Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez pożegnania - Mia Sheridan

należało tylko do jednego z nich.

Annalia Del Valle kochała Prestona Sawyera praktycznie od zawsze. Córka ubogiej imigrantki najmującej się do pracy na farmie, wychowała się w Dolinie Kalifornijskiej jako wyrzutek, mając za dom maleńki budynek gospodarczy, dawną szopę. Ale jej serce odnalazło wolność na bezkresnych polach Farmy Sawyerów i w towarzystwie chłopców, którzy stali się jej jedynymi przyjaciółmi.

Preston wzdychał do Annalii, odkąd był nastolatkiem. Ale przed uczynieniem pierwszego kroku powstrzymywało go poczucie honoru. Aż do pewnego skwarnego, letniego wieczoru, kiedy nie był się w stanie dłużej powstrzymywać. Tego wieczoru łączą się ich światy – i ciała. Inicjuje to ciąg wydarzeń, który już na zawsze zmieni ich życie.

Annalia wróciła właśnie do miasteczka po tym, jak zniknęła bez śladu na sześć długich miesięcy. Jest pełna determinacji, aby odzyskać swoje serce, swoje życie i dziecko – syna, który przyszedł na świat jako owoc namiętności, miłości i nagromadzonego latami pragnienia.

Preston poradził sobie z żałobą, pustoszącą zbiory suszą i targającym duszę cierpieniem, ale nie ma pewności, czy raz jeszcze poradzi sobie z Annalią. I możliwe, że wcale nie ma ochoty próbować. Czy duma i gorycz powstrzymają go przed sięgnięciem po to, czego pragnie przecież od zawsze?

Jak naprawić to, co zostało nieodwracalnie zniszczone? Jak wybaczyć niewybaczalne? Jak zrozumieć, że prawdziwy honor wywodzi się nie ze słów i okoliczności, ale z głębi serca, gdzie kryje się prawda? I jak poradzić sobie z dawnymi ranami i odkryć, że zdarza się taka miłość, która jest równie stała i niezmienna jak sama ziemia?

Opinie o ebooku Bez pożegnania - Mia Sheridan

Fragment ebooka Bez pożegnania - Mia Sheridan

Tytuł oryginału: Preston’s honor

Copyright © 2017 Mia Sheridan

Published by the Agreement with Brower Literary & Management, USA and Book/lab Literary Agency, Poland

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Monika Wiśniewska

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Klaudia Dróżdż/e-DYTOR

Korekta: Barbara Syczewska-Olszewska, Ewdokia Cydejko

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Skopińska

Skład i łamanie: Gracjan Branicki

Zdjęcie na okładce: oneinchpunch/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-469-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Książkę tę dedykuję Johnowi, którego honor zawsze brał się z serca.

Bliźnięta

Kastor i Polluks byli bliźniaczymi synami Zeusa i Ledy. Choć Kastor był śmiertelnikiem, a Polluks nie, braci łączyła silna więź i wszystko robili razem. Niestety, Kastor zginął w walce, a wtedy zrozpaczony Polluks błagał Zeusa o to, aby jemu także odebrano życie. Zeus, wzruszony braterską miłością, umieścił obu braci na niebie jako konstelację Bliźniąt. I oto widzimy na nieboskłonie dwie jasne gwiazdy, razem na wieczne czasy.

PROLOG

Lia

Z dłońmi mocno zaciśniętymi na kierownicy jechałam przez Linmoor, małe rolnicze miasteczko w Dolinie Kalifornijskiej, które wciąż nazywałam domem, choć nie mieszkałam tu niemal od sześciu miesięcy.

W ten ciepły, wiosenny piątkowy wieczór na Main Street panował spory ruch – widziałam spacerujące, trzymające się za ręce pary, roześmiane, niektóre pchające wózki, inne zaś nawołujące do dzieci, które zbyt daleko odbiegły. Po prawej sklepik z biżuterią Claymoor, po lewej sklep wielobranżowy Reid’s. Wszystko wyglądało tak znajomo… i tak… inaczej. Linmoor – miasteczko, w którym się urodziłam i wychowałam, miejsce nadal ogromnie mi bliskie. Poczułam ściskanie w piersi i szybko wciągnęłam powietrze, zalana nagłą falą strachu i niepokoju. Jednak ze wszystkich sił starałam się zdusić to w sobie. Udało mi się dotrzeć aż tutaj. Wytrzymam jeszcze trochę.

Kilka minut później zaparkowałam przed małą, tanią restauracją na końcu ulicy i zgasiłam silnik. Kilka razy odetchnęłam głęboko, żeby się nieco uspokoić, a potem wysiadłam z samochodu. Wieczorne powietrze pachniało kurzem, asfaltem i smażonym jedzeniem.

Z determinacją podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Omiotłam spojrzeniem wnętrze restauracji i od razu dostrzegłam Prestona siedzącego przy jednym ze stolików, na samym końcu. Na widok jego szerokich ramion i złotobrązowych włosów krew zaczęła mi szybciej krążyć w żyłach i spociły się dłonie. Mimo to uniosłam brodę i ruszyłam w jego stronę. Poradzę sobie. Musiałam sobie poradzić.

O tym, że mnie zobaczył, świadczyło nie tylko to, że podniósł głowę, ale także dreszcz, który przeszedł całe moje ciało. Wyglądało na to, że nie zaradził temu ani czas, ani odległość, ani cały ten bagaż. Cholera. Cholera. Cholera. Nie byłam w stanie kontrolować lekkiego drżenia, przez co się w końcu potknęłam. Wbiłam wzrok w podłogę, udając, że coś na niej leży, choć płytki były czyste i suche.

Kiedy szłam przez lokal, głosy cichły, głowy się odwracały i ogólnie zapanowała atmosfera nerwowego wyczekiwania. A może po prostu przypisywałam klientom własne zdenerwowanie? Pośród większej liczby osób zawsze się czułam nieswojo, a teraz tym bardziej. Usłyszałam swoje imię, wypowiedziane cicho i z niedowierzaniem, i ze wszystkich sił starałam się nie dopuszczać do siebie tych szeptów. Po kilku kolejnych krokach stanęłam przed Prestonem.

Wyprostował się powoli, rękę położył na oparciu boksu, zlustrował wzrokiem moje ciało, aż w końcu spojrzał mi w oczy. Jego postawa była nonszalancka, twarz pozbawiona wyrazu, ale w tych jego błękitnych oczach dostrzegłam tlące się emocje. Nigdy nie byłam dobra w odczytywaniu tego, co się kryło za chłodnym spojrzeniem Prestona, a w tej chwili za bardzo się denerwowałam, żeby w ogóle próbować.

‒ Cześć, Preston.

‒ Lia.

Miałam wrażenie, że przyglądamy się sobie stanowczo za długo, dwoje ludzi w emocjonalnym impasie. Jeśli zaszokował go mój widok, nie dał tego po sobie poznać.

‒ Byłam w domu. Twoja matka powiedziała, że tutaj cię znajdę.

Jeśli to w ogóle możliwe, zesztywniał jeszcze bardziej. Jego spojrzenie na długą chwilę zatrzymało się na mnie, aż w końcu zrobił wydech.

‒ Nie sądzę, aby twój widok specjalnie ją ucieszył.

Zmroziła mnie ta lodowata pogarda, więc objęłam się ramionami, jakbym mogła się w ten sposób ogrzać. Nie, jego matka nigdy mnie nie lubiła. Przestąpiłam z nogi na nogę, czując, jak ogarnia mnie żal, o którym sądziłam, że dam sobie z nim radę, na wzmiankę o przeszłości, o uczuciach Camille Sawyer względem mnie, o wszystkim, co udało nam się zdobyć, i wszystkim, co utraciliśmy. Wszystkim, co się wydarzyło, i co przywiodło nas do tej potwornej chwili. Nie mogłam pogrążać się teraz w żalu. Jakoś sobie poradzę z pragnieniem, przez które ściskało mnie w żołądku na sam widok Prestona – towarzyszyło mi ono w końcu przez większość życia. Ale nie żal. Błagam, tylko nie on.

‒ Nie. Dobrze o tym wiesz. – A co z tobą, Prestonie? Zapytasz mnie, gdzie się podziewałam? Ma to dla ciebie znaczenie czy też nienawidzisz mnie tak bardzo, że jest ci to obojętne?

Moje spojrzenie prześlizgnęło się po twarzy Prestona, jego silnie zarysowanej szczęce, wyraźnych kościach policzkowych, zmysłowych ustach i poważnych niebieskich oczach. Kiedyś istniały dwie takie twarze… i kochałam je obie, każdą na swój sposób. Ale to Preston był zawsze tym jedynym. Zawsze on. Nie zapuszczaj się w te rejony, Lia. Nie rób tego. Przejdź do konkretów.

‒ Ja… chcę go zobaczyć.

W jego oczach pojawił się błysk, a skrzydełka nosa lekko zadrżały, milczał jednak. Zdjął rękę z oparcia i zaczął się bawić solniczką i pieprzniczką.

‒ Nie.

Zrobiłam niepewny krok w stronę boksu, położyłam ręce na stole i nachyliłam się w stronę Prestona.

‒ Mam prawo zobaczyć się ze swoim…

‒ Gówno prawda! – rzucił, podnosząc na mnie wzrok. W jego oczach dostrzegłam zimny gniew. – Wyrzekłaś się wszelkich praw tego dnia, kiedy wyjechałaś z miasta bez słowa pożegnania.

