Bez powrotu - Lisa Gray - ebook + książka
NOWOŚĆ

Bez powrotu ebook

Gray Lisa

4,1

62 osoby interesują się tą książką

Opis

Bywa tak, że morderca nie czuje wyrzutów sumienia. Wtedy rachunek musi zapłacić ktoś inny.

Jessica Shaw, porywcza, nieustraszona detektywka znana czytelnikom z doskonałych thrillerów „We mgle” i „Ukryte”, powraca z nowym śledztwem. Tym razem w kalifornijskiej Venice Beach.

Pustynia kryje w sobie wiele tajemnic – między innymi prawdę o tym, co się przydarzyło Laurie Simmonds, młodej, obiecującej artystce. Jej van, pełen obrazów, został znaleziony przy odludnej autostradzie. Policja wykluczyła zabójstwo.

Do akcji wkraczają detektywka Jessica Shaw i jej nowy partner Matt. Śledztwo nie będzie należało do prostych. Wygląda na to, że Laurie była tylko najnowszą z serii ofiar nieuchwytnego porywacza (a może jednak mordercy?). Inne potencjalne ofiary to Amanda, amatorka biurowych romansów, oraz Mallory, zmęczona życiem gospodyni domowa w średnim wieku. Tylko dlaczego bliscy i znajomi zaginionych kobiet wydają się tak mało zainteresowani ich powrotem? Jessica będzie musiała zmierzyć się z wykrętami, złudzeniami i pospolitymi kłamstwami, by dotrzeć do ponurej prawdy. A ta okaże się tyleż gorzka, co zaskakująca. Ten klimatyczny, niepokojący thriller na długo zostanie ci w pamięci.

Lojalność może być początkiem zbrodni. A przeszłość jest wystarczającym oskarżeniem.

Kluczem do rozwiązania zagadki okaże się człowiek, który zmienia tożsamości jak rękawiczki. Tylko on wie, co łączyło ze sprawą Deę Morgan, samotną matkę po przejściach, która trzydzieści lat temu rozpłynęła się bez śladu w tej okolicy. Tak samo jak teraz Laurie.

Jessica Shaw może popsuć sprawcy szyki. Kłopot w tym, że kimkolwiek on jest, czekał na swoją szansę bardzo długo i… nie ma nic do stracenia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (9 ocen)
3
4
2
0
0
Sortuj według:
Silenzjo

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo interesujący epilog.
00

Popularność




Dla Bena, Sama i Cody’ego

PROLOG

W samochodzie było ich czterech. Pięcioro, jeśli liczyć martwą kobietę w bagażniku.

Nick siedział z tyłu, zdecydowanie za blisko niej. Zatykał nos i ciężko oddychał przez usta. Był przekonany, że czuje jej zapach, choć wiedział, że to mało prawdopodobne. Ciało zapewne jeszcze nie ostygło. Ale – do cholery – co on mógł wiedzieć o takich rzeczach? Przynajmniej krwi było niewiele. Tyle dobrego.

Samochód podskoczył na wyboju i to, co wcześniej kotłowało się Nickowi w ściśniętym żołądku, podeszło mu do gardła. Poczuł w ustach smak wymiocin, z trudem przełknął ślinę i wciągnął wielki haust powietrza. Siedzący obok niego Junior też nie wyglądał najlepiej.

Dusty się odwrócił i spiorunował Nicka wzrokiem z siedzenia pasażera. W ciemnościach zaschnięta krew wokół jego nozdrzy wydawała się czarna. W oczach miał obłęd wywołany kokainą, alkoholem i… czymś jeszcze.

Czymś złym.

Nick wyraźnie to teraz dostrzegał.

– Przestaniesz wreszcie sapać? – warknął Dusty. – Brzmisz jak żebrzący o kość zapchlony stary kundel. Weź się, kurwa, ogarnij.

Nick się odwrócił i wyjrzał przez okno. Idealnie okrągły księżyc, przypominający olbrzymi talerz, rzucał upiorne światło na pustynną równinę. Majaczące w oddali góry były tylko niewyraźnymi fioletowymi cieniami. Minęli bar, który już dawno zamknął się na noc, i motel, w którym paliło się jedno światło. Przy drodze stało kilkanaście niepasujących do siebie skrzynek pocztowych. Wyglądały jak rabatka metalowych kwiatów. Domy, do których przynależały, były oddalone od autostrady i skryte w ciemności. Nick zazdrościł ich mieszkańcom, którzy zapewne już smacznie spali. Zastanawiał się, czy jemu jeszcze kiedykolwiek uda się spokojnie zasnąć.

Pomyślał o kobiecie. Jezu, nie pamiętał nawet, jak miała na imię. To z pewnością za sprawą alkoholu i szoku. Podejrzewał jednak, że już niebawem o niej usłyszy. Kiedy ktoś zauważy jej zniknięcie? Kiedy zaczną jej szukać? Wiedział, że miała rodzinę. Wyznała to Dusty’emu, kiedy błagała, by nie robił jej krzywdy.

Nie wysłuchał jej.

A Nick, Junior i Zee stali z boku i pozwolili, by do tego doszło. Zmroził ich lęk przed Dustym, przed tym, do czego się zabierał, do czego chciał ich zmusić i co w końcu sam zrobił tej kobiecie.

Oni jednak wcale nie byli lepsi.

Na nich również ciążyła wina.

Po wszystkim owinęli jej ciało w plastikowe worki, jakby była śmieciem, i zanieśli je do samochodu Zee, jak kazał Dusty. Oczywiście, nie wykorzystali jego auta, by pozbyć się ciała. Dusty woził się nową mazdą miata i nie zamierzał jej brudzić, transportując trupa. Zresztą stary oldsmobile cutlass, który Zee odziedziczył po ojcu, miał znacznie więcej miejsca w bagażniku, a jego właściciel nawet nie próbował się spierać.

Tylko Cade miał jaja i postawił się Dusty’emu. To ze względu na niego kobieta się tu dziś znalazła, to on przekonał ją, by przyszła. Nick od razu zauważył, że naprawdę wpadła mu w oko. Kiedy im ją przedstawiał, szczerzył się głupkowato i cały wieczór wodził za nią wzrokiem. A sądząc po jej uśmiechu, on też nie był jej obojętny.

Potem zjawił się Dusty i wszystko szlag trafił.

Później, kiedy Cade nie zgodził się z nimi jechać, Dusty łypnął na niego, jakby chciał powiedzieć, że wyląduje w bagażniku jako następny. Jednak poczucie winy, żal i gniew, które chłopak miał wypisane na twarzy, okazały się silniejsze niż lęk przed Dustym. Cade odszedł w noc ze zwieszonymi ramionami i dłońmi wbitymi w kieszenie dżinsów. Nawet się nie obejrzał.

Nick żałował, że sam nie miał tyle odwagi.

Wciąż jechali przed siebie. Zabudowa coraz bardziej się przerzedzała, wśród pustynnych zarośli pojawiały się już tylko pojedyncze osamotnione budynki lub przerdzewiałe przyczepy. Minęli znak drogowy ostrzegający „Najbliższa stacja benzynowa: 160 kilometrów”. Podróżowali w ciszy. Nie odzywali się, radio było wyłączone, dobiegał ich tylko cichy pomruk silnika oldsmobile’a. W aucie cuchnęło płynem do spryskiwaczy, starymi niedopałkami cameli i świeżym potem. Koszulka na mokrych plecach Nicka kleiła się do welurowej tapicerki.

– Zatrzymaj się – rzucił po chwili Dusty.

