Wydawca: Genius Creations Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 24 min Lektor: Artur Ziajkiewicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 24 min Lektor: Artur Ziajkiewicz

Opis ebooka Betelowa rebelia: Spisek - Daniel Nogal

W Betelii, leżącej na krańcu świata tropikalnej kolonii, ścierają się interesy dwóch mocarstw: Regalium i Septium. W ich cieniu rozgrywa się prawdziwa walka pomiędzy zupełnie nowymi graczami: wszechwładnym Bankiem Rotów i tajemniczą Lożą Mechanistów. Napiętą sytuację komplikuje antykrólewska rebelia, wzniecona przez szlachetnych idealistów, dążących do wyzwolenia kolonii spod imperialnej władzy Regalium.

W „betelową rebelię” zaangażuje się, ku własnemu zdziwieniu, nałogowy hazardzista Angus, odważna dziennikarka Marta Brus i wielu innych. Będzie wśród nich szalony profesor Fergus, badający zwyczaje nagów, gadzich mieszkańców Betelii. Tłem dla losów rewolucji okażą się podróże przez malowniczą dżunglę, zapomniane świątynie, niezwykłe wynalazki, pirackie zamki na rajskiej Tygrysiej Wyspie… Betelia stanie w ogniu! Jaki będzie los rebeliantów?

Porządne, awanturnicze fantasy. Jest tu bunt i spisek, są walki i pościgi oraz twardzi bohaterowie. Nogal stworzył wciągający świat, a to dopiero początek serii!
Marcin Jamiołkowski, autor Okup krwi, Order, Bezsenni i Keller

Opinie o ebooku Betelowa rebelia: Spisek - Daniel Nogal

Fragment ebooka Betelowa rebelia: Spisek - Daniel Nogal

Daniel Nogal

BETELOWA 

REBELIA:

SPISEK

Betelowa rebelia: Spisek

Copyright © Daniel Nogal

Copyright © Wydawnictwo Genius Creations

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover art by Jacek Łukawski

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2016 r.

druk ISBN 978-83-7995-074-4

epub ISBN 978-83-7995-075-1

mobi ISBN 978-83-7995-076-8

Redakcja: Bożena Kurzydłowska

Korekta: dr Marta Kładź-Kocot

Projekt okładki: Jacek Łukawski

Skład okładki: Paweł Dobkowski

Skład i typografia: Studio Grafpa, www.grafpa.pl

Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. 

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Podmiejska 13 box 27

85-453 Bydgoszcz

sekretariat@geniuscreations.pl

www.geniuscreations.pl

Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl,

www.eBook.MadBooks.pl ieBooks4U.pl

Rozdział pierwszy

Edmund przyglądał się przewodnikowi.

Budak był przedstawicielem wężowego plemienia, jednym z nagów, jak sami nazywali siebie tubylcy. Miał pięć stóp wzrostu i pokryte łuskami ciało, przypominające sylwetkę człowieka tylko w przybliżeniu. Ludzie bowiem nie mają zwykle ogona wystającego spod krótkiej, rozciętej z tyłu tuniki. Poza tym palce Budaka, zarówno u rąk, jak i u bosych stóp, były niezwykle długie i zakończone pazurami. Taka budowa ciała umożliwiała mu na przykład sprawne wspinanie się po drzewach, a raczej wbieganie po pniach. Naga nie posiadał też ludzkiego nosa, a jedynie wypukłość między gadzimi ślepiami, u dołu której znajdowały się dwa podłużne otwory. Szerokie usta, uzbrojone w drobne kły, były wysunięte do przodu jak pysk. Jeżeli dodać do tego wąski i spiczasty język, to za cud należało uznać, że tak wielu nagów potrafiło, i to w miarę zrozumiale, posługiwać się ludzkim językiem.

Rzecz jasna Budak nie był pierwszym tubylcem, jakiego Edmund w życiu widział. Młody inżynier Królewskiej Kompanii Handlowej przypłynął do Betelii dwa miesiące wcześniej i od tamtej pory większość czasu spędził w Porcie Księcia. Nagowie mieli tam swoją dzielnicę, zwaną Bagnistym Ujściem. Edmund czytał o tych istotach wcześniej, oglądał ryciny, lecz gdy zobaczył je po raz pierwszy na własne oczy... Wciąż jeszcze nie mógł się otrząsnąć z niepokoju, kiedy przebywał w towarzystwie Budaka, choć podróżował z nim – no właśnie, ile to już? Trzynaście dni?

Dwa tygodnie w dżungli! Edmund całe swoje wcześniejsze życie spędził w Nemetonie, największym i najnowocześniejszym mieście świata. Dla kogoś takiego jak on piesza wędrówka przez tropikalny gąszcz, zamieszkały przez tysiące węży i miliony moskitów, była udręką. Nic a nic nie przypominała podróżniczych opowieści, jakich nasłuchał się na otwartych spotkaniach w stołecznym Klubie Odkrywcy. No, może jeszcze pierwsze cztery dni marszu, mimo wszystkich niewygód, dało się uznać za interesującą, męską przygodę. Czwartego wieczora jednak Arnold, jeden z trzech żołnierzy stanowiących eskortę ekspedycji, nadepnął w zaroślach na prążkowanego niemrawca i nie dożył świtu. Dla niedoświadczonego Edmunda skończyła się wtedy przygoda, a zaczęła walka o przetrwanie.

Oczywiście powrót do Portu Księcia nie wchodził w grę. Polecenie gubernatora było jasne: macie dotrzeć na Mglisty Płaskowyż i przeczesać go w poszukiwaniu złóż smoczego oleju. Albo umrzeć, próbując.

