Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 488 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez ostrzeżenia - Tim Weaver

Współczesny Londyn, poranny szczyt. Sam Wren, młody financista z City, wsiada do pociągu metra i znika bez śladu. Nie ma świadków, nie ma zapisu na nagraniu monitoringu. Żona Wrena nie zamierza pozostawić sprawy nierozwiązanej. Wynajmuje Davida Rakera, byłego dziennikarza, który odkrywa tajemnicę Sama - a przynajmniej tak się wydaje, gdyż jedno odkrycie prowadzi do kolejnego - jeszcze bardziej szokującego. Tropy zaczynają prowadzić do starych tuneli londyńskiego metra i do sprawy seryjnego porywacza, a może i seryjnego zabójcy.

Opinie o ebooku Bez ostrzeżenia - Tim Weaver

Fragment ebooka Bez ostrzeżenia - Tim Weaver

O książce

David Raker, były dziennikarz, który od śmierci żony zajmuje się odnajdowaniem zaginionych osób, jedno wie na pewno: każda z nich, zanim zniknęła, miała swoje sekrety. Odkrycie ich to podstawa jego działania. Kiedy Julia Wren zleca mu odnalezienie męża, Raker rozpoczyna poszukiwania w miejscu, w którym przed sześcioma miesiącami po raz ostatni widziano Sama Wrena – a właściwie zarejestrowało go oko kamery – a następnie rozmawia z rodziną i przyjaciółmi. Szybko odkrywa, że młody finansista z Citi prowadził podwójne życie.

Tymczasem londyńska policja prowadzi dochodzenie w sprawie młodych mężczyzn, którzy znikają ze swoich mieszkań. Zostali porwani czy zamordowani? To podstawowe pytanie, na które musi odpowiedzieć. Do śledztwa zostaje włączony Colm Healy, kontrowersyjny detektyw, któremu uważnie przypatrują się zarówno przełożeni, jak i koledzy, przekonani, że jak w przypadku sprawy, za którą został zdegradowany, zacznie działać na własną rękę.

Nie mylą się – kiedy śledztwo utyka w martwym punkcie, Healy zaczyna współpracować z Davidem Rakerem.

Wydanie elektroniczne

TIM WEAVER

Pisarz brytyjski, z zawodu dziennikarz. Jako „wolny strzelec” współpracował z wieloma dziennikami i czasopismami, m.in. „The Guardian” i „Sports Illustrated”, pisując o filmach, telewizji, sporcie i grach komputerowych. Weaver jest autorem serii thrillerów o prywatnym detektywie Davidzie Rakerze, zajmującym się poszukiwaniem osób zaginionych. Uwielbia powieści Lee Childa i Michaela Connelly’ego.

www.timweaverbooks.com

Tego autora

David RakerŚCIGAJĄC UMARŁYCHZANURZYĆ SIĘ W MROKBEZ OSTRZEŻENIAZNIKNĘLI NA ZAWSZE

Tytuł oryginału:VANISHED

Copyright © Tim Weaver 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew Kościuk 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcia na okładce:Bildagentur Hamburg/Alamy, Stephen Mulcahey/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-070-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Lucy

Ojcowie nie poniosą śmierci za winy synów ani synowie za winy swych ojców. Każdy umrze za swój własny grzech.

Księga Powtórzonego Prawa 24,16, Biblia Tysiąclecia

Od autora

Na potrzeby powieści pozwoliłem sobie na wprowadzenie drobnych zmian w planie i sposobie funkcjonowania londyńskiego metra. Mam nadzieję, że uczyniłem to na tyle subtelnie, by nie raziło to Czytelnika i pozostawało w zgodzie ze wspaniałą historią kolei miejskich. Czytelnicy znający metro dostrzegą w moich opisach stacji Westminster nawiązania do dawnej stacji Whitechapel, zauważą też, że zmieniłem nieco rozplanowanie stacji Gloucester Road. Mam nadzieję, że wybaczą mi także zmianę nocnych godzin pracy metra. Mieszkańcy północnego Londynu z pewnością zwrócą uwagę, że stacja Fell Wood wzorowana jest na Parkland Walk w londyńskiej gminie Haringey.

15 czerwca

Healy zatrzymał samochód przed blokowiskiem i spojrzał na odczyt temperatury. Dwadzieścia stopni, miał jednak wrażenie, że jest cieplej. Włączył klimatyzację, ruszając z posterunku, ale gdy dotarł na miejsce, nie zrobiło się ani trochę chłodniej. Choć podwinął rękawy i rozpiął górny guzik koszuli, w samochodzie nadal panowała duchota. Skwar nie odpuszczał nawet w środku nocy, pod osłoną ciemności.

Wyjrzał przez okno mercedesa na rozciągający się labirynt zaniedbanych domów. Najbardziej niebezpieczna z londyńskich dzielnic mieszkaniowych wydawała się pogrążona w stanie hibernacji. W oknach nie paliły się światła, na alejkach nie było dzieci, grupki wyrostków nie snuły się w przejściach między budynkami. Po chwili, gdy na miejsce przybyło więcej oznakowanych radiowozów, a policyjne koguty zabarwiły ściany dziesięciopiętrowych betonowych bloków, dostrzegł w mroku ludzkie postacie obserwujące go z zaciemnionych okien i drzwi.

Wysiadł. Z lewej strony, za taśmą policyjną, rozłożyli się spoceni reporterzy w koszulach z krótkimi rękawami i reporterki w letnich sukienkach. Istny chaos. Dziennikarze przepychali się, by zająć jak najlepszą pozycję. Stopy ślizgały się po porośniętych trawą pochyłościach. Zgiełk. Światła. Głosy wykrzykujące jego imię. Kiedyś taka sława sprawiała mu przyjemność. Niektórzy gliniarze to lubili. Ale gdy spojrzał w kierunku wejścia do budynku, złowrogiego i mrocznego niczym rozwarta paszcza, gotowa go pochłonąć, zrozumiał, że wszystko to jest sztuczką. Nie był żadnym pieprzonym celebrytą. Stał nad przepaścią, w podmuchach huraganu. Stał nad przepaścią, a tamci byli tuż za nim. Jeśli to się nie skończy, jeśli sytuacja jeszcze się pogorszy, jeśli policja nie schwyta sprawcy, przedstawiciele mediów koczujący w pobliżu następnego miejsca zbrodni rzucą go na pożarcie ciemności, która rozciąga się po drugiej stronie.

Przeciął betonowe podwórko, podszedł do drzwi i zajrzał do środka. Wszystko było zniszczone lub popękane, jakby domostwo miało lada chwila runąć pod własnym ciężarem. Podłoga była śliska od wody, która ciekła nie wiedzieć skąd, rozwalone, wiszące na zawiasach drzwi w głębi korytarza prowadziły do pierwszej grupy mieszkań. Wszędzie walały się śmieci. Niektórzy ludzie nigdy w życiu nie oglądali takiego miejsca — budynku o dwustu mieszkaniach, rozpaczliwie wzywającego pomocy. Miejsca, gdzie nawet najczarniejsza noc nie zdoła ukryć wszystkich sińców.

Przed schodami, na prawo od Healy’ego, stał funkcjonariusz z podkładką na dokumenty. Podniósł głowę i oświetlił go latarką.

— Dobry wieczór, proszę pana.

— Dobry.

— Winda nie działa.

Healy spojrzał w kierunku kabiny. Na drzwiach przyklejono ostrzeżenie, że używanie windy nie jest bezpieczne. Obok, na wilgotnej, pokrytej pęcherzami ścianie, ktoś wymalował sprayem strzałkę i słowa „ekspresowa winda do piekła”.

Pokazawszy policjantowi legitymację, Healy wdrapał się na trzecie piętro schodami pogrążonymi w półmroku. Wszędzie cuchnęło jak w toalecie. Pod butami chrzęściło szkło z rozbitych celowo żarówek. Na podeście trzeciego piętra pojawili się pierwsi ludzie — gliniarze i technicy kryminalistyki — tworząc linię wijącą się niczym wąż do mieszkania pod numerem trzysta dwanaście. Kobieta technik ukazała się w drzwiach, żeby podać Healy’emu biały papierowy kombinezon i rękawiczki.

— Proszę to włożyć — powiedziała. — Zatrze pan mniej śladów.

Healy wykonał polecenie.

W mieszkaniu ustawiono kilka pojedynczych reflektorów, których światło oblewało także korytarz. Z wnętrza dobiegał szum generatora, poza tym panowała cisza. Tylko co jakiś czas słychać było pstrykanie aparatu fotograficznego, pomruki kogoś z ekipy kryminalistycznej, przelotne hałasy z innych mieszkań. I nic więcej.

Po zapięciu kombinezonu i naciągnięciu kaptura Healy wszedł do środka. Lokal przypominał te, w których mieszkały inne ofiary. Zniszczony. Zaniedbany. Zawilgocony. W kuchni połączonej z salonem linoleum szpeciła wielka brązowa plama od wody. Healy spostrzegł rozglądającą się po mieszkaniu detektyw nadinspektor Melanie Craw. W drzwiach prowadzących z salonu do sypialni, naprzeciw łóżka, stał komendant policji Ian Bartholomew. Odwrócił się i spojrzał na Healy’ego z gniewnym wyrazem twarzy, a później przeniósł wzrok na Craw, która nadeszła z kuchni.

— Melanie — warknął — co, do cholery, mam powiedzieć dziennikarzom?

Wycofał się z sypialni, pozwalając Healy’emu wejść do środka. Miejsce zbrodni. Mała sypialnia z niewielką garderobą, komoda i telewizor na krześle w rogu pokoju. Wytarty dywan, tapeta odpadająca od ścian. Na poduszce schludnie ułożono włosy ofiary. Zgolił je całe, jak pozostałym. Zgolił i zostawił. Na materacu powinno być ciało.

Właśnie na tym polegał problem.

Nigdy nie zostawiał ciał.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

12 czerwca

Jej biuro znajdowało się na ostatnim piętrze czterokondygnacyjnego budynku z czerwonej cegły przy Shaftesbury Avenue. Inne piętra należały do agencji reklamowej i wielkiej międzynarodowej firmy medialnej. Dwoje szklanych drzwi wyposażonych w zamek szyfrowy chroniło pracowników przed światem zewnętrznym, ochroniarz postury zapaśnika strzegł wejścia od środka. Inne firmy działające przy tej ulicy znajdowały się w stanie agonii lub dawno umarły. Dwa puste sklepy — jeden obuwniczy, drugi z antykami — zwinęły się wiele lat temu. Obok znajdowały się zabite płytami okna włoskiej restauracji z ogromnym napisem „Zamknięte”. Ostatnim przyczółkiem była wypożyczalnia wideo wyglądająca tak, jakby weszła w okres schyłkowy. Dwaj mężczyźni kłócili się w niemal pustym pomieszczeniu, w którym znajdował się jeden stojak z płytami DVD, a ściany zdobiło kilka wypłowiałych plakatów filmowych.

