Bestseller - Joanna Opiat-Bojarska - ebook
Opis

Poznaj ciemną stronę sukcesu.

Emilia Sienkiewicz, 35-letnia niepozorna księgowa, wygrywa telewizyjny literacki talent show. Z dnia na dzień zyskuje ogromną sławę i popularność.

Kilkanaście dni przed premierą swojej książki zostaje odnaleziona martwa we własnym mieszkaniu.

Podczas śledztwa, które ma ustalić przyczynę śmierci pisarki, policyjny duet – Burzyński i Majewski – zagląda za kulisy telewizyjnego talent show i odkrywa pełen cynizmu, intryg i nieczystych gier świat popkultury.

Tymczasem tajemnicza kobieta, która wie zbyt dużo, zaczyna bać się o swoje życie. Pracę policjantom utrudniają zainteresowanie opinii publicznej oraz obecność drobiazgowej antropolog sądowej Anity Broll.

Joanna Opiat-Bojarska – kobieta, która rozumie świat mężczyzn. Z wykształcenia ekonomistka, od kilku lat uzależniona od pisania autorka poczytnych kryminałów. Historie, które opisuje mogły wydarzyć się naprawdę. Ich siłę stanowią niespodziewane zwroty akcji, wysoki ładunek emocjonalny oraz trzymanie się realiów. Bestseller jest jej dziewiątą powieścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 395

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

Zamknął za sobą drzwi i włączył stoper. Nie mógł przebywać w mieszkaniu dłużej niż trzysta sekund. Czas odgrywał w tym zadaniu kluczową rolę.

Minął przedpokój i łazienkę, a potem wszedł do sypialni. Zajrzał pod materac. Zrobił szybki przegląd zawartości szafy i komody. Sięgnął też po drewnianą skrzyneczkę z biżuterią. W ciągu dwóch sekund musiał podjąć decyzję. Albo weźmie ją całą, a później sprawdzi, czy jest w niej coś cennego, albo pójdzie dalej. Czasy się zmieniły – dziś kobiety obwieszały się blaszkami i kolorowymi szkiełkami za kilka złotych. I jeszcze nazywały te jaskrawe śmieci biżuterią.

Nie tego szukał, więc poszedł dalej. Cyfry na stoperze zmieniały się jak szalone.

Szafka z ręcznikami. Unosił je po kolei i rzucał na ziemię. Przy takim potraktowaniu pieniądze schowane pod ręcznikami lub między ich fałdami zawsze wypadały, a chwilę później lądowały w plecaku złodzieja. Szafa z pościelą. Pusta. Szuflady w kuchni. Zagracone. Pojemniki na kawę, cukier i mąkę. Bez wkładki. Obraz na ścianie. Kretyński portret kobiety z wielkim nosem i jednym okiem, złożony z figur geometrycznych. Okręgów, prostokątów, trójkątów.

Metodycznie odhaczał kolejne punkty z listy kontrolnej. Szukał w łatwo dostępnych miejscach, w których Polacy najczęściej chowali pieniądze, choć media ostrzegały ich przed tym co roku.

Ostatnie sześćdziesiąt sekund. Nigdy jeszcze nie wyszedł z mieszkania z pustymi rękami. Był najlepszy w swoim fachu. Szczycił się, że jest profesjonalistą. Panował nad wszystkim. W małym paluszku miał rozpoznanie, planowanie i przygotowanie. Kontrolował czas, miejsce i czystość. Nie zostawiał na miejscu zdarzenia żadnych śladów.

Dywan. Nie sprawdził jeszcze pod dywanem. Bingo!

– Wrrr, wrrrrrrrr, wrrr. Wrrr, wrrrrrrrr, wrrr.

Cicha wibracja w kieszeni spodni zwiastowała kłopoty. Musiał się ewakuować. Rozpłynąć w powietrzu. Na szczęście miał już to, po co przyszedł.

* * *

Nie spodziewała się tego zupełnie. Zupełnie się tego nie spodziewała. Nie tego się spodziewała. Nerwowo poszukiwała takiego szyku zdania, który najpełniej oddawałby jej emocje. W końcu jednak uznała, że nie wszystkie emocje można wyrazić słowami. Przyjęłaby to jako porażkę, ale zdarzenia, których była mimowolną uczestniczką, sprawiły, że jej życie literackie straciło na znaczeniu.

Zauważyła człowieka o spojrzeniu bazyliszka. Zamarła. Była w swoim mieszkaniu i powinna się czuć bezpiecznie, ale… nie wiedziała, jak powinna zareagować. Udawać, że go nie widzi? Pozwolić mu odejść? Uciekać? Krzyczeć?

* * *

– Kobieta, koło czterdziestki, znaleziona przez sąsiadkę. Odebraliśmy zgłoszenie o czternastej pięć.

Krzysztof Wrona, policjant prewencji, wprowadzał w szczegóły dochodzeniowców przybyłych na miejsce przestępstwa. Podkomisarz Burzyński słuchał uważnie. Nie przerywał i co jakiś czas bezgłośnie przytakiwał, a jednocześnie dyskretnie rozglądał się wokoło. Dobrze znał taki układ mieszkania. Długi przedpokój, łazienka naprzeciw drzwi wejściowych, mały niezależny pokój oraz salon połączony z ciemną kuchnią.

W takim samym mieszkaniu Przemek Burzyński rozpoczynał dorosłe życie. Niewiele z niego pamiętał. Pojedyncze obrazy, zapach przypalonego mleka i uczucie, że złapał Pana Boga za nogi. Wraz z żoną, Anitą, siadali wówczas na fotelu, wpatrywali się w dziennik telewizyjny, a potem kochali się do upadłego. Zasypiając, marzyli, że kiedyś ich wielkie mieszkanie wypełni tupot małych nóżek. Dawniej wszystko wydawało mu się większe. Uczucia, marzenia i szanse na ich realizację. Nawet trzydziestoośmiometrowe mieszkanie wyglądało na apartament.

Z dzisiejszej perspektywy miejsce zdarzenia uznał po prostu za małą klitkę. Owszem, surowo i funkcjonalnie urządzoną, ale jednak małą. W mieszkaniu królowała szarość, we wszystkich odcieniach, urozmaicona gdzieniegdzie bielą.

Partner Burzyńskiego, aspirant Majewski, nawet nie udawał, że monolog Wrony go interesuje. Rozglądał się po mieszkaniu i rozkoszował sytuacją. Chodził od pokoju do pokoju, zajrzał też do łazienki i kuchni.

Majewski, zwany też Młodym, uwielbiał wchodzić „na gotowe”. Czuł się wtedy jak Monk, Holmes lub inny telewizyjny detektyw. Miejsce zdarzenia było już zabezpieczone przez prewencję, ogólne fakty ustalone, pogotowie mające stwierdzić zgon zawiadomione. Mógł z czystą głową chłonąć atmosferę miejsca, w tym wypadku mieszkania zaaranżowanego w skandynawskim stylu, w którym zamordowano kobietę.

Dzięki wrodzonej inteligencji, zdobytemu doświadczeniu i wyuczonym w szkole policyjnej procedurom mógł zająć się tym, co kochał. Był lepszy od wróżek czy astrologów. Nie szukał podpowiedzi w kartach, gwiazdach czy nerwowych minach klienta. Obiektywnie rekonstruował przebieg zdarzenia, by dotrzeć do sprawcy.

– Przez mieszkanie przeszedł tajfun. Ktoś ewidentnie czegoś szukał.

– Czegoś?

– Mhm – przytaknął Wrona. – Wygląda to na robotę złodziei.

– Złodziei? – Majewski parsknął śmiechem. – Wnioskowanie lepiej zostaw nam, kryminalnym.

* * *

Policjant Krzysztof Wrona wzruszył ramionami i wyszedł z mieszkania. Majewski odczekał chwilę i rzucił do Burzyńskiego:

– Ta, faktycznie, te pootwierane szafki, ciało w przedpokoju… Wygląda na to, że denatka przeszkodziła złodziejom. Zaskoczyła ich, wcześniej wróciła do domu…

Co prawda taka hipoteza śledcza wydawała się realna, ale Majewski i tak zamierzał odnaleźć odpowiedzi na siedem złotych pytań kryminalistyki. Co się wydarzyło? Gdzie doszło do przestępstwa? Kiedy zaistniało zdarzenie? Czym posługiwał się sprawca? Dlaczego popełnił przestępstwo? Jak to zrobił? Kto był uczestnikiem zdarzenia?

– W mieszkaniu mógł być jeden albo dwóch sprawców, kończyli przeglądanie szafek. – Młody puścił wodze fantazji. – Musieli być w salonie albo w kuchni. Kobieta weszła do mieszkania. Gdyby byli w przedpokoju, zauważyłaby ich jeszcze przed zamknięciem drzwi. Mogłaby wtedy uciec, krzyczeć. Ale byli głębiej. Nie widziała ich. Weszła do przedpokoju, zamknęła za sobą drzwi. Może coś usłyszała? Weszła dalej. Zobaczyła obce twarze… albo kominiarki!

– Wątpię – burknął Burzyński.

To aroganckie wtrącenie nie zaskoczyło Majewskiego. Przyzwyczaił się do tego, że partner z zasady podawał w wątpliwość wszystkie jego przypuszczenia. Zupełnie jakby młody wiek i mniejsze doświadczenie oznaczały automatycznie niski poziom inteligencji.

– Gdyby mieli na twarzy coś utrudniającego identyfikację – dopowiedział Burzyński – pewnie by jej nie zabili. Uciekliby i nie bali się o to, że ich rozpozna.

– Może tak, a może nie. – Majewski wzruszył ramionami. Nie zamierzał kłócić się z Burzą. Chciał jedynie szybko i sprawnie rozwiązać zagadkę śmierci. Czuł jej zapach. Bardzo delikatny, subtelnie ukrywający się za wonią przepoconych męskich ubrań.

To nie był fetor rozkładającego się ciała, ale woń krwi, której kałuża stała na podłodze. Roztrząsanie w tej chwili szczegółów wydawało mu się bezcelowe.

– Pewne jest to, że denatka uderzyła głową o półkę. – Burzyński wskazał białą, drewnianą konstrukcję.

„Uderzyła” – powtórzył w myślach Majewski. Kobieta weszła do swojego mieszkania. Zobaczyła obcych. Może zaczęła krzyczeć, a może chciała uciec. Dogonili ją w przedpokoju. Uderzyli lub uderzali jej głową o półkę. Tak to widział, ale zamierzał zatrzymać ten obraz dla siebie. Chciał zweryfikować swoje przeczucia, zanim opowie o nich partnerowi.

– Nawet ładna ta półka. I jak dobrze zamontowana, nie odpadła.

Na ciemnoszarej ścianie wisiał biały panel ścienny o szerokości sześćdziesięciu centymetrów. Wzdłuż niego od podłogi do sufitu zamontowane były półki o dziwnym kształcie. Przemysław nie umiałby ich opisać. Kojarzyły mu się ze swastyką. Gdyby symbol nazizmu narysować jako krzyż prosty, a nie obrócony o czterdzieści pięć stopni, a następnie rozłączyć krzyżujące się części, ich kształty idealnie odpowiadałyby każdym dwóm półkom w mieszkaniu denatki. Na panelu znajdowało się dokładnie dziesięć pustych półek.

– Ładna, nieładna… Uderzenie o coś takiego mogło być przyczyną zgonu.

– Banalne.

– Młody, jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Dziewięćdziesiąt osiem procent naszej roboty to banał. Takie jest życie. Nudne i mało wyrafinowane.

* * *

Początkujący technik kryminalistyczny Mariusz Czarnecki skończył właśnie opylać proszkiem daktyloskopijnym powierzchnię stojącej szafy. Rozejrzał się w poszukiwaniu starszego kolegi z wydziału, który miał ocenić i wskazać ślady przeznaczone do zabezpieczenia.

Adam Olejnik stał w przedpokoju i prowadził ożywioną rozmowę z dochodzeniowcami. Gestykulował, śmiał się i od czasu do czasu poklepywał po plecach stojącego najbliżej mężczyznę. Przełożony Czarneckiego nie był typem flegmatyka. Owszem, podczas wykonywania czynności służbowych prezentował imponujący spokój, dokładność oraz cierpliwość, niezbędne w tym zawodzie. Jednak po kilku czy kilkunastu godzinach pracy wymagającej skupionego wyszukiwania i zabezpieczenia śladów błyskawicznie wyskakiwał z białego kombinezonu i poszukiwał partnerów do rozmowy czy żartów. Teraz też skorzystał z okazji.

– Wy, chłopaki z „jedynki”1, potraficie się zawsze ustawić.

– O co ci chodzi?

– O to, że jesteście psy na baby – śmiał się Olejnik.

– Rządzą nami instynkty, o których wy, technicy, dawno zapomnieliście – ironicznie odpowiedział Majewski.