Jeśli wziąć pod uwagę, jak ważne było to zadanie, skład zespołu wydawał się niewiarygodnie skromny. Ledwie osiem, no, teraz już siedem osób plus wężowy przewodnik. Wszystko dlatego, że ekspedycja była tajna. O istnieniu Mglistego Płaskowyżu, a tym bardziej o podejrzeniach, że może skrywać bogate złoża, nie wiedział prawie nikt. I gubernator Braden chciał, aby jak najdłużej tak pozostało. Nie byłoby to możliwe, gdyby wysłano na północ kilkudziesięcioosobową grupę. Co z tego, że tak mała drużyna odkrywców miała znacznie mniejsze szanse na przetrwanie w dziczy? Trudno, zawsze można było wysłać następną. Śmiałków w Porcie Księcia nie brakowało.

Cóż, rzeczywiście nikt nie został zmuszony do podpisania kontraktu, wszyscy trafili do dżungli dobrowolnie. Jedni usłyszeli zew przygody, innych skusił szelest przeliczanych banknotów, a chyba wszyscy chcieli zapisać się w historii. Edmund chciał z całą pewnością. Nie bez znaczenia było również bogactwo, jakie spłynąć mogło na niego, gdyby to właśnie on znalazł smoczy olej w środku dżungli. Pękający w szwach portfel był niezbędny, aby spotkać się z panem Grantem i prosić o rękę jego córki, prześlicznej Fiony.

Inżynier przegonił kolejnego moskita, który nie dał się przekonać, że cuchnąca niczym rynsztok za tawerną maść doktora Tormoda jest niezawodnym repelentem. Rozejrzał się po polance. Ron i Natan, jak to żołnierze, wykorzystywali wolną chwilę na rzucanie kośćmi i bez zmiłowania ogrywali dwóch tragarzy, których imion Edmund nie był w stanie zapamiętać. Kartograf Bernard jak zwykle kreślił coś ołówkiem w kajecie, bezgłośnie poruszając ustami w chwilach, gdy zmagał się z zaawansowaną arytmetyką. Małomówny pan Logan, szef ekspedycji, doświadczony podróżnik o ogorzałej twarzy i przedwcześnie posiwiałych włosach, siedział z zamkniętymi oczami i żuł liście pieprzu betelowego, które barwiły jego zęby na brązowo.

Zmęczony Edmund też zamknął oczy. Pochylił się, oparł głowę na dłoniach. Natychmiast zapadł w niespokojną drzemkę, a przyśniły mu się niemrawce, kobry i wymachujący włóczniami nagowie.

Obudził go Budak, zaciskając długie paluchy na chudym ramieniu inżyniera. Edmund wzdrygnął się.

– Czass w dhogę – wysyczał przewodnik.

*

Rankiem osiemnastego dnia wyprawy zaczęli piąć się coraz bardziej stromymi ścieżkami. To znaczy – zdaniem Budaka były to ścieżki. Ludzie widzieli jedynie niewyraźne prześwity w gąszczu pni, lian i paprotników.

Wędrówka stała się więc jeszcze bardziej wyczerpująca. Szczególnie dla tragarzy, obładowanych sprzętem Edmunda do tego stopnia, że w końcu żołnierze musieli ich trochę odciążyć. Bernardowi również nie było lekko. Kartograf nabawił się kłopotów z żołądkiem. Kilka razy wymiotował, zdarzało mu się też nagle wskoczyć w paprocie, z których potem wydobywały się bardzo niezdrowe dźwięki i jeszcze bardziej niezdrowe zapachy. Nie wyglądało to dobrze. Nawet jeśli nie były to początki febry albo innej choroby, jaką na intruzów zesłać potrafiła dżungla, Bernarda mogło zabić odwodnienie. Ewentualnie wcześniej, przy okazji którejś z pospiesznych eskapad na ubocze, kartograf mógł podzielić los Arnolda.

Gdy przed południem – najprawdopodobniej, bo zielony baldachim nie pozwalał dojrzeć słońca – zrobili postój, przewodnik mruknął, że musi się rozejrzeć i zaraz zniknął. Resztę zespołu interesował tylko odpoczynek. Nikt nie grał w kości, nikt nie kreślił niczego w kajecie. Szef ekspedycji po swojemu siedział i żuł betel, Edmund zaś rozmyślał, czy jeszcze kiedyś zobaczy niebieskie oczy Fiony.

Fakt, Bernard nie miał wątpliwości, że właściwie dotarli już na Mglisty Płaskowyż. Jednakże wedle skąpych informacji, jakie posiadali, miał on kilkadziesiąt mil kwadratowych powierzchni. Oczywiście nie musieli sprawdzać każdego akra, z którego udałoby się wycisnąć parę kropel smoczego oleju. Interesowało ich tylko, czy rzeczywiście są tu te nieprzebrane złoża, o których gubernator dowiedział się z jakiegoś niezwykle tajemniczego źródła. Ale nawet to oznaczało kilka dni chodzenia po płaskowyżu w te i z powrotem, a dla Edmunda kilka dni bardzo żmudnej roboty – składania i kalibrowania urządzeń, analizowania wyników pracy. No a potem, z dobrą wiadomością lub bez niej, trzeba było wrócić do Portu Księcia, co w sumie oznaczało jeszcze trzy, cztery tygodnie w dżungli. Prawie miesiąc. O ile uda się im tak długo przeżyć.

– I jak? – odezwał się pan Logan, kiedy Budak bezszelestnie wyłonił się z gąszczu. – Długo jeszcze będziemy szli pod górkę?

– Tss... Nie – odparł naga, co Bernard przyjął z ulgą wypisaną na bladej twarzy.

Z dnia na dzień zbieranie się w dalszą drogę po postoju zajmowało im coraz więcej czasu. W końcu się jednak udało. Ruszyli.

– Chwilę! – Kartograf zatrzymał się po kilku minutach marszu.

– Tylko uważaj na węże – westchnął szef ekspedycji.