Wyprostowałam się. Przygryzłam wargę i się rozejrzałam. Wpatrywało się w nas co najmniej dwadzieścia par oczu. Spojrzałam ponownie na Prestona, ogarnięta żalem i zarazem wstydem. Wiedziałam, co o mnie myślą. Od zawsze. I udowodniłam, że mają rację.

‒ Proszę, Preston. Ja… najpierw chciałam porozmawiać z tobą. Dowiedzieć się, jaka pora byłaby najlepsza, żeby nie zaburzać rytmu dnia…

‒ Jakaś ty łaskawa, że w ogóle się ze mną konsultujesz.

Odetchnęłam głęboko.

‒ Jesteś jego ojcem.

Jak on na mnie spojrzał. O Boże, wiedziałam, czego się spodziewać. Wiedziałam nawet, że na to zasłużyłam. Czemu więc serce pękało mi z bólu?

Gdzieś za sobą usłyszałam szept:

‒ …zostawiła własne dziecko. Co za matka tak robi?

Wyparowały ze mnie rozgoryczenie, uraza, a nawet zdenerwowanie, zostawiając jedynie zmęczenie i poczucie beznadziei. Potrzebowałam tego rozgoryczenia, potrzebowałam urazy. Pomimo wstydu próbowałam je z powrotem przywołać, jednak na próżno. Zgarbiłam się pod ciężarem porażki.

‒ Proszę cię, Preston. Wiem, że mamy wiele do omówienia. Chcę go jedynie zobaczyć. Proszę… To także mój syn – dodałam cicho.

Jego spojrzenie ponownie ześlizgnęło się na solniczkę i zacisnął usta. Czekałam w bezruchu, nie mówiąc ani słowa. Kiedy w końcu podniósł wzrok, rozejrzał się po lokalu, tak jak ja kilka chwil temu. A potem spojrzał na mnie.

‒ Możesz przyjechać w niedzielę rano. O dziewiątej.

Serce zabiło mi mocno z radości. Poczułam ulgę, ale i zdziwienie. Nie spodziewałam się, że się zgodzi. Spodziewałam się, że o wiele dłużej będę go musiała błagać.

‒ Dziękuję. – Uznawszy, że najlepiej odejść, nim zmieni zdanie, skinęłam głową, a potem odwróciłam się na pięcie i szybko ruszyłam ku wyjściu.

Preston nie próbował mnie zatrzymać.

Kiedy wyszłam z restauracji, na twarzy poczułam lekki powiew wiatru. Oddychając głęboko, pokonałam niewielką odległość, jaka dzieliła mnie od samochodu. Gdy odjeżdżałam, obejrzałam się i zobaczyłam, że Preston stoi przy kasie i płaci. On także się odwrócił i nasze spojrzenia się spotkały. Mimo dzielącej nas odległości przeszedł mnie znajomy dreszcz. I tym sposobem znowu znalazłam się w domu. Zastanawiałam się tylko, ile bólu będę musiała znieść tym razem.

Preston

Siedziałem w zaparkowanej obok restauracji furgonetce, z głową opartą o zagłówek, a trzęsącymi się dłońmi ściskałem kierownicę. Kurwa mać. Kurwa. Serce waliło mi jak młotem, poziom adrenaliny we krwi dopiero zaczął opadać.

Lia. Wróciła i wparowała do Benny’s tak, jakby w ogóle nie wyjechała. Podeszła do mnie i zażądała spotkania z naszym synem, jakby nie było jej przez weekend, a nie zniknęła bez śladu niemal na pół roku. Do diabła! Nie byłem na to przygotowany. Z mojego gardła wydobył się pozbawiony wesołości śmiech, który szybko przekształcił się w jęk. A czy kiedykolwiek byłem przygotowany na Lię? Odkąd pamiętam, zawsze bez żadnego wysiłku zwalała mnie z nóg. I ta świadomość pozostawiała gorzki posmak w ustach, bo Lia wyjechała, a ja przez sześć pełnych udręki miesięcy próbowałem się dowiedzieć dokąd i czy jeszcze żyje.

Wreszcie, wreszcie, zacząłem godzić się z faktem, że po prostu nie chce, aby ją odnaleziono, a tu proszę, wróciła. Zakląłem pod nosem. Teraz nie mogłem się tym zajmować – byłem dorosłym mężczyzną z własną firmą i małym chłopcem pod opieką. Naszym chłopcem.

„Ja… jestem w ciąży. Wiem, że pewnie nie cieszy cię ta wiadomość”.

Słowa te prześlizgiwały się przez mój umysł, wspomnienie tego, jak głos jej drżał, kiedy je wypowiedziała, trafiając mnie między oczy. Nie wiedziałem, jak zareagować – co odpowiedzieć – bo prawda była taka, że ta wiadomość zarówno mnie uradowała, jak i złamała mi serce.

Wytarłem w dżinsy spocone dłonie i głośno wypuściłem powietrze. Wróciła na dobre? Powinienem poważnie się zastanawiać nad tym, czy ponownie jej zaufać. Jak mogłem uwierzyć w to, że nazajutrz znowu nie wyjedzie? Poczułem ściskanie w gardle. Nie byłem w stanie powtórnie przez to wszystko przechodzić. Pozwolę jej spotkać się z Hudsonem, a potem sam wystosuję żądania dotyczące granic, żeby mały się do niej nie przywiązał, na wypadek gdyby znowu miała odjechać w nieznane.

Na wspomnienie jej nagłego zniknięcia przepełniły mnie ból i niechęć. Żadnego listu. Żadnego wyjaśnienia. Po prostu… wyjechała. Przyznaję, nie byłem bez winy. Ja także ją skrzywdziłem. Ale nie odszedłem. Zostałem, a gdyby ona też tak zrobiła, mogliśmy…

‒ Kurwa – mruknąłem, uruchamiając samochód. Nie chciałem znowu do tego wracać. Nie chciałem się zadręczać.

Jednak w drodze do domu moje myśli nieustannie wracały do Lii, do tego, jak wyglądała i jak czułem jej zapach, mimo że stała po drugiej stronie stołu. Wyczułem tę delikatną słodycz, która była Lią, i mimo szoku, gniewu i niedowierzania zaczęło mi się robić ciasno w spodniach. Na szczęście zasłaniał mnie stół. Moja niechęć przybrała jeszcze na sile przez to, że po tym wszystkim nadal tak bardzo jej pragnę. Boże, ależ byłem głupcem!

Wyglądała w sumie tak samo – mimo że urosły jej włosy i była chudsza niż przed wyjazdem. Ale jej twarz pozostawała zachwycająco piękna. Jakby to akurat miało się zmienić. Lia miała tego rodzaju urodę, którą będzie się cieszyć aż do dziewięćdziesiątki. Było tak, jakby Bóg postanowił uczynić ją śliczną i nieco go poniosło. Zawsze wstrzymywałem lekko dech w piersiach, kiedy na nią patrzyłem, jakbym nigdy do końca nie oswoił się z tym, jak na nią reaguję. Nic się nie zmieniło – niestety.

Długie ciemne włosy opadały jej na plecy kaskadą jedwabistych loków, na których zaciskałem palce, kiedy wchodziłem w jej ciasne ciało.

Przestań, Preston; zmień kierunek.

Oczy w kształcie migdałów, do tego delikatne łuki brwi i gęste rzęsy. Oczy w kolorze, jakiego nie widziałem u nikogo innego – z odległości kilku kroków jasnozielone, ale z bliska widać było kręgi ciemnoniebieskie, jasnoniebieskie, zielone i złote. Znałem widoczną w nich każdą plamkę. Zachwycałem się nimi w pełnym słońcu i w świetle gwiazd. A ich piękno tylko podkreślała śniada cera.

Pełne usta z małym pieprzykiem w jednym z kącików. Pamiętałem, że jako chłopiec marzyłem o tym, że je liżę. Myślałem o tych ustach i tym seksownym pieprzyku, kiedy pieściłem się nocą w swoim pokoju. Nawet teraz na myśl o tym przebiegł mnie delikatny dreszcz, aczkolwiek zaraz po nim dopadł mnie gniew. Nie będę nigdy więcej fantazjować o Lii.

Nie bez problemu odsunąłem od siebie obraz jej twarzy. Przez chwilę pozwoliłem sobie o niej rozmyślać, bo tak dawno jej nie widziałem. Część mnie nadal nie mogła uwierzyć w jej powrót – miałem wrażenie, że na chwilę się zdrzemnąłem, a ona mi się przyśniła. Analizowałem szczegóły jej twarzy dlatego, że musiałem się zmierzyć z rzeczywistością, a także pogodzić z tym, że Lia zawsze była moją słabością. I wyglądało na to, że nawet po jej zdradzie to nie uległo zmianie.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lia – 11 lat

O Boże, były pomarańczowe! Jaskrawopomarańczowe! Nie, nie, nie. O nie! Wpatrywałam się w lustrze w swoje włosy koloru dyni, a wyraz zdumionego przerażenia na twarzy czynił to wszystko jeszcze bardziej niedorzecznym. Mama mnie zabije! Albo, co gorsza, pośle mi spojrzenie przypominające, jakim jestem dla niej utrapieniem. Przygarbiłam się i zamrugałam powiekami, powstrzymując łzy. Ja chciałam tylko pomalować sobie włosy na blond, taki jak ma Alicia Bardua. Pomyślałam o jej prostych włosach w kolorze jasnej kukurydzy, a potem ponownie spojrzałam na pomarańczową szopę, jaką miałam na głowie, i z mojego gardła wydobył się jęk rozpaczy.

