Wydawca: Burda Książki Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bez litości - Douglas Preston

Agent specjalny Pendergast kontynuuje swoją prywatną krucjatę. Odkrył, że śmierć jego żony przed dwunastoma laty w Afryce, podczas polowania na lwa ludojada, nie była nieszczęśliwym wypadkiem. Podąża tropem kolejnych osób zamieszanych w tę sprawę. Ujawnia nowe wątki i szerszy kontekst całej historii, która może łączyć się z mglistą przeszłością Helen i jej brata Judsona. Pendergast nie zawaha się przed niczym, aby poznać prawdę o śmierci żony, prawdę, która zaprowadzi go na szkockie moczary i do zapomnianego grobu kobiety, o której istnieniu nie miał dotąd pojęcia. „Powieść z aurą tajemnicy, pełna zaskakujących przygód, wartkiej akcji i wyrazistych postaci”. „Autorzy tak sprawnie stworzyli barwne, frapujące postacie, że z lubością wracamy do ich świata, poznając kolejne tajemnice, towarzysząc działaniom zakrojonym na szeroką skalę: od posępnych moczarów Szkocji, po zakamarki nowojorskiego zakładu psychiatrycznego dla umysłowo chorych przestępców. Bez litości to pasjonująca lektura dla każdego”. Examiner Douglas Preston i Lincoln Child są autorami wielu intrygujących, uznanych przez krytykę i czytelników, bestsellerowych thrillerów, . Relikt, Relikwiarz, Gabinet osobliwości, Martwa natura z krukami, Siarka, Taniec śmierci, Księga Umarłych, Granice szaleństwa, Bez litości, Laboratorium, Zabójcza fala, Nadciągająca burza i Miecz Gideona.

Opinie o ebooku Bez litości - Douglas Preston

Fragment ebooka Bez litości - Douglas Preston

DouglasPreston

LincolnChild

Bez litości

Fragment

Przełożył Robert P. Lipski

Lincoln Child dedykuje tę książkę swojej córce Veronice

Douglas Preston dedykuje tę książkę Marguericie, Laurze i Oliverowi Prestonom

1

Cairn Barrow, Szkocja

Gdy wspięli się na jałową grań Beinn Dearg, kamienny zameczek myśliwski Kilchurn rozpłynął się w ciemnościach. Pozostała jedynie łagodna żółtawa poświata okien rezydencji rozmywająca się w przesyconym mgłą powietrzu. Kiedy Judson Esterhazy i agent specjalny Aloysius Pendergast dotarli na grzbiet grani, przystanęli, zgasili latarki i nasłuchiwali z uwagą. Była piąta rano, zbliżał się świt; zaraz samce powinny rozpocząć porykiwania.

Żaden z mężczyzn się nie odezwał. Tylko wiatr szemrał wśród traw i zawodził pomiędzy oszronionymi skałami, ale nie wychwycili najmniejszych oznak poruszenia.

– Przyszliśmy za wcześnie – powiedział w końcu Esterhazy.

– Być może – mruknął Pendergast.

Wciąż czekali, gdy pierwsze oznaki szarego jeszcze światła pojawiły się na horyzoncie, podkreślając kształty samotnych szczytów Grampianów i rzucając upiorny blady blask na całą okolicę. Powoli krajobraz wokół nich zaczął się wyłaniać z ciemności. Zameczek myśliwski został daleko w tyle; kamienne wieżyczki i blanki poprzecinane pasmami wilgoci, otoczone strzelistymi czarnymi sosnami, masywnymi, ciężkimi i milczącymi. Przed nimi wznosiły się granitowe skały Beinn Dearg, rozpływające się w mroku powyżej. Po zboczu masywu spływał potok przeradzający się w ciąg kaskad zmierzających wartko ku czarnym wodom Loch Duin, trzysta metrów niżej, prawie niewidocznym w słabym świetle przedświtu. Na prawo od nich, nieco niżej, rozciągał się skraj rozległych bagien znanych jako Grzęzawisko, zasnuty podnoszącymi się wstęgami mgieł, które niosły ze sobą ledwie wyczuwalną woń rozkładu i gazu błotnego mieszającą się z mdlącym zapachem przekwitających wrzosów.

Bez słowa Pendergast zarzucił sztucer na ramię i zaczął iść wzdłuż konturu grani, kierując się ku łagodnej stromiźnie pod górę. Esterhazy podążył za nim, a myśliwska czapka z daszkiem ocieniała mu twarz, ukrywając jego emocje. Gdy wspięli się wyżej, ich oczom ukazało się Grzęzawisko, zdradliwe, rozciągające się aż po horyzont, od zachodu ograniczone rozległymi czarnymi wodami wielkich moczarów Inish.

Po kilku minutach Pendergast zatrzymał się i uniósł rękę.

– Co się dzieje? – zapytał Esterhazy.

Odpowiedź nadeszła, ale nie od Pendergasta. Echo dziwnego dźwięku napłynęło od strony ukrytej górskiej doliny, obcy i przerażający ryk wielkiego byka w rui. Odgłos, pulsujący i przeciągły, poniósł się nad górami i moczarami jak żałobny lament potępionych dusz. Przepełniały go gniew i agresja, gdyż samce jeleni krążące wśród szczytów i trzęsawisk staczały między sobą pojedynki nierzadko na śmierć i życie, a stawką w tych walkach było przejęcie władzy nad haremem łań.

Rykowi odpowiedział drugi, który rozbrzmiał bliżej, od strony brzegów jeziora, a zaraz potem kolejny, z głębi lądu. Jeden po drugim donośne, grzmiące ryki rozlegały się w całej okolicy, aż zdawało się, że od tych dźwięków trzęsie się ziemia. Dwaj mężczyźni przysłuchiwali się w milczeniu wszystkim odgłosom, zapamiętując kierunek, skąd dochodziły, ich tembr i natężenie.

W końcu odezwał się Esterhazy, prawie niesłyszalnie wśród szumu wiatru.

– Ten w dolinie to prawdziwy potwór.

Pendergast milczał.

– Uważam, że powinniśmy pójść za nim.

– Ten na Grzęzawisku – mruknął Pendergast – jest jeszcze większy.

Cisza.

– Nie wątpię, że znasz reguły myśliwskie dotyczące zapuszczania się na bagna.

Pendergast wykonał krótki, zbywający gest bladą dłonią.

– Nie dbam o reguły. A ty?

Esterhazy zacisnął tylko usta.

Czekali, gdy szary świt rozkwitł nagle czerwienią po wschodniej stronie nieba i coraz silniejszy blask zaczął napływać nad surową szkocką wyżynę. Daleko w dole Grzęzawisko wyglądało teraz jak ziemie jałowe pełne czarnych sadzawek, krętych strumyków błotnistej wody, zdradliwych moczarów i zabójczych lotnych piasków czających się wśród spłachetków zwodniczych trawiastych łąk i skupisk pogruchotanych kamieni.

Pendergast wyjął z kieszeni niewielką lunetę, rozłożył ją i zaczął przepatrywać Grzęzawisko. Po chwili podał lunetę Esterhazyemu.

– Jest pomiędzy drugim a trzecim skalistym wzgórzem, prawie kilometr w głąb bagien. Byk samotnik. Bez haremu.

Esterhazy patrzył z przejęciem.

– Wygląda, że to dwunastak.

– Trzynastak – poprawił Pendergast.

– Tego w dolinie łatwiej byłoby nam podejść. Mielibyśmy lepszą osłonę. Nie jestem pewien, czy mamy choćby cień szansy na ustrzelenie tego jelenia z Grzęzawiska. Pomijając kwestię... ryzyka związanego z samym tylko zapuszczeniem się tam, byk zauważy nas z odległości ponad kilometra.

– Przejdziemy wzdłuż linii prostej wyznaczonej przez tamto drugie, większe kamienne wzgórze, które osłoni nas przed wzrokiem byka. Wiatr też mamy po swojej stronie.

– Ale grunt na bagnach jest zdradliwy.

Pendergast odwrócił się do Esterhazyego i wpatrywał się przez kilka niezręcznych sekund w jego dobrze odżywioną twarz o wysokim czole.

– Boisz się, Judsonie?

Esterhazy zbity z tropu zbył słowa agenta wymuszonym chichotem.

– Oczywiście, że nie. Zastanawiałem się tylko, jakie mamy szanse na powodzenie. Po co marnować czas na bezowocny pościg po całym Grzęzawisku, skoro tam na dole, w wąwozie czeka na nas równie dobry jeleń?

Pendergast, zamiast odpowiedzieć, sięgnął do kieszeni i wyjął jednofuntową monetę.

– Wybieraj.

