Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 308 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bestie - Sebastia Alzamora

Barcelona, lato 1936 roku, początek hiszpańskiej wojny domowej i szczególnie zajadłych prześladowań Kościoła przez ugrupowania antyklerykalne. W centrum miasta zostają znalezione zwłoki zakonnika należącego do zgromadzenia marianistów i siedmio-, może ośmioletniego chłopca, zamordowanych w dziwnych okolicznościach. Sprawę prowadzi komisarz Gregori Muñoz. Chce odkryć tożsamość mordercy, o którym wiadomo jedynie tyle, że przedstawia się jako wampir. W tym czasie siostry kapucynki stają się zakładniczkami w klasztorze, a wraz z nimi biskup Barcelony (​​rzekomo zamordowany).

Policyjne śledztwo, wątpliwości młodej nowicjuszki, dziwne eksperymenty sędziego i lekarza sądowego, a wreszcie starania zakonu marianistów o wyzwolenie klasztoru prowadzą do spektakularnego, pełnego napięcia finału.

Bestie to gotycki thriller, kryminał osadzony w Barcelonie czasów wojny domowej: dynamiczna narracja i konstrukcja, fuzja najróżniejszych gatunków oraz siła języka. Wspaniała historia starcia dwóch sił: zła i życia.

Sebastià Alzamora (ur. 1972) – poeta i prozaik. Jest laureatem wielu nagród literackich, w tym prestiżowej Josep Pla Award w 2005 roku. Bestie otrzymły 2011 nagrodę Sant Jordi. Mieszka na Majorce.

 

Opinie o ebooku Bestie - Sebastia Alzamora

Fragment ebooka Bestie - Sebastia Alzamora

Książka ukazała się dzięki dofinansowaniu Institut d’Estudis Baleàrics

Crim de sang

© Sebastià Alzamora, 2012

© FIRST PUBLISHED IN CATALAN BY Raval Edicions SLU, Proa (Barcelona) PUBLISHED BY ARRANGEMENT WITH Cristina Mora Literary & Film Agency SL (Barcelona, Spain)

COPYRIGHT © FOR THE TRANSLATION BY Rozalya SasorCOPYRIGHT © FOR THE POLISH EDITION BY Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014

Dla

Z największej głębi człowieka wychynęła bestia.

Josep

Pisał:

Często, kiedy męczy mnie pragnienie, myślę o Duchu Świętym. W przeciwieństwie do tego, co głoszą niektóre z przesądów, my, wampiry, nie odczuwamy przykrości, kiedy znajdziemy się wewnątrz kościoła. Widok krzyża nigdy nie wywołał u mnie najmniejszego dyskomfortu oprócz tamtego razu, kiedy w pewnej miejscowości przy węgierskiej granicy jakiś pasterz użył krzyża, aby przebić mi nim pierś, korzystając z tego, że akurat spałem w swojej kryjówce. Jedną ręką wyrwałem wtedy krucyfiks z ciała, drugą zaś wydarłem pasterzowi serce i wycisnąłem z niego pięścią krew, spijając ją łapczywie. Następnie nabiłem trupa na pal wyznaczający granicę pomiędzy dwoma polami: chłostany porywami lodowatego wiatru chwiał się, podobny do rozpadającego się stracha na wróble, zagubiony w nocy bez pociechy i bez nadziei. Krzyż zostawiłem wbity w ziemię, tuż obok zwłok pasterza.

Nie niepokoją mnie ani krzyż, ani chrześcijańskie świątynie – sam czciłem je kiedyś nabożnie w innym, odległym już życiu. W obecnym stanie myśl o Duchu Świętym uspokaja mnie więc. Koniec końców to też demon, daemon, obydwaj zostaliśmy przyporządkowani do bytów uznawanych przez człowieka za niepojmowalne. Podobają mi się dary, które zwykło się łączyć z Duchem Świętym, ponieważ przydają się w dobrym zarządzaniu własną naturą: mądrość, rozum, rada, męstwo, umiejętność, miłosierdzie i bojaźń Boża. Miło­sierdzie to sposób, w jaki przejawia się uprzejmość zabójcy, a bojaźń Boża jest eufemizmem na określenie lęku ofiary wobec nieuchronności czekającej ją egzekucji. Umiejętność służy wyrafinowaniu metod zarzynania, męstwo daje siłę podczas łowów, rozum zapewnia ich pomyślny wynik, rada pozwala pogodzić się z pustką bezczasowej egzystencji, a mądrość – wieść ją dalej. Słowo, którym przeważnie określa się to, czym jestem, to „bestia”, ale zapisanie go nie sprawia mi przykrości, ponieważ Duch Święty również jest potworem. Tak samo Bóg. Powszechnie wiadomo, że natchnął potwornością wszystko, co stworzył.

Z miejsca, w którym się znajduję, słyszę odgłosy wybuchających bomb, złowrogo niosące się daleko w noc niczym nadciągająca burza. Ludzie zabijają innych ludzi dla jakiejś korzyści albo dla czystej przyjemności zabijania: widziałem to już wiele razy i widok ten nigdy mnie nie znuży. Odpowiadają mi miejsca, gdzie króluje przemoc, ponieważ mogę w nich polować z większą swobodą. Państwa pogrążone w wojnie, zrujnowane miasta, zalane krwią ulice – wszędzie tam zaciętość, z jaką ludzie oddają się okrucieństwu, robiła na mnie wielkie wrażenie. Istnieje pewna miara zła, nieznana nawet wampirom ani któremukolwiek z potworów czy demonów, wojna zaś wyraża zawsze przynajmniej dziesiątą część tej miary. Choć być może tu, w Barcelonie, nawet więcej niż jedną dziesiątą, zło rozpleniło się bowiem w tym mieście z niespotykaną dzikością i całkowicie opętało ludzi. Poruszam się tu z pełną swobodą, niewidzialny pomiędzy braćmi mordującymi braci, rodzicami donoszącymi na dzieci, pomiędzy dziećmi, które zabijają same albo cudzymi rękami swych rodziców, pomiędzy handlarzami nędzy i stręczycielami śmierci, pomiędzy heroldami występku i przekupniami deprawacji. Nieszczęsne, rozpadające się miasto, które wydaje się w jakiś sposób bawić myślą o własnym zniszczeniu.

