66 osób interesuje się tą książką

Opis

Agnieszka Lingas-Łoniewska nie bez powodu nazywana jest dilerką emocji. Tym razem autorka przedstawia trudną rzeczywistość żołnierzy z PTSD i ich rodzin. To świat, w którym jedyną nadzieją jest miłość.

Jacek Krall śni o wojnie. Chyba że akurat desperacko robi wszystko, by stracić świadomość, nim nadejdą koszmary. Gdy przenosi się do Orzysza, pod skrzydła pułkownika Piotra Sadowskiego, znajduje się na skraju wyczerpania. Silny zespół stresu pourazowego i wyrzuty sumienia związane z tragicznie zakończoną misją wojskową sprawiły, że doszedł do ściany. Wreszcie decyduje się poprosić o pomoc.Weronika Szuwarska poniosła największą z możliwych strat. By zapomnieć o przeszłości, poświęca się pracy terapeutki. Gdy w jej gabinecie pojawia się przystojny, tajemniczy żołnierz, na którego od pewnego czasu stale się natyka, serce pani psycholog wreszcie się budzi. To nie będzie standardowa terapia. A na pewno najtrudniejsza w jej karierze. I najważniejsza.

Tymczasem Piotr Sadowski i jego żona Paulina muszą stawić czoła rodzinnym problemom. A także przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć. Gdy dawny wróg wyjdzie na wolność, ich życie znajdzie się w niebezpieczeństwie, a losy obu par splotą się nierozerwalnie.

I choć miłość to potężna siła, tym razem jej zwycięstwo zawiśnie na włosku.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Od autorki:

Dziesięć lat temu, w 2010 roku, ukazała się moja debiutancka książka – Bez przebaczenia. Historia żołnierza Piotra Sadowskiego i jego ukochanej Pauliny na wiele lat wpisała się w mój dorobek i była wzorcem dla moich kolejnych powieści. Dramatyczne wybory, emocje, poruszanie trudnych, bolesnych tematów to mój znak rozpoznawczy.

Teraz oddaję w Państwa ręce kontynuację tej kultowej już powieści. Bez pożegnania to historia ludzi, którzy sięgnęli dna piekła, ale potrafili się podnieść, starają się przetrwać i iść dalej. W książce poruszam problem PTSD, czyli zespołu stresu pourazowego. Zebrałam na ten temat pokaźną dokumentację i mam nadzieję, że udało mi się przedstawić, z czym muszą się zmagać żołnierze po powrocie z terenów objętych działaniami wojennymi. A także ich bliscy, bo i na nich ma to wielki wpływ. Żyjące z żołnierzami kobiety mówią o sobie „misjonarki”. Bo one też muszą przejść przez to samo piekło.

W książce pojawia się Projekt Wojownik, który ma pomagać żołnierzom próbującym się odnaleźć po powrocie z misji. Został wymyślony i stworzony przez pułkownika Szczepana Głuszczaka, szefa oddziału multimediów Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej, któremu dziękuję za wyrażenie zgody na przedstawienie projektu w mojej powieści. Projekt Wojownik ma na celu scalenie braci żołnierskiej, jest akcją sportową, w ramach której żołnierze uprawiają mieszane sztuki walki, czyli MMA, biorą udział w turniejach i integrują się ze sobą. W tym projekcie uczestniczą nie tylko ich rodziny, lecz także członkowie rodzin tych z żołnierzy, którzy nie wrócili z pola walki.

W 2019 roku pułkownik Szczepan Głuszczak otrzymał za te działania Nagrodę Buzdygana, przyznawaną przez redakcję miesięcznika „Polska Zbrojna”.

Podczas pisania tej historii korzystałam także z książek: Z Afganistanu.pl Marcina Ogdowskiego, Wir. Na linii ognia Krzysztofa Pluty i Edyty Żemły oraz Ostatni snajper Kevina Lacza.

Akcja powieści rozgrywa się głównie w jednostce wojskowej w Orzyszu, a także w Piszu, bohaterowie udają się również do Wrocławia i Łodzi. W retrospekcjach przenosimy się do Ghazni w Afganistanie. Sporo zdarzeń i miejsc zostało przeze mnie wymyślonych, ale starałam się wyjaśniać to w przypisach.

Życzę Państwu emocjonującej i wzruszającej lektury.

Agnieszka Lingas-Łoniewska

[email protected]

Słowniczek terminów użytych w książce

Ajdik (ang. IED – Improvised Explosive Device) – improwizowany ładunek wybuchowy.

Być na „teatrze” – jechać na akcję w terenie.

Ganer (ang. gunner) – strzelec.

Gazownia – potoczna nazwa miasta Ghazni w Afganistanie, stosowana przez polskich żołnierzy.

Indianin – potoczne określenie żołnierza bojowego.

Kamp (ang. camp) – podobóz składający się z bichatów, czyli budynków, w których mieszkają podoficerowie i szeregowi na misjach.

Pas szahida – inaczej pas samobójców, rodzaj specjalnego pasa lub kamizelki, wypełnionych materiałami wybuchowymi i zaopatrzonych w bezpośredni mechanizm detonacyjny, uruchamiany przez zamachowca.

PTSD (ang. post-traumatic stress disorder) – zespół stresu pourazowego. Zaburzenie natury psychicznej, będące reakcją organizmu na stres wywołany skrajnym, traumatycznym wydarzeniem. Do takich wydarzeń zaliczamy: działania wojenne, kataklizmy, gwałt, tortury i tym podobne. Typowymi objawami PTSD są: napięcie lękowe, bezsenność, tzw. flashbacki, czyli przeżywanie na nowo tych samych obrazów z przeszłości, koszmary senne.

Rosiek – rosomak, kołowy transporter opancerzony.

Specjals – żołnierz grupy specjalnej, szkolony w jednej z kilku jednostek specjalnych, np. Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu.

Srebrzanka – miny robione przez talibów z saletry amonowej. Mieszana jest ona z ropą naftową lub aluminium.

Szuszfole – potoczna, pogardliwa nazwa Afgańczyków, używana przez żołnierzy polskich.