Zee zjechał na pobocze, wyłączył silnik i światła. Nad pogrążoną w mroku autostradą świecił już tylko pyzaty księżyc. Dusty otworzył schowek i wyjął z niego dwie latarki. Podał jedną Zee i wysiadł z auta. Pozostali poszli w jego ślady. Dusty włączył latarkę i otworzył klapę bagażnika. Nick nie chciał zaglądać do środka – dobrze wiedział, co tam zobaczy – ale nie mógł się powstrzymać. Na zwłokach leżał rzucony niedbale szpadel. Jego łyżka błyszczała w bladym świetle. Nick usłyszał odgłos torsji jednego z chłopaków, a po chwili plaśnięcie lądujących na asfalcie wymiotów.

Nick napotkał zimny, beznamiętny wzrok Dusty’ego.

– No co? – zapytał. Jego ochrypły głos był ledwie słyszalny.

Dusty wskazał głową otwarty bagażnik.

– Łap szpadel – polecił. – I zacznij kopać.

1 JESSICA

Jessica Shaw wybrała zdjęcie z bezładnie rozsypanego na stole stosu i obróciła je w dłoniach.

Fotka była świetna – niepozowana, naturalna i bez filtrów. Zrobiona prawdziwym aparatem, nie nowoczesną komórką. Na odwrocie widniała pieczątka punktu wywołującego zdjęcia w godzinę. Nie mogła się nadziwić, że takie miejsca wciąż istnieją.

Teraz wszyscy używali filtrów, automatycznych ustawień i aplikacji społecznościowych, które dodawały do selfie królicze uszy i wywieszone psie języki. Jessica nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś mógłby chcieć wyglądać jak żywa dmuchana lalka albo postać z kreskówki. Pracowała jako prywatna detektywka, specjalizowała się w poszukiwaniach zaginionych osób i zdarzało się, że trudniej było jej znaleźć zdjęcie przedstawiające rzeczywisty wygląd poszukiwanego, niż faktycznie go wytropić.

Na szczęście tym razem taki problem się nie pojawił. Na fotografii widać było kobietę tuż po dwudziestce, ze spłowiałymi od słońca blond włosami, które opadały niedbałymi falami na jej lekko opalone ramiona, podkreślone czarną sukienką na cienkich ramiączkach. Dziewczyna miała bladoniebieskie oczy i mnóstwo piegów na zadartym nosie, wyglądających, jakby dorysowano je ołówkiem. Było w niej wiele uroku i nie potrzebowała makijażu, by dobrze wyglądać.

Fotkę zrobiono w restauracji, zapewne meksykańskiej. Przed dziewczyną stały opróżniony do połowy kieliszek z margaritą i czekoladowy tort krówkowy, lekko przekrzywiony w jedną stronę, jakby był pijany. W grubej warstwie lukru na wierzchu tkwiły dwie zapalone świeczki – dwójka i trójka. Jessica odniosła wrażenie, że uśmiech kobiety, widoczny w świetle świec, jest nieco zawstydzony, i domyśliła się, że na chwilę przed zrobieniem zdjęcia inni goście restauracji odśpiewali Sto lat pod wodzą kelnera.

Kobieta ze zdjęcia nazywała się Laurie Simmonds i zaginęła dwa miesiące wcześniej.

– To było dokładnie rok temu. Dziś Laurie kończy dwadzieścia cztery lata.

Jessica spojrzała na matkę Laurie, która przed chwilą się odezwała. Renee Simmonds, w przeciwieństwie do córki, miała ciemną karnację. Z ciałem wyrzeźbionym dzięki jodze i lśniącymi włosami mogłaby być żywą reklamą zdrowego kalifornijskiego stylu życia, gdyby nie lekki zapach papierosowego dymu, którego drogie perfumy nie były w stanie całkowicie zamaskować. Pięćdziesięcioparoletnia brunetka była ubrana prosto, w obcisłe błękitne dżinsy i czarną jedwabną bluzkę, ale szlachetny kamień, który miała w pierścionku na serdecznym palcu lewej ręki, zapewne widoczny z kosmosu podobnie jak Wielki Kanion, świadczył o jej zamożności.

Jessica zauważyła, że Renee nie powiedziała „skończyłaby”, ale „kończy”. Przy stole siedzieli we troje – kobietom towarzyszył drugi prywatny detektyw Matt Connor – i żadne z nich nie kwapiło się, by wspomnieć o oczywistej kwestii: Laurie Simmonds mogła już nie żyć. Buntowniczy blask w orzechowych oczach Renee wskazywał, że zamierza nadal kurczowo trzymać się nadziei.

Jessica uniosła zdjęcie.

– Mogę je wziąć?

– Oczywiście. – Renee się zawahała. – Czy pani też będzie pracować nad sprawą?

– Owszem. Czy to nie problem?

– Bynajmniej. – Renee odwróciła się od Jessiki do Connora, właściciela agencji, którego nazwisko widniało na frontowych drzwiach. – Ale kiedy rozmawialiśmy wczoraj przez telefon, odniosłam wrażenie, że prowadzi pan jednoosobową działalność.

– Jessica jest nowa – wyjaśnił Connor.

Renee nieznacznie uniosła brwi w pytającym geście.

– Ma duże doświadczenie – dodał gładko. – Zwłaszcza w poszukiwaniu osób zaginionych.

To było mało powiedziane. Connor nie dodał, że sama Jessica była niegdyś uznana za zaginioną, po tym, jak w dzieciństwie porwano ją z domu. Jej zdjęcia widniały na kartonach mleka. Była całkowicie nieświadoma faktu, że poszukiwano jej przez dwadzieścia pięć lat – aż do zeszłego roku, kiedy natknęła się na informacje o swojej tragicznej przeszłości.

Pracując nad sprawą w Eagle Rock, w północno-wschodniej części Los Angeles, spotkała Matta Connora. Przez kilka dni, które spędzili razem, w równym stopniu ją wkurzał i podniecał. Okazał się także parszywym kłamcą i detektywka nadal nie była pewna, czy może mu ufać. Nie zamierzała jednak w najbliższym czasie wracać do Nowego Jorku, w którym się wychowała i musiała wyrabiać godziny, aby zdobyć kalifornijską licencję detektywa, więc współpraca z Connorem była najszybszym i najłatwiejszym rozwiązaniem. Pozwalała jej również całymi dniami przechadzać się po plaży i udawać, że pracuje. Poprzedniego wieczora wytropiła Connora w barze w Venice Beach i poprosiła go o posadę.

Dziś był pierwszy oficjalny dzień jej pracy w MAC Investigations. Domyślała się, co oznaczają litery „M” i „C”, ale nie wiedziała, co symbolizuje „A”. Miała tylko nadzieję, że nie „Aroganta”. Na pewno jednak wiedziała, że cieszy się na tę sprawę. Wypili wspólnie kilka szkockich z lodem i Connor przekazał jej skąpe informacje, które sam dotąd zdobył: Laurie Simmonds, artystka, mieszkała i pracowała w Venice, była singielką, a jej ślad urywał się na poboczu pustynnej drogi, gdzie znaleziono porzuconą furgonetkę marki Volkswagen.

Jessica odłożyła zdjęcie, przewróciła kartkę w notatniku i wpisała w nagłówku datę. Connor zrobił to samo, ale Jessica pozwoliła jemu zadawać pytania.

– Chcielibyśmy dowiedzieć się nieco więcej o Laurie – zagaił. – Jest artystką, prawda?

Renee skinęła głową.

