Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei ebook

Anna Wiatr

3 (1)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei - Anna Wiatr

Brakuje ci do raty kredytu? Nie masz na dentystę? Twoje życie legło w gruzach? To jeszcze nie koniec świata. Betrojerinką [niem. die Betreuerin – opiekunka] może zostać każda, a nawet każdy z nas. Nie trzeba mieć żadnych kwalifikacji, wystarczy zebrać się w sobie. W Niemczech przydadzą się cierpliwość, umiejętność wyznaczania granic i laptop z zainstalowanym Skype’m. Po dwóch miesiącach można stamtąd przywieźć około 10 tys. złotych i - być może - pytanie, co mnie jeszcze trzyma w Polsce. Jeśli konieczność bycia do dyspozycji starszych, schorowanych ludzi dwadzieścia dwie godziny na dobę siedem dni w tygodniu, wywołuje w nas pewien niepokój, warto dowiedzieć się, jak w cudzych domach pracuje się bohaterkom i bohaterom tego reportażu.

 

Betrojerinki to nie tylko opowieść o pracy setek tysięcy Polek wyzyskiwanych przez naszych sąsiadów zza zachodniej granicy, ale również o polskim państwie, które nie potrafi im zapewnić godnego życia.

Opinie o ebooku Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei - Anna Wiatr

Fragment ebooka Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei - Anna Wiatr

Prolog

Karton pełen kaset z rozmowami ze starymi ludźmi przemierza wraz ze mną drogę z Wrocławia do Berlina. W pokoju przy Sonnenallee piszę doktorat o umieraniu. Na pewno często używam słów „opieka” i „starość”. Pewnego poranka Gmail wśród usług i produktów, które mogą mnie zainteresować, umieszcza „opiekę całodobową nad seniorami”. Czytam. Klikam. Klikam kilka razy, bo uznaję, że to pomyłka. Albo kwieciście napisana reklama.

Przez kilka następnych dni piszę maile do agencji pośrednictwa, które mogą zatrudnić mnie jako opiekunkę osoby starszej w Niemczech. Upewniam się, że opiekunka pracuje w domu podopiecznego. Że nie ma nikogo do pomocy. I że pracuje siedem dni w tygodniu. I że musi wyjechać na minimum osiem tygodni. „Proszę nastawić się na opiekę całodobową, dziennie przysługują dwie godziny wolnego” – dowiaduję się. Przeglądam ogłoszenia i strony internetowe firm oferujących „zatrudnienie od zaraz”. Im więcej wiem, tym bardziej jestem zaskoczona.

Nie mam nic wspólnego z dziennikarstwem, ale nuży mnie już pisanie naukowych tekstów, z przyjemnością natomiast publikuję wpisy na stronach kolejnych blogów. Staram się o stypendium dla dziennikarzy na pisanie książki o polskich opiekunkach. Nie otrzymuję go, ale biorę sobie temat do serca. Noszę go tam przez kilka ładnych lat; w tym czasie jestem dziennikarką freelancerką (a jednak!) współpracującą z nikomu nieznanymi portalami, z wolnej stopy prowadzę też zajęcia dla studentów. Zarabiam grosze. Wyjadę do Niemiec jako opiekunka – olśniewa mnie któregoś wieczoru. Przyjrzę się z bliska mojemu przykurzonemu tematowi i w końcu pójdę do dentysty.

Kierowca busa dzwoni o 6.40, że zjechał z autostrady; pyta, jak do mnie dojechać. Tłumaczę.

– W rozkładzie tych ulic nie ma żadnej logiki – stwierdza.

– Nie we wszystkim jest – odpowiadam.

W busie siedzi już pięć kobiet i mężczyzna. Przejeżdżamy przez Niemcy. Trwa to ponad dwanaście godzin. Wysiadam na ostatnim przystanku, zatrzymujemy się przed domem podopiecznej, bus odjeżdża.

– To bardzo narracyjna praca – myślę, czekając, aż ktoś otworzy drzwi i historia się rozpocznie.