– Orzeł – powiedział z wahaniem Esterhazy.

Pendergast podrzucił monetę, złapał i przyklepał na przedramieniu.

– Reszka. Pierwszy strzał jest mój.

Pendergast poprowadził w dół zbocza Beinn Dearg. Nie było tam ścieżki, tylko popękane skały, niska trawa, drobne kwiaty polne i porosty. Kiedy noc ustąpiła miejsca porankowi, nad Grzęzawiskiem zgęstniała mgła, zalegając w niżej położonych miejscach i wspinając się po ścieżkach kamiennych pagórków i głazów.

Skradając się bezgłośnie, dwaj mężczyźni zeszli w dół stoku i zbliżyli się do obrzeży Grzęzawiska. Gdy dotarli do niewielkiej kotliny, doliny górskiej zwanej po szkocku corrie, u podnóża Beinn, Pendergast gestem dał znak, aby się zatrzymać. Jeleń szkocki miał nadzwyczaj wyczulone zmysły i myśliwi musieli podjąć najwyższe środki ostrożności, aby zwierzyna nie wypatrzyła ich, nie usłyszała czy nie zwietrzyła.

Kiedy podkradli się na skraj corrie, Pendergast wyjrzał ponad jej obrzeżem.

Jeleń znajdował się jakiś kilometr dalej i zapuszczał się powoli w głąb Grzęzawiska. Jak na komendę wielki samiec uniósł łeb, powęszył przez chwilę i wydał z siebie kolejny rozdzierający bębenki w uszach ryk, którego echo przetoczyło się i rozpłynęło wśród głazów, po czym potrząsnął łbem i powrócił do obwąchiwania gruntu i skubania źdźbeł trawy.

– Mój Boże – wyszeptał Esterhazy. – Jest ogromny.

– Musimy iść szybko – rzekł Pendergast. – Kieruje się w głąb Grzęzawiska.

Przeszli wzdłuż obrzeża kotliny, nie wychodząc z niecki, dopóki nie znaleźli się w linii prostej z jeleniem, przesłonięci masywem skalnego pagórka. Dopiero wtedy zaczęli podchodzić w stronę zwierzęcia. Brzegi Grzęzawiska po długim lecie stwardniały, więc poruszali się szybko, bezgłośnie, przestępując z jednej porośniętej trawą wypukłości terenu na drugą, jakby szli po palach. Kiedy znaleźli się w cieniu pagórka, przykucnęli za nim. Wiatr wciąż im sprzyjał i usłyszeli ponownie ryk starego byka, wyraźny znak, że nie wyczuł ich obecności. Pendergast zadrżał; odgłos ryku pod sam koniec skojarzył mu się niepokojąco z rykiem lwa. Gestem dał Esterhazyemu znak, żeby został za głazem, a sam podkradł się do krawędzi pagórka i ostrożnie wyjrzał spoza skał.

Jeleń stał kilometr dalej, unosząc łeb i poruszając się nerwowo. Znów potrząsnął łbem, jego masywne poroże aż lśniło. Raz jeszcze uniósł łeb i zaryczał. Trzynastak – co najmniej dwanaście metrów poroża. To dziwne, że teraz, kiedy sezon rui był już od dawna w pełni, samiec wciąż jeszcze nie zgromadził potężnego haremu. Wyglądało na to, że niektóre samce były urodzonymi samotnikami.

Wciąż jeszcze znajdowali się zbyt daleko, by oddać pewny strzał. Celny to za mało; zwierzęcia takich rozmiarów nie można było tylko zranić. Strzał musiał być pewny. Zabójczy.

Pendergast wrócił za skałę i przykucnął obok Esterhazyego.

– Jest kilometr stąd. Za daleko.

– Właśnie tego się obawiałem.

– Jest diabelnie pewny siebie – skwitował Pendergast. – Ponieważ nikt nie poluje na Grzęzawisku, nie jest tak czujny, jak powinien. Wiatr wieje w naszą stronę, a on się od nas oddala. Myślę, że mamy szansę podążyć za nim przez otwartą przestrzeń.

Esterhazy pokręcił głową.

– Grunt przed nami wygląda dość zdradziecko.

Pendergast wskazał na piaszczysty obszar przylegający do ich kryjówki, gdzie widać było tropy jelenia.

– Pójdziemy po jego śladach. Jeżeli ktokolwiek zna drogę przez Grzęzawisko, to na pewno on.

Esterhazy wyciągnął rękę.

– Prowadź.

Wyjęli strzelby i cichcem wyszli zza skalnego pagórka, kierując się w stronę samca. Byk rzeczywiście był zdezorientowany, skupiony na czymś, co zwietrzył w podmuchach wiatru z północy, i prawie nie zwracał uwagi na to, co działo się za nim. Jego posapywanie i ryki zagłuszyły odgłos stąpania myśliwych.

Zbliżali się z największą ostrożnością, przystając za każdym razem, kiedy zwierzę zawahało się lub odwróciło. Z wolna zaczęli je podchodzić. Byk wciąż zmierzał coraz dalej w głąb bagien, najwyraźniej podążając za jakąś wonią. Posuwali się za nim w całkowitej ciszy, mocno pochyleni, prawie przykucnięci, ich szkockie ubiory kamuflażowe idealnie wtapiały się w krajobraz moczarów. Trop jelenia prowadził po niemal niedostrzegalnych wypukłościach twardego gruntu, ślady snuły się wężowato wśród płynących leniwie potoków, drżących bagien i spłachetków traw. Czy to za sprawą niepewnego gruntu, polowania czy też z jakiejś innej przyczyny napięcie w powietrzu zdawało się narastać.

Stopniowo zmniejszyli dystans do ofiary do trzystu metrów – na odległość strzału. Byk tymczasem znów się zatrzymał i obrócił bokiem, węsząc niespokojnie. Prawie niedostrzegalnym gestem dłoni Pendergast nakazał Esterhazyemu, aby przystanął i ostrożnie wyciągnął się na ziemi. Wysuwając swój sztucer H&H .300 do przodu, przyłożył lunetkę do oka i starannie wycelował. Esterhazy pozostał dziesięć metrów za nim, przykucnięty i nieruchomy jak skała.

Pendergast zestroił nitki celownika na miejscu znajdującym się tuż przed kłębem zwierzęcia, wziął głęboki oddech i zaczął ściągać spust.

W tej samej chwili poczuł na karku zimny dotyk stali.

– Wybacz, stary – rzekł Esterhazy. – Podnieś sztucer jedną ręką i odłóż na ziemię. Powoli i spokojnie.

Pendergast odłożył broń.

– Wstań. Powoli.

Esterhazy cofnął się, celując do agenta FBI z karabinu myśliwskiego. Nagle wybuchnął śmiechem, którego oschły dźwięk przetoczył się echem ponad moczarami. Kątem oka Pendergast dostrzegł, jak jeleń drgnął nerwowo i spłoszony umknął w głąb bagien, po czym rozpłynął się wśród mgieł.

– Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie – powiedział Esterhazy. – To doprawdy tragedia, że po upływie dwunastu lat nie chciałeś odpuścić tej sprawy.

Pendergast milczał.

– Pewnie zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Właściwie to nie – odparł beznamiętnie Pendergast.

– To ja jestem człowiekiem, którego szukałeś, tym nieznanym mocodawcą przy Projekcie Aves. Tym, którego nazwiska nie chciał ci zdradzić Charles Slade.

Żadnej reakcji.

– Udzieliłbym ci dokładniejszych wyjaśnień, ale po co? Przykro mi, że muszę to zrobić. Zdajesz sobie sprawę, że nic do ciebie nie mam.

Nadal żadnej reakcji.

– Zmów ostatnią modlitwę, bracie.

Esterhazy uniósł karabin myśliwski, wycelował i nacisnął spust.

2

W wilgotnym powietrzu rozległ się cichy szczęk.

– Chryste! – wycedził przez zęby Esterhazy, po czym szybko odciągnął rygiel zamka, wyjął wadliwy nabój i wprowadził na jego miejsce nowy.

Szczęk.

Pendergast poderwał się błyskawicznie, podniósł swój sztucer i wymierzył w Esterhazyego.

– Twój niezbyt sprytny plan zawiódł. Domyśliłem się, co kombinujesz, odkąd w swoim na pozór szczerym liście zapytałeś, jaką broń zamierzam zabrać. Obawiam się, że amunicja w twoim karabinie została spreparowana. I tak cała sprawa zatoczyła pełen krąg: od ślepaków, którymi załadowałeś strzelbę myśliwską Helen, po uszkodzone naboje w twoim karabinie tu i teraz.