Unitarka – okres unitarny, czas szkolenia rekrutów przed złożeniem przysięgi wojskowej; okres szkolenia podstawowego, mający na celu ujednolicenie umiejętności, nawyków, sprawności fizycznej żołnierzy.

Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną

Psalm 23

Wojna nigdy nie kończy się dla tych, którzy walczyli.

Curzio Malaparte

Prolog

Chcę jej to powiedzieć, te dwa słowa huczą mi w głowie niczym głos sierżanta na unitarce.

Ale nie mogę.

Boję się, słowa grzęzną w gardle, nie chcą zamienić się w dźwięk.

Jak mogłem być tak głupi?

Dlaczego nie powiedziałem jej tego wcześniej?

A teraz… ona…

Może jest już za późno!

Rozdział 1

Chris Cornell, The Promise

Piotr popatrzył na stojący na biurku kalendarz. „A więc to już ponad pięć lat od powrotu z szalonej misji ratunkowej w Afganistanie”. Mimowolnie potarł kolana. Ciągle mu dokuczały, zwłaszcza przy zmianie pogody. Ale dzięki intensywnej rehabilitacji, wielkiej determinacji i wsparciu ukochanej żony mógł teraz chodzić bez podpierania się laską czy kulą. Zajmował się szkoleniem kadetów, wykładał matematykę w Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych*, miał także zajęcia na strzelnicy.

Właśnie czekał na swojego nowego zastępcę, który dzisiaj miał się pojawić w jednostce. Piotr poczytał trochę o poruczniku Jacku Krallu. Lat trzydzieści dwa, kawaler, dwie misje w Iraku i Afganistanie, strzelec wyborowy. Ukończył studia oficerskie, podyplomowe, teraz dostał rozkaz stawienia się w jednostce Piotra. Sadowski już dawno składał raport o potrzebie zatrudnienia zastępcy i w końcu ministerstwo przysłało mu tego oficera. I dobrze, może wreszcie wyrobi się ze wszystkimi obowiązkami.

Na biurku odezwał się interkom.

– Panie pułkowniku, pańska żona – oznajmiła jego asystentka.

– Oczywiście, proszę.

Drzwi się otworzyły. Jak zaczarowany wpatrywał się przez chwilę w szczupłą sylwetkę Pauliny. Jednak niemal natychmiast jego uwagę przykuł pięciolatek, który podbiegł do Piotra z radosnym okrzykiem:

– Tataaaaa!

– Adaś, łobuziaku! – Piotr wstał, podniósł chłopca i zakręcił nim w powietrzu.

– Wracamy z przedszkola i Adaś koniecznie chciał się z tobą przywitać.

– A ty, kochanie? – Piotr postawił syna, a ten podbiegł do makiety poligonu i zaczął się bawić miniaturowymi żołnierzykami i czołgami.

– Tak tylko przechodziłam. – Ciemnowłosa kobieta uśmiechnęła się i podeszła do męża.

Przytulił ją i pocałował w usta.

– No oczywiście, tak tylko przechodziłaś.

– Tak, zarozumialcu. – Roześmiała się. – Pamiętaj, że wieczorem musisz pojechać po Maksa.

– O której wracają z wycieczki?

– O dwudziestej.

– Będę.

– Czekasz na tego nowego chłopaka? – Paulina odsunęła się i spojrzała w zielone oczy męża.

– Tak. Kochanie, to oficer. Nie żaden chłopak.

– Dobrze, dobrze, mój ty Panie Poprawny. Wpadniesz na obiad?

– Tak, podjadę. Potem mamy zebranie, prosto z jednostki pojadę do szkoły i odbiorę młodego.

– Okej. Zatem czekam na ciebie, Piotrusiu. – Paulina stanęła na palcach i pocałowała męża w usta. – Adaś, chodź, musimy wyprowadzić Bąbla.

– Juuuuż. – Chłopiec porządkował figurki, bo wiedział, że zawsze musi poukładać wszystko w rządku, tego nauczył go ojciec.

Bąbel był ich dwuletnim golden retrieverem, strasznym łobuziakiem, który w tandemie z Adasiem potrafił zrobić w domu prawdziwy armagedon. Często dołączał do nich dziesięcioletni Maks i wówczas dwupoziomowe mieszkanie Sadowskich wyglądało jak po przejściu tajfunu.

– Pamiętaj o obiedzie. Oszczędzaj się, kochany. – Paulina spojrzała na męża z troską.

Piotr wiedział, że od tamtego strasznego czasu, kiedy zaginął podczas akcji ratunkowej, ona nieustannie się o niego obawiała.

Na początku walczył także z tym, co tkwiło mu w głowie. W nocy się budził, bo wydawało mu się, że wciąż tkwi w tej cholernej dziurze w ziemi, słyszał świst kul. Musiał to przepracować, odbył wiele spotkań z psychologiem, lecz niewiele mu to pomogło. Jak większość żołnierzy miał opory, aby wojskowemu psychologowi opowiadać o koszmarach, demonach, które wypełzały w nocy. Byłoby z nim bardzo źle, gdyby nie jego wspaniała żona i dzieci, których wsparcie czuł niemal na każdym kroku. Gdyby nie oni, na pewno nie poradziłby sobie tak szybko ze wspomnieniami, które potrafiły przywołać najprostsze codzienne zdarzenia. Teraz było już dobrze, odzyskał siebie, doskonale jednak rozumiał, co to znaczy mieć zespół stresu pourazowego, i dziękował i sobie, i rodzinie, że udało mu się to pokonać. No, może nie całkowicie pokonać, ale uśpić, uwięzić gdzieś głęboko w zakamarkach umysłu.

– Wiem, Paula. Nie martw się, maleńka. – Zwrócił się do niej swoim ulubionym zdrobnieniem. Mówił tak do niej od zawsze, była jego cudem, który stracił, a potem odzyskał. Każdego dnia budził się koło swojej cudownej Pauliny Sadowskiej, matki jego dzieci i czasami nie mógł uwierzyć, że jest tak szczęśliwy. Tak cholernie szczęśliwy.

