Bez błogosławieństwa bożego. Without Benefit of Clergy - Rudyard Kipling - ebook

Bez błogosławieństwa bożego. Without Benefit of Clergy ebook

Rudyard Kipling

0,0

Opis

John Holden prowadzi podwójne życie. Dla swoich kolegów ze służby cywilnej jest kawalerem, mieszka w spartańskich warunkach, a czasami zaniedbuje swoją pracę. Ale ma też drugą twarz – posiada młodą muzułmańską dziewczynę, Ameerę, którą umieścił w małym domku na skraju starego miasta. Ona jest miłością jego życia, a on jej. Są razem sielankowo szczęśliwi, a kiedy Ameera rodzi chłopca, Tota, ich szczęście jest całkowite. Kiedy Tota umiera od gorączki, są zrozpaczeni... Ale to nie koniec opowieści. Naprawdę warto poznać tę wzruszającą historię do końca. Zachęcamy do lektury! Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 87

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



 

Rudyard Kipling

 

Bez błogosławieństwa bożego. Without Benefit of Clergy

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

  

Na język polski przełożył Jerzy Bandrowski.

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Wydanie według edycji z roku 1923.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-477-0

 

Bez błogosławieństwa bożego

 

 

I.

                                                                                                                                                Przed wiosną mą jesieni zżąłem plon

                                                                                                                                                I pola me przed czasem bieli szron;

                                                                                                                                                Bólom mym z tajni rok się musiał zdać.

                                                                                                                                                Każda ma pora drży od chorych tchnień,

                                                                                                                                                Misterjum życia w śmierci wchodzi cień,

                                                                                                                                                I ja zmierzch widzę tam, gdzie drugi dzień,

                                                                                                                                                Zbyt mądry w tem, czegobym nie miał znać.

 

Gorzkie Wody.

 

— A jeśli to będzie dziewczynka?

— Panie mego życia — to nie może być. Modliłam się przez tyle nocy i tak często składałam dary w kaplicy Szejka Badla, że jestem pewna, że Bóg da nam syna — chłopca, który wyrośnie na pięknego mężczyznę. Myśl o tem i bądź szczęśliwy. Matka moja będzie jego matką, póki nie wstanę, a mułła z meczetu Pałłan dokona obrzezania — daj Boże, aby on przyszedł na świat w szczęśliwą godzinę! — a potem, potem ty już nigdy nie odwrócisz się odemnie, swej niewolnicy.

— Odkąd-że to jesteś niewolnicą, królowo moja?

— Od samego początku — kiedy twoja łaska padła na mnie. Jakżeż mogłabym być pewną twej miłości, wiedząc, że zapłaciłeś za mnie srebrem!

— Nie, to był tylko posag. Wypłaciłem go twej matce.

— A ona zakopała pieniądze w ziemi i siedzi na nich cały dzień, jak kura na jajach. Co tu mówić o posagu. Kupiono mnie jakbym nie była dzieckiem, lecz tancerką z Lucknow.

— I martwisz się, ze cię kupiono.

— Martwiłam się. Ale dziś jestem szczęśliwa. Teraz już nigdy nie przestaniesz mnie kochać, prawda? Odpowiedz, mój królu!

— Nigdy, nigdy! Nie!

— Nawet jeśli „mem-log” — białe kobiety z twej własnej krwi — zechcą cię kochać? A wiedz o tem, przyglądałam się im, kiedy wieczorem jechały tędy powozami. Są bardzo piękne.

— Widziałem setki latających baloników. Ale kiedy wreszcie ujrzałem księżyc — przestałem patrzeć na baloniki.

Ameera klasnęła w ręce i roześmiała się.

— Bardzo dobra mowa! — rzekła.

A potem z nagłym przypływem uroczystej powagi:

— Dosyć już o tem. Pozwalam odjechać — jeśli chcesz.