– Dzieli pracownię niedaleko deptaka z rzeźbiarką Elizabeth Mann, przez dwa N. Mieszczą się tam studio, galeria i sklep. Elizabeth jest nie tylko jej współpracowniczką, lecz także najlepszą przyjaciółką.

– Czy pani córka mieszka sama?

– Tak, w mieszkaniu z dwiema sypialniami przy Speedway, niedaleko studia.

– Dwie sypialnie, bez współlokatora?

– Bez. Lubi mieć przestrzeń. Zdarza jej się też malować w mieszkaniu, często do późna. Odpowiada jej taka niezależność.

– Podczas rozmowy telefonicznej wspomniała pani, że w momencie zniknięcia nie była w związku.

– Zgadza się. Nie miała chłopaka.

– Nie randkowała z nikim, tak bez zobowiązań?

– Jeśli tak było, nie wspominała mi o tym. Ale nie mogę tego wykluczyć. – Renee uśmiechnęła się smutno. – Jesteśmy blisko, ale przecież córki nie mówią matkom o wszystkim, prawda?

Pytanie było skierowane do detektywki, która uśmiechnęła się, jakby znała tę sytuację z własnego doświadczenia, choć wcale tak nie było. Jej matka została zamordowana, kiedy Jessica miała trzy lata, w noc, kiedy ona sama została uprowadzona. Nie miała szansy na babskie pogawędki z mamą ani z nikim innym. A nawet gdyby mogła je odbyć, na pewno nie powiedziałaby nikomu o facecie, z którym zdarza jej się sypiać. Domyśliła się, że Laurie Simmonds podobnie podchodzi do sprawy.

– A czy przyznałaby się pani, gdyby się z kimś pokłóciła? – spytał Connor. – Na przykład z przyjaciółką?

– Owszem, ale nie wspominała o żadnych kłótniach. Nie wyglądała na wytrąconą z równowagi. Elizabeth mówi to samo. Szczerze mówiąc, Laurie jest najmilszą osobą na świecie. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby wkurzyć kogoś do tego stopnia, żeby chciał ją skrzywdzić.

Jessica podniosła głowę znad notesu, w którym wcześniej zawzięcie gryzmoliła.

– Może miała problemy finansowe?

– Nic z tych rzeczy.

– Czyli jest znaną artystką?

– Jest bardzo utalentowana.

– I dobrze zarabia na swoich dziełach? – dociekała Jessica. Po chwili milczenia Renee przyznała:

– Nie do końca. Dorzucamy się z ojcem Laurie do rachunków za mieszkanie i za studio. Wiem, że jej to nie odpowiada, chciałaby się uniezależnić finansowo. Ale, jak mówiłam, ma wielki talent i jestem przekonana, że pewnego dnia zdobędzie uznanie i pieniądze, na które zasługuje.

– Na pewno – odpowiedziała z uśmiechem Jessica.

– À propos ojca Laurie – wtrącił Connor. – Myślałem, że będzie tu dzisiaj z panią.

Renee wydęła wargi, a później zacisnęła je z dezaprobatą.

– Trey musiał jechać do pracy. Jak zwykle. – Westchnęła i spojrzała łagodniej. – To było nie fair. Cała ta sprawa odcisnęła głębokie piętno na nas obojgu. Rzucanie się w wir pracy to chyba jego sposób na przetrwanie. Jeśli chcą państwo porozmawiać z Treyem, możecie umówić się na wizytę u nas.

– Oczywiście. – Connor przerwał na chwilę. – Renee, to może być trudne, ale musimy spytać o dzień zniknięcia Laurie.

Kobieta upiła łyk kawy z wyszczerbionego kubka Dodgersów wręczonego jej przez gospodarza, zostawiając na brzegu brzoskwiniowy ślad. Kawa zapewne zdążyła już wystygnąć i Renee skrzywiła się lekko, nim zaczęła mówić dalej.

– To był dzień jak co dzień – stwierdziła. – Rano Laurie poszła na plażę poszkicować, często szukała tam natchnienia. Zwykle przed lunchem wracała do studia. Tamtego dnia wysłała do Elizabeth SMS z pytaniem, czy mogłaby zająć się sklepem przez resztę dnia, bo ona ma coś do załatwienia. Ruch był niewielki, więc Elizabeth chętnie zgodziła się popilnować interesu i nie wypytywała Laurie o jej plany. Zwykle wieczorem rozmawiam z córką przez telefon. Tamtego popołudnia napisała do mnie z informacją, że ma bardzo dużo pracy i zadzwoni następnego dnia. Rzecz jasna, nie zrobiła tego. Jej furgonetkę znaleziono nazajutrz na poboczu autostrady Twentynine Palms, w pobliżu Parku Narodowego Joshua Tree.

Connor wstał od stołu i podszedł do wiszącej na ścianie mapy Los Angeles i okolic. W dzielnicy Westside, obok niebieskiej plamki, wbita była żółta pinezka. Jessica domyśliła się, że oznacza ona lokalizację agencji. Detektyw powiódł palcem od pinezki do miejsca, gdzie znaleziono auto Laurie, po czym odwrócił się do kobiet z marsową miną.

– To daleko. Chyba kilkaset kilometrów?

– Prawie dwieście pięćdziesiąt – potwierdziła Renee. – Jakieś trzy godziny jazdy.

– Kawał drogi. Nie wie pani, co córka robiła na pustyni?

Kobieta bezradnie wzruszyła ramionami i wbiła wzrok w stół.

– Nie mam pojęcia – przyznała. – Wykupiliśmy billboard z ogłoszeniem o zaginięciu w pobliżu miejsca, gdzie znaleziono furgonetkę. Zaoferowaliśmy dziesięć tysięcy dolarów nagrody, ale musieliśmy ją wycofać, bo linię zgłoszeniową zalewały fałszywe alarmy.

– No jasne – rzucił Connor, wracając na miejsce.

– Czy w aucie znaleziono rzeczy osobiste Laurie? – spytała Jessica. – Torebkę, portfel, komórkę?

– Wszystko zniknęło.

– Nic nie zostało w środku?

– Tylko obrazy.

– Jakie obrazy?

– Leżały z tyłu furgonetki – wyjaśniła Renee. – Oba były autorstwa Laurie, owinięte w szary papier, jak dla klienta po zakupie, ale w terminarzu nie miała żadnych spotkań, a przeważnie sprzedaje obrazy w galerii. Nie wiem, czy to istotne. Policja w to wątpiła.

– Gdzie są te obrazy?

– W jej mieszkaniu.

– Możemy się tam rozejrzeć?

– Oczywiście. – Renee wygrzebała z torby pęk kluczy. Odpięła jeden z nich i wręczyła Jessice. – To zapasowy klucz do mieszkania. Kluczy do studia nie mam, ale Elizabeth może państwa wpuścić.

– Czy były jakieś oznaki walki albo udziału osób trzecich?

– Nie. Żadnej krwi, żadnych zniszczeń. Do tego drzwi furgonetki były zamknięte. – Pani Simmonds zaśmiała się z goryczą. – Dlatego policja nie kiwnęła palcem, kiedy zgłosiliśmy zaginięcie Laurie. Jest dorosła, więc podobno ma prawo ot tak porzucić swe życie i bliskich bez słowa wyjaśnienia, a służby nie raczą się tym zająć.