Był ciepły czerwcowy wieczór. Słońce prażyło cały dzień, choć czuło się nadciągający deszcz. Zabrałem kurtkę, na wszelki wypadek, ale teraz miałem na sobie jedynie czarną koszulę zapinaną na guziki, dżinsy i czarne skórzane buty, które kupiłem we Włoszech. Markowe, ze słynnego mediolańskiego pasażu handlowego Galleria Vittorio Emanuele. Rzadko je nosiłem, bo miałem wrażenie, że jedynym celem ich istnienia było kaleczenie mi stóp. Jednak dla kobiety, z którą miałem się spotkać, warto było ponieść ofiarę.

Piętnaście minut później Liz ukazała się w drzwiach jednej z wind w holu. Ludzie wychodzili z budynku od siedemnastej. Ponieważ Liz była szefem biura, w którym pracowała, zwykle wychodziła ostatnia. Natychmiast dostrzegła mnie w drzwiach nieczynnego sklepu z antykami. Wyglądała jak zwykle zachwycająco. Jej ciemne oczy lśniły, kiedy się uśmiechała, a długie czekoladowe włosy zaczesane do tyłu układały się w naturalne loki. Adwokat Elizabeth Feeny prosperowała w mieście, w którym roiło się od dominujących mężczyzn: występowała przeciwko grubym rybom i wygrywała, odbierała im klientów i umiała ich przy sobie zatrzymać. Stworzyła imponujący zespół prawników pod szyldem Feeny i Spółka i poprowadziła kilka głośnych spraw, dzięki którym zyskała renomę. Miałbym kłopot, żeby nie ulec jej urokowi, nawet gdybym nie spotykał się z nią od ośmiu miesięcy i nie mieszkał obok jeszcze dłużej. Wyglądała jak szefowa kancelarii prawniczej, kiedy przechodziła przez ulicę w białej bluzce i czarnej ołówkowej spódnicy, podkreślającej subtelne krągłości jej ciała. Jednak największym atutem Liz było to, że gdy się do ciebie uśmiechnęła, czułeś się tak, jakbyś był jedyną osobą w pokoju. Bardzo przydatna umiejętność na sali sądowej.

— Witam, panie Raker — powiedziała i pocałowała mnie w policzek.

— Elizabeth.

Wymierzyła mi delikatnego klapsa, bo nie lubiła, gdy tak się do niej zwracałem. Przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem w czubek głowy.

— Jak minął dzień? — spytałem.

— Spotkanie za spotkaniem.

Przez chwilę staliśmy nieruchomo, co było dla nas czymś nowym. Od czasu, gdy moja żona Derryn zmarła na raka piersi, minęło dwa i pół roku, a byliśmy ze sobą prawie szesnaście lat. Liz wyszła za mąż w wieku dwudziestu jeden lat, zaszła w ciążę sześć miesięcy później i wkrótce potem wzięła rozwód. Dwa lata wychowywała samotnie swoją córeczkę Katie, a później wróciła na studia prawnicze i zdobyła uprawnienia adwokackie. Przed poznaniem męża nie chodziła z nikim na poważnie.

— Dokąd mnie zabierzesz? — zapytała.

— Znam pewną włoską restaurację — odparłem, odwracając ją w kierunku lokalu kawałek dalej.

Uszczypnęła mnie.

— Żartowniś z ciebie, Raker.

— Zarezerwowałem stolik w południowoafrykańskiej restauracji przy Covent Garden. Będziemy mogli się upić piwem Castle Lager.

— Południowoafrykańskiej?

— Jadłaś kiedyś bobotie?

— Nie sądzę.

Ruszyliśmy przed siebie wolnym krokiem.

— W takim razie to twój szczęśliwy wieczór.

□ □ □

Restauracja zajmowała wąską piwnicę w bocznej uliczce między Strandem i rynkiem Covent Garden. W murach z kamienia były wnęki, w których ustawiono oprawione w ramki fotografie z Republiki Południowej Afryki. Najbliżej naszego stolika stało czarno-białe zdjęcie przedstawiające diabelski młyn z wesołego miasteczka Gold Reef City w Johannesburgu utrwalony na tle bezchmurnego nieba. W poprzednim życiu dziennikarza spędziłem niemal dwanaście miesięcy w Johannesburgu i okolicach, dokąd wysłano mnie przed wyborami w 1994 roku. W tym czasie było to zupełnie inne miejsce, przypominające bardziej strefę działań wojennych, z mieszkańcami miotanymi strachem i nienawiścią.

Liz pozwoliła, żebym wybierał, więc zamówiłem dwie butelki piwa Castle, kurczaka peri-peri na początek oraz bobotie — zapiekankę z mięsa mielonego z przyprawami i polewą z jajek — jako danie główne. Gdy czekaliśmy na jedzenie, Liz opowiedziała mi ze szczegółami o swoim dniu, a ja zrewanżowałem się jej o wiele krótszą relacją. Kilka dni temu zakończyłem sprawę siedemnastolatka, który uciekł z domu i ukrywał się w pobliżu mostu Blackfriars. Jego rodzice, mieszkający na osiedlu domów komunalnych w Hackney, powiedzieli mi, że mają pieniądze, by zapłacić za trzydniowe poszukiwania. Odnalazłem go po pięciu, bo poszukiwania utrudniał fakt, że zbieg nie miał przyjaciół, prawie do nikogo się nie odzywał i zabrał ze sobą tylko jedno ubranie, które miał na grzbiecie. Żadnego telefonu. Żadnych kart płatniczych. Żadnych pieniędzy. Niczego, co pozostawiłoby choćby najmniejszy ślad. Spotkałem się z jego mamą i tatą. Powiedziałem, żeby zapłacili mi za trzy dni i zadzwonili, gdy zdobędą pieniądze na dwa pozostałe. Byli dobrymi ludźmi, ale nie sądziłem, że spotkamy się ponownie. Zwykle nie pracuję charytatywnie, lecz doszedłem do wniosku, że trudno byłoby mi zostawić tę sprawę nierozwiązaną.

Gdy na stole wylądowało bobotie, rozmowa zeszła na córkę Liz i zajęcia uniwersyteckie, które wybrała. Była na ostatnim roku ekonomii. Nie miałem okazji jej poznać, ale z opisów Liz i fotografii, które widziałem, wydawała się wiernym odbiciem matki.

Zamówiłem dwie kolejne butelki castle’a. Kiedy Liz ciągnęła swoją opowieść, dostrzegłem kobietę obserwującą mnie z drugiego końca sali. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, utkwiła wzrok w talerzu. Patrzyłem na nią, czekając, aż ponownie zerknie w moją stronę, ale ona nie odrywała oczu od jedzenia, skubiąc swój stek. Odwróciłem się do Liz. Dziesięć sekund później kobieta znowu na mnie spojrzała.

Miała dwadzieścia kilka lat, rude kręcone włosy sięgające ramion oraz piegi na policzkach i nosie. Wyglądała na osobę, która nie zdaje sobie sprawy z własnej urody lub nie przywiązuje do niej większej wagi. Smukłe palce prawej ręki trzymały widelec, a palce lewej ujmowały lampkę z winem. Nosiła obrączkę.

— Coś się stało? — zapytała Liz.

Kobieta ponownie odwróciła wzrok. Moja towarzyszka zauważyła, że na kogoś patrzę.

— Znasz dziewczynę w rogu sali?

Liz obejrzała się przez ramię.

— Nie, nie sądzę.

— Ciągle się na nas gapi.

— Nie mogę mieć do niej pretensji — rzuciła z uśmiechem Liz. — Jesteś przystojnym facetem, Raker. Nie mówię tego, żeby podbudować twoje ego czy coś w tym rodzaju.

Zabraliśmy się do jedzenia. Od czasu do czasu zerkałem w stronę rudowłosej, ale nasze oczy więcej się nie spotkały. Trzydzieści minut później nagle zniknęła. Stolik, przy którym siedziała, był pusty. Pozostały na nim jedynie niedokończony stek i niedopita lampka wina. Na białej tacy przy krawędzi stołu leżały pieniądze, a pod nimi rachunek.

I tyle.

2

Kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, Liz odebrała telefon od klienta. Przewróciła oczami i oddaliła się do cichego miejsca we wnęce. Dałem jej znak, że spotkamy się na górze, kiedy skończy.

Deszcz, który od jakiegoś czasu wisiał w powietrzu, w końcu zaczął padać. Włożyłem kurtkę i schroniłem się w wejściu kawałek dalej. Ze stacji metra Covent Garden wyszła grupa ludzi. Kilka osób było uzbrojonych w płaszcze i parasole, ale większość miała na sobie T-shirty, bluzki, letnie spódniczki. Pięć minut później po swojej lewej ręce ujrzałem postać przemykającą w półmroku po drugiej stronie ulicy. Kiedy znalazła się bliżej, oświetliły ją światła pobliskiego pubu, zatrzymując jej twarz jak na stop-klatce. Wtedy ją rozpoznałem.

Nieznajoma z restauracji.

Przeszła przez ulicę i stanęła dwa metry ode mnie.

— Pan Raker?

Natychmiast rozpoznałem jej spojrzenie. Wielokrotnie widywałem je na twarzach rodzin, którym pomagałem. Straciła kogoś lub obawiała się, że to niebawem nastąpi. Miała młodą twarz i stare oczy, pełne bólu, co nadawało jej dziwny wygląd, jakby utknęła gdzieś pomiędzy — nie była młoda ani stara, piękna ani brzydka. Jak kobieta, która się zagubiła.

— Proszę wybaczyć, że zwracam się do pana w taki sposób — zaczęła, odgarniając włosy za uszy. Wydawała się zdenerwowana. Jej głos był cichy, ale pełen napięcia. — Nazywam się Julia. Julia Wren.

— Czego pani chce, Julio?