Esterhazy energicznie zaczął jedną ręką przesuwać ryglem, w szaleńczym tempie opróżniając broń z wadliwych naboi, drugą zaś sięgnął do chlebaka po nowe pociski.

– Przestań albo cię zastrzelę – wycedził Pendergast.

Ignorując go, Esterhazy usunął z magazynka karabinu ostatni nabój, włożył do komory nowy, po czym zaryglował zamek.

– Doskonale. To za Helen. – Pendergast pociągnął za spust.

Rozległo się stłumione pyknięcie.

W momencie kiedy Pendergast uświadomił sobie, co się stało, rzucił się do tyłu, dając nurka za występ skalny, a w tej samej chwili Esterhazy wystrzelił. Ostry pocisk zrykoszetował od skalnego nawisu, rozpryskując wokoło kamienne drobinki. Pendergast przeturlał się jeszcze dalej za skalną osłonę i strzelił, ale Esterhazy też zdążył się ukryć po drugiej stronie niewielkiego pagórka i natychmiast odpowiedział ogniem, a jego kolejne kule z wizgiem odbiły się od kamieni, za którymi schronił się Pendergast. Teraz obaj byli osłonięci po przeciwnych stronach tego samego pagórka. Śmiech Esterhazyego raz jeszcze zakłócił ciszę.

– Wygląda na to, że twój niezbyt sprytny plan także zawiódł. Spodziewałeś się, że pozwolę ci tutaj przyjść ze sprawnym sztucerem? Wybacz, stary, ale usunąłem z niego iglicę.

Pendergast leżał na boku, przywierając ciałem do skały, i ciężko oddychał. Sytuacja była patowa – znajdowali się po dwóch stronach tego samego niedużego pagórka. To oznaczało, że ten, kto pierwszy dotrze na górę...

Pendergast poderwał się na nogi i jak pająk zaczął się wspinać po skalnej ścianie. Dotarł na szczyt w tej samej chwili co Esterhazy i zwarli się w brutalnym uścisku. Mocowali się na wierzchołku pagórka, zanim runęli i spleceni w morderczej walce sturlali się po kamiennym zboczu. Odpychając Esterhazyego do tyłu, Pendergast uniósł rękę, w której trzymał trzydziestkędwójkę, ale Esterhazy uderzył w nią lufą karabinu. Bronie zderzyły się przy wtórze metalicznego brzęku jak miecze i wystrzeliły równocześnie. Pendergast jedną ręką schwycił za lufę karabinu Esterhazyego i gdy zaczęli się siłować, agent odrzucił swój pistolet, próbując szarpnięciem oburącz wyrwać broń swojemu przeciwnikowi.

Walka wręcz trwała, cztery dłonie zaciśnięte na jednym karabinie, dwa ciała miotające się i skręcające; walczący próbowali uwolnić się od siebie. Pendergast wychylił się do przodu i zatopił zęby w dłoni Esterhazyego, rozszarpując ją. Z głośnym rykiem Esterhazy rąbnął go głową, odrzucając agenta FBI do tyłu, i brutalnie kopnął go w bok. Szarpiąc się zaciekle, znowu wylądowali na popękanych, oszronionych głazach, a ich kamuflażowe ubrania były porozrywane i postrzępione.

Opierając palec na spuście, szarpiąc i naciskając, Pendergast doprowadził do tego, że broń wypaliła raz za razem, aż do opróżnienia magazynku. Agent puścił wtedy karabin i rąbnął pięścią w głowę Esterhazyego, ale ten odwrócił karabin i zamachnął się nim jak maczugą, trafiając Pendergasta w pierś. Pendergast chwycił kolbę, znów próbując wyszarpnąć tamtemu broń, ale Esterhazy zaskoczył go, pociągając do przodu i wymierzając równocześnie potężne kopnięcie, które nieomal złamało mu nos. Buchnęła krew, a Pendergast zatoczył się do tyłu, potrząsając głową i próbując odzyskać ostrość widzenia, lecz w tej samej chwili Esterhazy skoczył na niego i ponownie trzasnął go w twarz kolbą karabinu. Przez mgłę i krew widział, jak Esterhazy wyjmuje z chlebaka nowe naboje i załadowuje do magazynka karabinu myśliwskiego.

Kopnięciem podbił lufę i rzucił się w bok, kiedy huknął strzał, podniósł pistolet z ziemi, tam gdzie go upuścił, przeturlał się i odpowiedział ogniem. Jednak Esterhazy już zdążył ukryć się za skałą.

Wykorzystując przewagę chwilowego zastoju, Pendergast poderwał się na nogi i zbiegł w dół zbocza, odwracając się, by wystrzelić kilka razy i zmusić w ten sposób Esterhazyego do pozostania w kryjówce, sam zaś rzucił się do ucieczki. Kiedy dotarł do podnóża pagórka, wbiegł na teren Grzęzawiska, kierując się w stronę kotliny, gdzie bardzo szybko spowił go opar wirujących mgieł.

Dopiero wtedy przystanął otoczony przez drżące błota. Grunt pod jego stopami zafalował dziwacznie jak żelatyna. Pendergast zaczął go macać przed sobą czubkiem buta i kiedy odnalazł twardy grunt, ruszył dalej w głąb Grzęzawiska, przechodząc z jednej wypukłości terenu na drugą, z kamienia na kamień, próbując unikać zdradliwych lotnych piasków, a równocześnie możliwie jak najszybciej powiększyć dystans dzielący go od Esterhazyego. Gdy tak posuwał się naprzód, usłyszał serię wystrzałów od strony kamiennego pagórka, ale wszystkie pociski poszły bokiem; Esterhazy strzelał na oślep. Pendergast wykonał skręt o trzydzieści stopni, po czym zwolnił kroku. Na Grzęzawisku, pomijając przypadkowe skupiska pogruchotanych głazów, osłonę zapewniała mu jedynie mgła. To oznaczało, że musiał trzymać się nisko.

Szedł dalej tak szybko, jak pozwalał na to rozsądek, często przystając, by zbadać stopą grunt przed sobą. Pendergast wiedział, że Esterhazy podąży za nim, bo nie ma wyboru i jest wyśmienitym tropicielem, może nawet lepszym niż on. Wyjął z chlebaka chustkę i przycisnął do nosa, usiłując zatamować upływ krwi. Czuł w piersiach zgrzytnięcia złamanego żebra, efekt zaciekłej walki. W duchu złajał sam siebie, że nie sprawdził swojego sztucera tuż przed wyruszeniem na polowanie. Broń myśliwska była zamknięta w zbrojowni zameczku zgodnie z tamtejszymi zasadami; Esterhazy musiał użyć jakiegoś fortelu, by dobrać się do jego sztucera, usunięcie iglicy zabrało mu minutę, może dwie. Nie docenił swojego przeciwnika, ale to już się nie powtórzy.

Nagle przystanął: na żwirowej ścieżce dostrzegł tropy jelenia, którego spłoszyli. Nasłuchiwał z uwagą, popatrując przez ramię w stronę, skąd przyszedł. Mgła unosiła się nad Grzęzawiskiem strzępiastymi słupami, co chwilę to przesłaniając, to znowu ukazując bezkresne moczary i majaczące w oddali góry. Kamienny pagórek, na którym walczyli, tonął w oparach, a prześladowcy nigdzie nie było widać. Wszystko wokół tonęło w słabym szarym świetle, od północy zaś niebo zaczęło ciemnieć i od czasu do czasu widać było w oddali błyski piorunów – zbierało się na burzę.

Pendergast przeładował swojego kolta i ruszył dalej w głąb Grzęzawiska za słabo widocznymi tropami jelenia, który podążał sobie tylko znaną niewidoczną ścieżką pośród zdradliwych lotnych piasków i zabójczych bagien. To jeszcze nie koniec. Esterhazy szedł w ślad za nim. Wynik tego starcia wydawał się oczywisty: jeden z nich już nigdy nie powróci z tej wyprawy.