Bernard pokręcił głową.

– To nie to. Nic mi nie jest.

– Więc o co chodzi?

– Budaku! – kartograf zawołał kroczącego na przedzie przewodnika.

– Csso?

– Dlaczego nagle skręciliśmy na zachód?

– Najkhótsza dhoga.

– Niemożliwe. Najszybciej dotrzemy na górę, jeżeli pójdziemy prosto.

Naga potrząsnął łuskowatym łbem.

– Najkhótsza dhoga – powtórzył.

– Gdyby tak było – nie dawał za wygraną Bernard – skręcilibyśmy już dawno. Poza tym mapy, które mam...

– Zssłe mapy.

Kartograf chciał coś odpowiedzieć, lecz pan Logan uciszył go gestem.

– Te mapy, przyznasz chyba, są bardzo niepewne. Często oparte na spekulacjach. Dopiero ty powinieneś wyrysować nowe, dokładne. Poza tym to Budak jest naszym przewodnikiem, wybranym przez Królewską Kompanię Handlową.

– I jest doskonałym przewodnikiem, nie wątpię w to – zapewnił Bernard.

– Co zatem sugerujesz? – spytał szef ekspedycji, mrużąc oczy. – Że specjalnie źle nas prowadzi? W zasadzkę może?

Kartograf zbladł jeszcze bardziej.

– Nic podobnego nie przyszło mi do głowy, naprawdę! – Spojrzał na przewodnika. – Wręcz przeciwnie, może właśnie prowadzi nas tak, żebyśmy uniknęli niebezpieczeństwa. W takiej sytuacji chciałbym jednak wiedzieć, czego unikamy.

Teraz już wszyscy patrzyli na przewodnika. Ten skulił się, zamrugał wężowymi ślepiami i zaczął łypać nimi na wszystkie strony.

– Spokojnie. – Pan Logan uniósł otwarte dłonie. – Chyba faktycznie dość ostro skręciliśmy. Bernard ma rację, wszyscy powinniśmy dowiedzieć się, dlaczego. Czy coś nam grozi, jeśli pójdziemy prosto? Może jest tam jakaś osada twojego ludu i chciałbyś, żebyśmy ją ominęli?

– Ossada, tak – odparł naga, lecz nazbyt gorliwie, żeby można mu było uwierzyć.

Choć w dżungli nie przestało być gorąco, lodowaty dreszcz zbiegł po plecach Edmunda. Zesztywniały mu mięśnie. Inżynier przeczuwał, że już za chwilę może wydarzyć się coś, co będzie miało dramatyczne konsekwencje. Coś, co może tu i teraz przesądzić o ich zgubie. Cała nadzieja w panu Loganie, pomyślał.

– Budaku – szef ekspedycji przerwał pełną napięcia ciszę – proszę cię. Powiedz prawdę.

– Ossada...

– Budaku!

Nadzieje na polubowne wyjście z impasu rozwiał Ron, sięgając po pistolet.

– Mów prawdę, wężu! – warknął żołnierz.

– Schowaj to – rozkazał szef ekspedycji, lecz było już za późno.

Przewodnik rzucił się w paprocie.

Ron nacisnął spust.

Huknęło.

*

– Pójdziemy na zachód – mówił pan Logan. – Gdy już zbadamy płaskowyż, skierujemy się prosto ku morzu. A potem na południe, wzdłuż wybrzeża.

– To będzie dwa razy dłuższa droga – zauważył Bernard, którego zdrowie ostatnio niespodziewanie się poprawiło.

– Za to mniej czasu spędzimy w dżungli, to raz. – Szef ekspedycji zaczął wyliczać na palcach. – Dwa, mamy większe szanse, że w ten sposób uda nam się dotrzeć bez przewodnika do Portu Księcia. Trzy, będziemy mogli łowić ryby. Zjadłbym świeżą morską rybę.

Nikt inny się nie odzywał. Edmund był pochłonięty pracą, wyczerpani tragarze drzemali. Natan milczał jak zwykle, Ron zaś nie wydusił z siebie ani słowa od chwili, gdy próbował zabić przewodnika, czyli od dwóch dni. Pan Logan zrugał żołnierza i zapowiedział, co go czeka, kiedy gubernator przeczyta raport. Kilka razy padło słowo karcer.

Po ucieczce przewodnika wybrali prostą drogę pod górę i już dwie, może trzy mile dalej zrozumieli, dokąd naga nie chciał ich poprowadzić. Najpierw dostrzegli porośnięty mchem kamień, ledwie widoczny wśród zieleni. Wysoki na cztery stopy, częściowo ociosany. Gdy szef ekspedycji nożem zdarł z niego trochę mchu, dało się dostrzec fragmenty umieszczonego tam symbolu. Wszyscy go rozpoznali.

Tuhan. Smoczy bóg, władca deszczu, praojciec wężowego plemienia. Wszyscy nagowie oddawali mu cześć. Jego drewnianą świątynię, przyozdobioną groźnie wyglądającymi rzeźbami, całymi w łuskach, kłach i szponach, wznieśli w Bagnistym Ujściu jako jeden z pierwszych budynków.

Zawracajmy! – to była pierwsza myśl, jaka wówczas przyszła Edmundowi do głowy. Młody inżynier był zresztą pewien, że nie tylko jemu. To przecież święte miejsce nagów. Może zapomniane, może nieodwiedzane od dekad, ale Budak je odnalazł i nie chciał dopuścić tu ludzi. Na pewno zdążył już znaleźć współplemieńców i opowiedzieć im o intruzach. Wie, ilu nas jest – analizował Edmund – i będzie wiedział, jak liczną gromadę zebrać, żebyśmy nie mieli szans ujść z życiem. Zawracajmy!