Piszę zadowolony, w pełni syty po wypiciu krwi duchownego, któremu chwilę temu poderżnąłem gardło, a muszę przyznać, że kosztowało mnie to więcej wysiłku, niż początkowo zakładałem. Zaspokajanie pragnienia jest jedynym obowiązkiem wampira i aby go wypełnić, musi on w pierwszej kolejności nauczyć się wynajdywać łatwą zdobycz i zagustować w niej. Osoby duchowne, nieważne – mężczyźni czy kobiety, zwykle stanowią łatwy łup, zwłaszcza w tym mieście, które przekształciło je w mięso armatnie mielone przez wojnę. Poza tym nawet jeśli nikt tych ludzi nie prześladuje, życie poświęcone modlitwie spowalnia ich naturalne odruchy, wiotczeją im mięśnie, pobożność natomiast przygotowuje ich zwykle do przyjęcia śmierci ze spokojem, a przynajmniej z rezygnacją. Zwykle, ponieważ ten dzisiejszy duchowny utrudniał mi wszystko, jak mógł: bronił się, walczył, drapał, krzyczał, jakby postradał zmysły, a nawet cisnął kilka strasznych bluźnierstw przeciwko Bogu, choć mienił się jego sługą. Na szacie, o czym warto wspomnieć, miał plamę pachnącą kadzidłem, co jeszcze wzmacniało słodycz wypełniającą mi usta, kiedy piłem łakomie ze strumienia, który płynął z żyły rozerwanej na szyi.

Zanim go zabiłem, przez chwilę zabawiałem się obserwacją. Siedział w maleńkim pokoiku, zgarbiony nad stołem, czytając Ewangelię świętego Jana. Ponieważ czytał tak, jak zwykli to robić starzy ludzie, sunąc palcem po wierszach i przeżuwając tekst przyciszonym głosem, mogłem uchwycić pojedyncze wyrazy. Wybrał opowieść o wskrzeszeniu Łazarza, która jest również opowieścią o potworze. Zawsze mnie to zastanawiało: czy rzeczywiście Jezusa tak głęboko poruszył płacz Marii Magdaleny? W końcu to ona kiedyś namaściła mu pachnidłami stopy i osuszyła je własnymi włosami na znak uwielbienia. Czy zatem nie jest możliwe, że chciał jej to wynagrodzić, wskrzeszając jej brata, aby z kolei ona odwdzięczyła mu się kolejnym namaszczeniem i pieszczotami? Jakkolwiek było, ewangelista twierdzi, że usłyszawszy lament Marii z Betanii, Jezus poprosił, by zaprowadzono go do grobu Łazarza. Na miejscu zwrócił się do Boga uroczystymi słowy i zaraz nakazał otworzyć grób. Wydostał się z niego zmarły z rękami i nogami skrępowanymi bandażami i twarzą owiniętą całunem. Wtedy Jezus rozkazał go rozwiązać i puścić wolno, a zmarły zaczął iść. Jego ciało było nienaruszone, bez żadnych śladów rozkładu, nie cuchnęło też trupim fetorem; skórę miał zaróżowioną, członki elastyczne i zręczne, zupełnie jak wampir, kiedy wydostaje się z grobu.

Z pewnością nie w ten sposób rozumiał tekst mój duchowny. Dla niego wskrzeszenie Łazarza mogło być jedynie porozumieniem zatwierdzonym w Piśmie Świętym między Bogiem a ludźmi, dającym im prawdziwe życie, które jego Kościół obiecuje po śmierci. Cóż, teraz powinien właśnie sprawdzać rzetelność owego porozumienia: jeśli miał rację, jego dusza w tym momencie przelatuje z zawrotną szybkością przez kolejne kręgi piekieł, ponieważ umarł, obrażając Boga myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Życie spędzone na modlitwie i pełne wyrzeczeń zakończone w ostatnim momencie upadkiem równie żałosnym, jak nieodwracalnym. Gdy mój duchowny kopał, a ja zaspokajałem pragnienie, usłyszałem, że jest z nami Duch Święty, Ruach ha-Kodesz, jak go nazywają Żydzi. Głos wysłany z niebios.

Błahość ludzkiego bytu osiąga kulminację w chłodzie grobu i gniciu ciała. Budzące śmiech marzenia o wielkich ludzkich przedsięwzięciach – imperiach, ideach, miastach czy fortunach – kończy szarawy, wywołujący odrazę kolor martwych rzeczy. Ponieważ nie tylko ludzie są śmiertelni, śmierci podlega także wszystko to, co budują, o co walczą i czego sobie zazdroszczą. Tylko my, bestie, pozostajemy wolne od śmierci z tej prostej przyczyny, że nie jesteśmy żywe. Poznałem mężczyzn i kobiety, którzy z dobrej woli oddawali mi krew w zamian za fałszywą obietnicę nieśmiertelności. Czepiali się jej kurczowo niczym dziecko przyciskające się do piersi matki. Przejście od człowieczeństwa ku potworności jest dobrowolne i nie istnieje wola, która by nim kierowała, ani przywołujące je zaklęcie, ani pieniądz, za jaki można by je kupić. Nikt nie może uratować nikogo od śmierci, a zwłaszcza Bóg, on bowiem nie ma w tym żadnego interesu.