– Zapomnieliśmy? A to dobre. Weź mnie, Młody, nie rozśmieszaj. Dorosłość ma to do siebie, że potrafisz opanować ślinotok na widok fajnej dupy. Widziałem ostatnio taką jedną, rany, jakie miała… – rozpostarte palce Olejnika rytmicznie poruszały się przed jego klatką piersiową, jakby trzymał w nich duże piłki.

Mariusz Czarnecki nie miał wątpliwości, że ta rozmowa odbiega od tematów zawodowych. Uznał jednak, że w tej chwili nie powinien domagać się uwagi szefa, nawet jeśli sprawa, o którą chciał zapytać, dotyczyła wykonywanego zadania. Przełożony wyznaczył jasne ramy, w których mógł się poruszać początkujący technik. Czarnecki nie zamierzał ich przekraczać. Miał tylko zabezpieczyć ślady. Opylić szafę proszkiem daktyloskopijnym.

– Zanim będziesz mógł robić wszystko sam, musisz się dobrze przypatrzeć, jak robią to profesjonaliści. – Olejnik powtarzał to stwierdzenie na tyle często, by wryło się ono w pamięć Mariusza.

Czarnecki był cierpliwy. Mógł czekać. Właściwie nie miał innego wyjścia. Jego przełożony miał charyzmę. Miło się go obserwowało podczas pracy. Mariusz miał świadomość, że uczy się od najlepszych. Teraz jednak nie chciał tracić czasu. Zanurzył pędzelek w proszku daktyloskopijnym, otrząsnął go nieco i przystąpił do opylania szuflad znajdujących się w tym samym pomieszczeniu. Ostrożnie, jak najbardziej płynnym ruchem, od prawej do lewej, przeciągnął pędzelkiem po froncie szuflady.

– I co o tym myślisz, kolego? – Olejnik pojawił się nagle za jego plecami.

Biały kombinezon Adama idealnie pasował do wystroju mieszkania. Kontrastował z szarymi ścianami i harmonizował z białymi meblami. Mężczyzna wyglądał wręcz jak element wyposażenia tego domu. Manekin, na którym właściciele wieszają wierzchnie okrycia.

– To nie czas na takie dyskusje. Opylam.

– Bardzo dobrze. Przed nami kupa roboty. Zostaw tę szufladę i chodź ze mną. Musimy zabezpieczyć ślady na półkach i na denatce, żeby ciało mogło trafić do prosektorium, zanim zacznie się rozkładać.

* * *

Spoglądam na niego i zupełnie nieoczekiwanie otwiera się zakurzona szuflada mojego umysłu. Wyskakują z niej obrazy, których nie pamiętam… a może zwyczajnie nie chcę pamiętać. Nie chcę ich widzieć. Nie chcę od nowa zapominać. Najlepiej, żeby w ogóle ich nie było. Gdybym tylko mogła wydać komendę: „Usuń”, a następnie opróżnić kosz. Zniknęłyby też niepokojące ślady…

On stoi w drzwiach i rzuca mi dwa spojrzenia.

Pierwsze jest jak spojrzenie żołnierza wchodzącego w skład pododdziału rozpoznawczego. Spokojnie, niby przypadkiem lustruje moje stopy, nogi, biodra, talię i klatkę piersiową.

Gdy dochodzi do twarzy, orientuje się, że patrzę. Patrzę i widzę. Ucieka wzrokiem, a ja, mimo chwilowego zwycięstwa, czuję niepokój. Wiem, że po zwiadowcy pojawi się cały oddział szturmowy.

Drugie spojrzenie to wiadomość z zaświatów. Chcę uciec…

* * *

– Zobacz – uwagę Młodego zwróciły nogi denatki – nie zdążyła nawet zdjąć butów. Musiała od razu ich usłyszeć.

Kobieta miała na sobie najmodniejsze w tym sezonie wielokolorowe baleriny. Majewski nie mógł przejść obok nich obojętnie. Uwielbiał buty, zwłaszcza dobre i drogie. Sam najczęściej chodził w oryginalnych conversach, ale z przyjemnością śledził trendy. Takie baleriny widział tylko w jednym, luksusowym sklepie. Były wykonane z tłoczonej skóry, imitującej skórę węża. Intensywny splot kolorów – białego, niebieskiego, czerwonego i zielonego – sprawiał, że każda kobieca stopa wyglądała w nich modnie i zachęcająco.

Majewski na poważnie rozważał opcję zakupu jednej pary. Oczywiście nie dla siebie, ale dla kobiety, z którą się spotykał. Wszedł nawet do sklepu, ale kiedy spojrzał na cenę, zmienił zdanie. Czterysta złotych to była lekka przesada.

– Młody, wyłącz ten swój nieprofesjonalny szósty zmysł, dobra? Mogła ich usłyszeć, ale równie dobrze mogła być zdziwiona tym, że drzwi nie są zamknięte na zamek, i wejść do środka w butach, by sprawdzić, co się dzieje. Wiesz, wracasz do domu, spodziewasz się, że będziesz sam, a tu niespodzianka. Wkładasz klucz do zamka, ale drzwi są już otwarte. Podobno denatka mieszkała z narzeczonym. Mogła pomyśleć, że to on wrócił do domu wcześniej, dlatego zaraz po wejściu do mieszkania skierowała się do salonu. Z przedpokoju nie widać reszty mieszkania. Chciała sprawdzić, kto jest w środku i co robi.

Burzyński i Majewski stali nad zwłokami. Technicy z właściwą sobie dokładnością poszukiwali kolejnych śladów, które mogliby zabezpieczyć. Akurat stali przy regale, a Olejnik stroszył piórka – pokazywał swojemu asystentowi, w jaki sposób można zebrać drobinki szkła.

Denatka leżała na brzuchu. Lewą rękę miała podwiniętą pod ciało, jakby po upadku w ostatnich sekundach życia próbowała jeszcze wstać. Głowa stykała się z podłożem lewym policzkiem.

– Swoją drogą ładna, nie?

– Ładna, ładna… Nie wiedziałem, Młody, że gustujesz w zimnych pannach.

– Burza, nie o to chodzi… – Michał zawahał się, bo nie był pewien, czy powinien powiedzieć to, co miał na końcu języka.

– A o co?

– Znam ją…

* * *

„Czasy się zmieniają” – Barbara Krawczyk nie mogła pozbyć się tej uciążliwej myśli. Przez siedemdziesiąt sześć lat życia słyszała podobne stwierdzenie kilkadziesiąt razy, jednak dopiero teraz dotarło do niej w pełni, złapało kurczowo jej neurony i nie zamierzało puścić.

Stała na klatce schodowej i przyglądała się policjantom. Mundurowych powoli ubywało, mężczyźni w białych kombinezonach w skupieniu operowali przyniesionym sprzętem. Nie mogła przegapić takiej okazji. Rozglądała się w poszukiwaniu partnera do rozmowy.

– Przepraszam – zagadnęła nieumundurowanego mężczyznę z policyjną odznaką na szyi. Uznała, że brak uniformu może być oznaką wyższej rangi. Postanowiła, że będzie rozmawiać jedynie z detektywem, a nie z tymi krawężnikami. – Możemy porozmawiać?

– A tak! To pani znalazła zwłoki, prawda?

– Ja! – pokiwała głową z niekłamaną radością. Nie dość, że została rozpoznana przez obcego mężczyznę, to jeszcze będzie mogła porozmawiać z nim na temat toczącego się śledztwa. – Pan z wydziału kryminalnego?

Mężczyzna przytaknął. Wyglądał na zmęczonego życiem faceta po czterdziestce. Takiego, u którego kryzys wieku średniego kończy się ciężką depresją.

– Podkomisarz Burzyński, a to mój partner, aspirant Majewski.

– Podkomisarz? – Barbara Krawczyk uśmiechnęła się szeroko, prezentując mężczyznom swoją nową protezę.

Nie posiadała się z dumy. Rozmawiała właśnie z najprawdziwszym gliniarzem. „Podkomisarz” zabrzmiało prawie jak „komisarz”. Komisarz Alex. Nie mogła się doczekać, by opowiedzieć o całym zajściu Mietkowi.

– A pani? – Łysiejący policjant domagał się rewanżu. – Jak się pani nazywa?

– Barbara Krawczykowa. Sąsiadka. Cieszę się, że mogę panów poznać.

– Dobrze, poprosimy panią jeszcze o chwilę skupienia.

– Panie oficerze, całe życie jestem skupiona. To oni – skinęła głową w stronę młodszego policjanta – młodzi! Ich trzeba informować o potrzebie skupienia. Oni są rozbiegani. Nie potrafią myśleć. Tylko ciągle patrzą w te swoje smartfony.

Majewski uśmiechnął się lekceważąco. Miał na sobie zielone trampki, w których można wybrać się najwyżej na salę gimnastyczną, a nie do pracy. Barbara zganiła go za to wzrokiem. Najchętniej zwróciłaby mu uwagę, ale ugryzła się w język. Uznała, że pouczanie kogoś, kto nosi policyjną odznakę, nie jest dobrym pomysłem. Nie zamierzała zwiedzać więzienia z powodu słownej napaści na funkcjonariusza.

– Proszę mi wytłumaczyć, jak to się stało, że znalazła pani zwłoki?

– Weszłam do środka, a Emilka, bo pan komisarz tak brzydko nazywa ją zwłokami…

– Podkomisarz…

– …Emilka leżała w korytarzu – dokończyła Krawczyk. Sekundę później ugięły się pod nią nogi. Z mieszkania Emilii wynoszono właśnie czarny worek. Dokładnie taki sam – szybko poszukała w myślach podobnych obrazów – w jaki na filmach pakowane są zwłoki.

– Ale dlaczego pani weszła? Słyszała pani coś niepokojącego? – Funkcjonariusz w zielonych trampkach zaintonował pytanie tak, jakby sugerował, że nie mogła niczego usłyszeć.

Prychnęła ostentacyjnie. Nie mogła tak tego zostawić. Musiała wyrazić swoje niezadowolenie. Młodszy policjant ewidentnie sugerował, że jest stara i głucha.

– Młody człowieku, weszłam, bo chciałam wejść. Pan mi każe teraz szukać pretekstu? Chciałam odwiedzić sąsiadkę… Kiedyś człowiek chodził po sąsiadach z pustą szklanką i pożyczał. Raz cukier, raz mąkę. Po pierwsze, do sąsiada było bliżej niż do supersamu. Po drugie, taka sąsiedzka wizyta przynosiła wiele cennych informacji. Kto co ma w kuchni. Kto jest chory. Kto pokłócił się z mężem. Komu umarła teściowa. Człowiek był na bieżąco. W telewizji nie było wyboru, za to u sąsiadów zawsze coś się działo. Wam to się teraz wydaje bez sensu, ale tylko dzięki temu człowiek wiedział, co się dzieje za ścianą. A dziś…

– Pani Krawczykowa, prosimy o konkretne odpowiedzi na pytania. – Majewski próbował ukrócić te wynurzenia.

– Przecież odpowiadam. Czasy się zmieniły. Kiedyś można było wpadać do siebie, a teraz… Nikt już niczego nie pożycza. Dlaczego? Wyszedłby na lenia, któremu nie chce się zejść po schodach do sklepu. Panowie, ja wszystko rozumiem, staram się iść z duchem czasu… ale na miłość boską! Żeby do sąsiadów nie można było wpaść bez uprzedzenia?

– Czyli panie nie były umówione?

– Gdzie tam. Jak miałam się umówić? Z sąsiadką, najbliższą? Zza ściany? Nawet jak chcę się z nią umówić, to do niej idę. Teraz też zamierzałam wejść i zaprosić ją na kawę. Upiekłam szarlotkę…

– Zatem weszła pani. – Policjanci wyraźnie byli zniecierpliwieni. Pośpieszali ją i przerywali.

Nagle przestała się dziwić, że tak wiele spraw kryminalnych pozostaje nierozwiązanych. Skoro policja nie ma czasu na rozmowę z najważniejszymi świadkami, trudno jest znaleźć sprawcę przestępstwa. Proste.

– Weszłam.

– Drzwi były otwarte?

– Nie. Były zamknięte, tak normalnie, jak te czy tamte. – Krawczyk pokazała pozostałe drzwi do mieszkań. – Zamknięte na klamkę.

– Były zamknięte, ale pani weszła?

– Zapukałam i weszłam. Czemu pan się tak dziwi? Nacisnęłam klamkę i weszłam.

– Czyli nacisnęła pani klamkę, nie czekając na: „Proszę”?

– Zawsze tak robię.

* * *

Majewski ucieszył się, że nie ma takiej sąsiadki. Nie wyobrażał sobie, by ktoś właził bez pukania do jego mieszkania. Przecież bardzo często chodził nago. Skojarzenie to pociągnęło za sobą lawinę wspomnień z bujnego życia intymnego. Sytuacji, w których nie chciałby być widziany przez przypadkową osobę, zwłaszcza starszą i zapewne bogobojną.

