Bestie z brązu - Roshani Chokshi - ebook + książka
NOWOŚĆ

Bestie z brązu ebook

Roshani Chokshi

4,3

Opis

Powracając do mrocznego, choć rozjaśnionego blaskiem luksusu świata "Pozłacanych wilków", powieści z listy bestsellerów „New York Timesa”, w Bestiach z brązu Roshani Chokshi zabiera czytelników w ostatnią fascynującą podróż, pełną tajemnic i niebezpieczeństw.

Przyjaciele Séverina, którzy sądzą, że ich zdradził, są załamani. Mając do dyspozycji jedynie garść wskazówek, Enrique, Laila, Hypnos i Zofia muszą poradzić sobie w labiryncie mrocznych uliczek Wenecji – czy uda im się odnaleźć tam ich byłego przywódcę? Tymczasem Séverin próbuje przetrwać kaprysy niezrównoważonego patriarchy Upadłego Domu i dowiedzieć się, gdzie się znajduje wejście do starożytnej świątyni, w której mógłby zagrać na Bożej lirze i spełnić wszystkie swe marzenia. W ciągu dziesięciu dni – a tyle tylko życia pozostało Laili – drużyna będzie musiała zbadać cmentarz na wyspie, wziąć udział w tajemniczym balu maskowym, zmierzyć się z niebezpieczeństwami pieśni o nadnaturalnym pochodzeniu i wspiąć się na schody świątyni, by zyskać boską moc… Aby jednak stać się bogiem, być może trzeba oddać wszystko, co ważne w życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (14 ocen)
7
4
3
0
0
Sortuj według:
IgaRadomska

Dobrze spędzony czas

Zaskakujące zakończenie. Wątek przyjaciòł Severina mógł zostać pod koniec bardziej rozwinięty - czuję głód informacji. Dobra lektura na jesienne wieczory.
00
Ran11

Nie oderwiesz się od lektury

Zarówno „Pozłacane wilki” jak i „Srebrzyste węże” niezwykle mi się podobały. Sięgając po „Bestie z brązu” liczyłam na coś niesamowitego, coś, co będzie doskonałym domknięciem serii. Czy warto było tyle czekać na tą ostatnią część? Jak najbardziej! Z racji tego, że fabuła „Bestii z brązu” jest ściśle powiązana z poprzednimi tomami, pozwolę sobie zarysować opis pierwszej części (której recenzję możecie znaleźć u mnie na profilu). Szóstka bohaterów. Każda postać jest na swój sposób wyjątkowa, niezwykle utalentowana, zmagająca się z mrokami przeszłości. Razem przeżywają mnóstwo zapierających dech w piersiach przygód, napotykanych podczas poszukiwania i kradzieży pewnego artefaktu. Muszą zmierzyć się z własnymi słabościami i tajemnicami, ponadto wielokrotnie ich przyjaźń będzie wystawiona na poważne próby. Historia jest przepełniona mrocznymi sekretami, akcją i zagadkami. Pełna magii i cudów opowieść zabierze Was do całkiem innego świata. Dodatkowo, czas i miejsce akcji - Paryż, XIX w. – ...
00

Popularność




Tytuł oryginału

The Bronzed Beasts

Copyright © 2021 by Roshani Chokshi. By arrangement with the author.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Marta Duda-Gryc, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2021

Jacket design by Kerri ResnickJacket photo illustration by James Iacobelli

Jacket photographs: Rialto bridge © muratart/Shutterstock; gate © Guliveris/Shutterstock; sky © Nature Style/Shutterstock; clouds © Ink Drop/Shutterstock; water © Catarina Belova/Shutterstock; leaves © Chansom Pantip/Shutterstock; embers © Ravindra37/Shutterstock

Author photograph by Aman Sharma

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl)

Redaktor prowadząca

Katarzyna Kolowca-Chmura

DTP

Anna Cupiał

Opracowanie wersji elektronicznej

Wydanie I, Kraków 2021

ISBN EPUB: 978-83-67071-02-4

ISBN MOBI: 978-83-67071-03-1

Wyłączny dystrybutor:

Platon Sp. z o.o.

ul. Sławęcińska 16, Macierzysz

05-850 Ożarów Mazowiecki

tel./faks 22 631 08 15

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Dla przyjaciół, którzy nie powstrzymali mnie, gdy zapowiedziałam, że chcę napisać coś w rodzaju kombinacji filmu Skarb narodów i Fausta oraz doprawić to odrobiną kryzysu egzystencjalnego… ale takiego seksownego kryzysu egzystencjalnego. Wszyscy wisicie mi drinka. I psychoterapię.

Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię?

KSIĘGA HIOBA

Prolog

Kahina nuciła nad śpiącym chłopcem.

Siedziała na skraju łóżka, wygładzając zmarszczone od koszmarów brwi dziecka. Séverin westchnął cicho i odwrócił głowę pod jej dłonią; Kahinie ścisnęło się serce. Tylko tutaj, w chwilach wykradzionych porze, kiedy noc powoli przechodzi w dzień, a cały świat śpi, mogła nazywać go swoim synem.

– Ya omri – rzekła cicho.

„Moje życie”.

– Habib albi – odezwała się znów, nieco głośniej.

„Najukochańszy”.

Séverin zamrugał i spojrzał na nią. Uśmiechnął się sennie i wyciągnął ręce.

– Ummi[1]!

Kahina przytuliła go do siebie i czekała, nie poruszając się, aż z powrotem zaśnie. Dotknęła włosów chłopca, lekko kręcących się na końcach i czarnych jak krucze pióra. Na jego skórze czuła wątły, miętowy zapach po gałązkach eukaliptusa – upierała się, żeby wkładano je do wody przy wieczornej kąpieli. Czasami nienawidziła tego, jak niewiele z niej samej zdradzały rysy jej syna.

Z zamkniętymi oczami stanowił miniaturowy wizerunek swojego ojca; Kahina wiedziała, jak ukształtuje to jego przyszłość. Uśmiechnięte usta chłopca wkrótce będą umiały skrzywić się w ironicznym grymasie, wyostrzy się zarys zaróżowionych, okrągłych policzków. Zmieni się również jego zachowanie. Na razie był dość nieśmiały, wolał obserwować świat, ale Kahina zwróciła już uwagę, że powoli zaczyna naśladować wytworne okrucieństwo ojca. Czasami ją to przerażało, ale być może tak objawiał się po prostu instynkt przetrwania jej syna. Kiedy ktoś umiał nie tylko poruszać się w świecie, ale także wpływać na świat tak, by ten kształtował się wokół niego, zyskiwał wielką moc.

Kahina musnęła palcami rzęsy chłopca, zastanawiając się, czy już go zbudzić. Samolubny odruch, dobrze to wiedziała, ale nie potrafiła sobie tego odmówić. Tylko w oczach syna odnajdywała tę część siebie, której do tej pory w niej nie wymazano. Oczy Séverina miały kolor tajemnic – odcień zmierzchu podszyty srebrem. Miały barwę jej własnych oczu, oczu jej matki i jej dziadka.

Ten kolor oczu cechował wszystkich Błogosławionych, tych, których naznaczyły Nieczczone Siostry: Al-Lat, Al-Uzza, Manat. Starożytne boginie, których zrujnowane świątynie rozebrano, aby w erze przemysłu zbudować z nich drogi. Mity o Siostrach wydrapano z pamięci, a ich twarze zagubiły się w przeszłości. Przez czas prześlizgnęło się niezauważenie tylko jedno przykazanie, kultywowane w rodzie pobłogosławionym niegdyś przez boginie:

„W twoich rękach znajduje się brama do boskości. Nie pozwól nikomu przez nią przejść”.

Kiedy matka powiedziała jej, że musi przestrzegać tego nakazu, mała Kahina nie dała temu wiary. Roześmiała się, uznając to za jakieś fantazje. W dniu jej trzynastych urodzin matka zabrała ją jednak na opuszczony dziedziniec wśród ruin na pustyni, pozostawiony dawno temu kozom i włóczęgom. Pośrodku dziedzińca znajdowały się resztki czegoś, co wyglądało na kamienną studnię – bez kropli wody. Wypełniały ją zakurzone liście palm i piasek.

– Upuść do środka trochę krwi – poleciła matka.

Kahina odmówiła. Co za dziwaczny pomysł! Matka jednak nie ustępowała. Złapała rękę córki i przeciągnęła ostrym kamieniem po zgięciu łokcia. Kahina pamiętała dobrze swój krzyk i ostry, piekący ból. A potem krew spłynęła na stare skały i świat się zatrząsł. Błękitne światło – jak niebo skręcone w gruby sznur – wystrzeliło z kamieni, a następnie rozdzieliło się na pasma, które zamknęły stary dziedziniec w świetlistej klatce.

– Zajrzyj do studni – powiedziała matka nie swoim głosem.