Jednakże pan Logan był nieugięty, więc co mieli zrobić? Zbuntować się? Zabić go? Poszli dalej. A to, co znaleźli następnego dnia, wprawiło ich w osłupienie.

Kamienne budowle, na wpół wchłonięte przez dżunglę i liczące sobie wiele stuleci, kształtem przypominały skorupy gigantycznych żółwi. Zwieńczone były spiczastymi wieżyczkami, wysokimi na trzydzieści stóp. Czas i roślinność wytarły i pokruszyły ich ściany, wciąż jednak tu i ówdzie wyłaniał się z mchu i pnączy fragment kamiennego smoka albo płaskorzeźby w kształcie węża.

Odkryli, że do jednego z budynków można się dostać po rozcięciu zielonej kotary. Szef ekspedycji wszedł pierwszy, z lampą w lewej ręce i pistoletem w prawej. Kilka kroków za nim poczłapali Edmund i Bernard, reszta została na zewnątrz.

Najpierw przeciskali się ciasnym korytarzem, w którym schylać się musiał nawet niewysoki kartograf, ale już po kilkunastu krokach dotarli do okrągłej sali o sklepieniu w kształcie kopuły. Pan Logan rozejrzał się i aż zagwizdał z wrażenia. Bernard szeroko otworzył usta, a Edmund wybałuszył oczy, jakby zobaczył Fionę w samej bieliźnie.

Ściany pomieszczenia pokrywały kolorowe malowidła. Zatarte przez czas, zniekształcone pęknięciami, lecz w niektórych miejscach całkiem czytelne.

Nagowie w żółtawych tunikach i z rogatymi hełmami na głowach. Inni – w pancerzach z metalowych łusek i z ostrzami o falistym kształcie, przypominającym wijącego się węża. A przecież żaden człowiek nie widział nigdy nagi w hełmie czy pancerzu.

Dalej było jezioro, nad którego brzegiem trwała bitwa między dwiema wężowymi armiami. W ledwie widocznym tle – góry. A może wielkie kamienne budowle? Potem odcięte głowy nabite na włócznie, większość z nich zatarta, ale namalowano ich tutaj chyba setki.

I jeszcze smok. Długi zielony olbrzym z rozwartą paszczą o tysiącu kłów i z gniewem w żółtych ślepiach. Z czarnymi szponami i rogami demona.

Poza malowidłami nie znaleźli niczego interesującego. Jedynie na środku sali stał niewielki stół z kamienia. Trójkątny blat opierał się na trzech grubych nogach, ozdobionych zagadkowymi żłobieniami. Ołtarz? – zgadywał młody inżynier.

Ileż innych pytań cisnęło się na usta! Przecież wszystkie budowle wężowego plemienia, jakie dotąd ludzie oglądali na półwyspie, skonstruowano z drewna i wikliny. Wszystkie, co do jednej. Jakże więc – ten lud leśnych dzikusów przed stuleciami stawiał potężne świątynie z kamienia, a dziś zadowalał się wiklinowymi chatami, krytymi palmowym liściem?

Dlaczego nagowie pozwolili dżungli pożerać owoce swojej cywilizacji? Zapomnieli o ich istnieniu? Nie potrafili ich odnaleźć? A może... Może dopiero Budak natrafił na nie przypadkiem?

Edmundowi przyszło to do głowy, szybko jednak pozbył się podobnych myśli. Przecież musieli wiedzieć. Przynajmniej niektórzy. Budak musiał mieć jakieś pojęcie o świątyniach. Na pewno nie wiedział dokładnie, gdzie się one znajdują – wówczas już wcześniej zaplanowałby inną trasę. Ale na pewno zdawał sobie sprawę, że na płaskowyżu jest coś, czego nie powinni zobaczyć ludzie.

Może jego najważniejszym zadaniem nie było wcale doprowadzenie kolonistów na Mglisty Płaskowyż, lecz pilnowanie, aby podczas swoich poszukiwań ominęli kamienne świątynie. Jeśli tak, znaczyło to, że naga zawiódł. Czy teraz jego współplemieńcy zechcą naprawić ten błąd z bronią w ręku?

Tylko czemu porzucili to miejsce? Jakie przekleństwo ich do tego zmusiło? Co budowniczych kamiennych świątyń przemieniło w rybaków z ciasnych chat?

Te zagadki musiały na razie pozostać bez rozwiązania. Edmund powinien teraz przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie, czy są tu złoża smoczego oleju.

Kiedy pan Logan i Bernard w przypływie optymizmu zaczęli dyskutować o drodze powrotnej, inżynier zakończył kalibrowanie urządzeń badawczych, zainstalowanych w pobliżu jednego ze smoczych przybytków. Przenośny kafar sejsmiczny, wynalazek profesora Ruperta, i geofon Holsta były nakręcone i gotowe do użycia. Edmund spojrzał na szefa ekspedycji.

– Zaczynaj – polecił pan Logan.

Inżynier kiwnął głową. Najpierw uruchomił geofon, który zazgrzytał i zaczął wypluwać z siebie zwój papieru, zarysowany jakimiś wykresami. Potem Edmund podszedł do kafara, by zwolnić blokadę.

Łup! Opuszczony ciężar uderzył w ziemię.

Linie rysowane przez geofon zmieniły się diametralnie, lecz inżynier nawet nie spojrzał w ich stronę. Jedna próba to za mało. Ponownie nakręcił mechanizm kafara. Otarł pot z czoła, zwolnił blokadę.

Łup!

Jeszcze raz.

Łup!

– I jak? – Szef ekspedycji wiedział, że trzy uderzenia powinny wystarczyć.

Edmund zatrzymał geofon, pochylił się nad odczytami i utonął w świecie analiz.

– Ojcze Niebiański! – jęknął pół godziny później.