— Ja… — Zawahała się, po czym sięgnęła do torebki przewieszonej przez ramię, wyjęła portfel i wyciągnęła z niego poskładany kawałek papieru. Kiedy go rozłożyła, natychmiast poznałem, co to takiego: komputerowy wydruk. — Czytałam o panu — powiedziała. — W internecie.

Trzymała w ręku artykuł ze strony BBC ze zdjęciem, na którym wyprowadzają mnie z posterunku policji pod eskortą detektywa, dwóch umundurowanych funkcjonariuszy oraz mojej prawniczki, Liz. Trzy dni wcześniej wdarłem się do gniazda zabójców i omal nie straciłem życia. Od tego czasu minęło półtora roku, ale nadal miałem na ciele ślady tej przygody.

Krążyły różne wersje tamtej sprawy. Wiele różnych wersji, bo nie udzielam wywiadów, nawet ludziom, z którymi kiedyś pracowałem, wydzwaniającym i błagającym o komentarz. Sprawa nabrała rozgłosu. Cały tydzień pisano o niej w krajowej prasie, dopóki nie umarła śmiercią naturalną, jak wszystkie nowiny. Dziś należała już do historii.

Ale nie dla tej kobiety.

— Od dawna mnie śledzisz, Julio?

Pokręciła głową.

— Nie.

Uwierzyłem jej. W restauracji natychmiast ją spostrzegłem, od razu zauważyłem też, kiedy zaczęła iść w moim kierunku na ulicy. Gdyby śledziła mnie od dłuższego czasu, z pewnością bym to odnotował. Śledzenie człowieka jest dużą sztuką. Jeśli za kimś idziesz, musisz jednocześnie być niewidzialny.

— Czytałam o tobie — ciągnęła, wskazując głową wydruk. — Pisali o tym w prasie. Czytałam, co zrobiłeś, gdy znalazłeś to miejsce na północy. Jak próbowali zrobić ci krzywdę. I o tym, co… — urwała, spoglądając na blizny na moich palcach — co ci zrobili. Później wpadł mi w ręce inny artykuł, z ubiegłego roku. O mężczyźnie wytropionym przez policję. Tym, który porywał kobiety. Kiedy o tym przeczytałam, pomyślałam sobie: Ten człowiek może mi pomóc.

— Pomóc?

— Wierzysz w przeznaczenie?

Pokręciłem głową.

— Nie. Nie wierzę.

Moje słowa wybiły ją z rytmu, lecz po chwili odzyskała równowagę.

— Zobaczyłam ciebie i twoją… — Jej wzrok powędrował w kierunku drzwi restauracji. — Twoją przyjaciółkę. Przeszedłeś obok mnie. Ten sam człowiek, o którym czytałam w internecie. Musiałam to uznać za zrządzenie losu. Trochę cię okłamałam. Śledziłam cię, ale dopiero dziś wieczór, gdy cię ujrzałam. Poszłam za tobą do restauracji, bo chciałam się upewnić, że to ty. Gdy nabrałam pewności, zdałam sobie sprawę, że muszę z tobą pomówić.

— Czego ode mnie chcesz, Julio?

— Chcę, żebyś odnalazł mojego męża — szepnęła, krzyżując ręce na piersi. Miałem wrażenie, jakby na chwilę skuliła się w cieniu, pochylając głowę, garbiąc ramiona i przyjmując obronną postawę, na wypadek gdybym odmówił. — Pół roku temu wsiadł do wagonu metra na stacji Gloucester Road i od tej pory go nie widziałam.

3

Dwadzieścia minut później siedzieliśmy w kawiarence przy Long Acre. Liz wzięła mój samochód i pojechała do domu, idealnie maskując ciekawość. Spotykaliśmy się od ośmiu miesięcy, dlatego wiedziała, że zwykle postępuję nieco inaczej. Lubię się przygotować przed spotkaniem z rodzinami, ustalić, kim są i jakie mają korzenie. W przypadku Julii Wren nie wiedziałem niczego. Była jak pusta kartka.

Zamówiliśmy dwie kawy i usiedliśmy przy oknie. Krople deszczu na szybie rozmazywały neony, niebo było ciemne i nabrzmiałe. Julia położyła wydruk na stole i przytrzymywała go starannie wypielęgnowaną dłonią, jakby się obawiała, że papier może sfrunąć na podłogę. Zwykle bliscy zaginionych tkwią zawieszeni pomiędzy oczekiwaniem a strachem: oczekiwaniem, że lada chwila ukochana osoba wróci do domu, i strachem, że przybędzie w worku na zwłoki.

Spojrzała na mnie, nawijając na palce kosmyk rudych włosów. Nie wiedziałem, czy jest z natury nieśmiała, czy tylko podenerwowana.

— Czytałam, że byłeś kiedyś dziennikarzem.

— W dawnym życiu.

— Lubiłeś tę robotę?

— Miała dobre strony.

— Dużo podróżowałeś?

— Zjeździłem kawał świata, ale przypominało to raczej urlop połączony z pracą zarobkową — odparłem z uśmiechem. — Zdarzały się też wojny.

— Gdzie byłeś?

— Pięć lat z przerwami w Stanach. Odwiedziłem też Republikę Południowej Afryki przed wyborami i po nich. Do tego Izrael i strefę Gazy. Irak. Afganistan.

— Musiałeś wiele widzieć.

W mojej głowie natychmiast pojawił się obraz. Uciekam ulicą południowoafrykańskiego getta, żeby ratować życie. W powietrzu świszczą kule, na jezdni leżą ciała zabitych, otoczone gruzem i pyłem. Rynsztoki czerwienieją od krwi. Zewsząd słychać okrzyki bólu.

— Mam na myśli to — dodała — że wiesz, do czego są zdolni ludzie.

Zamilkła. Poruszała głową z boku na bok, jakby zastanawiała się nad następnym pytaniem. Wiedziałem, o co zapyta.

— Rzuciłeś pracę z powodu żony?

— Tak — potwierdziłem, nie tłumacząc nic więcej. — Możesz opowiedzieć o swoim mężu?

Pokiwała głową i wyciągnęła zdjęcie z torebki.

— To Sam.

Facet dobiegał trzydziestki. Miał jasnoniebieskie oczy, jasne włosy i nos nieproporcjonalnie duży w stosunku do reszty twarzy. Pospolity, choć całkiem przystojny. Ubrany był w czarny garnitur z czerwonym krawatem. Stał przed drzwiami domu. Na oko miał metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i wyglądał bardzo szczupło. Garnitur źle na nim leżał. Zauważyłem zapadnięte policzki, a skóra wyglądała tak, jakby została zbyt mocno naciągnięta. Postanowiłem, że później ją o to zapytam. Ludzie mają niedowagę, bo są chorzy, za mało jedzą lub czymś się martwią.

— Kiedy je zrobiono?

— Pół roku temu. Dziesiątego grudnia.

Przysunąłem sobie fotografię. W jednym z okien dostrzegłem odbicie choinki.

— Ile dni przed zniknięciem?

— Sześć. — Przerwała na chwilę. — Zaginął szesnastego.

Rocznie w Wielkiej Brytanii ginie około dwustu pięćdziesięciu tysięcy osób, z czego dwie trzecie to nastolatki. Następną grupę stanowią mężczyźni w wieku od dwudziestu czterech do trzydziestu lat. Sam Wren idealnie pasował do statystyk. Dorośli znikali najczęściej z całkiem oczywistych powodów — kłopotów w związkach, problemów finansowych, alkoholizmu, chorób psychicznych — o wiele trudniej było odgadnąć, w jaki sposób to wszystko zaplanowali. W wielu przypadkach zaginięcie zgłaszano po długim czasie, kiedy nie dawało się już podjąć śladu. Nawet jeśli było inaczej, jeśli zgłoszenia dokonano po jednym lub dwóch dniach, policja i tak była bezradna, bo tamci często zawczasu wszystko przygotowali, obmyślili drogę ucieczki i zadbali o zatarcie śladów. Sam zniknął pół roku temu. Spoglądając na fotografię, pomyślałem, że w chwili gdy ją wykonano, miał już dobrze obmyśloną strategię.

— Opowiedz mi o dniu, w którym zniknął — poprosiłem, wskazując zdjęcie.

Skinęła głową, ale na chwilę się zawahała. Tamtego dnia wszystko się zaczęło. Wtedy ich drogi się rozeszły. Skończy się na tym, że będzie ponownie leżeć w łóżku u jego boku lub stanie nad jego ciałem w kostnicy.

— Wyszedł nieco wcześniej niż zwykle — zaczęła cicho. — Zazwyczaj wychodził z domu o siódmej dwadzieścia, siódmej trzydzieści. Tego dnia wyszedł o siódmej, najpóźniej siódmej dziesięć.

— Domyślasz się dlaczego?

— Powiedział, że ma dużo pracy. Nie było w tym nic niezwykłego. Często wychodził o tej porze, kiedy wiedział, że czeka go mnóstwo roboty.

— Czym się zajmował?

— Pracował w banku inwestycyjnym w dzielnicy Canary Wharf. Doradzał klientom, jak inwestować pieniądze… wiesz, akcje, obligacje, tego typu rzeczy.

— Jak się nazywa ten bank?

— Investment International. Kilka lat temu założył go facet, dla którego Sam pracował w firmie J.P. Morgan. Razem studiowali. Po zrobieniu dyplomu Sam podjął pracę w HSBC, ale nie był zadowolony, więc ten kolega pomógł mu znaleźć posadę u Morgana. Później namówił go, by przeniósł się do Investment International, gdy tylko rozpoczął działalność.

— Dobrze im szło?

Pokręciła głową.

— Nieszczególnie. Investment International to stosunkowo mała firma, więc mocno odczuli recesję. Wynagrodzenie Sama zamrożono pod koniec roku dwa tysiące dziesiątego, cofnięto wszystkie bonusy.

— Czy mimo to lubił swoją pracę?

— Była trochę stresująca, ale powtarzał, że lubi swoją robotę tak jak każdy z nas. Czasami wracał do domu i mówił, że ma dosyć, jednak następnego dnia, jeśli wszystko poszło dobrze, nastrój od razu mu się poprawiał. Szczerze mówiąc, niezbyt mnie to interesowało. Wszyscy mamy wzloty i upadki, lepsze i gorsze dni.

Ponownie spojrzałem na fotografię Sama: mizerna, wychudła twarz, na której malował się niepokój. Wiszący luźno garnitur. Może w jego przypadku złych dni było więcej niż dobrych.