Kahina, oszołomiona, pochyliła się nad cembrowiną. Zniknął piasek i palmowe liście – ze studni wypłynęła opowieść, prosto do umysłu dziewczynki. Jej powieki zadrżały i opadły, a usta wypełniły się ciężarem stu różnych języków; poczuła ucisk w szczękach. Na sekundę – nie dłużej niż trwa mrugnięcie oczami – rozciągnęła się w niej inna świadomość, świadomość, która szeptała do korzeni, by się rozwijały, a do ptaków, by wzbiły się w powietrze; świadomość tak ostra, że mogła wycinać zamiary z chaosu, rzeźbić sens z przypadku, wprawiać w ruch gwiazdy.

Kahina osunęła się na kolana.

Upadając, ujrzała nagle świat z bardzo wysoka – wydał się jej tak mały, że mogłaby go ująć w dłonie. Przed oczami mignął jej odłamek tej niezwykłej świadomości, płonącej jasno i rozpraszającej się w młodym świecie. Widziała moc ryjącą grunt, skupiska ludzi podnoszących ręce do oczu, jakby w ich polu widzenia eksplodowały nagle nieznane kolory. Widziała, jak okruchy mocy zagłębiają się w ziemię, a z każdego z miejsc, w których upadły, rozbłyskiwały pędy światła i cały świat sprawiał wrażenie, że ktoś pisze po nim śpiesznie w poetyckim języku, którego słowa wymówić umieli jedynie aniołowie. Nad tą siecią światła rozkwitała ziemia. Z gruntu wyrastały rośliny. Zwierzęta skubały trawę. Powstawały społeczności ludzkie, najpierw małe, a potem coraz większe i większe. Mężczyzna skinął dłonią nad trawą i źdźbła powoli skręciły się we flet. Kobieta przystrojona w naszyjniki z koralików przycisnęła palce do skroni dziecka; ludzie wokół niej wzdrygali się ze zdumienia. Wiele lat później Kahina dowiedziała się, że świat zachodni nazywał to formowaniem materii i umysłu, ale sztuka ta miała więcej niż jedno imię.

Zawieszona w tym osobliwym stanie świadomości Kahina znów poczuła, jak zmienia się jej punkt widzenia.

W świątyni o wysokich murach nici dziwnego światła, które rozeszło się po ziemi, unosiły się w powietrzu niczym stwardniałe promienie słońca. Pasma te zbierało kilka kobiet. Kahina zwróciła uwagę, że ich oczy, nasączone światłem, lśnią srebrzyście. Kobiety mocowały nici po kolei w instrumencie nie większym niż główka dziecka. Jedna z nich, zaciekawiona, uderzyła w świetliste struny. Czas stanął gwałtownie w miejscu i na jedną straszną chwilę strzępki mocy w ziemi zatrzeszczały, a kaligrafia światła zabłysła ostrzegawczo. Kobieta wyprostowała dłoń na strunach, tłumiąc natychmiast dźwięk.

Za późno.

Kahina ujrzała, jak na całym świecie wybucha ogień, jak rozpadają się nowo powstałe miasta, przygniatając pod gruzami ludzi. Nie widziała już własnego ciała, ale czuła, jak jej dusza drży z przerażenia. Na tym instrumencie nie wolno było grać.

Czas w wizji przesunął się naprzód.

Kahina patrzyła, jak potomkowie kobiet rozchodzą się po świecie. Mogła ich rozpoznać po niezwykłym odcieniu oczu, tak nietypowym, że musiał zwracać uwagę, ale nie na tyle, by wzbudzać podejrzenia. Ludzie ci przekazywali sobie ów dziwny instrument, przemycany przez portale, które zaginały czas i przestrzeń, przez całe wieki, podczas gdy imperia toczyły wojny, żarłoczni bogowie domagali się krwi, a jeszcze żarłoczniejsi kapłani ofiar; tymczasem słońce zachodziło raz za razem, a księżyc wschodził, instrument zaś trwał w cudownej ciszy.

Nagle Kahinę opuściły wizje.

Upadła, a upadek ten zdawał się trwać wiele cykli życia. W policzki drapały ją ściany starożytnych zigguratów, czuła na języku chłód monet, a pod stopami falującą sierść na skórach wymarłych zwierząt. Nagle zorientowała się, że leży na ziemi i patrzy na matkę. Ogrom, który dopiero co wypełniał jej duszę, znikł; nigdy nie czuła się tak mała, nigdy nie czuła w sobie takiego chłodu.

– Wiem – rzekła jej matka łagodnie.

Kiedy uznała, że będzie w stanie przemówić – a to potrwało dłużej, niż się spodziewała, bo arabskie dźwięki jakby się jej wymykały – wykrztusiła:

– Co to było?

– Wizja udzielana Błogosławionym, abyśmy mogli zrozumieć nasz święty obowiązek – wyjaśniła matka. – Nosimy również inne nazwy, jak mi powiedziano, nasz ród bowiem rozproszył się dawno temu. Jesteśmy Zaginionymi Muzami, Nornami, córkami Batali, Cichymi Apsarami. Instrument, który widziałaś, ma wiele nazw w różnych językach, ale jego rola jest zawsze taka sama: kiedy się na nim gra, zakłóca się boskość.

– Boskość – powtórzyła Kahina.

Po tym, co widziała, słowo to wydało się jej zbyt skromne.

– Moja matka mówiła o budowli wzniesionej na gruzach krainy, w której święta grupa nadużyła swojej mocy. Jeśli ktoś zagra na instrumencie poza granicami tej splamionej świątyni, wyzwoli zniszczenie, które obróci świat w perzynę – mówiła matka Kahiny. – Jeśli zagra się na nim w świątyni, melodia połączy ze sobą wszystkie te okruchy boskości, które widziałaś. Niektórzy mówią, że da się z nich wznieść wieżę, na której szczyt można się wspiąć jak na dach jakiegoś gmachu i sięgnąć po boskość – dla siebie. Nie nam jednak o tym wiedzieć. Nasz obowiązek określono w jednym poleceniu…

Matka wyciągnęła rękę i pomogła Kahinie wstać z ziemi.

– W twoich rękach znajduje się brama do boskości. Nie pozwól nikomu przez nią przejść.

A teraz Kahina pochylała się nad swoim synem. Odwróciła jego pulchną rączkę, wodząc palcem po delikatnych, niebieskich żyłkach na nadgarstku. Ucałowała jego dłoń, a potem każdy palec z osobna, zginając je po kolei. Żałowała, że nie może żyć w tej chwili wiecznie – z synkiem, ciepłym, śpiącym tuż przy niej, podczas gdy słońce raziło żarem gdzieś indziej, księżyc czuwał, a granice tego zakątka czasu wyznaczały tylko dźwięki ich oddechów.

Świat jednak nie działał w ten sposób.

Widziała już wcześniej jego kły i zdarzało się jej uciekać przed jego cieniem.

Kahina próbowała wyobrazić sobie, jak przyprowadza syna do świętej studni, ale nie mogła długo utrzymać tej wizji. To właśnie ten strach skłonił ją do wyjawienia prawdy Delphine Desrosiers, matriarchini Domu Kory. Matriarchini miała nad nim czuwać; zrozumiała, jak będzie to ważne, i wiedziała, dokąd będzie musiała się udać, jeśli dojdzie do najgorszego.

Pomimo upływu lat Kahina nie zapomniała, co ujrzała tamtego dnia na zrujnowanym dziedzińcu: świat pod sobą, linie mocy nakreślone w niezrozumiałych bazgrołach nad poszarpanymi górami i krystalicznymi jeziorami, rozległymi pustyniami i parnymi dżunglami.

Wystarczy, że ktoś zagra na instrumencie, a to wszystko może zniknąć.

– W twoich rękach znajduje się brama do boskości – szepnęła do synka. – Nie pozwól nikomu przez nią przejść.

CZĘŚĆ I

1SÉVERIN

Wenecja, styczeń 1890 roku

Séverin Montagnet-Alarie patrzył na klęczącego przed nim mężczyznę.

Za plecami Séverina zimny wiatr marszczył powierzchnię ciemnej, błyszczącej wody Laguny Weneckiej, a dziób gondoli stukał żałobnie o cienisty pomost. Trzydzieści metrów na wprost widniały gładkie, jasne, drewniane drzwi; po bokach ustawiło się kilkunastu członków Upadłego Domu. Przyglądali się Séverinowi w milczeniu, ze splecionymi z przodu rękami; białe maski volto zakrywały w całości ich twarze – z wyjątkiem oczu. Nad ustami znajdowały się robaki Mnemo w kształcie złotych pszczół; metalowe skrzydła trzepotały z szelestem, dokumentując każdy ruch Séverina.

Rusłan, patriarcha Upadłego Domu, stał obok klęczącego mężczyzny. Poklepał go po głowie jak psa i jakby dla zabawy szarpnął za knebel w jego ustach.

– Mój drogi – odezwał się do więźnia, stukając go w skroń złotym Nożem Midasa. – Jesteś kluczem do mojej apoteozy! No dobrze, może nie głównym kluczem, ale jednak stanowisz niezbędny ku temu krok. Bo widzisz, nie mogę otworzyć drzwi do mojego domu bez ciebie… – Rusłan pogładził włosy mężczyzny; światło pochodni odbiło się od złotej skóry jego dłoni. – Powinno ci to pochlebiać. Ilu ludzi może powiedzieć, że utorowało innym drogę do boskości, hę?