3

Pendergast podążał słabo widocznym tropem jelenia wijącym się pośród rozedrganych moczarów, trzymając się twardszego gruntu. Gdy burza zaczęła się zbliżać, niebo pociemniało, a nad bagnami przetoczył się odgłos odległego grzmotu. Agent poruszał się szybko, przystając tylko po to, by zbadać podłoże i odnaleźć ślady jelenia. Grzęzawisko było szczególnie zdradliwe o tej porze roku, kiedy po długim lecie gęsta trawa zarosła większość obszarów trzęsawiska, pozostawiając warstwę wierzchnią, która pod ciężarem człowieka musiała niechybnie pęknąć. Błysnął piorun i zaczęło padać; ciężkie krople spłynęły z szarego, ołowianego nieba. Zerwał się wiatr, przetaczając się z głośnym szumem nad wrzosowiskami i przynosząc ze sobą miazmatyczny fetor znad bagien Inish na zachodzie, rozległego zalewiska, którego powierzchnię porastały trzciny i tataraki kołysane podmuchami wichury. Agent przez ponad dwa kilometry podążał tropem jelenia. Ślady stopniowo przywiodły go na wyżej położony twardy grunt i nagle w prześwicie pomiędzy oparami mgły Pendergast spostrzegł w oddali ruiny. Na szczycie wzniesienia odcinał się na tle nieba kształt starej kamiennej zagrody i chaty pasterskiej oświetlanej raz po raz rozbłyskami piorunów. Za wzgórzem rozciągały się nierówne obrzeża moczarów. Przepatrując połamane jałowce, agent zwrócił uwagę, że wielki byk musiał przejść przez zrujnowane zabudowania, kierując się ku olbrzymim bagniskom po drugiej stronie.

Wspiął się na wzgórze i szybko spenetrował ruiny. Chata nie miała dachu, a kamienne ściany były popękane, pokryte porostami i smagane hulającym tu wiatrem. Zbocze pagórka opadało ku trzęsawisku przesłoniętemu przez opary płożących się mgieł.

Ruiny na szczycie pagórka oferowały idealne miejsce do obrony, zapewniając widok we wszystkich kierunkach: doskonały punkt, aby zasadzić się na prześladowcę albo dać odpór spodziewanemu atakowi.

Właśnie dlatego Pendergast minął zniszczoną budowlę i ruszył dalej w dół stoku, ku bagniskom Inish. Ponownie odnalazł tropy jelenia i mocno się zdziwił, gdyż byk zdawał się zmierzać w ślepą uliczkę. Zwierzę musiało czuć się zaszczute przez ścigającego go agenta.

Idąc wzdłuż skraju trzęsawiska, Pendergast dotarł do miejsca gęsto porośniętego trzcinami, gdzie oz polodowcowego żwiru łączył się z wodą. Ciąg skał polodowcowych zapewniał niewielką, ale oczywistą osłonę; agent przystanął, wyjął białą chustkę, owinął nią kamień i umieścił w uprzednio upatrzonym miejscu za głazami. Następnie poszedł dalej. Za cyplem żwirowego gruntu odnalazł to, czego szukał: płaski głaz tuż pod powierzchnią wody otoczony trzcinami. Zorientował się, że jeleń także przeszedł tą drogą, kierując się na bagna.

Naturalna blinda nie była dobrym schronieniem i jeszcze mniej się nadawała na szaniec obronny. Właśnie dlatego powinna mu wystarczyć.

Brodząc przez wodę, by dotrzeć do kamienia, i starannie omijając grzęzawiska po obu stronach, Pendergast zajął miejsce wśród trzcin. Tak dobrze się zamaskował, że był zupełnie niewidoczny. Przykucnął w swojej kryjówce i czekał. Błyskawica rozdarła niebo, zaraz potem rozległ się grzmot, a od strony bagien napłynęła jeszcze gęstsza mgła, na pewien czas zasłaniając ruiny na szczycie wzgórza. Nie ulegało wątpliwości, że już wkrótce zjawi się Esterhazy. Koniec był bliski.

***

Judson Esterhazy przystanął, by spenetrować grunt, dotknął go ręką i przez chwilę przesypywał między palcami drobiny żwiru wzburzone przez przebiegającego tędy jelenia. Ślady stóp Pendergasta były mniej oczywiste, ale dostrzegł je w postaci sprasowanej ziemi i spłaszczonych źdźbeł trawy w pobliżu. Ten człowiek nie ryzykował, w dalszym ciągu podążał w ślad za jeleniem krętą trasą przez Grzęzawisko. Sprytne. Nikt nie odważyłby się zapuścić tutaj bez przewodnika, a jeleń był równie dobrym przewodnikiem jak każdy inny. Kiedy nadeszła burza, mgła zgęstniała i zrobiło się tak ciemno, że Esterhazy ucieszył się, iż ma przy sobie latarkę – starannie osłoniętą – by móc przepatrywać szlak.

Pendergast najwyraźniej zamierzał wywabić go na Grzęzawisko i zabić. Pomimo pozorów i stylizowania się na dżentelmena z Południa agent był najbardziej bezlitosnym człowiekiem, z jakim Esterhazy kiedykolwiek się zetknął, i walczył cholernie nieczysto.

Błyskawica rozświetliła posępne moczary i przez prześwit wśród mgieł spostrzegł postrzępione kontury ruin wznoszących się na szczycie pagórka czterysta metrów dalej. Przystanął. To byłoby znakomite miejsce dla Pendergasta, aby zaczaić się tam i zaczekać na jego przybycie. Z takim właśnie założeniem zbliży się do ruin i zaskoczy zaczajonego w zasadzce agenta... Kiedy jednak wprawnym okiem zlustrował to miejsce, doszedł do wniosku, że Pendergast był zbyt subtelny, aby podejmować tak oczywiste działania.

Esterhazy musiał odrzucić wszelkie przypuszczenia.

Ponury krajobraz nie oferował wielu kryjówek, ale poruszając się w odpowiednim tempie, Esterhazy mógł wykorzystać gęstą mgłę nadciągającą znad bagien, aby zapewniła mu potrzebną osłonę. Jak na zawołanie pojawiły się kolejne wały oparów i znalazł się nagle w pozbawionym barw świecie pustki. Wspiął się na wzgórze w stronę ruin, gdyż na twardym gruncie mógł się poruszać znacznie szybciej. Mniej więcej sto metrów od szczytu okrążył pagórek, aby podejść do ruin z drugiej strony, gdzie agent nie powinien się go spodziewać. Lunął deszcz, padało teraz jak z cebra, a nieco dalej nad bagnami przetaczały się kolejne grzmoty.

Przykucnął i ukrył się, gdy mgła na moment się rozwiała, ale dzięki temu mógł przyjrzeć się ruinom. Ani śladu Pendergasta. Kiedy opary powróciły, wspiął się wyżej na zbocze, z karabinem w dłoni, dopóki nie dotarł do kamiennego muru otaczającego starą zagrodę. Przeszedł wzdłuż niego nisko pochylony, aż kolejny prześwit wśród mgieł pozwolił mu zajrzeć przez szczelinę między kamieniami. Zagroda była pusta. Za nią znajdowała się chata bez dachu.

Podszedł do budowli wzdłuż zagrody zgięty wpół tak, że nawet czubek jego głowy nie wystawał ponad krawędź muru. Chwilę później przywarł całym ciałem do tylnej ściany chaty. Podkradając się do wybitego okna, zaczekał na kolejny prześwit we mgle. Zerwał się wiatr, zawodząc wśród kamieni i zagłuszając ciche dźwięki, jakie wydawał Esterhazy, poruszając się i przygotowując do działania. Aż wreszcie, gdy wiatr trochę ucichł, odwrócił się do okna i z bronią gotową do strzału spenetrował całe wnętrze chaty od jednego jej krańca po drugi.

Pusto.

Esterhazy przegramolił się przez parapet okienny do środka i przykucnął wewnątrz chaty, zastanawiając się intensywnie. Tak jak podejrzewał, Pendergast nie wybrał oczywistego rozwiązania. Nie zajął strategicznego, wysoko położonego miejsca. Ale dokąd się udał? Zdusił w ustach przekleństwo; w wypadku Pendergasta należało oczekiwać tego, co nieoczekiwane.

Napłynął kolejny wał mgły, a Estehazy wykorzystał tę okazję, by zlustrować tereny wokół chaty, wypatrując śladów agenta. Odnalazł je z największym trudem, gdyż szybko się rozpływały w ulewnym deszczu. Biegły w dół zbocza ku moczarom poniżej i gdy mgły na chwilę się rozwiały, spróbował, choć pobieżnie, zorientować się w ukształtowaniu terenu. To wyglądało jak ślepa uliczka – przynajmniej w pewnym sensie – dalej rozciągały się już tylko bagna Inish. Zatem Pendergast musiał ukryć się gdzieś na obrzeżu moczarów. Poczuł, że ogarnia go przybierająca na sile panika. Przez prześwity we mgle przepatrywał okolicę; agent z całą pewnością nie mógł się schować wśród trzcin i leszczyny. Był jednak cypel, który sięgał w głąb trzęsawiska. Esterhazy wyjął lunetę i przez chwilę lustrował skupisko polodowcowych głazów, które mogły stanowić odpowiednie schronienie dla samotnego uciekiniera. I na Boga, on faktycznie tam był; za jedną ze skał Esterhazy dostrzegł ledwie widoczny skrawek bieli.

