Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę - Beatrice Mautino - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Maskary, woski, odżywki, toniki, dezodoranty, kremy – czym tak naprawdę się upiększamy?

Beatrice Mautino, włoska biotechnolog, ekspertka w branży chemii kosmetycznej, rozprawia się z wszechobecnymi w niej oszustwami, mitami na temat pielęgnacji i zawartością naszych kosmetyczek.

Czy cellulit naprawdę jest chorobą, którą musimy zwalczać tysiącami kremów, masaży i zabiegów?

Czy istnieje różnica między setkami oferowanych przez sklepy szamponów, których producenci obiecują inny rodzaj cudu?

Czy produkty oznakowane jako „nietestowane na zwierzętach ” rzeczywiście takie są?

Czy „paraben free” znaczy „w 100% naturalny”?

Czy włos naprawdę „oddycha” i czy możemy mu w tym pomóc za pomocą kosmetyków?

Czy jedzenie kolagenu poprawi kondycję naszej skóry?

Czy kosmetyki anti-age to skuteczny sposób na zmarszczki?

Świetny zdroworozsądkowy, poparty badaniami naukowymi i demaskujący nieuczciwe praktyki marketingowe poradnik na temat kosmetyków oraz pielęgnacji, który powinna przeczytać każda świadoma konsumentka!

Beatrice Mautino – absolwentka biotechnologii przemysłowej, doktor nauk neurologicznych na Uniwersytecie w Turynie oraz magister komunikacji naukowej. Od kilku lat zajmuje się badaniami na Uniwersytecie w Turynie. Jest komunikatorem naukowym, specjalizującym się w projektowaniu laboratoriów, interaktywnych wystaw i wydarzeń naukowych. Od 2012 roku odpowiada za program konferencji Festiwalu Nauki w Genui. Autorka trzech książek popularnonaukowych. Współpracuje z czasopismem naukowym „Le Scienze”, gdzie prowadzi rubrykę o kosmetykach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Il trucco c’è e si vede. Inganni e bugie sui cosmetici.E i consigli per difendersi
© Chiarelettere editore srl Gruppo editoriale Mauri Spagnol S.p.A. Prima edizione: gennaio 2018 © Copyright for the Polish translation by Hanna Szulczewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: AGNIESZKA OLCZYK
Korekta: ANNA DOBOSZ, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, BARBARA TURNAU
Konsultacja: dr nauk med. ANDRZEJ JAWOREK
Projekt okładki: GIACOMO COLLO
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © Getty Images, symbol czaszki © 123rt
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-06780-2
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Moim przyjaciółkom

DLACZEGO NAPISAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ

Mydło bez mydła

Natchnienie do napisania tej książki czekało na mnie w alejce supermarketu, w formie najbardziej nieprawdopodobnej i nieoczekiwanej: w postaci mydła.

Przezroczysta butelka wypełniona bladożółtym płynem, biała etykieta i przystępna cena. Przy pobieżnym spojrzeniu kosmetyk niczym się nie wyróżniał. Moją uwagę przyciągnęła jednak nazwa. W odróżnieniu od sąsiadów z tej samej półki, nazywał się „niemydło”. Dlaczego kogoś, kto szuka żelu do mycia rąk, miałoby skusić jakieś „niemydło”, pomyślałam. A przede wszystkim, co to w ogóle jest – niemydło?

Zaciekawiona, zaczęłam czytać wszystkie, najbardziej szczegółowe informacje umieszczone na etykiecie z przodu opakowania. Dowiedziałam się, że mam w ręku produkt „biologiczny”, zawierający olejek arganowy, pozyskiwany z orzechów arganowca, których zdjęcie widniało pośrodku etykiety, bezwzględnie „tłoczony na zimno”. Sporej wielkości 0 procent widniejące w prawym dolnym rogu etykiety oznaczało, że produkt nie zawiera parabenów oraz SLES i PPG, czyli barwników syntetycznych i glikoli polipropylenowych.

Etykieta z tyłu opakowania była – o ile to w ogóle możliwe – jeszcze gęściej zadrukowana. Produkt ten – głosił tekst u góry – „jest fizjologicznym kosmetykiem oczyszczającym, pozbawionym mydła”, „szczególnie wskazanym dla osób o skórze suchej i łatwo ulegającej podrażnieniom”. Produkt został też przebadany dermatologicznie i przetestowany na zawartość niklu, kobaltu i chromu. Nazwom metali towarzyszyła gwiazdka odsyłająca do napisanej drobnym drukiem uwagi: „zawartość w każdej partii < 1 ppm”.