Klęczący jęknął. Rusłan uśmiechnął się szerzej. W przeszłości Séverin przyznałby zapewne otwarcie, że Nóż Midasa to najbardziej fascynujący przedmiot, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia. Zmieniał ludzką materię za pomocą alchemii, która zdawała się wręcz dziełem boskim, chociaż – jak się okazało w wypadku Rusłana – posługiwanie się nią odbierało zdrowie psychiczne. Krążyły pogłoski, że ostrze wykuto z najwyższych cegieł wieży Babel, której Fragmenty stanowiły motor sztuki formowania na całym świecie.

Ale w porównaniu z Bożą lirą w dłoni Séverina Nóż Midasa był niczym.

– Co pan na to, monsieur Montagnet-Alarie? – zagadnął Rusłan. – Czy nie uważa pan, że ten człowiek powinien się poczuć dowartościowany? Lub wręcz zachwycony, że się go docenia?

Stojąca obok członków Upadłego Domu Ewa Jefremowna, artystka formowania krwią, znana również z manipulacji lodem, wyraźnie zesztywniała. Jej duże, zielone oczy płonęły gorączkowym blaskiem – tak samo jak dwanaście godzin temu, kiedy opuścili Uśpiony Pałac na zamarzniętych wodach Bajkału.

Musisz postępować bardzo ostrożnie.

W głowie Séverina zaczęła się odtwarzać jego ostatnia rozmowa z Delphine, matriarchinią Domu Kory, kiedy ukrywali się w metalowym brzuchu mechanicznego lewiatana. Na ekranie Mnemo Séverin ujrzał wtedy, jak Rusłan zbliża się do jego przyjaciół, uderza Lailę w twarz, odcina ucho Enrique. Rusłan pragnął czegoś, co tylko Séverin mógł mu dać – władzy nad lirą. Kiedy ktoś grał na niej poza murami świątyni, lira przynosiła tylko zniszczenie. Ale jeśli uderzyć w jej struny na świętej ziemi, można za jej pośrednictwem dostąpić potęgi równej mocy Boga.

Séverin wiedział już dokładnie, dokąd musi się udać, aby zagrać na lirze – na Poveglię. Wyspę Zarazy.

Pierwszy raz usłyszał o tej wyspie w pobliżu Wenecji lata temu. W piętnastym wieku, podczas epidemii dżumy, zbudowano na niej szpital; powiadano, że ziemia na Poveglii ma w sobie więcej kości niż gleby. Séverin omal nie przyjął zlecenia na wyspie, ale Enrique się temu sprzeciwił.

– Wejście do świątyni jest dobrze ukryte pod powierzchnią Poveglii – powiedziała matriarchini, kiedy po raz ostatni, absolutnie ostatni, widzieli się w brzuchu metalowego lewiatana. – Istnieją inne wejścia do sanktuarium w wielu miejscach na świecie, ale mapy, na których były oznaczone, zniszczono. Znane jest tylko to jedno, a Rusłan będzie wiedział, gdzie go szukać.

– Moi przyjaciele… – wykrztusił Séverin, nie odrywając oczu od ekranu.

– Poślę ich za tobą – zapewniła matriarchini, ściskając go za ramiona. – Przygotowywałam się na tę chwilę, odkąd twoja matka ubłagała mnie, abym cię chroniła. Będą mieli wszystko, co trzeba, żeby cię znaleźć.

Minęła chwila, zanim Séverin zrozumiał, co mówiła.

– Pani to wie – warknął. – Wie pani, gdzie jest mapa, która wskazuje wejście do świątyni pod Poveglią, ale mi pani nie powie…

– Nie mogę. Mówienie o tym na głos jest zbyt niebezpieczne, a informacje na ten temat musiałam zakamuflować nawet w moim tajnym domu – wyjaśniła matriarchini. – Jeśli inni zawiodą, sam będziesz musiał się tego dowiedzieć od Rusłana. A kiedy ci się uda, będziesz musiał znaleźć sposób, żeby się go pozbyć. Zrobi wszystko, co w jego mocy, aby nie stracić cię z oczu.

– Ale…

Matriarchini złapała go za podbródek i ustawiła jego głowę tak, by musiał spojrzeć na ekran. Laila właśnie upadła na kolana; włosy spłynęły falą na jej twarz. Enrique, zakrwawiony, spoczywał bezwładnie na lodzie. Zofia zaciskała zbielałe palce na sukni. Zagłada czekała nawet leżącego nieprzytomnie za plecami Séverina Hypnosa, jeśli plany Rusłana się powiodą. Séverin poczuł, jak ogarnia go paraliżujący chłód.

– Co zrobisz, aby ich ochronić? – spytała matriarchini.

Séverin popatrzył na swoją rodzinę, zatrzymując wzrok na Laili nieco dłużej, niż powinien. Laila i jej ciepły uśmiech, jej woda różana i słodko pachnące włosy… jej ciało, z którego dusza umknie za dziesięć dni. Nigdy mu nie powiedziała, jak mało czasu jej zostało, a teraz…

– Co zrobisz, aby ich ochronić? – Palce matriarchini zacisnęły się na jego podbródku.

Pytanie przywróciło go gwałtownie do rzeczywistości.

– Wszystko – odparł.

Teraz, stojąc na marmurowej drodze wiodącej do domu Rusłana, Séverin z kamienną twarzą spojrzał na klęczącego. Musiał odpowiedzieć na pytanie patriarchy. Nie wiedział, co więzień ma wspólnego z domem Rusłana ani dlaczego to on miałby umożliwić wejście do niego, dlatego ważył ostrożnie każde słowo.

– Istotnie – odezwał się. – Powinien czuć się doceniony.

Klęczący mężczyzna jęknął. Kiedy Séverin przyjrzał mu się uważniej, odkrył, że ich jeniec wcale nie jest mężczyzną, ale chłopcem, kilka lat młodszym od niego. Miał bladą cerę, niebieskie oczy i ciemnoblond włosy. Jego patykowate nogi i ręce przypominały kończyny źrebaka; z górnej dziurki od guzika koszuli wystawał mu kwiat. Séverina ścisnęło w gardle. Włosy, oczy i kwiat… Było to słabe echo przeszłości, ale przez chwilę miał wrażenie, że u jego stóp klęczy Tristan.

– Mój ojciec dogłębnie rozumiał świat – oznajmił konwersacyjnym tonem Rusłan.

Im dłużej Séverin patrzył na chłopca, tym bardziej podejrzewał, że jego niezwykłe podobieństwo do Tristana nie miało w sobie nic z przypadku. Zadrgały mu palce; miał ochotę sięgnąć do chłopca, rozwiązać mu ręce i wrzucić go do śmierdzącej wody, aby uchronić go przed tym, co zaplanował patriarcha Upadłego Domu.

– Co najważniejsze jednak – ciągnął Rusłan – mój ojciec wiedział, że nic nie może się obejść bez ofiary.

Ręka patriarchy poruszyła się tak szybko, że Séverin nie zdążył zareagować – mógł już tylko przygryźć język do krwi. Jedynie to powstrzymało go przed pochopnym krokiem do przodu, przed podtrzymaniem chłopca… bo ten wytrzeszczył na ułamek sekundy oczy, a potem upadł na twarz. Krew wypływająca z jego podciętego gardła powoli rozlewała się w kałużę na marmurowej drodze. Rusłan wpatrywał się w niego z nożem w dłoni, splamionym czerwienią. Bez słowa podał broń jednemu ze swoich ludzi.

– Ofiara była wbudowana w projekt naszej rodowej siedziby – kontynuował od niechcenia. – Ojciec zawsze wiedział, że naszym przeznaczeniem jest zostać bogami… a wszyscy bogowie wymagają ofiary. Dlatego właśnie nadał tej rezydencji nazwę Casa D’Oro Rosso.

Dom Czerwonego Złota.

Wcześniej budynek wydawał się Séverinowi blady i nijaki. Muśnięcie krwi to jednak zmieniło. Bezbarwna, mozaikowa posadzka prowadząca do wypłowiałych drzwi zaczęła się przekształcać. W miarę jak krew wsiąkała w podłoże, półprzezroczyste płyty kamienne zaczęły zmieniać kolor – słaby odcień czerwieni przechodził w rubin. Płyty upstrzyły się ciemnoczerwonymi granatami w aureolach z różowego kwarcu, tworzącymi dekoracyjny geometryczny wzór. Kolor leniwie rozlewał się coraz dalej i dalej, aż dotarł do wejścia. Białe drzwi najpierw się zaróżowiły, a potem spirale ciemnego złota zaczęły pełznąć z marmurowej posadzki na formowane drewno, które zniknęło, odsłaniając złote i żelazne spirale wielkiego portalu. Drzwi rozchyliły się jednym płynnym ruchem.

– O ile wiem, inkrustowana kamieniarka jest utrzymana w stylu Cosmatich. – Rusłan wskazał na posadzkę. – Piękne, nieprawdaż?