Pracuję jako opiekunka prawie trzy miesiące, zarabiam 3 tys. euro. Postanawiam napisać książkę reporterską o prozaicznych aspektach stosunków polsko-niemieckich ze starością w tle. (W międzyczasie pracuję też jako etatowa dziennikarka w Poznaniu; tam reportaż staje się moim ulubionym gatunkiem).

– Mogę do ciebie zadzwonić, gdy pomysł nabierze rumieńców? – pytam podczas pożegnania Krystynę, sześćdziesięciolatkę, która pracując w opiece w tej samej miejscowości, zarabia na spłatę kredytu na dom.

Życie przestaje się toczyć

Poznałyśmy się w Korschenbroich; dwie opiekunki z Polski w najspokojniejszym miasteczku w Niemczech, a może i na świecie, w którym co rusz ktoś umiera. Po dwóch latach znów się spotykamy: siadamy do popołudniowej kawy w Dobiesławiu, w którym Krystyna mieszka.

– Najpierw szukałam pracy w Polsce – mówi; w taki sposób najczęściej zaczynają się te opowieści. – Gdziekolwiek nie idę, słyszę to samo pytanie: w jakim jest pani wieku? Domyślam się, że odpowiedź nie robi na moich niedoszłych pracodawcach dobrego wrażenia. Miałam wtedy pięćdziesiąt dziewięć lat. Do Koszalina jedzie się od nas pół godziny samochodem. Z pracą jest tam krucho. Do Darłowa – dwadzieścia minut. Bezrobocie jeszcze większe. Wcześniej byłam księgową w Zielonej Górze. Żyjemy z oszczędności. Dostaję siedemset złotych świadczeń przedemerytalnych. Nie mogę zarobić wiele, bo te siedemset złotych by przepadło. Nie mogę zarobić niewiele, bo mamy kredyt do spłacenia. Pięć lat wcześniej kupiliśmy ten dom. Jak szarlotka?

Według zatrudniającej mnie agencji pracy tymczasowej mam się opiekować małżeństwem na chodzie. Jakież jest moje zdziwienie, gdy po dwunastu godzinach słuchania w busie opowieści o tym, co złego może mnie spotkać u Niemców, widzę samotną kobietę poruszającą się przy pomocy chodzika.

– Mieszka pani sama? – pytam zdezorientowana.

Podopieczna Krystyny jest, zgodnie z planem, starszą, chorą na cukrzycę panią, potrzebującą pomocy po tym, jak mdleje i łamie rękę. Obie mieszkają w położonych blisko siebie dużych domach otoczonych jeszcze większymi ogrodami, wśród innych zadbanych domów, w których także pracują polnische Perlen1 [niem. die polnische Perlen – polskie perły].

Pierwszego wieczoru dowiaduję się, że mój pokój znajduje się w piwnicy i że parę ulic dalej mieszka sympatyczna Polka, skierowana do Niemiec przez tę samą agencję.

– Świetnie – myślę – przynajmniej będę miała z kim pójść na kawę. Gdy widzę ją po raz pierwszy, jest blondynką. Wybieramy się wtedy do włoskiej lodziarni; żadna z nas nie przejmuje się dietami. Nie warto odmawiać sobie drobnych przyjemności w sytuacji, gdy raz dziennie można wyjść z pracy. Na dworcu w Koszalinie wita mnie siwowłosa kobieta z resztkami farby na końcówkach włosów.

– Daję im odpocząć, poza tym ten kolor bardziej mi się podoba.

Jako blondynka czyta w „Głosie Koszalińskim” ogłoszenie firmy rekrutującej opiekunki. Jest wrzesień 2010 roku, etap łapania się wszystkiego. Dzwoni, umawia się na rozmowę i test językowy.