— Czy w dniu zniknięcia zachowywał się inaczej niż zwykle?

— Nie, a jeśli nawet, to różnica była tak niewielka, że jej nie dostrzegłam.

— Jak wam się układało?

— Dobrze — odpowiedziała, spoglądając w okno, a później przeniosła wzrok na moją twarz. Nie rozwinęła myśli. Siedziała i patrzyła na mnie, czekając, żebym podjął rozmowę, przeszedł do kolejnej kwestii. Wyraz jej twarzy nieco się zmienił: mięśnie stały się bardziej napięte i sztywne, jakby zacisnęła zęby.

Czyżby mnie okłamała?

Postanowiłem nie drążyć tematu, ale wrócić do niego później, gdy ją lepiej poznam i zrozumiem, czemu wykręciła się od odpowiedzi.

— Gdzie mieszkasz?

— Kilometr od stacji metra Gloucester Road — powiedziała. — Pięć lat temu kupiliśmy mały dom przerobiony z dawnych stajni. Wtedy Sam otrzymywał jeszcze premie.

— Zatem mieszkasz tam nadal?

— Tak. — Zrobiła żałosną minę, jakby nie chciała mieszkać sama w domu, który razem kupili. — Pracowałam jako kierowniczka baru w Covent Garden. Zwykle, gdy Sam nie był zawalony pracą, szliśmy razem do stacji metra.

— Już tam nie pracujesz?

— Zwolnili mnie w marcu ubiegłego roku. — Przerwała i lekko się zaczerwieniła, jakby pomyślała, że wie, o co mi chodzi. — Nie martw się. Mam pieniądze, żeby ci zapłacić. Dostałam robotę w restauracji w Bayswater. Mam oszczędności. Odłożyliśmy trochę grosza na czarną godzinę. Chyba teraz nadeszła.

— Nie martwiłem się o pieniądze — zaprotestowałem, na co tylko pokiwała głową. — Jak długo byłaś bez pracy?

— Prawie jedenaście miesięcy.

— Zatem podjęłaś ją ponownie na początku tego roku. W styczniu?

— Tak, szesnastego.

Trzydzieści jeden dni po zniknięciu męża. Pomyślałem, jak musiała się czuć, zaczynając nową pracę i otwierając nowy rozdział życia, kiedy najważniejsza część poprzedniego odpłynęła w siną dal.

— Jak sobie radziliście finansowo, kiedy nie miałaś pracy?

Wzruszyła ramionami.

— Kupiliśmy dom za premie Sama, ale nadal mieliśmy do spłaty ogromną hipotekę, nawet jak na londyńskie standardy. Nagle jego wynagrodzenie zostało zamrożone, nie przynosił do domu nic więcej, a ja straciłam jedyne źródło dochodów. Można ograniczyć jadanie na mieście, zakup nowych ubrań i weekendowe wyjazdy, ale nie można żyć bez domu. Najbardziej obawialiśmy się, że nie będzie nas stać na spłacanie hipoteki.

— A teraz?

Zmarszczyła brwi.

— O co ci chodzi?

— Możesz spłacać ją sama?

— Sam zniknął, ale nie zabrał żadnych pieniędzy. Od dnia zniknięcia nie podjął ani pensa. Pieniądze odłożone na czarną godzinę wystarczą mi jeszcze na trzy, cztery miesiące.

— Co będzie później?

Uśmiechnęła się smutno.

— Liczę na to, że znajdziesz mojego męża.

Jeśli sądziła, że odnalezienie Sama rozwiąże wszystkie problemy, czekało ją gorzkie rozczarowanie. Bo jeśli facet zniknął z jakiegoś powodu, oznaczało to, że dobrowolnie zrezygnował ze swojego małżeństwa, wziął rozbrat z pracą i dawnym życiem. Nie istniało błyskawiczne rozwiązanie. Nawet gdybym odnalazł go żywego, nigdy nie będzie tak samo jak przedtem.

Zmieniłem temat rozmowy.

— Zakładam, że jeździł ze stacji Gloucester Road do stacji Westminster, a następnie przesiadał się na linię Jubilee? A może wsiadał do pociągu DLR1 na stacji Tower Hill?

— Przesiadał się na stacji Westminster.

— Jeździł linią Circle czy District?

— Circle.

— Nigdy nie korzystał z linii District?

— Rzadko.

— Dlaczego?

— Sam odszedł z HSBC między innymi dlatego, że nie lubił ludzi, z którymi tam pracował. Nie był to wielki konflikt interesów, zwyczajnie nie mógł się do nich przekonać. Ani do sposobu, w jaki pracowali. Czasem kogoś poznajesz i od pierwszej chwili wiesz, że się nie dogadacie.

Przytaknąłem.

— Dlatego zaczął szukać innej roboty i dlatego przeniósł się do JPM, żeby pracować ze swoim przyjacielem z uniwersytetu. — Spojrzała na mnie i odczytała pytanie malujące się na mojej twarzy: „Rozumiem, ale dlaczego nigdy nie korzystał z linii District?”. — Trzech z nich mieszkało w dzielnicy Wimbledon — wyjaśniła.

— Korzystali z linii District?

— Tak.

— Przecież szansa, że na siebie wpadną, była minimalna.

Wzruszyła ramionami.

— Sam przyzwyczaił się do linii Circle.

— Myślisz, że ci faceci mogą mieć coś wspólnego ze zniknięciem twojego męża?

Pokręciła stanowczo głową.

— Nie. To nie było nic poważnego. Po prostu nie potrafili się dogadać, Sam miał tego dość.

Zanotowałem, co powiedziała.

— Kiedy zgłosiłaś jego zaginięcie?

— Wieczorem szesnastego grudnia. Nie wrócił do domu, nie odbierał komórki, a jego szef nagrał się na automatyczną sekretarkę, pytając, co się z nim dzieje.

— Tego dnia nie pojawił się w pracy?

— Nie.

— Poszłaś na policję?

— Tak. Byli bardzo skrupulatni. Pytali o jego przyjaciół, krewnych, przebyte choroby, sytuację finansową. Przyszli nawet obejrzeć dom i zabrali szczoteczkę do zębów, żeby pobrać próbkę DNA. Kiedy powiedziałam im, że nie zjawił się w pracy, funkcjonariusz oświadczył, że przejrzy nagrania z telewizji przemysłowej na stacjach metra.

— Znalazł coś?

— Nie. Zadzwonił z wiadomością, że poprosił o nagrania dyrekcję londyńskiego metra. Minęło kilka tygodni, ale więcej się nie odezwał. Postanowiłam sama go odnaleźć. Zostawiłam mu wiadomość. Oddzwonił po kilku dniach. Powiedział, że od tamtej pory niczego nie znaleźli.

— Absolutnie niczego?

— Stwierdził, że Sam nie wysiadł z pociągu.

— Nie był tym zaniepokojony?

Spojrzała na mnie ponuro.

— Nie wiem.

— Jak się nazywał?

— Posterunkowy Westerley. Brian Westerley.

Wszystko wskazywało na to, że w sprawie zniknięcia Sama nie wytoczono dział najcięższego kalibru, bo i nie wzbudziła ona większego zaniepokojenia policji metropolitalnej. Facet dobiegający trzydziestki, dobra praca, szczęśliwe małżeństwo, dodatnie saldo na rachunku, brak chorób psychicznych. Nie istniał żaden oczywisty powód jego zniknięcia, a to oznaczało, że do jego odnalezienia trzeba by więcej ludzi i środków. Byłem świadkiem użycia całej potęgi, jaką dysponuje policja, kiedy bez śladu zniknęła siedemnastoletnia dziewczyna. W tamtym przypadku odhaczono jednak trzy bardzo ważne pola: biała, kobieta i nieletnia. Historia Sama była zupełnie inna. Żadnego nacisku ze strony mediów, żadnych wielkich nagłówków w gazetach. Przekazali jego sprawę posterunkowemu i poczekali, aż przycichnie.

Mimo to pozostawało jedno wielkie pytanie: jak to możliwe, że facet wsiadł do pociągu metra i więcej z niego nie wysiadł? Może nie zaintrygowało ono Westerleya na tyle, by poszukać odpowiedzi, ale mnie nie dawało spokoju.

— Zadzwonię do posterunkowego Westerleya i wysłucham tego, co ma do powiedzenia.

— Mam nadzieję, że okaże się pomocny.

Wątpię, odpowiedziałem jej, choć tylko w duchu. Policja nie lubi, gdy ktoś z zewnątrz węszy i próbuje rozwiązać jedną z ich spraw, nawet jeśli chodzi o kogoś tak mało znaczącego jak Sam Wren. Detektyw, z którym często współpracowałem jako dziennikarz, trzymał w swojej kartotece teczkę opatrzoną literami MTD, czyli „Mam to w dupie”. Przepadały w niej bez wieści sprawy zaginięcia mało ważnych osób, narkomanów i recydywistów. Nigdy jednak nie spotkałem gliniarza, który nie zgrywałby zapracowanego i przejętego robotą, w chwili gdy w polu widzenia pojawiał się wścibski obcy.

— Czy Sam ma rodzinę?

— Brata. Roberta.

— Mieszka w Londynie?

— Pracuje w City, ale mieszka w Reading.

— Będzie mi potrzebny jego adres.

Sięgnęła do torebki i wyciągnęła notes. Była dobrze przygotowana. Miała gotowe odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zadałem. Otworzyła notes, znalazła odpowiednią stronę, a następnie wydarła kartkę i położyła przede mną. Była na niej lista nazwisk ponumerowanych od jednego do piętnastu: lista najważniejszych osób w życiu Sama. Obok każdego nazwiska zapisała pełne dane kontaktowe.

— To wszyscy, którzy przyszli mi do głowy — powiedziała.

Przy poszczególnych osobach umieszczono także informacje dotyczące „związku z Samem”. Na pierwszym miejscu był jego brat, a po nim przyjaciele i koledzy z pracy.

— Świetnie — odparłem z uśmiechem.

— Jeśli przyjdzie mi do głowy ktoś jeszcze, dam ci znać.

Złożyłem kartkę.

— Chciałbym się rozejrzeć po waszym domu.

Skinęła głową.

— Kiedy zechcesz.

— Jutro?

— Pracuję na ranną zmianę. Wrócę około czternastej.

— Przyjadę o piętnastej. — Podała mi adres, a ja skrzętnie go zanotowałem. — Mogę to wziąć? — spytałem, dotykając palcem fotografii jej męża.