Mężczyzna nie ruszył się. Siedział na niskiej otomanie z czerwonej laki w pokoju, którego całem umeblowaniem były błękitne i białe chodniki, kilka kobierczyków i cała kolekcja poduszek w stylu krajowym. U stóp jego siedziała szesnastoletnia kobieta, poza którą zdawał się świata bożego nie widzieć. Z wielu przyczyn i pod każdym względem powinnoby być inaczej, ponieważ on był Anglikiem a ona córką Mahometanina, kupioną przed dwoma laty od matki, która znalazłszy się bez pieniędzy, nieczuła na łzy Ameery sprzedałaby ją Księciu Ciemności, gdyby tylko zapłata była wystarczająca.

Z lekkiem sercem i niewiele o tem myśląc, zawarł John Holden ten związek. Zanim jednak dziewczyna doszła do zupełnego rozkwitu, zaczęła wypełniać większą część jego życia. Dla niej i dla jej matki, zwiędłego już babska, wynajął mały domek na górze, skąd było widać wielkie, czerwonemi wałami otoczone miasto. A kiedy rozkwitające żółte chryzantemy na wiosnę okoliły studnię w podwórzu i kiedy Ameera urządziła się stosownie do swych własnych wyobrażeń o komforcie i kiedy wreszcie matka jej przestała gderać na niedostatek naczyń kuchennych, oddalenie od targu i kłopoty gospodarskie, John Holden zrozumiał że ta chatka stała się jego domem. Do jego kawalerskiego „bungalowu” (angielska willa w Indjach) dniem czy nocą każdy miał prawo wstępu, a życie, które tam prowadził, nie było nadzwyczaj przyjemne. W swym drugim domu on jeden miał prawo przekroczyć podwórze zewnętrzne, z którego się szło do pokojów kobiet, a kiedy zaryglowano za nim wielką drewnianą bramę, był na swem terytorjum królem z Ameerą, jako królową. I otóż w królestwie tem miała się teraz pojawić trzecia osoba, której przybycie było dla Holdena nie tak znów nadzwyczajnie pożądane. Niezbyt ono harmonizowało z jego dotychczas najzupełniej błogim stanem szczęśliwości. Wniosło pewien rozdźwięk w doskonały spokój domu, który przywykł uważać za swój własny. Ale Ameera szalała z radości na myśl o dziecku, a i jej matka była uradowana. Miłość męską, a już zwłaszcza miłość „białego”, uważała za coś niezmiernie niestałego. Teraz — według zdania obu kobiet — uczucie to mogło być pewnie kierowane rączką dziecka.

— A potem — zwykła mówić Ameera — nigdy więcej już nie będzie latał za białemi „mem-log”. Nienawidzę ich wszystkich, nienawidzę ich.

— Prędzej czy później, kiedy czas przyjdzie, on wróci do swego narodu — rzekła matka. — Ale dzięki błogosławieństwu boskiemu obecnie dzień ten jest bardzo oddalony.

Holden siedział w milczeniu, pogrążony w myślach o przyszłości, a trzeba przyznać, że myśli te były niezbyt przyjemne. Liczne są niekorzyści podwójnego trybu życia. Rząd z właściwą sobie szczególniejszą pieczołowitością, odkomenderował go na dwa tygodnie na stanowisko opróżnione przez urzędnika, który musiał czuwać przy łożu swej cierpiącej żony. Zawiadomienie o tem chwilowem przeniesieniu obwarowano serdeczną uwagą, iż Holden powinien czuć się niezmiernie szczęśliwym, jako kawaler i człowiek zupełnie niezależny. Właśnie przyniósł był te nowiny Ameerze.