Zerknęłam na zegar i serce zaczęło mi bić jak szalone. Niedługo wróci mama, a nie mogłam pozwolić, aby zobaczyła moje włosy; nie zniosłabym tego nieprzyjemnego spojrzenia, jakim witała mnie po powrocie do domu. W sumie to powinnam już do niego przywyknąć, ale jakoś nie mogłam. Zawsze tak bolało. Dzisiaj bym tego nie wytrzymała. I patrzenia, jak mama klęczy przed ołtarzykiem Naszej Pani z Guadalupe (La Virgen de Guadalupe – patronki Meksyku) i modli się o to, aby święta panienka wyprosiła u Boga wygonienie szatana z życia mojej mamy. Mnie. Nie dzisiaj.

Obok dmuchanego materaca stał karton, w którym trzymałam swoje ubrania. Przekopałam się przez niego – oryginalnie znajdowały się w nim ananasy Big Island Premium Quality – i wyciągnęłam bandankę. Zawiązałam ją na włosach i poupychałam pod nią wszystkie luźne pasma. Dopiero wtedy wyszłam na dwór.

Kiedy nie byłam już widoczna z naszego małego domku, zwolniłam kroku. Zatrzymałam się, aby zerwać wysokie źdźbło trawy razem z biedronką, a potem patrzyłam, jak chodzi mi po dłoni, aż w końcu odleciała. Z łodygi kwiatka uplotłam sobie pierścionek i kopnęłam kamień, obserwując następnie jego lot.

W końcu jak zwykle wylądowałam pod wysadzanym drzewami ogrodzeniem farmy Sawyerów. Zajrzałam przez sztachety, czując, jak ogarnia mnie uczucie tęsknego szczęścia. Napawałam się widokiem dużego domu, wielu akrów ziemi – schludnych zielonych zagonów truskawek, sałaty, melonów, szparagów, brokułów, kapusty, marchewki, pomidorów i papryki – a widoczne w oddali majestatyczne góry tworzyły wyjątkowo malownicze tło. Och, mieszkać w takim miejscu! Jakież to musiało być wspaniałe! Wszystko tutaj było wielkie i piękne, począwszy od drzew i domu, a skończywszy na polach. Uniosłam głowę i zmrużyłam oczy w słońcu. Nawet niebo wydawało się tutaj bardziej bezkresne. A kiedy nadchodził wieczór, a ja nadal leżałam pod rozłożystym dębem obok miejsca, w którym teraz stałam, księżyc i gwiazdy także wydawały się większe.

Oczami wyobraźni zobaczyłam wnętrze naszej jednoizbowej chałupy – dmuchane materace z wieloma łatkami, leżące pod przeciwległymi ścianami, mały stół z dwoma krzesłami, wyblakła farba, poplamiony, wytarty dywan, a wzdłuż jednej ze ścian prowizoryczna kuchnia. Łazienka to tylko ubikacja, mały, chwiejący się plastikowy prysznic i ukryta za zasłonką umywalka.

Dawniej nasz dom był szopą na farmie przylegającej do ziemi Sawyerów, ale właściciele podzielili teren, tworząc mniejsze farmy, a potem je sprzedając. Z kolei nowa rodzina, która się tu wprowadziła, wynajęła budynki gospodarcze swoim pracownikom.

Z brodą opartą na skrzyżowanych ramionach przyglądałam się rozciągającemu się przede mną, oszałamiającemu krajobrazowi. Pomyślałam o Prestonie i Cole’u Sawyerach, braciach bliźniakach, i od razu się uśmiechnęłam. Jeśli ktoś powinien mieszkać w miejscu takim, jak farma Sawyerów, to właśnie oni.

Dla mnie byli po prostu wyjątkowi. Cole zawsze był roześmiany, skory do żartów, a Preston… Preston miał poważne spojrzenie, a kiedy coś mówiłam, przechylał głowę i patrzył na mnie. Jego nieczęsto pojawiający się uśmiech wypełniał całe moje serce. Na wspomnienie uśmiechu Prestona Sawyera przeszedł mnie dziwny dreszcz. Wyprostowałam się, a potem usiadłam na ziemi pod liściastą kopułą rozłożystego dębu.

To właśnie tutaj przychodziłam marzyć. A właściwie to uciekałam.

A teraz będę musiała zostać tu na zawsze. Nie ma mowy, żebym pokazała się komukolwiek z takimi włosami. Zastanawiałam się, ile minie czasu, nim odrosną, i czy wytrzymam tak długo na kradzionych z zagonów warzywach, które będę jeść pod osłoną nocy niczym Piotruś Królik z pomarańczowymi włosami. Na pamięć znałam układ grządek – wiedziałam, gdzie się udać po dużego, soczystego pomidora czy słodkawą, chrupiącą marchewkę.

Moja mama pracowała tu przed laty razem z innymi imigrantami. Obecnie nie najmowała się już do prac polowych. To przez truskawki zrujnowała sobie kręgosłup – przez te rosnące tuż przy ziemi owoce, po które całymi dniami musiała się schylać w palącym słońcu. La fruta del diablo, tak na nie mówiła. Owoce szatana. Zawsze, kiedy widziałam truskawkę, czułam pełne współczucia napięcie w dolnej części pleców.

W ten właśnie sposób poznałam farmę Sawyerów: wlokąc się za schyloną mamą, pchającą wzdłuż grządki chybotliwą taczkę, pakującą truskawki do plastikowych pojemników. Pewnego razu zapuściłam się nieco dalej i wtedy poznałam Prestona i Cole’a. Razem się bawiliśmy i polubiłam przychodzenie do pracy z mamą, polubiłam tę ziemię i spokój, jaki mi zapewniała jej bliskość.

Dlatego nadal tu wracałam, choć mama pracowała teraz w paskudnym, małym motelu przy autostradzie. Odsunęłam od siebie myśl o tym miejscu, a moim ciałem wstrząsnął lekki dreszcz odrazy. Mamę zatrudniano do sprzątania pokoi, ja zaś pomagałam jej czasami, kiedy szczególnie silnie bolały ją plecy, jednak bez względu na to, jak bardzo się człowiek starał, tych pokoi i tak nie dawało się doczyścić.

Uniosłam głowę, pozwalając, aby górę nad myślami o brudnym motelu wziął czysty błękit bezkresnego nieba. Słońce przebijało się między liśćmi, tworząc różne świetlne kształty na mojej ręce. Obracałam nią powoli, obserwując ten słoneczny taniec.

Dzień stawał się coraz gorętszy, odrobinę chłodniej robiło się tylko wtedy, gdy słońce na chwilę przesłaniały chmury – smutny pies, potem papuga, aż w końcu trójpalczasta stopa jakiegoś olbrzyma.

Obserwowałam wędrujące gęsiego mrówki, zastanawiając się, jak to jest mieć tylu członków rodziny, którzy razem pracują. Ciekawiło mnie także, czy mrówki potrafią kochać.

Z tego stanu lekkiego oszołomienia wyrwał mnie jakiś dźwięk. Wyjrzałam zza drzewa, spodziewając się pręgowca albo jakiegoś ptaka, a nie Cole’a i Prestona idących niespiesznie w moją stronę. Moją pierwszą reakcją na widok ich identycznych twarzy był szeroki uśmiech.

Zaczęłam się podnosić, gdy naraz przypomniałam sobie o włosach. Jęknęłam, dotarło do mnie, że nie ma już odwrotu. Będę musiała po prostu liczyć na to, że nic nie zauważą. Wstałam, opuściłam bandankę nisko na czoło i wyszłam zza drzewa, uśmiechając się do chłopców.

Na twarzy Cole’a malował się ten charakterystyczny dla niego uśmiech, o którym sądziłam, że skrywa jakąś wielką tajemnicę, Preston zaś był jak zawsze poważny.

‒ Co wy tu robicie?

‒ Mieszkamy tutaj, pamiętasz? – Cole uśmiechał się leniwie, opierając ręce o ogrodzenie. – Jechaliśmy traktorem i wypatrzyliśmy coś pomarańczowego za drzewem. Uznaliśmy, że to może ty.

Och. Cóż, pech i tyle. Nie sądziłam, że ktoś mnie dostrzeże, ukrytą za tym wielkim pniem.

Nadal czasem się razem bawiliśmy, kiedy akurat tędy przechodziłam, a oni byli na dworze, wiedziałam jednak, że ich mama tego nie pochwala, no i mniej było ku temu okazji, odkąd moja mama przestała pracować na farmie. Nie było przecież tak, że mogłam sobie podejść do drzwi ich domu i zapukać. „Powiedzcie tej małej Meksykance z brudnymi stopami, żeby biegiem wracała do siebie”, usłyszałam raz panią Sawyer. Zrobiło mi się wtedy wstyd, smutno i poczułam się tak bardzo, bardzo mała.

Ostatnimi czasy uznałam, że jestem już za duża na dziecięce zabawy, takie jak w chowanego i inne, i przypuszczałam, że oni także, skoro byli trzy lata ode mnie starsi. Dlatego więcej czasu spędzałam na siedzeniu w pojedynkę na granicy ich posiadłości, na tyle blisko, aby się nią cieszyć, ale i na tyle daleko, żeby mieć spokój.

‒ Po co ci ta bandana? – zapytał Cole, z łatwością przeskakując ogrodzenie.

Wzruszyłam ramionami. Dołączył do nas Preston. Pociągnęłam za chustkę, naciągając ją głębiej na ucho, od tej strony, po której stał Cole, żeby przypadkiem nie zobaczył tyłu mojej głowy, gdzie widać było pomarańczowe włosy.