Tak oto brzmi zagadka, odpowiedź na nią zależy zaś wyłącznie od oczekiwań żywionych przez każdego człowieka z osobna. Chociaż jeśli mogę coś stwierdzić z całkowitą pewnością, to to, że ze wszystkich błędów składających się na koleje ludzkiego losu bez wątpienia najgłupszym jest posiadanie oczekiwań. Nie dlatego, że ostatecznie wszystko zależy od przypadku, jak mówi przysłowie, ale dlatego, że przypadek nie istnieje, tak jak nie istnieją porządek, reguła ani hierarchia. Gatunek ludzki jest pojedynczym wypadkiem, który zdarzył się pośród chaosu. Nic poza tym nie ma.

Wobec tak wielkiego braku spoistości istnienia dziwi mnie, że ludzie częściej nie decydowali się na zastąpienie Boga, przejęcie jego funkcji i mocy, na popełnienie najcięższego grzechu oszustwa przez podszycie się pod kogoś, kim nie są. Z zamiarem wyższym i bardziej bluźnierczym niż jakikolwiek inny: stworzenia życia, tchnienia go w przedmioty nieożywione. Byłem w Pradze, kiedy pewien popędliwy i szalony rabin, znany jako Jehuda Löw, wprawił w ruch Golema – zabawkę o kształtach ledwo przypominających ludzkie, wymodelowaną z gliny, o gigantycznych rozmiarach i niezgrabnych ruchach. Rabin wkładał mu w usta skrawek papirusu, na którym zapisał hasło, a Golem zaczynał poruszać kończynami i wykonywał rozkazy wydawane przez pana. Następnie Jehuda Löw wyjmował papirus z ust kreatury i ta stawała się bezwładna, niczym zwyczajna bryła gliny, którą zresztą była (rabin rozpuszczał pogłoski, że hasło zapisane na papirusie było jednym z sekretnych imion Boga, i co ciekawe, to właśnie, jak sądziło wielu ludzi, przydawało całej tej pantomimie prawdziwości).

Byłem też w Paryżu, kiedy niejaki Vaucanson zasłynął dzięki swojej kaczce – automatowi, który w owym czasie zdobył prawdziwy rozgłos. Była to figura z miedzi perfekcyjnie pod każdym względem imitująca prawdziwą kaczkę, potrafiła, jak się zdawało, jeść i pić, pluskać się w wodzie i grzebać pazurami, a także wypróżniała się do srebrnej kuwety. Mówiło się, że ma układ trawienny. Rzecz jasna, z czasem okazało się, że wszystko to było jednym wielkim oszustwem: ziarno, które kaczka miała trawić, zatrzymywało się w przegródce ukrytej pomiędzy kołami zębatymi, a wypróżnienia ptaka nie były niczym innym jak masą umieszczoną w tylnej części automatu. Mechanizm, bądź co bądź, o wiele prostszy i bardziej naiwny niż Golem. Tak jak ów mechaniczny szachista, którego inny bystry człowiek, powszechnie znany jako Mälzel, obwoził po Europie ku uciesze rozgorączkowanych tłumów. Nikt nie chciał widzieć, że wewnątrz pozornie niezwyciężonej lalki krył się doświadczony gracz. Rzeczywiście nigdy nie został on pokonany przez żadnego z nierozważnych przeciwników, którzy zapragnęli się z nim zmierzyć, nie wyłączając samego cesarza Napoleona.

Otóż to, oszustwo. Prostackie zabiegi imitujące czy też udające życie. Niemniej jedno jest pewne: równie często i z takim samym zapałem, z jakim ludzie oddawali się niszczeniu życia, starali się zrozumieć i okiełznać sterujący nim mechanizm. Czym bowiem w istocie jest życie? Co je oddziela od śmierci? Życie jest zjawiskiem tajemniczym, a niejedno­krotnie również budzącym odrazę: ciało ludzkie, tak jak i zwierzęce, porusza się jeszcze po śmierci: przez dość długą chwilę trwają ruchy perystaltyczne. Mięśnie kurczą się pod wpływem bodźców, nawet jeśli zostaną wydarte z ciała, do którego należały. W swoim czasie głośna była historia pewnego angielskiego urzędnika skazanego na śmierć za zdradę stanu: otwarto mu żywcem klatkę piersiową, wyrwano serce i wrzucono je do ognia. Nagle organ zaczął wykonywać skoki na wysokość niemal metra i powtarzał je przez jakieś siedem, osiem minut. Podobne zachowanie można zaobserwować u polipów, które nie dość, że po tym, jak zostają pocięte na kawałki, nadal się poruszają, to jeszcze regenerują się w ciągu kilku dni, tworząc tyle nowych polipów, na ile części je pokrojono. Również karaluchy, gąsienice, muchy i węgorze mają tę wspólną cechę, że ich odcięte fragmenty zachowują zdolność poruszania się, która dodatkowo wzrasta, kiedy je zanurzyć w ciepłej wodzie. Z kolei serce żaby może bić jeszcze nawet przez godzinę po wyjęciu z ciała, zwłaszcza jeśli wystawi się je na słońce albo umieści na powierzchni o odpowiedniej temperaturze. Żywe ciało, zupełnie jak automat, nie jest niczym więcej niż maszyną. Czy zatem to temperatura aktywuje jego sprężyny? A może temperatura to efekt, nie przyczyna procesu? Lub może pierwszą przyczyną życia jest tchnienie Ducha Świętego?