Kiedy żona i synek wyszli, Piotr zerknął na zegarek. Pozostało piętnaście minut do planowanego spotkania z porucznikiem Krallem. Przygotował dla niego papiery do wypełnienia i patrzył przez okno na bramę, za którą zniknęła jego Paula z Adasiem.

Jacek zaparkował na placu za budynkiem jednostki, wyłączył silnik i popatrzył w swoje odbicie w lusterku. Miał podkrążone oczy, ale uznał, że to normalny wygląd faceta po trzydziestce, który nie dosypia. Wczorajsza noc wciąż siedziała mu w głowie. Zamknął na chwilę oczy i zobaczył to wszystko tak wyraźnie…

Świat się kręcił, a ja wraz z nim. Tańczyła koło mnie, uśmiechała się i widziałem w jej ustach białego dropsa. Objąłem ją w pasie i przyciągnąłem do siebie, pocałowałem gwałtownie i zabrałem narkotyk. Rozpuścił mi się na języku. Po chwili byłem już w tunelu pełnym miękkiej, kolorowej waty. Wyjęła drugiego dropsa i czym prędzej wrzuciła pomiędzy swoje karminowe wargi. Potem chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę toalet. Śmiałem się, szedłem za nią, próbując złapać kolorowe kawałki waty, które fruwały koło mnie, ale nie dawały się dotknąć. Później usiadła na mnie i poruszała się coraz szybciej i szybciej, a ja… Chciałem tylko złapać te cholerne kawałki pieprzonej waty! Nie chciałem niczego innego! Kiedy skończyła, ja nadal byłem gotowy, ale zsunąłem ją z siebie i zapiąłem spodnie.

– A ty?

– Ja? Ja? – parsknąłem. – Ja jestem, kurwa, martwy!

Wylądowałem w klubie, bo, jak zwykle, nie mogłem spać. Kiedy tylko zamykałem oczy, przenosiłem się ponownie do tego rozwalonego domu, w którym kryłem się wraz z moim oddziałem. I widziałem… widziałem to wszystko. I ten zapach świeżej krwi. Dlatego pojechałem do podmiejskiego klubu, wziąłem magiczną tabletkę i po prostu chciałem nie czuć już nic. Tak bardzo się bałem nic nie czuć, a jednocześnie tego pragnąłem. To było jak wybawienie, jak przekleństwo. Pojawiało się na chwilę, potem trzeźwiałem i wszystko wracało.

Jacek otworzył gwałtownie oczy. Przysnął? Czy tylko przeniósł się w minioną noc? Nie wiedział. Teraz czekało go spotkanie z nowym przełożonym w nowej jednostce. I bardzo dobrze. Dostał służbowe mieszkanie na osiedlu wojskowym. Wyjechał z miasta, w którym się urodził, znajdującym się na drugim krańcu Polski. Nie tęsknił do Wrocławia, nie miał za czym. Jego matka nie żyła, z ojcem stracił kontakt w chwili, gdy ten przestał płacić alimenty. Porucznik Krall miał tylko armię. Mundur, broń, kolejne misje, kobiety na jedną noc i koszmary, które po ostatniej misji bardzo się nasiliły. Dlatego z wielką ulgą przyjął przeniesienie. Blisko Mazur, w tej wielkiej jednostce… Może upora się z tym bałaganem w głowie i będzie mógł zacząć od nowa? Mieszkał tu od tygodnia, miał czas na to, aby się urządzić, niewiele rzeczy przyjechało z nim z Wrocławia. Tamto mieszkanie wynajął jego kolega z jednostki na Czajkowskiego, dostał klucze i wszelkie pełnomocnictwa. Jacek wciąż pamiętał rozmowę z Andrzejem.

– Stary, a jak z tobą, wiesz… po tym wszystkim?

– Fajnie to nazywasz. – Jacek uśmiechnął się z przekąsem. – Po tej cholernej katastrofie?

– Przecież doskonale wiesz, że to nie była twoja wina. Jak sypiasz?

– Daj spokój, nie jesteś moim terapeutą.

– A poszedłeś chociaż na jedno spotkanie?

– Tak.

– I to było tylko jedno spotkanie?

– Wystarczyło.

– Poszedłeś, bo wymagały tego procedury.

– No, znam przepisy. – Krall uniósł znacząco brew.

– Jacek, powinieneś odbyć pełną terapię, dobrze o tym wiesz. – Andrzej westchnął i lekko się skrzywił.

– Nie. Przecież wiesz, że nie mogę. Dostałem awans, wyjeżdżam.

– Gościu, wiem. – Andrzej popatrzył z troską. – Ale martwię się o ciebie. Jesteś moim najlepszym kumplem. I pamiętaj, że zdrowie jest najważniejsze.

– Poradzę sobie z tym. Przepracuję to w głowie i będzie dobrze.

Andrzej pokiwał głową, ale widać było, że nieszczególnie w to wierzy. Wiedział, co Jacek przeżył podczas misji. I tylko on znał prawdę o kłopotach kumpla z psychiką. Porucznik Krall umiał się doskonale maskować. I to go cholernie martwiło.

Jacek wspominał teraz rozmowę z przyjacielem, bo zdał sobie sprawę, że oszukiwał zarówno Andrzeja, jak i siebie samego. Ale nie zamierzał przyznawać się nikomu w jednostce do trapiących go trosk. Zwłaszcza że miał pracować z pułkownikiem Piotrem Sadowskim. Do dzisiaj na różnych zajęciach analizowano jego akcję ratowniczą, która stanowiła doskonały przykład idealnie przeprowadzonego uderzenia. Jacek bardzo się ucieszył, że to właśnie jego wybrano na zastępcę Sadowskiego. Awansował na porucznika. Doceniono jego wkład i zaangażowanie, a także ukończenie kolejnych studiów podyplomowych. Poza tym wreszcie mógł wyjechać z Wrocławia, do którego bał się wracać nie tylko z powodu tego, co przeżył podczas misji. Znajome miejsca, znajome ulice, znajome trasy przypominały mu to, co utracił, a co mógł zatrzymać, gdyby wtedy nie wyjechał. Dlatego teraz tutaj, w nowym miejscu, w nowej jednostce… musiał pokazać się od jak najlepszej strony i nikt, absolutnie nikt nie mógł się dowiedzieć, że on, porucznik Jacek Krall, odznaczony i awansowany po ostatniej misji, ma nieźle popieprzone we łbie.