‒ Wypróbowuję nowy styl – odparłam, starając się, aby w moim głosie nie słychać było zdenerwowania.

‒ Hmm – rzucił Cole takim tonem, jakby się nad tym zastanawiał. – Wiesz co, lepiej wyglądłaś poprzednio.

Ściągnął mi bandanę. Pisnęłam cicho i uniosłam ręce, próbując naciągnąć ją z powrotem, ale było już za późno. Usłyszałam, jak obaj chłopcy wciągają głośno powietrze.

Przeniosłam spojrzenie ze skrawka materiału trzymanego przez Cole’a na jego twarz i dostrzegłam na niej wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Oblał mnie rumieniec upokorzenia, który najpierw wypełzł mi na szyję, a potem na policzki.

Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a potem wskazał dłonią moje włosy.

‒ To… co ci się stało?

Zmrużyłam oczy i zerknęłam na Prestona, który nadal się na mnie gapił, nie odrywając spojrzenia od moich włosów.

W oczach zakręciły mi się łzy, ale nim zdążyłam się rozpłakać, wyrwałam Cole’owi bandankę i zaczęłam iść szybko po suchej, wypalonej słońcem trawie.

‒ Lia – odezwał się Preston. Chwycił mnie za ramię, a ja odwróciłam się w jego stronę, gotowa, zażądać, aby dał mi spokój. – Zaczekaj.

Próbowałam przywołać choć odrobinę gniewu, ale widoczna na twarzy Prestona troska sprawiła, że w moim gardle utworzyła się wielka gula. Łzy, z którymi do tej pory dzielnie walczyłam, zawisły na końcach rzęs. Odwróciłam się szybko i znowu zaczęłam iść.

‒ Hej, hej, zaczekaj! – powtórzył Preston, doganiając mnie. – Jak to się stało?

Zatrzymałam się.

‒ Sama to zrobiłam, okej? – Wyrzuciłam ręce do góry i pozwoliłam im opaść. – Próbowałam… ‒ Obejrzałam się na Cole’a, który szedł w naszą stronę. – Próbowałam przefarbować się na blond i nie wyszło.

Cole prychnął cicho, a Preston spiorunował go wzrokiem, po czym spojrzał znów na mnie.

‒ Dlaczego chciałaś zostać blondynką, Lia?

W jego głosie słychać było tyle zdumienia i konsternacji, że zrobiło mi się głupio i poczułam się jeszcze bardziej osamotniona. Nigdy nie zrozumieją, jak to jest żałować, że nie jest się kimś innym. Oni mieli wszystko – duży, piękny dom, dwoje kochających rodziców i nie modlili się każdego dnia o to, żeby w ogóle się nie urodzić. Uwielbiali wracać do domu w takim samym stopniu, w jakim ja uwielbiałam opuszczać swój dom. Prawda była taka, że więcej czasu spędzałam poza domem, bo ledwie byłam w stanie tam wytrzymać.

Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. Nie przychodziły mi do głowy słowa, jakimi mogłam wyjaśnić to Prestonowi, a nawet gdybym je odnalazła, i tak bym ich nie użyła.

‒ Nie wiem.

On także westchnął, a potem wpatrywał się we mnie przez długą chwilę.

‒ Podobają ci się?

‒ Nie.

Przygryzł dolną wargę, w słońcu błysnął jego aparat ortodontyczny. Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą.

‒ Co…?

‒ Chodź. Musimy temu zaradzić.

‒ Hej, dokąd idziecie?! – zawołał Cole.

‒ Naprawić włosy Lii – odparł Preston.

Potknęłam się o kamień i Preston mocniej mnie przytrzymał, dzięki czemu się nie przewróciłam.

‒ Ale po co? Pomalowalibyśmy cię jak klauna i mogłabyś straszyć.

Rzuciłam Cole’owi groźne spojrzenie przez ramię.

‒ Oj tam, Lia, ja tylko żartowałem! – zawołał. – Preston, mamy przecież pomagać tacie.

‒ Kryj mnie! – odkrzyknął Preston.

Przyspieszył kroku, a ja musiałam zacząć biec. Na jego twarzy malowała się determinacja. Kątem oka dostrzegłam, że Cole przeskoczył przez ogrodzenie i pobiegł w przeciwnym kierunku pewnie po to, aby zająć się tym, co obiecali tacie.

‒ Co zamierzasz zrobić? – zapytałam Prestona.

‒ Zaczekaj tutaj – powiedział, puszczając moją rękę i pozostawiając mnie niedaleko swojego domu, obok rzędu niewysokich bzów. Pobiegł w stronę drzwi od strony ogrodu, wszedł do środka i cicho zamknął je za sobą. Włożyłam na głowę bandanę, ponownie chowając pod nią włosy. Kilka minut później Preston wrócił. Kiwnął głową, żebym za nim poszła.

‒ Dokąd idziemy?

‒ Do miasta. Fryzjerka mojej mamy, Deirdre, pracuje na Main Street.

‒ Nie mam pieniędzy.

‒ Ja mam. – Poklepał się po kieszeni.

‒ Nie pozwolę ci płacić za farbowanie moich włosów, Prestonie Sawyerze. – Sam pomysł napawał mnie wstydem.

Wziął swój rower i pokręcił głową.

‒ W zasadzie nie robię tego dla ciebie. To bezinteresowny prezent dla mieszkańców Linmoor. – Usta lekko mu drgnęły i zmrużył oczy.

Wbrew sobie zaśmiałam się cicho.

Uśmiechnął się szeroko. To była dla mnie taka nowość, że na chwilę zapomniałam, o czym rozmawiamy.

‒ Wskakuj – powiedział łagodnie, przerzucając nogę przez ramę.

Popatrzyłam podejrzliwym wzrokiem na rower, zastanawiając się, gdzie powinnam usiąść. Poklepał kierownicę i choć się zawahałam, to mu zaufałam. Jakoś udało mi się zmieścić tyłek między rączkami kierownicy. Jeszcze nigdy nie jechałam rowerem, nie mówiąc o balansowaniu na nim, podczas gdy pedałował ktoś inny. Preston na samym początku lekko się zachwiał, a ja zaśmiałam się nerwowo, ale chwilę później zaczął szybko pedałować i rower nabrał prędkości.

Wyjechaliśmy na drogę gruntową, która prowadziła do głównej szosy. Moją twarz smagał suchy, gorący wiatr. Miałam wrażenie, że frunę. Odchyliłam głowę i zaśmiałam się do błękitnego nieba. Bandana sfrunęła mi z głowy. Obejrzałam się i zobaczyłam, że kawałek materiału spada na pobocze. Westchnęłam i ponownie uniosłam głowę; tym razem za mną powiewały pomarańczowe włosy.

Preston oparł rower o drzewo rosnące przed salonem fryzjerskim na Main Street. Weszliśmy do środka. Powitał nas dźwięk dzwoneczka nad drzwiami i zapach chemikaliów oraz przeróżnych produktów do modelowania i pielęgnacji włosów. Kobieta w różowym kitlu zmiatała właśnie włosy na szufelkę. Słysząc dzwonek, uniosła głowę. Stanęłam za Prestonem.

‒ Witajcie.

‒ Dzień dobry, proszę pani.

Uśmiechnęła się do Prestona i się wyprostowała.

‒ Możesz mi mówić Deirdre, skarbie. Powiedz mi, jak masz na imię, bo nigdy nie potrafię rozróżnić przystojnych chłopców od Sawyerów.

‒ Preston.

‒ Cóż, no to witaj, Prestonie. W czym mogę pomóc? – zapytała z uśmiechem.

‒ To jest Lia. – Wypchnął mnie przed siebie, a Deirdre na widok moich włosów otworzyła szeroko oczy.

Podeszła do mnie i wzięła do ręki jedno z kręcących się pasm. ‒ Dziecko, co ty sobie zrobiłaś?

‒ Próbowałam się przefarbować na blond.

‒ Skarbie, to nawet nie przypomina blondu.

Wbiłam wzrok w podłogę i przygryzłam z zażenowaniem wargę.

‒ Jaki jest twój naturalny kolor włosów?

‒ Czarny.

‒ Z jaśniejszymi pasemkami, które w słońcu wydają się miedziane – uzupełnił Preston i odkaszlnął. Twarz mu poczerwieniała, jakby także się zawstydził. Nie miałam pewności czym, z jakiego powodu.

Deirdre zerknęła na niego i jej spojrzenie złagodniało, a na twarzy pojawił się ciepły uśmiech. Wzięła mnie za rękę.

‒ No cóż, bierzmy się do roboty. Tak się składa, że mam właśnie okienko.

Posadziła mnie w fotelu, a potem udała się na zaplecze, skąd dobiegło jej nucenie. Preston usiadł na krześle pod oknem i wziął do ręki egzemplarz czasopisma „Time”.

Chwilę później Deirdre wróciła, mieszając coś w białej miseczce. Stanęła za mną i przyjrzała mi się w wiszącym przed nami lustrze.

‒ Czemu w ogóle chciałaś zostać blondynką, dziecko? Z taką cerą i takimi oczami. – Zacmokała z dezaprobatą.