A więc to tak, wybrał jedyne schronienie, jakie było w pobliżu, i czekał ukryty w zasadzce na Esterhazyego, aż ten minie go, podążając po jego śladach wzdłuż skraju trzęsawiska.

Znowu to samo – nieoczywista sytuacja. Ale Esterhazy już wpadł na pomysł, jak przechytrzyć Pendergasta.

Szczęśliwie mgła powróciła, więc ruszył w dół zbocza i niebawem znów znalazł się wśród zdradzieckich moczarów Grzęzawiska, by podążyć za podwójnymi śladami: Pendergasta i jelenia. Gdy dotarł na skraj trzęsawiska, zaczął przestępować z jednej wypukłości terenu na drugą po drgających pod jego stopniami spłachetkach grząskiego gruntu. Kiedy dotarł do nieco bardziej stabilnego, twardego obszaru, zszedł ze ścieżki i ruszył w stronę miejsca, skąd miałby zapewnioną odpowiednią pozycję strzelecką, by otworzyć ogień do ukrywającego się za skałami Pendergasta. Znalazł właściwe miejsce, przykucnął za niedużym pagórkiem i czekał, aż mgła się rozwieje, żeby oddać strzał. Minęła minuta, wśród mgieł pojawił się prześwit. Dostrzegł skrawek czegoś białego wystający w miejscu, gdzie ukrył się Pendergast – wyglądało to na fragment jego koszuli i było na tyle widoczne, że Esterhazy mógł posłać tam kulę. Uniósł karabin do strzału...

– Podnieś się powoli – rozległ się nagle bezosobowy głos za nim, jakby dochodził z głębi trzęsawiska.

4

Na dźwięk tego głosu Esterhazy zamarł w bezruchu.

– Gdy się podniesiesz, weź karabin do lewej ręki i wyciągnij ją daleko w bok.

Esterhazy wciąż nie mógł się poruszyć. Jak to było możliwe?

Pach! Pocisk wrył się w ziemię u jego stóp, wzbijając w górę kaskadę kurzu.

– Nie zamierzam powtarzać.

Esterhazy wstał i przełożył broń do lewej ręki.

– Rzuć karabin i odwróć się.

Wypuścił broń z ręki i odwrócił się. Pendergast był o sześć, siedem metrów od niego, z pistoletem w ręku podnosił się spomiędzy kępy trzcin – najwyraźniej stał w wodzie, ale Esterhazy dostrzegł teraz ciągnące się tamtędy pasmo polodowcowych głazów, niemal całkiem lub całkowicie zanurzonych w wodzie i otoczonych z obu stron przez lotne piaski.

– Mam tylko jedno pytanie – rzekł Pendergast, a jego głos zabrzmiał jak szept pośród zawodzenia wiatru. – Jak mogłeś zamordować własną siostrę?

Esterhazy patrzył.

– Żądam odpowiedzi.

Esterhazy nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Wystarczyło mu jedno spojrzenie w oczy Pendergasta i nie miał najmniejszych wątpliwości. Już był trupem. Ogarnęło go lodowate zimno, gdy lęk przed śmiercią spowił go jak przemoczony płaszcz, mieszając się ze zgrozą, żalem i ulgą. Nic nie mógł zrobić. Ale nie zamierzał dać Pendergastowi satysfakcji, by odejść z tego świata w sposób uwłaczający jego godności. Nawet jeżeli miał umrzeć, najbliższe miesiące przysporzą Pendergastowi dostatecznie dużo cierpienia.

– Kończ już – rzucił.

– A więc żadnych wyjaśnień? – zapytał Pendergast. – Żadnych żałosnych usprawiedliwień, błagalnych próśb o zrozumienie? Cóż za rozczarowanie.

Zacisnął palec na spuście. Esterhazy zamknął oczy.

I wtedy to się stało: nagle dał się słyszeć rozdzierający hałas. Esterhazy dostrzegł eksplozję rdzawoczerwonej sierści, błysk poroża – i wielki jeleń wyskoczył spomiędzy trzcin, jednym rogiem zahaczając Pendergasta, trafiając wyrostkiem poroża w pistolet i wytrącając mu broń, która wpadła do wody. Kiedy ogromny byk pognał dalej, Pendergast zatoczył się do tyłu i zaczął się nagle szamotać, a Esterhazy zorientował się, że agent leży w bagnistej sadzawce, której powierzchnię przykrywa tylko warstewka wody.

Podniósł swój karabin z ziemi, wycelował i strzelił. Pocisk trafił Pendergasta w pierś, odrzucając go do tyłu w głąb bagna. Esterhazy złożył się do ponownego strzału, ale powstrzymał się. Druga kula byłaby niemożliwa do wytłumaczenia, gdyby ciało zostało odnalezione.

Opuścił karabin. Pendergast miotał się, na dobre pogrążony w trzęsawisku, z wolna zaczęły opuszczać go siły. Pocisk nie trafił dokładnie w sam środek klatki piersiowej, ale wyrządził ogromne szkody. Agent wyglądał fatalnie: ubranie okrwawione i porozrywane, blade włosy pozlepiane od deszczu i błota. Zakasłał i z ust pociekła mu krew.

To koniec, jako lekarz Esterhazy wiedział, że postrzał był zabójczy. Kula przebiła płuco, tworząc zasysającą ranę, a sądząc po jej umiejscowieniu, mógł przypuszczać, że doszło również do przerwania lewej tętnicy podobojczykowej, co spowodowało gwałtowne wypełnienie się płuc krwią. Nawet gdyby Pendergast nie zapadał się w zdradliwych lotnych piaskach, już za kilka minut będzie trupem.

Zanurzony po pas w grząskim błocku agent przestał się szamotać i spojrzał na swojego zabójcę. Lodowaty błysk w bladoszarych oczach mówił wymowniej o trawiącej go nienawiści i rozpaczy niż jakiekolwiek słowa, które mógłby wypowiedzieć, i ten widok zmroził Esterhazyemu krew w żyłach.

– Chcesz poznać odpowiedź na swoje pytanie? – spytał Esterhazy. – Oto ona. Nie zamordowałem Helen. Ona wciąż żyje.

Nie czuł się na siłach, by zaczekać przy trzęsawisku aż do samego końca. Odwrócił się i odszedł.

5

Zameczek myśliwski wyłonił się z ciemności, majacząc w potokach deszczu i słabym świetle płynącym z okien.

Judson Esterhazy schwycił masywne, żelazne kółko przy drzwiach, otworzył je na oścież silnym szarpnięciem i zataczając się, wpadł do sieni ozdobionej zbrojami rycerskimi i wielkimi porożami jeleni.

– Pomocy! – zawołał. – Na pomoc!

Goście stali wokół kominka w głównej sali, ogrzewając się przy ogniu, popijając południową kawę, herbatę i szkocką whisky. Odwrócili się i spojrzeli na niego zaskoczeni.

– Mój przyjaciel został postrzelony!

Potężny grzmot na chwilę go zagłuszył, huk był tak silny, że aż zatrzęsły się szyby w witrażowych oknach.

– Postrzelony! – powtórzył Esterhazy, osuwając się na podłogę. – Potrzebuję pomocy!

Gdy minął moment paraliżującej grozy, kilka osób rzuciło się w jego stronę. Leżąc na podłodze z zamkniętymi oczami, Esterhazy poczuł, że zbierają się wokół niego, usłyszał gwar.

– Cofnijcie się – rozległ się bezceremonialny, surowy głos z charakterystycznym akcentem, należący do Cromarty’ego, właściciela zameczku. – On potrzebuje powietrza. Cofnijcie się, proszę.

Do jego ust przytknięto szklaneczkę whisky. Upił łyk, otworzył oczy i nieporadnie spróbował usiąść.

– Co się stało? Co pan mówił?

Ujrzał nad sobą twarz Cromarty’ego: starannie przystrzyżoną brodę, okulary w drucianych oprawkach, włosy blond, kanciastą szczękę. Fortel udał się z łatwością, bo Esterhazy był naprawdę przerażony, przemarznięty do szpiku kości i ledwie mógł chodzić. Wypił jeszcze jeden łyk whisky; torfowy posmak trunku palił w gardle żywym ogniem, przywracając do życia.

– Mój szwagier... my... polowaliśmy na jelenia... podchodziliśmy byka na Grzęzawisku...

– Na Grzęzawisku? – rzucił oschle Cromarty.

– Prawdziwego olbrzyma... – Esterhazy przełknął, próbował wziąć się w garść.

– Niech się pan zbliży do kominka.