– Wiem, że to moje być albo nie być. Zdaję test, choć prawie nie mówię wtedy po niemiecku. Informuję pracownicę agencji, że mogę zacząć po 1 listopada, bo na Wszystkich Świętych jadę do Zielonej Góry na grób ojca. Opiekowałam się nim, gdy dostał udaru. Gdy jestem z powrotem, dzwoni kobieta z Hamburga. Pyta, czy chcę mieszkać oddzielnie. Nie chcę; co miałabym robić w pustym mieszkaniu w obcym mieście? Ustalamy, że 7 listopada będę w Niemczech. Wiem, że agencja wysyła mnie w delegację, czyli oficjalnie nie zarobię zbyt wiele – nie boję się o utratę wcześniejszej emerytury. Pani Schulz, którą mam się opiekować, choruje na raka. Nie mijają dwa tygodnie od mojego przyjazdu, gdy zaczyna umierać. Jest jej duszno, męczy ją kaszel. Czuwam dzień i noc. Zwilżam usta. Podaję leki. Myję w łóżku. Peszy ją to.

– Bardzo pani dziękuję – mówi za każdym razem. Do końca jest elegancka. Kilka dni przed śmiercią każe pedikiurzystce pomalować na czerwono paznokcie.

Ile wynoszą koszty spłaty kredytu na dom w sytuacji, gdy ma je ponieść opiekunka? W przypadku Krystyny utrzymanie domu oznacza bycie sprzątaczką i kucharką w Hamburgu i Korschenbroich. Do tego trzeba dodać robienie zakupów. Prasowanie. Podwożenie samochodem. Podciąganie majtek. Uśmiechanie się. Bycie na każde zawołanie. W Korschenbroich od 8.00 do 22.00 (z dwugodzinną przerwą podczas popołudniowej drzemki pani Müller) przez siedem dni w tygodniu. W Hamburgu na początku od 8.00 do 20.00, później, gdy stan pani Schulz się pogarsza, opieka rozciąga się, zgodnie z ofertami agencji pośredniczących, na dwadzieścia cztery godziny. (Obok łóżka stoi niania elektroniczna – Krystyna śpi jak na szpilkach). Dom w Dobiesławiu jest więc kosztowny, ale też przestronny i przytulny. Okolica malownicza. Bezkresne pola, na polach wiatraki. Mieszkańcy protestowali przeciwko ich stawianiu. Bali się, że kury przestaną się nieść. Kury jednak wiatrakami się nie przejęły, podobnie krowy – Krystyna przynosi od sąsiadów nie tylko jajka, ale i mleko. Inne produkty kupuje w jedynym we wsi sklepie; przywykła już do tego, że zakupy zabierają jej prawie godzinę. Po inne rzeczy jeździ do Koszalina i Darłówka – najlepsze ryby można kupić prosto z kutrów w Darłówku, najlepszy razowy chleb w małej piekarni w Koszalinie. To dom na starość dla Krystyny i jej męża, który z Dobiesławia pochodzi. Plan jest prosty: pracę w ogrodzie będą sobie urozmaicać odwiedzinami u córki mieszkającej na Sycylii i syna w Londynie oraz rozpieszczaniem włoskich i angielskich wnuków. Na początku budynek przypominał ruderę, teraz prezentuje się porządnie, a nawet sielsko; trzeba jeszcze tylko utwardzić nawierzchnię wokół. Z każdą wiosną pojawiają się nowe kwiaty i krzewy sprowadzane z Wrocławia i z Czech. Niepokój mogą wzbudzać tylko strome schody prowadzące na pierwsze piętro – gdy starość da o sobie znać w nogach, mogą okazać się nie do pokonania.

– Najgorsza jest tęsknota – opowiada Krystyna. – Nie mogę używać telefonu, nie mam internetu. Günter, syn podopiecznej, oznajmia, że nie mogę dzwonić do Polski, bo to zbyt drogie. Do domu na pierwszy urlop mam pojechać za pół roku. Podaje mi numer telefonu znajomego Polaka, który od kilku lat prowadzi w Niemczech firmę budowlaną. „– Jeśli będziesz chciała porozmawiać po polsku, możesz do niego zadzwonić” – mówi. – Idiota – myślę. Zostawiłam w Polsce męża i osiemdziesięciodwuletnią mamę; powinnam mieć możliwość rozmawiania z nimi codziennie. Ale najbardziej uciążliwe jest życie cudzym życiem. Bo żeby życie starych Niemek mogło toczyć się w miarę normalnym torem, moje toczyć się przestaje.