‒ Nie wiem. Przypuszczałam, że będzie… lepiej. – Że ja będę lepsza. Myślałam, że będę wyglądać jak Alicia. Chodziła do innej szkoły, ale widywałam ją w mieście, otoczoną wianuszkiem przyjaciół, śliczną, roześmianą i beztroską. Myślałam, że poczuję się ładna, że pomoże mi to zintegrować się z tymi wszystkimi dziewczętami z mojej szkoły, które podczas przerw chichotały razem na szkolnym dziedzińcu, tymi, które mieszkały w wielkich domach, tak jak Sawyerowie. Tymi, które zabierały do szkoły na lunch galaretki, chipsy i pokrojone w trójkąciki kanapki. Może gdybym przynajmniej z wyglądu była do nich bardziej podobna, dołączyłabym do ich grupy i nie zwracałyby uwagi na moje stare ubrania i darmowy lunch, który dostawałam w szkole, bo mojej mamy nie stać było na zapewnianie mi trzech posiłków dziennie.

Pewnej soboty udałam się razem z mamą do pracy, aby pomóc jej sprzątać, i ktoś w śmieciach zostawił nienaruszony zestaw do farbowania włosów w przepięknym odcieniu szampańskiego blondu. Wyjęłam go i schowałam do plecaka. Nawet nazwa mi się spodobała. Szampański blond. Brzmiała tak bogato i z klasą. W takim kolorze włosów nie dało się nie być piękną, nawet jeśli mieszkało się w małej szopie i miało tylko jedną parę butów. A przynajmniej tak mi się wydawało…

Deirdre przeczesała palcami moje włosy i uważnie spojrzała na mnie w lustrze, jakby zobaczyła we mnie coś, czego nawet ja nie widziałam. Ciekawe, czy dostrzegła to samo zło, co mama. Odwróciłam wzrok, skupiając się na tym, co leżało na niedużej szafce pod lustrem: lokówce, prostownicy, kilku szczotkom.

Kiedy Deirdre podzieliła mi włosy na pasma i poupinała je, zaczęła nakładać farbę, którą przyniosła z zaplecza.

‒ Wiesz, skarbie – odezwała się. – Bóg daje nam to, co chce, abyśmy mieli. I cóż, musimy jakoś sobie radzić z tymi kryteriami. Wiesz, co to są kryteria?

Pokręciłam lekko głową.

‒ To coś w rodzaju limitu czy granicy. Do swoich czarnych włosów możesz dodać nieco więcej czerwonawych pasemek, a nawet lekki odcień karmelowy, ale blond nie jest dla ciebie, skarbie. Przewyższa kryteria ustanowione przez Boga. Rozumiesz?

Rozumiałam i wcale mi się to nie podobało. Nie, nie podobały mi się kryteria, jakie otrzymałam. Sęk w tym, że według mnie Bóg i tak nie zwracał na nas większej uwagi. Nie na moją mamę, która codziennie odmawiała modlitwy, i na pewno nie na mnie. Może więc wtedy, kiedy nie patrzył, mogłabym się prześlizgnąć przez te kryteria, a On nawet by tego nie zauważył?

Kiedy Deirdre zmyła mi z włosów farbę, wysuszyła je i za pomocą lokówki dodała jeszcze więcej loków. Przechyliłam głowę i przejrzałam się w lustrze. Wydawały się ciemniejsze niż wcześniej, a może po prostu nie takie napuszone. Kolor był jednak zbliżony i przynajmniej mama nic nie zauważy, zwłaszcza jeśli przez jakiś czas będę związywać włosy w kucyk.

Uśmiechnęłam się do Deirdre. Byłam szczęśliwa i tak wielką czułam ulgę, że aż ją uściskałam.

‒ Dziękuję – szepnęłam. – Bardzo dziękuję.

Zaśmiała się i także mnie uścisnęła. Tak dobrze mi było, kiedy ktoś mnie przytulał, że pragnęłam, aby to trwało wiecznie. Zmusiłam się jednak do odsunięcia od Deirdre.

Preston, który przez cały czas czytał w milczeniu gazetę, teraz wyjął z kieszeni szeleszczący banknot studolarowy i wyciągnął go w stronę fryzjerki.

‒ Tyle wystarczy? – zapytał.

Na twarzy Deirdre znowu pojawił się ckliwy uśmiech. Odsunęła rękę Prestona.

‒ Na koszt firmy, kotku.

Preston się zawahał, ale w końcu schował pieniądze do kieszeni.

‒ Jest pani pewna? To znaczy jesteś pewna?

‒ Och, tak.

Kiwnął głową.

‒ Czy to, eee, mogłoby zostać między nami?

W jej oczach mignął błysk zrozumienia. Kiwnęła głową i mrugnęła.

‒ Tajemnica klienta – oświadczyła. – A teraz idź i kup tej ładnej dziewczynie lody albo coś pysznego, dobrze?

Preston się zarumienił i spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się do niego, a on zamrugał powiekami. Wyglądał na zaskoczonego. Zmarszczyłam brwi, uniosłam rękę i przesunęłam nią po włosach. Może jednak nie wyglądały tak naturalnie, jak mi się wydawało.

Skrępowani wyszliśmy z salonu. Tak bardzo mu byłam wdzięczna i choć nie musiał się jednak rozstać z pieniędzmi, aby mi pomóc, i tak było mi trochę wstyd, że chciał to zrobić. Odkaszlnęłam.

‒ Dziękuję ci, Prestonie. To było naprawdę miłe z twojej strony.

Kiwnął głową. Wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek. Pachniał czymś słonym, a może kurzem, ale zdecydowanie był to chłopięcy zapach i bardzo mi się spodobał, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Kiedy się odsunęłam, spojrzenie miał tak poważne, że przez dłuższą chwilę na niego patrzyłam, zastanawiając się, o czym myśli.

‒ Jesteś… gotowy? – zapytałam, wskazując głową rower.

Te słowa wyrwały go z transu. Przytrzymał kierownicę, żebym mogła usiąść. Roześmiałam się, kiedy zaczął pedałować, kierując się w stronę znajdującej się parę ulic dalej lodziarni.

Później siedzieliśmy obok fontanny na rynku, śmiejąc się i liżąc rożki.

‒ Hej, Lia – odezwał się Preston z wahaniem. – Mam nadzieję, że nie będziesz się więcej próbowała zmieniać.

Nie patrzył mi w oczy. Wpatrywałam się w jego profil, analizując zmiany, jakie niedawno w nim zaszły: miał bardziej pociągłą twarz, a nad górną wargą dostrzegłam cień zarostu. Co więcej, odnosiłam wrażenie, że inaczej na mnie patrzy. Nie wiedziałam, czy tylko on się zmienia, czy też chodzi o coś więcej. Wyczuwałam zmianę między nami, czającą się niczym cień albo to w ciemnościach, czego nie potrafi się do końca zdefiniować i nie ma się pewności, czy to jest bezpieczne.

Preston odkaszlnął.

‒ Myślę, że tego nie potrzebujesz. Jesteś… cóż, jesteś ładna taka, jaka jesteś.

Uśmiechnęłam się lekko, oblizując rożek i przełykając zimną kremową słodycz, a razem z nią jego słowa. „Jesteś ładna taka, jaka jesteś”. Zadrżałam lekko i miałam nadzieję, że Preston pomyśli, że to przez lody. „Preston uważał mnie za ładną?”. Nigdy dotąd nikt mi nie powiedział, że jestem ładna. Przechyliłam głowę i odpowiedziałam cicho:

‒ Okej.

ROZDZIAŁ DRUGI

Preston – 17 lat

Woda okazała się chłodna i orzeźwiająca, więc fajnie było czuć ją na skórze, kiedy wyszedłem ze strumyka i przysiadłem na znajdującym się na brzegu kamieniu. Zaśmiałem się cicho na widok Cole’a, który wyszedł z wody i otrząsnął się jak pies. Uśmiechnął się szeroko i klapnął obok mnie. Był piękny listopadowy dzień, ponad dwadzieścia pięć stopni, wyjątkowo ciepło nawet jak na Kalifornię, ale wcale nie uskarżaliśmy się na taką temperaturę. Może nie była idealna podczas pracy na farmie, ale w trakcie kąpieli w strumieniu jak najbardziej.

Lia była jeszcze w wodzie, schylona, skupiona na czymś, co trzymała w dłoni. Wyprostowała się i uśmiechnęła do nas. Serce na chwilę mi zamarło, a potem zaczęło bić w szaleńczym tempie. Chryste, ona i na co dzień była oszałamiająca. Teraz, kiedy stała w wodzie cała mokra, T-shirt i szorty kleiły się do jej ciała, podkreślając każdą nową krągłość, a opalona skóra błyszczała w słońcu. Ten widok dosłownie zapierał dech w piersi. Nie potrafiłem oderwać od niej spojrzenia. Była taka piękna, że czasami aż czułem ból, kiedy na nią patrzyłem.

‒ Patrzcie, ma kształt serca! – zawołała.

Lekko kręciło mi się w głowie i musiałem się mocno skupić na jej słowach. Nie bez problemu przeniosłem wzrok z jej twarzy na to, co trzymała w ręce. Kamyk. Poczułem, że kąciki moich ust unoszą się mimowolnie. Czyż nie w stylu Lii było znalezienie w wodzie kamyka o zarysie serca? Dopatrywała się kształtów w chmurach, przypisywała uczucia przedmiotom, dostrzegała to, czego inni nie widzieli. Jeśli chodziło o mnie, wyłącznie na niej skupiałem uwagę. Działo się tak od jakiegoś czasu, ale nagle moje uczucia względem niej zaczęły się objawiać nie tylko bólem w klatce piersiowej, ale bardzo wyraźnym przypływem pożądania. Odwróciłem wzrok. Miała dopiero czternaście lat i w zasadzie nadal uważałem ją za dziecko. Z powodu tego, co do niej czułem, miałem w głowie mętlik i trochę się wstydziłem.