Kiedy wszedł do sztabu, poczuł znowu ogarniającą go obawę. Bardzo zależało mu na tej pracy i wierzył, mocno wierzył, że uda mu się pokonać własne słabości i zwalczyć cholerną niemoc i strach, które go czasami ogarniały. Musiał to pokonać. I zrobi to tak, że nikt w jednostce, a szczególnie pułkownik Sadowski, się o tym nie dowie. Wszystko już zaplanował. Musiał to zrobić, bo zdawał sobie sprawę, że sam się z tym nie upora. O tym wiedział doskonale.

Weronika zamknęła drzwi do gabinetu i z lekkim uśmiechem pogładziła metalową tabliczkę z wygrawerowanym napisem:

Weronika Szuwarska

Psycholog

Wreszcie miała swój gabinet. Wcześniej pracowała w szpitalu, w prywatnej klinice, ale od pół roku prowadziła własną praktykę terapeutyczną. Proponowano jej także pół etatu w pobliskiej jednostce wojskowej, jednak odmówiła, wolała skupić się na gabinecie i pacjentach, których miała i prowadziła od pięciu lat. Miesiąc temu skończyła trzydzieści pięć lat i zdała sobie sprawę, że jedyne, co jej w życiu wyszło, to praca. Kochała ją i oddawała jej siebie w stu procentach. Żyła problemami swoich pacjentów i za każdym razem czuła nieopisaną radość, kiedy widziała u nich najmniejszą nawet poprawę.

To było oszukiwanie samej siebie. Własne nierozwiązane problemy nie pozwalały jej zasnąć, a gdy już udało się jej zamknąć oczy, przychodziły koszmary, przez które wybudzała się nad ranem i znów nie mogła zmrużyć oka.

Dzisiaj miała dwa spotkania, jedno z pacjentką, którą prowadziła od roku – pani Wanda była w jej wieku i cierpiała na depresję. Był taki czas, że nie była w stanie ruszyć się z łóżka, chorowała jednocześnie na RZS, czyli reumatoidalne zapalenie stawów, chorobę autoimmunologiczną, która utrudniała codzienne funkcjonowanie. Depresja pojawiała się stopniowo, jak cichy zabójca, aż doszło do sytuacji, w której kobieta nie mogła wyjść z domu. W końcu dzieci zmobilizowały ją do walki, bo o ile RZS mogła łagodzić lekami, a także szansą na samoleczenie, o tyle z chorobą duszy, jak nazywano depresję, musiała walczyć sama. No, może nie do końca sama. Weronika jej w tym pomagała i było widać postępy. Potem przychodził pan Janek, neurolog z pobliskiego szpitala. Miał problemy ze snem, cierpiał z powodu przepracowania, ale już po kilku sesjach zauważała poprawę. Rozmawiali, Janek opowiadał o trudnych operacjach, o pacjentach, o tym, że kiedy wraca do domu, nie ma siły słuchać żony i jej relacji o tym, co działo się podczas jego nieobecności, że ich synek Rafał dostał piątkę z biologii i że na pewno kiedyś też zostanie lekarzem. Lepiej nie. Weronika zaleciła lekarzowi krótkie wyjazdy na jednodniowe wycieczki i pływanie. Mężczyzna stosował się do tego i zaczynał nieco oddzielać pracę od domu, starając się zawsze wygospodarować chwilę wytchnienia dla siebie.

Wczoraj natomiast zadzwonił do niej mężczyzna, który na początku nie chciał się przedstawić, ale w krótkim wywiadzie udało się jej ustalić kilka ważniejszych danych. Nazywał się Jacek Krall, cierpiał na bezsenność i przeżył wypadek samochodowy. Umówiła się z nim na jutro, na siedemnastą. Coś dziwnego było w jego głosie. Jakby złość, obawa, ale i ulga. Znała to. Często sama u siebie dostrzegała takie właśnie uczucia. Złość na siebie za to, co zrobiła. Obawa przed tym, co ją czekało. I ulga, kiedy zaczynała rozumieć, że nie zdoła naprawić przeszłości, a może jedynie wyprostować własną przyszłość. Jednakże teraz nie miała na to czasu ani odwagi. Dlatego poświęcała się pracy, bo ta dawała jej zapomnienie i była doskonałą ucieczką przed życiem. Nie miała pojęcia, co musiałoby się wydarzyć, aby odnalazła w sobie tyle odwagi, by stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami i raz na zawsze wyrzucić wszystkie potwory z szafy.

Wieczorem, kiedy wróciła do domu, uderzyła ją panująca w mieszkaniu cisza. Czym prędzej włączyła muzykę. Nienawidziła ciszy, milczenia i samotności. Dwie pierwsze rzeczy miała na co dzień w dzieciństwie, a ostatnią – teraz. Wydarzenia sprzed sześciu lat sprawiły, że uciekła z rodzinnego miasta. Na północ. Tutaj zaznała odrobiny spokoju, wciąż jednak nie mogła zapomnieć, wciąż miała przed oczami to, co się wydarzyło, co ją zniszczyło. Powoli się odbudowywała, powstawała z ruin, a praca była jej terapią. Pracując nad psychiką innych ludzi, naprawiała własną. Czy kiedyś uda się jej całkowicie wyleczyć? I czy wówczas przestanie być tak cholernie samotna? Przestanie się oskarżać?