— To nie bardzo dobrze — mówiła powoli — ale ostatecznie niema w tem też nic złego. Matka moja jest przy mnie i nie może mi się stać nic złego — o ile nie umrę z samej radości. Idź do swej roboty i nie martw się. Kiedy przyjdzie czas, wierzę — nie: jestem pewna. A wówczas podam ci go na ręce i ty będziesz mnie już kochał na zawsze. Pociąg odchodzi dziś w nocy, o północy, prawda? Idź i nie trap się mną, nie bądź o mnie niespokojny. Ale przyjedziesz niezwłocznie, jak tylko będziesz mógł? Nie będziesz się zatrzymywał na ulicy, aby mówić z bezczelnemi białemi „mem-log”? Wracaj prędko, życie moje.

Wychodząc z podwórza i kierując się ku uwiązanemu u furtki koniowi, Holden zawołał starego stróża, który pilnował domu, i wręczył mu wypełnione już przez siebie blankiety telegraficzne, wytłumaczywszy mu, kiedy i wśród jakich okoliczności, który z nich ma wysłać. To było wszystko, co Holden mógł zrobić, poczem, z uczuciem człowieka jadącego na swój własny pogrzeb, nocnym pociągiem udał się na wygnanie. Przez cały dzień z godziny na godzinę z biciem serca oczekiwał depeszy, a w nocy myślał bez przerwy o śmierci Ameery. Wskutek tego wszystkiego, jego praca dla państwa nie była pierwszorzędna, a jego zachowanie się wobec kolegów również nie mogło być nazwane bardzo uprzejmem. Dwa tygodnie przeszły bez żadnych wieści z domu i wkońcu, prawie nieprzytomny z niepokoju, Holden musiał strawić dwie bezcenne godziny na obiedzie klubowym, podczas którego mógł słyszeć, niejasno, jak w zemdleniu, głosy opowiadające mu, jak nędznie spełniał obowiązki człowieka, którego miał zastąpić, i jak haniebnie zachował się wobec swych kolegów. Wysłuchawszy tego wszystkiego, skoczył na konia i poleciał w noc ciemną przed siebie z gardłem ściśniętem niepokojem. Nikt mu nie odpowiedział, kiedy bił pięściami w bramę swego domu. Zniecierpliwiony oczekiwaniem zawrócił koniem tak, aby on mógł uderzyć w bramę tylnemi kopytami, gdy naraz z latarnią w ręku pojawił się Pir Chan i stanął przy nim trzymając mu strzemię.

— Co się tu dzieje? — spytał Holden.

— Nie moją rzeczą jest odpowiadać na to pytanie, o obrońco ubogich, ale...

To mówiąc, wyciągnął drżącą dłoń, jak przystoi komuś, co, przynosząc dobrą wiadomość, ma prawo spodziewać się nagrody.

Holden pobiegł przez podwórze. Na górze płonęło światło. Koń jego zarżał u bramy, a w tej chwili Holden usłyszał słabe, lecz przenikliwe skomlenie, na którego odgłos coś go chwyciło za gardło. Był to nowy tutaj głos — nie mówił jednakże nic o tem, czy Ameera żyje.

— Kto tu? — krzyknął w ciasnej, ceglanej klatce schodowej.

Odpowiedział mu okrzyk zachwytu Ameery, a potem drżący z dumy i starości głos jej matki:

— jesteśmy tu dwie kobiety i — mężczyzna — twój syn.

Na progu pokoju Holden nastąpił na obnażony sztylet, położony tam dla odwrócenia złych uroków; sztylet pękł u rękojeści pod naciskiem jego niecierpliwej stopy.

— Bóg jest wielki, krzyknęła w półcieniu Ameera. — Wszystkie nieszczęścia dziecka ściągnąłeś na swoją głowę.

— Aj, ale jak ty się czujesz, życie mego życia? Stara kobieto, jakże z jej zdrowiem?

— Zapomniała o swych cierpieniach z radości, że powiła to dziecię. Wszystko dobrze — ale mów cicho — rzekła matka.