Dwa symbole po lewej stronie u dołu świadczyły, że jest to kosmetyk cruelty-free (nieokupiony cierpieniem), certyfikowany przez włoski Instytut ICEA (instytut certyfikujący produkty według standardów etyki środowiskowej) Eco Bio Cosmesi, sprawdzony przez LAV – włoską Ligę Przeciwko Wiwisekcji oraz odpowiedni dla wegan, ponieważ „nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego”.

Z listy umieszczonej na samym końcu składników, poza wodą i olejkiem arganowym, można było wyczytać nazwy raczej niezrozumiałe dla kogoś, kto nie zjadł zębów na chemii, jak na przykład Cocamidopropyl Betaine lub Sodium Lauroyl Sarcosinate, czy Ammonium Lauryl Sulfate. Wszystkie były oczywiście opatrzone jedną, a nawet niejedną gwiazdką oznaczającą, że ten składnik pochodzi z upraw biologicznych, a tamten jest pochodzenia naturalnego.

Czy takie informacje są komukolwiek przydatne? Czy pozwalają zrozumieć, że produkt jest lepszy od kosmetyków, których zawsze używaliśmy? Jakie są zalety mydła pozbawionego mydła? Co to są SLES? Czy nie zostały zastosowane, bo są szkodliwe? A co dodano zamiast? A te symbole – czy są na pewno gwarancją jakości? Tysiące pytań przebiegało mi przez głowę z prędkością światła, a jednak nie mogłam znaleźć nawet jednej odpowiedzi, która zaspokajałaby moją ciekawość.

Jeżeli dobrze się zastanowić, jesteśmy wprost zalewani ogromem informacji na temat kosmetyków. Telewizja bombarduje nas reklamami, czasopisma w każdym numerze polecają nowy tusz do rzęs czy cudowne szampony naprawcze i – szczególnie w internecie – nieustannie znajdujemy artykuły, które ostrzegają nas co do niektórych produktów i ich składników. Nikt nie ośmieliłby się powiedzieć, że o kosmetykach mówi się zbyt mało. A jednak, paradoksalnie, o tym, co wsmarowujemy w siebie, wiemy tyle, ile zechcą nam powiedzieć specjaliści od marketingu, czyli bardzo niewiele, a przede wszystkim nie zawsze jest to coś, co może nam pomóc świadomie wybierać. Smutna rzeczywistość jest taka, że informacje naukowe i krytyczne na temat kosmetyków są dla nas praktycznie niedostępne.

W tym właśnie momencie poczułam się jak Indiana Jones przed Świętym Graalem. Znalazłam! „Niemydło” stało się inspiracją i kluczem do napisania tej książki. Książki, która opowie o tym, o czym nie mówią etykiety.

Codzienne pytania

Świat kosmetyki jest światem złożonym, opartym na niewielu punktach stałych, za to licznych ruchomych elementach dodatkowych. W odróżnieniu od innych dziedzin, takich jak medycyna czy przemysł spożywczy, kosmetyce brakuje rzetelnych i niezależnych badań składników i ich skuteczności. Większość doświadczeń prowadzą firmy, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę ograniczenia ekonomiczne i etyczne obowiązujące w sferze badań publicznych oraz duże zainteresowanie sfery prywatnej. Nie oznacza to, że wyniki tych badań nie są wiarygodne i że nie należy ich brać pod uwagę, jednak w pewien sposób tłumaczy niedostatek informacji krytycznych dostępnych na ten temat. Skoro trudno jest pisać o medycynie i żywieniu, lawirując pomiędzy nielicznymi wynikami badań niezależnych a solidną porcją badań finansowanych przez koncerny farmaceutyczne lub przedsiębiorstwa branżowe, ze wszystkimi za i przeciw, które taki opis niesie, tym bardziej skomplikowany jest opis branży kosmetycznej, a slalom w tej dziedzinie musimy wykonywać w warunkach burzy śnieżnej z widocznością ograniczoną do kilku metrów. Ale ja lubię wyzwania i dlatego na stronach tej książki znajdziecie wiele odpowiedzi na pytania, które zadajemy sobie każdego dnia.