Spotkanie z pułkownikiem Sadowskim było owocne i bardzo rzeczowe. Piotr przedstawił Jacka swoim współpracownikom, pokazał mu jego biurko, potem pojechali na uczelnię, a na końcu zahaczyli o strzelnicę. Ustalili, że następnego dnia Jacek pojawi się w sztabie o godzinie dziewiątej. Teraz zbliżała się szósta rano. Spał tylko trzy godziny, ale wiedział, że nie ma najmniejszej szansy na to, aby się położyć i zasnąć. Dlatego umył zęby, ubrał się i pojechał na basen, który znajdował się w centrum sąsiedniego miasta. Pływalnia była otwarta od szóstej, ale miał nadzieję, że o tej porze nie będzie tam tłumów. I faktycznie, raptem dwa tory były zajęte. Wskoczył do basenu i zaczął płynąć miarowym kraulem, mając nadzieję, że wysiłek fizyczny pozwoli mu przetrwać kolejny dzień. Po południu był umówiony z terapeutką w Piszu, chociaż jeszcze nie wiedział, czy pojedzie na tę wizytę.

Zrobił już kilka rundek, gdy zorientował się, że na drugim torze też ktoś płynie, i to w całkiem niezłym tempie. Kiedy zawracał, dojrzał, że była to kobieta. Wyskoczyła z basenu, zdjęła czepek i wykręciła długie kasztanowe włosy. Była zgrabna, nie za chuda, taka w sam raz, z niezłym biustem. Oparł się plecami o ściankę basenu, utrzymywał się na wodzie, sprawiając wrażenie, że odpoczywa, ale w rzeczywistości obserwował pływaczkę. Miała ładną twarz, z lekko spiczastą brodą, wydatne, ale bez przesady, usta i chyba zielone oczy. Nie udało mu się dokładnie spostrzec ich koloru, ale miał nadzieję, że były zielone. Zielonooki rudzielec, no, no, i jeszcze potrafi pływać. Jacek postanowił, że jutro też przyjedzie na basen tak rano – skoro babka tak dobrze pływa, jest szansa, że robi to w miarę regularnie.

Kiedy wyszedł z męskiej szatni, po rudzielcu nie było śladu. Skrzywił się sam do siebie, ubrał i pojechał do jednostki.

Tam już czekał na niego pułkownik Sadowski.

– Dzisiaj mamy zajęcia z drugim rokiem. Przejrzałeś te materiały do ćwiczeń, które ci wysłałem? – spytał, kiedy tylko Jacek wszedł do pokoju.

– Jasne, mam nawet dla nich kilka zadań, gdyby pan pułkownik chciał je wykorzystać. – Jacek podał szefowi plik notatek.

– Możesz mi mówić po imieniu, kiedy jesteśmy sami.

– Jasne, dzięki.

Piotr w skupieniu przejrzał propozycję zadań i pokiwał z uznaniem głową.

– Jest dobrze. Możesz dzisiaj poprowadzić zajęcia z nimi. A potem pojedziemy na strzelnicę. Postrzelasz z długiej.

Jacek spiął się, ale nie dał nic po sobie poznać.

– Tak jest.

Zajęcia minęły szybko, a Krall odkrył, że podoba mu się praca ze studentami. Ćwiczenia sprawiały, że Jacek nie myślał o niczym innym, a już zwłaszcza o tym, że miał później jechać na strzelnicę i ponownie trzymać broń w rękach. Wiedział, że nie może zdradzić się z tym, iż samo dotykanie broni przyprawia go o szybsze bicie serca, i to nie z względu na podniecenie i adrenalinę, lecz przez paraliżujący strach i koszmarne obrazy, które niemal natychmiast stawały mu przed oczami. Żołnierz, strzelec wyborowy, który boi się broni. To było naprawdę zajebiście zabawne! Gdyby nie chodziło o niego, wybuchnąłby gromkim śmiechem. Wiedział, że pułkownik Sadowski pokłada w nim duże nadzieje. Nie mógł go zawieść. Nie jego, nie tego bohaterskiego oficera, który był dla wszystkich niczym mistrz, autorytet, wzór do naśladowania. Dlatego musiał uwolnić się od swojej przeszłości. I raz na zawsze zniszczyć obraz tego żołnierza ściskającego snajperski karabin TOR, kaliber dwanaście koma siedem milimetra, tego żołnierza, który zamiast strzelić, zawahał się. A i tak kogoś zabił.

* W Orzyszu, gdzie rozgrywa się akcja powieści, nie ma takiej szkoły. Znajduje się tam za to Ośrodek Szkolenia Poligonowego Wojsk Lądowych (wszystkie przypisy pochodzą od autorki).

Rozdział 2

Dawid Podsiadło, Trofea

Weronika do kolejnego spotkania miała niecałe pół godziny. Dzień minął jej szybko, poranne pływanie także pomogło. Zresztą na basenie przyglądał się jej jakiś mężczyzna. Był wysoki, dobrze zbudowany, jego ramię zdobił tatuaż z gwiazdą. Oczy miał niemal czarne, włosy też, ale były mokre, więc trudno określić ich właściwy kolor. Wyszła z pływalni szybko, bo nie czuła się zbyt dobrze pod tym uważnym spojrzeniem nieznajomego mężczyzny. Ale nie dlatego, że było ono natrętne lub dwuznaczne. Nie. W jego oczach dostrzegła bezbrzeżny smutek. Doskonale znała ten wzrok. Codziennie widywała go we własnym odbiciu w lustrze.

Dzwonek domofonu zasygnalizował, że przyszedł nowy pacjent. Zerknęła do notesu, aby przypomnieć sobie jego imię i nazwisko.

Jacek Krall.

Wygładziła prostą zieloną sukienkę i podeszła do domofonu. Jej gabinet znajdował się na parterze. Nacisnęła guzik i usłyszała brzęczyk otwieranej bramy. Potem odgłos twardo stawianych kroków. Nagle kroki ucichły i zorientowała się, że mężczyzna się zatrzymał. Po dziesięciu sekundach znowu dotarł do niej stukot, potem trzaśnięcie i zorientowała się, że jej niedoszły pacjent zrejterował. Czym prędzej zamknęła drzwi i pobiegła do okna. Zdołała zauważyć wysokiego ciemnowłosego mężczyznę o szerokich ramionach, ubranego w dżinsy i skórzaną kurtkę. Gdy zniknął za rogiem, poczuła się tak, jakby to była jej osobista porażka. Chciała pomagać, potrzebowała tego. Tymczasem ktoś, kto zapewne tej pomocy wymagał, stchórzył. Otworzyła okno. Wrześniowe powietrze wdarło się do gabinetu. Wyciągnęła papierosa i odpaliła go. Zaciągnęła się głęboko.