Zaginięcie nie było przestępstwem, a Jessica zdawała sobie sprawę, że policja często ma w takich przypadkach związane ręce. Jeżeli nie podejrzewano udziału osób trzecich lub jeżeli sytuacji zaginionej osoby nie uznawano za krytyczną z powodu problemów zdrowotnych czy zagrożenia życia, możliwości policjantów były ograniczone. Zwłaszcza w miastach takich jak Los Angeles, gdzie zgłaszano zaginięcie nawet trzystu osób miesięcznie. W takich przypadkach do gry wkraczali Jessica, Matt i ich koledzy po fachu.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby Laurie wróciła do domu – zapewnił Connor. – Czy chciałaby pani dodać coś jeszcze?

Pani Simmonds przygryzła dolną wargę.

– Chyba powinnam powiedzieć wam o pozostałych. Może to nieistotne, a może jednak tak.

Jessica i Connor spojrzeli po sobie, a potem oboje wbili wzrok w klientkę.

– Pozostałych? – rzuciła detektywka.

– Jakich pozostałych? – dodał jej partner.

– Pozostałych zaginionych kobietach.

2 DEA

1990

„Najbardziej obiecująca dziewczyna”.

W takich chwilach – kiedy patrzyła na swoje spierzchnięte, pomarszczone dłonie, a oczy łzawiły jej od wyziewów wybielacza – Dea Morgan myślała o tej głupiej przepowiedni ze szkolnego rocznika i wybuchała śmiechem.

Tylko to powstrzymywało ją od płaczu.

A nie mogła sobie na niego pozwolić. Na pewno nie w tej chwili. Może po powrocie do domu, zanim spróbuje złapać parę godzin snu na zapadniętej sofie, uroni kilka łez. Po cichu, żeby nie usłyszał jej śpiący obok Buddy. Ale nie zamierzała płakać przy ludziach, a już na pewno nie w pracy. Nie zostało jej wiele szacunku dla siebie, ale tyle poczucia godności jeszcze miała.

Z perspektywy czasu nietrudno było zrozumieć, czemu wybrano ją na „Najbardziej obiecującą dziewczynę” maturalnego rocznika w Liceum Brodie. Dea nigdy nie wyróżniała się urodą, nie była też klasową żartownisią, flirciarą ani elegantką. Przewyższała za to wszystkich inteligencją. Pełniła funkcje przewodniczącej klasy i samorządu szkolnego, należała do koła dyskusyjnego, bez wysiłku zdobywała same szóstki. Dostała się na prestiżową uczelnię Ivy League, która miała zmienić jej życie.

I faktycznie, tamtego lata uległo ono całkowitej zmianie.

Tyle że nie w sposób, jakiego oczekiwała. Jedna noc, niedługo po rozdaniu świadectw, sprawiła, że jej życie nigdy już nie było takie samo.

Gdyby jej koleżanki i koledzy z klasy mieli czarodziejską kulę, pozwalającą spojrzeć w przyszłość, ich przepowiednie brzmiałyby całkiem inaczej. Na przykład:

„Największe szanse na zostanie samotną matką”.

„Największe szanse na harówkę na dwa etaty, z których ledwie starcza na czynsz”.

„Największe szanse na wyprowadzkę do ciasnej przyczepy”.

I jej ulubiona:

„Największe szanse na zarabianie na życie zeskrobywaniem gówna z muszli klozetowych obcych ludzi”.

Nie, to nie była do końca prawda. Dziś nie pracowała u obcej osoby. Było znacznie gorzej. Koleżanka z Brodie nie musiała już czekać na zjazd absolwentów, by się dowiedzieć, jak potoczyły się losy „Najbardziej obiecującej dziewczyny”.

Dea nie wiedziała, która z nich była bardziej zaszokowana i zażenowana, kiedy stawiła się na sprzątanie u nowego zleceniodawcy – a okazała się nim Kristy Jensen.

Znana również jako „Dziewczyna z największymi szansami na szczęście”.

Sądząc po wielkiej nowobogackiej rezydencji przy jednej z najlepszych ulic Yucca Valley i zaparkowanym przed nią fordzie F-150 o karoserii lśniącej jak lustro, w tej kwestii rówieśnicy Dei mogli być bliżej prawdy.

Po ośmiu latach Kristy Jensen miała nie tylko dom i samochód, lecz także ciało w rozmiarze XS, zawadiacki blond kucyk i uśmiech, którym mogłaby reklamować pastę do zębów – tak samo jak w liceum. Uśmiech zbladł, kiedy zobaczyła na swoim progu Deę Morgan, w stroju roboczym, z plastikowym wózkiem pełnym wybielaczy, ścierek i płynu do polerowania mebli.

– O, cześć, Kristy – rzuciła radośnie Dea. – Cóż za zbieg okoliczności, nie wiedziałam, że też mieszkasz w Yucca Valley. Jaki ten świat mały. – Roześmiała się nieszczerze. – Pan Jenner… to twój mąż, prawda…? Zatrudnił mnie do sprzątania domu. Pewnie zobaczył moje ogłoszenie w urzędzie pocztowym… i oto jestem!

Próbowała wypaść na wpół nonszalancko, na wpół wesoło. Zabrzmiała jednak prawie maniakalnie.

– Dea! Jak miło cię widzieć! – odpowiedziała Kristy z równie nieszczerym śmiechem. – Tak, Derek wspominał, że ktoś wpadnie pomóc w porządkach. Chce trochę ułatwić mi życie. Wejdź, proszę.

„Ułatwić ci życie? A co, do cholery, może być trudnego w życiu Kristy Jensen?”

Dwie minuty później żwir zachrzęścił pod kołami pick-upa, którym gospodyni ruszyła po zakupy do najbliższego supermarketu, pozostawiając koleżance sprzątanie.

Dea najpierw zaczęła się złośliwie zastanawiać, czemu mąż Kristy nie zapłaci po prostu komuś za zrobienie zakupów. Po chwili dotarło do niej, że pani Jensen zapewne chciała oszczędzić im obu dalszego skrępowania, jakie wywołałaby jej obecność podczas odkurzania, szorowania i polerowania przez dawną koleżankę. Szybkie zerknięcie do wypełnionych po brzegi szafek i lodówko-zamrażarki potwierdziło jej podejrzenia.

Odepchnęła się od wyłożonej kafelkami posadzki w łazience i jęknęła, kiedy chrupnęło jej w kolanach. Jezu, miała tylko dwadzieścia pięć lat, ale jej samopoczucie wskazywało raczej na sto pięć. Musiała jednak przyznać, że muszla Kristy była już całkiem czysta, bez zaschniętych odchodów jak u niektórych klientów. Zdarzali się bogacze, którzy mieli w domu chlew. Domyśliła się jednak, że jej dawna koleżanka należy do kobiet, które dbają, by dom był czysty przed przyjazdem sprzątaczki, aby ta nie pomyślała o nich źle.

Schyliła się, wyjęła worek z maleńkiego kosza na śmieci ze stali nierdzewnej i włożyła świeży. Już miała zawiązać pełny worek na supeł, kiedy wyczuła twardy kształt pomiędzy brudnymi chusteczkami i zużytymi płatkami do demakijażu. Zaintrygowana, wyciągnęła plastikowy przedmiot. Był to test ciążowy z jedną kreską w małym okienku. Dea zastanawiała się, czy Kristy poczuła smutek, czy ulgę na widok negatywnego wyniku.

Przypomniała sobie pewien sierpniowy dzień osiem lat wcześniej. Ojciec i matka byli w pracy, a z kranu w łazience leciała zimna woda, która miała pomóc jej zmusić się do sikania. Ostre brzegi plastikowej deski sedesowej wbijały się Dei w skórę, podczas gdy ona wierciła się niezdarnie, by trafić w końcówkę testu, aż mocz w końcu popłynął. Jej szczupłe nogi drżały, kiedy przez najdłuższe trzy minuty swego życia czekała na wynik.