Za czterema ścianami nie musiał ukrywać pięćdziesięciu twarzy. Był tam po prostu samcem, zawsze gotowym do kopulacji, niecierpliwym i nienasyconym. Przyprowadzał do mieszkania kolejne kobiety i uprawiał z nimi seks właściwie w każdej pozycji i w każdym miejscu. Kuchnia, łazienka, sypialnia, salon, przedpokój. Łóżko, dywan, panele, ściana. Miejsce nie miało większego znaczenia, chociaż ostatnio szczególnie upodobał sobie przedpokój. Dla zaostrzenia doznań zawiesił na ścianie wielkie lustro.

Gdyby wścibska sąsiadka otworzyła drzwi wejściowe, w pierwszej kolejności zobaczyłaby jego nagi, rytmicznie poruszający się tyłek, a dopiero później lustrzane odbicie zespolonych kochanków.

– Otworzyła pani drzwi i…?

Pytanie Burzyńskiego sprowadziło Młodego na ziemię. Jak zwykle rzeczywistość go rozczarowała. Myśli o seksie były o wiele bardziej przyjemne niż rozpytywanie sąsiadów ofiary na miejscu zdarzenia. Prowadzenie takich rozmów było mozolną pracą. Człowiek musiał przekopać się przez mnóstwo nieistotnych historii, by odnaleźć ten jeden, najważniejszy szczegół. Wskazówkę, która nada odpowiedni kierunek prowadzonej sprawie.

– Zobaczyłam Emilię. Leżała na brzuchu, w korytarzu, na lewo od wejścia. Wokół głowy… – kobieta zawahała się – była krew.

– Ktoś jeszcze był w mieszkaniu?

– Nie, chyba nie. Nie wchodziłam. Ta krew… Nie lubię tego zapachu. Nie przełknę czerniny. Zamknęłam drzwi, wyjęłam z kieszeni komórkę i zadzwoniłam. Zawiadomiłam was i pogotowie.

– Nas, no właśnie. Zgłosiła pani zdarzenie na policję?

– A co? Źle zrobiłam? Widziałam, że w mieszkaniu panuje nieład. Koło Emilii leżała jej torebka, zawartość walała się po przedpokoju. W dużym pokoju były pootwierane wszystkie szafki i szuflady. Podobnie w kuchni. Pomyślałam, że to może ten włamywacz. Czytałam w gazecie, że w Poznaniu grasuje seryjny włamywacz.

– Mówiła pani, że nie wchodziła do mieszkania – złośliwie zauważył Majewski.

Nawet jeśli uznałby, że zachowanie sąsiadki denatki można zrzucić na karb jej wieku, nadal coś mu się nie zgadzało. Barbara Krawczyk razem ze swoimi przydługimi dygresjami zrobiła na nim złe wrażenie, ale przede wszystkim nie mógł udawać, że tego nie widzi: kobieta mijała się z prawdą.

Po otwarciu drzwi wejściowych do mieszkania, w którym odnaleziono zwłoki, można było dostrzec jedynie fragment przedpokoju oraz drzwi do łazienki. Żeby zobaczyć salon, trzeba było wejść głębiej. Wejść i zrobić przynajmniej kilkanaście kroków. Dopiero wtedy oczom gościa mogły się ukazać pootwierane szafy.

– Ale się pan czepia. Nie wchodziłam. Nie rozsiadałam się. Zwyczajnie rzuciłam okiem…

* * *

Mirosław Wilczyński pokonywał kolejne schody z poczuciem samozadowolenia. Dawno nie miał tak dobrego dnia. Wszystkie sprawy toczyły się po jego myśli. W końcu upolował na internetowej aukcji wymarzony obiektyw do aparatu po okazyjnej cenie. Kliknął „Kup teraz”, uruchomił przelew i stał się szczęśliwym posiadaczem jasnego obiektywu o doskonałych parametrach optycznych. Dwukrotność pensji błyskawicznie uciekła z konta. Teraz pozostało mu tylko oczekiwanie na przesyłkę.

Uprzedził kolegę, że paczka przyjdzie na jego adres. Nie mógł pozwolić sobie na podanie własnego miejsca zamieszkania. Chciał uniknąć niepotrzebnych pytań Emilii. Znał ją na tyle długo, by wiedzieć, że nowy obiektyw będzie oznaczać pretensje. „Nie stać cię na tak drogie zabawki” – powtarzała do znudzenia zawsze wtedy, gdy ekscytował się wypatrzonym sprzętem fotograficznym.

Tym razem dobrze to zaplanował. Obiektyw odbierze od kolegi. Przyniesie do domu bez pudełka i faktury i powie, że tylko go pożyczył.

Wilczyński musiał okłamywać Emilię. Sama go do tego skłoniła. Traktowała jego hobby jak szambo. Omijała je szerokim łukiem. Najchętniej zakazałaby mu robić zdjęć, ale on nie mógł na to pozwolić. Fotografował przede wszystkim dla siebie, ale także trochę po to, by zrobić jej na złość. Jedno i drugie sprawiało mu przyjemność.

Poza tym właśnie dziś zakończył projekt, który przez kilka tygodni wyniszczał jego umysł. W końcu wszystkie wyliczenia zaczęły do sobie pasować, mógł więc spokojnie wydrukować efekty swojej pracy i przekazać szefowi. Szef się ucieszył, poklepał Mirka po plecach i w ramach podziękowań zezwolił na wcześniejsze opuszczenie miejsca pracy.

Dzięki temu Wilczyński przejechał przez miasto przed godzinami szczytu, załatwił jeszcze jedną sprawę i wrócił do domu. Miał zamiar spokojnie odpocząć i w ciszy zdecydować, dokąd uda się na pierwszą sesję fotograficzną z nowym obiektywem.

Gdy był już na półpiętrze między drugą a trzecią kondygnacją, usłyszał hałas. Z góry dochodziły głosy i szuranie.

– No nie… – jęknął.

Miał dość paparazzich, całego tego medialnego szumu, niechcianych zdjęć i traktowania człowieka jak zwierzęcia w zoo. Znowu ktoś musiał odkryć, że tu mieszkają. Dobrze, że tym razem wracał sam. Mógł udać, że nie jest sobą. Wyminąć reporterów i zatrzasnąć im drzwi przed nosem.

Trzecie piętro zajmowała spora grupa gapiów. Omiótł ich wzrokiem. Kilka twarzy wydało mu się znajomych. Ruda rycząca czterdziestka z bloku obok. Gromada osiedlowych łobuzów. Bezrobotny spod trójki.

Wilczyński spuścił głowę, przybrał odpychający wyraz twarzy i przycisnął aktówkę do ciała. Był gotowy do ataku.

– Proszę się rozejść – rozpoczął uprzejmie, ale po chwili nie mógł już opanować złości. – Rozejść się! Do domu, ludzie! Nie macie co robić?!

* * *

Kajetan Młynarski stał na ostatnim schodku prowadzącym na czwarte, najwyższe piętro. Klatka schodowa nie różniła się niczym od innych klatek. Była wąska, brudna i poobijana. Policjant całym sobą wypełniał przestrzeń między ścianą a balustradą i tarasował przejście. Miał zabezpieczyć miejsce zdarzenia przed wtargnięciem na piętro osób trzecich – to zabezpieczał. Na piętrze kręcili się technicy, dochodzeniowcy i sąsiadka, która znalazła ciało i zgłosiła zdarzenie. Co prawda nie powinno jej tam być, ale dochodzeniowcy nie reagowali. Młynarski też nie. Zbyt długo był gliną, by chorować na zespół nadgorliwości. Powiedzieli, że nikt nie ma prawa wejść na piętro, to nikogo nie wpuszczał. Natomiast tę kobietę spokojnie mógł zignorować.

Kajetan spoglądał dumnie przed siebie. Z okolicznych domów zbiegła się ratajska hołota. W końcu na osiedlu Piastowskim coś się działo. Gapie na Ratajach, Winogradach czy Sołaczu byli tacy sami. Widok zaparkowanego radiowozu, kręcących się policjantów i karetki pogotowia działał na nich jak lep na muchy. Zaraz przybiegali i wyciągali szyje: jeden przez drugiego, byle zobaczyć więcej.

– To już przesada – mężczyzna, który nagle wyłonił się z tłumu, wyglądał na zbulwersowanego. – Co się tu dzieje?! Niech się pan przesunie! – Artykułował kolejne żądania, śmiesznie potrząsając skórzaną aktówką.

Zachowanie mężczyzny nie zrobiło na policjancie żadnego wrażenia. Szybko ocenił jego możliwości jako potencjalnego przeciwnika. Widział przed sobą niezbyt wysokiego, zarośniętego wymoczka. Typa, który na każdym kroku próbuje udowodnić swoją męskość.

– Nie może pan tu wejść. – Kajetan wyprostował się i rozłożył ręce. Prawą oparł o ścianę, a lewą o balustradę.

– Jak to nie mogę? Pan chyba żartuje! – Mężczyzna marszczył czoło i groźnie spoglądał na policjanta.

– Nie może pan tu wejść – powtórzył Kajetan i obserwował reakcję.

Wymoczek nie dawał za wygraną. Próbował mu podskoczyć. Nie respektował ani majestatu prawa, ani policyjnego uniformu, ani samego Kajetana. Próbował ominąć go raz z jednej, raz z drugiej strony.

– Co pan robi? – Policjant odepchnął mężczyznę.

– Nic – usłyszał w odpowiedzi.

Chwilę później wymoczek, niczym pięcioletni chłopiec, schylił się i próbował przemknąć pod lewą ręką stróża prawa. Kajetan przyblokował go kolanem. Natarli najpierw na siebie, a potem razem wpadli na balustradę. W końcu Młynarski odepchnął mężczyznę. Skoro tamten chciał konfrontacji, to mógł mu ją zapewnić. Sprawnym ruchem sięgnął po służbową pałkę.

– Przepraszam, chciałem tylko wejść na piętro. – Wymoczek skulił się, mimo że nie padł jeszcze ani jeden cios.

„Wiedziałem, że jesteś wymoczkiem” – zaśmiał się w myślach Młynarski. Uwielbiał demonstrować swoją siłę. Był częścią firmy i nikt nie mógł mu podskoczyć.

– Kim pan jest? Poproszę dowód osobisty.

Najchętniej kazałby facetowi zdjąć gacie i pospacerować przed blokiem. Zapamiętałby, że bezprzedmiotowe dyskusje z policją grożą przykrymi konsekwencjami.

– Ja tu mieszkam.

– Dowód! – warknął, gdy wymoczek po raz kolejny wydawał się go ignorować.

– Proszę bardzo. Ja tu mieszkam. Nie jestem jeszcze zameldowany, ale mieszkam. – W końcu mężczyzna spuścił z tonu.

– Tu, czyli?

– Pod dwunastką.

– Nazwisko?

– Wilczyński.

Trudno było nie usłyszeć pretensji w jego głosie. Jakby duma Wilczyńskiego została urażona, że nie został rozpoznany przez policjanta.

„Wymoczek i świr” – pomyślał Młynarski. Wziął z ręki Wilczyńskiego dowód osobisty i skinął na dochodzeniowca stojącego najbliżej.

– Burza, facet mówi, że mieszka pod dwunastką – szepnął.

* * *

– Niech się pan rozejrzy. – Podkomisarz wprowadził Wilczyńskiego do salonu.

Dwóch mężczyzn ubranych w białe kombinezony sprawnie operowało w kuchni małymi miotełkami. Posypywali szafki czarnym pyłem. W salonie panował potężny bałagan, zwykle schowany za białymi frontami szaf. Na podłodze leżały ręczniki wyrzucone z szafki, zawartość wszystkich szuflad oraz dokumenty, faktury i karty gwarancyjne.

– Chyba w końcu kupię segregator i uporządkuję te wszystkie papiery – jęknął Wilczyński. Emilia trzykrotnie prosiła go o zrobienie porządku w szafce z dokumentami, ostatni raz tydzień temu.

– Czy coś rzuca się panu w oczy? Może coś zginęło?

Policjanci po cywilnemu, z legitymacjami służbowymi zawieszonymi na szyi, zadawali kolejne pytania. Nie wyglądali na zaaferowanych sytuacją. Byli spokojni, wręcz znudzeni.

– Nie wiem, musiałbym sprawdzić… Gwarancja! – Wilczyński przypomniał sobie, że w szafce trzymał dokumenty niezbędne do korzystnej sprzedaży dotychczasowego obiektywu. Bez faktury zakupu nie potwierdzi wieku sprzętu. Bez karty gwarancyjnej cena używanego produktu poszybuje w dół. – Mam nadzieję, że nie zniknęła gwarancja… – Zamierzał zabrać się do przeglądania dokumentów.

– Proszę niczego nie dotykać! – interweniował policjant.

– To jak mam sprawdzić, co zginęło?

– Naocznie.

* * *

– Panowie, to już przesada! Kto to posprząta?