– Brawo, Weroniko. Miałaś już nie palić!

Jacek wrócił do domu, wypił mocną kawę i poczekał do wieczora, siedząc w fotelu i słuchając muzyki. Potem wsiadł do samochodu i pojechał do klubu. Nie było zbyt wielu ludzi, ale dojrzał znajomą twarz. Kiwnął do chłopaka, a ten od razu do niego podszedł.

– Dropsa? – spytał cicho.

– Dwa. – Jacek wsunął mu zwinięte banknoty do kieszeni, a sam poczuł rękę dilera wkładającą mu dwie tabletki ecstasy do kieszeni kurtki. Potem wypił piwo i poszedł na dół, skąd dobiegała muzyka. Tam usiadł w loży i zażył tabletkę. I nagle wszystko wyglądało lepiej, klub był elegancki, dziewczyny piękne, a życie cudowne. Jacek uśmiechał się do świata, gdy obok niego usiadła kobieta. Była niska i miała niezwykle długie włosy. Uśmiechnął się do niej. Spojrzała na Jacka i też się uśmiechnęła.

– Skąd taka radość? – krzyknęła, bo muzyka skutecznie wszystko zagłuszała.

– Bo tutaj usiadłaś! – Jacek pochylił się do niej i spojrzał jej w oczy.

– Zatańczymy?

– Jasne!

Po chwili tańczyli blisko siebie. Zarzuciła mu ręce na szyję, była naprawdę bardzo niska, sięgała mu zaledwie do ramienia. Gdy bit zaczął bić miarowo, a ostre dźwięki dudniły mu w głowie, uniósł swoją partnerkę i oparł o pobliską ścianę z surowej cegły.

– Co robisz?

– A co chcesz? – Jacek ścisnął pośladki dziewczyny.

– Chodź! – Pociągnęła go w stronę znajomych toalet.

W jednej kabinie ktoś był, po odgłosach można było jednoznacznie wywnioskować, co się tam dzieje. Ale druga była wolna. Wpadli do środka, śmiejąc się beztrosko. Dziewczyna uniosła krótką spódniczkę. Miała na sobie pończochy i skromne stringi, które odchyliła.

– Dasz mi coś, a potem ja się odwdzięczę. Nie bzykam się z nieznajomymi.

– Nie ma sprawy.

Pochylił się, jedną ręką masował jej piersi, a drugą pieścił ją między nogami. Dziewczyna jęczała, a jej jęki zgrały się z głuchymi uderzeniami dochodzącymi z drugiej kabiny. Jacek zaczął się śmiać, ale nie przestawał pieścić swojej towarzyszki, która nagle głośno krzyknęła i wbiła palce w ramiona obejmującego ją mężczyzny.

– O cholera!

– Proszę bardzo. Chcesz coś?

– Co masz?

– Pigułę.

– A to chętnie.

Jacek położył tabletkę na jej wyciągniętym języku i patrzył, jak dziewczyna ją połyka.

– Jeśli chcesz, to możemy to zrobić. Fajny jesteś. Mam gumki, jak coś.

– To się odwróć. – Złapał ją za włosy i lekko pociągnął. – Lubisz niegrzecznie?

– Lubię.

– To proszę bardzo.

Kiedy wyszedł z klubu, niewiele pamiętał. Nie chciał pamiętać. Kolejny beznadziejny dzień w jego życiu.

Gdy dotarli na strzelnicę, serce biło mu tak głośno, że niemal nie słyszał, co jego przełożony do niego mówi. Kiedy stanął na stanowisku strzeleckim, pułkownik Sadowski podał mu długi karabin Sako, z którego często strzelał podczas ćwiczeń.

– Ostatnio ta fińska firma wygrała przetarg i dostaliśmy nową partię broni. Nieźle się z niej strzela. – Sadowski gładził karabin. – Ćwiczyłeś z tym?

– Tak, we Wrocławiu. – Jacek kiwnął głową, wpatrując się martwym wzrokiem w broń.

– No, to wiesz co robić. – Pułkownik podał mu karabin. – Żebyś z wprawy nie wyszedł.

– Dziękuję, panie pułkowniku. – Jacek wziął broń do ręki i poczuł, że coś łapie go za gardło.

Piotr poszedł przywitać się ze swoim kumplem Marcinem. A Jacek wpatrywał się w cel, trzymał w dłoniach karabin i wiedział, że musi to zrobić, po prostu musi.

Zamknął oczy, wziął głęboki wdech, powoli wypuścił powietrze i wycelował. Ponownie znalazł się tam, gdzie pot i kurz oblepiały mu skórę, gdzie skupiał się tylko na jednym celu, a wszystkie mięśnie miał napięte aż do bólu. Wówczas nie czuł nic, widział jedynie ten punkt, na którym skupiał całą uwagę. Jeszcze jeden głęboki, spokojny wdech i gdy wypuszczał powietrze, oddał pojedynczy strzał. Poczuł, jak po plecach ścieka mu strużka potu. Potem powtórzył całą procedurę kolejny raz. I kolejny. Kiedy odłożył broń, serce biło mu jak oszalałe. Sadowski wszedł do boksu. Nacisnął guzik, który przybliżył tarczę z celem, i pokiwał głową z uznaniem. Stojący za nim Marcin uniósł kciuk.

– No, oko to ty masz. – Piotr się uśmiechnął.

– Dziękuję, panie pułkowniku.

– Twój talent, nie masz za co dziękować.

– Strzelec wyborowy, porucznik Krall. Słyszałem o tobie. – Marcin popatrzył na Jacka uważnie.

– Tak jest, panie majorze.

– Spokojnie, jestem Marcin. – Podał mu rękę, Jacek ją uścisnął. – To co, chłopaki? Jakieś piwko?

– Nie, muszę wracać, idziemy z Paulą do kina.