Dwie kreski w małym okienku.

Od dziewicy do nastoletniej matki – w jednej chwili.

Wrzuciła test Kristy Jensen z powrotem do worka i zawiązała go, a potem spojrzała nad umywalkę, na szafkę z lustrzanymi drzwiami, w której znajdowały się leki. Nie potrafiła oprzeć się pokusie podglądania prywatnego życia swych pracodawców. Była to jedna z bardzo nielicznych zalet tej pracy. Wystarczyło zajrzeć do apteczki, by dowiedzieć się całkiem sporo o rodzinie Jensen-Jennerów.

Dea znalazła nudne przedmioty, które widywała wszędzie: maszynki do golenia, leki przeciwbólowe dostępne bez recepty, krem na wypryski, wazelinę, preparat na łysienie dla mężczyzn ukryty z tyłu. Ojej. Jeśli Derek był w wieku zbliżonym do Kristy, to musiało boleć. Leżało tam też opróżnione do połowy pudełko tamponów i kolejne dwa testy ciążowe, wciąż w celofanowych opakowaniach. Oraz fiolka xanaxu, z nazwiskiem Kristy na etykiecie.

Być może maturzyści z rocznika ’82 jednak się pomylili.

Dea odkręciła buteleczkę z lekiem uspokajającym, wytrząsnęła sobie na dłoń jedną pigułkę i ułożyła ją na języku. Czasem zdarzało jej się zabierać drobiazgi, jeśli wiedziała, że ich zniknięcie pozostanie niezauważone – szminkę, dzięki której wyglądała lepiej, małą zakładkę z dinozaurem z pokoju dziecięcego dla Buddy’ego, krem do rąk, by ukoić suchą skórę, maleńką niebieską pigułkę, dzięki której łatwiej jej było przetrwać dzień. Nie nazwałaby się złodziejką. Nie kradła pieniędzy, biżuterii ani niczego cennego. Chciała mieć jedynie odrobinę tego, co posiadali wszyscy pozostali.

Kiedy zamykała szafkę, jej wzrok znów padł na testy ciążowe i przyszło jej do głowy, że ona z kolei ma coś, czego Kristy nie posiada, a czego rozpaczliwie pragnie. Chrzanić wielki dom, zawadiacki kucyk i nowiutką brykę. I co z tego, że Dea ledwie wiązała koniec z końcem? I co z tego, że była wyczerpana po staniu za barem w nocy i sprzątaniu cudzych domów za dnia?

Miała Buddy’ego, a dzięki niemu czuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby powiedziała rodzicom prawdę o tamtej letniej nocy. Może nie wykopaliby swego jedynego dziecka na ulicę jak psa z kilkoma stówami w kieszeni. Może nie trzymaliby mieszkańców miasteczka w niepewności co do losów prymuski Dei Morgan, a przełknęli wstyd, gdyby się wszyscy dowiedzieli, że siedemnastoletnia córka pastora dała sobie zrobić dziecko.

Ale wtedy w żadnym razie nie pozwoliliby jej zatrzymać Buddy’ego, a życie bez synka wydawało jej się nie do pomyślenia.

Dea poczuła nagły, niemal obezwładniający przypływ miłości do chłopca. Postanowiła, że kiedy po południu odbierze go ze szkoły, zafunduje mu obiad w McDonaldzie. Tego całego Happy Meala, z darmową zabawką. I może lody do tego. Ona sama obędzie się bez jedzenia, może uda jej się później skubnąć coś w barze. Porcje były olbrzymie i często udawało jej się pożywić pozostawionymi przez klientów resztkami.

Zeszła na dół, by odkurzyć dywany przed powrotem Kristy.

Nie wiedziała, czy to dzięki myśli o Buddym, czy dzięki małej niebieskiej pigułce, ale nagle odniosła wrażenie, jakby unosiła się nad ziemią. Nie czuła się tak radosna od miesięcy. Wiedziała, że dadzą sobie z synkiem radę. Musieli tylko złapać oddech. Uśmiechnęła się do siebie.

Dea była pewna, że ich los wkrótce się odmieni. Czuła to w swoich obolałych kościach.

3 JESSICA

Jessica wyszła na chodnik przed biurem i zapaliła marlboro golda.

Wąska witryna MAC Investigations przy Washington Boulevard była wciśnięta między wypożyczalnię rowerów a delikatesy i mieściła się w małym ponurym pawilonie koloru wystygłego cappuccino, który nie pasował do barwnej okolicy. Nazwa agencji była wygrawerowana w szybie z wzorzystego szkła, wprawionej w drzwi frontowe, a markiza z błękitnego płótna osłaniała detektywkę przed słońcem.

Zaciągając się papierosem, myślała o dwóch kobietach, o których opowiedziała im przed wyjściem Renee Simmonds.

Amanda Meyers była asystentką prawną w kancelarii w centrum Los Angeles. Jej zaginięcie zgłosili dwa lata wcześniej jej mieszkający poza miastem rodzice po tym, jak nie udało im się do niej dodzwonić, a Amanda nie pojawiła się w pracy. W chwili zniknięcia kobieta miała trzydzieści trzy lata.

Mallory Wilcox była gospodynią domową. W chwili zniknięcia miała czterdzieści osiem lat i mieszkała z mężem i dwoma synkami w miasteczku Whitewater w hrabstwie Riverside. Jej zaginięcie zgłoszono półtora roku temu.

Obie kobiety ostatni raz widziano przy autostradzie Twentynine Palms.

Jessica zaciągnęła się papierosem, rozgniotła go o pokrywę pobliskiego kosza na śmieci i wrzuciła niedopałek do środka. Obok niej przemknął autobus Culver CityBus, a palmy rosnące po obu stronach ulicy zachwiały się od lekkiego powiewu wiatru. Detektywka wsunęła miętówkę do ust i wróciła do środka.

Jej laptop stał na stole konferencyjnym, przy którym odbyło się spotkanie z Renee i który służył również jako jej biurko. Zastanawiała się, czy nie postawić na blacie stojaka na długopisy, oprawionego zdjęcia lub roślinki doniczkowej, ale nie była pewna, czy popracuje tu na tyle długo, by roślinka miała szansę przeżyć.

– Co masz? – spytała, opadając z powrotem na swój fotel.

Connor podniósł wzrok znad ekranu, na którym wyświetlone były wycinki prasowe dotyczące Mallory Wilcox. Siedział przy jedynym biurku, tanim białym meblu z płyty pilśniowej, który sprawiał wrażenie, jakby przyjechał w płaskiej paczce z Ikei. W ogóle wystrój pomieszczenia – półki, segregatory, szafki na dokumenty i wzorzysta dwuosobowa kanapa – wyglądał na pochodzący ze szwedzkiego sklepu meblowego.

– Mallory powiedziała mężowi, że idzie na imprezę świecową u przyjaciółki i kazała na siebie nie czekać – stwierdził jej partner, po czym spojrzał na nią i spytał: – Co to, kurwa, jest impreza świecowa?

– Zdaje się, że to spotkanie kobiet w średnim wieku, które piją wino i wydają majątek na świece – wyjaśniła Jessica. – No wiesz, jak impreza kulinarna Tupperware, tylko ze świecami.