W ocenie policjantów Wilczyński zachowywał się dziwnie. Nie zadawał pytań, które w takich sytuacjach padają najczęściej. Co się stało? Kto to zrobił? Jak do tego doszło? Dlaczego ja? Nie biegał też po mieszkaniu. Wydawało się, że nawet nie zauważył śladów krwi w przedpokoju. Odciął się emocjonalnie od teraźniejszości. Wyraźnie zadręczała go obawa o przyszłość i porządek.

– Niech się pan skupi. Czy może pan zapomnieć na chwilę o bałaganie i stwierdzić, że coś stoi nie na swoim miejscu albo coś powinno gdzieś stać, a nie stoi?

– Laptop Emilii – odpowiedział mężczyzna od niechcenia, jakby chciał szybko zakończyć rozmowę i pozbyć się policjantów.

– Tak?

– Zawsze leżał na ławie. No, chyba że Emilka zabierała go ze sobą. – Wilczyński zmarszczył brwi i zmrużył oczy. – Nie, dzisiaj wychodziliśmy razem. Miała wolne ręce. Zostawiła go w domu. Powinien leżeć tam, gdzie zawsze.

– Emilka, czyli…?

Majewski chciał zweryfikować posiadane informacje. Z wywiadu przeprowadzonego wśród sąsiadów wiedzieli, że denatka mieszkała z mężczyzną. Podobno byli parą.

– Moja dziewczyna. Mieszkamy razem.

– Co to był za laptop?

– Różowy, przekątna dziesięć cali… – Wilczyński na jednym oddechu wyrecytował parametry techniczne sprzętu oraz zalety procesora.

Burzyński zapisał jedynie markę sprzętu oraz adnotację, że denatka otrzymała go od ukochanego rok wcześniej jako prezent z okazji walentynek.

– Przydałby się numer seryjny.

– Oczywiście, wszystko mam, fakturę zakupu, kartę gwarancyjną. – Wilczyński zerknął w stronę bałaganu. – Gdzieś tam…

– To za chwilę. Dobrze, laptop. Coś jeszcze?

– W szafce pod ręcznikami była kasa. Ręczniki leżą na ziemi, a szafka jest pusta. No, chyba że panowie to już zabrali, w sensie: zabezpieczyli.

– Niczego nie zabieraliśmy. Zastaliśmy to, co pan widzi.

– No to, kurna, masakra. To włamanie było?

– Na to wygląda.

Mirosław Wilczyński zareagował, jakby nagle obudził się z odrętwienia. Być może właśnie zaczął kojarzyć fakty. Poczerwieniał na twarzy i w panice zaczął rozglądać się na boki.

– Ja pierdolę. Zabrali kasę.

– Ile?

– Prawie dziesięć tysięcy.

– Kto trzyma w domu taką gotówkę? – prowokował Majewski.

– Ja! Wiem, wiem, od lat trąbi się, żeby nie trzymać kasy w skarpecie. Ale przecież ja nie trzymam. Wypłaciłem, bo miałem dokonać transakcji. Obiektyw miałem kupić, ale Emilia jęczała mi nad głową, że to za drogie i całkowicie zbyteczne. Ostatecznie zapłaciłem przelewem, a kasę miałem jutro wpłacić do banku.

– Laptop, pieniądze. Brakuje czegoś jeszcze?

– Telewizor jest. W kuchni nie wiem, nie ma tam chyba drogocennych rzeczy. W sypialni sprawdzaliście? W kasetce Emilia trzymała swoją biżuterię. Może tam coś zginęło? Ale to trzeba poczekać na Emilię i jej zapytać. Ja się w tych babskich błyskotkach nie orientuję. Nie odróżniam tych łańcuszków. Kurna, mój aparat… – Wilczyński przerwał i nie oglądając się na policjantów, pobiegł do sypialni. Chwilę później zapiszczał jak kastrat. – Nie ma go. Kurna! Nie ma.

Pan domu złapał się za głowę i zaczął pocierać skronie. Bełkotał pod nosem ciągle te same słowa.

– Aparat. Zabrali. Kurna, aparat.

Jego emocjonalne zachowanie zdziwiło policjantów jeszcze bardziej niż poprzedzające je odrętwienie. Wilczyński przeżywał zniknięcie aparatu fotograficznego tak mocno, jakby powiadomiono go właśnie o śmierci bliskiej osoby.

– Zapisuję, aparat fotograficzny firmy… – Burzyński zawiesił głos.

– Canon. EOS 5D Mark III. Pełnoklatkowa lustrzanka. Matryca światłoczuła 22,3 megapikseli. 61-punktowy autofokus. Odporny na warunki pogodowe. Kosztował mnie majątek. Moja dziewczyna żartowała, że ten aparat kocham bardziej niż ją.

– Długo jeszcze? – Do pokoju, w którym Wilczyński rozwodził się na temat skradzionego sprzętu, zajrzał Adam Olejnik.

– Już wychodzimy. – Burzyński uspokoił kolegę. – Panie Wilczyński, zaprosimy pana na komendę. Teraz musimy opuścić mieszkanie.

– Ale znajdziecie tego skurwiela, prawda? Odzyskacie mój sprzęt?

Puszczony przodem Wilczyński podążał w kierunku wyjścia. Stanął jak wryty jakiś metr przed regałem. Poruszał głową centymetr po centymetrze. Najpierw w bok, później nieznacznie w dół i znowu w bok, tym razem lewy. Jakby w oczach miał skaner. Znowu w dół. W bok. W dół. Rejestrował wszystkie brunatnoczerwone plamy, kontrastujące z białym regałem. Kiedy jego wzrok padł na podłogę, wskazał z obrzydzeniem na kałużę częściowo skrzepniętej krwi i zapytał:

– Co to jest? Co tu się stało?

* * *

Maj dopiero dobiegał końca, a słońce świeciło z taką siłą, jakby była pełnia lata.

Opel kadett był nagrzany do granic możliwości. Burzyński otworzył wszystkie drzwi i czekał, aż temperatura wnętrza osiągnie wartości akceptowane przez człowieka.

– Myślałeś o zmianie samochodu?

– Ty mnie, Młody, nawet nie wkurzaj.

– Spoko, rozumiem. Brak funduszy czy żona?

– Wszystko po trochu. No i jeszcze sentyment. Mam go od tylu lat.

– Burza, auto to nie kobieta. Nie przysięgałeś mu wierności po grób. Wsiądź do mojej giulietty. Włączę klimę i zobaczysz, jak szybko zrobi się miło… Milej niż na dworze.

– W życiu nie chodzi o to, żeby było milej.

Osiedle Piastowskie, na którym mieszkała denatka, żyło już swoim popołudniowym rytmem. Policyjne radiowozy, czarny worek i ludzka tragedia zostały przykryte codziennymi sprawami tysięcy poznaniaków. Na parkingach panował wzmożony ruch. Pierwsza fala mieszkańców osiedla – tych, którzy kończyli pracę koło piętnastej – próbowała znaleźć miejsce dla swoich samochodów.

Grupka chłopców w wieku gimnazjalnym siedziała na murku niedaleko placu zabaw. Ewidentnie się nudzili. Machali nogami i rozglądali się w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia.

– Oto rośnie nowe pokolenie bywalców komisariatów – ocenił Burzyński. – Młody, à propos przyjemności. Wspominałeś, że znasz denatkę.

– No.

– Tylko nie mów, że z nią spałeś, bo będę musiał odsunąć cię od śledztwa.

– Nie spałem.

– Na pewno?

– No. Chociaż gdybym tylko miał taką możliwość, to długo bym się nie zastanawiał. Skorzystałbym. Też ją pewnie znasz.

Denatka musiała być piękną kobietą. Trudno było nie zauważyć jej proporcjonalnej sylwetki, uwielbianego przez mężczyzn koloru włosów oraz wydatnych ust.

– Ja? Niby skąd? – Podkomisarz wzruszył ramionami.

– Z telewizji. Dziewczyna wygrała Bestsellera.

– Że co? – Nie takiej odpowiedzi spodziewał się Burzyński.

Czyżby po raz kolejny miała sprawdzić się reguła, że piękne kobiety oznaczają problemy? Jeśli denatka była osobą rozpoznawalną, a co gorsza, telewizyjną gwiazdą, śledztwo w sprawie jej śmierci będzie z pewnością trudniejsze. Policjanci będą czuć oddech mediów na plecach.

– Bestsellera, taki literacki talent show. Nie mów, że tego nie oglądałeś?

– Mówię! Ale rzeczywiście coś obiło mi się o uszy. Literackie show? Te słowa do siebie nie pasują. Co? Wpuścili na ring sztywnych okularników dyskutujących o wyższości „ą” nad „ę”? Nuda.

– Mylisz się, Burza, i to bardzo. Zrobili z tego ciekawe komercyjne widowisko. Oczywiście było tam ze dwóch nudziarzy, ale oprócz tego tacy sami ludzie jak w Najlepszym kucharzu, Najlepszym piosenkarzu czy Najlepszym tancerzu.

– Czyli tak zwane „osobliwości” telewizyjne.

– Nooo. Zróżnicowane środowisko, osobowości telewizyjne i parę naprawdę fajnych lasek…

* * *

– Problem rozwiązał się sam.

– Jak to „się”? „Się” rozwiązał? Powiedziałeś jej w końcu?

– Nie. Ale nie muszę już jej nic mówić. Jej nie ma.

– Mirek, nie mów do mnie zagadkami. Jak nie ma? Odeszła? Wyprowadziła się?

– Wszystko ci opowiem, gdy się spotkamy. To nie na telefon.

– Wpadnij…

– Nie. Przez jakiś czas nie możemy się spotykać.

– Nie rozumiem, co do mnie mówisz. Nie możemy? Teraz?

– Nikt nie może nas zobaczyć razem. Ani powiązać.

– Chcesz się mnie pozbyć?

– Wręcz przeciwnie. Jestem twój. Tylko twój. Ale musimy zachować pozory jeszcze przez jakiś czas.

– Jaki czas?

– Tyle wytrzymałaś, wytrzymasz jeszcze trochę.

– Jak długo?

– Kilka dni albo tygodni. Dopóki policja się ode mnie nie odczepi.

* * *

Protokół przesłuchania świadka.

Osoby uczestniczące w czynności: podkomisarz Przemysław Burzyński, aspirant Michał Majewski, protokolant Jacek Badura.

Tożsamość osoby przesłuchiwanej ustalono na podstawie dowodu osobistego.

Świadek podał następujące dane osobowe:

Barbara Krawczyk, córka Jerzego i Janiny, 76 lat, urodzona we Wrocławiu, emerytka, zamieszkała w Poznaniu na osiedlu Piastowskim.

Treść zeznania:

Emilka wprowadziła się do naszego bloku trzy lata temu. Od początku mieszkał z nią jej facet, Mirek. Nie mieli ślubu. Mówiła, że mieszkanie kupili razem, a ślub to kwestia czasu. Oboje młodzi i zapracowani. Wybiegali z domu rano, wracali bardzo późnym popołudniem albo wieczorem.

Emilka była sympatyczna i otwarta. Wpadała do mnie na kawę albo na obiad. Najczęściej wtedy, gdy Mirek wyjeżdżał służbowo. Opowiadała o pracy i życiu. Mieszkanie z facetem nie jest łatwe. Każda kobieta to wie. Emilka dowiadywała się tego powoli. Czasami zastępowałam jej matkę. Wysłuchałam, doradziłam, zaniosłam kawałek ciasta.

Jej rodzice? Mieszkają na drugim końcu miasta. Nie wiem dokładnie gdzie, ale mam numer do jej matki. Bardzo miła kobieta. To ona prosiła mnie, bym miała oko na jej córkę. Kiedy odwiedzała Emilię sama, bez męża, wpadała do mnie na ploteczki.

Rodzice Emilii dużo podróżują. Nie mają czasu na słuchanie o codziennych kłopotach córki. Właściwie żyją na walizkach. Co miesiąc odwiedzają inne miejsce. Teraz, o ile mnie pamięć nie myli, są w Indiach.

Emilia i Mirek? Kłócili się, to prawda, ale nigdy nie chodziło o nic poważnego. On nie opuszczał klapy, nie pamiętał o rocznicach, takie tam. Ona była młoda i jeszcze dużo wymagała od siebie, od niego i od życia.

Powiedziałabym, że byli przeciętną parą. Nie byli uciążliwymi sąsiadami. Nie urządzali imprez. Nie zapraszali gości. Cenili sobie zacisze domowe. Czy prali w nim brudy? Nie wiem. Na pewno bronili swojej intymności. Zwłaszcza po tym, jak Emilka wystąpiła w telewizyjnym show. Wystąpiła i wygrała. Nagle wszyscy zaczęli się nią interesować. Wszyscy o niej mówili.

Kiedy zobaczyłam Emilkę po raz pierwszy w telewizorze, nie wierzyłam własnym oczom! Nie wiedziałam nawet, że pisze książki…

* * *

Przed blokiem o umówionej porze pojawił się samochód Siwego. Brajan Nowacki wsiadł do niego bez wahania.

– Zamknij okno. – Wskazał na opuszczoną szybę koło kierowcy.