Często trudno mi odróżnić ludzi od zwierząt, ponieważ odżywiam się jednymi i drugimi, bez różnicy, a wobec śmierci wszystkie te stworzenia reagują z podobnym strachem. Gdy delektowałem się swoim duchownym, uderzał on jeszcze o posadzkę wyłożoną mozaiką, spazmatycznie, niczym serce żaby albo kura z odciętą głową, a oczy nabiegły mu gniewem i nienawiścią. Gdyby rzeczywiście czekało ich jakieś życie pozaziemskie (nie ten potworny żywot, który my, wampiry, współdzielimy z Bogiem i Duchem Świętym, ale rodzaj doświadczanego niespodziewanie, świetlistego odkupienia, jakie sobie nawzajem obiecują), należy sądzić, że byliby zdolni do zachowań nieco mniej rozczarowujących.

Ludzie nie znoszą myśli, że mogliby zostać zabici, a jednocześnie każdego człowieka ekscytuje możliwość przedzierzgnięcia się w zabójcę. Każdego bez wyjątku: gatunek ludzki nie jest niczym więcej niż rasą zabójców, dość już starą i niezmiernie liczną. Oto problem ludzkiej wolności: ledwo ktoś pomyśli, że ją osiągnął, zaraz zaczyna eliminować swoich współziomków. Porządek zostaje przywrócony, kiedy ktoś inny odbierze mu życie, dlatego że porządek to powstrzymywanie apetytu na zbrodnię – prawie zawsze przez popełnienie innej zbrodni. Dlatego wojna jest – bardziej niż czymkolwiek innym – równoczesną realizacją żądzy zabijania nagromadzonej przez wszystkich przedstawicieli jednej generacji. Jest momentem zbiorowego oswobodzenia, głębokim i niszczącym westchnieniem wypuszczonym z samej głębi duszy, zarówno przez ofiary, jak i przez katów.

Właśnie z tego powodu, patrząc na chłopca, widzę w nim nie dziecko, ale potencjalnego zabójcę – w niektórych przypadkach już nawet wypróbowanego w swoim fachu. Kiedy skończyłem ze swoim duchownym, szukałem jakiegoś wyjścia, które pozwoliłoby mi umknąć, nie będąc widzianym, aż w końcu przez małe drzwiczki wyszedłem na wąską, niebrukowaną ulicę. Tam go znalazłem: bawił się, kręcąc bączkiem na zapylonej ziemi. Nie mógł mieć więcej niż sześć, może siedem lat, ubrany był w spodnie z surowego płótna i postrzępiony sweter. Policzki miał umazane smarkami i przyglądał się migdałowymi, szeroko otwartymi oczami plamkom krwi rozsianym po całej mojej twarzy. Stał nieruchomo w słabym świetle poranka, z bączkiem w ręce. A ja znów poczułem pragnienie, którego nigdy nie da się zaspokoić do końca.

I

Memento mori

– Ego te absolvo a peccatis tuis in nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Odejdźcie w pokoju z Panem Naszym Jezusem Chrystusem, bracie.

Klęczący na ziemi brat Plana podniósł głowę, chwycił rękami stułę, która zwisała z szyi brata Dardera, i próbował ją pocałować, ale udało mu się ją jedynie zaślinić. Brat Darder skinął ręką ze zniecierpliwieniem.

– Bardzo was proszę, wstańcie już i odejdźcie – burknął.

Brat Plana posłusznie oddalił się, powłócząc nogami i mrucząc słowa podziękowania. Chuderlawy, w niedopasowanym ubraniu, z małą głową, zgarbionymi plecami i zbyt wielkim brzuchem, kilkoma włosami na krzyż zjeżonymi na czaszce i z na wpół bezzębnymi ustami niezwykle przypominał szczura, szczurka z wielkim pakunkiem na grzbiecie, co wywoływało u brata Dardera niekontrolowane odruchy obrzydzenia, kiedy znajdował się w jego obecności, a szczególnie kiedy prosił go on o wysłuchanie w konfesjonale. Przy tym lista grzechów brata Plany była zawsze taka sama, brat Darder, który słuchał jej już nieskończenie wiele razy, mógłby więc wyrecytować ją z pamięci. Zaczynała się od ciągu grzechów lekkich, popełnianych myślą i przez zaniechanie przeciw Matce Bożej lub jednemu ze świętych. Brat Plana recytował je szybko, mamrocząc niemal niezrozumiale, po czym zdenerwowany przechodził do grzechów ciężkich, obejmujących prawie zawsze wypady do spiżarni, by porwać trochę cukru albo kilka główek czosnku, które później, gdy nikt go nie mógł zobaczyć, pożerał w samotności. Obraz brata Plany węszącego po spiżarni pensjonatu albo ogryzającego w ukryciu i po ciemku czosnek mieszał się bratu Darderowi ze wspomnieniem grubych i odpychających myszy, które jako dziecko widywał w spichrzu ojca, a to sprawiało, że rosła w nim odraza i pragnął zakończyć spowiedź najszybciej, jak to było możliwe. Nakładał na brata Planę za jego grzechy pozbawione znaczenia rutynową pokutę i powstrzymywał odruch nakazujący mu zdjąć z szyi stułę, zanim człowieczek zdąży ją chwycić i przesunąć po ohydnych wargach z przesadną nabożnością, którą można by wziąć za łakomstwo.