*

Edmund siedział na złotym piasku i patrzył na skały, wystające z lazurowego morza. Wyglądały niczym maczugi pozostawione przez gigantów, ściągniętych z powrotem do Nieba. Podziwianie piękna natury przychodziło inżynierowi tym łatwiej, że czuł się, jakby otrzymał nowe życie.

Wydostali się z dżungli! Nikogo więcej nie ukąsił wąż, nikt nie dostał febry, przede wszystkim zaś – nie dopadli ich nagowie. Być może okolice Mglistego Płaskowyżu były niezamieszkałe, a może istniał jakiś inny powód, dla którego ludzkim intruzom udało się przeżyć. Nie sposób odgadnąć. Najważniejsze, że się udało!

Wedle szacunków Bernarda ekspedycję czekał jeszcze przeszło tygodniowy marsz wzdłuż wybrzeża, które stawało się czasem bardzo skaliste, czasem zaś – przynajmniej jeśli wierzyć żeglarskim opowieściom – pełne piratów. A dodatkowo groźna dżungla przyklejała się tu i tam do morskiego brzegu. Dopiero po ośmiu, dziewięciu dniach dotrzeć mieli do pierwszej ludzkiej osady, miasteczka o nazwie Skrajnica. Podróż stamtąd do Portu Księcia powinna być już wygodna i bezpieczna. Musieli tylko wymyślić przekonującą historyjkę, która wytłumaczyłaby ich pojawienie się na północnych rubieżach regalijskiej kolonii. Historyjkę, w której nie znalazłby się ani Mglisty Płaskowyż, ani smoczy olej.

Mimo wszystko Edmund już teraz żywił przekonanie, że najgorsze mają ze sobą. Najlepsze zaś dopiero miało się wydarzyć.

Inżynier sprawdzał wielokrotnie – najpierw w tym samym miejscu, potem jeszcze w innych częściach płaskowyżu – a geofon za każdym razem wskazywał to samo: znaleźli olbrzymie złoże smoczego oleju. Ha! Być może największe, jakie dotąd odkryto. Kiedy gubernator Braden przeczyta raport... Edmund miał już przed oczami willę, taką w stylu septyjskim, w której zamieszka z Fioną. Dwa piętra, dach, koniecznie czerwony, a wokół fantazyjnie przycięte żywopłoty. I stajnia z kucykami, na których będą jeździć dzieci.

– Widziałeś gdzieś Natana? – Pan Logan przestał rozglądać się po okolicy i sprowadził inżyniera na ziemię.

– Ee... Niedawno gdzieś tu był. – Edmund rzucił okiem na lewo i prawo, ale zobaczył tylko drzemiącego Bernarda. – Może poszedł pomóc w łowieniu ryb Ronowi i... i tragarzom.

– Miał was pilnować.

Inżynier osłonił oczy przed słońcem i popatrzył na południe, w stronę otulonej zielenią zatoczki. Dostrzegł tam brodzące w wodzie sylwetki. Tylko dwie. Szef ekspedycji zobaczył to samo.

– Rona też tam nie ma – stwierdził. – Nie podoba mi się to.

– Pewnie poszli na stronę.

– We dwóch? O co ty ich podejrzewasz?

– Ja... znaczy... Zaraz, widzę kogoś. To Natan.

W rzeczy samej żołnierz wyłonił się zza namorzynów. Zatrzymał się, rozejrzał. Zauważywszy Edmunda i pana Logana, ruszył w ich stronę.

– Gdzie Ron? – spytał szef ekspedycji.

– Właśnie chciałem powiedzieć, że nie wiem. – Natan nerwowo podrapał się po policzku, który szpeciła rozległa blizna. – Poszedłem go szukać, ale nie znalazłem.

– Kazałem ci mieć na oku Edmunda i Bernarda.

– Tak, wiem. Ale patrzyłem też, jak tamci łowią ryby. I zauważyłem, że Ron zniknął jakiś czas temu. To poszedłem spytać, co się stało.

– I?

– Powiedzieli, że musiał w krzaki. Ale że długo go nie było... No, wciąż go nie ma... Wypatrywałem, wołałem i nic.

Pan Logan splunął i zaklął jak marynarz. O tym, że był kiedyś marynarzem, świadczyły tatuaże na jego spalonych słońcem przedramionach. Mało oryginalne zresztą: syrena i kotwica.

– Musimy go poszukać. Wszyscy razem.

Szukali. Nawoływali. W podmokłych okolicach zatoki brodzili po kolana w błotnistej wodzie, w zielonym półmroku tracili orientację. Nie natrafili na żaden ślad Rona. W końcu pan Logan zarządził koniec poszukiwań, ale noc i tak zdążyła dopaść ich na mokradłach. Z nocą nadeszła ulewa.

Błądzili przemoknięci, a deszcz – czy raczej spływające z liści strugi wody – nie dawał szans na skorzystanie z lamp. W końcu udało im się dotrzeć z powrotem na plażę. Ulewa ustąpiła tak nagle, jak się zaczęła.

Nikt nie stwierdził tego na głos, lecz zaginionego żołnierza uznano za martwego. Pytanie, którego też nikt nie wypowiedział, brzmiało: co stało się z Ronem? Coś go ukąsiło? Utonął w bagnie? Czy też wojownicy wężowego plemienia rozpoczęli wreszcie polowanie na ludzi, którzy wdarli się do ich świętego miejsca?

W pewnym momencie pan Logan zapytał:

– A gdzie, do cholery, jest Ted?!

*

Tragarza nie było. Na plażę dotarło tylko pięć osób.

Edmund nie pojmował, jak to możliwe. Tak, przez godzinę szli w ciemności, chwilami zasięg wzroku mieli mniejszy niż na wyciągnięcie ręki. Ale wciąż słyszeli chlupoczące kroki innych członków ekspedycji. Odzywali się też często, a kiedy mogli, chwytali za ramię kogoś idącego w pobliżu.