W Korschenbroich kilka razy dzwonię do Krystyny; słyszę, że jej podopieczna zwraca się do niej per „ty”. Na początku myślę, że chodzi tylko o te krótkie rozmowy, gdy woła ją do telefonu. Per „ty” zwraca się jednak do Krystyny nie tylko pani Müller, ale i cała jej rodzina: począwszy od córek i syna, na wnukach kończąc. Ta bezpośredniość nie działa w dwie strony – gdy Krystyna jest Krystyną, wokół niej żyją Herren und Frauen [niem. die Herren – panowie;die Frauen – panie]. Ja pozostaję Frau do końca pobytu. Mam też ośmiogodzinny dzień pracy, internet i wolne niedziele, gdy pozmywam po śniadaniu (kosztuje mnie to jednak kilka awantur).

– Inne opiekunki pracują dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu – zauważa pani Schiller, gdy zapomina o naszej ustnej umowie albo gdy przypomina sobie, że mogłabym wyszorować nieużywane mieszkania, które wynajmowała, gdy była młodsza.

– Przecież ustaliłyśmy to w pierwszym tygodniu mojego pobytu. Poza tym wie pani, że to w Niemczech nielegalne – to koronny argument.

Od początku wiem, że powinnam nastawić się na opiekę dwudziestoczterogodzinną, ale po dwóch dniach bycia do dyspozycji od 8.00 do 23.00 biorę sprawy w swoje ręce.

– Szczegółowe zasady ustali pani z podopieczną na miejscu – oznajmia szefowa agencji przed wyjazdem. Postanawiam potraktować to dosłownie. Moja podopieczna jest dość samodzielna, bo tylko dość samodzielną osobą zgodziłam się opiekować. Nie muszę nawet pomagać jej w myciu i ubieraniu, choć tego nie wykluczałam. (Wykluczałam natomiast dźwiganie i zmianę pampersów oraz zajmowanie się osobami w zaawansowanych stadiach demencji i alzheimera). Uznaję, że od 8.30 do 16.30 zdążę zrobić śniadanie i obiad, posprzątać, zrobić pranie, poprasować i pójść po zakupy oraz wysłuchać opowieści o życiu. (Żeby się wyrobić, rezygnuję z dwugodzinnej poobiedniej przerwy, którą zazwyczaj mają opiekunki). Proszę również o wolne niedziele, bo mam zamiar zwiedzać okolicę. Moja podopieczna nie ma początkowo żadnych zastrzeżeń do tych rewolucyjnych ustaleń. Gdy pyta, czy czegoś potrzebuję, dowiaduje się, że nie przeżyję bez internetu. Po przejrzeniu sterty papierów okazuje się, że internet jest już w abonamencie; wystarczy przeciągnąć kable i kupić router. Załatwianie tego trwa trzy dni.

Gdy pomyślę, ile energii kosztuje mnie szukanie zleceń w innych branżach, z rozrzewnieniem myślę o szukaniu pracy jako opiekunka. Niepotrzebne okazują się rozbudowane i jednocześnie treściwe CV, przekonująco napisane listy motywacyjne i ładne zdjęcia. Plany reprodukcyjne? Niekaralność? Staż pracy, staż staży? Nieistotne. Przed wyjazdem do Korschenbroich cały proces rekrutacji odbywa się przez telefon. Opowiadam po niemiecku, jak się nazywam, czym się interesuję i gdzie nauczyłam się języka. Po polsku dopowiadam, że nie mam doświadczenia w opiece. Umowa zlecenia liczy dwie strony i zostaje mi przesłana pocztą. Moje obowiązki opisane są w paragrafie trzecim i lakonicznie ograniczają się do dwóch punktów: 1. opieki nad starszą osobą; 2. pozyskiwania zleceniodawców; mam za ich wykonywanie otrzymywać trzysta euro miesięcznie. Pracuję w ramach delegacji służbowej, co opisane zostaje w paragrafie czwartym:

W związku z tym, że czynności objęte powyższą umową będą świadczone przez zleceniobiorcę przede wszystkim w ramach podróży służbowej na terenie Niemiec, zleceniodawca, poza wynagrodzeniem, o którym mowa w paragrafie 3. niniejszej umowy, zobowiązuje się do zwrotu kosztów poniesionych przez Zleceniobiorcę, w tym kosztów delegacji Zleceniobiorcy, zgodnie z przedstawionymi przez niego rachunkami, oraz kosztów diet, ryczałtów i innych należności za czas podróży służbowej osoby niebędącej pracownikiem […]. Zwrot kosztów z tytułu diet ograniczony jest do wysokości 800 euro miesięcznie.

Ten model biznesowy, polegający na podpisywaniu przez polskie agencje pracy tymczasowej umów zlecenia z opiekunkami i wysyłanie ich w podróże służbowe do Niemiec, wydaje się idealny. Umożliwia wysyłanie Polek w delegacje, które polegają na całodobowej dyspozycji przez dwa albo trzy miesiące wyjazdu.

Moją agencję poleca mi kolega koleżanki. Jego mama od lat pracuje jako opiekunka, nie zjeżdżając nawet na święta.

– Unikam dzięki temu gotowania bigosów i skakania wokół licznej rodziny – mówi przez telefon.

Później, gdziekolwiek nie wspominam o tej pracy, dowiaduję się, że matki, córki, teściowe, synowe i przyjaciółki moich rozmówców co dwa, trzy miesiące pakują walizki i spędzają kilkanaście godzin w busach albo autobusach, bo nie dla nich tanie połączenia lotnicze. Gdy wreszcie dotrą do zachodnich Niemiec, przez dwa czy trzy miesiące robią starszym Niemcom i Niemkom śniadania, obiady i kolacje, zarabiając na raty zaciągniętych kredytów, remonty domów, studia dzieci, bieżące rachunki, kosmetyki, ubrania, buty i wakacje w Grecji. Gdyby zebrać je w jednym miejscu, okazałoby się, że tworzą spore miasto: w zależności od szacunków liczy ono od 200 tys. do 500 tys. mieszkanek. Ponieważ opiekunki wyjeżdżają i wracają, i tak w kółko, można założyć, że co dwa miesiące pół tego miasta się wyludnia. Gdyby miasto opiekunek było przykładowo Rzeszowem, połowa mieszkańców, czyli około 100 tys. osób, byłaby stale poza domem. Gdyby było Poznaniem, 250 tys. mieszkańców przez pół roku przebywałoby poza miejscem zamieszkania. Miasto opiekunek jest jednak rozrzucone po całym kraju. Do Niemiec wyjeżdżają mieszkanki miejscowości różniących się wielkością i poziomem bezrobocia. Mieszkając w niemieckich wsiach i miasteczkach, rzadziej na przedmieściach dużych miast, a bardzo rzadko w metropoliach, tworzą inne, nieistniejące miasto. Niezameldowane pod niemieckimi adresami mieszkanki widać, gdy między 13.00 a 15.00 spotykają się w parkach i opowiadają sobie, jak to się stało, że znalazły się w Niemczech.

– Wspaniale opiekujecie się naszymi chorymi – usłyszą czasem od przechodnia.

– Nie mówię dobrze po niemiecku – odpowiada Krystyna, gdy proponuję jej wycieczkę do oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów Kolonii. – W Hamburgu w ogóle nie miałam czasu dla siebie, tutaj po przyjeździe powiedziałam, że chcę mieć dwugodzinną przerwę w ciągu dnia. Nie podoba się to dzieciom pani Müller, ale się zgadzają. Wolny dzień by jednak nie przeszedł, a ja nie będę ryzykowała ani przenosiła się gdzie indziej. Zawsze może być gorzej.