Cole także się na nią gapił, ale w jego spojrzeniu nie było ani krzty zmieszania.

‒ Hej, Lia! – zawołał. – Chyba widziałem jeszcze jeden kamyk tam, za tym wielkim głazem. – Pokazał na miejsce, a ona się obejrzała, zrobiła parę kroków i się schyliła, aby przyjrzeć się uważnie temu, co leży na dnie.

Zerknąłem na Cole’a; uśmiechał się z satysfakcją, patrząc na jej tyłek. Okrągłe pośladki wystawały lekko poza krawędź szortów. Dałem mu kuksańca, a on się roześmiał i mrugnął do mnie.

‒ Nie ma za co – powiedział bezgłośnie.

‒ Przestań – mruknąłem tak cicho, żeby tylko on usłyszał.

‒ Nie, trochę dalej w prawo – rzucił głośno, a jego wzrok ponownie się przykleił do jej pupy. Lia schyliła się jeszcze niżej. – A może jednak w lewo.

Szturchnąłem go mocno łokciem w bok, zły, że się z nią droczy. Z jego gardła wydobył się dźwięk, który można było uznać za śmiech.

Lia znieruchomiała, a potem sięgnęła do tyłu i obciągnęła szorty. Wyprostowała się szybko i popatrzyła na Cole’a zmrużonymi oczami. Dotarło do niej, co robił mój brat. Wzięła do ręki mały kamyk i rzuciła. Trafił go w ramię, a Cole jęknął z bólu. Zaśmiałem się.

‒ Auć – stęknął, przyglądając się czerwonemu śladowi na opalonym ramieniu. – Zraniłaś mnie.

‒ Należało ci się – oświadczyła Lia, wychodząc z wody.

Cole roześmiał się i oparł na jednym łokciu.

‒ Owszem – przyznał. – Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Idąc w naszą stronę, Lia pokazała Cole’owi język, ale zaśmiała się, kiedy udał, że wbija sobie nóż w serce. Usiadła na kamieniu obok mnie i podniosła mały kamyk. Uśmiechała się radośnie. Zerknęła na mnie, a moje serce ponownie wpadło w szaleńczy rytm.

Oczy Lii… Nie mogłem się przyzwyczaić do tego, jak piękne są jej oczy na tle brązowej skóry. Pomyślałem o jej matce – niskiej, szczupłej Meksykance o cerze ciemniejszej niż Lii i prostych czarnych włosach. Przypuszczałem, że zielone oczy Lia odziedziczyła po ojcu, kiedy jednak zapytałem ją o to przed kilkoma laty, tylko wzruszyła ramionami i odparła, że go nie zna. A potem zmieniła temat.

Nigdy nie opowiadała o swoim domu, choć oczywiste było, że jest biedna. Wiedziałem o tym, mimo że nie chodziliśmy do tej samej szkoły i nie widywałem jej starych ubrań ani plecaka po innym dziecku, na którym widniały jeszcze jego inicjały, ponieważ jej matka pracowała swego czasu na naszej farmie. Choć nasz tato uczciwie opłacał swoich pracowników, ich zarobki i tak ledwie przewyższały płacę minimalną. Nie sądziłem, aby w podrzędnym motelu płacono jej więcej, a niewykluczone, że nawet mniej.

Usłyszałem, jak tata poręcza za uczciwość mamy Lii, kiedy właściciele sąsiedniej farmy zastanawiali się, czy wynająć jej budynek gospodarczy na swoim terenie, wiedziałem więc, że Lia mieszka w czymś, co kiedyś było szopą.

Świadomość jej ubóstwa sprawiała, że gotował się we mnie gniew, aczkolwiek nie miałem pewności, kto jest jego adresatem. To był bezsilny gniew, taki, którego nie mogłem skierować ku nikomu konkretnemu, więc stale do mnie wracał.

Popatrzyłem na nią teraz, w mokrym T-shircie i krótkich spodenkach, wiedząc, iż włożyła je dlatego, że nie ma stroju kąpielowego. To był powód, dla którego nie zapraszaliśmy jej nigdy na miejski basen.

Nawet Cole, żartowniś i luzak, dostrzegał i współczuł Lii, że nie ma tego, co my.

Kiedy z dzieci zmienialiśmy się w nastolatki, coraz rzadziej się z nią widywaliśmy. Nadal co jakiś czas przychodziła na naszą farmę, a jeśli byliśmy akurat na dworze i ją zobaczyliśmy, to spędzaliśmy leniwe popołudnia na kąpielach w płytkim strumieniu, który płynął tuż za naszym terenem. Jeżeli nie mieliśmy zbyt dużo czasu albo było chłodno, siedzieliśmy pod drzewem i gadaliśmy.

Dojrzewanie Lii obserwowałem głównie z daleka. Niecierpliwie kradzione godziny czy nawet minuty w jej towarzystwie. Uwielbiałem spędzać z nią czas, ale zawsze było za krótko i nigdy nie miałem dosyć.

Zauważyłem, że wydłużyły jej się nogi, a biodra i piersi lekko zaokrągliły. Była u progu kobiecości. Zasychało mi w ustach, ilekroć zbyt długo na nią patrzyłem, i dręczyło mnie pragnienie, aby jej dotknąć. Jednocześnie czułem ten sam instynkt opiekuńczy względem niej jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. To było dziwne, bo choć Lia stanowiła dla mnie tajemnicę – tak bardzo skryta w kwestii swojego życia, traktująca z lekceważeniem widoczne w jej oczach marzenia – to miałem wrażenie, że wiele o niej wiem. Była melancholijna i sympatyczna, serdeczna, a zarazem pełna dumy. Emanowała z niej taka łagodność, jakiej nie wyczuwałem u nikogo innego.

Wróciłem myślami do naszego poznania się. Cole i ja przypadkiem się na nią natknęliśmy, kiedy szła wzdłuż zagonu truskawek, już wyzbieranych, i wkładała akurat do ust dojrzały owoc. Podskoczyła, kiedy się przed nią pojawiliśmy, otworzyła szeroko oczy i znieruchomiała.

‒ Ta truskawka należy do nas – rzucił żartobliwie Cole, wyciągając rękę. – Musisz ją oddać.

Nie zrozumiała, że on się z nią tylko droczy, i zbladła. Zamrugała ślicznymi jasnozielonymi oczami. Przyglądałem się bez słowa, urzeczony jej ładną, owalną twarzą i bezbronnością w spojrzeniu. Poczułem ściskanie w piersi i nagle zapragnąłem odepchnąć Cole’a, stanąć przed nią i obronić ją przed moim bratem, całym światem, przed wszystkim, co mogłoby wyrządzić jej krzywdę. Przez to uczucie zawahałem się, nie mając pewności, co zrobić ani skąd się wzięło to nagłe pragnienie.

Wtedy Lia się nachyliła, otworzyła usta i pozwoliła, aby lekko przeżuta truskawka upadła z plaśnięciem na wyciągniętą rękę Cole’a. Przez chwilę obaj wpatrywaliśmy się ze zdumieniem w owoc, a potem Cole wybuchnął śmiechem. Zgiął się wpół i niemal się przewrócił. Może obaj pokochaliśmy ją od tej pierwszej chwili. Cole był szczodry w kwestii uczuć – mój brat kochał cały świat.

Z wzajemnością. Choć jego przekomarzanie bywało ciut przesadne, zawsze było jasne, że nie miał nic złego na myśli.

Od tamtej pory spędzaliśmy razem czas, kiedy tylko się dało, szukając jej między zagonami truskawek. Naszej mamie nie podobała się ta przyjaźń i kazała nam przestać się za nią uganiać, ale jej nie słuchaliśmy. Naszej mamie nie podobało się prawie wszystko, jednak wdzięk i uśmiech Lii okazały się zbyt kuszące.

‒ Pewnego dnia będzie mi brakowało tego miejsca – oświadczyła, rozglądając się wokół. Uśmiechnęła się do Cole’a. To był ich wspólny żart. Z mocą odezwała się we mnie zazdrość i z całej siły próbowałem ją zdusić.

‒ Tak? – zapytał Cole, mrugając do niej. – Dlaczego? Gdzie wtedy będziesz?

Wzruszyła ramionami, odwracając się w naszą stronę. Zabroniłem mojemu spojrzeniu opuszczać się na jej T-shirt, gdzie wiedziałem, że zobaczę zarys stanika, a może nawet małe, twarde sutki. Poruszyłem się niepewnie, próbując zmniejszyć to cholerne napięcie.

‒ Gdziekolwiek – odparła ze wzrokiem wbitym w strumień, nad który przychodziliśmy od wielu lat. – Może przeprowadzę się do Włoch i zajmę się uprawą winorośli?

Albo możesz wyjść za mnie i uprawiać truskawki, miałem ochotę powiedzieć, ale to brzmiało głupio nawet w moich myślach. I w sumie to kiepska propozycja. Mój ojciec swego czasu złożył ją mojej matce, ona ją przyjęła, i proszę, dokąd ich to zaprowadziło – dwoje ludzi, którzy ledwie są w stanie przebywać w tym samym pomieszczeniu. Co nie znaczy, by Lia w czymkolwiek przypominała moją mamę, ale jednak.