Muszę was jednak ostrzec. Łatwych recept nie będzie. Nie żebym była sadystką i chciała zatrzymać je dla siebie, ale bardzo często takich recept po prostu nie ma. Nie znajdziecie tu zatem porad na temat najlepszych podkładów pod makijaż do bladej cery ani cudownego kremu, który wyrówna każdą zmarszczkę. Jeżeli poszukujecie recenzji konkretnych produktów, w tej książce ich nie znajdziecie. Podobnie nie znajdziecie wskazówek, jak się malować. Nie jest to moja dziedzina, a wszystkiego, co o tym wiem, nauczyłam się z tutoriali ClioMakeUp dostępnych na YouTube. Zatem jeżeli tego szukacie, oddajcie się w ręce lepszych ekspertów.

Nie spodziewam się też, że bezkrytycznie mi zaufacie. Nie jestem kosmetologiem, lekarzem czy kosmetyczką, ani też – powiedzmy to wprost – żadna ze mnie modelka. Tym bardziej powtarzam: nie musicie mi ślepo wierzyć, nawet gdybym była wszystkimi tymi osobami naraz. Mój zawód lokuje się gdzieś pośrodku: mam przygotowanie naukowe, dyplom w dziedzinie biotechnologii i doktorat z neurobiologii. Pozwala mi to swobodnie poruszać się wśród artykułów, prac eksperymentalnych i badań klinicznych. Ukształtowały mnie metody naukowe, więc wątpię we wszystkich i we wszystko, nawet w badania, które wydają się bardzo skrupulatne. Jako dziennikarka naukowa w dzisiejszych czasach jestem czarną owcą naszego zawodu. Po sto razy sprawdzam każde stwierdzenie, zadaję pytania i szukam odpowiedzi, aby potem to wszystko przemyśleć i opowiedzieć, podając wam odniesienia, tak abyście ostatecznie sami mogli sięgnąć do źródeł. Dalej się jednak nie posuwam. To wy macie wybrać produkt lub technologię, którą wolicie, za cenę, jaką uważacie za słuszną.

W kolejnych rozdziałach dogłębnie przeanalizujemy problem parabenów, siarczanów i innych składników znajdujących się w centrum dyskusji o ich bezpieczeństwie, starając się ocenić, na ile są one uzasadnione. Spotkamy wiele kobiet: kobiet przedsiębiorców, które dosłownie zbudowały sektor kosmetyczny, kobiet naukowców, które, często pozostając w cieniu, pracowały na rzecz obalenia mitów; spotkamy dziewczynki, które zdobyły się na odwagę i piszą listy do prezydenta Stanów Zjednoczonych, aby nakłonić go do zmiany regulacji dotyczących kosmetyków. Prześwietlimy przepisy prawa, żeby zrozumieć drogę, którą musi przebyć kosmetyk, aby można go było wprowadzić na rynek, i poznamy badania, jakim musi zostać poddany. Niczym patomorfolog przeprowadzimy sekcję reklam w poszukiwaniu taktyk i pułapek marketingowych, aby nie wpaść w nie po raz kolejny, a jeżeli już, to przynajmniej świadomie. Zajrzymy pod pełną blasku powierzchnię firm kosmetycznych, zobaczymy, że cellulit jest idealnym przykładem pozwalającym zgłębić metodę naukową, złożymy broń wobec dowodów na fakt, że w pewnych sprawach nie można naprawdę nic zrobić i znajdziemy pożyteczne rady i anegdoty, które pomogą nam dobrze wypaść na kolacji z przyjaciółmi.

Jestem pewna, że po lekturze tej książki spojrzycie na kosmetyki innymi oczami.

Część pierwsza

INFORMACJE, WZNIECANIE PANIKI I ZŁUDNA REKLAMA

LEGENDA O RAKOTWÓRCZYCH PARABENACH

Produkty „bez”

– To szampon stały – mówi sprzedawca w Lush, wielobarwnej sieciówce znanej z zawsze uśmiechniętego i elokwentnego personelu, który zarzuca swoich klientów ofertami, zanim jeszcze się z nimi przywita. Od kiedy „naukowo” zaczęłam interesować się kosmetykami, jestem idealną klientką perfumerii: uważnie słucham opisów produktów, próbuję wszystkiego, co mi zaproponują, dopytuję się i w końcu kupuję. Kupuję wszystko, a potem testuję lub proszę o to samo znajomych. Ten niezdrowy konsumpcyjny zapał usprawiedliwiam swoimi cechami badacza prowadzącego eksperymentalne analizy. Postępowałabym zatem wbrew własnej naturze, poprzestając na teorii.