Ujmując Esterhazyego za rękę, Cromarty pomógł mu wstać. Robbie Grant, stary leśniczy, wpadł do sali i przytrzymał Esterhazyego za drugą rękę. Wspólnie zdjęli przemoczoną do cna kamuflażową kurtkę myśliwego i podprowadzili go w stronę fotela przy kominku.

Esterhazy osunął się na fotel.

– Niech pan mówi – polecił Cromarty.

Pozostali goście zebrali się wokoło, na ich pobladłych twarzach malował się wyraz szoku i zgrozy.

– Byliśmy na Beinn Dearg – powiedział. – Zauważyliśmy jelenia. Wielkiego byka, na Grzęzawisku.

– Przecież znaliście zasady!

Esterhazy pokręcił głową.

– Wiem, ale to był prawdziwy olbrzym. Trzynastak. Mój szwagier uparł się na niego. Poszliśmy tropem byka w głąb bagien. Na trzęsawiska. I tam się rozdzieliliśmy.

– Czyś ty oszalał, człowieku? – rozległ się piskliwy tenor leśniczego Robbiego Granta. – Rozdzieliliście się?

– Musieliśmy go osaczyć. Zapędzić na moczary. Nadciągnęła mgła, widoczność była słaba, on wyszedł ze swojej kryjówki... zobaczyłem jakiś ruch, strzeliłem... – Przerwał, z trudem łapiąc oddech. – Trafiłem mojego szwagra w pierś... – Jęknął, ukrywając twarz w dłoniach.

– Zostawił pan rannego na moczarach? – rzucił gniewnie Cromarty.

– O Boże. – Esterhazy wybuchnął szlochem, zasłaniając twarz dłońmi. – On wpadł do bagna... Wciągnęło go...

– Chwileczkę – rzekł Cromarty lodowatym tonem. Mówił wolno, niezbyt głośno, wyraźnie akcentując każde słowo. – Chce pan powiedzieć, że poszedł pan na Grzęzawisko, że tam przypadkiem postrzelił swojego szwagra i że ten ranny człowiek wpadł do bagna? Czy to właśnie chce pan powiedzieć?

Esterhazy pokiwał głową bez słowa, wciąż przesłaniając twarz rękoma.

– Jezu Chryste. Czy jest szansa, że on jeszcze żyje?

Esterhazy pokręcił głową przecząco.

– Jest pan tego absolutnie pewien?

– Jestem pewien – wykrztusił Esterhazy. – Wpadł do trzęsawiska. Ja... tak mi przykro! – wybuchnął nagle. – Zabiłem mojego szwagra! – Zaczął kołysać się w przód i w tył, ukrywając twarz w dłoniach. – Boże, wybacz mi!

Zapadła grobowa cisza.

– On oszalał – wymamrotał leśniczy. – To najoczywistszy przypadek gorączki bagiennej, jaki kiedykolwiek widziałem.

– Zabierz tych ludzi, Robbie – warknął Cromarty, wskazując na gości gestem dłoni – i wezwij policję.

Obrócił się do Esterhazyego.

– Czy to z tej broni go pan postrzelił? – Skinął ręką na karabin, który leżał na podłodze.

Esterhazy przytaknął głową żałośnie.

– Niech nikt tego nie dotyka.

Goście wyszli, dyskutując w niewielkich grupkach, mówili cicho, kręcili głowami. Błysnął piorun, a po chwili rozległ się dudniący grzmot. Strugi deszczu spływały po szybach. Siedzący w fotelu Esterhazy powoli odjął ręce od twarzy i opuścił je, czując przyjemne ciepło bijące z kominka i przenikające przez jego przemoczone ubranie. Równie cudowne ciepło rozlało się w jego duszy, z wolna zastępując dojmującą zgrozę; ogarnęła go głęboka ulga granicząca niemal z uniesieniem. Było po wszystkim. Nareszcie było po wszystkim. Nie miał już czego się obawiać ze strony Pendergasta. Dżin wrócił do butelki. Agent nie żył. Co się tyczy jego partnera D’Agosty i tej nowojorskiej policjantki Hayward – zabicie Pendergasta było jak odrąbanie łba wężowi. To już naprawdę koniec. I jak wszystko na to wskazywało, te szkockie głąby kupiły jego bajeczkę. Nie powinny pojawić się żadne dowody mogące podważyć przedstawioną przez niego wersję wydarzeń. Wrócił po śladach i pozbierał wszystkie łuski z wyjątkiem tej, którą chciał, by znaleźli. Sztucer Pendergasta i loftki będące pozostałością po ich starciu wrzucił do bagna w drodze powrotnej, nikt ich nigdy nie znajdzie. Zaginiony sztucer to jedyna potencjalna zagadka w tej sprawie. Ale nic w tym dziwnego: broń z łatwością mogła przepaść bez śladu, gdy agent wpadł do trzęsawiska. Nikt nie wiedział o pistolecie, a Esterhazy zadbał o to, aby i tego drobiazgu się pozbyć. Tropy jelenia, o ile przetrwają burzę, w pełni potwierdzą jego wersję wypadków.

– Niech to szlag – wymamrotał Cromarty.

Podszedł do obramowania kominka, sięgnął po butelkę szkockiej i nalał sobie szklankę.

Wypił całą zawartość małymi łykami, krążąc w tę i z powrotem przed kominkiem i ignorując Esterhazyego.

Wrócił Grant.

– Sir, z Inverness jedzie tu już policja. Wraz z ekipą Northern Constabulary Special Services. Mają ze sobą specjalistyczny sprzęt, haki, bosaki i w ogóle.

Cromarty odwrócił się, opróżnił szklankę, nalał sobie następną i łypnął gniewnie na Esterhazyego.

– Pan zostanie tutaj, dopóki się nie zjawią, idioto skończony.

Kolejny grzmot sprawił, że kamienny zameczek nieomal zadygotał w posadach, a od strony moczarów dobiegło posępne zawodzenie wichury.

6

Policja zjawiła się po ponad godzinie; odblask kogutów tworzył mrugające barwne pasy na żwirowym podjeździe. Burza minęła, pozostawiając ołowiane niebo pełne szybko przesuwających się chmur. Funkcjonariusze mieli na sobie granatowe płaszcze przeciwdeszczowe, kalosze i wodoodporne kapelusze, gdy pewni siebie, zdecydowanym krokiem przestępowali próg zameczku myśliwskiego. Esterhazy obserwował przybyłych z fotela, uspokojony ich powolnością.

Ten, który dowodził, wszedł jako ostatni i jedyny nie był w mundurze. Esterhazy ukradkiem otaksował go wzrokiem: co najmniej metr osiemdziesiąt, łysy, z wianuszkiem bladych włosów, pociągłe oblicze z cienkim jak ostrze noża nosem, pochylony lekko do przodu, jakby musiał stale brutalnie przebijać się przez życie. Nos był dostatecznie czerwony, by równoważyć wrażenie powagi, i co chwila mężczyzna wycierał go w chustkę. Miał na sobie stary ubiór myśliwski: impregnowane szare spodnie, obcisły sweter z diagonalu i rozpiętą wyświechtaną kurtkę Barbour.

– Dzień dobry, Cromarty – powiedział, wyciągając rękę, kiedy właściciel zameczku podszedł do niego.

Stali w drugim końcu sali i rozmawiali niemal szeptem, od czasu do czasu popatrując w stronę Esterhazyego. W pewnej chwili jeden z funkcjonariuszy zbliżył się do Esterhazyego i przystawił sobie fotel.

– Nadinspektor Balfour z wydziału kryminalnego – rzekł półgłosem, nie podając ręki, ale wychylając się do przodu i opierając łokcie o kolana. – Pan Judson Esterhazy?

– Tak jest.

Policjant wyjął niewielki notes.

– Dobrze, doktorze Esterhazy. Proszę opowiedzieć mi, co się wydarzyło.

Esterhazy powtórzył całą historię od początku do końca, często przerywając, aby się opanować, albo dusząc w sobie łzy, podczas gdy Balfour robił notatki. Kiedy skończył, nadinspektor zamknął notes.

– Udajemy się na miejsce wypadku. Pójdzie pan z nami.

– No, nie wiem... – Esterhazy przełknął ślinę – ... czy dam radę.

– Jestem pewien, że sprosta pan zadaniu – uciął oschle Balfour. – Mamy dwa psy tropiące. Będzie nam towarzyszył pan Grant. Zna przejścia przez Grzęzawisko. – Wstał, spoglądając na duży żeglarski zegarek. – Do zmierzchu zostało pięć godzin.

