobie trudne pytania. Czy aby odnieść sukces w życiu, każde dziecko potrzebuje ogromnie intensywnego zaangażowania, typowego dla życia rodzinnego we współczesnych czasach? Czy bezwarunkowa akceptacja takiego przyspieszonego stylu życia oznacza bankructwo zdrowego rozsądku? Czy wszystkie rodziny zabrnęły w to szaleństwo tak dalece, że w swoim zaślepieniu nie widzą żadnej alternatywy? Może jednak istnieje lepszy, prostszy, bardziej zrównoważony i satysfakcjonujący sposób prowadzenia życia rodzinnego?

Naszym zdaniem – owszem, istnieje. Ucząc się rozpoznawać nadrodzicielstwo i zwalniać szaleńcze tempo, nie tylko natychmiast poprawimy jakość codziennego życia naszych rodzin, ale także zwiększamy szansę na szczęśliwą przyszłość. Przy okazji możemy także zapewne oszczędzić czas i pieniądze, podchodząc z większym dystansem do wszystkich wciskanych nam gadżetów dla dzieci i porad, którymi zasypują nas wszechobecne media. Dzięki temu nasze dzieci odzyskają dzieciństwo – za co będą nam ogromnie wdzięczne.

Wprowadzenie niewielkich, lecz znaczących zmian w stylu życia przyniesie korzyści zarówno dzieciom, jak i rodzicom – nie tylko teraz, ale także w kolejnych latach. Nasze relacje z dziećmi staną się bliższe, bardziej autentyczne i mniej nerwowe…, a przecież większości z nas właśnie o to chodzi.

– dr Alvin Rosenfeld i Nicole Wise