– Ugotujemy się – zaprotestował Siwy.

– Zamknij, kurwa!

Nowacki czekał, aż szyba odetnie dopływ świeżego powietrza do wnętrza samochodu. Chwilę później poczuł woń mieszanki tytoniowej. Przesiąknięte nią było wszystko: tapicerka, fotele, nawet podbitka sufitowa. Jeszcze niedawno Brajan nie potrafiłby jej wyczuć. Palił i nie wierzył, że cuchnie fajkami, bo dym papierosowy towarzyszył mu przez całe życie. Jego ojciec zmieniał mu pieluchy z petem w ustach.

Teraz, dokładnie trzydzieści pięć dni po rzuceniu nałogu, mógł wyczuć już wszystko. Tytoń, marychę, hasz. Nie potrafił jednak ocenić, czy go to drażni, czy kusi, czy to zapach, czy smród.

– Może się ugotujemy, ale przynajmniej nikt nas nie usłyszy.

– Brajan, zluzuj poślady. Towar opylony, kaskę dostałeś, o co kaman?

Siwy znał Brajana od dawna. Przez pięć lat chodzili do jednej klasy w podstawówce. Potem Brajan otrzymał promocję do następnej klasy, a Siwy powtarzał rok. Nie dlatego, że był leniwy albo ograniczony umysłowo. Co to, to nie! Nie można było odmówić mu bystrości umysłu.

Akurat wtedy odechciało mu się uczyć. Jego ojciec po raz pierwszy trafił za kratki, a Siwy na znak buntu porzucił książki. Chciał w ten sposób oprotestować system. Po kilku latach ojciec wyszedł na wolność i przekazał pierworodnemu złodziejskie umiejętności.

W okresie dojrzewania Siwy spotykał Brajana przelotnie, to na boisku, to pod sklepem spożywczym, to na przystanku tramwajowym. Brajan zawsze zerkał na niego z zazdrością. Sam był zwykłym nastolatkiem z biednej rodziny, a marzyły mu się firmowe ciuchy i gadżety, które poprawiłyby jego notowania u płci przeciwnej. Siwy nosił dres Nike i pasujące do niego adidasy. Mógł mieć każdą dziewczynę, którą chciał – w przeciwieństwie do Brajana.

– Tak, ale powoli robi się za gęsto. Wszędzie o nas trąbią!

– No i zajebiście. Mamy fejm.

Dla Siwego fejm był zawsze najważniejszy, natomiast Brajan dążył do celu. Chciał łatwo zdobyć trochę kasy. Kupić furę i komórę, a potem wyrwać laskę i żyć z nią w miarę dostatnio. Właśnie dlatego zaczął pomagać Siwemu w robocie. Wszedł w kradzieże tak delikatnie, że właściwie sam tego nie poczuł. To coś sprawdził, to przewiózł, to kogoś poobserwował. Zarobione w ten sposób pieniądze nie śmierdziały, a pomogły mu spełnić marzenia.

– Co mi po takim fejmie? Powinniśmy przyczaić się na jakiś czas.

– Nie mów, że peniasz?

– Nie wkurwiaj mnie! Nie o to chodzi. Ostatnio było gorąco. Mało brakowało…

– Mnie tam niczego nie brakowało. Ale była adrenalina, no nie? Zajebista jazda.

– Siwy… Za długo działamy w Poznaniu. Za dużo ryzykujemy. Skończmy z tym albo zmieńmy chociaż miasto, co? Tak dla fanu. Wybierz sam. Łódź, Wrocław, Opole.

Brajan wiedział, że jego propozycja nie spodoba się koledze, ale musiał coś zrobić. Chciał się wycofać, lecz nie mógł zostawić kumpla na lodzie. Obowiązywała go jakaś lojalność. To dzięki Siwemu miał wszystko, co chciał. Nie mógł pokazać mu faka i wyjść tak po prostu, bez oglądania się za siebie, bez okresu wypowiedzenia. Jednak przebieg ostatniej akcji oraz rozmowy z narzeczoną uświadomiły Brajanowi niebezpieczeństwo, które wiąże się z obrabianiem cudzych domów. Po raz pierwszy w życiu czuł lęk przed kolejną akcją.

– Widzę, że brak fajek daje ci się we znaki. Zajaraj i zluzuj poślady. – Siwy wyjął z kieszeni paczkę papierosów i skierował ją w stronę pasażera.

– Zabierz to! – Brajan usiłował oprzeć się pokusie. – Zabierz!

– Nie chcesz, to nie. Ja sobie zajaram.

Iskra przeskoczyła z samochodowej zapalniczki na mieszankę liści. Kierowca zaciągnął się. Zatrzymał w sobie dym, a na jego twarzy pojawił się zachwyt.

– Spoko loko luz i spontan! – Dym z płuc Siwego trafił do wnętrza samochodu. – Jeszcze dwa razy i jedziemy na wakacje.

– Łatwo ci mówić: spoko. To nie ty stoisz na czatach.

* * *

W środy antropolog sądowa Anita Broll nie prowadziła zajęć dla studentów, dlatego mogła poświęcić się badaniu ludzkiego szkieletu. Karton, który postawiła właśnie na blacie, zawierał kości znalezione w jednej z podpoznańskich wiosek.

Podczas przeszukiwania miejsca wskazanego przez mężczyznę osadzonego w więzieniu policjanci znaleźli wychodek, w którym oprócz zwłok w daleko posuniętym stanie rozkładu znajdowały się także ludzkie kości. To była dla nich niespodzianka. O ile zwłoki ociekające ekskrementami mogły się tu znajdować (choć policjanci nie wierzyli, że więzień mówił prawdę), o tyle kości, czyli szczątków dodatkowej ofiary, nikt się nie spodziewał.

Anita Broll miała pomóc w identyfikacji kości. Przed przystąpieniem do określania wieku szkieletu i jego płci oraz znajdowania ewentualnych urazów, które mogłyby być przyczyną śmierci, musiała złożyć w całość kostną rozsypankę.

– Kości układamy w porządku anatomicznym – mruknęła pod nosem. Była sama w pokoju, jednak wieloletnie doświadczenie dydaktyczne powodowało, że czasem nieświadomie komentowała swoje czynności.

Kolejne elementy pojawiały się na stole. Żebra, kości ramienne, promieniowe, łokciowe, piszczelowe, strzałkowe. Wyjmowała je z kartonu tak, jak wpadały jej w dłoń, i układała w miejscu, w którym powinny się znajdować. Czaszka, miednica, mostek, łopatki, obojczyki. Na koniec zostawiła sobie mniejsze kości stóp i rąk.

Nie miała wątpliwości. Szkielet był kompletny i należał do jednej osoby. Żeby określić jej wiek, musiała przyjrzeć się kościom dokładniej. Najpierw zewnętrznie, a potem rozpiłować je, by ocenić istotę gąbczastą.

Rozproszył ją wibrujący telefon.

– Ooo, à propos wieku! – Spojrzała na ekran i uśmiechnęła się. Kości Michała Majewskiego w jego młodym ciele były nad wyraz interesujące. W końcu miał dopiero dwadzieścia kilka lat. – U mnie czy u ciebie? – odczytała na głos treść SMS-a.

„U mnie” – odpisała. W myślach odtworzyła obrazy z wczorajszej randki. Pieszczoty w samochodzie i spazm rozkoszy na twarzy Michała.

Był od niej młodszy. I ona sama czuła się przy nim młodziej. Nie zmieniało to jednak faktu, że była od niego starsza o dziewięć długich lat. O tysiące dni, doświadczeń, ruchów powodujących zużycie stawów i o duże ilości znikającej istoty gąbczastej w nasadach kości długich.

* * *

– Halo, pani Sienkiewicz?

– Przepraszam, nie dosłyszałam pana nazwiska. – Głos kobiety brzmiał tak, jak powinien brzmieć u dystyngowanej damy w średnim wieku. Nie omieszkała wytknąć mężczyźnie, który do niej dzwonił, że popełnił faux pas.

– Kowalski – powiedział, mijając się z prawdą. Jego nazwisko nie miało znaczenia, więc nie uznał za stosowne przedstawić się na początku rozmowy. Ważne było tylko to, czy dodzwonił się do matki Emilii.

Nagimnastykował się, by ustalić numer jej komórki. Wykorzystał wszelkie kontakty. Liczył na to, że wysiłek się opłaci. Działał szybko, miał cel i wiedział, jak go osiągnąć.

– Jak? Nie dosłyszałam.

Cecylia Sienkiewicz dopiero od kilkunastu minut przebywała na polskiej ziemi. Jechała właśnie wraz z mężem z lotniska na parking. Była zmęczona ponaddziesięciogodzinną podróżą. Jet lag i przesiadka we Frankfurcie nad Menem skutecznie przysłoniły wrażenie zadowolenia, z jakim opuszczała Bombaj. Dwanaście godzin temu była zrelaksowana i pełna energii.

– Janek Kowalski. Muszę pilnie skontaktować się z rodzicami Emilki. – Specjalnie sformułował zdanie tak, by nadać mu prywatny charakter. – Czy dobrze się dodzwoniłem?

Nigdy nie przeszedł z pisarką na „ty”. Nawet jej nie znał. Jeśli jednak zacząłby rozmowę od wyznania prawdy, usłyszałby jedynie sygnał zerwanego połączenia.

„Nazywam się Robert Metrycki i pracuję dla dziennika »Zajście«. Godzinę temu znalazłem w internecie doniesienie, że pani córka w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Chciałem wyciągnąć od pani kilka intymnych informacji, by opisać je później z sensacyjnym zadęciem”.

Kilka razy próbował mówić rozmówcom, po co naprawdę dzwoni. Dokładnie tyle samo razy usłyszał dźwięk przerwanego połączenia. Darował sobie więc prawdę, etykę i dumę.

– Jestem jej matką. O co chodzi?

– Witam serdecznie, cieszę się, że udało mi się panią złapać. Czy moglibyśmy się spotkać? Koniecznie dzisiaj.

– Nie rozumiem. – Cecylia nie planowała na razie żadnych spotkań, tym bardziej z obcymi.

– Jestem znajomym Emilki. Odchodzę od zmysłów. Czytałem w internecie, że Emilka trafiła do szpitala. Czy pani wie, co się stało? Jaki jest stan córki? Czy to był napad? Czy ktoś mógł chcieć skrzywdzić tak skromną i cudowną istotę?

– O czym pan mówi? Gdzie w internecie?

Z tonu damulki domyślał się, że nie była na bieżąco z doniesieniami, które pojawiły się w mediach. Nikt jej nie powiadomił o zajściu. W jej głosie pobrzmiewała irytacja. Brakowało w nim zdenerwowania, zmartwienia czy lęku.

– Na portalu… – Metrycki wymienił nazwę najbardziej plotkarskiego miejsca w sieci.

– Córka mówiła mi wielokrotnie, że mam nie wierzyć w to, co piszą. Zwłaszcza w internecie. Pan wybaczy. Właśnie wylądowałam w Polsce. Wróciliśmy z dwutygodniowego wyjazdu. Muszę kończyć. – Zanim się rozłączyła, zawahała się i zapytała: – Dzwonił pan do Emilki?

– Tak – skłamał.

Co prawda nie miał telefonu do pisarki, ale miał pewność, że w mieszkaniu Emilii Sienkiewicz doszło do jakiegoś kryminalnego zdarzenia. Poznańska telewizja zdążyła już donieść o obecności policji oraz pogotowia na osiedlu Piastowskim, pod blokiem, w którym mieszkała gwiazda Bestsellera.

– I co?

– Nie odbiera. – Ta odpowiedź była zgodna z prawdą. Skoro nie dzwonił, nie mogła odebrać. – Może ma pani rację, może to głupi żart, ale oni napisali, że Emilka trafiła do szpitala, a ja nigdzie nie mogę otrzymać żadnej informacji. Czy mogę mieć do pani prośbę?

– Jaką?

Dziennikarz zdecydował, że nie będzie posłańcem przynoszącym złe wieści. Nie będzie ryzykował głową. Niech matka Emilii wszystkiego dowie się sama, a potem przygnębiona wypłacze mu się na ramieniu, zdradzając wszystkie pikantne szczegóły z życia córki.

– Może zadzwoni pani do córki, ustali wszystko, a ja za pół godziny odezwę się do pani. Bardzo mi zależy…

* * *

– Dzień dobry. Dziękuję, że pan przyszedł. – Podkomisarz przywitał się z Wilczyńskim i puścił go przodem. – Proszę, drugie drzwi na prawo.

Przed pokojem przesłuchań czekał aspirant Majewski. Potrząsnął ręką przybyłego i wszyscy weszli do środka. Burzyński nie zdążył jeszcze zamknąć drzwi, a mężczyzna teatralnie opadł na krzesło i rozpoczął monolog.

– Jestem zdruzgotany. Naprawdę. Nie mogę się pozbierać. Nie mogę poradzić sobie z myślą, że jej już nie ma. Mojej Emilii. Mieliśmy tyle wspólnych planów. Marzeń, których realizację odkładaliśmy na później. Ślub. Dzieci. Tajlandia. Moje życie bez niej nie będzie miało sensu.