– Stały... w jakim sensie? – pytam, gdy sprzedawca wmasowuje pachnące mydełko w moją dłoń, na której pojawiają się raz po raz bańki z piany. – To suchy szampon? – Nie, nie, to najprawdziwszy szampon. Z tym że nie w płynie, a w kostce... i nie zawiera konserwantów. – Lista składników potwierdza jego słowa. Jest tam wszystko, co powinien zawierać szampon, oprócz pewnej grupy substancji, której w szamponach płynnych tej samej marki nigdy nie brakuje: parabenów.

I nie jest to tajemnicą. Firma Lush mówi o tym otwarcie w różnych artykułach publikowanych na własnej stronie internetowej, poświęconych produktom typu self preserving, czyli samokonserwującym się, nazywając je „rewolucyjnymi”[1][1*]. Trend, który reprezentują, określany słowem „bez”, jest obecnie bardzo modny. Na sklepowych półkach mnożą się produkty informujące o składnikach, których n i e zawierają. Na stronach tej książki znajdziecie ich mnóstwo, o wielu zapewne słyszeliście, a inne zostały tak zdemonizowane, że nawet najbardziej obojętni zaczynają podejrzewać, że mogą być szkodliwe. Parabeny budzą wśród wszystkich największy niepokój.

Z drugiej strony, czytając niektóre alarmujące informacje, trudno dziwić się obawom konsumentów. Oto na przykład wpis, który pojawił się na Facebooku i został udostępniony przez jednego z moich znajomych i 1392 inne osoby: „Uwaga na produkty stosowane na skórę, zwłaszcza przez kobiety. Często zawierają one parabeny, które łatwo wnikają w tkanki. W 99 procent tkanek zaatakowanych przez raka piersi wykryto obecność parabenów”.

Jak często w takich przypadkach bywa, informację uzupełniała lista składników, których należy unikać: praktycznie wszystkie znajdziemy w dostępnych na rynku szamponach, dezodorantach, pastach do zębów, mydłach i kremach. Krytyki oszczędzono produktom „naturalnym”, ale też nie wszystkim, a jedynie tym z oznaczeniem „bio”, zresztą też nie bez wyjątków. Informację kończył ogólny apel o zachowanie ostrożności. W komentarzach mnóstwo było opinii osób, które zrezygnowały z dezodorantu na rzecz kryształu ałunu, sody oczyszczonej, a nawet octu jabłkowego. „Ale czy ocet nie ma zbyt mocnego zapachu?” „Nie, skądże...” Niektórzy pisali też, że nie ma sensu używać parabenów, skoro istnieją naturalne i nieszkodliwe konserwanty, takie jak wyciąg z nasion grejpfruta, który „jest raczej drogi, ale zawiera całą podręczną aptekę. Nadaje się nawet do płukania gardła”.

Trudno jest nie pogubić się w natłoku informacji, które docierają do nas każdego dnia. Trudniej jeszcze nie poddać się panice w obliczu tak niepokojących wiadomości. Jednak piękną, a zarazem wymagającą stroną mojego zajęcia jest próba zmierzenia się z informacyjną papką i rozłożenia jej na części pierwsze, trochę tak jak robią to najodważniejsi szefowie kuchni. Jesteście na to gotowi?

Groźne i (nie)znane parabeny

Z chemicznego punktu widzenia parabeny są pochodnymi kwasu p-hydroksybenzoesowego. Ich działanie przeciwmikrobowe odkryto w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a od sześciu dekad wykorzystywane są w przemyśle kosmetycznym, farmaceutycznym i spożywczym. Istnieją różne rodzaje parabenów. Oddziałują one w różny sposób na różne mikroorganizmy, ale ich funkcja jest ta sama: przedłużają życie produktów. Dzięki temu chronią nas przed zakażeniami, uniemożliwiając namnażanie się mikrobów, które wykorzystują w tym celu wodę i ewentualnie zawarte w niej substancje gotowe zafundować nam jakąś paskudną infekcję. Istotnie, znane są przypadki infekcji spowodowanych zakażonymi kosmetykami, które kończyły się nawet śmiertelnie. Dlatego też bezpieczeństwo mikrobiologiczne kosmetyków jest jedną z najważniejszych trosk producentów, jeżeli w ogóle nie najważniejszą.