— Oczywiście.

Kiwnąłem głową w podziękowaniu i przysunąłem zdjęcie do siebie. Chciałem obejrzeć ich dom między innymi po to — oprócz tego, że miałem taki zwyczaj, by lepiej poznać ludzi, którym staram się pomóc — żeby sprawdzić, czy nie ma starszych fotografii jej męża. Chciałem zobaczyć, jak wyglądał. Czy zawsze był taki szczupły, jak w ostatnim czasie.

Mój zegarek cicho zadzwonił. Dwudziesta trzecia.

— Jeszcze tylko jedno — rzuciłem. Deszcz ustał i ogarnęła nas dziwna cisza. Krople przestały bębnić o szyby, ludzie zniknęli z ulicy. Popatrzyła na mnie z oczekiwaniem. — Jeśli mam się zająć tą sprawą, nie może być między nami żadnych sekretów.

Spojrzała na filiżankę i ponownie podniosła oczy.

— Jakich sekretów?

— Jakichkolwiek. Muszę wiedzieć, czy mieliście problemy, czy Sam borykał się z trudnościami. Pamiętaj, że nie chcę cię osądzać, tylko odnaleźć Sama.

Milczałem chwilę, pozwalając, żeby chwyciła przynętę.

Nie podjęła tematu.

Wiedziałem, że jeśli mnie okłamała, prędzej czy później się o tym dowiem. Zawsze się dowiadywałem. Zwykle bliscy kłamali w błędnym przekonaniu, że dana informacja może wywrzeć wpływ na moją pracę. Jakby moje wyniki zależały od tego, jak idealny obraz swojego życia mi przedstawią. Niestety, prawda była inna: idealne życie nie istniało. Każdy miał sekrety.

Tylko niektórzy ukrywali je głębiej od pozostałych.

4

Odprowadziłem Julię Wren ulicą Long Acre, a później patrzyłem, jak znika na stacji metra Covent Garden. Chodniki opustoszały, zgiełk ucichł, z mroku zaczęło się wyłaniać inne, cichsze miasto. Wyciągnąłem komórkę i otworzyłem książkę adresową. Chwilę później odnalazłem nazwisko, którego szukałem: Ewan Tasker.

Task miał na karku szósty krzyżyk i od kilku lat był na emeryturze, ale dorabiał jako doradca w londyńskiej policji metropolitalnej. Kiedyś pracował w NCIS, Krajowym Wywiadzie Kryminalnym, zanim ten stał się częścią Agencji do spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej SOCA. Nasza znajomość rozwijała się powoli: Task przyszedł do mnie z materiałem na temat gangu Kosowian, mając nadzieję, że artykuł skłoni jednego z przywódców do ujawnienia się. Wykorzystałem to później jako argument przetargowy, żeby zapewnić sobie stałe źródło informacji. Przez pewien czas ze sobą walczyliśmy, ale w końcu zostaliśmy przyjaciółmi. Ponieważ ostatnio nie mogłem mu zaoferować kolumny w gazecie w zamian za pomoc, raz do roku w dniu jego urodzin zapraszałem go na partyjkę golfa. Dla mnie było to osiemnaście dołków nieszczęść, dla niego — świetna zabawa.

— Raker! — wrzasnął, aż musiałem odsunąć nieco telefon od ucha. — Masz pojęcie, która godzina?!

Faktycznie było późno, wiedziałem jednak, że nie śpi. Task lubił golfa, ale nie nadawał się na emeryta. Przez pierwsze pół roku doprowadzał żonę do szaleństwa, a przez drugie żebrał na kolanach na progu każdej agencji, którą zdołał namierzyć, błagając, żeby dali mu coś do roboty.

— Jak żyjesz, stary?

— W porządku. Mam sporo pracy, ale poza tym wszystko gra.

— Nie jestem pewny, czy podnoszenie do ust puszki piwa można nazwać pracą, Task.

Zachichotał.

— Dziś rano nie udało mi się wypić w klubie marnego kufelka. Jak wiesz, zwykle mam czas na dziesięć.

— Myślałem, że doradzasz policji metropolitalnej na pół etatu.

— To prawda. Zwykle jest spokojniej. Jedno spotkanie na tydzień w Scotland Yardzie, do tego zapoznawanie się ze sprawami w domu i dostarczanie odkrywczych ekspertyz.

— Czy w ostatnim tygodniu coś się zmieniło?

— Wypłynęło kilka spraw — odparł — ale nic ciekawego. A przynajmniej jeszcze nie. Śledzisz sprawę Porywacza?

— Nieszczególnie.

— Tracisz instynkt, Raker.

Uśmiechnąłem się.

— Nie wiem, czy kiedykolwiek go miałem. O Porywaczu wiem tylko to, co wyczytałem w gazetach. Facet zakrada się do domów i wyciąga swoje ofiary wprost z łóżek.

— Tak — mruknął Tasker. — Gość ma jaja. Trzeba mu to przyznać.

— Chyba nie pracujesz nad tą sprawą?

— Nie. To nie moja działka. Ale śledztwo prowadzą ludzie z policji metropolitalnej. Wszyscy o tym mówią, każdy ma swoje zdanie. Pismaki uczepiły się tej sprawy jak muchy gówna.

— Nie możesz ich winić. To najgłośniejsza historia w tym roku.

— Mówisz niczym rasowy dziennikarz. — Zaśmiał się. — Co mogę dla ciebie zrobić?

Chciałem obejrzeć nagranie z kamer telewizji przemysłowej w dniu, gdy Sam zniknął w pociągu metra, ale nie znałem nikogo w londyńskim Wydziale Transportu ani w policji kolejowej BTP. Kontakty Taska w SOCA — która wkrótce miała przekształcić się w Krajową Agencję Kryminalną NCA — stanowiły dobrą alternatywę: goście zajmowali się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej i handlu żywym towarem, a także przestępstwami internetowymi i oszustwami dotyczącymi igrzysk olimpijskich w Londynie, a to oznaczało, że ich prośba o zapis wideo nie wzbudzi niczyich podejrzeń i najprawdopodobniej nie będzie wymagać mnóstwa papierkowej roboty. Pewnie i tak obserwowali metro przed mającymi się wkrótce rozpocząć igrzyskami i analizowali zapisy wideo nawet sprzed kilku miesięcy, typując podejrzanych i szukając potencjalnych zagrożeń. Powiedziałem Taskowi, czego mi trzeba.

— Na co ci nagrania?

— Facet, którego szukam, zniknął w pociągu metra, na linii Circle.

— Zniknął? Jakim cudem?

— Po prostu zniknął. Wsiadł do wagonu i nigdy z niego nie wysiadł.

— Poważnie?

— Przecież mnie znasz, Task. Jestem pozbawiony poczucia humoru.

Kolejny rechot.

— Fakt.

— Jego żona przyszła do mnie dziś wieczorem i poprosiła, żebym ustalił, co się z nim stało. Policja metropolitalna ma go na liście osób zaginionych. Zlecili sprawę jednemu z mundurowych.

— Pewnie wypruwają sobie flaki, żeby go znaleźć.

Uśmiechnąłem się ponuro.

— Mam wrażenie, że posterunkowy, pan Pracuś, zbytnio się tym nie przejął.

— Chcesz do niego zadzwonić?

— Taak. Już się nie mogę doczekać serdecznej pogawędki z funkcjonariuszem policji metropolitalnej.

— Mogę popytać tu i tam, jeśli ułatwi ci to sprawę.

— Nie, nie trzeba — odpowiedziałem. — Dam ci znać, jeśli będę potrzebować pomocy.

— Rozumiem. Zaraz prześlę prośbę, ale zostanie przyjęta dopiero rano. Powołam się na dawną przysługę i nadam sprawie wyższy priorytet, żeby dostarczyć ci coś przed południem. Będziesz w domu?

— Tak. Wpadniesz?

— Biorę udział w turnieju golfa w Ruislip. Nie mogę nic obiecać, ale jeśli coś zdobędę, podrzucę ci do domu. Najpewniej około dziesiątej albo dziesiątej trzydzieści.

— Doskonale. Dzięki, stary.

— Nie dziękuj. Wisisz mi partyjkę golfa.

□ □ □

Kwadrans później pociąg linii Piccadilly wjechał na stację Gloucester Road. Dochodziła dwudziesta trzecia trzydzieści pięć, na peronie nie było nikogo. Gdzieś nade mną, tam gdzie linie Circle i District biegną równolegle do siebie, Sam Wren wsiadł do wagonu metra i więcej z niego nie wysiadł.

Drzwi otworzyły się ze świstem. Wychyliłem się i rozejrzałem po stacji. Rankiem szesnastego grudnia 2011 roku musiało być tu inaczej. Sam wsiadł do pociągu innej linii, na innym peronie i wyruszył w zupełnie innym kierunku. Pewnie otaczali go podróżni. Jednak główna zagadka pozostała: jak człowiek może zniknąć w wagonie metra? Musiałby wysiąść, nawet gdyby dojechał do stacji końcowej, bo każda podróż gdzieś się kończy. Gdyby wysiadł na innej stacji linii Circle, zamiast na stacji Westminster, zostałoby to utrwalone na nagraniu z kamer telewizji przemysłowej.

Może Julia naprawdę wierzyła, że nic takiego nie miało miejsca, a może posterunkowy, który założył teczkę Sama w kartotece osób zaginionych i obejrzał nagrania, zrobił to pobieżnie, nie dbając o to, by poznać prawdę. W rzeczywistości, niezależnie od tego, jak dobrze to ukryto, w pewnym momencie Sam musiał wysiąść z pociągu.

Bo prawdziwe magiczne sztuczki nie istnieją.

Istnieje tylko iluzja.

5

Następnego ranka Liz wyszła wcześnie. Nie potrzebowała dużo snu i między innymi dlatego była taka dobra w swoim fachu. Mniej snu oznaczało więcej czasu na przygotowanie, a solidniejsze przygotowanie dawało lepsze wyniki na sali sądowej. Często gdy zwlekałem się z łóżka, widziałem ją pochyloną nad laptopem w salonie, pracującą od wielu godzin. Dziś było inaczej.

Ubrałem się i ruszyłem do drzwi — do mojego prawdziwego domu. Na dworze panował chłód. Mój dom był zwrócony na północ, więc słońce zaglądało do okien jedynie rano i wieczorem, z obu stron działki. Nie miałem nic przeciwko temu. Lubiłem lato, ale wolałem chłodniejsze wnętrza.