Lia i Cole opowiadali o tym, dokąd wyjadą z Doliny Kalifornijskiej. Dla nich to miejsce było zbyt prowincjonalne. Pragnęli… więcej. I w sumie rozumiałem ich oboje. Oczywiście, że Lia chciała się stąd wyrwać i doświadczyć czegoś innego niż życia w biedzie, które wiodła do tej pory. A jeśli chodziło o Cole’a – słyszałem od niego o miejscach, do których chce jechać, rzeczach, które chce zobaczyć, od chwili kiedy nauczyliśmy się mówić. Zastanawiałem się także, czy istnieje miejsce, które okaże się dla Cole’a wystarczająco duże – gonił za czymś więcej, chciał nowych doświadczeń. I udawało mu się zdobyć to, co sobie zamarzył. Nie miałem wątpliwości, że gdyby powziął taką właśnie decyzję, to cały świat miałby u swoich stop.

Cole z rękami pod głową położył się na kamieniu i zamknął oczy. Nie minęło kilka minut, gdy zasnął. Pół nocy spędził w towarzystwie Shayny Daws, a kiedy przed trzecią wślizgnął się do naszego wspólnego pokoju, czuć było od niego piwem i perfumami Shayny. Nic dziwnego, że był wykończony.

Cicho przeniosłem się na głaz zajmowany przez Lię i pokazałem na wyłowiony z wody kamyk. Był jasnoniebieski oraz idealnie gładki. I rzeczywiście miał kształt serca.

‒ Trochę mi przypomina twoje oczy.

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się uroczo.

‒ Moje oczy? – zapytała cicho.

‒ Ma równie rzadko spotykany kolor – odparłem. – Piękny.

Zmarszczyła lekko brwi, a potem uśmiechnęła się z przymusem i przeniosła spojrzenie na trzymany w ręce kamyk. Powiedziałem coś nie tak? Nagle przełamała go na pół. Lekko podskoczyłem, nie rozumiejąc, po co to zrobiła, a Lia się odwróciła i podała mi jedną połówkę. Ujęła moją dłoń i poczułem, jak między nami przeskakują iskry. Jej wzrok zatrzymał się na chwilę na naszych dłoniach.

‒ Pewnego dnia stąd wyjadę, ale część mojego serca pozostanie tutaj. Z tobą – powiedziała.

Zabrakło mi tchu. Wziąłem od niej kawałek kamyka i schowałem do kieszonki kąpielówek. Kiedy spojrzałem na Lię, jej wzrok prześlizgiwał się właśnie po moim nagim torsie. Zamrugała powiekami, oblała się rumieńcem i ponownie wpatrzyła się w swoją połówkę kamyka. Czy patrzyła na mnie z taką samą świadomością, jak ja na nią? Na samą myśl o takiej ewentualności zrobiło mi się nagle gorąco. Moje oczy zatrzymały się na jej ustach – tych pełnych, ponętnych ustach z maleńkim pieprzykiem w kąciku – i ogarnęło mnie pożądanie. Tak bardzo zapragnąłem ją pocałować. To pragnienie czułem nie tylko w ciele, lecz także w duszy.

‒ Dlaczego musisz wyjechać? – zapytałem. – Mogłabyś zostać.

Pokręciła głową i przez jej twarz przemknął cień.

‒ A ty nie chcesz skosztować świata? – Oparła się na łokciu i popatrzyła na drzewa.

‒ Nie wiem. Może. – Nie. Poczułem sie skrępowany, jakby Lia mogła mnie przejrzeć i dowiedzieć się, że wszystko, czego pragnąłem od życia, znajdowało się tutaj. Jeśli chodziło o mnie, nie było niczego więcej, a przynajmniej niczego lepszego. Wszystko, co wypełniało moją duszę, miałem na wyciągnięcie ręki – ziemię, farmę, najlepszego przyjaciela i brata,  Lię Del Valle.

„Jesteś taki sam, jak on”.

W głowie rozbrzmiał mi głos matki i ton rozczarowania, z jakim wypowiedziała te słowa. Owszem, byłem podobny do ojca. Kochałem pracę na farmie, kochałem zapach kurzu i to, jak maleńkie pędy wyrastają z ziemi. Satysfakcję dawała mi praca wymagająca siły mojego ciała i sprawnych rąk. Dumny byłem z rodzinnej farmy, wiedząc, że nasza żywność jest rozsyłana po całych Stanach Zjednoczonych, produkty będące wynikiem naszej pracy trafiają zarówno na stoły zwykłych ludzi, jak i do eleganckich restauracji, do sklepów i koszy piknikowych. Można więc powiedzieć, że rzeczywiście jestem prostym człowiekiem, introwertycznym i zdecydowanie zbyt poważnym, dokładnie tak jak tato. Nie miałem pojęcia, jak być innym, nawet kiedy próbowałem się zmienić.

Według mojej matki ojciec ją stłamsił, dając życie, które wyssało z jej duszy całą radość, pozostawiając niepokój i brak satysfakcji. Tak przynajmniej mówiła babci Lois kilka lat temu, przed jej śmiercią. Czy to samo zrobiłbym Lii? Gdybym pewnego dnia ją poprosił, żeby ze mną została, ona także straciłaby radość życia? Zmarszczyłem brwi, zaniepokojony własnym tokiem rozumowania.

‒ Jak ci się podoba w liceum? – zapytałem, pragnąc zmienić temat. W końcu chodziliśmy do tej samej szkoły.

Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie ciut za długo, ale potem wzruszyła ramionami i odwróciła głowę.

‒ Jest okej.

‒ Czemu nigdy nie przyłączasz się do nas podczas przerwy na lunch? Nawet nie mówisz „cześć”.

Uśmiechnęła się, przechyliła głowę, jej ciemne loki opadły na ramię, a mnie zaparło dech w piersi.

‒ Wszyscy jesteście starsi, no a ja… nie należę do waszej paczki.

‒ Mogłabyś należeć.

Pokręciła głową i ponownie odwróciła wzrok. Znowu zmarszczyła brwi.

‒ Nie mogłabym, nawet gdybym chciała. Pamiętasz, co się stało, kiedy próbowałam przefarbować się na blond? To kwestia kryteriów.

Popatrzyłem na nią z konsternacją. Słowo to się kryło w mojej pamięci, ale nie potrafiłem go odpowiednio przyporządkować.

‒ Kryteriów?

Zaśmiała się cicho.

‒ Niektórych rzeczy nie da się wymusić.

Te słowa mnie zasmuciły. Uważała, że gdyby trzymała się z nami w szkole, nie byłaby akceptowana? Do tej pory zakładałem, że w stołówce siedzi z tymi, a nie innymi osobami dlatego, że to jej przyjaciele. Ale jeśli w miejscach publicznych unikała mnie i Cole’a dlatego, że sądziła, iż to my tak wolimy, musiałem wybić jej to z głowy. Jedynym powodem, dla którego wykluczaliśmy ją z czegokolwiek – na przykład wspólnego chodzenia na miejskie kąpielisko – była niechęć do wprawiania jej w zakłopotanie albo stawiania w krępującej sytuacji.

‒ Lia…

Cole ziewnął głośno i usiadł, przerywając mi to, co chciałem powiedzieć.

‒ Długo kimałem?

‒ Nie.

Wyprostował się i przeczesał palcami włosy.

‒ Powinniśmy się zbierać, Pres. Trzeba pomóc tacie na farmie.

Kiwnąłem niechętnie głową. Chętnie spędziłbym na tym kamieniu całe popołudnie, rozmawiając z Lią i słuchając szemrania strumyka. Jednak na farmie zawsze było co robić, a to miała być tylko krótka odskocznia od upału.

‒ Odprowadzę cię do domu – rzekłem do Lii, kiedy wstaliśmy i zaczęliśmy zbierać swoje rzeczy. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie mieszka, ale znałem ogólny kierunek.

‒ Nie bądź niemądry. Tysiące razy szłam tamtędy sama.

Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak idzie polami i bocznymi drogami, jej długie brązowe nogi poruszają się lekko, a ciemne loki opadają na plecy, i zawładnął mną instynkt opiekuńczy, jaki czułem względem Lii, i zazwyczaj nie bardzo wiedziałem, co z nim robić. Ta dziewczyna była tak cholernie niezależna i uparta.

‒ Myślę, że…

‒ Przestań tyle myśleć – zażartowała. – Dam sobie radę. Zresztą i tak muszę iść do miasta po kilka rzeczy dla mamy, więc przez cały czas będę korzystać z dróg publicznych.

‒ W takim razie wrócę na farmę i wezmę samochód.

Na siedemnaste urodziny tato kupił Cole’owi i mnie nową furgonetkę. Choć musieliśmy ustalić grafik, kto i kiedy z niej korzysta, i tak było to lepsze niż konieczność pożyczania auta od rodziców. I się sprawdzało, bo Cole jeździł nią znacznie częściej niż ja. Kiedy chciał gdzieś jechać, zazwyczaj brał furgonetkę.

‒ Nie – oświadczyła Lia. – Mam ochotę na spacer.

Co mogłem zrobić? Zmusić ją do skorzystania z podwózki, skoro jasno dała do zrozumienia, że jej nie chce?

‒ W porządku. – Westchnąłem. Pewnie rzeczywiście pokonała tę trasę z tysiąc razy i znała ją o wiele lepiej niż ja.

Pożegnaliśmy się i razem z Cole’em ruszyliśmy w stronę farmy. Pogrążony w myślach, na to, że mój brat jest wyjątkowo milczący, zwróciłem uwagę dopiero wtedy, kiedy się zatrzymał i odwrócił w moją stronę.

‒ Chyba zaproszę Lię na randkę.

Przez chwilę słowa te nie miały dla mnie żadnego sensu. Potem jednak zalała mnie fala zazdrości.

‒ Co takiego?!