Z drugiej strony kimże jestem – zapytywał sam siebie brat Darder, podczas gdy za bratem Planą zamykały się przeżarte przez wilgoć i korniki drzwi pokoju, a on wstawał z krzesła i teraz już spokojny, zdejmował stułę i składał ją starannie – aby udzielać komukolwiek wybaczenia? Trwająca od dwóch miesięcy wojna zdążyła już zbrukać wszystko: ulice Barcelony, powietrze, którym oddychali, słowa ludzi, spojrzenia dzieci, słoneczne promienie na fasadach budynków, blask księżyca i gwiazd w letnie noce... Wszystko przenikał ten sam odór rozkładu, jakby świat przemienił się w napuchniętego trupa, a mężczyźni i kobiety byli tylko kłębiącymi się wewnątrz pasożytami. Powiew tchnący przez ludzkie skupiska, kiedy żyją w pokoju, odświeżający zamieszkiwane przez nie miasta i pozwalający im się rozwijać, w Barcelonie zniknął i teraz wydawała się ona zesztywniała, jakby zablokowana, podobna do gigantycznego parkietu wibrującego od wycia syren i dygoczącego od wybuchów. Od jakiegoś czasu zdawało się, że do wszystkiego przylgnęła warstwa brudu. Dusza brata Dardera nie była żadnym wyjątkiem.

Przeciągnął się, westchnął i po raz kolejny omiótł wzrokiem nędzę pokoju, w którym się rozlokował: poobijane płytki, odpadające płaty wapna na ścianach, wszechobecne plamy wilgoci jak wypryski na chorej skórze. Po kilku sekundach owa nędza spływała z oczu do ust i dawała się przeżuwać, jakby była słodkim ziemniakiem. A – gotowane bataty, z rzadka doprawiane odrobiną tego samego cukru, który brat Plana od czasu do czasu podbierał ze spiżarni – jedli prawie codziennie. Bataty na obiad i na kolację. Jeszcze musieli dziękować właścicielce, że przyjęła ich w sekrecie do swojego przybytku. Do pensjonatu Capell przy ulicy Ferran. Od kiedy anarchiści wyrzucili ich z kolegium, które zajmowali (i które zostało skonfiskowane, tak jak pozostałe kolegia zgromadzenia oraz wydawnictwo Luis Vives), bracia maryści musieli korzystać z potajemnie okazywanego miłosierdzia osób jeszcze dość odważnych, aby przygarnąć ich do swoich domów. Ale dotyczyło to wyłącznie takich jak on, czyli tych, którzy mieli szczęście i nie zostali zatrzymani ani straceni. Już od pierwszego dnia wojny w rzeziach na tle religijnym ginęli zarówno duchowni, jak i wierni świeccy, i 20 września 1936 roku, czyli dzisiaj, nic nie wskazywało na to, żeby czystki miały się prędko skończyć. Cokolwiek by mówili bracia Gendrau i Lacunza, którzy nawet w samym środku katastrofy starali się nie tracić ducha, na ile to było możliwe, plan anarchistów jawił się bratu Darderowi zupełnie jasno: chcieli zlikwidować ich wszystkich. Oni zaś mogli się jedynie ukrywać, niczym przerażone zwierzątka, i próbować swoich wpływów w tych kilku miejscach, które pozostały jeszcze w ich zasięgu, aby wydostać się z miasta cuchnącego stężałą śmiercią. W ciągu ostatnich tygodni umysł brata Dardera drążyło wciąż jedno pytanie, każdego dnia czuł, jak coraz głębiej wbija mu się ono w głowę i zbliża do serca: gdzie jest Bóg? Gdzie się ukrywa, kiedy dzieją się takie rzeczy? Dlaczego nie odpowiada? Próbował, kosztem nocy spędzonych na modlitwie i płaczu, wyrzucić je z myśli, ale ani łzy, ani modły nigdy nie przyniosły odpowiedzi, więc jedynie cisza, niczym zimny wiatr, rozbijała się wewnątrz czaszki brata Dardera dręczonego wciąż przez jedno i to samo pytanie. Gdzie jest Bóg? Dlaczego ich opuścił, ich również, tak jak opuścił swego Syna przybitego do krzyża? Gdzie jest miłość, gdzie zmiłowanie? Tak, jego dusza przesiąkła trucizną, tak samo jak cała Barcelona, i zmieniła się w kawałek gotowanego ziemniaka w zaślinionej gębie brata Plany.

– Dzień dobry, bracie. Widzieliście brata Gendrau?

Z powodu swoich mrocznych rozważań brat Darder czuł się zawsze trochę zawstydzony w obecności niestrudzonego brata Lacunzy. Brat Lacunza był człowiekiem powściągliwym i prostym, pochodził z Nawarry i pełnił funkcję dyrektora kolegium marystów w Burgos. Na swoje nieszczęście zgodził się, kiedy wyższy przełożony prowincji zgromadzenia w Katalonii zaproponował mu poprowadzenie letniego kursu dla nowicjatu w Casa de les Avellanes w Balaguerze, i w ten sposób w dniu, w którym wybuchła wojna, brat Lacunza znalazł się w najgorszym możliwym miejscu w całej Hiszpanii. Musiał się potem ukrywać, jak cała reszta, i nie mógł już wrócić ani do Burgos, ani do Nawarry, gdzie bez wątpienia miałby zupełnie inne zakwaterowanie.