Chodząc po pokojach, zacząłem zbierać rzeczy, które zamierzałem wziąć do Julii Wren. Kiedyś miałem biuro, które pozwalało oddzielić pracę od domu. Szybko jednak stało się jasne, że oba miejsca zawsze zlewają się ze sobą, bez względu na to, jak bardzo staramy się tego uniknąć, więc kiedy skończył się okres najmu, przeniosłem wszystko do domu: akta, zdjęcia i wspomnienia.

Usiadłem przy biurku w pokoju gościnnym i rozejrzałem się, czekając, aż uruchomi się mój mac. Foldery. Teczki. Notesy. Ołówki. Na ścianie wisiała korkowa tablica, której używałem w biurze. Była pełna zdjęć otrzymanych od rodzin, dla których pracowałem: zaginionych osób, często nastolatków, utrwalonych w stop-klatce, w innym życiu.

Miałem zmysł do ich odnajdywania. Liz powiedziała kiedyś, że to coś na kształt siły grawitacji, zdolności przyciągania zaginionych do światła. Choć tylko żartowała, czułem, że coś mnie z nimi łączy. Czasami było to coś więcej. Czasami czułem się za nich odpowiedzialny, jakby wiązał nas niepisany kontrakt. Może dlatego tak szybko wkraczałem do ich świata — i dlatego, czasami, byłem gotów zapuścić się tak daleko.

□ □ □

Ewan Tasker rzadko mnie zawodził. Nie zawiódł także tym razem: o dziesiątej trzydzieści zajechał na mój podjazd swoim ciemnoniebieskim porsche 911 turbo. Task miał je od lat i choć kochał jak córkę, nie było miesiąca, żeby coś się w nim nie zepsuło.

Wysiadł, zamknął drzwi i ruszył w stronę otwartej werandy. Jego postać wypełniła framugę drzwi: metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto kilogramów wagi, szeroki w ramionach i silny, choć mięśnie powoli zaczynały tracić dawny wygląd. Mimo to jedynie rzednące czarne włosy przyprószone na skroniach siwizną świadczyły, że ma już swoje lata.

Kiedy zaparzyłem kawę, poszliśmy do ogrodu za domem. Na zewnątrz było małe patio ze stołem i kilkoma krzesłami. Task klapnął na siedzisko z teatralnym westchnieniem, nawiązując do faktu, że ma sześćdziesiąt dwa lata i jest na częściowej emeryturze. Jednak oprócz imponującej postury odznaczał się błyskotliwością i przenikliwością umysłu.

— Nikogo nie przekonasz tym udawaniem emeryta — powiedziałem.

— Lubię zwodzić ludzi, żeby ulegali fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa. — Kiedy pochylił się nad filiżanką, aby wypić łyk kawy, dostrzegłem pendrive’a w kieszeni jego koszuli. Wyjął go i od razu mi podał. — To wszystko, co zdołałem zdobyć dziś rano, w tak krótkim czasie. Całkiem nieźle, nawet jak na faceta o moich umiejętnościach. Miałeś szczęście, że znam kogoś, kto zna gościa, który jest maniakiem komputerowym. — Wskazał pamięć USB. — Jedna uwaga: poprosiłeś o nagrania z pociągów linii Circle między siódmą trzydzieści a ósmą rano. W tym całym problem. Pociągi linii District, Jubilee, Northern, Waterloo i City mają kamery w wagonach, ale te z Circle i Hammersmith niestety nie. Mój człowiek powiedział, że są w trakcie odnawiania taboru, że wiele wagonów przechodzi remont, ale tak czy inaczej, sześć miesięcy temu, gdy zniknął twój facet, nie mieli jeszcze kamer.

— Zatem to nagrania z kamer na stacjach?

— Tak. Przykro mi.

— Nie przepraszaj. Jest świetnie. Naprawdę jestem ci wdzięczny, Task.

W rzeczywistości wcale nie było świetnie, bo nagranie z wnętrza wagonu pozwoliłoby mi prześledzić trasę przejazdu Sama, przyjrzeć się jego ruchom. Okazało się, że będę musiał wyłowić go z tłumu w godzinach londyńskiego szczytu, polegając wyłącznie na zapisie z kamer umieszczonych sześć metrów nad peronem.

Spojrzałem na pamięć USB i trąciłem ją palcem. Task przekazał mi nagrania ze wszystkich stacji na linii Circle z dnia zniknięcia Sama Wrena. Trzydzieści sześć stacji po dziewiętnaście godzin nagrań z każdej, łącznie jakieś sześćset osiemdziesiąt godzin filmu. Sam wsiadł do pociągu metra szesnastego grudnia około siódmej trzydzieści rano, co trochę ułatwiało pracę, ale wcale nie było takie oczywiste, kiedy z niego wysiadł. Jednym słowem, zapowiadał się paskudny ranek.

6

Gdy Task pojechał na turniej golfa, przejrzałem nagranie ze stacji Gloucester Road. Przez okno pokoju gościnnego wpadały promienie słońca, powietrze było nieruchome, a upał drażnił moją skórę. Ogarnęło mnie znajome podniecenie, które odczuwałem zwykle na początku sprawy. Brak nagrań z wnętrza wagonu był przeszkodą, ale na pewno da się ją jakoś obejść.

W lewym dolnym rogu ekranu widniała data oraz godzina nagrania. Piąta trzydzieści rano. W kadrze nie było nikogo. Po lewej stronie znajdował się peron linii District, po prawej dwa tory linii Circle: jeden dla pociągów jadących na zachód, drugi — na wschód. O piątej trzydzieści osiem w kadrze ukazała się kobieta. Stanęła pośrodku peronu i spojrzała na trzymaną w ręku komórkę. Trzy minuty później zjawili się kolejni pasażerowie, a po nich następni. O szóstej rano zaczęło się robić tłoczno.

Najechałem kursorem na oś czasu w oknie nagrania i przeciągnąłem wskaźnik odtwarzania w prawo, zatrzymując się na szóstej pięćdziesiąt. Stacja pękała w szwach. Pasażerowie wychodzili z wagonów, ale większość do nich wsiadała. Kamera umieszczona nad wejściem na peron dawała dobry przegląd sytuacji. Jeśli dom Wrenów znajdował się w odległości kilometra od stacji Gloucester Road, a Sam szedł z przeciętną prędkością trzech kilometrów na godzinę, powinien wejść na peron około siódmej dwadzieścia i znaleźć się w kadrze o siódmej trzydzieści.

Zajęło mu to nieco więcej czasu.

O siódmej czterdzieści pięć pojawił się na peronie pociągów jadących na wschód, w tłumie innych pasażerów. Na stacji panował ogromny ruch, nawet jak na dzień powszedni. W pewnym momencie Sam utkwił za parą staruszków — najwyraźniej turystów — którzy sprawiali wrażenie, jakby nabawili się nerwicy frontowej z powodu walki na łokcie toczącej się wokół nich, ale w końcu znalazł puste miejsce, dwa rzędy od krawędzi peronu. W lewej ręce trzymał styropianowy kubek z kawą, co tłumaczyło, dlatego dotarcie na stację zajęło mu tyle czasu, w prawej — teczkę. Kawa była interesującym faktem. Sugerowała rutynę, jakby ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych i nie zapowiadał żadnych niespodzianek. Jednak na bladym rozmytym nagraniu z kamer telewizji przemysłowej facet wyglądał jeszcze gorzej niż na zdjęciu, które dostałem od Julii: bledszy i chudszy, z podkrążonymi oczami. Stał nieruchomo, wpatrując się bezmyślnie w tłoczących się przed nim ludzi. Czy miałeś plan? — pomyślałem. A może podjąłeś decyzję, dopiero gdy wsiadłeś do wagonu metra?

Pociąg wjechał w kadr. Drzwi otworzyły się i zaczęła się przepychanka. Można było bez trudu rozpoznać ludzi, którzy regularnie jeżdżą na tej trasie: parli w stronę pociągu ze wzrokiem utkwionym w drzwiach, nie zwracając uwagi na wszystkich wokół. Sam zachowywał się podobnie. Kiedy ktoś próbował się wcisnąć przed niego, przyspieszał kroku.

Wsiadł do wagonu.

Drzwi się zamknęły.

Wstałem, nalałem sobie szklankę wody, wróciłem na miejsce i załadowałem drugie wideo — ze stacji South Kensington. Szybko przewijałem je do przodu. Pociąg Sama wyjechał ze stacji Gloucester Road o siódmej pięćdziesiąt jeden. Dwie minuty później zajechał na South Kensington. Zbliżyłem twarz do monitora, starając się ogarnąć chaos, który miałem przed oczami. Peron był pełen ludzi, podobnie jak na stacji Gloucester Road. Stali ściśnięci niczym sardynki w puszce. Mężczyźni i kobiety tłoczyli się na krawędzi peronu, przepychając się ku otwierającym się drzwiom.

Po chwili pojawili się w nich pasażerowie, którzy wysiadali na South Kensington. Przysunąłem się jeszcze bliżej ekranu, wcisnąłem pauzę i zacząłem ręcznie przewijać nagranie, używając kursora. Kamera znajdowała się na trzech czwartych długości peronu i obejmowała osiemdziesiąt procent składu. Na Gloucester Road Sam wsiadł do drugiego wagonu, licząc od przodu, więc jeśli w ciągu dwóch minut nie przebiegł sprintem na drugi koniec pociągu, powinienem zobaczyć, jak wysiada.

Nie wysiadł.

Na peronie był tłum ludzi. Odtworzyłem nagranie kilka razy, żeby się upewnić, ale nie dostrzegłem Sama.

Podobnie było na stacji Sloane Square.

Wiedziałem, że na stacji Victoria niełatwo będzie go wypatrzyć. Victoria to jedna z najruchliwszych stacji, przylegająca do dworca kolejowego o tej samej nazwie, nic więc dziwnego, że peron wypełniało morze głów. Wtedy coś zobaczyłem: grupę mężczyzn i kobiet ubranych w identyczne czerwone T-shirty z transparentami w dłoniach.

Demonstracja.