Jeśli Krystyna już dokądkolwiek jeździ, to w krótsze i dłuższe podróże służbowe. W ich trakcie zamienia się w szofera swojej podopiecznej i wozi ją do filharmonii albo do restauracji w Mönchengladbach. Co jakiś czas jeździ też do oddalonego o sto kilometrów Hahn odwiedzić córkę pani Müller. Pokonywanie tej trasy jest bardziej stresujące: Krystyna modli się o cierpliwość w trakcie zjazdów z autostrady, podczas gdy jej podopieczna wybiera któryś z nich, by w ostatniej chwili dojść do wniosku, że jednak nie tędy droga. Tygodniowa podróż służbowa zdarza się raz w ramach odwiedzin córki mieszkającej w Monachium. Zmiana otoczenia nie wiąże się jednak z reorganizacją pracy: Krystyna pomaga podopiecznej umyć się i ubrać, a w wolnym czasie sprząta, gotuje i prasuje. Jak na złość dojrzewają wtedy jabłka w ogrodzie, więc codziennie piecze szarlotki. Z tej wycieczki najmilej wspomina rozmowy z wnukiem pani Müller, życzliwym i sympatycznym.

– No zupełnie jak nie Niemcy – myśli podczas pogawędek. Odwiedziny syna podopiecznej nie wymagają pokonywania setek kilometrów; mieszka kilka ulic dalej. Zresztą najczęściej to Günter przychodzi do matki – z brudnym praniem albo marynarką wymagającą doszycia guzików. On też uznaje, że osiemdziesięciosiedmioletnia matka potrzebuje pomocy. Z szyną trudno jej się ubierać i rozbierać, choć wcześniej nieźle sobie radziła: co chwila spotykała się ze znajomymi, poza cukrzycą nic jej nie dolegało.

– Moja pomoc ma sprawić, że znów będzie żyła pełnią życia – wyjaśnia Krystyna. – I tak się dzieje. Zresztą ja podziwiam stare Niemki, nie tylko panią Müller. Nawet jeśli ledwo łażą, nie poddają się i kupują chodziki. W Niemczech starość rzadziej bywa straszna.

– Rutyna jest dobijająca – Krystyna głośno wzdycha. – Pomoc w myciu, zakładanie koszul i spódnic, robienie zastrzyków, słuchanie pierdzenia, przygotowywanie śniadań, jedzenie śniadań, sprzątanie po śniadaniach, odkurzanie, przygotowywanie obiadów, jedzenie obiadów, mycie naczyń, podcieranie tyłka, czytanie gazet i rozwiązywanie krzyżówek, przygotowywanie kolacji, jedzenie kolacji, sprzątanie po kolacji, oglądanie telewizji, mycie, wkładanie koszuli nocnej. Można się zanudzić na śmierć! Ale i czasem szeroko otworzyć oczy ze zdziwienia, poznając na przykład zasady zmiany podpasek. Pani Müller ma zazwyczaj założone trzy, ale tylko jedną, najbrudniejszą, pozwala wyrzucić, choć pozostałe także czystością nie grzeszą. Ponieważ liczy się każdy cent, w domu nie ma jednorazowych rękawiczek. Dla urozmaicenia doprowadzam do porządku ogród albo sprzątam groby. Ale dlaczego ja mam sprzątać niemieckie groby, najprawdopodobniej hitlerowców? Z drugiej strony gotowanie i pieczenie sprawia frajdę. I sporo się uczę. Nigdy wcześniej nie piekłam na przykład placka z jabłkami, takiego jak w Korschenbroich. Najpierw trzeba utrzeć ciasto, dodać do niego rodzynki i wylać na blachę, później wrzucić pokrojone w ćwiartki jabłka (ciasno i dużo) i włożyć do piekarnika. Gdy ciasto jest upieczone, polać masłem roztopionym z brązowym cukrem. Nie omija mnie szparagowe szaleństwo. W Polsce nie interesowałam się tymi warzywami i nie wiedziałam, jak się je przyrządza. Okazuje się, że wystarczy ugotować je w lekko osolonej wodzie – nie powinny być za miękkie – potem dodać trochę masła. Robię też niemiecką sałatkę śledziową. Żeby ją przygotować, trzeba kupić śledzie w oleju (słone), ugotować ziemniaki w łupinach, jajka, wszystko pokroić. Pokroić też ogórki konserwowe, jabłka, włoskie orzechy, marynowane buraczki i natkę pietruszki. Przygotować sos z majonezu, soku z buraków i ogórków. Wymieszać.