Od dziesięcioleci zatem parabeny dodawane były do większości kosmetyków, a ich obecność nikogo nie niepokoiła. Wręcz przeciwnie, składnik ten był gwarancją bezpieczeństwa produktu. Jednak około dziesięciu lat temu klimat wokół nich zaczął zmieniać się na gorsze.

Wszystko zaczęło się w roku 2004, kiedy w czasopiśmie naukowym „Journal of Applied Toxicology” ukazał się artykuł zatytułowany Stężenia parabenów w nowotworach piersi[2]. Autorami artykułu byli naukowcy z Uniwersytetu w Reading w Wielkiej Brytanii, działający pod kierownictwem Philippy Darbre, której nazwisko znajdziemy wszędzie tam, gdzie mowa jest o zagrożeniu stwarzanym przez parabeny.

Darbre wraz z innymi naukowcami poddała badaniom dwadzieścia pacjentek chorujących na raka piersi. Na ich podstawie stwierdzono określone stężenia parabenów w komórkach rakowych. Odkrycie to od razu uznano za bardzo ważne, ponieważ działanie parabenów naśladuje działanie estrogenów w naszym organizmie, a jak od dawna wiadomo, estrogeny mają wpływ na powstawanie raka piersi. Zatem zgodnie z hipotezą leżącą u podstaw badania parabeny mogą przyczyniać się do powstawania raka piersi.

Wyniki badań wydawały się od początku bardzo interesujące, co potwierdzili naukowcy Philip W. Harvey i David J. Everett w artykule otwierającym wydanie czasopisma[3], zaznaczając jednak, że mamy do czynienia z danymi wstępnymi, obarczonymi istotnymi ograniczeniami.

Przede wszystkim musimy pamiętać, że u badanych pacjentek przeanalizowano wyłącznie komórki rakowe, nie uwzględniając komórek zdrowych. Każdy laborant wie, że dla uzasadnienia obserwacji konieczna jest próba kontrolna. Jest to grupa porównawcza, która umożliwia stwierdzenie różnic pomiędzy stanem „normalnym” a tym, który chcemy zbadać. Dopiero po porównaniu ilości parabenów obecnych w komórkach chorych i zdrowych można potwierdzić, że w tkankach dotkniętych chorobą znaleziono parabeny. Ponieważ być może znajdują się one także w innych tkankach lub są wręcz produktami naszego organizmu albo wynik został zniekształcony przez wadliwy instrument badawczy, który wykazał obecność nieistniejącej substancji. Bez próby kontrolnej nie będziemy tego wiedzieli.

Po drugie, stwierdzenie, że parabeny powodują raka piersi, wymaga dowodów. Nie wystarczy, że znajdziemy je w chorych komórkach. Trzeba wykazać, że parabeny wchłaniane są przez tkanki (czego Darbre i jej współpracownicy nie zrobili), następnie zdefiniować mechanizm komórkowy, który wiąże je z wystąpieniem choroby nowotworowej (czego Darbre i jej współpracownicy nie zrobili) oraz dowieść, że istnieje bezpośredni związek pomiędzy narażeniem na działanie parabenów a rozwojem choroby (czego Darbre i jej współpracownicy także nie zrobili). Powyższe działania wymagane są przez instytucje regulacyjne, aby można było zaklasyfikować daną substancję jako rakotwórczą. Mimo że obserwacje wydają się interesujące, przed opublikowaniem ostatecznych wyników konieczne jest przeprowadzenie wielu innych pogłębionych badań.

Jednak dziennikarze, którzy wrzucili na pierwsze strony gazet informację o tym, że parabeny są rakotwórcze, nie zaprzątali sobie głowy takimi rozważaniami. Podobnie autorzy badań, którzy wywołali całe to zamieszanie: oni także nie mieli żadnych skrupułów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Zob. it.lush.com/tag/self-preserving

[2] P.D. Darbre, A. Aljarrah, W.R. Miller, N.G. Coldham, M.J. Sauer, G.S. Pope, Concentrations of Parabens in Human Breast Tumours, „Journal of Applied Toxicology”, tom 24, nr 1, styczeń–luty 2004, s. 5–13, doi: 10.1002/jat.958.

[3] P.W. Harvey, D.J. Everett, Significance of the Detection of Esters of P-Hydroxybenzoic Acid (Parabens) in Human Breast Tumours, „Journal of Applied Toxicology”, tom 24, nr 1, styczeń–luty 2004, s. 1–4, doi: 10.1002/jat.957.

[1*] Przypisy oznaczone cyfrą znajdują się na s. 264–276.