Nigdy jednak nie narzekał ani nie okazywał niezadowolenia z powodu swojego nieszczęścia. Wręcz przeciwnie, razem z bratem Pere Gendrau natychmiast oddał się do dyspozycji prowincjała i był gotów poruszyć niebo i ziemię w poszukiwaniu wyjścia z sytuacji. Musiał istnieć jakiś sposób na opuszczenie tego niedorzecznego miasta, a oni muszą go znaleźć. Prowincjał poprzez jeden z niewielu kontaktów, które zostały mu w Urzędzie Miasta Barcelony, zdobył kilka glejtów podpisanych przez przewodniczącego Komitetu do spraw Zaopatrzenia, pozwalających na swobodne poruszanie się po mieście. Bracia Lacunza i Gendrau, oddelegowani przez prowincjała, korzystali z nich, starając się o uzyskanie zgody władz na opuszczenie Barcelony przez członków zgromadzenia. Niemniej wszystkie ich działania, przynajmniej na razie, nie przyniosły skutku. Kiedy uzyskanie paszportów albo chociaż pozwoleń na przekroczenie granicy okazało się niemożliwe, pojawiła się okazja w postaci włoskiego statku, który z końcem lipca przybił do portu w Barcelonie, aby zabrać pierwszą grupę uchodźców. Brat Lacunza, zaopatrzony w rekomendację pewnego znajomego Włocha – nazywali go Mageroni – wystarał się w Konsulacie Morskim o zgodę na zaokrętowanie marystów na tym statku, pod warunkiem że przedstawią odpowiednie zezwolenie, w tym wypadku wydane przez radcę Departamentu Administracji Generalitat, pana Josepa Marię Españę. Ów szlachetny mąż odmówił jednak podpisania autoryzacji, obawiając się, że anarchiści, którzy kontrolowali zarówno port, jak i granice, zabiją go, jeśli to uczyni. Po tej pierwszej porażce przyszedł szereg kolejnych: w konsulatach Francji i Niemiec oraz w negocjacjach z radcą Departamentu Kultury Generalitat, panem Venturą Gassolem. Wszędzie słuchano ich z powagą i zrozumieniem i wszędzie zbywano ich delikatnie, posługując się dość powtarzalnym repertuarem wymówek. W tym czasie doszły ich wiadomości, że patrole milicji robotniczej w Katalonii zamordowały już ponad pięćdziesięciu braci marystów złapanych na próbie ucieczki albo ukrywających się w pensjonatach i prywatnych domach. Oni sami któregokolwiek dnia także mogli zostać odkryci albo wydani, albo Bóg wie co jeszcze, a potem rozdeptani jak kopiec mrówek. Mimo to brat Lacunza i brat Gendrau (ten drugi zaczął przypominać bratu Darderowi utraconego ojca) zachowali ten rodzaj niegasnącego optymizmu, który pozwalał im wciąż szukać drogi ucieczki z tym większym zapałem, im więcej drzwi zamykało się przed nimi. O tak, brat Darder podziwiał tego ducha, a sam czuł się nieco zawstydzony słabością królującą w jego własnej duszy. Dostrzegał również, i nie sprawiało mu to radości, bolesną stronę owej nieugiętej determinacji braci Lacunzy i Gendrau. Koniec końców, jeśli Bóg postanowił udawać głuchego, oni nie zmuszą go do pochylenia głowy i nastawienia uszu.

– Nie, przykro mi. Nie widziałem brata Gendrau od samego rana.

– Zaglądałem do jego pokoju, ale go tam nie ma... – Brat Lacunza trzymał w prawej dłoni kopertę i drżał ze zdenerwowania. – No cóż, spróbuję go znaleźć. Jeśli go zobaczycie, powiedzcie mu, proszę, że chciałbym z nim pilnie pomówić.

– Więcej złych wieści? – domyślił się brat Darder z miną wyrażającą ubolewanie.

– Jeszcze nie wiem, jeszcze nie wiem... – wymamrotał niespokojnie brat Lacunza. – Dostałem list i muszę omówić go z bratem Gendrau. List z FAI...[1]

– Z FAI? – Brat Darder przeraził się, myśląc że może chodzić o donos do anarchistów wysłany przez któregoś z sąsiadów pensjonatu Capell albo nawet przez samą senyorę Gertrudis, właścicielkę, która musiała już być zmęczona ich obecnością.

– Na to wygląda – westchnął brat Lacunza. – Podpisali go dwaj kierownicy Komitetu Bezpieczeństwa. – Wyjął papier z koperty i zaczął czytać: Aureli Fernández i Antoni... Ordaz. We własnej osobie.

– Ale czego chcą? I jak się z wami skontaktowali? – dopytywał się z coraz większym niepokojem brat Darder.

Brat Lacunza potrząsnął głową na znak, że nie wie, i otworzył szeroko oczy, rozkładając przy tym ręce.

– Jacyś młodzi ludzie wetknęli mi go do ręki na samym środku Passeig de Gràcia. Trzej młodzi chłopcy, jeden z nich był marystą. – Nie zwróciwszy uwagi na zimny pot perlący się na czole brata Dardera, dodał: – To zaproszenie. Piszą, że chcą się spotkać z przedstawicielami zgromadzenia marystów dwudziestego piątego dnia bieżącego miesiąca. Tu, niedaleko, w jednym z lokali przy placu Universitat.

– Ale...

Drzwi otwarły się i brat Plana wsadził do pokoju swoją szczurzą głowę.

– Bracie... – zająknął się.

– Czego znowu chcecie? – Zakonnik się zniecierpliwił. – Dziś już was spowiadałem, nie pamiętacie? Poza tym rozmawiam teraz z bratem Lacunzą.

– Tak, tak, widzę... – powiedział, wciąż się jąkając. – Wybaczcie, proszę. Chodzi o brata Gendrau...

– Confiteor Deo omnipotenti vobis fratres, quia peccavi nimis cogitatione, verbo, opere et omissione, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Ideo precor beatam Mariam semper Virginem, omnes Angelos et Sanctos, et vos, fratres, ores pro me ad Dominum Deum nostrum...

Pełen uniesienia głos biskupa Gabriela Perugorríi rozchodził się miękko po kaplicy Świętej Agaty klasztoru kapucynek w Sarrià, tłumiony przez monotonny stukot deszczu o wielkie witraże.

– Amen – odpowiedziało dwadzieścia siedem głosów, jednomyślnych i radosnych.