Partner denatki kontynuował, a Burzyński przyglądał mu się uważnie. Mężczyzna nie budził w nim sympatii. Miał gniewny wyraz twarzy, zmarszczone czoło, mocno widoczne lwie zmarszczki i rudawy zarost. Bujne brwi przysłaniały małe i wąskie oczy. Wyglądał tak, jakby był permanentnie niezadowolony. Niewątpliwie zbyt często używał mięśni mimicznych do marszczenia czoła i przybierania groźnej miny – i tak mu zostało.

– Jej śmierć do mnie nie dociera. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić.

Wilczyński skończył i spojrzał na policjantów, jakby oczekiwał oceny. Majewski nie mógł oprzeć się wrażeniu, że żadne z tych słów nie było przypadkowe. Narzeczony Emilii je wcześniej wymyślił, nauczył się ich i wyrecytował je jak na scenie. Chociaż nie, jednak nie zostały wygłoszone w idealny sposób. Brakowało w nich wyrazu, emocji i prawdy. Wilczyński je odklepał, jakby był uczniem zmuszonym do wystąpienia na konkursie recytatorskim.

– Panie Wilczyński, wiemy już, jaka jest oficjalna przyczyna śmierci pana partnerki.

– Tak?

– Uderzenie głową w nieruchomą przeszkodę, w tym wypadku półkę w przedpokoju, spowodowało złamanie podstawy czaszki.

– Czaszki?

– Tak – potwierdził Burzyński.

Nie zamierzał zdradzać niepotrzebnych szczegółów. Uderzenie było na tyle silne, że spowodowało krwawienie i utratę przytomności. Z ułożenia ciała denatki wynikało, że jeśli w ogóle odzyskała świadomość, to jedynie na kilka sekund. Z ułożenia ręki pod ciałem wynikało, że kobieta być może chciała się podnieść.

– To moja wina!

Wyznanie Wilczyńskiego spadło na policjantów jak grom z jasnego nieba. Potem mężczyzna zamilkł, a policjanci spojrzeli na siebie pytająco. Partner denatki nie zdobył ich sympatii, ale nie podejrzewali go o zabójstwo. Najbardziej wiarygodną hipotezą, którą przyjęli, był nieszczęśliwy zbieg okoliczności podczas włamania. Jednak nie mogli zignorować takiego wyznania.

– Mógłby pan powtórzyć? – spytali równocześnie.

* * *

– To moja wina. Może gdybym zgodnie z prośbą Emilii wypełnił ten regał książkami… Mówiła mi o tym kilka razy. Prosiła. Nawet raz się wkurzyła, pomarudziła i powiedziała, że więcej nie wspomni o tym słowem. Wkurzały ją książki walające się po podłodze w sypialni. Kupiła regał, a ja miałem zająć się resztą. Jakoś nie miałem na to czasu. Może książki zamortyzowałyby jakoś ten upadek? Może by żyła?

– Panie Wilczyński, co się stało, już się nie odstanie – przerwał obcesowo Burzyński. – Wróćmy do wczorajszego dnia.

Obaj policjanci słuchali tych samooskarżeń ze znużeniem. Stany emocjonalne przesłuchiwanych interesowały ich o tyle, o ile wiązały się lub mogły wiązać z faktyczną winą, czyli w tym przypadku z pchnięciem kobiety na regał. Jeśli nie zrobił tego Wilczyński, rozważania na temat zawartości regałów i ewentualnej amortyzacji uderzenia były bezprzedmiotowe. Policjanci nie poszukiwali przecież poczucia winy, lecz mordercy.

– Oczywiście.

– O której zazwyczaj wracaliście z pracy? – Młody przystąpił do ustalania faktów, by zrekonstruować przebieg tragicznego dnia.

– Emilia pracowała do szesnastej, plus zakupy, dojazd do domu. Przeważnie była na miejscu koło siedemnastej. Ja kończę o szesnastej trzydzieści i też przychodzę do domu w okolicach siedemnastej. Zazwyczaj, bo przecież czasem miewamy do załatwienia jakieś sprawy na mieście.

– Tego dnia pojawił się pan na miejscu zdarzenia przed szesnastą – wtrącił Burzyński.

Z racji problemów osobistych Przemek często zerkał na zegarek, zwłaszcza kiedy zbliżała się godzina, o której powinien pojawić się w domu. Podobnie było wczoraj. Spojrzał na zegarek. Była piętnasta pięćdziesiąt. Właśnie wtedy zauważył Wilczyńskiego, który usiłował przemknąć obok policjanta zabezpieczającego wejście na piętro.

– Tak. Zamknąłem duży projekt, szef w dowód uznania pozwolił mi wyjść wcześniej.

– O której pan wyszedł?

– Nie pamiętam. Coś koło czternastej.

– A między czternastą a szesnastą…

– Byłem u kumpla. – Wilczyński nie czekał na dokończenie pytania. – Pomagałem mu skręcać meble.

Przesłuchiwany coraz bardziej działał Burzyńskiemu na nerwy. Najpierw zrobił na nim bardzo złe wrażenie, później usiłował je zmyć wypraną z emocji gadką, a następnie wrócił do bycia sobą.

„Odpychający, zakłamany dupek” – pomyślał Burzyński.

– A pana partnerka? Jakie wczoraj miała plany? – dopytywał Majewski.

– To był normalny dzień. Miała wrócić po pracy do domu i zrobić obiad.

– Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

– Rano. Zjedliśmy razem śniadanie. Pozbieraliśmy się szybko i pobiegliśmy do pracy.

– Czy zauważył pan coś dziwnego? Niepokojącego? Albo innego niż zwykle?

– Kiedy? Tego dnia?

– Tego albo wcześniej. Złodziej zawsze bada teren. Może ktoś was obserwował? Może był u was akwizytor?

– Nie. Nie wpuszczaliśmy do mieszkania obcych.

– Właśnie chciałem o to spytać: czy denatka mogła otworzyć drzwi i wpuścić do mieszkania na przykład ekipę ze spółdzielni?

– Nie sądzę. Na pewno nie. No, chyba że zostałaby uprzedzona przez spółdzielnię. Zapewne wiecie już, że Emilia była księgową w dużej firmie handlującej biżuterią. Odkąd wzięła udział w telewizyjnym show, była też na celowniku wszelkich paparazzi. Miała z nimi kilka niemiłych doświadczeń. Nie wpuściłaby do domu nikogo obcego, bo obawiałaby się, że za chwilę w mediach pojawią się sensacyjne doniesienia typu: „Tak mieszka Sienkiewicz”.

– Ukradziono panu aparat, prawda? – Burzyński zmienił temat.

Pamiętał, że zniknięcie sprzętu wywołało w mężczyźnie emocje o wiele silniejsze niż śmierć jego partnerki. Chciał zbić Wilczyńskiego z tropu, zdenerwować go i zobaczyć chociaż fragment jego prawdziwej twarzy.

– Tak.

– Wspominał pan, że ten fakt zdenerwuje Emilię, dlaczego?

– Bo była tam pokaźna kolekcja naszych prywatnych fotek. Także tych bardzo, bardzo prywatnych. Artystycznych, oczywiście. Wiedzą panowie, co mam na myśli?

– Nie. – Burzyński pokręcił głową.

– Nagie fotki. Emilia zabiłaby mnie – wyrwało się Wilczyńskiemu, ale szybko się poprawił – to znaczy: nie byłaby zadowolona, gdyby wpadły w niepowołane ręce.

– Niemiłe doświadczenia z paparazzi? – Majewski zmienił temat. – Co ma pan na myśli?

– Niemiłe doświadczenia, czyli na przykład to, że sympatyczne rozmowy z fałszywymi fanami okazywały się chamskim przepytywaniem i kończyły publikowaniem nieautoryzowanych wywiadów.

– No tak, była znana. A czy miała jakichś niezrównoważonych fanów, hejterów albo wrogów? Czy mógł istnieć ktoś, kto chciał jej śmierci?

– Wrogów? Chyba nie, ale domyślam się, że dużo osób jej nienawidziło.

* * *

Każdy z nas rodzi się z jakimś talentem. Nie zawsze jesteśmy jego świadomi. Czasem zwyczajnie nie mamy w sobie tyle odwagi, by pokazać go światu.

Mój partner, niedoszły mąż i wieczny narzeczony posiada wybitne zdolności. Jak nikt inny potrafi udawać. Gdyby zdecydował się pokazać swój talent większej publiczności, zgarnąłby wszystkie nagrody. Byłby najbardziej utytułowanym aktorem na świecie. Złote Lwy. Oscary. Orły. To wszystko zalegałoby na jego półkach.

Ode mnie otrzymałby Złote Maliny. Nie żebym go nie ceniła. Imponują mi jego umiejętności. Miło patrzy się z boku na coś takiego. Ale na miłość boską! Życie z takim człowiekiem to koszmar. On gra przecież od rana do wieczora. W ogóle nad tym nie panuje. Tylko kiedy śpi, rozluźnia mięśnie i pierdzi. To jedyna chwila, kiedy jest prawdziwy.

* * *

– Dziękujemy, że pan się do nas pofatygował. – Majewski wyprowadził Wilczyńskiego z budynku i wyciągnął w jego stronę dłoń. – Nie było jeszcze okazji, proszę przyjąć moje kondolencje.

– Dziękuję. Pali pan?

Wilczyński nigdzie się nie śpieszył. Wziął sobie dzień urlopu. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Poza tym chciał przedłużyć spotkanie z młodszym policjantem. W pokoju przesłuchań odpowiadał na pytania. Teraz sam chciał kilka zadać.

– Zabił ją ten złodziej, prawda? Gdyby nie było jej w domu… żyłaby i wkurzała się na mnie za te zdjęcia w aparacie.

– Śledztwo jest w toku. – Młody sięgnął po papierosa.

– Złapiecie go?

– Złapiemy zabójcę.

– To dobrze. Pytałeś o wrogów. – Wilczyński przeszedł na ty. Chciał skrócić dystans między sobą i swoim rozmówcą. – Fakt, że ktoś kogoś nie lubi, nie może być przecież powodem zabójstwa. Emilii udawało się wszystko. Wszystko, czego dotknęła, czego zapragnęła. To mogło się nie podobać.

– Komu?

– Mówię tak ogólnie. Mało jest wokół ludzkiej zawiści? Na przykład ta nasza sąsiadka. Wścibska baba, lubi rzucać na wszystkich oskarżenia. Mam nadzieję, że nie nagadała nic na mnie.

– Potrafimy odróżnić wredne gadanie od faktów – odpowiedział wymijająco Młody. – Kogo miał pan na myśli?

– Nikogo. Tak tylko mówię, nie konkretnie. Ktoś mógł jej zazdrościć sukcesu, wygranego programu i wydanej książki.

– Rozumiem. A tak niezobowiązująco, tylko między nami, to kto jej nie lubił?

– Nie wiem.

– Czy ktoś jej groził?

– Nie.

– Skąd pan wie?

– Powiedziałaby mi.

– A jak było między wami?

– Bardzo dobrze!

Policjant rozpoczął temat, na którym nikt nie mógł zagiąć Wilczyńskiego. Oczywiście, że z narzeczoną Emilią Sienkiewicz układało mu się wyśmienicie. Ich związek był wzorcowy. Tak przynajmniej wszyscy mieli o nim myśleć.

* * *

– Mamo, ona mnie papuguje!

– Sama papugujesz, kłamczucho!

– To ty jesteś kłamczuchą!

– Mamo!

– Spokój! – Podniesiony głos Izy Burzyńskiej nie zwiastował niczego dobrego.

Iza starała się opanować nerwy, ale szczerze nie cierpiała dni, w których dziewczynki szły do szkoły na dwunastą pięćdziesiąt.

Bliźniaczki budziły się przed ósmą. Zjadały śniadanie i przez godzinę, maksymalnie dwie korzystały z wolnego przedpołudnia. W domu panowała harmonia. Iza cieszyła się, że udało jej się dopasować grafik pracy do planu zajęć córek. Prasowała albo przygotowywała obiad i szczęśliwa słuchała odgłosów zgodnej zabawy dochodzących z pokoju.

Później następował zwrot akcji. Błahe wydarzenie wywoływało lawinę pretensji. Kasia i Basia przestawały być aniołkami i zmieniały się w diablice. Kłóciły się. Skarżyły na siebie. Nie potrafiły rozwiązać problemu samodzielnie.

– Słuchajcie, mam świetny pomysł! – Iza przywołała córki do siebie. Wiedziała już, że jeśli ich czymś nie zajmie, to mała kłótnia zmieni się w płacz i potężny konflikt, a ona sama będzie żałowała, że nie odstawiła córek rano do świetlicy.

– Jaki? – od progu zapytała Kasia.

– No właśnie, jaki? – powtórzyła Basia.