– Kurczę, akurat gdy jestem wolny, moja kobieta pojechała nad morze z młodą, jakieś SPA czy coś. – Marcin pokręcił głową. – I napić się nie ma z kim. A ty, Jacek?

– Sorry, jestem umówiony.

– No co za niefart!

Po strzelnicy praca w niewielkim pokoiku, który mu przydzielono, była tym, czego potrzebował. Uspokoił się nieco, przygotowując zadania na jutrzejsze zajęcia z pierwszym rokiem. Było po szesnastej, gdy zajrzał do niego pułkownik Sadowski.

– Nie wychodzisz? Nie musisz robić nadgodzin. – Uśmiechnął się.

– Już kończę.

– Dajesz radę, trzymaj tak dalej.

– Dzięki, szefie. – Jacek też się uśmiechnął. Gdy za pułkownikiem Sadowskim zamknęły się drzwi, osunął się ciężko na krześle i uderzył lekko głową o szafę stojącą tuż za biurkiem. Potem zerknął na zegarek i zorientował się, że musi się zbierać, jeśli chce zdążyć na spotkanie z psycholożką.

Zupełnie niepotrzebnie się tak spieszył. Dał dupy i wcale nie wszedł do gabinetu tej całej Szuwarskiej.

Teraz dochodziła szósta rano, on miał za sobą dwie godziny snu po narkotycznej fazie i bzykanku w toalecie, z którego niewiele pamiętał. Był cholernym przegrywem, to on powinien był zginąć w tym pierdolonym Afganie.

Zwlókł się z łóżka, wziął chłodny prysznic, wypił kawę i pojechał na basen. Kiedy wchodził na pływalnię, zupełnie zrezygnowany i bez życia, zauważył rudowłosą, która płynęła równym tempem po środkowym torze. Poznał ją po niebieskim czepku i czarnym stroju, tych samych, które miała na sobie dzień wcześniej. Wskoczył do wody i zrobił eleganckim kraulem kilka długości basenu. Kiedy się zatrzymał, zauważył, że kobieta wyszła już z wody, zdjęła czepek i rozplątywała włosy. Patrzyła na niego. Odwzajemnił spojrzenie i się uśmiechnął. Poznał ją, ona patrzyła na niego, dlaczego nie mógł zasygnalizować uprzejmym uśmiechem, że ją poznaje? Odpowiedziała lekkim skinieniem głowy, wsunęła klapki, które leżały nieopodal drabinek, i poszła w kierunku szatni. Miał ochotę biec za nią, ale nie chciał wyjść na desperata. Poza tym… kobieta, taka kobieta, normalna, z którą mógłby porozmawiać, pójść na kawę… Taka kobieta była poza jego zasięgiem, gdzieś w odległych marzeniach o normalności. Zamknął oczy i położył się na wodzie. Unosił się bezwładnie, nie myślał o niczym i chciał zostać tutaj na zawsze.

Kiedy otworzył oczy, zorientował się, że kolejne dwa tory są zajęte. Popłynął spokojną żabką do końca basenu, wyskoczył na zewnątrz i poszedł do przebieralni.

Po wyjściu z szatni postanowił pojechać na śniadanie. Czuł głód, organizm się oczyścił, domagał się paliwa. Przecież nie mógł jechać tylko na prochach. Zatrzymał się w kawiarni niedaleko basenu, która serwowała śniadania. Od razu zauważył rudowłosą. O tak, zdecydowanie jej włosy były rude. A oczy zielone. Patrzyła na niego od momentu, kiedy wszedł do środka. Znowu się uśmiechnął, a ona odwzajemniła mu uśmiech. Była bardzo ładna. Zajął miejsce po drugiej stronie lokalu, ale tak, aby mieć doskonały widok na znajomą nieznajomą z basenu. Zamówił jajecznicę, kawę i sok. Rudowłosa już regulowała rachunek. Postanowił, że do trzech razy sztuka. Jeśli w tym tygodniu spotka ją po raz kolejny, to umówi się z nią na kawę. Spróbuje. Może od tego nie umrze. Głupi… Prawie parsknął. Martwi się ewentualną niezobowiązującą kawą z uroczą nieznajomą, a nie przejmuje się posuwaniem małolat w dyskotece po zażyciu dropsów lub kwasu. Idiota…

Zauważył, że kobieta zawahała się przy drzwiach. Po chwili się odwróciła i podeszła do niego.

– Czy mam się martwić, że jest pan psychopatą lub stalkerem?

Cholera, była blisko.

– Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłem żadnym z nich.

– To dobrze. – Spojrzała na talerz, który przed chwilą przyniosła mu kelnerka. – Na drugi raz polecam omlet. Jest przepyszny.

– Dziękuję. – Jacek się uśmiechnął, a nieznajomej błysnęło coś w oczach. Cholernie zielonych.

– Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Odprowadził ją wzrokiem, a potem spokojnie zjadł śniadanie, wypił kawę, sok i poczuł się lepiej. O nie. Wróć. Poczuł się lepiej, kiedy rudowłosa się do niego odezwała. Miała ciepły głos z lekką chrypką. Miał wrażenie, że kiedyś już go słyszał.

Postanowił zadzwonić dzisiaj do tej doktor Szuwarskiej i poprosić o nowy termin wizyty. Musiał wziąć się w garść i coś ze sobą zrobić. Sadowski nie jest głupi ani ślepy. Sprawiał wręcz wrażenie, że przenikał Jacka tym swoim uważnym spojrzeniem i doskonale wiedział, co siedzi mu w głowie.

– Poruczniku Krall, musisz się zdecydować. Wóz albo przewóz.

Kiedy dotarł do sztabu, pułkownika jeszcze nie było. Jacek zaczynał zajęcia o dziewiątej, zebrał więc potrzebne materiały i poszedł do swoich studentów podchorążych.

Piotr Sadowski czekał, aż Maks skończy jeść śniadanie i będzie można zawieźć go do szkoły. Paulina zabrała Adasia do przedszkola i pojechała do swojej pracowni, gdzie była umówiona z klientem zainteresowanym wystrojem nowo otwieranej klubokawiarni.

– Tato, a przyjdziesz na spotkanie rodziców i uczniów? – zapytał chłopiec, zajadając tosty z serem, które zrobił mu ojciec.

– Takie samo jak to w zeszłym roku?

– Aha.

– Ale nie będę musiał znowu opowiadać o swojej misji?

– To było fajne, wszystkim się podobało i wygrałem konkurs na najfajniejszy zawód, jaki wykonuje rodzic.

– Wiem, pamiętam. Ale nie możemy co roku powtarzać tego samego, gościu.

– Znowu chcę wygrać.

– Daj szansę innym dzieciakom.

– Oj tam… – Maks przewrócił oczami. Piotr zauważył, że starszy syn ostatnio często tak robi. Czy to oznaczało, że wchodzi w tak zwany trudny wiek?

– Mama może opowiedzieć o swojej pracy.

– No dooobra.

– Weź tak nie rób przy mamie, bo będzie jej przykro. – Piotr zmierzwił chłopcu czuprynę.

– Ale niech opowie o tym dziwnym facecie, który budował dom pod ziemią.

– Dobrze, zobaczymy.

Jakiś czas temu Paula miała klienta, który budował sobie schron i chciał, żeby zaprojektowała mu wnętrza jego kryjówki „przed obcymi”. Piotra niezwykle to bawiło.

– Kochanie, nie chcę cię potem szukać, bo ten wariat zamknie cię w swoim schronie, żeby uchronić cię przed zniszczeniem przez współczesny konsumpcjonizm i atak Marsjan. – Śmiał się razem z Pauliną, która nie była szczególnie zadowolona z tego zlecenia.

Oczywiście rozmawiali o tym w domu, a Maks wypytywał ich z wypiekami na twarzy o szczegóły i zapamiętał tę historię.

Piotr zawiózł Maksa do szkoły i pojechał do jednostki. Coś go męczyło, ale natknął się na swojego przełożonego, generała Śliwiaka, i zapomniał, co to właściwie było. Zaczął się kolejny intensywny dzień na wojskowej uczelni.

Weronika uznała, że ten dzień zaczął się całkiem sympatycznie. Znowu spotkała na pływalni tego mężczyznę, który świetnie pływał. O tak, przyjrzała się mu, gdy młócił wodę w basenie, jakby zależało od tego jego życie. A potem, zupełnie niespodziewanie, pojawił się w jej ulubionej kawiarence, w której często jadała śniadania. Przyjrzała mu się jeszcze lepiej. Migdałowe oczy w pięknej, ciemnej oprawie. Ciemnobrązowe włosy miał krótko, niemal po wojskowemu obcięte, ramiona szerokie, brzuch płaski i umięśniony, Musiał coś ćwiczyć. Albo bardzo intensywnie pływać. Był wysoki, kiedy wchodził do lokalu, lekko pochylił głowę, by nie uderzyć w futrynę. A gdy się uśmiechnął, kiedy do niego podeszła… W prawym policzku pojawił się dołeczek, co doskonale kontrastowało z jego wyraźnie męską urodą, nieco nawet brutalną. Nie mogła przestać o tym myśleć.

W gabinecie przejrzała notatki z ostatnich spotkań, uporządkowała pokój, krzątała się jeszcze przez chwilę, wyrównując papiery i segregując dokumenty. A jednak kiedy zadzwonił jej telefon, miała jeszcze dwadzieścia minut do pierwszej wizyty. Odebrała, nie patrząc na ekran.

– Weronika Szuwarska, słucham – przedstawiła się uprzejmie.

– Jacek Krall. Ja… miałem być u pani wczoraj.

– A, tak. – Otworzyła notes i od razu przypomniała sobie mężczyznę, którego dostrzegła w momencie, gdy znikał za rogiem, jakby uciekał. Nie przed nią. Przed sobą samym. – Mogę panu zaproponować dopiero poniedziałek. Niestety, w tym tygodniu nie mam już wolnych godzin.

– Dobrze, niech będzie – odpowiedział Jacek po chwili wahania.

– Panie Jacku… wiem, że czasami trudno jest po prostu przyjść i tak zwyczajnie powiedzieć, co nas męczy. Ale proszę spróbować.

– Tak, dobrze. Proszę mnie zapisać.

– Będę na pana czekała. – Uśmiechnęła się.

– Dobrze, dziękuję, przyjdę na pewno.

Miała wrażenie, że on także się uśmiechnął. Czasami można to usłyszeć. A na pewno wyczuć. Jest coś takiego w tembrze głosu, w melodii słów. Głos tego mężczyzny był ciepły, niski i brzmiał bardzo miło.

Nieco później, kiedy Weronika miała już jechać do domu, znów rozległ się dzwonek komórki. Zerknęła na wyświetlacz – Zuzanna. Zuzka była jej rówieśniczką, córką siostry jej matki. Gdy Weronika postanowiła wrócić do Pisza, Zuza pomogła jej na początku ze wszystkim: z kupnem mieszkania, z szukaniem pracy, z kupnem lokalu pod gabinet. Jej mąż Jurek był deweloperem, budował nowe osiedla w mieście i to właśnie w budynku postawionym przez jego firmę Nika, jak nazywała ją Zuzka, kupiła sobie małą kawalerkę, w której urządziła gabinet.

– Co tam, Zuza?

– Słuchaj, pamiętasz o imprezie urodzinowej Kaśki?

Choć Kaśka była przyjaciółką Zuzanny, to i one dwie bardzo przypadły sobie do gustu. Teraz kończyła trzydzieści pięć lat i organizowała babskie wyjście do klubu.

– Pamiętam. Chociaż wiesz, że ja średnio zabawowa jestem.

– Wyrwij się, pobawisz się z nami, wypijemy obrzydliwie słodkie drinki i będzie fajnie.

– A potem będziemy umierać.

– Och, wtedy umierałyśmy, bo nas cytrynówka dobiła.

– Tak to sobie tłumacz. – Roześmiała się Weronika. – Dobiło nas mieszanie wszystkiego.

– Przysięgam, że teraz mieszać nie będę.