Odprawiano specjalną liturgię z okazji setnych urodzin siostry Presentació, która mimo osiągnięcia tak zaawansowanego wieku nie była wcale najstarsza w zgromadzeniu. Siostra Ascensió ze swoimi stu czterema latami i żelaznym zdrowiem miała bezsporną przewagę nad świeżo upieczoną stulatką, skręconą niczym winorośl i uczepioną kostura. Siostra Presentació chodziła tak zgięta, że czasami trudno było rozróżnić, czy stoi, czy siedzi. Natomiast siostra Ascensió trzymała się pewnie i prosto jak świeca, a jedyną dającą się dostrzec oznaką jej starości były czarne plamki, niektóre wielkości dwurealowych monet, rozsiane po całym ciele i zaczerniające twarz zakonnicy, jakby dawno temu odlaną z miedzi, której nikomu nie chce się czyścić. Jeśli siostra Presentació z każdym dniem coraz mocniej oplatała się wokół samej siebie niczym skręcone kolumny wirydarza, to siostra Ascensió w większym stopniu przypominała sekretarzyk z wiśniowego drewna. Jakkolwiek by było, dobre zdrowie i inteligencję jednej i drugiej postrzegano wewnątrz społeczności klasztornej jako pomyślny znak dla wszystkich sióstr. Nawet sama matka przełożona czasem wspominała o tym w formie pobożnego żartu. „Między anielskim Zwiastowaniem a Wniebowzięciem Matki Bożej jest cała wieczność zdrowia”[2] – mawiała. I wszystkie się śmiały.

Jakoś przecież trzeba było poprawiać sobie humor w tym specyficznym klasztorze widmie. Wszystkie dwadzieścia siedem zakonnic wiedziało, że jeśli nowy porządek rewolucyjny przyzwolił, aby siostry kapucynki z Sarrià pozostały za czcigodnymi murami swojego klasztoru, zamiast wyrzucić je i skonfiskować budynek, to stało się tak wyłącznie dzięki temu, że matka przełożona była siostrą jednego z szefów FAI, człowieka groźnego i kalekiego, który zwał się Manuel Escorza. To właśnie on w pierwszych dniach wojny zajął się organizacją rewizji w gmachu zgromadzenia połączonej z fałszywymi zatrzymaniami: matce przełożonej we własnej osobie, pewnej nowicjuszce o zakonnym imieniu Concepció i jeszcze sześciu czy siedmiu młodym mniszkom, wprowadzonym wcześniej w szczegóły planu, nakazano wejść do furgonetki, podczas gdy pozostałe zakonnice, niewtajemniczone w podstęp, płakały strwożone, wznosząc modły w kaplicy Świętej Agaty. W pewnym momencie doszło nawet do przerażających scen, kiedy oddział milicji wyznaczony do napaści na dom kapucynek, porwany entuzjazmem i nadmiernym zapałem, postanowił sprofanować grobowce pięciu wcześniejszych matek przełożonych pochowanych w obrębie klasztoru. Milicjanci wydobyli zmumifikowane ciała i umieścili je przed głównym wejściem do budynku, gdzie wisiały przez kilka godzin. Efektem incydentu były liczne omdlenia wśród zakonnic oraz świeckich dam, które miały to szczęście, że tamtego dnia przechodziły obok klasztoru i natknęły się na mumie. Jednocześnie zdarzenie wywarło odpowiednie wrażenie i niewątpliwie przekonało całą okolicę, że kapucynki z Sarrià zostały zatrzymane i rozpędzone, a ich dom zakonny skonfiskowany w imię rewolucji, tak jak pozostałe należące do Kościoła budynki w mieście. Jeśli zaś chodzi o członków oddziału, którzy zaczęli podejrzewać, że są pionkami w jakiejś haniebnej grze dopiero wtedy, kiedy otrzymali rozkaz odstawienia zatrzymanych mniszek z powrotem do klasztoru oraz zdjęcia mumii z fasady budynku, to Manuel Escorza bez większego trudu obwinił ich o działania uznawane za zdradę stanu i kazał wszystkich rozstrzelać, aby mieć pewność, że nie dopuszczą się żadnej niedyskrecji.

Łatwo sobie wyobrazić radość, z jaką mniszki z Sarrià przyjęły powrót swojej matki przełożonej i najmłodszych sióstr, oraz – w konsekwencji – gotowość, z jaką przystały na przyjęcie dwóch warunków postawionych przez Manuela Escorzę w zamian za to, że nie zostaną wygnane z klasztoru ani narażone na upokarzające traktowanie. Jako że sprawa dotyczyła mniszek klauzurowych, pierwszy z warunków był łatwy do wypełnienia: siostry miały absolutny zakaz jakichkolwiek kontaktów ze światem zewnętrznym. Oficjalnie klasztor kapucynek w Sarrià został ewakuowany, a na jego terenie, otoczonym pięciometrowej wysokości murem chroniącym przed wścibskimi spojrzeniami, nikt nie mieszkał. Budynek skonfiskowano w imię władzy ludowej (formuła, jaką posługiwano się zwykle w takich przypadkach) i oczekiwał on na wykorzystanie w taki czy inny sposób. Ponadto Escorza polecił zaufanemu człowiekowi zająć się dostarczaniem do klasztoru jedzenia, drewna na opał, odzieży oraz wszystkiego, czego wspólnota mogłaby potrzebować do utrzymania, a co bez większych trudności mógł dostać w magazynach z zarekwirowanymi dobrami.