– Piknik! W weekend ma być piękna pogoda. Zrobimy sobie piknik w lesie.

– Tak!

– Jeeeej!

– Potrzebuję waszej pomocy. Trzeba zaplanować, co weźmiemy do jedzenia. Zrobicie listę zakupów?

Bliźniaczki pobiegły do swojego pokoju, a po chwili wróciły z kartką i długopisem.

– A kiedy pojedziemy?

– Kaśka, nie słyszałaś? – oburzyła się Basia. – Mama powiedziała, że w weekend.

– No ale w sobotę czy w niedzielę?

– Zobaczymy. – Iza obserwowała córki, starając się zachować powagę.

Kasia robiła się coraz bardziej podobna w zachowaniu do swojego ojca. Była wścibska, zadawała zbyt dużo pytań, próbowała kontrolować sytuację. Basia była ostrożniejsza, skupiona na sobie i na tym, co ktoś o niej pomyśli.

– Nieważne kiedy – podsumowała Basia. – Ważne, że jedziemy wszyscy. Bo tatuś tym razem nie nawali, prawda?

* * *

– Obrażenia pasują do hipotetycznego ciągu zdarzeń. – Młody odłożył na biurko raport patologa.

– Rozmawiałem z technikiem. Na miejscu zabezpieczyli jedynie ślady bytności domowników, odciski palców sąsiadki na klamce i kilka niewielkich żyletkowatych fragmentów szkła na regale, na razie niewiadomego pochodzenia. Równie dobrze mogły być tam jeszcze przed zdarzeniem.

– Nic więcej?

– Nie. – Burza pokręcił głową.

Zza uchylonego okna dochodziły do policjantów odgłosy miejskiego życia. Ktoś wołał psa.

– Czyli to też pasuje do modus operandi.

– Pasuje.

– Sprawa wydaje się jasna – ostrożnie ocenił Majewski.

W Poznaniu od kilku miesięcy grasowała doskonale zorganizowana szajka złodziei. Pojawiali się w różnych odstępach czasu, w różnych częściach miasta. Najczęściej na niestrzeżonych osiedlach mieszkaniowych. Wchodzili do upatrzonego mieszkania w biały dzień i okradali wnętrze z rzeczy cennych oraz łatwych do spieniężenia. Cechą wspólną wszystkich włamań było to, że w ciągu dwóch, trzech dni poprzedzających to zdarzenie w mieszkaniu pojawiała się większa gotówka: z wypłaconego odszkodowania czy odprawy albo z wymiany waluty.

Świadczyło to o dobrym przygotowaniu złodziei. Nie wchodzili do byle jakiego mieszkania. Typowali ofiarę według znanego sobie klucza. Musieli wiedzieć, że w mieszkaniu są pieniądze. Przygotowywali się do kradzieży, dokonywali jej, po czym ulatniali się niczym duchy.

Policja zostawała z niczym. Brak śladów na miejscu włamania, brak świadków zdarzenia, brak możliwości stworzenia portretu pamięciowego. Żaden z obrabowanych, żaden z sąsiadów nie był w stanie przypomnieć sobie sytuacji, w której widział kogoś obcego. Zrozpaczone ofiary kradzieży dziwiły się, dlaczego nikt z sąsiadów nie zauważył obcego na klatce schodowej, ale same nie kojarzyły większości nazwisk i twarzy ludzi mieszkających tuż obok.

– Kontaktowałem się z chłopakami szukającymi tych złodziei. Wszystko pasuje.

– Jakoś kiepsko im idzie, które to już mieszkanie? Dziesiąte?

– Mówią, że to kwestia czasu. Złodzieje prędzej czy później popełnią błąd.

– Być może właśnie popełnili… – Majewski kręcił się na obrotowym krześle i zbierał myśli. Krzyki za oknem nie ułatwiały mu tego. Kobieta wołająca psa miała bardzo denerwujący głos. Piskliwe i głośne: „Fiiideeel!” rozlegało się coraz bliżej komendy.

– Albo zaraz to zrobią. Jeśli nagle, podczas obrabiania mieszkania pojawiła się jego właścicielka, musieli przeżyć ogromne zaskoczenie. Puściły im nerwy. Zabili człowieka. Nie uniosą tego, jestem pewien, zaczną srać w gacie ze strachu.

– No, chyba że już wcześniej kogoś zabili.

– Mam tylko nadzieję, że nie zwiną od razu działalności, bo wtedy mamy marne szanse na pozytywne zakończenie śledztwa.

– Ale, kuźwa, przeżyć nie mogę, żeby taka pisarka zginęła przypadkiem. To najgłupszy rodzaj śmierci. Głupszy od samobójstwa. Powtórzę raz jeszcze: sprawa wydaje się jasna… – Majewski zatrzymał obrotowe krzesło. Przez chwilę świat wirował mu w oczach.

– Taaa, dlaczego w takim razie przestałeś się kręcić?

– Bo jest jedno ale.

– Młody!

– No, kuźwa, ten Wilczyński mnie niepokoi.

Burzyński roześmiał się głośno. Majewski i jego niepokoje. To był temat rzeka. Michał zawsze pozwalał sobie na „czucie”, zanim przystąpił do analizy faktów. Otwierał się na wszelkie bodźce. Dopiero potem zaczynał chłodno myśleć. Wnioski zawsze zestawiał ze swoimi odczuciami. I co gorsza, bardziej wierzył tym odczuciom niż faktom.

Przemysław był zbyt stary, by wierzyć w takie sztuczki i ufać subiektywnym wrażeniom. Dlatego dokładnie analizował fakty, zadawał niewygodne pytania i sprawdzał hipotezy.

– Bo?

– Dziwny jest. Taki nieautentyczny. Coś nad nim wisi. Na pytanie, jak było między nim a denatką, zaserwował mi mdląco słodką opowiastkę. Tak słodką, że gdyby rzeczywiście była prawdziwa, powinien być już przynajmniej po jednej próbie samobójczej. Kuźwa, jakiś przypadkowy debil zamordował miłość jego życia, a on się zgrywa. Jest kompletnie wyprany z emocji.

– Młody, nie przywiązywałbym do tego wagi. Ludzie różnie przeżywają żałobę. Poza tym, hm, nie wiem, jak ci to powiedzieć, żeby nie ogołocić cię z romantycznych wizji… Facet jest tylko facetem. Ułomnym w przeżywaniu i okazywaniu uczuć. Oszczędnym w formie. Podejrzewam, że w związku Wilczyńskiego z denatką było średnio na jeża. Zresztą jak w każdym wieloletnim związku… Na początku faktycznie miłość cię rozsadza. Pożądanie nie daje o sobie zapomnieć. Dystans między nocą a nocą wydaje się nie do wytrzymania. Po kilku latach wspólnego mieszkania nieobecność kobiety zauważysz z dużym opóźnieniem. No, chyba że wcześniej zabraknie ci czystych skarpetek albo żarcia w lodówce.

Michał uśmiechnął się i pokiwał głową. Lubił ten bolesny realizm Burzyńskiego. Nie miał jednak pojęcia, o czym mówi partner. Wieloletni związek budził w nim przerażenie, podobnie zresztą jak wielomiesięczny. Do niedawna z dumą określał się mianem krótkodystansowca. Podrywał dużo dziewczyn i nie widział powodu, by wiązać się z którąś na dłużej. Żadna nie miała do zaoferowania nic takiego, czego nie mógłby zdobyć na pierwszej czy drugiej randce.

– Według mnie Wilczyński funkcjonował w tym związku z jakiegoś konkretnego powodu i nie chodziło o wielką miłość – kontynuował Burzyński. – Nagle wszystko się skończyło i pewnie teraz głupio jest mu przyznać, że między nim a ofiarą nie było tak idealnie… Nie chce być oceniany, a tym bardziej podejrzany.

– No właśnie, Burza! Trafiłeś w sedno. Nie chce być podejrzany? Właśnie dlatego go podejrzewam. Musimy sprawdzić motywy osobiste! Na wszelki wypadek.

– Ta, dla spokoju sumienia musimy odhaczyć kolejne hipotezy.

* * *

Zamiast odpoczywać i zbierać siły, odczuwam przerażający brak wszystkiego. Pospiesznych poranków. Zapachu świeżo parzonej kawy. Wyjściowych ciuchów i maski, pod którą ukrywam przed ludźmi swoją prawdziwą twarz. Tej podkolorowanej, z podkręconymi rzęsami i ustami podkreślonymi czerwoną szminką.

Czuję głód spojrzeń obcych ludzi stojących na przystanku. Doskwiera mi brak tłoku w autobusie. Łaknę bliskości ziewających i śmierdzących grubasów, kołyszących się zgodnie z kierunkiem jazdy.

Odczuwam przerażający brak wścibskiego zeza koleżanki z działu, szeleszczącego szeptu, którym Kryśka obgaduje innych pracowników, smaku lurowatej firmowej kawy, nawet bólu nóg po wieczorze spędzonym w przyciasnych szpilkach.

Boję się, że już nigdy tego nie poczuję.

* * *

Do pokoju, w którym siedział Mieczysław Krawczyk, dochodziły odgłosy świadczące o parzeniu popołudniowej kawy. Odbierał je jako całość, jeden niekończący się strumień fal dźwiękowych. Jego żona Barbara krzątała się po kuchni i niczym karabin maszynowy wyrzucała z siebie słowa. Nie słuchał jej. Nie widział w tym żadnego sensu. Od ponad pięćdziesięciu lat gadała właściwie bez przerwy. O wszystkim i o niczym. Widocznie taki miała sposób na życie.

Mieczysław oglądał telewizję i spokojnie czekał na kawę. Wiedział, że jeśli wyjątkowo tym razem żona ma do powiedzenia coś niezwykle ważnego, z pewnością to powtórzy. I to niejeden raz. Mógł sobie pozwolić na skupienie się w całości na przekazie telewizyjnym.

Poza tym Mieczysław miał osiemdziesiąt lat. Mógł gorzej słyszeć albo w ogóle czegoś nie wychwycić, żona nie powinna się dziwić.

– Mieciu! Mieciu! – Barbara próbowała przekrzyczeć telewizor.

– Czego?!

– Chodź, pomożesz mi przynieść kawę.

Mieczysław wstał z fotela i udał się do kuchni. Żona wlewała właśnie wodę do jego ulubionej szklanki. Trzy łyżeczki mielonej kawy utonęły we wrzątku. Resztki, które utrzymywały się na powierzchni, zostały łyżeczką wtłoczone w czarną maź. Mężczyzna złapał za metalowe ucho koszyczka do szklanki i zabrał swoją kawę do pokoju. Ustawił ją na ławie i wrócił do oglądania telewizji.

– Co byś zrobił? – Żona przyszła za nim i usiadła obok.

– O co ci chodzi?

– Oj, Mieciu, no przecież mówiłam. W ogóle mnie nie słuchasz. Weszłam do mieszkania Emilki, patrzę, a ona leży na ziemi. Całkiem martwa. Krew się leje. Co ty byś zrobił?

Krawczyk wzruszył obojętnie ramionami, a jego żona kontynuowała:

– Gdybyś nie był na drugim końcu miasta, tobym po ciebie poszła. Szkoda tej Emilki, taka miła była, prawda?

– Łe jery, jakiej Emilki?

– Gadaj tu z chłopem. Emilii Sienkiewicz, naszej sąsiadki.

– Matki tego ejbra2, co mi lusterko ze škody urwał?

– Nie! – oburzyła się Krawczykowa. Nie pojmowała, jak mąż mógł mylić sąsiadów. – Urwał ci synek Eweliny. Oni mieszkają na parterze. Ja mówię o naszej najbliższej sąsiadce. – Wskazała na ścianę, za którą mieszkała pisarka.

Mieczysław nieprzytomnym wzrokiem zerkał to na żonę, to na ścianę. Na ścianie wisiało zdjęcie ich wnuka. Co wspólnego miał wnuk z sąsiadką? Zastanawiał się przez chwilę, aż w końcu skojarzył, że żonie chodzi o sąsiadkę mieszkającą za wskazaną ścianą.

– Aaa, gadasz o tej z telewizji?

– No. W internecie huczy. Bo wiesz, ona jest znana. Sama byłam ciekawa, jak szybko zlecą się dziennikarze. Jak szybko coś napiszą.

– I co?

– No i szybko napisali. Tylko teraz ukazało się tyle informacji, że nie wiadomo, która jest prawdziwa. To znaczy, ja to wiem, ale taki przeciętny czytelnik? Rozumiesz, Mieciu? Najpierw ukazał się artykuł, że Emilka trafiła na OIOM. Nie wiem, co za kretyn go napisał, bo przecież sama widziałam, że wynosili jej ciało w czarnym worku!

– Tyle razy ci mówię, żebyś nie glapiła się3 w ten internet. To śmietnik. Na tych twoich plotkach same głupoty wypisują.