Esterhazy podniósł się z ponurą miną i wyraźnym wahaniem. Na zewnątrz ekipa już zbierała plecaki, liny i inny sprzęt. Na końcu żwirowego podjazdu opiekun psów oprowadzał na smyczach dwa tropowce po trawniku.

Godzinę później zeszli ze stoku Beinn Dearg i dotarli na skraj Grzęzawiska; granicę moczarów znaczyła nierówna linia postrzępionych głazów. Nad bagnami wisiała mgła. Słońce chyliło się już ku zachodowi, bezkresny pejzaż pogrążał się w szarej pustce, mroczne zalewiska wydawały się zupełnie nieruchome, powietrze było ciężkie, przesycone wonią gnijących roślin.

– Doktorze Esterhazy? – Balfour spojrzał, marszcząc brwi i splatając ramiona na piersiach. – Którędy?

Esterhazy rozejrzał się dokoła z zakłopotaniem.

– Wszystko wygląda tak samo.

Nie zamierzał im pomagać. Balfour pokręcił głową ze smutkiem.

– Psy złapały trop, inspektorze – z mgły dobiegł szorstki głos leśniczego. – Widzę też jakieś ślady.

– Czy tędy wszedł pan na Grzęzawisko? – zapytał Balfour.

– Chyba tak.

– W porządku. Psy nas poprowadzą. Panie Grant, proszę iść z nimi przodem. My wszyscy pójdziemy za wami. Doktor Esterhazy i ja na końcu. Pan Grant zna właściwe przejścia, będziemy musieli tylko stąpać dokładnie po jego śladach. – Inspektor odczekał chwilę, aby wyjąć i zapalić fajkę, którą nabił wcześniej. – Gdyby ktokolwiek wpadł do bagna, niech reszta nie spieszy mu bezmyślnie na pomoc, żebyśmy wszyscy nie potopili się w trzęsawisku. Ekipa ma linę, koła ratunkowe i teleskopowe, rozsuwane bosaki, żeby wydobyć każdego, kto ugrzęźnie w lotnych piaskach.

Zaczął pykać fajeczką, rozglądając się dokoła.

– Panie Grant, chciałby pan coś dodać?

– Owszem, tak – rzekł drobny, pomarszczony mężczyzna, opierając się na lasce. Głos miał wysoki, niemal kobiecy. – Jeżeli ktoś wpadnie do bagna, niech się nie szamocze. Należy zachowywać się spokojnie, ułożyć się w bezruchu, pozwalając, by ciało zaczęło unosić się w błocie. – Spojrzał gniewnie na Esterhazyego. – Mam pytanie do doktora Esterhazyego: czy błąkając się po Grzęzawisku za jeleniem, widział pan jakieś punkty orientacyjne?

– To znaczy? – rzucił niespiesznie, z konsternacją w głosie Esterhazy. – Cały ten teren wydał mi się przeraźliwie pusty.

– Są tu ruiny, kurhany i stojące bloki kamienne.

– Ruiny... tak, chyba mijaliśmy po drodze jakieś ruiny.

– Jak wyglądały?

– O ile dobrze pamiętam... – Esterhazy zmarszczył brwi w udawanym grymasie zadumy – przypominały kamienną zagrodę i szałas na szczycie wzgórza, za którym z tyłu i po lewej rozciągały się bagna.

– Taa. Chata starego Coombe’a.

Leśniczy bez słowa odwrócił się i zaczął przedzierać się przez trawy, mech i wrzosy, a psy wraz z ich opiekunem ruszyły w ślad za nim. Grant szedł szybko, z pochyloną głową, przebierając energicznie krótkimi nogami i machając przy tym laseczką, jego gęste siwe włosy tworzyły swoistą białą aureolę wokół tweedowej czapeczki, którą miał na głowie.

Przez kwadrans maszerowali w całkowitej ciszy przerywanej jedynie węszeniem i ujadaniem psów oraz cichymi komendami wydawanymi przez ich opiekuna. Gdy chmury ponownie zgęstniały i moczary spowił przedwczesny zmierzch, kilku mężczyzn wyjęło silne latarki i włączyło je. Promienie światła rozcięły lodowatą mgłę. Esterhazy, który udawał zagubionego i zdezorientowanego, zaczął się zastanawiać, czy aby naprawdę się nie zgubili. Wszystko wyglądało dziwnie i niczego nie rozpoznawał.

Zeszli do jeszcze jednej posępnej kotliny, a wtedy psy nagle się zatrzymały, zaczęły krążyć wkoło, po czym jak na komendę rzuciły się naprzód, nieomal urywając się ze smyczy.

– Spokojnie, spokojnie – zawołał opiekun, szarpiąc za smycze, ale psy były zbyt podekscytowane i zaczęły ujadać, a ich gardłowy zew poniósł się echem nad moczarami.

– Co się z nimi dzieje? – rzucił ostro Balfour.

– Nie wiem. Do tyłu! Do tyłu!

– Na miłość boską – wychrypiał Grant. – Odciągnij je!

– Jasna cholera!

Opiekun szarpnął smycze, ale psy w odpowiedzi jeszcze bardziej zaczęły rwać się naprzód, ujadając wniebogłosy.

– Uwaga! – krzyknął Grant.

Przy wtórze okrzyku niepohamowanej zgrozy opiekun nagle wpadł do trzęsawiska, przebijając warstwę torfowiska. Zaczął się zapadać i szamotać, pociągając za sobą jednego z psów; ujadanie zwierzęcia zmieniło się w przeraźliwe skomlenie. Zwierzę powoli zapadało się w bagnie, unosząc łeb w wyrazie przerażenia.

– Przestań się miotać! – zawołał Grant do opiekuna, jego głos mieszał się z ujadaniem psów. – Odchyl się do tyłu!

Opiekun był jednak za bardzo spanikowany, aby słuchać, co do niego mówiono.

– Pomocy! – krzyknął, wymachując rękami i rozbryzgując błoto na wszystkie strony.

– Przynieście bosak! – rozkazał Balfour.

Człowiek grupy specjalnej już zrzucił plecak i odpinał teleskopowy pręt z dużą zaokrągloną rączką z jednej strony i pętlą z linki na drugim końcu. Rozsunął teleskopowe drzewce na całą długość i ukląkł na skraju trzęsawiska, oplatając się liną w pasie i podając tonącemu kij zakończony półokrągłym uchwytem.

Pies skamlał i przebierał łapami.

– Pomocy! – zawołał mężczyzna w bagnie.

– Złap bosak! – odkrzyknął Grant.

Przenikliwy głos wreszcie dotarł do tonącego i mężczyzna zrozumiał, co ma zrobić. Wyciągnął ręce i schwycił pętlę na końcu bosaka.

– Ciągnij!

Ratownik odchylił się do tyłu, wykorzystując wagę swojego ciała, by wydobyć uwięzionego z trzęsawiska. Opiekun trzymał się rozpaczliwie uchwytu na końcu kija, jego ciało wysuwało się powoli z lepkiego błocka przy wtórze mlaszczących odgłosów i kilka chwil później został wyciągnięty na twardy grunt, gdzie zległ zdyszany, rozdygotany i pokryty cuchnącą mazią.

Tymczasem pies zaczął wyć niczym szkocka zjawa banshee, obracając się w trzęsawisku i rozbryzgując je przednimi łapami.

– Zarzuć linkę na przednie łapy! – zawołał Grant.

Jeden z mężczyzn wyjął linkę i zaczął wiązać pętlę na jej końcu. Rzucił linę w stronę psa, ale rzut był zbyt bliski. Pies wciąż się miotał i wył, przewracając białkami oczu.

– Jeszcze raz!

Ratownik rzucił linkę i tym razem spadła na psa.

– Zaciśnij i ciągnij!

Mężczyzna szarpnął, ale pies, czując ciasną pętlę na szyi, zaczął kręcić łbem i sznur zsunął się z karku zwierzęcia.

Esterhazy patrzył z mieszaniną przerażenia i fascynacji.

– Zanurza się! – zawołał opiekun, który z wolna otrząsał się z trwogi.

Kolejny mężczyzna przygotował pętlę, zakończoną teraz luźnym węzłem jak lasso, przykucnął na skraju bagniska i rzucił delikatnie. Niecelnie. Ściągnął linkę do siebie, poluzował pętlę i przygotował się do kolejnego rzutu.

Pies jednak zanurzał się bardzo szybko. Teraz ponad powierzchnią trzęsawiska widać było już tylko łeb i szyję, wszystkie mięśnie były tak napięte, jakby chciały rozsadzić skórę, z różowej gardzieli dobywał się obcy dźwięk, nie z tego świata.

– Zróbcie coś, na miłość boską! – zawołał opiekun.