Zwinąłem ekran z filmem i wpisałem „demonstracja szesnastego grudnia” w wyszukiwarce Google. Na pierwszym miejscu listy wyświetlił się artykuł z „Guardiana” o marszu przed parlamentem zorganizowanym przez przeciwników cięć wydatków proponowanych przez rząd. Wtedy sobie przypomniałem. Władze poprosiły demonstrantów, żeby skorzystali z linii Circle. Ludzie dojeżdżający do pracy i turyści mieli wybrać linię District. Wyglądało na to, że niektórzy posłuchali, ale nie wszyscy. Z pewnością nie zrobił tego Sam. Jeśli zaplanował ucieczkę, nie mógł wybrać lepszego dnia.

Obejrzałem nagranie ze stacji Victoria — nadal ani śladu Sama — i przeszedłem do następnej: St. James’s Park. Kolejni demonstranci i kolejni ludzie dojeżdżający do pracy. Historia się powtórzyła: pociąg wjechał na peron — ani śladu Sama — pociąg ruszył z peronu. Załadowałem nagranie ze stacji Westminster i przesunąłem do przodu na ósmą. Pociąg Sama miał przyjechać za pięć minut, ale chciałem się przyjrzeć peronowi przed jego przybyciem.

Stacja Westminster przypominała pole bitwy: widziałem jedynie masę skłębionych ciał. Idealne miejsce do zaplanowania ucieczki. Drzwi się otworzyły. Obserwowałem uważnie każdą głowę, każdą twarz, jednocześnie gorączkowo myśląc.

Wszystko przygotowano w taki sposób, żeby jak najszybciej odsunąć ludzi od pociągów. Nad schodami pośrodku widniał napis: WYJŚCIE DLA DEMONSTRANTÓW. Na drugim końcu stacji spostrzegłem znak: WYJŚCIE DLA POZOSTAŁYCH PASAŻERÓW. Próba zapewnienia większej płynności ruchu się nie powiodła: peron był zakorkowany, ludzie stali w miejscu.

Kiedy pociąg Sama wjechał na stację, wcisnąłem pauzę i zacząłem przewijać nagranie, używając kursora. Drzwi wagonów się otworzyły i ludzie wylali się — niemal wypadli — na peron. Mieszanka członków kadry kierowniczej w garniturach i turystów o zagubionych spojrzeniach, i całe legiony czerwonych podkoszulków zmierzających na demonstrację. Fala poruszała się zbyt szybko, w zbyt wielu kierunkach, aby wszystko prześledzić, więc zatrzymałem nagranie, cofnąłem o sześćdziesiąt sekund i zacząłem od początku.

Przewijałem nagranie jeszcze wolniej. Wiedziałem, w którym wagonie jest Sam, więc skupiłem na nim uwagę, gdy tylko otworzyły się drzwi. Na peron wypadło tysiące ludzi, ale nie było wśród nich Sama. Raz lub dwa wydawało mi się, że go spostrzegłem — jasne włosy, czarny garnitur, niebieski krawat — lecz gdy facet odwrócił się twarzą w moją stronę, okazywało się, że to ktoś inny. Cofnąłem nagranie po raz trzeci i skupiłem uwagę na demonstrantach. Gdyby użył demonstracji jako przykrywki, mógłby włożyć T-shirt, jak oni. Zwolniłem prędkość przewijania i przyjrzałem się badawczo morzu twarzy. Szukałem kogoś, kto wyglądałby podobnie jak Sam. Kogoś w czerwonym podkoszulku włożonym na garnitur albo na koszulę z krawatem. Kogoś, kto niesie w ręku marynarkę, teczkę lub jedno i drugie. Nadal nic. Za czwartym, ostatnim razem skupiłem uwagę na wagonie. Miałem nadzieję, że gdy nieco opustoszeje, zobaczę Sama w środku. Nadal ani śladu.

Później na peronie rozpętała się bójka.

Tłum zafalował i zaczął odsuwać się we wszystkich kierunkach, by nie dać się wciągnąć w bijatykę. Przypominało to wirowanie chmur wokół oka cyklonu. Szybko zrozumiałem, co się stało. Dwaj mężczyźni, jeden w czerwonej koszulce demonstrantów, drugi w białej, z brytyjską flagą na plecach, okładali się pięściami.

Sześciu pracowników ochrony metra, stojących przy ścianie, ruszyło ku nim, ale ludzie przystanęli, żeby zobaczyć, co się dzieje, i powstał zator. Zaciekawieni pasażerowie wyglądali z wagonów. Niektórzy nawet wyszli na peron. Z dolnej części kadru wyłonił się kolejny ochroniarz, pokazujący ludziom, by przeszli dalej i nie blokowali drogi. Mimo to na peronie zapanował kompletny chaos: pasażerowie ignorowali ochroniarza, jakby go nie słyszeli ani nie widzieli. Jakby bardziej interesowało ich to, co się dzieje z przodu peronu. W ciągu dziesięciu sekund personel metra zdołał utworzyć coś w rodzaju prowizorycznej ściany: trzech ochroniarzy otoczyło półkolem walczących, a trzech pozostałych próbowało rozdzielić mężczyzn i przesunąć gapiów dalej. Potrzebowali dwudziestu sekund, żeby zapanować nad sytuacją. Dwaj mężczyźni zostali wyprowadzeni środkowym wyjściem, a pozostali ochroniarze ruszyli naprzód, przywracając płynność ruchu. Kiedy człowiek w białym T-shircie zbliżył się do kamery, spostrzegłem napis z przodu koszulki: ZREDUKOWANY DZISIAJ, SILNIEJSZY JUTRO.

W całym tym rozgardiaszu nie dostrzegłem ani śladu Sama.

Nikogo, kto choćby w najmniejszym stopniu by go przypominał.

Odtworzyłem nagranie jeszcze raz, od chwili, gdy jego pociąg wjechał na stację, do momentu, gdy ją opuścił. Pomyślałem, że Sam mógł przejść wagonami, ale uznałem, że to niemożliwe. W środku panował taki ścisk, że ludzie ledwie mogli oddychać, a co dopiero przechodzić z jednego wagonu do drugiego. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że Sam pozostał w tym samym wagonie pomiędzy stacjami Gloucester Road i Westminster. Nie wypatrzyłem na peronie twarzy, która przypominałaby jego twarz, nikogo, kto był identycznie ubrany, miał tę samą budowę ciała lub trzymał tę samą teczkę. Zauważyłbym go mimo tłoku.

Oznaczało to, że nadal jest w pociągu.

Do sprawdzenia pozostało trzydzieści kolejnych stacji.

□ □ □

Trzy godziny później zatrzymałem nagranie na stacji końcowej Hammersmith. Wcisnąłem pauzę i rozpocząłem ręczne przewijanie. Z wagonu wysiadło około dwudziestu osób. Niektórzy podążali grupami, ale większość szła oddzielnie, łatwa do zidentyfikowania. Żaden z pasażerów nie był Samem Wrenem. Prześledziłem jego pociąg na całej linii Circle, a nawet — w akcie graniczącym z desperacją — cofnąłem się ze stacji Gloucester Road do stacji Edgware Road, na dziesięć minut zanim wsiadł do wagonu, ale nie dostrzegłem go ani razu.

Kamera na stacji Hammersmith była umieszczona niżej niż na innych stacjach, co dawało lepszy obraz wagonów. W środku nie było nikogo. Mimo to nie wyłączyłem nagrania i kilka minut później z dołu kadru wyszli dwaj pracownicy metra ubrani w jasnopomarańczowe kamizelki. Zaczęli iść wzdłuż peronu, sprawdzając każdy wagon. Potem drzwi się zamknęły. Robotnicy zamienili kilka słów z maszynistą i pociąg ruszył, by po chwili zniknąć w tunelu.

Gdzie on się podział, u licha?

Będę musiał ponownie obejrzeć nagranie.

Każdą sekundę materiału wideo. Każdą stację. Każdą twarz.

Każdą scenę aktu zniknięcia Sama Wrena.

7

9 styczniaPięć miesięcy wcześniej

Healy wszedł do biura i ruszył do swojego biurka z tyłu sali, mijając resztki bożonarodzeniowych dekoracji zwisających z tablic i ekranów monitorów. Podczas jego dwumiesięcznej nieobecności należącego do niego biurka używano jako wysypiska śmieci — wydruki komputerowe, teczki, zbieranina papeterii i czasopism nadawały mu wygląd osuwiska utworzonego z porzuconych przedmiotów. Na drugim końcu blatu wznosiły się wieże z kubków po kawie z automatu. Gdzieniegdzie widać było miejsca, w których je przewrócono i nie wytarto rozlanego płynu. Lepkie resztki kawy utworzyły małe sadzawki, a dywan obok biurka pstrzyły plamy, tam gdzie krople skapnęły na podłogę.

Jedyną rzeczą, której nie tknięto, były jego fotografie, przyszpilone do ściany po lewej stronie biurka. Pięć zdjęć: portrety żony i trojga dzieci oraz fotografia całej rodziny zrobiona w dawnych, szczęśliwszych czasach, podczas wakacji na Majorce. Usiadł za biurkiem i przysunął się bliżej zdjęć, zatrzymując wzrok na Leanne. Coś drgnęło w jego krtani, jakby serce podeszło mu do gardła. Odwrócił się, nie chcąc, by emocje wzięły górę.

Zaczął sprzątać, zgarniając wszystko z blatu do kosza. Potem poszedł do aneksu kuchennego po ścierkę i wytarł plamy po kawie. Jakieś dziesięć minut później, zaraz po szóstej rano, podniósł głowę na widok dwóch mężczyzn wchodzących do pokoju, śmiejących się z czegoś, co powiedział jeden z nich. Kiedy zauważyli Healy’ego, przystanęli na chwilę — zastygli w bezruchu — a później próbowali to ukryć, kontynuując rozmowę. Znali się — tamci dwaj nazywali się Richter i Sallows — ale podziały wewnątrz wydziału kryminalnego były faktem. Faktem, z którym musiał się pogodzić. Niektórzy rozumieli, dlaczego tak postąpił. Wiedzieli, co przeszedł i jakie złamał przepisy. Inni mieli go za lekkomyślnego drania. Za człowieka, któremu nie można zaufać.

Dwadzieścia minut później, kiedy biurko było już sprzątnięte, a komputer pracował w najlepsze, kątem oka dostrzegł, że ktoś idzie w jego stronę. O tej porze w biurze panował spory ruch. Healy zdążył już odbyć krótką rozmowę z dwoma detektywami. Pierwszy z nich, Frey, przyszedł do nich, gdy Healy był zawieszony. Frey powiedział, że przykro mu z powodu Leanne. Drugi gliniarz nazywał się Sampson. Znali się od czasów, gdy obaj po raz pierwszy włożyli policyjne mundury, ale ich zażyłość w najlepszym razie ograniczała się do pozdrowienia skinieniem głowy. Do tej pory ludzie nie okazywali mu wrogości, gdy jednak odwrócił się, żeby zobaczyć, kto do niego idzie, wiedział, że niebawem sytuacja ulegnie zmianie.