– Mieciu, ale to nie było na Pekińczyku, tylko na znanym portalu literackim. Takim z recenzjami książek, wywiadami z autorami, relacjami z premier. No wiesz, kultura wyższa, a nie ploty. Oni opublikowali tę informację pierwsi. Pekińczyk też szybko ją zamieścił, ale kilka godzin później napisał, że gwiazda Bestsellera została zamordowana podczas włamania do jej mieszkania.

– O, zobacz! – Mieczysław wskazał na ekran telewizora. – Też muszę sobie taki lajsnąć4!

Tym razem Barbara nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na męża. Mimo że siedzieli tak blisko siebie i prowadzili rozmowę, wcale się nie rozumieli. Tak naprawdę funkcjonowali w dwóch odrębnych światach. Ona opowiadała o zabójstwie. Widok martwej sąsiadki wytrącił ją z równowagi. Nie mogła się uspokoić. On spokojnie sączył kawę i właśnie podjął decyzję, jaką komórkę wybierze sobie, kiedy w przyszłym tygodniu będzie przedłużał umowę.

– Ładna? – pożerał oczami reklamę nowego modelu smartfona.

– Komórka jak komórka – bąknęła Barbara, obrażona, że mąż nie interesuje się jej sprawami. Mężczyzna tego nie zauważył, więc po chwili dodała troskliwie: – Bylebyś tylko potrafił ją obsłużyć.

– O to się nie bój!

– Mieciu, założę się, że to nie był włamywacz… – kontynuowała interesujący ją temat.

– Co?

– Zauważyłabym go. Nie zabił jej włamywacz. Obstawiam tego jej faceta, Mirka. Od początku mi się nie podobał. Źle mu z oczu patrzy.

– To nie wyścigi koni…

– Mówię ci! Jak zwykle mam rację. To on nie udźwignął sukcesu swojej kobiety. Zabił. Faceci tacy są. Kobiety potrzebne są do usługiwania i pokazywania się u boku męża przy różnych okazjach. Ale bycie facetem u boku kobiety to potwarz, upodlenie i porażka życiowa.

* * *

Protokół przesłuchania świadka.

Osoby uczestniczące w czynności: podkomisarz Przemysław Burzyński, aspirant Michał Majewski, protokolant Jacek Badura.

Tożsamość osoby przesłuchiwanej ustalono na podstawie dowodu osobistego.

Świadek podał następujące dane osobowe:

Mirosław Wilczyński, syn Aleksandra i Aleksandry, 35 lat, urodzony w Zielonej Górze, ekonomista, zamieszkały w Poznaniu na osiedlu Piastowskim.

Treść zeznania:

Jak to było z jej karierą? Zaczęło się niewinnie. Emilia marzyła o wydaniu książki. Od zawsze. W końcu kiedyś postanowiła, że ją napisze. Dopingowałem ją. Mówiłem, że w nią wierzę. Zaczęła pisać. To było jej hobby. Ślęczała przy komputerze wieczorami. Chodziła spać dobrze po północy. Rano wstawała nieprzytomna i biegła do pracy z czerwonymi oczami.

Poczytałem trochę o rynku wydawniczym w Polsce. Nie jest łatwo wydać książkę, zwłaszcza debiutantowi. Starałem się uzmysłowić jej delikatnie, że obrała sobie trudny cel.

Nie chciała słuchać. Była sfokusowana na książce. Znalazłem kilka wydawnictw, które wydadzą wszystko. Obojętne są dla nich wartość literacka, sens utworu czy nazwisko autora. Trzeba tylko za to zapłacić. To tak zwany self-publishing.

Pomyślałem, że jeśli Emilia nie znajdzie wydawcy, to ja wydam jej książkę w takim wydawnictwie. Sprawię jej przyjemność i spełnię marzenia.

Po niecałym roku skończyła pisać dzieło swojego życia i zaczęła szukać wydawcy. Wydrukowała powieść w kilkunastu egzemplarzach i porozsyłała po topowych wydawnictwach. A potem czekała na odpowiedź. Obsesyjnie sprawdzała maile. Co chwilę. Siedziała właściwie z komórką w ręce. Gasła. Minęło kilka miesięcy. Ulotniły się jej optymizm i energia, które tak kochałem.

Obraziła się za propozycję wydania książki w ramach self-publishingu.

Pamiętam ten dzień, kiedy Emilia wróciła z pracy rozanielona. Powiedziała, że jakiś czas wcześniej wysłała swoje zgłoszenie do programu telewizyjnego poszukującego talentów literackich, a teraz zaprosili ją na casting.

Żyła tylko tym. Wszystko temu podporządkowała. Ja obawiałem się, że nie uniesie kolejnej porażki, ale oczywiście ją wspierałem. Jeździła na nagrania do Warszawy. Nie miała w co się ubrać. Razem z nią przeżywałem ten stres. Niepewność. Nadzieję. Wygrała… Radość była ogromna. Podpisała kontrakt z wydawcą. Mogła wydawać zarobione na książce pieniądze.

Między nami nic to nie zmieniło. Ona była znowu pełna optymizmu i energii, ale nadal ślęczała przy komputerze. Najpierw pisała, potem poprawiała tekst, potem myślała o kolejnej książce.

Dopadła ją sława i obsesja sprawdzania komentarzy na swój temat.

* * *

Przemysław Burzyński pokonywał dystans w imponującym tempie. Nie biegł. Maszerował z determinacją, niczym Robert Korzeniowski. Długi korytarz prowadził do wyjścia. Drzwi były dla niego metą. Wiedział, że jeśli się zatrzyma chociaż na minutę, przegra wyścig z czasem. W tej chwili powinien już siedzieć w samochodzie i wyjeżdżać z parkingu, a nie tkwić w firmie.

– Burza! – Dyżurny oficer Zygmunt Lisiecki zauważył podkomisarza i wychylił się zza szyby oddzielającej go od reszty świata. – Burza! Mam na linii awanturującą się kobietę.

– I co? – spytał Przemysław, nie zatrzymując się. – Chcesz, żebym zakuł ją w kajdanki? Nie ma mnie.

– Rób z nią, co chcesz. Jest twoja!

Krzyk oficera dyżurnego skierowany był do tylnej części ciała podkomisarza. Przemysław mógł go zignorować lub udać, że nic nie usłyszał. Nie miał ani czasu, ani ochoty na rozmowy z awanturującymi się kobietami. Złapał klamkę i już miał opuścić budynek, ale wrodzona sumienność kazała mu się odwrócić.

– Zaraz, zaraz – powiedział – ale o co chodzi?

– Sam nie wiem. Dzwoni jakaś damulka, która za wszelką cenę musi porozmawiać ze śledczym prowadzącym sprawę napadu na jej córkę.

– Zapisz jej numer, zadzwonię do niej później, teraz mam co innego na głowie. Muszę lecieć!

– Burza, próbowałem ją zbyć, zapisać numer, ale jakaś upierdliwa jest. Upierdliwa i roztrzęsiona.

Przemysław zrobił kilka kroków w tył. Stanął przy szybie i miał ochotę rozszarpać Lisieckiego. Był zły, że policjant śmiał go zaczepić. Przecież widział, że podkomisarz się śpieszy. Był też zły na siebie, że po raz kolejny sumienność i ciekawość prowadzą go do piekła.

– Nie będę z nią teraz gadał! – oświadczył kategorycznie.

– To co mam jej przekazać? Tylko daj mi jakiś konkret, bo baba mnie rozszarpie.

– Przez telefon? Ciebie? Policjanta? Chyba żartujesz!

– Damulka grozi interwencją u przełożonych. Pyta, co się dzieje z jej córką, słynną pisarką, bo docierają do niej sprzeczne informacje.

– Jak to sprzeczne?

– Narzeczony córki mówi, że została zamordowana. Tak mu podobno powiedzieliście.

– Taaa.

– Ale podobno media trąbią, że trafiła na OIOM i lekarze walczą o jej życie…

– Walczą, kurwa! Wiedziałem, że ze sprawą tej pieprzonej pisarki będą same problemy! Media… Będą mi plugawcy wisieli nad głową!

* * *

– Dlaczego dwudziestego maja Emilia Sienkiewicz wyszła wcześniej z pracy?

Tomasz Rozwadowski nie potrafił odpowiedzieć na pytanie policjantów. Ale był prezesem dużego przedsiębiorstwa i nie mógł sobie pozwolić na najbardziej zgodną z prawdą, treściwą odpowiedź: „Nie wiem”.

– Panowie, w naszej firmie nie ma samowoli. Nikt nie może wchodzić i wychodzić, kiedy chce. Płacimy naszym pracownikom za wykonywanie określonych zadań w ściśle określonych godzinach.

– Chce pan powiedzieć, że pani Sienkiewicz tego dnia nie wyszła wcześniej? A może wcale nie pojawiła się w firmie?

Młodszy policjant, który go atakował, wyglądał zbyt dobrze jak na osobę utrzymującą się wyłącznie z pensji funkcjonariusza państwowego. Aspirant miał na sobie dżinsy z wyższej półki, skórzany pasek i T-shirt od znanego polskiego projektanta. Na jego ręce lśnił firmowy zegarek. Rozwadowski musiałby zajrzeć do środka, by z całą pewnością stwierdzić, że nie jest podróbką, ale już w tej chwili mógł się założyć, że to oryginał.

– Nie – zaprotestował. – Proszę nie wkładać mi w usta słów, których nie wypowiedziałem. Pani Sienkiewicz przyszła punktualnie.

– Ale wyszła wcześniej?

– Tak.

– Dlaczego?

– Widocznie miała powód. Z naszego punktu widzenia wszystko było zgodnie z przepisami. Czasem zdarza się, że idziemy pracownikowi na rękę i dzielimy urlop na godziny. Pani Sienkiewicz też korzystała z tego prawa. Miała kilka godzin urlopu i wykorzystała je właśnie wtedy.

Starszy policjant wyglądał na zużytego, podobnie jak jego ubranie. Ewidentnie nie miał lewego źródła dochodu. Siedział i bez słowa obserwował, jak jego kolega i prezes odbijają piłeczkę.

– Rozumiem. Czy w takim razie zna pan powód jej wcześniejszego wyjścia? – dopytywał Majewski.

Pofatygowali się do miejsca pracy Emilii Sienkiewicz, by odtworzyć ostatnie godziny jej życia oraz wyeliminować hipotezy śledcze inne niż przypadkowa śmierć podczas włamania.

– Panowie, jestem tu szefem. Nie przyjaźnię się z załogą. Nie znam ich małżonków, problemów osobistych i prywatnych spraw. Proszę wybaczyć, a o powód spytać osobę najlepiej poinformowaną.

– Z kim się przyjaźniła pani Sienkiewicz?

– Nie zależy nam na tym, by zespół się integrował. Mają skupiać się na pracy, a nie na gadaniu o dupie Maryni.

– Wspomniał pan – do rozmowy włączył się w końcu Burzyński – że powinniśmy zapytać osobę najlepiej poinformowaną. Kogo miał pan na myśli?

– Panią Sienkiewicz.

Policjanci spojrzeli po sobie. Wymienili uśmiechy. Chwilę później ich wzrok padł na Rozwadowskiego. Tomasz nie potrafił odczytać ich intencji. Coś było nie tak. Nie wiedział jednak co.

– To niemożliwe. Pani Sienkiewicz nie żyje.

– Emilia Sienkiewicz? – dopytał prezes. Kiedy zobaczył dwie potakujące głowy, wpadł w panikę. – Jak to nie żyje? Przecież widziałem nagłówki na portalu: Nieprzytomna zwyciężczyni talent show trafiła na OIOM. Umarła? Przecież lekarze walczyli o jej zdrowie!

– Została zamordowana.

– Kurwa! – Rozwadowski stracił panowanie nad sobą. Zawsze starał się w swoim gabinecie zachowywać odpowiednio elegancko. Nigdy nie przeklinał przy obcych. Nie spodziewał się jednak takiego rozwoju wypadków. – Wybaczcie panowie, kończymy rozmowę. Muszę pilnie porozmawiać z kadrową. Kurwa, jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej sytuacji. Zamordowano nam pracownika! Kurwa, utoniemy w papierach!

* * *

Rozwadowski odczekał kwadrans i wyszedł z pokoju. Jego sekretarka, Irena Skowronek, siedziała przy biurku i konwulsyjnie uderzała w klawiaturę.

– Pani Irenko? – odezwał się, a kobieta odskoczyła od klawiatury jak rażona prądem.

– Tak, panie prezesie?

– Co pani robi?

– Piszę maila – odpowiedziała automatycznie. – Odpowiedź na zapytanie w kwestii produktu – dodała gorliwie, tłumiąc zmieszanie.

Rzeczywiście pisała maila. Jednak odbiorcą wiadomości nie miał być żaden z kontrahentów, a jej bezrobotna przyjaciółka Sylwia, fanka programu Bestseller. Irena regularnie zdawała przyjaciółce relację z tego, co aktualnie działo się w firmie. Nie codziennie przecież koleżanka z pracy okazywała się superutalentowaną pisarką, a szefa odwiedzała policja.