Tragarz musiał zniknąć w ciągu ostatniej godziny. Tylko jak? Bez krzyku czy jęku, bez chlupotu upadającego ciała, bez żadnego dźwięku? Czegoś takiego dokonać mogli wyłącznie nagowie. Widocznie było ich jednak za mało, aby ośmielili się otwarcie zaatakować całą grupę. Ale mają dużo czasu, żeby zebrać pobratymców, martwił się inżynier.

Kolejnych poszukiwań pan Logan oczywiście już nie zarządził. Nie kładąc się, dotrwali do świtu, a gdy słońce wyłoniło się zza dżungli, zaczęło suszyć plażę i ubrania, zdecydowali się przespać choć odrobinę. Szef ekspedycji i jedyny pozostały przy życiu żołnierz wzięli pierwszą wartę. Tylko oni czuli się na siłach, by strzec pozostałych.

Edmund zasnął szybko i mocno, jakby tracił przytomność. Przyśniła mu się septyjska willa z czerwonym dachem. Spacerował alejką pod rękę z olśniewająco piękną żoną, a niebo było bezchmurne i śpiewały słowiki. Inżynier zwrócił uwagę na żywopłoty, wyjątkowo zaniedbane, wybujałe niczym zarośla gdzieś w dzikiej Betelii. Co się stało z ogrodnikiem? Nie mógł sobie przypomnieć. Nagle coś zaszeleściło wśród krzewów, które w tej chwili bardzo przypominały Edmundowi zarośla rosnące na plaży. Stój, zawołał do żony. Jednocześnie osłonił ją swoim ciałem.

W samą porę, bowiem z chaszczy wyskoczył raptem... Budak! Naga trzymał w ręce dziwny nóż o falistej klindze, przypominającej wijącego się węża. Pchnął nim inżyniera w brzuch, wykrzykując imię smoczego boga. Tuhan!

– Nie! – krzyknął Edmund i otworzył oczy.

Zobaczył Natana, który...

Nie... Nie, pomyślał inżynier, ja wciąż śpię. To ciąg dalszy koszmaru. Chcę się obudzić, obudzić! Natychmiast!

Ale to nie był sen. Żołnierz naprawdę pochylał się nad leżącym Bernardem, a w dłoni trzymał zakrwawiony nóż.

Kartograf leżał martwy.

Edmund zerwał się na nogi, rzucił krótkie spojrzenia na lewo i prawo.

Nie, nie, nie...

Szef ekspedycji i drugi tragarz również mieli poderżnięte gardła.

Młody inżynier chciał uciekać, lecz stał jakby zaklęto go w kamień. Nie mógł nawet otworzyć ust. Krzyczał, wrzeszczał, wył – ale tylko w swojej głowie.

Natan odłożył nóż i powoli się wyprostował. Sięgnął po pistolet. Wycelował.

– Przykro mi – skłamał.

Rozdział drugi

Angus oberwał pięścią w twarz. Uśmiechnął się. Szczękę miał ze stali kutej w tysiącu karczemnych burd. Zresztą ci dwaj bili się jak baby.

– Bijecie się jak baby – mruknął, a potem grzmotnął bliższego przeciwnika tak, że ten oderwał się od podłogi i wylądował na ścianie.

Gdy pechowy marynarz osunął się bez przytomności, jego towarzysz zamachnął się krzesłem. Angus zasłonił głowę ramieniem.

Tym razem zabolało. Ale nie dał tego po sobie poznać, wciąż się uśmiechał.

– To wszystko?

Marynarz, trzymający w każdej ręce po jednej nodze połamanego krzesła, cofnął się o dwa kroki. Wyglądał teraz na znacznie bardziej trzeźwego niż jeszcze chwilę wcześniej. Angus ruszył w jego stronę.

– Wystarczy! – rzucił zza szynkwasu Gordon, właściciel pubu Dwie Palmy. – To porządny lokal, tu się nie niszczy mebli.

Po sali poniósł się jęk zawodu. Dobra bójka to zawsze miłe urozmaicenie wieczoru. W Dwóch Palmach bowiem, w odróżnieniu choćby od portowej mordowni Biały Rekin, nawet żeglarze nie sięgali po noże, a krew lała się w rozsądnych ilościach.

Marynarz z ulgą odłożył resztki krzesła. Szerokim łukiem ominął Angusa, by podejść do pojękującego kolegi, który wciąż leżał pod ścianą.

– Przyjacielu! – zawołał ktoś siedzący pod ścianą. – Napij się ze mną.

Angus spojrzał na nieznajomego. Był to długowłosy chudzielec o cerze wyjątkowo bladej jak na tę gorącą krainę. Albo przypłynął niedawno z Regalium, albo był jednym z tych wydelikaconych dżentelmenów, którzy przed słońcem kryli się zawsze pod dachem lub parasolem. Może prawnik? Lekarz? Najważniejsze jednak, że zachęcająco potrząsał butelką rumu.

– Franklin – przedstawił się długowłosy dżentelmen, wyciągając smukłą dłoń.

– Angus.

Franklin napełnił dwa cynowe kubeczki.

– Twoje zdrowie! – wzniósł toast.

Angus kiwnął głową, wypił.

– Nazwałeś mnie przyjacielem – zaczął po chwili – i poczęstowałeś rumem. Zaraz po tym, jak stłukłem marynarza. Czyżbyś chciał, żebym stłukł jeszcze kogoś?

Dżentelmen uśmiechnął się.

– Twój akcent, Angusie... Wschodni Kwartał, prawda? – bardziej stwierdził, niż spytał.

Angus skrzywił się. Trzy lata temu opuścił najpaskudniejszą dzielnicę Nemetonu z silnym postanowieniem, że nigdy tam nie wróci. Dużo czasu zajęło mu pozbycie się akcentu, w końcu jednak się udało. Przynajmniej tak sądził.