— Strzeż się — usłyszał głos. — To Powrót żywych trupów.

Z boku pokoju doleciały go szepty. Healy podniósł głowę i zobaczył, że Richter i Sallows uśmiechają się na widok nadchodzącego Eddiego Davidsona.

— Jak się masz, Eddie? — rzucił Healy. Nie spojrzał na tamtego, udając, że jest zajęty układaniem przedmiotów na biurku: wyrównywaniem, przesuwaniem i sprzątaniem. W ten sposób próbował rozładować sytuację.

Davidson był pięćdziesięcioletnim detektywem sierżantem — otyłym, agresywnym dupkiem o małych ciemnych oczkach, gęstych czarnych włosach i rozwichrzonej brodzie. Healy uważał go za najgorzej ubranego detektywa w policji i dzisiaj też się nie zawiódł: Davidson miał na sobie za ciasne dżinsy, T-shirt z czymś na kształt znaku drogowego i skórzaną kurtkę zapiętą tak wysoko, jak się dało, to znaczy niezbyt wysoko, bo nie pozwalał na to jego wielki okrągły brzuch.

Przy tym wszystkim był dobrym gliną — ani najlepszym, ani najgorszym — po prostu wystarczająco dobrym. Okazywał żarliwą, iście religijną wiarę w policję i chyba dlatego tak bardzo nienawidził Healy’ego. Bo Healy był przeciwnikiem religii, występował nawet przeciwko własnej. Do tego doszła zła krew — kiedy w ciemności rozpaczliwie poszukiwał człowieka, który porwał mu córkę, skierował broń przeciwko Davidsonowi.

— Jakie to uczucie wrócić do roboty? — zapytał Davidson.

— Przyjemne.

— Taak?

W pokoju zapanowała cisza. Wszyscy spojrzeli na nich, niektórzy ukradkiem, niektórzy otwarcie, odwracając się w ich stronę na swoich fotelach. Healy podniósł głowę.

— Tak, przyjemne.

— Jeszcze niczego nie spieprzyłeś?

Healy poczuł, że gniew ściska mu gardło, ale zdołał nad sobą zapanować. Davidson to zauważył — zesztywnienie szyi Healy’ego i napięcie mięśni — i zrozumiał, że mu dopiekł. Że rozdrapał ranę i sprawił, że krwawi. Powiódł wzrokiem po pozostałych w pokoju, jakby urabiał tłum, i przysunął się bliżej. Healy zerkał na niego przez moment.

— Masz jakąś sprawę, Eddie?

Davidson uśmiechnął się znacząco.

— To jakiś pieprzony dowcip? Przychodzisz po dwóch miesiącach i zadajesz mi takie pytanie? Nie pamiętasz, co zrobiłeś?

Healy spojrzał na niego ponownie.

— Pamiętam.

— Pamiętasz, jak wymachiwałeś mi spluwą przed nosem?

Popatrzyli sobie w oczy. Tym razem Healy nie odpowiedział, nagle odniósł wrażenie, że cała sala się skurczyła, inni detektywi przysunęli bliżej, a pomieszczenie zacisnęło się wokół niego. Oparł dłoń na blacie i nie spuszczając wzroku z Davidsona, odchylił się w fotelu, jakby potrzebował więcej przestrzeni, żeby wziąć oddech. Sierżant od razu to zauważył, przysunął sobie puste krzesło i podjechał do Healy’ego tak, że niemal dotykali się kolanami.

— Pozwól, że coś ci wyjaśnię, żeby nie było żadnych niejasności — powiedział cicho. — Nikt cię tu nie chce, Healy.

— Zapamiętam to sobie, Eddie.

— Zapamiętaj. Możesz grać zgodnie z zasadami, możesz udawać, że nic się nie stało, ale prawda jest taka, że już nie jesteś gliną. Nie jesteś jednym z nas i nigdy nie będziesz. Jesteś fałszywym draniem gotowym wbić koledze nóż w plecy.

Healy z najwyższym trudem pohamował się, by nie chwycić Davidsona za gardło. Chwilę później kątem oka dostrzegł, że ktoś stanął w drzwiach biura. Ci, którzy też to zauważyli, nagle zaczęli udawać bardzo zajętych pracą.

— Macie jakiś problem?

Wszyscy spojrzeli na detektyw nadinspektor Melanie Craw, wysoką, szczupłą czterdziestokilkuletnią kobietę. Stała oparta o framugę, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i zrezygnowanym wyrazem twarzy.

— Nie, proszę pani — odparł Davidson, natychmiast się odsuwając.

— Healy?

Spojrzał na nią, a później na Davidsona. Sierżant, który stał tak, że Craw nie widziała jego twarzy, uśmiechnął się kącikiem ust.

— Nie — odrzekł po chwili Healy. — Nic się nie stało.

□ □ □

Wieczorem, kiedy wyszedł z budynku i ruszył do samochodu, który zostawił po drugiej stronie parkingu, zauważył jakiś przedmiot wetknięty pod wycieraczkę. Wyciągnął rękę, wyjął go i wytarł wodę.

Nóż zabawka.

Odwrócił się w stronę posterunku i dostrzegł ruch w jednym z okien. Ktoś pojawił się i znikł. Healy odebrał wiadomość: Fałszywy drań gotowy wbić koledze nóż w plecy.

8

Przed wyjazdem do Julii wykonałem kilka szybkich telefonów. Najpierw zadzwoniłem do Spike’a, mojego dawnego informatora z czasów, gdy pracowałem w gazecie. Spike był dwudziestokilkuletnim rosyjskim hakerem i wciąż przebywał w Wielkiej Brytanii, choć jego wiza studencka już dawno przestała być ważna. Gdy pracowałem jako dziennikarz, zawsze mogłem na niego liczyć. Facet potrafił sforsować dowolny system zabezpieczeń w taki sposób, by nie pozostał żaden ślad, zgarniając nazwiska, numery telefonów, adresy e-mailowe, a nawet wyciągi z kart kredytowych i kontrakty. Dopóki nie pamiętałem, że jest przestępcą, a ja jego wspólnikiem, był bezkonkurencyjnym źródłem informacji.

— Słucham, tu pizzeria.

Uśmiechnąłem się.

— Cześć Spike, mówi David Raker.

— David!

Spike mieszkał w Anglii tak długo, że mówił niemal bez akcentu. Dało się wyczuć jedynie słabe nosowe brzmienie, skorygowane i wygładzone dzięki długim godzinom oglądania angielskiej telewizji.

— Jak idą interesy? Wiesz, w pizzerii?

Zarechotał.

— Dobrze, stary. Długo się nie odzywałeś.

— Owszem. Parę miesięcy. Tęskniłeś?

— Za twoimi pieniędzmi. Czym mogę służyć?

— Mam nadzieję, że sprawa okaże się prosta. Chciałbym, żebyś sprawdził sytuację finansową pewnego gościa. Rachunki bankowe, karty kredytowe, hipoteka, inwestycje, fundusz emerytalny. Krótko mówiąc, interesuje mnie wszystko, do czego uda ci się dotrzeć.

— Jak się nazywa ten facet?

Podałem mu nazwisko, adres i kilka dodatkowych informacji na temat Sama Wrena oraz numer komórki, który dostałem od Julii.

— Będę też potrzebował jego billingów.

— Z jakiego okresu?

— Osiemnastu miesięcy. Od stycznia ubiegłego roku do dziś. Zadzwoń do mnie na komórkę albo wyślij e-mail, kiedy tylko coś znajdziesz.

— Załatwione. Podam ci też namiar na mój bank.

„Bankiem” Spike’a była szafka w miejscowej siłowni. Z oczywistych powodów facet posługiwał się wyłącznie gotówką, a szafki używał jako dziupli, zmieniając kombinację zamka szyfrowego za każdym razem, gdy klient umieścił w niej zapłatę za wykonaną robotę.

Następnie wybrałem numer służbowy brata Sama, Roberta, ale od razu włączyła się poczta głosowa. Gość wyjechał z kraju w interesach i miał wrócić dopiero w piątek. Za czterdzieści osiem godzin. Zostawiłem wiadomość, wyjaśniając, kim jestem i co robię, oraz przekazując swój numer komórki.

Na koniec zajrzałem do listy nazwisk od Julii i wykonałem telefon do posterunkowego Briana Westerleya, gliniarza, który sporządził raport o zaginięciu Sama. Odezwał się radosnym głosem po trzecim sygnale. Kiedy się przedstawiłem i wyjaśniłem, dlaczego dzwonię, jego nastrój nagle się zmienił. Szybko zrozumiałem, że jeśli mam się od niego czegoś dowiedzieć, muszę na to zapracować lub przyprzeć go do muru. Bardzo często mundurowi są gliniarzami, z którymi najtrudniej współpracować. Niewielka władza, jaką posiadają, powoduje, że wykorzystują pierwszą okazję, żeby ją komuś narzucić.

— Nie mogę przekazać panu żadnych informacji — oświadczył z akcentem wskazującym, że przeszedł do defensywy. Mówił, jakby dobiegał sześćdziesiątki i pochodził z północnego wschodu. — Jeśli pani Wren chce ze mną porozmawiać, może przyjść na komendę.

— Już to zrobiła.

Milczał chwilę, nie wiedząc, co powiedzieć. Skłamałem, ale nawet po krótkiej wymianie zdań było oczywiste, że facet ma kłopot z przypomnieniem sobie szczegółów sprawy. Pewnie pamiętał część z metrem — ile dochodzeń w sprawie osób zaginionych zaczynało się tak, jak w przypadku Sama? — ale nic więcej. W rzeczywistości Julia zadzwoniła do niego parę tygodni po zgłoszeniu zaginięcia męża, by spytać o nagrania z kamer telewizji przemysłowej w metrze, zamiast osobiście przyjść na posterunek. Ale nie miało to większego znaczenia. Nawet gdyby się tam zjawiła i usiadła mu na kolanach, nie potrafiłby powiedzieć, kim jest.

— Nie jestem pewny, czy pani Wren…