‒ Och, daj spokój, nie zauważyłeś, jaka z niej ślicznotka?

‒ Oczywiście, że zauważyłem. Zawsze taka była.

Zmrużył oczy w słońcu.

‒ No tak, ale była dzieckiem. Teraz…

‒ Ma dopiero czternaście lat.

‒ Wystarczająco dużo.

‒ Wystarczająco dużo na co? – spytałem lodowatym tonem, a jednocześnie podrapałem się po gołym brzuchu, udając nonszalancję.

Cole uśmiechnął się znacząco.

‒ Wystarczająco dużo na całowanie się.

‒ Lia jeszcze nigdy się nie całowała.

‒ Skąd wiesz?

‒ Po prostu… wiem, do cholery – wyrzuciłem z siebie. Tak mi się przynajmniej wydawało. No bo z kim miałaby się całować? Nagle wpadłem w lekką panikę, jakbym nie okazał się wystarczająco uważny i ktoś się wkradł w łaski Lii. Mojej Lii? Może po prostu brałem za pewnik, że ona zawsze tu będzie, a ja muszę zaczekać, aż nieco dorośnie.

‒ Jesteś zainteresowany Lią, Pres? – zapytał lekko Cole.

‒ Aha. Ale jest jeszcze za młoda. Ja po prostu… ‒ Czekałem na nią. Od zawsze na nią czekałem. Przeczesałem palcami włosy. Nie tylko byłem nią… zainteresowany, nie tylko uważałem ją za ładną. Chodziło o coś więcej. Nie wiedziałem, w jakie słowa ubrać swoje uczucia do Lii.

‒ Za rok wyjeżdżamy na studia – oświadczył Cole. – Liczy się czas. – Posłał mi nonszalancki uśmiech, ten, za którym szalały dziewczyny.

Pewnego dnia zostawię ją tutaj…

Cole miał rację. To my stąd wyjedziemy. Nie wybrałem jeszcze uczelni – czy blisko, czy daleko – i zawsze wiedziałem, że wrócę. Wrócę dla Lii. O Boże, głupio zakładałem, że mam czas… że tak właśnie należy postąpić. Może nie miałem racji? Nie, zdecydowanie jej nie miałem.

‒ A co z Shayną? – zapytałem, a umiarkowana panika sprzed kilku chwil zaczęła narastać.

Cole wzruszył ramionami.

‒ To, co nas łączy, to nic poważnego. Dobrze się bawimy i tyle.

‒ Tym właśnie byłaby dla ciebie Lia? Dobrą zabawą?

‒ Wiesz, że ta dziewczyna znaczy dla mnie więcej. – Owszem, wiedziałem, i dlatego ten nieoczekiwany obrót zdarzeń był tak fatalny. – Zaczekam na odpowiedni moment – dodał.

Odpowiedni moment? Żaden moment nie był odpowiedni na to, aby startował do Lii. Przez chwilę wpatrywałem się w Cole’a; przed oczami miałem czerwoną mgłę.

‒ Ale ja…

‒ Hej, skoro też jesteś zainteresowany Lią, to ścigajmy się o nią – zaproponował Cole.

‒ Ścigajmy się o nią?

‒ Aha, zróbmy wyścigi, tak jak kiedyś. Zwycięzca pierwszy startuje do Lii.

‒ Ona nie jest nagrodą, o którą można walczyć, Cole. A może zaprosimy ją na randkę i pozwolimy, aby to ona wybrała?

‒ Zależy jej na nas obu i jesteśmy bliźniętami jednojajowymi, na litość boską. Ułatwmy jej to.

Dostrzegłem w jego oku błysk zadowolenia i charakterystyczną dla niego niefrasobliwość. Byliśmy bliźniętami jednojajowymi, ale różniliśmy się tak bardzo, jak to tylko możliwe. I to mogło stanowić problem. Gdyby Lia miała dokonać wyboru, czyż nie wybrałaby Cole’a? Zawładnęła mną mdląca niepewność. Oczywiście, że tak. Kurwa, no pewnie. Mieli ze sobą wiele wspólnego. Był zabawny, towarzyski i każdego umiał rozśmieszyć. Ludzie lubili Cole’a i już. Powinienem się cieszyć, że zaproponował wyścig. Tu akurat mogłem wygrać. Skoro Lia wpadła w oko Cole’owi, możliwe, że to moja jedyna szansa.

‒ Okej.

Kiwnął głową.

‒ Ta sama trasa, co zawsze?

Ponownie kiwnąłem głową. Kiedyś tato zabrał nas furgonetką i zmierzył długość dwóch bocznych dróg, pomiędzy którymi rósł gęsty zagajnik. W pewnym momencie się łączyły, a konkretnie przy skrzynce na listy na końcu naszej drogi. Dystans był taki sam. Cole i ja biegliśmy przedzieleni zagajnikiem, nie wiedząc, jak radzi sobie rywal, dopóki nie wybiegaliśmy zza zakrętu i nie widzieliśmy skrzynki na listy. Nauczyło to nas, żeby do ustalenia własnego tempa nie wykorzystywać tempa przeciwnika, a jedynie mieć przed oczami linię mety i dotrzeć do niej tak szybko, jak się da. Byliśmy naprawdę dobrzy i w gimnazjum wygrywaliśmy wszystkie zawody. Kiedy poszliśmy do liceum, przerzuciliśmy się na inne dyscypliny i już od dwóch lat nie biegaliśmy ani tą trasą, ani żadną inną.

‒ Braterska przysięga – powiedział Cole.

Napluł w dłoń i wyciągnął ją w moją stronę. Spojrzałem na nią. Tego także nie robiliśmy od lat. Świadczyło to o randze wyścigu, do którego mieliśmy przystąpić. Ale czy byłem w stanie to zrobić? Walczyć o jedyną szansę, jaką mogę mieć, aby Lia była moja? Zawahałem się, kiedy jednak Cole zbliżył dłoń, naplułem w swoją i wymieniliśmy uścisk. Połączenie się naszej śliny symbolizowało nierozerwalną więź.

Jako siedmiolatkowie pokłóciliśmy się o coś, a kiedy do akcji wkroczył nasz tato, nie patrzyliśmy na siebie, zawzięci i pełni żalu. Tato kazał się nam odwrócić i wtedy opowiedział o braterskiej przysiędze. Uścisnęliśmy sobie dłonie, obiecując nie żywić do siebie urazy. „No dobrze”, tak powiedział tato. „Obiecaliście, że odpuścicie i tak właśnie zrobicie. Mężczyzna musi dotrzymywać raz danego słowa”. Często to powtarzał w późniejszych latach.

„Mężczyzna musi dotrzymywać raz danego słowa”.

‒ Braterska przysięga – powtórzyłem.

Skinął głową.

‒ Jeśli wygram, ty usuniesz się w cień. Jeśli ty wygrasz, ja to zrobię. Sprawa honorowa między braćmi.

Zacisnąłem usta, ale kiwnąłem głową. Braterska przysięga. Sprawa honorowa między braćmi. Do tej pory nigdy jej nie złamaliśmy.

„Mężczyzna musi dotrzymywać raz danego słowa”.

Położyliśmy ręczniki na ziemi i przez chwilę się rozciągaliśmy, mierząc się wzrokiem niczym dwaj gladiatorzy, którzy zaraz wkroczą na arenę. Obaj byliśmy w butach do kąpieli, które nieszczególnie się nadawały do biegania, ale przynajmniej mieliśmy równe szanse.

Ustawiliśmy się tyłem do siebie. Przede mną rozciągała się droga gruntowa, którą miałem pobiec. To było głupie. Niewłaściwe. Odwróciłem się do brata, aby to odwołać…

‒ Do biegu, gotowi, start!

Mimo wahania te słowa zmusiły mnie do działania i obaj wystartowaliśmy, rozdzielając się, a następnie biegnąc w stronę mety. Przebierałem szybko nogami i czułem palący ból w płucach; biegłem, ile tylko miałem sił.

Lia.

Lia.

Lia.

Dawałem z siebie tyle, ile tylko byłem w stanie, nie dbając o to, że trzęsę się z wysiłku. Biegłem dla Lii tak, jakby to rzeczywiście była walka o nią. Nigdy w życiu nie biegłem z tak wielką determinacją. A jednak kiedy wypadłem zza zakrętu, krzyknąłem z bólu i uczucia porażki, a gorzkie rozczarowanie pozbawiło mnie resztki sił.

Cole właśnie dobiegał do skrzynki na listy. Wyprzedził mnie o dwadzieścia pięć metrów. Jak on to, u licha, zrobił? Najwyraźniej moja kondycja okazała się gorsza, niż myślałem. Kurwa!

Zwolniłem, przechodząc w marsz. Ciężko dyszałem, płuca nadal bolały mnie od wysiłku, w boku zaś czułem paskudne kłucie kolki. Cole miał równie ciężki oddech, ale oparł się o słupek i posłał mi uśmiech pełen zadowolenia z siebie.

‒ I co tak się cieszysz, dupku? – wydyszałem, zginając się wpół i opierając dłonie na kolanach. Straciłem Lię, zanim w ogóle zdążyłem ją zdobyć, a on miał czelność triumfować!

Zaśmiał się i klepnął mnie w nagie plecy.

‒ Chyba po prostu miała być moja – oświadczył.

„To ja chciałem móc wypowiedzieć te słowa. Chyba po prostu miała być moja”.

Próbowałem udawać, że wcale nie boli mnie tak bardzo to, że właśnie straciłem Lię. Przegrywając w cholernym wyścigu.