Séverin nie mógł oderwać wzroku od ciała leżącego poniżej; krew chłopca parowała w zimnym powietrzu. Dłonie Séverina zwilgotniały; poczuł, jakby to było teraz, gorącą krew Tristana na swojej skórze, kiedy przytulał zwłoki brata do piersi. W jego głowie znów zabrzmiał głos matriarchini: „Zanim ci zaufa, będzie cię testował”.

Séverin przełknął ślinę i wrócił z wysiłkiem myślami do Hypnosa i Laili, Enrique i Zofii. To dla nich musiał znaleźć mapę prowadzącą do świątyni pod Poveglią. Zostawił przy nieprzytomnej Laili robaka Mnemo z jasnymi wskazówkami: za trzy dni mieli przybyć na spotkanie z nim w pewnym miejscu w Wenecji. Do tego czasu powinni już rozwiązać zagadki matriarchini i odkryć, gdzie znajduje się mapa. Jeśli się im to nie uda, jego obowiązkiem będzie znalezienie odpowiedzi. A kiedy już pozna tę tajemnicę, będzie musiał wymyślić, jak się pozbyć Rusłana.

– Tak, piękne. – Séverin uniósł brwi i zmarszczył nos. – Ale zapach krwi niezbyt pasuje do śmierdzącego weneckiego powietrza. Chodźmy, zanim nas to pozbawi apetytu. Już niebawem będziemy mogli domagać się ofiar wytworniejszych niż krew.

Rusłan uśmiechnął się i gestem zaprosił go do środka.

Séverinowi zadrżała ręka. Przycisnął kciuk do twardych, krystalicznych strun Bożej liry. Wciąż pamiętał, jak to było, kiedy dotykał tych strun zakrwawionymi palcami… jakby tętnił w nim puls całego wszechświata. W jego dłoniach znajdowała się brama do boskości.

I w przeciągu kilku dni Séverin Montagnet-Alarie stanie się bogiem.

2LAILA

Laila nigdy nie czuła się bardziej samotna. Powietrze w grocie mroziło. Sople leżały pokruszone na posadzce, a w niesamowitym, niebieskim świetle padającym od ośnieżonych ścian roztrzaskane skrzydła robaka Mnemo barwiły salę wodnistymi tęczami. Robiło się jej duszno; ścisnęła w ręce diamentowy wisiorek, krzywiąc się, kiedy ostre krawędzie wbiły się w skórę.

W ciągu ostatniej godziny, odkąd Séverin z Rusłanem opuścili pałac, nie drgnęła z miejsca. W ogóle się nie poruszyła.

Wpatrywała się w ciała Enrique i Zofii, spoczywające bezwładnie na lodzie trzy metry od niej. Nie chciała ich pozostawić, nie chciała też się do nich zbliżyć. Gdyby ich dotknęła… gdyby zamknęła im oczy, aby ich śmierć wyglądała jak sen… pękłaby delikatna powłoka marzenia sennego. Wystarczy jeden jej dotyk, a przekształci ten horror w rzeczywistość. Nie mogła sobie na to pozwolić.

Nie mogła pozwolić, aby prawda dotarła w pełni do jej serca – że Séverin zabił ich wszystkich.

Zasztyletował Enrique i Zofię. Może to samo zrobił z Hypnosem. Biedny Hypnos, pomyślała Laila. Miała nadzieję, że przynajmniej on został dźgnięty w plecy i umarł nieświadomy, że zdradziła go osoba, której miłości najbardziej pragnął.

Séverin wiedział, że nie ma potrzeby zadawać śmierci Laili. Czas sam to już planował, więc nie musiał z nim konkurować. Laila zamrugała i ujrzała znów chłodne, fiołkowe oczy Séverina. Patrzył na nią, wycierając nóż o przód surduta, a potem rzekł: „Ona i tak niebawem umrze”.

Światło odbiło się od jej pierścionka z granatem. Trudno było nie zauważyć liczby w klejnocie: dziesięć. Tylko tyle jej pozostało. Dziesięć dni, a potem mechanizmy formujące, które utrzymywały jej ciało w całości, przestaną działać i uleci od niej dusza.

Może na to właśnie zasłużyła.

Okazała się zbyt słaba, zbyt pobłażliwa. Po tym wszystkim pozwoliła przecież – a wręcz chciała – by przyciągnął ją do siebie i przeplótł bicie ich serc pocałunkami. Może jednak to, że nie zagrał na Bożej lirze, okazało się błogosławieństwem, bo jak mogłaby żyć ze sobą w świadomości, że pomagała potworowi?

Potworowi, nie madżnunowi, powiedziała sobie w duchu.

A jednak jakaś samolubna jej cząstka rozpaczała na myśl o tym, jak niewiele ją dzieliło od życia. Dotknęła strun, które mogły ją uratować – ale nawet dla niej nie drgnęły.

Séverin, w swoim okrucieństwie, chciał jej tego dowieść. Bo inaczej dlaczego zostawił przy niej ćmę Mnemo i diamentowy naszyjnik, którego używał, by ją do siebie przywołać? Laila ponownie uderzyła skrzydłami robaka Mnemo w posadzkę, patrząc, jak rozpływają się z cichym szelestem wszystkie zawarte w nim wspomnienia. Raz po raz waliła nim o lód w zaciekłym pragnieniu zniszczenia wszystkiego, co pozostało po Séverinie. Wyrwał się jej dziwny, zdławiony śmiech; w powietrze wzniosły się smugi kolorowego dymu, tężejąc w gęstą mgłę i zniekształcając grotę wokół niej.

Nagle za zasłoną mgły poruszył się jeden z kształtów na lodzie.

Laila cofnęła się w popłochu. Coś jej się przywidziało. To na pewno halucynacje – przez Séverina straciła zmysły.

Bo na jej oczach Enrique i Zofia powrócili do życia.

3ZOFIA

Zofię obudziło przenikliwe dzwonienie w głowie. Miała sucho w ustach. Jej oczy łzawiły. Do tego wszystkiego bluzka lepiła się od konfitury malinowo-wiśniowej – a ona tak bardzo nie lubiła tej konfitury… Powoli jej źrenice przyzwyczaiły się do półmroku. Wciąż znajdowała się w lodowej grocie. Wokół niej leżały połamane sople. Owalna sadzawka, w której spoczywał wcześniej mechaniczny lewiatan o imieniu Dawid, była pusta, a woda w niej wyglądała jak nieruchoma tafla. W miejscu, w którym wcześniej stała Laila, unosiła się kolorowa mgła…

Laila.

Zofię ogarnęła panika.

Co się stało z Lailą?!

Przypomniała sobie w jednej chwili całą minioną godzinę. Rusłan, który ich okłamał, udając ich przyjaciela, który potrząsał Lailą i domagał się, żeby zagrała na Bożej lirze, aby nagle odkryć, że tylko Séverin może uderzyć w struny tego instrumentu. I Séverin, który podszedł do niej, wznosząc nóż z paraliżującym jadem Goliata. Złapał ją, szepcząc: „Zaufaj mi, Feniksie. Naprawię to”.

Zdążyła skinąć głową i zaraz potem w jej oczach pociemniał świat.

Ktoś biegł do niej przez kolorową mgłę. Światła palące się w grocie wciąż ją oślepiały, maskując biegnącą postać. Zofia chciała podnieść ręce, ale odkryła, że skrępowano je sznurem. Czy Enrique nic się nie stało? Gdzie się podział Séverin? Czy ktoś w Paryżu pamiętał o nakarmieniu Goliata?

– Ty żyjesz! – krzyknęła postać i upadła przy niej na kolana.

Była to Laila. Przytuliła ją do siebie gwałtownie, trzęsąc się od szlochu, który po chwili – niewytłumaczalnie – przeszedł w śmiech. Zofia nie lubiła, kiedy ją obejmowano, ale miała poczucie, że Laila bardzo tego potrzebuje, nie wyrwała się więc.

– Żyjesz – powtórzyła Laila, uśmiechając się przez łzy.

– Tak?… – odparła niepewnie Zofia, czy też raczej wychrypiała przez ściśnięte gardło.

Séverin uprzedził ją, że będzie sparaliżowana przez kilka godzin – i tyle. Jad Goliata nie prowadził do śmierci.

– Myślałam, że Séverin cię zabił…

– Dlaczego miałby to zrobić? – Zofia spojrzała ze zdziwieniem na przyjaciółkę. Na jej policzkach widniały ślady łez, czyli Laila przed chwilą płakała… Kiedy wzrok Zofii padł na pierścień z granatem na palcu dziewczyny, znieruchomiała. Séverin odmówił zagrania na Bożej lirze, choć mogło to ocalić życie Laili. Nie miał powodu, by dokonać takiego właśnie wyboru… chyba że lira jednak nie mogła czynić takich cudów. Ale przecież chcieli ją ocalić – więc co teraz z tym planem? Zostało jeszcze tylko dziesięć dni, zanim ciało Laili się rozpadnie.

– Powiedział, że paraliż to część planu – wyjaśniła Zofia, marszcząc brwi.