– Spokojnie. – Franklin jakby czytał mu w myślach. – Mam do tego wyjątkowo dobre ucho. Mało kto by się zorientował.

Kubki znów wypełniły się rumem. Nie na długo.

– Nie odpowiedziałeś mi na pytanie.

– Czy chcę, żebyś kogoś stłukł? Nie. Ale być może miałbym pracę dla kogoś takiego jak ty.

– Dla osiłka ze Wschodniego Kwartału?

Dżentelmen dłuższą chwilę przyglądał się Angusowi.

– Kawał chłopa z ciebie i, jak już ustaliliśmy, wywodzisz się z dzielnicy... niecieszącej się najlepszą opinią, tak to ujmijmy. Ale nie jesteś jakimś tam oprychem.

– Z czego to wnioskujesz?

– Z czego to wnioskujesz – powtórzył Franklin i roześmiał się. – Choćby z tego, jakim słownictwem się posługujesz. Z tego, ile pracy włożyłeś w pozbycie się akcentu. Gotów byłbym się założyć, że umiesz pisać i czytać.

– No i co jeszcze opowiesz o mnie ciekawego?

Dżentelmen odchylił się w tył na swoim krześle. Zmrużył oczy.

– A to na przykład, że we Wschodnim Kwartale należałeś do gangu – zaczął. – Spod koszuli wystaje ci kawałek tatuażu, który masz na ramieniu. Coś jakby kolec... Może żądło? Czyżby więc Pszczoły z Alei Miodowej? Znów się krzywisz, mimowolnie, jak mniemam. Zatem nie. Jeśli nie żądło, to... Daj mi pomyśleć... Ach! Oczywiście. Ostrogi. Mieszkałeś więc w okolicach Okrągłego Placu.

Angus poprawił koszulę.

– Brawo – mruknął. – Skąd ta wiedza? Nie wyglądasz na kogoś, kto urodził się we Wschodnim Kwartale. Ani w jego pobliżu.

Franklin znów się roześmiał. Polał. Wypili.

– Przyjacielu, ja nie urodziłem się nawet w Regalium.

– A gdzie?

– Tutaj! To jest mój dom, jestem Betelijczykiem. Już tłumaczę, skąd tyle wiem o Wschodnim Kwartale. Otóż mój ojciec stamtąd pochodził. Nie powiem ci, do jakiego gangu należał, bo jeszcze odruchowo dasz mi w pysk. W każdym razie, podobnie jak ty, pewnego dnia postanowił się stamtąd wydostać. W końcu trafił tutaj, gdzie nikt nie zwracał uwagi na jego pochodzenie, i udało mu się rozkręcić interes. Odłożył nawet wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wysłać mnie na studia do stolicy. Trzy lata mieszkałem w Nemetonie, ale nie spodobało mi się. Wróciłem do domu. Akurat na pogrzeb ojca, który zmarł podczas epidemii febry.

– Przykro mi.

– Jednak nie o mnie mieliśmy rozmawiać. – Dżentelmen ponownie napełnił kubki. – Pozwolisz, że będę kontynuował naszą zgadywankę?

– Nie krępuj się... przyjacielu.

– Wspaniale. Zatem... Jesteś silny i bystry, mogłeś robić karierę w gangu. Może nawet zajść na sam szczyt? No, chyba że czegoś ci brakowało. Albo nie... Inaczej. Czegoś miałeś za dużo.

Angus uniósł brwi.

– Co masz na myśli? – spytał.

– Sumienie. Prać po gębach ludzi z innych band – o, nie mam wątpliwości, że to lubiłeś. Ale funkcjonowanie w gangu to nie tylko takie przyjemności. Czasem trzeba zrobić krzywdę niewinnym.

– Z czego wnosisz, że miałbym z tym problem? A, wiem. Twoje bystre oczy wypatrzyły wiszący na mojej szyi medalion. Pozwól, że uzupełnię twoją wiedzę. Wielu gangsterów ze Wschodniego Kwartału obwiesza się dewocjonaliami i co tydzień chodzi na nabożeństwo. A w drodze powrotnej do domu łamią nogi sklepikarzowi, który nie zapłacił haraczu.

– Nie wątpię. Ale w twoim przypadku jest inaczej. Nie śmiem zgadywać, na ile jesteś religijny, ale ten medalion coś dla ciebie znaczy. Biorąc jeszcze pod uwagę, że ktoś nauczył cię czytać, ktoś podsuwał ci książki... Stawiam na kapłana. Kościół i przykościelna szkółka znajdują się przecież niedaleko Okrągłego Placu. Taaak, ktoś pomógł twojemu sumieniu utrzymać się na powierzchni. Ktoś też wbił ci do głowy, że świat nie kończy się na Czarnej Rzece... Jak mi idzie?

– Nie najgorzej – przyznał Angus, sięgając po butelkę. Nie był trzeźwy, kiedy przysiadał się do gadatliwego jegomościa, a teraz wpadał już w coraz przyjemniejszy stan upojenia. Zgodnie z planem na wieczór, za to bez wydawania pieniędzy.

– Cieszę się. Zatem opuściłeś Wschodni Kwartał, ale lewobrzeżna część Nemetonu nie powitała cię z otwartymi ramionami. Bo tam liczy się pochodzenie, koneksje, pieniądze. Ty tego nie miałeś. Czym się zajmowałeś, co próbowałeś zrobić, nie sposób oczywiście zgadnąć. Stawiam jednak, że nie wiodło ci się najlepiej, więc wybrałeś się za ocean, by zacząć wszystko od nowa.

– Aha. I co działo się ze mną po tym, jak już tu dotarłem?

– Tutaj muszę prosić cię o małą podpowiedź. Kiedy zszedłeś na ląd w Porcie Księcia?