Moja podopieczna nie uczy mnie gotowania niemieckich dań, choć i ja polubiłam tam smak szparagów. Wbrew temu, co mówi mi przed wyjazdem szefowa agencji pośrednictwa, pani Schiller nie jest wegetarianką, tak jak ja, ale też nie przepada za mięsem. (– Jest pani pewna? – pytałam z niedowierzaniem przez telefon. – To dość niecodzienne, żeby osiemdziesięcioletnie osoby – jechałam przecież do małżeństwa – były na bezmięsnej diecie, a do tego wiedziały jeszcze, jak się ta dieta nazywa). Na miejscu moje wątpliwości zostały rozwiane:

– Jem mięso, ale bardzo rzadko. Może mi je pani od czasu do czasu przyrządzić?

Z przyjemnością smażę naleśniki, które później wypełniam szpinakiem, czy piekę zapiekanki ze słodkich ziemniaków w orzechowym sosie.

– Pyszne – słyszę podczas obiadów w ogrodzie, które często popijamy wytrawnym winem – ale chyba niezbyt polskie?

Trzeciego dnia mojego pobytu okazuje się, że w ogrodzie mam nie tylko miło spędzać czas podczas jedzenia obiadu, ale i sadzić kwiaty, kosić trawę, plewić, podlewać i grabić.

– Nie jestem ogrodnikiem – mówię z oburzeniem.

– W takim razie za dwa dni może pani wracać do Polski – słyszę. Przekonuje mnie to do zgłębienia tajników życia niemieckich roślin.

– W Hamburgu jest milej, choć z nikim nie mogę się dogadać, nie dojadam i wstaję w nocy – Krystyna uśmiecha się lekko. – Najlepiej dogaduję się z półtoraroczną wnuczką pani Schulz, bo obie mamy problemy z mówieniem. Dobre wrażenie robi na mnie też Beno, zięć podopiecznej, który do Niemiec przyjechał aż z Wenezueli. To jemu mówię, że mamy za mało chleba, wędlin czy serów, bo ja, w odróżnieniu od podopiecznej, nie umieram i jeść muszę. Od tego czasu Beno gotuje nie tylko dla żony i dwóch córek, ale i dla mnie. Z nim ubieram panią Schulz po tym, jak umiera w Wigilię. Gdy wyciąga bieliznę i ubrania na chybił trafił, interweniuję. To była dama, na pewno chciałaby być pochowana w ubraniach, które do siebie pasują, i na pewno chciałaby mieć makijaż, dlatego delikatnie ją maluję. W Hamburgu jestem też dla wszystkich, łącznie z odwiedzającymi chorą profesorami, Frau. Znajomi, którzy przychodzą do pani Schulz, są życzliwi i mili. Próbują ze mną rozmawiać. Dopytują, z jakiej części Polski jestem. Jak mi się podoba w Hamburgu. Córka i zięć podopiecznej traktują mnie jak członka rodziny, z nimi też mieszkam w apartamencie, który znajduje się powyżej mieszkania pani Schulz. Wzrusza mnie czułość, z jaką Ingeborg odnosi się do matki. Parę dni przed śmiercią otwiera na oścież balkonowe drzwi. Jest chłodne popołudnie. Sadza panią Schulz na wózku przed tymi drzwiami, opatula kocem i siada obok. Dzień się kończy.

Podopieczna, 84 lata, 65 kg, 160 cm, mieszka samotnie w mieszkaniu w centrum Bochum (duże miasto między Dortmundem a Essen). Blisko do sklepu. Cierpi na niewydolność serca i nerek, alzheimera, inkontynencję2 (zmiana