— Do wyzdrowienia brakowało mi właśnie tylko ciebie — odezwała się Ameera. — Mój królu, długi czas byłeś daleko odemnie. I jakież to podarki masz dla mnie? Aha, tym razem to ja mam podarek dla ciebie. Patrz, życie moje, patrz! Widziałeś kiedy na świecie takie dzieciątko? Nie, jestem tak osłabiona, że ręki od niego usunąć nie mogę.

— Więc odpoczywaj i nie mów. Jestem przy tobie, bachari (mała kobieta).

— Dobrze to powiedziałeś, bo to jest węzeł i lina (peechari) między nami, węzeł, którego już nic rozwiąże. Patrz, czy możesz patrzyć w to oślepiające światło? On jest bez zmazy i skazy. Nigdy nie było takiego chłopca. Ja illach! Będzie pundytą (pundyta — tajny wywiadowca z topograficznej sekcji angielskiej w Indjach) — nie, będzie żołnierzem królowej. A słuchaj, życie moje, czy będziesz mnie kochał jak przedtem, mimo, że jestem słaba, chora i na nogach utrzymać się nie mogę? Powiedz prawdę.

— Tak. Kocham, jak kochałem, szczerze, z całej duszy. Leż spokojnie, perło, i odpoczywaj.

— Tylko nie odchodź. Siadaj tu przy mnie — tak. Matko, pan tego domu potrzebuje poduszki. Przynieś ją.

W tej chwili nowonarodzona istotka, leząca w ramionach Ameery, dała jakiś, prawie niedostrzegalny znak życia.

— Aha! — wykrzyknęła kobieta, głosem łamiącym się z miłości: — Ten chłopak to siłacz od urodzenia. Wciąż wymierza mi w bok potężne kopnięcia. Czy widział kto kiedy takie dziecko? I to jest nasze dziecko — twoje i moje. Połóż rękę na jego główce, ale ostrożnie, bo to jeszcze bardzo malutkie, a mężczyźni są bardzo niezgrabni w takich wypadkach.

Holden z niezmierną ostrożnością dotknął końcami palców główki okrytej puchem.

— On już jest wyznawcą Wiary prawdziwej — mówiła Ameera. — Leżąc tak bezsennie w nocy odmówiłam mu do ucha modlitwę i wyznanie wiary. A co najcudowniejsze to to, że on się urodził w piątek, tak jak i ja. (Piątek u Mahometan mający znaczenie niedzieli — uważany jest za dzień bardzo szczęśliwy). Pamiętaj o nim, życie moje! Ale uważasz, że on już chwyta rączkami?

Holden namacał bezsilną, malutką rączkę, która słabo wzięła go za palec od ręki. Dotknięcie to zbudziło w nim jakiś prąd, który wstrząsnął całem jego ciałem, aż doszedł do serca. Dotychczas myślał tylko o Ameerze. Teraz zaczynał rozumieć, że oprócz nich dwojga był jeszcze ktoś trzeci na świecie, ale nie mógł sobie wyobrazić, że to był naprawdę jego syn z duszą i ciałem. Usiadł, myśląc o tem wszystkiem, zaś Ameera zapadła w lekką drzemkę.

— Wyjdź stąd, sahibie — odezwała się szeptem jej matka. — Nie trzeba, żeby ona widziała cię czuwającym przy sobie. Powinna wypocząć.

— Już idę — rzekł Holden posłusznie. — Tu masz rupje. Uważaj, żeby moje „bobo” było tłuste i żeby miało wszystko, czego potrzebuje.

Dźwięk srebra zbudził Ameerę.

— Jestem jego matką, nie mamką — odezwała się słabym głosem. — Myślisz, że będę o niego dbała więcej lub mniej ze względu na pieniądze? Matko, oddaj to. Panu swemu powiłam syna.

Zanim skończyła zdanie popadła w twardy sen wyczerpania. Holden, z sercem przepełnionem radością, wyszedł po cichutku na podwórze. Pir Chan, stary odźwierny, zachichotał radośnie.

— Ten