– Ubaw po pachy. W każdym razie następnego dnia mężuś zauważył, że nie wróciła na noc, i zadzwonił do jej siostry. Kobieta wiedziała o przyjęciu, ale nie miała kontaktu z Mallory. Potem skontaktował się z przyjaciółką, a ta z kolei nie miała pojęcia o żadnej imprezie, więc zadzwonił na policję. Gliniarze ustalili, że karta kredytowa Mallory została użyta poprzedniego wieczora na stacji benzynowej przy autostradzie Twentynine Palms. Nagranie z monitoringu potwierdziło, że płaciła nią sama zaginiona. Kupiła jakieś przekąski i alkohol – i odjechała. W samochodzie oprócz niej nie było nikogo. Wtedy widziano ją po raz ostatni – jakby zapadła się pod ziemię.

– Coś jeszcze?

– Artykuł w brukowcu sugerował problemy małżeńskie.

Jessica uniosła brew.

– Aha. Romans?

– Możliwe. To jedna z teorii. Zapewne spodobała się glinom.

– Masz zdjęcia?

Connor obrócił monitor swojego komputera i pokazał Jessice stopklatki z nagrań ze stacji benzynowej i duże kolorowe zdjęcie Mallory Wilcox. Kobieta miała ładną pełną twarz z głębokimi dołeczkami w policzkach, wyglądającymi, jakby ktoś zrobił wgłębienia palcami. Jej duże niebieskie oczy i długie rzęsy wyglądały jak u porcelanowej lalki, a brązowe włosy były ostrzyżone na boba, z grzywką przyciętą nad brwiami.

– W ogóle nie jest podobna do Laurie Simmonds – zauważyła detektywka.

– Ani trochę. – Connor wstał i się przeciągnął. Jego koszulka lekko się podwinęła, odsłaniając maleńki skrawek umięśnionego ciała. Jessica szybko odwróciła głowę. – Chcesz kawy? – spytał. – Nie wiem jak tobie, ale mnie przydałby się zastrzyk kofeiny.

Poprzedniego wieczoru do północy siedzieli u Larry’ego, pijąc whisky i piwo, i Jessice też zaczynało brakować energii.

– Jasne – rzuciła.

Przyjrzała się Connorowi, kiedy ten szedł do małego aneksu kuchennego. Jego ciemne włosy były krótsze niż podczas ich pierwszego spotkania pół roku wcześniej, nie kręciły się już na karku, ale zielone oczy patrzyły z równą intensywnością. W błękitnych dżinsach i klasycznym białym T-shircie wyglądał bardziej na modela z reklamy wody kolońskiej niż na detektywa.

– Ze śmietanką i cukrem? – zawołał.

– Nie, dzięki – odkrzyknęła.

Wrócił chwilę później, niosąc dwa parujące kubki. Wręczył Jessice ten z logo Dodgersów, z którego piła wcześniej Renee Simmonds – na szczęście już bez śladów brzoskwiniowej szminki – i usiadł naprzeciwko niej. Zanim zdążyła sięgnąć po kawę, nachylił się nad stołem i chwycił ją za rękę.

– Na pewno chcesz wziąć tę sprawę? – spytał. – Po wszystkim, co zaszło?

Jessica wbiła wzrok w jego dłoń. Opalona skóra, pokryta drobnymi spłowiałymi od słońca włoskami, krótkie, czyste paznokcie. W przypadku każdego innego faceta uznałaby taki gest za przyjacielski czy nawet braterski. W wykonaniu Matta Connora zakrawał jednak prawie o grę wstępną. Wyrwała mu rękę.

– Jasne, że tak – warknęła. – To nie pierwsze zaginięcie, nad którym będę pracować od tamtego czasu. A zresztą to zupełnie inna sytuacja.

– Dobrze.

Jego seksowny krzywy uśmiech też się nie zmienił.

Detektywka upiła łyk kawy i przełknęła go, choć napój był jeszcze zbyt gorący. Odwróciła laptop, żeby pokazać Connorowi ekran.

– Amanda Meyers – rzuciła. – Nie przypomina ani Mallory Wilcox, ani Laurie Simmonds.

Connor przytaknął skinieniem głowy.

Mallory była opływowa, Amanda zaś – kanciasta. Miała długi prosty nos, ostre rysy twarzy i blond włosy profesjonalnie ufarbowane w dobrym salonie. Była szczupła w wypracowany sposób, świadczący o tym, że od co najmniej dziesięciu lat nie tknęła fast foodu. Miała na sobie granatowy garnitur w prążki. Wyglądała jak Melanie Griffith w Pracującej dziewczynie, tyle że bez poduszek na ramionach.

– A jaka jest jej historia? – spytał Connor.

– Ostatni raz widziano ją w piątkowy wieczór dwa lata temu – wyjaśniła Jessica. – Zameldowała się w motelu Tranquility przy, a jakże, autostradzie Twentynine Palms. Pokój zarezerwowała z wyprzedzeniem. Wyjechała po kilku godzinach pobytu. Kierownik hotelu nie widział, żeby miała jakichkolwiek gości. W weekendy zwykle rozmawiała z mamą. Kiedy nie zadzwoniła w sobotę, jej rodzice lekko się zaniepokoili. A gdy w poniedziałek rano nie dodzwonili się do niej do pracy, wszczęli alarm.

– Czy motel Amandy i stacja benzynowa Mallory znajdują się w tym samym hrabstwie? – spytał Connor.

– Owszem. W San Bernardino.

– Ale Mallory mieszkała w hrabstwie Riverside, więc zapewne to tamtejszą policję powiadomił jej mąż, kiedy nie wróciła do domu.

– Zgadza się – potwierdziła Jessica. – Z kolei zaginięcia Amandy i Laurie zapewne zgłoszono najpierw na policji w Los Angeles. Mamy więc jednostki policji z trzech różnych hrabstw zajmujące się sprawą, rozproszoną papierologię i niepewność, która jurysdykcja powinna to przejąć. Prawdopodobnie w ogóle nie zauważyli powiązań pomiędzy tymi trzema kobietami, póki Renee Simmonds ich nie wyręczyła. O ile takie powiązanie faktycznie istnieje. Policjanci nie wydają się przekonani. Jedyny wspólny mianownik to miejsce zaginięcia, a ta autostrada ma prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów i przebiega przez dwa hrabstwa. Owszem, już to sprawdziłam.

– Myślisz, że nie ma powiązania?

Jessica się zawahała, a potem niepewnie wzruszyła ramionami.

– Naprawdę nie wiem.

– Zaginione, zakładając, że wszystkie faktycznie padły ofiarą przestępstwa, bardzo się od siebie różnią. Dzielą je wiek, wygląd i pochodzenie. Łączą, z tego, co wiemy, jedynie płeć i kolor skóry.

– Tak, ale… coś mi tu nie gra.

Connor skinął głową.

– Mnie też.

– Sądzisz, że zostały zamordowane?

– Mam cholernie wielką nadzieję, że nie. Ze względu na Renee i rodziny pozostałych kobiet. Na litość boską, Mallory Wilcox ma dwoje małych dzieci.

– A jaki jest najbardziej optymistyczny scenariusz? Zakładając, że między zaginionymi faktycznie istnieje powiązanie.

Po chwili namysłu Connor stwierdził:

– Może żyją, ale są gdzieś przetrzymywane wbrew swojej woli?

– Może. A może wszystkie dołączyły do jakiejś tajnej społeczności ukrywającej się na pustyni.

– Do sekty? Jak Rodzina Mansona? – Mężczyzna prychnął, a Jessica przewróciła oczami.

– Tak, ale bez eksperymentów z narkotykami, dziwnych teorii spiskowych na temat tekstów Beatlesów, no i zabójstw.

Connor wciąż nie wydawał się przekonany. Detektywka mówiła dalej:

– Miałam na myśli komunę, do której ludzie wyjeżdżają, by na jakiś czas się odłączyć i uciec od współczesnego życia, stresującej pracy, problemów małżeńskich i nadopiekuńczych rodziców.

– Ale gdyby tak było, chyba dałyby znać rodzinom?

Jessica z westchnieniem odchyliła się na fotelu.

– Właśnie. To nie ma sensu.

Przez dłuższą chwilę oboje milczeli, pogrążeni w myślach. W końcu kobieta rzuciła:

– No to jaki mamy plan, szefie?

Connor wybuchnął śmiechem, ale odpowiedział poważnie:

– Sprawdzimy nie tylko Laurie Simmonds, lecz także Meyers i Wilcox. To na pewno nie zaszkodzi.

– Zgadzam się – przyznała Jessica. – Bo jeśli ktoś zwabia kobiety na pustynię, może mieć już upatrzoną kolejną ofiarę.

4 BURDEN

Burden bardzo szybko zauważył, jak wiele można się dowiedzieć o innych, po prostu obserwując ich życie.

Wystarczy kilka dni, by odkryć, o której wychodzą codziennie do pracy, co zamawiają w Starbucksie i jaką gazetę czytają podczas porannych dojazdów do pracy. Po kilku tygodniach wiadomo także, gdzie jadają, chodzą na siłownię i robią zakupy. Czy lubią imprezować, czy wolą się wcześnie kłaść. Czy są małżonkami, czy singlami. Czy sypiają z kimś, z kim sypiać nie powinni.

Ale naprawdę ciekawie robiło się, jeśli było się gotowym, by poświęcić na obserwację obiektu kilka miesięcy.

Media społecznościowe ułatwiały całą sprawę. Facebook, Snapchat, Twitter, Instagram, Tinder, Grindr. Urodziny, rocznice, ulubione miejsca na urlop, imiona rodziców, nazwiska panieńskie, szkoły dzieci, miejsca pracy, alergie, zwierzęta domowe, antypatie, samotny, rozwiedziony, to skomplikowane, wino białe czy czerwone, słabość do celebrytów i osób spotkanych w prawdziwym życiu, ulubione filmy, muzyka i seriale.

Wszystko w domenie publicznej, dostępne dla każdego, kto był gotów włożyć dość wysiłku w poszukiwania. Jednak Burdenowi nie wystarczało zbieranie informacji przed monitorem.

Lubił robić to osobiście, z bliska.

Z tak bliska, żeby poczuć szampon kokosowy po porannym prysznicu i promieniujące od ciała ciepło. Lekko ocierać się o obiekt ramieniem w zatłoczonym barze lub przypadkiem wpadać na niego na dziale mrożonek w sklepie spożywczym.

Rutyna umożliwiała przeniknięcie do życia zupełnie obcych osób – a Cara Zelenka miała ustalone zwyczaje.

Wczoraj, w poniedziałek, wypadł dzień prania. Kobieta jak zwykle podjechała do pawilonu handlowego tuż przy Vine i weszła do środka z opartym na biodrze plastikowym koszykiem wypełnionym praniem i kieszenią wypchaną drobnymi. Burden obserwował ją przez teleobiektyw aparatu ze swojego tradycyjnego miejsca – zaparkował przed salonem masażu tajskiego, kilka lokali od pralni.

Cara była wysoka i szczupła, miała małe piersi, długie nogi i palce. Z prostymi ciemnymi włosami spływającymi aż do łokci i gęstą grzywką, która zasłaniała jej oczy, wyglądała jak wyjęta żywcem z filmu z lat siedemdziesiątych – jak młoda Ali MacGraw lub Jaclyn Smith. Zawsze ubierała się podobnie – w dżinsy zsunięte nisko na wąskie biodra, obcisły podkoszulek lub T-shirt i znoszone sportowe buty. Postronny obserwator mógłby ją uznać za chłopczycę, ale Burden, obserwując, jak wkładała rzeczy do pralki, zauważył, że pod swobodnym strojem kryją się koronkowe staniki i skąpe majteczki w odcieniach czerni, czerwieni i jaskrawego różu.

„Jak prezent czekający na rozpakowanie”, pomyślał. Ich słodka tajemnica.

Wiedział, że Cara co tydzień jeździ do pralni, bo w jej maleńkim mieszkanku nie ma miejsca na pralko-suszarkę. A to z kolei sprawdził w wyszperanej w internecie starej ofercie wynajmu, która zawierała plan mieszkania. Według pośrednika nieruchomości mieściło się ono w „znakomitej lokalizacji”, zaledwie kilka przecznic na południe od Sunset.

Wczoraj wieczorem przyglądał się, jak kobieta siedziała na ławeczce z nogą założoną na nogę i czytała w oczekiwaniu na koniec suszenia. W pewnym momencie odłożyła powieść w miękkiej oprawie i spojrzała na kręcące się w bębnie ubrania, jakby hipnotyzowało ją ich wirowanie albo jakby głęboko się nad czymś zastanawiała.

Burden był bardzo ciekaw, o czym dokładnie myślała.

Kobieta nagle się odwróciła i wyjrzała przez okno, jakby poczuła na sobie ciężar jego spojrzenia. Obserwator skulił się na siedzeniu, a serce waliło mu, jakby właśnie przebiegł kilometr. Cara znów sięgnęła po książkę. Tym razem udało mu się odczytać tytuł. Mechaniczna pomarańcza. Cara najbardziej lubiła współczesną klasykę.

Po chwili wstała z ławeczki, otworzyła pralkę i wyjęła ze środka dżinsy, koszulki i bieliznę. Starannie poskładała ubrania, ułożyła je w plastikowym koszyku i wyszła na zewnątrz, do swojego żółtego volkswagena garbusa stojącego tuż przy wejściu.

Zachowując bezpieczną odległość, pojechał za nią do jej mieszkania przy Afton Place i zaparkował tam, gdzie zwykle, po drugiej stronie ulicy. Jej kawalerka znajdowała się na parterze dwukondygnacyjnego bloku, mieszczącego dziesięć mieszkań, z parkingiem podziemnym i maleńkim patio od frontu. Było już ciemno, ale Burden wiedział, że przy dziennym świetle budynek ma różowy kolor z pistacjowymi wykończeniami. Z daleka wyglądał nieźle, ale z bliska dało się dostrzec oznaki zapuszczenia. Na tynku było widać smugi pleśni, szpecące elewację jak ślady rozmazanego przez łzy tuszu do rzęs na zarumienionych policzkach.

Okna Cary wychodziły na bok i tył budynku, więc obserwator nie widział, czy palą się w nich światła. Jak zwykle odczekał do północy – uznał, że o tej porze kobieta będzie już w łóżku, ubrana jedynie w za dużą koszulkę i majtki. Nie nosiła piżam. Nie widział ani jednej w jej koszu na pranie. Odpalił silnik i przejechał kilka przecznic do własnego wynajętego mieszkania, które wybrał specjalnie, aby być blisko niej.

Dziś kobieta udała się tam, gdzie zawsze w ten dzień tygodnia.

Oczywiście.

Jazz bar na rogu Vine i De Longpre w każdy wtorek organizował koncerty i zawsze był pełen gości. Kiedy Cara dotarła na miejsce, wszystkie stoliki były już zajęte, ale udało jej się znaleźć wolny stołek przy barze. Burden czekał w środku – siedział przy jednym z pożądanych, oświetlonych świecami stolików na tyłach sali.

Przyglądał się, jak kobieta składa zamówienie. Wiedział, że poprosiła o piwo, bo nie było jej stać na koktajle za czternaście dolarów. Nie mogła pozwolić sobie nawet na wino. Barman postawił na ladzie przed nią butelkę Red Stripe. Cara pociągnęła łyk i odwróciła się na stołku, aby mieć lepszy widok na scenę. Podczas takiego wieczora wypijała dwa, najwyżej trzy piwa. Nigdy nie widział jej porządnie wstawionej. Przychodziła tu słuchać muzyki, nie pić.

Burden nie znosił jazzu. Muzyka wydawała mu się zbyt zagmatwana. Nie podobały mu się improwizacje, a najgorszy ze wszystkiego był scat – wyśpiewywane bez ładu i składu sylaby przyprawiały go o ból głowy. Lubił za to, jak wyglądała Cara, gdy zatracała się w muzyce. Upił łyk swojego kalifornijskiego cabernet sauvignon – najdroższego wina w karcie – i przyglądał się kobiecie znad krawędzi kieliszka.

Z zamkniętymi oczami i lekkim uśmiechem wystukiwała palcami nieregularny rytm na ściance butelki.

Widział ją, ale był pewien, że ona nie zwróci na niego uwagi – miał długie przetłuszczone włosy, hipsterską bródkę, do której nie mógł się do końca przyzwyczaić, okulary w drucianych oprawkach – choć jego oczom nic nie dolegało – i wypełnienie pod kraciastą koszulą, imitujące brzuszek typowy dla pana w średnim wieku i ukrywające jego twarde mięśnie.

Niechętnie oderwał wzrok od kobiety i spojrzał z powrotem na czteroosobowy zespół, udając, że interesują go glissanda, staccata i kołyszące rytmy, po których z publiczności dobiegały pomruki uznania.

Burden uświadomił sobie, że przez ostatnich kilka miesięcy całkiem polubił Carę Zelenkę.

Nie zmieniało to jednak jego planów wobec niej.

5 JESSICA

Jessica postanowiła rozpocząć śledztwo w sprawie Laurie Simmonds od dzielnicy Venice Beach, w której mieszkała i pracowała zaginiona. Connor zamierzał bliżej przyjrzeć się sprawom Mallory Wilcox i Amandy Meyers.

Venice stanowiło drugą po Disneylandzie największą atrakcję turystyczną w Kalifornii. Jessica uznała, że jest jak park rozrywki dla dorosłych, pełen pamiątkowych koszulek, jaskrawych bibelotów i stoisk z fast foodem, tyle że z dodatkiem tatuażystów, zioła i półnagich mężczyzn na deskorolkach. Miała nadzieję, że ze swoim kolczykiem w nosie i tatuażami wpasuje się w otoczenie.

Poszła do studia Laurie trasą widokową – ruszyła Washington w kierunku oceanu, który migotał zaledwie kilka przecznic dalej. Chodnik był zastawiony rowerami i hulajnogami przeznaczonymi na sprzedaż lub do wypożyczenia, a w powietrzu unosił się dobiegający z pobliskiej trattorii smakowity zapach pieczywa czosnkowego i stopionej mozzarelli, od którego Jessice zaburczało w brzuchu. Przy Venice Whaler skręciła w prawo, w Ocean Front Walk. Minęła stragany z plastikowymi okularami przeciwsłonecznymi, kapeluszami z szerokim rondem, skąpymi strojami bikini w neonowych kolorach i tanią biżuterią oraz stoiska, przy których można było zrobić sobie tatuaż z henny, zamówić horoskop i zjeść hot doga lub gyros. Kupiła cheeseburgera i napój gazowany od jednego ze sprzedawców i zjadła lunch, przyglądając się niedoszłym Schwarzeneggerom robiącym rzeźbę przy Muscle Beach.

Jessica mierzyła sto sześćdziesiąt pięć centymetrów i była szczupła, ale nie miała wypracowanej sylwetki. Zbliżała się do trzydziestki i wiedziała, że powinna regularnie się ruszać – trenować pilates, biegać, może ćwiczyć z ciężarkami, aby wzmocnić i podkreślić mięśnie. A przy okazji rzucić palenie i ograniczyć spożycie alkoholu i niezdrowego jedzenia. Wyrzuciła opakowanie po burgerze i puszkę po napoju. Uznała, że zapewne ma większe szanse trafić szóstkę w totka lub uratować Leonarda DiCaprio przed starokawalerstwem niż tak gwałtownie zmienić styl życia.

Zgodnie z zapowiedzią Renee Simmonds galeria 2Women znajdowała się w bocznej uliczce tuż przy Boardwalk, w niewielkim budynku koloru surowych krewetek. Nazwa znajdowała się na sześciennym jaskraworóżowym neonie, który nie był podświetlony za dnia, ale po zmroku musiał wyglądać świetnie. Kiedy Jessica otworzyła drzwi, jej przybycie obwieścił dźwięk staromodnego dzwonka.

– Już idę! – Usłyszała kobiecy głos z zaplecza.

– Proszę się nie spieszyć!

Jessica rozejrzała się po sali. Na wschodniej ścianie dominowały różnej wielkości obrazy olejne. Wszystkie przedstawiały plażowe pejzaże namalowane w nowoczesnym abstrakcyjnym stylu. Na zachodniej ścianie wisiały półki z rzeźbami żółwi morskich, delfinów i tropikalnych ryb. Na ladzie przed wejściem znajdowały się staromodna kasa, kubki i płócienne torby z nadrukami obrazów widocznych na ścianach. Jessica, czekając, przyglądała się dziełom Laurie Simmonds.

– Przepraszam, że musiała pani czekać.

Detektywka odwróciła się i zobaczyła, że z drzwi za ladą wyłania się młoda kobieta. Była w wieku Laurie, ale miała szparę między przednimi zębami, która sprawiała, że wyglądała jak łobuziak. Wytarła brudne ręce w czarny dżinsowy kombinezon i odgarnęła z twarzy ciemne loki, pozostawiając na policzku smugę gliny.

– Elizabeth Mann?

– To ja. Mogę w czymś pomóc czy tylko się pani rozgląda?

– Nazywam się Jessica Shaw. Jestem prywatną detektywką.

Łobuzerski uśmiech zniknął.

– Chodzi o Laurie, prawda?

– Tak. Dostałam pani namiary od Renee Simmonds.

– Zamknę tylko sklep i będziemy mogły porozmawiać na zapleczu.

Elizabeth przełożyła tabliczkę we frontowym oknie na stronę z napisem „Zamknięte”, przekręciła klucz w zamku i gestem zaprosiła Jessicę do dużego, jasnego studia. Było około południa i słońce wpadało przez duże świetliki w suficie, jak reflektor podkreślając tworzone prace. Na sztaludze stał niedokończony obraz. Kilka innych płócien stało w kącie. Zachlapane farbą radio cicho grało Good Vibrations. Elizabeth wyłączyła muzykę.

– Napije się pani czegoś? – spytała. – Kawy? Wody? Czegoś gazowanego?

– Nie, dziękuję.

Kobiety usiadły na sfatygowanej sofie chesterfield, która wyglądała, jakby przytargano ją ze śmietnika.

– Renee powtarzała, że zatrudni detektywa, jeśli Laurie nie wróci do swoich urodzin – zagaiła ze smutkiem Elizabeth. – No i stało się.

– Czy mogłaby mi pani opowiedzieć, co pamięta pani z dnia jej zniknięcia?