Angus zwlekał z odpowiedzią.

– No... dwa lata temu – zdradził w końcu, bo rum rozwiązał mu język. A może to ten blady dżentelmen miał jakiś szczególny talent do wyciągania z ludzi informacji?

– Dwa lata – powtórzył Franklin i zamyślił się. – Twoje odzienie, wybacz mi tu bezpośredniość, jest dość czyste, lecz mocno znoszone. Cerowane tu i tam. Nie udało ci się więc dorobić w nowym świecie. Zważywszy na twoje umiejętności, trochę mnie to dziwi. Cóż...

– Może więc mnie przeceniasz?

Dżentelmen pokręcił głową.

– Nie, to nie to. Najprostsza odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: nie znalazłeś jeszcze swojego miejsca. Albo raczej powołania. Próbowałeś różnych rzeczy, lecz wciąż nie wiesz, w jakim celu pojawiłeś się na tym świecie.

– A każdy pojawia się na tym świecie w jakimś celu?

– Święcie w to wierzę. Choć wielu ludzi, a być może większość, nie potrafi tego odkryć. Tak jak ty dotychczas. Ale może chodzić o coś jeszcze. O... jakąś tajemnicę, której dziś nie odgadnę, ty zaś o niej nie opowiesz.

Angus uniósł kubek.

– Napijmy się więc za tajemnice.

*

– Podbijam.

Angus, trzymający w ręce dwóch rycerzy, przyjrzał się kartom leżącym na stole. Znajdował się tam trzeci rycerz, a towarzyszyli mu chłop, sołtys i mnich, zatem same niższe figury. Niepokojące jednak było to, że wszyscy prócz mnicha mieli w herbie talara. Pytanie brzmiało zatem: czy przeciwnik trzyma dwa talary, czy też udaje, że je trzyma?

Siedzący naprzeciw Bean Krzywonos znany był w tutejszym karcianym światku z dwóch rzeczy: szalonych blefów i kamiennej twarzy. Mimo to Angus spróbował wyczytać coś z jego przekrwionych oczu. Bez efektu.

Miał dwie opcje: spasować lub wejść za wszystko. Dosłownie. Bo mimo ledwie popołudniowej pory gra rozkręciła się tak, że nawet nie zauważył, kiedy zdążył wyłożyć na stół całą zawartość portfela. Ale tak naprawdę dylemat był przecież tylko pozorny.

Franklin się mylił. Nie istniała żadna tajemnica, Angus zaś nie musiał szukać swojego miejsca w świecie. Znalazł je. Co z tego, że sypiał w izbie ciasnej jak komórka na węgiel? Ważne, że najczęściej sypiał do południa i to w towarzystwie dziewcząt, które za niewygórowaną kwotę gotowe były wyczyniać cuda. Co z tego, że nosił stare ubrania? W tym gorącym kraju mało kto przejmował się ubraniami, tu przecież nie dało się zmarznąć. Można było za to pić tani rum i robić to, co Angus lubił najbardziej: grać w karty. Grywał już we Wschodnim Kwartale i to od wielu lat, lecz dopiero w Porcie Księcia uczynił sobie z tego sposób na życie. Był dobry, naprawdę dobry i to właśnie dzięki temu mógł żyć tak wesoło i swobodnie, jak tego pragnął.

Oczywiście zdarzało się czasem, że karciane bóstwa sprzysięgały się przeciw niemu i spoglądały łaskawie na rywali, choćby największych amatorów, zsyłając im karoce pełne książąt lub dwórek. Wówczas Angus przegrywał, niejeden raz tracąc przy tym wszystkie pieniądze. Ale to przecież nie stanowiło wielkiego problemu. W mieście takim jak Port Księcia zawsze znalazło się zajęcie dla kogoś takiego jak on. Przy załadunku statków chociażby. Albo w eskorcie handlarza, który jechał do którejś z osad wybrzeża albo do Przystajni. Wystarczyło kilka dni i znów było za co grać, za co wygrywać. Kilka dni pracy i można było wracać do zabawy. Co lepszego dało się wyciągnąć z życia?

– Stawiam wszystko – powiedział, czując ten przyjemny dreszcz, którego z niczym nie dało się porównać.

Krzywonos przewrócił oczami i natychmiast stało się jasne, że nie ma w ręce dwóch talarów. Drużyna rycerzy była więc najsilniejszym układem. Tym niemniej Bean i tak przy ostatnim przebiciu rzucił na środek większość pieniędzy, a jeszcze jedna karta czekała na dołączenie do towarzystwa.

– No cóż – burknął Krzywonos – chyba zapomniałem, z kim gram.

– Pasujesz? – Angus wyszczerzył się.

– Na to już za późno.

Bean przesunął resztę gotówki na środek blatu i w ten sposób znalazła się tam kwota, za którą w Porcie Księcia dałoby się przeżyć miesiąc. I to jak przeżyć!

– Co tam kisisz? – spytał Angus, prezentując dwóch rycerzy, którzy razem z towarzyszem ze stołu tworzyli drużynę idącą po zwycięstwo.

Krzywonos pokazał mnicha i giermka, miał więc ledwie jedną parę. Niestety, giermek nosił w herbie talara, gra nie była zatem skończona. Bean wciąż miał szansę na zgarnięcie puli. Niewielką, ale jednak. Jeżeli ostatnia figura też będzie talarem...

– Ten jeden raz – szepnął Krzywonos, sięgając po kartę. – Ten jeden raz.

*

Angus spacerował zacienioną stroną Alei Targowej, głównej ulicy miasta, która ciągnęła się od fortu do Szklanej Wieży. Szedł w kierunku olbrzymiej budowli, a choć nie miał w sobie ani krzty fascynacji architekturą, nie potrafił oderwać wzroku od skrzącego się w słońcu cuda.