Drugi warunek pojawił się po kilku tygodniach i również został zaakceptowany bez zbędnych pytań. Kapucynki miały przyjąć do swojej siedziby ni mniej, ni więcej, tylko samego biskupa Barcelony, Jego Ekscelencję Gabriela Perugorríę. Dopiero po długim i obfitującym w różne wydarzenia okresie prześladowań, który zaczął się w dniu, kiedy dostojnik o świcie, podczas ataku rewolucjonistów na pałac biskupi, musiał salwować się ucieczką tylnymi drzwiami, Escorzy udało się złowić tę grubą rybę. Otrzymał też ścisłe rozkazy, by chronić ją w odpowiednim akwarium, dopóki nie nadejdzie pora, by wyciągnąć z tego korzyści. Patrol milicji robotniczej zatrzymał biskupa, nie wiedząc, kim jest naprawdę, podczas rewizji w domu pewnego złotnika podejrzanego o ukrywanie duchownych i mniszek. Kiedy w końcu w areszcie przy Sant Elies ktoś rozpoznał don Gabriela Perugorríę w biedaku, któremu nakazano się rozebrać, zanim został poddany przesłuchaniom i upokorzeniom, natychmiast zawiadomiono o wszystkim Manuela Escorzę. Aby zapewnić sobie bezpieczeństwo i konieczne milczenie, musiał on zabić całkiem sporo ludzi i napisać fałszywy raport informujący o egzekucji biskupa, ale gdy uznał, że już nie grozi im niebezpieczeństwo infiltracji, osobiście odprowadził Jego Ekscelencję do domu kapucynek i zamknął w doskonałej kryjówce, którą stworzył za milczącym przyzwoleniem swojej siostry. Mniszki przyjęły obecność don Gabriela Perugorríi, którego w mieście już od jakiegoś czasu uważano za martwego, za budzący nadzieję dowód działania Opatrzności Bożej. W tej chwili, podczas liturgii odprawianej z okazji setnych urodzin siostry Presentació, biskup perorował właśnie na ten temat:

– Opatrzność Boża, siostry – jego głos wznosił się ku coraz wyższym rejestrom – to obecność Pana Naszego we wszelkim stworzeniu. Owa obecność wyraża się nieustannie w wiecznej woli tworzenia i zachowania swego stworzenia, woli całkowicie nadrzędnej, dzięki której Bóg objawia się zgodnie z samą naturą dobra, będącego Jego właściwością. A czyni to dla dobra istnienia, a przeciw nicości, dla światła, a przeciw ciemnościom, dla życia, a przeciw śmierci.

Kiedy biskup kończył jakieś zdanie, które wydawało mu się szczególnie udane, wtedy podnosił lekko ręce, a wszystkie mniszki odpowiadały „amen”. Jednocześnie chór sześciu młodych zakonnic stojących po lewej stronie ołtarza czystym głosem intonował krótką inwokację:

Pie Jesu Domine.

Nowicjuszką kierującą tym nielicznym, ale dobrze zgranym chórem była siostra Concepció, która zyskała sympatię matki przełożonej, towarzysząc jej podczas fałszywego zatrzymania. Inwokacja stanowiła zaś początkową frazę Pie Jesu z Rèquiem Gabriela Faurégo, które w tym szczególnym dniu tworzyło akompaniament dla słów kaznodziei. Po zakończeniu partii chóru ukontentowany z występu i zadowolony z siebie biskup Perugorría kontynuował:

– Jeśliby ludzie pozbawili mnie dóbr moich i czci, gdyby choroba odjęła mi siły, a ja sam straciłbym łaskę w grzechu, nie porzucę przecież nadziei, ale zachowam ją aż po kres mego żywota. I próżny będzie wysiłek wszystkich demonów piekielnych, by mi ją odebrać, z Twoją pomocą otrząsnę się bowiem z winy. Cała moja nadzieja opiera się na pewności, z jaką czekam pomocy Twojej, Panie, Ty sam bowiem utwierdziłeś mnie w nadziei.

Na co mniszki prędko:

– Amen.

A chór srebrnym głosem:

– Pie Jesu Domine.

I biskup w uniesieniu:

– Wiem aż nadto dobrze, że ja sam jestem słaby i zmienny; wiem, co może uczynić pokusa z najwytrwalszą z cnót, lecz mnie to nie uczyni tchórzliwym. Póki będzie we mnie prawdziwa nadzieja, nie dosięgnie mnie żadne nieszczęście i jestem pewien, że nigdy jej nie stracę, jest we mnie bowiem wiara, że obdarzysz mnie, Panie, wytrwałością w nadziei.

– Amen.

– Pie Jesu Domine.

– Jest we mnie pewność, że nie oczekuję zbyt wiele od Ciebie, Panie, i że nigdy nie dostanę mniej, niżbym się spodziewał. Dlatego przepełnia mnie nadzieja, że obdarzysz mnie siłą w czas tak bliskiego niebezpieczeństwa, że ochronisz mnie przed wściekłym wrogiem i sprawisz, że moja słabość zatryumfuje nad najokrutniejszym z nieprzyjaciół. Przepełnia mnie nadzieja, że nigdy nie odmówisz mi swej miłości, Panie, i że ja wiecznie miłować Cię będę, odrzuciwszy wszelką słabość. Aby zaś przybyć nareszcie tam, dokąd dąży moja nadzieja, w Tobie, o Stwórco mój, pokładam całą swoją nadzieję i czekam na Ciebie cały pisany mi na tym padole czas i całą wieczność. Amen.

– Amen – powtórzyły mniszki niemal z takim samym uniesieniem, jakie w widoczny sposób zawładnęło kaznodzieją.

W tym samym momencie siostra Concepció dała nareszcie znak chórzystkom, by rozwinęły utwór, który do tej pory ledwo zaznaczały, i by rozbrzmiał całym bogactwem tonów. I chór zaintonował:

Pie Jesu Domine Dona eis requiem Dona eis requiem.