Twarz Laili drgnęła. Ulga, która się na niej malowała, przeszła w skurcz bólu, a potem w oszołomienie. Ciszę przerwał głośny jęk. Odwrócenie głowy wymagało wielkiego wysiłku, bo Zofię okropnie bolała szyja. Po jej prawej stronie Enrique właśnie podnosił się z posadzki, krzywiąc się. Na jego widok – był żywy! – Zofię wypełniło ciepłe uczucie. Przyjrzała mu się uważnie. Na jego szyi zaschła krew, brakowało mu jednego ucha. Nie pamiętała, jak do tego doszło, chociaż jej wspomnienia wypełniały głośne krzyki bólu. Wtedy jednak próbowała ignorować wszystko, co się wokół niej działo, szukając gorączkowo możliwości ucieczki.

– Co się stało z twoim uchem? – zapytała teraz.

Enrique, krzywiąc się, przyłożył dłoń do głowy, a potem spojrzał na nią.

– O mało nie umarłem, a twoje pierwsze pytanie brzmi: „Co się stało z twoim uchem”?!

Laila objęła go mocno, a potem cofnęła się o krok.

– Nie rozumiem. Przecież… – powiedziała niepewnie.

W owalnej sadzawce zabulgotała woda. Odwrócili się jednocześnie. Woda pieniła się i parowała; na powierzchnię wypłynęła szczelna, mechaniczna łódź i wysunęła się z sadzawki na lód. Zofia widziała już wcześniej tę kapsułę ratunkową – w lewiatanie, w którym przez lata ukrywano skarby Upadłego Domu. Kapsuła w kształcie ryby miała kilka okienek i wachlarz łopatek zamiast ogona. Zasyczało, w powietrze uniosła się para i ściana łodzi nagle się otworzyła.

Na lód wyszedł Hypnos, ubrany w brokatowy frak, który założył wieczorem na Północną Aukcję, i zamachał do nich wesoło.

– Witajcie, moi drodzy! – zawołał, uśmiechając się.

Zaraz jednak zamilkł. Spojrzał na pustą twarz Laili i krew na szyi Enrique, na związane ręce Zofii i wreszcie na kolorową mgłę kłębiącą się nad lodem; w tej samej chwili Zofia zobaczyła pod mgłą roztrzaskanego robaka Mnemo.

Z twarzy Hypnosa zniknął uśmiech.

Od osiemdziesięciu siedmiu sekund Hypnos nie powiedział ani słowa.

Enrique właśnie skończył opowiadać o tym, co wydarzyło się między nimi a Séverinem, jak ten wziął lirę i odszedł z Rusłanem, udając, że ich zabił. Hypnos objął się ramionami; wpatrywał się w podłogę przez kolejne siedem sekund, aż w końcu podniósł głowę i skierował wzrok prosto na Lailę.

– Umierasz? – wyszeptał z trudem.

– Nie umrze – odparła ostro Zofia. – Śmierć zależy od zmiennych, na które wpłyniemy.

Laila uśmiechnęła się do niej, a potem skinęła lekko głową. Nie powiedziała za wiele, odkąd Hypnos stanął między nimi. I właściwie cały czas starała się na niego nie patrzeć. Powracała za to wzrokiem do pierścionka z granatem i zniszczonej ćmy Mnemo na lodzie.

– Lira nie działa tak, jak myśleliśmy – powiedział Enrique. – Pamiętacie napis na ścianie groty? „Gra na instrumencie Boga rozkład przywoła”. W tym wypadku rozkład dotyczy wszystkiego, co jest formowane, chyba że na lirze zagra się w określonym miejscu, ale nie wiemy gdzie…

– Gdzieś pod Poveglią, jedną z weneckich wysepek – przerwał Hypnos.

– Pod Poveglią? – powtórzył Enrique, blednąc.

Zofia zmarszczyła brwi. Znała tę nazwę. Wiele lat temu wspomniał ją Séverin; mówił też, że to Wyspa Zarazy. Już prawie przyjęli zlecenie na Poveglii, ale ostatecznie je odrzucili. Enrique wydawał się z tego wyjątkowo zadowolony; na cmentarzach zawsze czuł się nieswojo. Zofia pamiętała, jak Tristan zażartował sobie z Enrique, kiedy omawiali tę sprawę; uformował pełzające pnącza i posłał je, by owinęły się wokół nóg towarzysza. Enrique nie uznał tego za zabawne.

– Matriarchini mi o tym powiedziała – wyjaśnił szybko Hypnos. – Podobno mapy ukazujące miejsca, gdzie znajdują się inne wejścia, zaginęły i dostępne jest tylko to na wyspie. Znam portale Tezcata prowadzące do Włoch. Możemy tam dotrzeć choćby dziś wieczorem. Matriarchini ma nawet kryjówkę w Wenecji, specjalnie dla nas; mówiła, że znajdziemy tam wszystkie potrzebne nam odpowiedzi, ale jest ona zamaskowana formowaniem umysłu.

– Więc jak ją odszukamy? – spytał Enrique.

– Podpowiedziała mi, gdzie możemy zdobyć klucz i adres – rzekł Hypnos. – Kiedy się tam przeniesiemy, będziemy mogli spotkać się z Séverinem. Zostawił wskazówki w robaku Mnemo, jak… – spojrzał na rozbity mechanizm Mnemo – …go odszukać – dokończył, marszcząc brwi, a potem rozejrzał się wokół. Zatrzymał wzrok na Laili. – Wciąż nie rozumiem, czemu go zniszczyłaś!

Laila zacisnęła usta i zaczerwieniła się.

– Dźgnął nożem Zofię, a potem Enrique i myślałam, że… – wykrztusiła – że on…

Hypnos uniósł wysoko brwi.

– Skąd ci przyszło do głowy, że Séverin chciał nas zabić? – spytał z niedowierzaniem.

– Bo stracił rozum, a jego obecny plan to stać się bogiem? – prychnął Enrique.

Skrzywił się i dotknął miejsca po uchu. Parę chwil wcześniej Laila oddarła kawałek sukni i owinęła nim jak bandażem głowę Enrique. Krwawienie ustało, ale uwadze Zofii nie uszło, że Enrique wydaje się bledszy. Musiało go bardzo boleć. Zofia nie wiedziała, jak mu pomóc; budziło to w niej frustrację.

– Ale jeśli matriarchini wspominała o mapie, to może też wie, gdzie to jest – zastanawiał się Enrique.

Hypnos przygryzł wargę i przygarbił się.

– Ona zatonęła… razem z lewiatanem – wyszeptał.

Laila krzyknęła cicho, zasłaniając usta dłońmi. Enrique umilkł. Zofia pochyliła głowę. Wiedziała, że powinna myśleć teraz o matriarchini – i czuła smutek z powodu jej śmierci – lecz jej myśli uparcie wracały do Heli. Podniosła rękę i powoli dotknęła piersi, gdzie pod stanikiem sukni tkwił ostry czubek nieotwartego listu od siostry. Otrzymała go kilka dni temu, ale charakter pisma na kopercie nie przypominał pisma Heli. A skoro jej siostra nie mogła sama napisać listu, wzrastało prawdopodobieństwo, że zmarła. Nawet możliwość, że Hela nie żyje, sprawiała jej znacznie większy ból niż faktyczna śmierć matriarchini. W płucach Zofii narastało znajome poczucie paniki. Sięgnęła do kieszeni, w której trzymała pudełko zapałek – niestety okazała się pusta. Rozejrzała się po sali, próbując policzyć rzeczy wokół siebie i skupić się w ten sposób: dwanaście sopli lodu, sześć poszarpanych krawędzi lodu, trzy tarcze, cztery krople krwi na posadzce; tymczasem Hypnos i Enrique zaczynali podnosić głosy.

– I co zrobimy? – zastanawiał się Hypnos. – Bez robaka Mnemo nie będziemy wiedzieli, gdzie szukać Séverina, i nie znajdziemy mapy!

– Nie potrzebujemy Séverina – odparł chłodno Enrique.

Hypnos poderwał głowę.

– Co?! – zawołał.

– Sam mówiłeś, że w kryjówce matriarchini są wszystkie niezbędne nam odpowiedzi. – Enrique wzruszył ramionami.

– Ale lira… – zaprotestował Hypnos, rzucając spojrzenie na Lailę.

– Séverin pragnie zyskać moc równą Bożej – przypomniał Enrique i zacisnął mocno usta. – Z nami czy bez nas, i tak na pewno dotrze na Wyspę Zarazy. I tam go znajdziemy. Będzie mógł tam na niej zagrać i uratować Lailę. Tylko do tego go potrzebujemy. A potem już nigdy nie będziemy musieli mieć z nim do czynienia.

– Ale co pomyśli Séverin? – powiedział cicho Hypnos. – Zanim odszedł, powiedział mi, że jedyne, czego pragnie, to nas chronić…

W policzku Enrique zadrgał mięsień. Przez chwilę wpatrywał się w lód, a potem spojrzał na Hypnosa. Jego brwi ułożyły się w prostą linię, co oznaczało, jak wiedziała Zofia, że gotuje się ze złości.

– Jedyne, przed czym trzeba nas chronić, to on sam – wycedził przez zaciśnięte zęby.

„Chronić”. Zofia przypomniała sobie, jak Enrique wyjaśniał jej etymologię tego słowa w języku francuskim. Protéger pochodziło z łaciny. Pro – „przed”. Tegere – „osłaniać”. Osłaniać z przodu. Czyli „chronić” to to samo co „osłaniać”. „Ukrywać”. Zofia przesunęła dłoń na piersi, zakrywając miejsce, w którym spoczywał list nienapisany przez Helę. Kiedy zastanawiała się nad możliwymi znaczeniami tego listu, wiedziała, że może zawierać jedynie formalne zawiadomienie o śmierci siostry. Hela chorowała od wielu miesięcy. Już kiedyś o mało nie umarła. Zofia nie zdołała uratować siostry… ale miała wciąż szansę ocalić Lailę.

Powoli skupiła się na rozmowie jej towarzyszy. Mówili o tajnych przejściach Tezcata, które miały ich doprowadzić do Wenecji, oraz o tym, że członkowie Zakonu Babel wciąż są sparaliżowani dzięki użyciu przez Ewę formowania krwią. Oznaczało to, że pozostało im tylko parę godzin – musieli odejść z pałacu, w przeciwnym razie ryzykowali pojmanie. Zofia nie mogła słuchać dalej.

Zamiast tego wpatrzyła się w pierścionek na palcu Laili – dziesięć dni.

Miała dziesięć dni, aby ocalić Lailę. Jeśli Zofia będzie mogła zrobić to dla przyjaciółki, może zdoła też zmusić się do otwarcia listu, aby poznać los Heli. Do tego czasu zachowa list w ukryciu. Jeśli do niego nie zajrzy, nie będzie wiedziała, co w nim jest, a jeśli nie będzie wiedziała, to może istniała szansa… statystyczne nieprawdopodobieństwo, ale mimo wszystko jakiś ułamek procenta szansy: że Hela nie umarła. Zofia otuliła się poczuciem bezpieczeństwa liczb: dziesięć dni na znalezienie rozwiązania dla Laili, dziesięć dni, podczas których będzie mogła cieszyć się nadzieją, że Hela wciąż żyje.

Nadzieja, jak nagle zrozumiała Zofia, stała się jej jedyną ochroną.

4Laila

Laila stąpała ostrożnie przez cienisty mrok wąskiej, ceglanej uliczki, zaciskając palce na chuście, która zakrywała jej twarz i włosy. W zaułku bezdomne koty miauczały i syczały, tarzając się w stosach śmieci. Tam, gdzie się właśnie znajdowali – nie miała pewności gdzie, straciła orientację po siódmym portalu Tezcata – było wczesne popołudnie, a wiatr znad morza niósł odór martwych ryb. Hypnos, który przystanął przed nią, położył dłoń na brudnej cegle. Obok niego stała Zofia, trzymając w ręku wisiorek Tezcata zerwany z jej naszyjnika. Mieli ze sobą tylko to jedno narzędzie. Dokumenty z badaniami Enrique, laboratorium Zofii, kostiumy Laili… wszystko zostało w Uśpionym Pałacu.

Wisiorek świecił jasno, wskazując ukryte przejście.

– To powinien być ostatni odcinek szlaku Tezcata. – Hypnos zmusił się do uśmiechu. – Matriarchini powiedziała, że stąd wyjdziemy tuż obok mostu Rialto. Cudownie, prawda?

– Nie tak bym to określiła – mruknęła Zofia.

Rozpuściły się jej włosy, otaczając jasną aureolą głowę; jej niebieska suknia wyglądała na przypaloną. Enrique ostrożnie dotknął zakrwawionego bandaża w miejscu ucha. W tej samej chwili pękaty karaluch przebiegł przez zabłocone pantofle Laili. Laila aż podskoczyła.

– Cudowna może być gorąca kąpiel i niezawodny plan, który czeka na nas po drugiej stronie – powiedział Enrique. – Nie wiemy nawet, w jaki sposób znaleźć tę kryjówkę.

– Mamy wskazówkę – przypomniał Hypnos i wyrecytował, co powiedziała mu matriarchini: – „Na wyspie umarłych leży bóg, co nie ma jednej głowy. Gdy pokażesz sumę tego, co widzisz, prosto do mnie cię to zaprowadzi”.

– A co to ma niby znaczyć? – prychnął Enrique.

Usta Hypnosa zacisnęły się w cienką kreskę.

– Tyle tylko mi powiedziano, mon cher, więc musimy sobie jakoś poradzić. Sprawdzę, czy to właściwa droga. Zofio, pójdziesz ze mną? Może mi się przydać ten twój wymyślny naszyjnik.

Zofia skinęła głową i Hypnos znów przycisnął dłoń do cegły. Pierścień Babel na jego dłoni – uśmiechnięty sierp księżyca, rozciągający się na trzy palce – zalśnił słabo. Zaraz potem przeszli przez ścianę i zniknęli.

Laila wpatrywała się w drzwi Tezcata, starając się po raz kolejny stłumić histeryczny śmiech, który w niej co jakiś czas wzbierał.

Kiedy opuścili Uśpiony Pałac, już jej się wydawało, że wszystko zdołają naprawić… ale potem Hypnos wyjawił „wskazówkę” matriarchini i Laila zrozumiała, że jednak naprawdę przegrali. Bo nawet jeśli dotrą na wyspę Poveglia, co wtedy? Nie mieli żadnych narzędzi, żadnych informacji, broni, namiarów… i nie wiedzieli, gdzie mają się spotkać z Séverinem.

Laila zacisnęła powieki, jakby mogła w ten sposób wyczarować to, co powinna była wyświetlić robakiem Mnemo. W pamięci widziała, jak odwraca się od niej chłodne, mroczne spojrzenie Séverina. Zauważyła wtedy ślad swojej szminki tuż pod jego kołnierzykiem – tam pocałowała go w nocy. Otworzyła gwałtownie oczy, odpędzając te obrazy.

Nienawidziła Séverina. Tak arogancko uwierzył w jej zaufanie do siebie… Według niego – cóż za absurdalne założenie! – Laila nie dopuściłaby do siebie myśli, że Séverin mógłby kiedykolwiek skrzywdzić Enrique albo Zofię. Nie docenił jednak tego, jak skutecznie przekonał towarzyszy do swojej obojętności wobec nich. Laila mogła niemal usłyszeć, jak Séverin mówi: „Przecież mnie znasz!”. Ale to nie była prawda. Wcale go nie znała. Mimo to przepełniało ją poczucie winy. Ilekroć przymykała powieki, widziała strzaskane skrzydełka ćmy Mnemo. Dręczyło ją też, że nie wiedziała, jak wiele kosztował pozostałych ten jej niszczycielski odruch.

Wypchnęła Séverina ze swoich myśli i popatrzyła na Enrique, stojącego pod przeciwległą ścianą. Miał skrzyżowane na piersi ręce; wpatrywał się w przestrzeń, a w jego oczach malował się gniew.

– Masz mi to za złe? – spytała.

Enrique podniósł gwałtownie głowę. Spojrzał na nią, osłupiały i przerażony.

– Oczywiście, że nie, Lailo – zaprotestował i ruszył do niej. – Skąd ten pomysł?

– Gdybym nie zniszczyła robaka…

– Zrobiłbym to samo – przerwał jej Enrique, zaciskając zęby. – Lailo, wiem, jak się czułaś… Wiem, jak to wyglądało…

– Ale mimo wszystko…

– Mimo wszystko wciąż mamy różne możliwości – oświadczył stanowczo Enrique. – To, co powiedziałem… Tak właśnie uważam: nie potrzebujemy go. Znajdziemy inny sposób.

Sięgnął po jej dłoń i razem spojrzeli w niebo. Na chwilę Laila zapomniała o śmierci ciążącej na jej ciele. Uniosła głowę, przyglądając się uważnie wysokim ceglanym ścianom. Stanowiły chyba część spirali murów oddzielających miasto od morza. W górze słyszała gwar dochodzący z targowiska i pogawędki w nieznanych jej językach. Napłynął do nich zapach pieczonego chleba z miodem i przyprawami, wypychając zgniły odór dobiegający z pobliskiego morza.

– Wyspa Zarazy – powiedział cicho Enrique. – Pamiętasz ten numer, który wykręcił mi Tristan? Rozmawialiśmy o tym, czy przyjąć zlecenie na wyspie, a on wiedział, że trochę mnie wyprowadzało z równowagi to gadanie o kościach w ziemi…

– Trochę cię wyprowadzało z równowagi?! – Laila uśmiechnęła się przekornie. – Wrzasnąłeś tak głośno, kiedy pnącze Tristana owinęło się wokół twoich nóg, aż połowa gości w Edenie pomyślała, że w salonie kogoś mordują.

– Bo to było straszne! – Enrique wzdrygnął się teatralnie.

Laila uśmiechnęła się wbrew sobie jeszcze szerzej. Zdawało się jej, że wspomnienie tamtego dnia pozostawi po sobie gorzki posmak, ale zamiast tego napełniło ją nieoczekiwanym ciepłem. Myśli o Tristanie zaczęły przypominać bardziej stary siniak niż świeżą ranę. Z każdym dniem wspomnienia o nim stawały się mniej bolesne.

– Pamiętam – szepnęła.

– Na samą myśl o cmentarzach mam ciarki – burknął Enrique, robiąc szybki znak krzyża. – A tak w ogóle…

Urwał nagle i otworzył szeroko oczy. W tej samej chwili przez portal Tezcata wrócili do nich Hypnos i Zofia. Za nimi widniał długi, kamienny korytarz, wychodzący na plac targowy. Za targiem majaczył biały most. Mewy krążyły wokół kramów przekupek sprzedających ryby.

– Enrique? – zagadnęła Laila. – Co się stało?

– Chyba… chyba wiem, gdzie szukać klucza do kryjówki – wykrztusił Enrique. – „Wyspa umarłych”… To na pewno odniesienie do Isola di San Michele, Wyspy Świętego Michała. Prawie sto lat temu Napoleon zadekretował, że ta wysepka stanie się cmentarzem, ze względu na niehigieniczne warunki pochówków na stałym lądzie. Uczyłem się o tym na uniwersytecie. Wiecie, na tej wyspie znajduje się wyjątkowy renesansowy kościół i klasztor, który…

Hypnos klasnął w dłonie.

– Załatwione! – zawołał. – Pędzimy na cmentarz!

Enrique wykrzywił się paskudnie.

– A co z resztą zagadki? – spytała Zofia.

Laila przeanalizowała ją ponownie: „Na wyspie umarłych… leży bóg, co nie ma jednej głowy… Gdy pokażesz sumę tego, co widzisz, prosto do mnie cię to zaprowadzi”…

– Nie… nie wiem – przyznał Enrique. – Istnieje wiele bóstw z wieloma głowami, zwłaszcza w religiach Azji, ale… „Gdy pokażesz sumę tego, co widzisz”… Chyba nie wymyślimy nic więcej, póki się tam nie znajdziemy.

– Czyli nie jesteś pewien, czego mamy szukać na tym cmentarzu? – Uśmiech Hypnosa przybladł.

– No cóż, nie, nie do końca. – Enrique wzruszył ramionami.

– Ale jesteś pewien co do tej Wyspy Świętego Michała?

– Też nie.

Zapadła cisza. Dawniej mieli stały schemat określania, dokąd powinni się udać. Zofia dokonywała obliczeń, Enrique badał historię, Laila odczytywała przedmioty, a potem do boju ruszał Séverin, który potrafił umieszczać ich odkrycia w kontekście, jak skupiająca wszystko soczewka.

„Nie potrzebujemy go” – powiedział Enrique.

Naprawdę tak sądził?

Laila przyjrzała się przyjacielowi: zarumienione policzki, szeroko otwarte oczy, pochylone plecy. Skulił ramiona, jakby chciał się schować.

– Myślę, że skoro nie mamy lepszego pomysłu… – zaczęła Laila.

Enrique podniósł głowę zaskoczony. Uśmiechnął się do niej, ale uśmiech spełzł mu z ust, gdy tylko jego wzrok padł na jej dłoń i pierścionek z oczkiem z granatu, zdającym się spoglądać na nich oskarżycielsko. Laila nie musiała patrzeć na pierścionek, żeby wiedzieć, jaka cyfra na nim widniała.

Dziewięć dni.

Mimo to postanowiła zaufać tym, którzy sobie na to zasłużyli. Chwyciła Enrique za rękę i popatrzyła na Zofię i Hypnosa.

– Idziemy?

Gdy tylko ujrzała Wenecję, zaparło jej dech w piersi, a choć zostało jej tak niewiele czasu na oddychanie, nie żałowała tej chwili. Wenecja wyglądała jak miejsce wyrzeźbione z dziecięcych marzeń: miasto na wodzie, posplatane marmurowymi mostami, pełne tkwiących głęboko w ścianach drzwi ozdobionych twarzami szeroko się uśmiechających bogów. Gdziekolwiek spojrzała, miasto tętniło czarodziejskim życiem. Na jednym ze straganów nad brzegiem kanału formowana koronka zwijała się w półksiężyc i bawiła się w chowanego z uśmiechniętym od ucha do ucha dzieckiem. Sznur kolorowych, szklanych koralików uniósł się z aksamitnego kuferka i zalotnie zapiął na szyi roześmianej arystokratki. Misterne maski ozdobione złotymi liśćmi i perełkami ułożonymi w spirale przepłynęły dostojnie obok nich, wypuszczane w powietrze przez mascherari, rzemieślników wyrabiających te osłony twarzy tuż nad wodą.

– Aby dostać się na Wyspę Świętego Michała, potrzebujemy łodzi – odezwał się Enrique.

Hypnos przetrząsnął z żałosną miną kieszenie.

– Jak zapłacimy?

– Zostawcie to mnie – powiedziała Laila.

Pomaszerowała szybkim krokiem wzdłuż nabrzeża. Najpierw podniosła czarny szal pozostawiony bez opieki na stołku – przez jej umysł przemknęło wspomnienie ciepłych, brązowych dłoni, które wyszydełkowały narzutkę. Przepraszam, pomyślała. Okryła szalem swoją poplamioną i podartą suknię. Na jej szyi, w małym wisiorku na jedwabnej, zielonej tasiemce, schowana była maska Énigme. Laila puknęła palcem w wisiorek; skomplikowana maska pawia rozwinęła się i osłoniła jej twarz. Nawet jeśli mascherari zauważyli, że coś jest z nią nie w porządku, nie mówili nic, kiedy przechodziła.

Laila wpatrywała się w wodę. Do Wenecji zaprowadził ich korytarz z bladego istryjskiego kamienia; kończył się tuż obok Ponte di Rialto, wielkiego mostu przypominającego sierp księżyca, który porzucił niebo tylko po to, by ozdobić miasto. Było późne popołudnie; gondole śpiesznie przecinały nefrytową wodę.

Gondolierzy palący papierosy i grający w szachy na kamiennych schodach nie zwracali na nią uwagi. Laila dotykała po kolei dziobów łodzi, przeglądając ich wspomnienia…

Pierwsza łódź: dziewczyna z kwiatem we włosach, przymykająca oczy i nachylająca się do pocałunku…

Druga: sfrustrowany głos mężczyzny:

– Mi dispiace[2]…

Trzecia: dziecko trzymające dziadka za rękę i unoszący się wokół nich zapach dymu cygara.

I kolejna łódź, i kolejna, aż…

Ręce Laili znieruchomiały; jej myśli wypełnił szum. Taki szum wydawały tylko formowane przedmioty.

Uśmiechnęła się.

Godzinę później siedziała na dziobie gondoli, patrząc, jak księżyc w kolorze szronu wznosi się nad wyspą w oddali. Zimny wiatr na jej twarzy orzeźwiał i chociaż wciąż czuła na dłoni ciężar śmierci, mogła się przynajmniej nacieszyć czymś takim.

Po drugiej stronie gondoli siedzieli Enrique i Zofia, pogrążeni we własnych myślach. Enrique wpatrywał się w wodę. Zofia, która zgubiła swoje pudełko zapałek, zaczęła odrywać przypalone kawałki sukienki. Siedzący na poduszce obok Laili Hypnos przechylił się i oparł głowę na jej ramieniu.

– Obawiam się, że jestem chory, ma chère – powiedział.

– A czemu to?

– Pragnę nudy, jakby to był najrzadszy rocznik wina na całym świecie – wyznał. – Co za moralny upadek!

Laila omal się nie roześmiała. W ciągu ostatniego tygodnia oglądała skarby być może większe od bogactw niejednego królestwa i odurzającą potęgę, która mogłaby zniszczyć świat jedną melodią, nic jednak nie równało się z luksusem i czarem możliwości zmarnowania całego dnia bez żadnych wyrzutów sumienia. Gdyby mogła napełnić kuferek niemożliwymi skarbami, to właśnie by w nim schowała: tętniące życiem, dojrzałe od słońca dni i chłodne, usiane gwiazdami noce, które można trwonić w towarzystwie najbliższych.

– Jestem ci winien przeprosiny – odezwał się Hypnos.

Laila zmarszczyła brwi.

– Za co?

– Źle zareagowałem, kiedy się dowiedziałem, że zniszczyłaś robaka Mnemo – powiedział, wpatrując się w swoje kolana. – Séverin ma moje zaufanie, ale widać jasno, że nie postarał się zasłużyć na twoje. Nie wiem, co ci powiedział, ale zapewniam, że nie miał tego na myśli. Zrobił to celowo – chciał cię w ten sposób chronić.

Lailę znowu ogarnęło znajome odrętwienie.

– Teraz to wiem.

– Więc musisz też wiedzieć, że chociaż troszczy się o nas wszystkich, to ciebie Séverin…

– Przestań – przerwała chłodnym tonem Laila, po czym dodała: – Proszę.

Hypnos uniósł ręce, wyraźnie kapitulując, i pozostawił Lailę samą sobie. Spojrzała na pierścionek: 9. Jeszcze przez dziewięć dni będzie mogła oddychać powietrzem, wpatrywać się w niebo. Jej umysł łapczywie chłonął wszystko, na co padał jej wzrok: jasne kopuły kościołów, mrok burzowej chmury na niebie. Myśli o Séverinie jakby zalały ten zachwyt tuszem, spuściły na jej umysł ciemną zasłonę, przez którą nie mogła dostrzec niczego innego. Ale nie było go tutaj. Jeszcze nie. Postanowiła więc w ogóle o nim nie myśleć.

Cmentarna Wyspa Świętego Michała, otoczona czerwono-białym, ceglanym murem, była cicha i spokojna. Zwieńczony kopułą kościół z jasnego weneckiego kamienia wydawał się unosić na ciemnej wodzie. Kiedy gondola podpłynęła do pomostu, trzymetrowy, formowany posąg archanioła Michała rozpostarł skrzydła i podniósł wagę na powitanie. Waga z brązu zakołysała się w chłodnym, zimowym powietrzu i serafin jakby utkwił w nich wzrok, szykując się do zważenia dobra i zła w ich życiu. Przy alejce wysypanej białym żwirem kołysały się wysokie cyprysy, pilnując wejścia do krainy umarłych.

W chwili gdy Laila wyszła z gondoli, przeszyło ją dziwne uczucie. Pustka – wypełniła ją na chwilę, a potem równie szybko zniknęła. Przez tę chwilę nie czuła zapachu śniegu na wietrze ani zimna na karku. Jej ciało wydawało się rozciągnięte i nieruchome, jak coś, co się z trudem wlecze za sobą…

– Lailo!

Hypnos złapał ją za ramiona.

– Co się stało? – spytała Zofia, podbiegając do niej.

– N-nie wiem – wyjąkała Laila.

Wciąż miała poczucie, że jej ciało jest zbyt nieruchome, zbyt ciche. Jej serce biło powoli, jakby musiało walczyć z krwią gęstości syropu.

– Zraniłaś się – zauważyła Zofia.

– Nie, wcale nie…

Hypnos uniósł jej rękę z pierścionkiem i dopiero wtedy Laila zorientowała się, że ma przeciętą dłoń. Zapewne ścisnęła za mocno drewniany kołek na nabrzeżu.

– Chwileczkę. – Zofia oderwała rąbek przypalonej sukni i owinęła nim rękę Laili.

– Przeszłaś trudne chwile – powiedział ostrożnie Hypnos. – Może zostaniesz przy łodzi? Przecież nie zajmie nam to dużo czasu, prawda?

– Nie wiem na pewno, ale… – wymamrotał Enrique, lecz zaraz urwał, bo Hypnos spojrzał na niego wymownie, i szybko skinął głową. – Zostań i odpocznij, Lailo. Poradzimy sobie.

– Boli cię? – spytała Zofia.

– Nie – odparła Laila, wpatrując się tępo w swoją dłoń.

Chyba kiwnęła głową i odprawiła ich skinieniem ręki, ale przez cały czas coś w niej krzyczało – i nie potrafiła wypowiedzieć tego na głos. Nie okłamała Zofii. Nie poczuła żadnego bólu.

W ogóle niczego nie poczuła.

5ENRIQUE

Enrique Mercado-Lopez wiedział bardzo wiele. Znał historię i różne języki, mity i legendy. Umiał dobrze się całować, jeść i tańczyć i chociaż akurat w tej chwili nie miał pewności co do niektórych rzeczy, wiedział jedno, bez najmniejszego cienia wątpliwości: nie przynależał do tego miejsca.

I nie tylko on był tego świadomy.

Zofia i Hypnos szli w milczeniu kilka kroków za nim. Oczekiwali, że Enrique będzie wiedział, co mają robić dalej. Spodziewali się, że będzie nimi kierował, wydawał polecenia, planował kolejne kroki… ale to nie miało nic wspólnego z tym, kim był Enrique.

Nie wpasujesz się, wyszeptał w jego głowie głos z przeszłości. Znaj swoje miejsce.

Swoje miejsce.

Enrique jakoś nigdy nie umiał określić, czym właściwie było to „jego miejsce”. W dzieciństwie próbował się dostać do szkolnego teatru. Całą noc ćwiczył kwestie bohatera. Ustawił zabawki na krzesłach – odgrywały publiczność. Zawracał głowę matce, aż znużona uległa i pomogła mu ćwiczyć tekst, czytając kwestie żeńskiej postaci. Ale w dniu przesłuchań do teatru zakonnica, która reżyserowała sztukę, przerwała mu po dwóch zdaniach.

– Anak[3] – roześmiała się. – Nie chcesz być bohaterem! Za dużo pracy i za dużo tekstu. W dodatku przód sceny jest straszny, uwierz mi: to nie miejsce dla ciebie. Ale nie martw się, mam dla ciebie wyjątkową rolę!

Przydzieliła mu specjalną rolę – drzewa.

Jego matka była jednak z niego bardzo dumna, a Enrique przekonywał sam siebie, że drzewa mają duże znaczenie symboliczne, więc może głównym bohaterem zostanie następnym razem.

Lecz dalsze próby zakończyły się w ten sam sposób. Enrique brał też udział w konkursach literackich, okazało się jednak, że jego opinie nie cieszyły się popularnością. Startował w konkursach krasomówczych, ale nawet jeśli nie odrzucano z góry jego pomysłów, to członkom jury wystarczyło spojrzenie na jego twarz, w której hiszpańskie rysy łączyły się z filipińskim dziedzictwem ludu Bisajów, i ostatecznie wszystkie reakcje na to, co robił, sprowadzały się do tego samego: „Nie wpasujesz się”.

Kiedy Enrique został zatrudniony jako historyk przez Séverina, po raz pierwszy ośmielił się uznać, że jest inaczej. Myślał, że znalazł swoje miejsce. Séverin był pierwszym człowiekiem, który w niego uwierzył, wspierał go, a wręcz zaproponował mu przyjaźń. Dzięki Séverinowi jego teorie zyskały mocne podstawy. Rozwijał swoje badania i nawet Ilustrados, członkowie filipińskiej grupy nacjonalistycznej, której idee być może pewnego dnia zmienią jego ojczyznę, otwarli przed nim drzwi; i choć dopuszczono go tylko na margines tej grupy, choć zajmował się tylko pisaniem artykułów historycznych, nigdy wcześniej tyle mu nie dano. A przez to rosła w nim nadzieja na więcej.

Okazało się w końcu, że to złudzenia głupca.

Séverin zabrał jego marzenia i wykorzystał je przeciwko niemu. Obiecał, że zawsze wysłucha Enrique, a potem go uciszył. Wziął ich przyjaźń i nagiął ją do swoich potrzeb, aż pękła, a Rusłan podniósł jej połamane kawałki i przerobił je na broń.

I tak Enrique znalazł się tam, gdzie był teraz – niemal na pewno nie we właściwym dla siebie miejscu, całkowicie zagubiony.

Uniósł rękę i ostrożnie dotknął bandaża zakrywającego ranę po odciętym uchu. Skrzywił się. Odkąd opuścili Uśpiony Pałac, starał się na siebie nie patrzeć, ale w końcu odnalazło go jego odbicie w kanałach Wenecji. Wyglądał na wytrąconego z równowagi. I jak ktoś naznaczony. Wcześniej, kiedy znajdował się w niewłaściwym miejscu, przynajmniej mógł się jakoś zamaskować. Ale odcięte ucho było otwartą deklaracją: „Nie wpasuję się. Widzisz?”.

Enrique odepchnął od siebie tę myśl. Nie mógł sobie pozwolić na użalanie się nad sobą.

– No dalej… pomyślmy…

Rozejrzał się po cmentarzu, marszcząc brwi. Nekropolia na Wyspie Świętego Michała miała nieco ponad pięćset metrów długości; zdążyli ją obejść już dwukrotnie. Przemierzali właśnie trzeci raz ścieżkę wysadzaną cyprysami, wiodącą za zakrętem wzdłuż szeregu kamiennych archaniołów; kiedy Enrique z towarzyszami będą przechodzili, figury odwrócą za nimi formowane głowy. Na cmentarnych kwaterach stały wysokie, granitowe nagrobki, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach; część zwieńczono dużymi krzyżami udrapowanymi w formowane róże, które nigdy nie stracą zapachu ani blasku. Kaplice grobowe nie miały natomiast wielu ozdób na zewnętrznych ścianach, a już na pewno Enrique nie widział nigdzie boga bez głowy ani tym bardziej z wieloma głowami.

– „Na wyspie umarłych leży bóg, co nie ma jednej głowy – wyrecytował, analizując te słowa w myśli. – Gdy pokażesz sumę tego, co widzisz, prosto do mnie cię to zaprowadzi”.

– Mówiłeś coś? – spytał Hypnos.

– Ja? Nie – odparł śpiesznie Enrique. – Po prostu… eee… przypominałem sobie zagadkę matriarchini, szukałem w niej jakichś wskazówek… znowu.

– Czyli jednak coś powiedziałeś – wytknęła Zofia.

– No tak, cóż… – Enrique czuł, że się czerwieni. – Od interpretacji może zależeć to, czego szukamy i tak dalej. To dość niejasne słowa.

– Myślałam, że szukamy boga bez głowy. – Zofia uniosła brew. – To brzmi dość konkretnie.