– Uuuuuuuu! Uuuuuuuu! – rozległ się przeraźliwie donośny dźwięk.

– Jeszcze raz! Rzuć jeszcze raz!

I nagle, bez najmniejszego bulgotu, zapadła cisza. Echo ostatniego, przedśmiertnego zawodzenia psa przetoczyło się nad okolicą i ucichło. Bagno zamknęło się, powierzchnia wygładziła. Słabe drżenie przeniknęło trzęsawisko, ale zaraz wszystko się uspokoiło.

Opiekun, który poderwał się na nogi, teraz znów osunął się na kolana.

– Mój pies! O Boże!

Balfour spojrzał na niego i przemówił cichym, lecz stanowczym tonem:

– Bardzo mi przykro. Musimy iść dalej.

– Nie możemy go tak po prostu zostawić!

Balfour odwrócił się do leśniczego.

– Panie Grant, proszę poprowadzić ekipę do chaty Coombe’a. A pan niech przyprowadzi drugiego psa. Wciąż jest nam potrzebny.

Ruszyli dalej bezzwłocznie; opiekun psów ociekał błotem i wydając mlaszczące odgłosy przy każdym kroku, poprowadził na smyczy drugiego tropowca, który rozdygotany i drżący do niczego się nie nadawał. Grant znowu maszerował jak demon na swoich krótkich nogach, wymachując laseczką i przystając od czasu do czasu, by brutalnie dźgając końcem laski ziemię, zbadać grunt, pomrukując przy tym z niezadowoleniem.

Ku zdziwieniu Esterhazyego wcale się nie zgubili. Teren zaczął się wznosić i w słabym świetle ujrzeli przed sobą ruiny zagrody i chaty.

– Którędy? – zwrócił się do niego Grant.

– Minęliśmy zabudowania i znaleźliśmy się po drugiej stronie.

Wspięli się na wzgórze i przeszli obok ruin.

– Chyba tutaj się rozdzieliliśmy – rzekł Esterhazy, wskazując miejsce, w którym zaczął oddalać się od śladów Pendergasta, aby zajść agenta z boku.

Leśniczy przyjrzał się gruntowi i pokiwał głową, pomrukując pod nosem.

– Niech pan prowadzi – rzucił Balfour.

Esterhazy ruszył przodem. Grant poczłapał tuż za nim, trzymając w ręku silną latarkę. Żółty promień rozciął mgłę, oświetlając trzciny i leszczynę rosnące na skraju moczarów.

– Tutaj – oznajmił Esterhazy, przystając. – To tu... wpadł do bagna.

Wskazał na rozległą nieruchomą połać moczarów. Głos zaczął mu się łamać, z ust dobiegł zdławiony szloch, kiedy ukrył twarz w dłoniach.

– To było jak koszmar! Boże, wybacz mi!

– Niech wszyscy się cofną – polecił Balfour, dając ręką znak całej ekipie. – Rozstawimy oświetlenie. Pan, doktorze Esterhazy, pokaże nam, gdzie dokładnie to się stało. Zespół techników zbada grunt, a potem przebagrujemy trzęsawisko.

– Przebagrujecie trzęsawisko? – wykrztusił Esterhazy.

Balfour spiorunował go wzrokiem.

– Oczywiście. Trzeba przecież wydobyć ciało.

7

Esterhazy czekał za żółtą taśmą rozciągniętą na ziemi, podczas gdy ekipa techników, pochylonych jak stare wiedźmy, zakończyła przeczesywanie terenu w poszukiwaniu dowodów, przy sporym udziale baterii reflektorów, które rzucały upiorny blask na srogi, surowy pejzaż.

Obserwował zbieranie dowodów z narastającą satysfakcją. Wszystko było w porządku. Znaleźli mosiężną łuskę, którą celowo pozostawił, i pomimo ulewy udało im się odkryć słabe tropy jelenia, jak również ślady wśród wrzosowiska pozostawione zarówno przez niego, jak i Pendergasta. Na dodatek zdołano potwierdzić, w którym miejscu spomiędzy trzcin wybiegł jeleń. Wszystko zgadzało się z podaną przez niego wersją wydarzeń.

– W porządku, chłopcy – powiedział Balfour. – Zabierzcie sprzęt i przejdźmy do bagrowania mokradła.

Esterhazy poczuł dreszcz wyczekiwania i odrazy zarazem. To okropne, ale niewątpliwie odetchnie z ulgą, kiedy ujrzy ciało swojego adwersarza wywleczone z trzęsawiska; będzie to ostateczne zamknięcie pewnego rozdziału, epilog pojedynku dwóch tytanów.

Na kawałku papieru w kratkę Balfour naszkicował zarys zdradliwej bagiennej sadzawki – była nieduża, sześć metrów na cztery – i nakreślił schemat, jak zostanie przebagrowana. W blasku reflektorów zespół przymocował do liny haki o kształcie kotwiczki, długie stalowe ostrza zalśniły złowrogo, po czym doczepili do ucha kotwiczki ołowiany odważnik. Dwaj mężczyźni cofnęli się, trzymając zwój liny, podczas gdy trzeci zajął pozycję na skraju lotnych piasków. Balfour przyjrzał się raz jeszcze schematowi i zaczął wydawać polecenia; trzeci z mężczyzn zarzucił hak kotwiczny do rozedrganego bagna. Bagrownica wylądowała w błocie przy drugim końcu trzęsawiska, a ciężarek sprawił, że błyskawicznie pogrążyła się w nim. Kiedy spoczęła na dnie, pozostali dwaj mężczyźni zaczęli ciągnąć ją z powrotem. W miarę jak bagrownica centymetr po centymetrze przesuwała się przez błocko, a lina coraz bardziej się naprężała, Esterhazy odczuwał rosnące napięcie.

Minutę później kotwiczka z hakami wyłoniła się na powierzchnię, ociekająca błotem i oblepiona zielskiem. Balfour, z notesem w dłoni, przyjrzał się hakom bagrownicy, po czym pokręcił głową.

Przesunęli się o pół metra dalej i ponownie zarzucili kotwiczkę, ściągając ją do siebie. Znów zielsko. Przemieścili się w bok, by powtórzyć całą procedurę od początku.

Esterhazy obserwował wyłaniające się haki bagrownicy i za każdym razem w jego wnętrzu narastało napięcie. Był cały obolały, a ugryziona dłoń pulsowała.

Mężczyźni zbliżyli się do miejsca, w którym pogrążył się Pendergast. W końcu kotwiczka została zarzucona właśnie tam, a ekipa zaczęła ściągać linę. Bagrownica zatrzymała się, gdyż zahaczyła o coś na dnie.

– Coś mamy – rzekł jeden z mężczyzn.

Esterhazy wstrzymał oddech.

– Teraz powoli i spokojnie – powiedział Balfour, wychylając się do przodu, a jego ciało napięło się jak sprężyna. – Powoli i spokojnie.

Do ekipy dołączył jeszcze jeden mężczyzna i wspólnie zaczęli ściągać linę centymetr po centymetrze, podczas gdy Balfour czuwał nad nimi i upominał, by nie spieszyli się niepotrzebnie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

8

9

Dostępne w wersji pełnej

10

11

12

13

14

15

16

17

18

Dostępne w wersji pełnej

19

20

Dostępne w wersji pełnej

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

45

46

Dostępne w wersji pełnej

47

48

49

50

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

57

Dostępne w wersji pełnej

58

59

60

Dostępne w wersji pełnej

61

Dostępne w wersji pełnej

62

Dostępne w wersji pełnej

63

Dostępne w wersji pełnej

64

Dostępne w wersji pełnej

65

Dostępne w wersji pełnej

66

Dostępne w wersji pełnej

67

Dostępne w wersji pełnej

68

69

Dostępne w wersji pełnej

70

Dostępne w wersji pełnej

71

Dostępne w wersji pełnej

72

Dostępne w wersji pełnej

73

Dostępne w wersji pełnej

74

Dostępne w wersji pełnej

75

Dostępne w wersji pełnej

76

Dostępne w wersji pełnej

77

Dostępne w wersji pełnej

78

Dostępne w wersji pełnej

79

80

Dostępne w wersji pełnej

81

Dostępne w wersji pełnej

82

Dostępne w wersji pełnej

83

Dostępne w wersji pełnej

Douglas Preston

Lincoln Child

Bez litości

Przełożył Robert P. Lipski

Bez litości

Tytuł oryginału: Cold Vengeance

Copyright © Splendide Mendax, Inc. and Lincoln Child 2011

This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, New York, New York, USA. All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2013 G + J Gruner + Jahr Polska

Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Redakcja: Joanna Zioło

Korekta: Jadwiga Piller

Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-366-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl