Bestia - Olga Sawicka - ebook

64 osoby właśnie czytają

Opis

Oni widzą w nim bestię.

On nazywa siebie sprawiedliwością.

Gdy znajdują pierwsze ciało, nie domyślają się, po co morderca zakrył twarz.

Gdy ginie druga dziewczyna, a potem kolejna, bez zdejmowania jutowego worka wiedzą, czego pod nim nie będzie.

Gwałty się zdarzały, morderstwa i uduszenia też.

Kolekcjonera oczu nigdy tu nie mieli.

 

1976 rok. Duszne, senne, oplecione siecią zagmatwanych powiązań Suwałki. Czy młoda, zbyt ambitna porucznik Milicji Obywatelskiej, zesłana do Suwałk za romans z przełożonym, zdoła rozwikłać zagadkę bestialskiego mordercy? Miejscowy komendant chce jak najszybciej złapać zabójcę. Najlepiej, gdyby okazał się kimś z zewnątrz, „zwyczajnym” dewiantem. Tu nie Zagłębie, kolejnego Wampira nie będzie. Ada Krzesicka ma na ten temat odmienne zdanie. Komendanta prowadzą poszlaki, ją – intuicja. Kto pierwszy dotrze do prawdy i za jaką cenę?

 

Literatura jeszcze nigdy nie była tak blisko rzeczywistości!


 

Olga Sawicka to główna bohaterka serialu TVN Pułapka.

Gra tam jedną z najpoczytniejszych współczesnych autorek kryminałów, laureatkę wielu plebiscytów i nagród literackich, której książki zawsze zyskują miano bestsellerów. Bestia to jej debiutancka powieść, która ponownie staje się popularna w związku z głośną sprawą kryminalną przedstawianą w serialu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Epilog
Karta redakcyjna

Dla A.

Prolog

Przez chwilę jeszcze próbowała walczyć; to naturalny odruch każdej żywej istoty – w obliczu nadchodzącej śmierci organizm uruchamia dodatkowe siły, następuje pełna mobilizacja.

Straceńcza szamotanina trwała kilka minut. Potem ruchy zaczęły słabnąć, między kolejnymi szarpnięciami następowały przerwy, zrazu krótkie, z czasem coraz dłuższe. Momenty zrywu oddawały pola chwilom bezruchu. Opadała z sił, ale wciąż próbowała walczyć o swoje życie.

Kres nastąpił wtedy, gdy do akcji wkroczyło zwątpienie. Jeszcze przez chwilę się szamotała, jeszcze poderwała do walki, ale on wiedział już, że przegra. Będzie powoli konać, aż w końcu umrze. Widział to wiele razy; początkowo nie potrafił patrzeć na to bez łez. Gdy pierwsza z nich wpadła w pułapkę, serce waliło mu jak oszalałe. Miał nadzieję, że sobie poradzi, jakoś się wyrwie. Jasne, on też ich nie znosił, drażniły go, irytowały, burzyły spokój. Chciałby, żeby zniknęły, ale nie w ten sposób. Albo żeby przynajmniej on nie musiał na to patrzeć.

Ale nie miał wyjścia. Lep był przyczepiony do haczyka wbitego w drewnianą belkę, pod którą ustawiono stół kuchenny. Zapobiegliwie, żeby nie trzeba było zbyt często stawać na taborecie i zmieniać plastrów, odcięto pokaźny kawałek, który teraz był w sporej części zaczerniony muszymi ciałami.

Chłopiec przełknął ślinę. Opuścił głowę i wbił wzrok w blade niezapominajki na ceracie. Dlaczego przygląda się tym muchom? Przecież mógłby w ogóle nie spoglądać w ich stronę, udawać, że ich tam nie ma. Gdyby nie patrzył, to byłoby trochę tak, jakby ich wcale nie było. Próbował, ale mu się nie udawało. Nie, nie patrzył dlatego, że lubił oglądać ich agonię, jak mu to kiedyś on powiedział, a potem się zaśmiał tym swoim grubym, wcale nie wesołym śmiechem. Patrzył z nadzieją, że kiedyś którejś uda się uciec, wywinąć losowi.

Do tej pory nie udało się żadnej.

Żeby już o tym nie myśleć, żeby się uspokoić, sięgnął ręką do kieszeni krótkich płóciennych spodni. Wyciągnął z nich jutowy woreczek związany parcianym sznurkiem. Rozsupłał go i delikatnie wysypał jego zawartość. Szklane kulki potoczyły się po stole.

Były piękne: błyszczące, gładkie, jakby idealnie wyszlifowany lód. Ale najciekawsze kryło się w ich wnętrzach: kolorowe drobinki, jak miniaturowe konfetti. Każda kulka była inna; niektóre kryły w sobie całą paletę kolorów, inne były jednobarwne.

To był jego skarb, najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek dostał. Dobrze pamiętał ten dzień. Pojechali wtedy z mamą do samego miasta, na plac, gdzie rozstawiło się wesołe miasteczko. Przejazd na karuzeli był niesamowity, ale z tych emocji we wspomnieniach zachowało się tylko falowanie karego konika, na którym siedział, i złudna miękkość jego grzywy. Kiedy karuzela stanęła, jeszcze przez chwilę mu się wydawało, że wszystko dokoła się kręci. Mama się śmiała, ale tak ciepło, dobrze. Pięknie wtedy wyglądała w tej żółtej sukience, butach na obcasie i z uszminkowanymi ustami. Gęste jasne włosy spięła w wysoki kok, włożyła białe klipsy. Najpiękniejsza mama na świecie. A potem wzięła go za rękę i poprowadziła między stragany. Strzelby, pistolety, lalki, figurki, gwizdki, święte obrazki – czego tam nie było! I te kulki. Jedna wyjęta z woreczka, na zachętę, do obejrzenia, reszta skryta w jucie. Sprzedający zobaczył, że chłopiec wpatruje się w tę kulkę jak urzeczony. Sięgnął po woreczek i po chwili w jego dużej dłoni zagrzechotało i zabłyszczało wiele kulek. Chłopiec od razu zauważył, że choć są podobne, to jednak każda jest inna. Mężczyzna zachęcił go wzrokiem; chłopiec zanurzył swoją małą rączkę i delikatnie, ujmując ją między kciukiem i palcem wskazującym, wyciągnął jedną kulkę. W szkle zatopiono niebieskie drobinki; niebieskie jak oczy mamy. I jak te niezapominajki na ceracie.

Mama kupiła mu je wszystkie. Wracał wtedy do domu, jedną ręką ściskając dłoń mamy, drugą – woreczek z kulkami. Był najszczęśliwszy na świecie.

Teraz już nie był taki szczęśliwy. Bał się.

Prażyło sierpniowe słońce. Zza okna słychać było pokrzykiwania i jakieś śmiechy. Dzieci z okolicznych domów biegały po podwórku, wzniecając tumany kurzu. Chłopcy pewnie grali w piłkę albo bawili się w zabijanie żab. Nie lubił ani tych zabaw, ani tych chłopców. Śmiali się z niego. Był niższy, słabszy, mniej sprawny. Poszturchiwali go i popychali. „Poskarż się ojcu” – rechotali.

Nie miał ojca, nigdy go nie miał.

Miał mamę, ale mama była zajęta.

Chciałby, żeby do niego przyszła, żeby go przytuliła. Czasem to robiła, bywało, że zmierzwiła mu włosy, gęste jak u niej. Ale musiała mieć dobry humor i nie pić.

A teraz piła. Oboje pili, ona i wujek. Kazała nazywać go wujkiem i nie denerwować. Nie przeszkadzać im.

Siedział więc przy stole, cicho i grzecznie.

Zaczął delikatnie turlać kulki. Najpierw tylko dwie, od prawej do lewej dłoni, powolnymi posunięciami. Potem dołączył kolejne dwie; toczyły się po ceracie, zgrabnie się wymijając. Kolorowe drobinki w środku wirowały.

Kulek przybywało, sztuczka stawała się coraz trudniejsza. Co jakiś czas szkło stukało o szkło, a uderzone kulki odskakiwały od siebie, głucho uderzając o stół.

Z pokoju obok, oddzielonego od kuchni grubą brązową kotarą, dobiegły jakieś głosy. Męski był donośniejszy, zdenerwowany. Kobiecy coś bełkotliwie tłumaczył.

Głosy stały się coraz głośniejsze. Już wolał te postękiwania, jęknięcia, a potem ten okropny śmiech. Wtedy był bezpieczniejszy. I mama też była bezpieczniejsza. Wówczas nic jej nie groziło. Kiedy nie leżała z wujkiem w łóżku, bywało różnie. „Ma ciężką rękę” – tłumaczyła siniak na policzku.

Usłyszał ciężkie klapnięcia bosych stóp na drewnianych deskach, narastające, nadchodzące.

Kotara się rozchyliła i do kuchni wszedł rosły mężczyzna. Miał na sobie rozciągnięty i wymięty podkoszulek, który odsłaniał barczyste ramiona. Na jednym z nich był tatuaż – kobieta, ale z rybim ogonem. „Syrena” – śmiała się mama, a on ją wtedy klepał po pupie. Nie podobała mu się ta syrena, było w niej coś złowrogiego.

Poczuł zapach wódki. I potu.

Skulił się odruchowo.

Mężczyzna podszedł bliżej stołu.

– Idź na podwórko – powiedział.

Chłopiec, nie podnosząc wzroku, pokręcił głową. Tamci by go znowu dręczyli. I mamy nie powinien zostawiać.

– Spierdalaj, mówię. – Mężczyzna oparł się dłońmi o stół.

Chłopiec znowu pokręcił głową. „Gdzie jest mama?” – pomyślał.

– No ruszże się! – Mężczyzna uderzył go w ramię. Zabolało; dłoń była duża, twarda. Dłoń stolarza.

Kotara znowu zafalowała. Kobieta zrobiła kilka kroków. Z trudem utrzymywała równowagę.

– Coo? – zapytała bełkotliwie.

– Mówię, żeby wyszedł, gówniarz jeden. Dziwadło takie. Co za chłop z niego wyrośnie? – Mężczyzna odwrócił się w jej stronę.

Zrobił się czerwony na twarzy. Od alkoholu, gorąca, ze złości.

– Daj spookóój… – Kobieta się zachwiała. Oparła się plecami o ścianę i powoli zsunęła na podłogę. Przez chwilę siedziała z podkurczonymi nogami; biała halka na ramiączkach się podwinęła, odsłaniając obfite owłosienie łonowe. Jedno ramiączko zawisło na krągłym ramieniu, pociągając za sobą stylon. Materiał zatrzymał się na ciemnobrązowym sutku.

Chłopiec nie chciał oglądać takiej mamy. Zamknął oczy. Pod powiekami pojawiła się inna mama – przy straganie, ładna, uśmiechnięta, jego.

Mężczyzna szarpnął go za koszulkę. Materiał zatrzeszczał, gdzieś puścił szew.

– Idź, kurwa. No idź.

Chłopiec zadrżał. Zaraz się rozpłacze, a tego wujek nie lubi chyba najbardziej. „Jaka baba” – sarknie. I uderzy.

– A jak ty chłopaków na podwórku nie lubisz, to może ty podglądać lubisz, co? No?

To było coś nowego. Do tej pory chłopiec tego nie słyszał.

– Pewnie, że tak. Tyś taki sam chujek, jak twój ojciec. To ja ci pokażę.

W głosie mężczyzny była złość, coś więcej nawet. Zrobił się jak Azor u sąsiadów, kiedy chłopcy zastawili wejście do budy szeroką deską i walili w tę budę kijami. Potem, gdy wreszcie odsunęli deskę, Azor wystrzelił jak oszalały. Szarpał łańcuch, odsłaniał kły, oczy miał dzikie, z pyska kapała mu ślina.

Mężczyzna popchnął chłopca. Ten próbował się schwycić ceraty, ale drobne palce prześlizgnęły się po materiale. Obdrapany taboret się zachwiał. Chłopiec spadł na zimne deski. Zabolało go ramię. Próbował się podnieść, ale ciężka dłoń chwyciła go za szyję i przydusiła do podłogi. Paznokcie bezsilnie drapały drewnianą podłogę. Leżał na brzuchu, na płasko, wyswobodził tylko głowę, przekręcając ją na bok. Jednym okiem patrzył na matkę, drugą połowę twarzy miał przyklejoną do podłogi. Matka też na niego patrzyła, ale go nie widziała. Ona też była jak ten Azor, tylko jakby na odwrót: on chciał rozszarpać wszystkich, jej było wszystko jedno.

Mężczyzna wsunął dłoń między podłogę a brzuch chłopca. Przez chwilę się mocował z guzikiem jego krótkich spodni. W końcu udało mu się przecisnąć go przez otwór. Szarpnął materiał, zsuwając spodenki aż do kostek. Zostawił je tam. Potem pociągnął za gumkę bawełnianych majtek; za mocno. Rozległ się trzask i guma puściła, rozprężając się. Mężczyzna schwycił trykot i obciągnął majtki poniżej kolan chłopca.

Scenariusz zawsze był taki sam – on ściągnie mu spodnie i majtki i spuści lanie. A ona będzie patrzeć. Teraz jednak było inaczej. Mężczyzna był tylko w kalesonach, bez spodni, z których w takich sytuacjach wyciągał skórzany pasek, i potem, w zależności od przewiny, bił końcem z dziurkami albo ze sprzączką.

Chwila nadziei. „Jest podpity, zezłościł się, ale teraz się ocknie i odpuści” – pomyślał chłopiec.

Ucisk wokół szyi na chwilę zelżał. Chłopiec kątem oka zobaczył, że mężczyzna wykonuje jakieś ruchy ręką wokół swoich bioder. Stęknął, wyprężył się jak kot, a potem przesunął dłonią wzdłuż nóg. W końcu wierzgnął jedną stopą, odpychając od siebie biały materiał – swoje kalesony.

Chłopiec wiedział, co się dzieje, gdy wujek się tak rozbiera przy mamie. Ona się kładła, on na niej i oboje zaczynali się trząść i stękać. Podejrzał ich kiedyś przez szparę w zasłonie. „On jej wkłada – śmiali się koledzy na podwórku. – Każdy facet to robi, i potem się rodzą dzieci. Albo bękart, jak ty”.

Ale on przecież nie był kobietą, nie był matką.

Mężczyzna rozsunął mu nogi. I wtedy chłopiec zrozumiał, że zaraz stanie się coś okropnego.

Ból był nie do wytrzymania. Uderzenia metalowej sprzączki o gołe pośladki wydawały się przy tym delikatnym poklepywaniem. Raz za razem. Piekło, szarpało, rozrywało od środka. Cierpienie rozlewało się po całym ciele, wędrowało przez żołądek do gardła. Kwaśna gula rozrastała mu się w buzi. Pchnięcie za pchnięciem, coraz szybsze. Mężczyzna zaczął dyszeć, przyspieszył. Chłopiec jednym zapłakanym okiem patrzył na matkę. Miała otwarte oczy i też patrzyła, ale jej wzrok nie zatrzymywał się na synku, tylko przenikał go i wędrował gdzieś dalej.

– Uhh! – Finalne sapnięcie.

Nacisk zniknął, została wilgotna, pulsująca bólem rana.

Mężczyzna podniósł się, wciąż posapując. Przez chwilę postał, potem wciągnął kalesony. Podszedł do stołu. Chłopiec leżał i się trząsł. Patrzył na niego.

– No to się dowiedziałeś, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną.

Powietrze świsnęło i mężczyzna zamaszystym ruchem zmiótł kulki ze stołu. Kolorowe refleksy na chwilę zawisły w powietrzu, a potem rozległa się seria brzdęknięć. Część kulek rozprysła się, uderzywszy o podłogę, inne potoczyły się w różnych kierunkach – pod kredens, za kotarę, w kierunku sieni.

Mężczyzna odwrócił się i poszedł do pokoju. Chłopiec usłyszał głuche plaśnięcie, a po jakimś czasie chrapanie. Dopiero wtedy spróbował się podnieść. Kostki wciąż miał oplecione swoimi spodniami i majtkami. Zsunął je dłonią i stanął na trzęsących się nogach. Schylił się po bieliznę. Poczuł wilgoć na udzie. Spojrzał i zobaczył smugę krwi. Na miękkich nogach powoli podszedł do pieca i ściągnął z niego ścierkę. Zaczął się wycierać. Bolało i piekło, krew mieszała się z czymś mlecznym.

Chłopiec starannie złożył i schował zabrudzoną ścierkę w wiadrze z węglem. Wciągnął majtki i spodnie. Klęknął i na kolanach zaczął powoli sunąć po deskach. Syknął – nie zauważył drobinek szkła i oparł na nich dłoń. Ostre okruchy wcisnęły się pod skórę. Powoli zbierał ocalałe kulki i wkładał je do kieszeni spodni. Ostatnia doturlała się do matki. Chłopiec przesunął się w jej stronę. Wyciągnął dłoń i zgarnął tę najładniejszą, ostatnią, niebieską. Potem podniósł wzrok i zatrzymał go na twarzy matki.

Ona jakby na chwilę wróciła, zamglony błękit jej oczu na moment się rozjaśnił.

– No i coo? Nie patrz tak na mniee… – wybełkotała.

Przymknęła powieki i zaczęła głośno oddychać przez półotwarte usta.

Chłopiec rozejrzał się po kuchni. Powoli, przełamując ból, wstał i podszedł do stołu. Spojrzał na lep. Ostatnia ofiara jeszcze lekko ruszała skrzydełkami.

Sięgnął po woreczek i przełożył do niego kulki z kieszeni.

To, co się stało, było okropne. Wujek, mama, kulki. Strach, łzy, ból, upokorzenie, lęk, niesprawiedliwość, osamotnienie. Coś przecież powinien teraz czuć.

Ale nie czuł nic. Już nie czuł nic.

Rozdział 1

Winogrona bujnymi kiściami zwieszały się z gałązek. Widziała takie na plantacjach w Słonecznym Brzegu. Wielkie żółte głowy słoneczników, ogromne kolby kukurydzy i te bujne kiście drobnych winnych gron. Jak wiele zależy od klimatu – słońce i ciepło, lekki wiatr, błękitne niebo i życie rozkwita. Tu podobno już w październiku trzeba kożuch z szafy wyciągać. Wtedy urlop się kończył; początkowe zaczerwienienia zdążyły się już zmienić w karmelową opaleniznę; zostały tylko skromne białe paski pod skąpym dwuczęściowym opalaczem. Wiedziała, że wspólnie będą się z nich śmiać, kiedy on ściągnie z niej dżinsy i koszulkę i powie, jak bardzo za nią tęsknił, a potem wycałuje każdy kawałek jej ciała: opalonego i nieopalonego.

I tak było, kiedy się kochali w użyczonym przez kolegę domku letniskowym nad Zalewem Zegrzyńskim. Jeździli tam nawet jesienią i zimą, włączając w małym pokoju farelkę. Bujną wiosną, kiedy natura bardziej sprzyjała ich gorączkowemu romansowi, wszystko się zawaliło. Podobno żona dowiaduje się ostatnia; widać żony podpułkowników mają lepszy wywiad. Pani Rolska nie zrobiła afery na całą komendę, przeprowadziła to w białych rękawiczkach. „Ona jest pragmatyczna nie z wyboru, a z charakteru” – stwierdził Andrzej. I ma ojca w SB, pułkownika. To on załatwił Adzie ten „awans”. Nie wiedziała, co ją bardziej zabolało: czy to, że Andrzej postawił na rodzinę („Dzieci, trzy i pięć lat, wyobrażasz sobie, że je zostawiam?”), czy to, że została zesłana na koniec świata, do komendy, gdzie najbardziej spektakularne sprawy ostatniego roku to bimbrownia, przywłaszczenie mienia w zakładach maszynowych i pijacka burda.

„O Boże”– jęknęła w duchu.

– O kurwa – powtórzyła zduszonym szeptem.

Zaklęcia jednak nie pomagały. Nie tym razem. Głowa rozpadała się na kawałki, a wysuszone wargi bolały. Niepamięć wczorajszego dnia sączyła niepokój i niejasne poczucie winy. Poranek zapowiadał się fatalnie, a cały dzień pewnie będzie przypominać brudną szmatę.

Postanowiła przyjrzeć się winogronom na etykiecie z pozycji pionowej. Ostrożnie usiadła na tapczanie. Świat zawirował. Butelka była prawie pusta, na dnie została odrobina bursztynowego płynu. „Winiak luksusowy, ale kac zwyczajny” – pomyślała.

Przez chwilę po przebudzeniu nie wiedziała, gdzie się znajduje. Po to właśnie piła – żeby wieczorem paść w białą pościel ostemplowaną grantową pieczątką „MO KOM. MIEJ. SUWAŁKI” i stracić przytomność, a rano jeszcze przez moment nie przypominać sobie, co się wydarzyło przed trzema miesiącami.

„Chujoza” – mówili koledzy ze stołecznej, kiedy jakaś sprawa szła im wyjątkowo opornie.

„Chujnia” – mówiło się tu, w Suwałkach. Bliżej do ZSRR, to i rosyjski bliższy. Xуйня.

Chujnia to było najlepsze określenie dla jej sytuacji – tego mieszkanka jak w podrzędnym zajeździe, tej komendy z nalanym, często skacowanym i wszechwładnym komendantem Szkudłą, tego miasta, gdzie w centrum stare chałupy mieszały się z nowymi blokami, a na głównym skrzyżowaniu ścigały się furmanki. Takie miejsca są dobre na wakacje, jako egzotyczna odskocznia od życia w stolicy. Ona wylądowała tu na dłużej, może nawet na bardzo długo.

Porucznik Ada Krzesicka – warszawianka po szkole oficerskiej w Szczytnie, specjalizacja: zwalczanie przestępstw kryminalnych – która w nagrodę za dobre wyniki trafia do jednej z najlepszych stołecznych komend, pracuje przy sprawie Federa i Dębińskiego, ma perspektywy i szanse na szybkie wspięcie się po drabinie milicyjnej hierarchii, ląduje w komendzie miejskiej w Suwałkach. „Miasto wojewódzkie” – podkreśla Szkudła. Tak, od roku. „Powiat czy województwo, co za różnica” – myśli Ada. Mentalnie, ludzko, okolicznościowo – tak samo, jak było. Chujnia.

Rolski czasem dzwoni i mówi, że się o nią martwi. Niepotrzebnie. Ada przecież panuje nad sytuacją. Pije tylko w piątki, soboty i niedziele. W dni robocze jest trzeźwa. Niestety.

Wstała, przytrzymując się blatu stołu. Głowę miała jakby owiniętą szczelnie w koc. „Będzie pani zadowolona. Nowiutki blok, piękne mieszkanko – powiedział Szkudła, wręczając jej klucze do służbowego lokum. – Może to nie stolica, ale…”. Zawiesił wtedy głos, patrząc na nią tymi swoimi małymi oczkami zatopionymi w fałdach tłuszczu. To „ale” mogło znaczyć, że jest dumny, iż tak mu się pięknie miasto rozwija, że wyrównywanie szans w Polsce Ludowej to nie puste hasło, a rzeczywistość. A mogło też znaczyć: „…ale kiedy ktoś dostaje wilczy bilet z Warszawy za wchodzenie do łóżka przełożonemu, to nie powinien narzekać”.

Ada była przekonana, że Janusz Szkudła wiedział, co się kryło za tym jej przeniesieniem. Oficjalnie: „wsparcie działań Milicji Obywatelskiej na terenie województwa suwalskiego wykwalifikowaną kadrą z komendy stołecznej”. Nieoficjalnie: łatwa pani porucznik dostała karniaka z samej góry. A skoro Szkudła wiedział, to wiedziała i cała komenda. I pół Suwałk. Tu się żyło razem, jak w rodzinie. Wszystko zostawało w środku, nic nie wychodziło na zewnątrz, tego się Ada przez te trzy miesiące nauczyła.

Popatrzyła na bladożółte ściany („Kolor jak popłuczyny po tym bułgarskim słońcu” – pomyślała), marynistyczny obrazek w jasnobrązowych ramkach, meblościankę na wysoki połysk i smętne drzewko szczęścia na parapecie. Drzewko szczęścia ją ubawiło, taka niefortunna nazwa w tych okolicznościach, choć akurat ta roślinka stanowiła jedyny przyjemny akcent podczas jej bytności tutaj. Beata Morka, sekretarka Szkudły, rudawa dwudziestokilkulatka z zawsze wymalowanymi paznokciami, wsadziła do glinianej doniczki zaszczepkę, żeby pani porucznik z Warszawy milej się mieszkało. Sympatyczna dziewczyna, jedyna na komendzie. I chyba jedyna poza układem. No bo co mogła do niego wnieść? Niby swoje apetyczne ciało, ale skoro Ada już wiedziała, że Beata szuka męża, to na pewno wszyscy na komendzie też to wiedzieli. A tu zdatnych do żeniaczki nie było. Szkudła, po pięćdziesiątce, żonaty, pewnie niedługo wnuki mu się sypną. Kaczmarczyk, jego zastępca, od dwóch miesięcy na zwolnieniu, z którego ponoć bliżej na cmentarz niż z powrotem za biurko. Piotr Tomczycki, młody chłopak zaraz po wojsku, przydzielony Adzie do pary, który jeszcze mleko miał pod wąsem. Faceci z innych wydziałów niż kryminalny? To samo: albo żonaci, albo nieżonaci i powody tej bezżenności były widoczne gołym okiem.

Ada poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Alkohol bez jedzenia to kiepski pomysł, kiedy wreszcie się tego nauczy? Niestety, w chlebaku została tylko zeschnięta piętka, a w lodówce – kawałek twarogu. Myśl o tej nieforemnej kulce przetworzonego mleka zawiniętego w gazę wywołała u niej kolejną falę mdłości. Wyrównała oddech, jeszcze chwilę posiedziała. Nie znosiła rzygać. Jednym to przychodziło łatwo, jak śpiew ptakowi, inni, jak ona, starali się nie dopuścić do wymiotów. To podobno cecha tych, co nie umieją słuchać swojego ciała i są zbyt spięci. Może i była zbyt spięta. Trochę jej odpuściło przy Rolskim, ale to już przeszłość. Podeszła do szafy. Wyciągnęła dżinsy i bordową koszulę z kołnierzykiem. Nie lubiła wyglądać kobieco, to znaczy przesadnie kobieco. Trochę pewnie dlatego, że gdy dziewczyna dorasta bez matki, to nie ma skąd czerpać wzorców. Ojciec się starał, ale akurat w tej kwestii mu nie szło. W innych było całkiem dobrze, dopóki się ponownie nie ożenił. Aldona, nowa pani Krzesicka, była kobieca aż za bardzo, ale akurat na niej Ada nie chciałaby się w niczym wzorować. Nie to, żeby macocha świadomie robiła jej jakąś krzywdę, Ada nie lubiła jej całkiem bezinteresownie. Do braku wcześniejszych wzorców doszedł więc antywzorzec – Ada postanowiła być całkowitym przeciwieństwem macochy: żadnych dekoltów, miniówek, tapirów, trwałych, koturnów. Kontestacja trochę pomagała, ale nie na tyle, by zatrzymać Adę w domu. To dlatego wybrała Szczytno – leżało odpowiednio daleko. Nie był to, oczywiście, jedyny powód, chodziło też o tę sprawę z przeszłości, kiedy…

Nagłe pukanie do drzwi ją zdziwiło. Nie spodziewała się nikogo. Szybko dopięła ostatnie guziki w koszuli. Pukanie się powtórzyło. Teraz było głośniejsze, bardziej natarczywe, aż wyolejowana dykta się zatrzęsła. „Kurwa, czy oni tu w Suwałkach dzwonków nie używają, tylko jak do stodoły walą?” Głowa znowu zaczęła pulsować.

– Zaraz! – krzyknęła. Szybko podeszła do stołu i jednym haustem wypiła resztę winiaku. Powinno pomóc choć na chwilę.

Wróciła do miniaturowego przedpokoju i otworzyła drzwi. Przed nią stał zziajany Tomczycki. Zobaczyła, że po policzku cieknie mu strużka potu. Nawet dość lubiła tego chłopaka. Był młody, po szkole zawodowej i wojsku, bez matury jeszcze, którą chciał zrobić wieczorowo, ale za to miał w sobie coś ujmującego, jakieś – nie wiadomo skąd nabyte w tym mieście – kindersztubę i pokorę. Jakby był obcy. A może ta przemiana dopiero przed nim? W końcu pracował na komendzie tylko kilka miesięcy dłużej niż Ada. Może nie zdążył jeszcze przesiąknąć zwyczajami i klimatem Suwałk?

– Dzień dobry, pani porucznik – wysapał. Próbował uspokoić oddech. Musiał tu przybiec z komendy. Daleko nie było, ze czterysta metrów, więc skoro się tak zmachał, to musiał naprawdę zasuwać.

– Dzień dobry – odpowiedziała. Wciąż stała w progu. Nie zapraszała go, bo, oględnie mówiąc, stan pokoju nie był reprezentacyjny. Powinna zacząć regularnie sprzątać, ale do głowy by jej nie przyszło, że ktoś mógłby ją tu odwiedzić. Beata była. Raz. I tyle.

– Przepraszam, pani porucznik, że tak nachalnie, ale sprawa jest.

Winiak jednak nie pomógł. Dudnienie w głowie nie ustawało. Polopiryna się skończyła, Ada będzie musiała przed pracą pójść do apteki. No i kupić bułkę. Nieźle się nowy tydzień zaczyna. I jeszcze ten sierżancina przylatuje. Pewnie znowu z jakąś duperelą.

– No co tam, Tomczycki? W czym Milicja Obywatelska może pomóc? Ziemniaki komuś ukradli czy bójka na weselu była? – Nawet pomyślała, że nie powinna się tak wyżywać na tym chłopaku, ale kac ma swoje prawa – kogoś opieprzyć trzeba.

Tomczycki spojrzał na nią swoimi cielęcymi, dużymi oczami.

– Trupa mamy, pani porucznik.

Rozdział 2

Jest wiele podobnych kobiet, ale ta ma w sobie jeszcze to coś. Wystarczy spojrzeć przelotnie, choćby i z daleka, by to wyczuć: niby łagodna twarz, miękka kobiecość, ale w środku jest jak mężczyźni – też chce rządzić. I patrzy w sposób, w jaki ona patrzyła: jakby go nie widziała, jakby był przezroczysty. Ale to pozór; to spojrzenie królowej, która niby nie zauważa, a widzi wszystko. Zawsze tak jest: nawet jeśli zaczyna się niewinnie, wdzięcznie, to finał będzie jednakowy – jej spojrzenie wbite we mnie. I choćby oczy się zmieniały, to zawsze będą powtórzeniem tego pierwszego razu: pogardą, niezrozumieniem, wyższością. Zostaję sam – poniżony, pokonany.

Słaba płeć, przez wieki tak się mówiło. Należy ich bronić, to rola mężczyzn. Mężczyźni rządzą, one są uległe. To jest zupełne niezrozumienie. Ta słaba płeć ma silną broń. W rzeczywistości to kobiety rządzą, mężczyźni są od nich zależni. Tu nie chodzi o przewagę fizyczną, a o panowanie, można to tak nazwać, biologiczne. Kobiety nęcą, uwodzą, niby to szukają opieki, a potem, gdy już schwycą, oplatają jak pająk siecią. Zaczynają się pretensje, marudzenie. Przemoc nie, no bo one słabe. A potem jest już tylko to spojrzenie: choćby i nic nie powiedziały, to te oczy są jak najmocniejsze, najboleśniejsze, najkrwawsze słowa.

Spojrzenie może zabijać.

Kobiety trzeba pozbawić tej broni.

Rozdział 3

– Przysłali nam porucznika ze stolicy, to i trupa załatwili. – Janusz Szkudła obrzucił Adę niechętnym spojrzeniem.

Widać było, że jest zdenerwowany. Trzymał w ręku papierosa, a na chodniku obok radiowozu Krzesicka zauważyła kilka świeżych kiepów. Szkudła był temperamentny – szybko się wkurzał i, nie przebierając w słowach, obsobaczał, kogo popadło. Na plus, co niechętnie przyznawała, trzeba mu było zaliczyć, że równie szybko się rozpogadzał. Dziś jednak był podwójnie zdenerwowany. W tym mieście poniedziałkowe poranki były trudne dla wszystkich, zwłaszcza dla facetów. A gdy suszy i jest denat do obrobienia, to już naprawdę źle. To akurat Ada rozumiała bardzo dobrze.

– A co się stało, panie komendancie, jakiś pijany wędkarz się utopił? – zapytała. Wiedziała, że jak zacznie w nowym miejscu, tak skończy. A tu kobiety musiały się jeszcze bardziej starać, żeby mężczyźni traktowali je serio, jak równe im, a nie jak mizdrzące się cizie.

– A pani porucznik by nam tu jaskółkę zrobiła?

„Jeden zero dla niego” – pomyślała Ada. Zdążyła szybko umyć zęby, biorąc podwójną ilość pasty, ale to, co zobaczyła w lustrze w łazience, nie zostawiało wiele miejsca domysłom: blada cera, przekrwione oczy, lekki obrzęk. Specjalnie nie spięła dziś włosów – blond pasma delikatnie zasłaniały jej twarz. Nie na tyle jednak, by ukryć weekendowe picie.

Wzruszyła ramionami i nic nie odpowiedziała. Wsiadła na tylne siedzenie milicyjnego fiata, Tomczycki obok niej. Komendant wgramolił się z przodu. Jego masywne ciało rozpychało fotel. Kolanami dotykała derki naciągniętej pod naporem jego szerokich pleców i solidnego tyłka.

– Jedziemy do Aten – doleciało z przodu.

– Dokąd? – W pierwszej chwili nie zrozumiała.

– Miejscowość taka, nad jeziorem – podsunął usłużnie Tomczycki.

– Jak ta boginka z mitów, Atena – zarechotał Szkudła.

– Bogini – poprawiła go Ada. „Wie, że dzwonią, ale kościoły mu się mylą”.

– Niech będzie, co za różnica – zgodził się nadspodziewanie łatwo Szkudła. – Tak czy siak, historia ciekawa, bo to nieślubne dziecko tego Zeusa, a on to kochliwy był, co i raz jakąś z tego ich zestawu brał w obroty. No ale nazwa nie stąd, tylko od założyciela, co się nazywał Ateński.

Tak, zdecydowanie musi ograniczyć picie. Gdyby była w lepszej kondycji, wymyśliłaby ciętą ripostę, a tak to po raz drugi zbyła Szkudłę milczeniem. Wyniosłym, ale i tak przegrała również to starcie. Nie pamiętała mitologii, ale pewnie było, jak mówi. Skoro ma tu taką miejscowość, to może kiedyś nawet zaszedł do biblioteki, żeby sprawdzić, skąd nazwa. I przy sposobności o Atenie i Atenach się dowiedział. Że jej przy okazji dowalił, to już odrębny wątek. Zresztą wszystko jedno, byle głowa przestała boleć.

Droga była bardzo ładna. „Co jak co, ale przyrodę tu mają nie najgorszą” – pomyślała Ada. Miała wrażenie, że jadą przez zielony tunel. Mijali głównie drzewa i łąki, z rzadka drewniane zabudowania. Po mniej więcej półgodzinie zatrzymali się przy bramie, nad którą wisiała biała tablica z niebieskim napisem: „Świtezianka, Dom Wypoczynkowy Zakładów Przetwórstwa Owocowego w Rzeszowie”. Na poboczu stał inny radiowóz. W środku siedziała para nastolatków. A przy bramie stali milicjant i facet w spodniach od garnituru i we flanelowej koszuli.

– Panie komendancie, Zych Mariusz, starszy posterunkowy z posterunku w Bryzgielu. Tych, co znaleźli zwłoki, zawieźć na komendę do Suwałk? – zapytał młody chłopak w mundurze i z pryszczami na czole. Widać było, że jest przejęty. Nie ma się co dziwić, sprawy kryminalne na tym terenie były rzadkością.

– Poczekajcie z nimi, posterunkowy. Na razie idziemy na oględziny. Chłopaki ze sprzętem w drodze, skierujecie ich. Wchodził tam kto jeszcze? Śladów nie zadeptał?

– Nie, ja tylko przez próg zajrzałem, żeby się upewnić, czy rzeczywiście denatka jest. Stróża z kluczami do bramy już dowieźliśmy. – Posterunkowy wskazał ręką na faceta we flaneli. – Jest też nielegalne przejście kawałek dalej, taka pogięta siatka, nawet całkiem nisko, pan komendant dałby radę, ale pomyślałem, że…

– To dobrze, że myślicie, posterunkowy. – Szkudła przerwał ten wywód. – Otwórzcie, obywatelu. – Machnął na ciecia.

Przestraszony facet chwilę się biedził z kłódką, a potem szeroko odsunął oba skrzydła bramy.

– Wjechać? – zapytał kierowca Szkudły.

– Nie, pójdziemy. Który to domek?

– Siódemka. Prosto, a potem przy tej dużej sośnie w lewo. I zaraz pierwszy po prawo. – Posterunkowy każdy punkt instrukcji poparł odpowiednią gestykulacją.

Szkudła kiwnął głową. Ada i Tomczycki poszli za nim.

„Jest coś dziwnego w ośrodkach wczasowych po sezonie” – pomyślała Ada. W wakacje na pewno roiło się tu od ludzi. Rewia sukienek i kostiumów kąpielowych, wędkarze już o piątej rano moczący kije w jeziorze, grupki dzieci biegające po całym terenie i skutecznie mącące naturalną ciszę, zapach bigosu i naleśników ze stołówki, czwartkowe wspólne oglądanie Kobry w świetlicy i wieczorne ogniska. Teraz było tu pusto, słychać było jedynie głosy ptaków i szum drzew. Miejsce odludne, domki rozrzucone po puszczy, aż się prosiło, żeby tu kogoś zamordować. Albo się umówić na sekretną schadzkę, jak ci młodzi. To oni znaleźli ciało. Para licealistów, która „poczuła zew natury”, jak to Szkudła nazwał. Oboje z tych terenów, musieli wiedzieć, że jest niezabezpieczone przejście, a po piętnastym września nie ma wczasowiczów. Nie było już tak ciepło, żeby wystarczyły jakieś krzaki i koc, a zresztą może zależało im na odrobinie romantyzmu, młodzi tak jeszcze mają. Szukali więc dachu, pod którym mogliby się poprzytulać. Postanowili sprawdzić, czy któryś domek jest otwarty, może gdzieś przez pomyłkę sprzątaczka nie przekręciła klucza w zamku. Nacisnęli kilka klamek i w końcu jedna ustąpiła. Ucieszyli się na krótko – na tapczanie zobaczyli kobiece ciało. Dziewczyna ponoć dostała histerii, chłopak też był przestraszony. To było wczoraj, czyli w niedzielę wieczorem. Do rana się zastanawiali, a potem zwyciężył obywatelski obowiązek albo strach, że mogliby zostać wplątani w tę historię jako podejrzani. Zawiadomili posterunek w Bryzgielu. Posterunkowemu powiedzieli, że nie dotykali ciała, ale kobieta na pewno nie żyje, nie ruszała się, nie zareagowała, kiedy weszli i…

No właśnie. Na wąskim łóżku przykrytym musztardowym kocem z jasną lamówką leżała kobieta. Chyba młoda, bo była szczupła, ładnie ubrana, miała delikatne dłonie. I worek na głowie. Gdyby nie ten fakt, można by przyjąć, że śpi. „Chociaż właściwie nie – pomyślała Ada. – Za ładnie leży jak na sen”. Kobieta była starannie ułożona; ręce wzdłuż ciała, granatowa sukienka w duże żółte kwiaty obciągnięta, stopy równo, czubkami białych mokasynów na słoninie do góry.

– Na pewno nie żyje? – zapytał Tomczycki szeptem.

– A wygląda, jakby się wczasowała? – sarknął Szkudła.

Tomczycki się zarumienił. Jak szli na komendę, to wyznał jej, że „takiej” sprawy jeszcze nie miał. „No to przejdziesz chrzest bojowy” – odparła. Na razie nie było tak źle, jak się obawiała, ale prawda była też taka, że ktokolwiek zabił tę dziewczynę, zachował pozory kultury. „Elegancki morderca” – przebiegło jej przez myśl. Jak Władysław Mazurkiewicz, wielokrotny zabójca z lat pięćdziesiątych, który wyglądał jak amant filmowy. Na sali sądowej elegancki, ujmujący, bon ton. Sąsiedzi mówili, że dobry jak siostra miłosierdzia, a gdy mu umarł piesek, to płakał. Zamordował ponad trzydzieści osób.

– Jakby do trumny wyszykowana, tylko jeszcze ręce złożyć – mruknął Szkudła.

– Dla mnie to wygląda jak w teatrze – powiedziała Ada.

– To jakiś lichy spektakl – wyraził powątpiewanie Szkudła.

– W tym sensie, że jak wyreżyserowane, jakby ją ktoś w ten sposób upozował.

Po Szkudle widać było, że się zastanawia nad słowami Ady; po chwili kiwnął głową.

– Może być i tak.

Tomczycki spojrzał na nią z uznaniem.

Wciąż stali w progu, na miniaturowym ganku. Domek był malutki, dwuosobowy. Dwa łóżka po obu stronach, dosunięte do ścian zrobionych z wymalowanej na musztardowo dykty. Pomiędzy nimi nieduży stół z laminowanym blatem, na nim kremowa makramowa torebka, pewnie zamordowanej, i dwa drewniane krzesła, wyściełane brązowym materiałem. W oknie zaciągnięte gęste białawe firanki, przez które widać było tylko zarysy innego domku i pni drzew, po bokach rude zasłony. Mimo że dziś było słonecznie, w powietrzu czuło się już delikatną wilgoć, która ciągnęła od ziemi, od jeziora. Właściwie niezrozumiałe było, jakim cudem te domki nie butwiały przez jesień, zimę i wiosnę i co roku od piętnastego czerwca gościły kolejnych pracowników fabryki w Rzeszowie żądnych tej zdobyczy socjalizmu, jaką był urlop.

– No to sprawdzimy, kogo mamy pod tym workiem – powiedział Szkudła. – Kazik niedługo tu będzie. Pech, że akurat wczoraj go ząb rozbolał i tak go przypiliło, że dziś rano do tego nowego doktora poszedł. Prywatnie. – Ada nie zrozumiała, czy podziw dotyczy faktu, że Kazik jednak odwiedza dentystę, czy tego, że nie robi tego państwowo, tylko płaci. – Sierżancie, macie coś odpowiedniego, żeby śladów nie narobić? – Szkudła spojrzał na Tomczyckiego.

Sierżant sięgnął do kieszeni płóciennej bluzy i wyjął z niej długopis.

Szkudła zrobił dwa kroki i zatrzymał się przy łóżku. Ada stanęła za nim. Strasznie tu było ciasno, szczególnie kiedy trójka ludzi starała się niczego nie dotknąć. Szkudła przez chwilę lustrował dziewczynę wzrokiem, wreszcie sapnął, nachylił się i wyciągnął rękę uzbrojoną w czerwonego zenitha w kierunku worka.

– Noż kurwa! – odbiło się po chwili echem od cienkich ścian.

Tomczycki podskoczył, Ada zrobiła krok w bok, przechyliła się i zza ramienia komendanta spojrzała na twarz ofiary.

Przez sekundę jakby nie rozumiała tego, co widzi. Umysł przesłał jej prosty komunikat, że coś jest nie w porządku, że coś jest źle, niestandardowo, dopiero później przyszło olśnienie.

Ada patrzyła na ofiarę. Spod lekko zsuniętego worka wysypały się gęste pszeniczne włosy sięgające ramion. Wydatne usta były rozchylone, policzki pełne, nos nieduży, perkaty. W miejscu oczu czerniały dwa puste oczodoły.

Rozdział 4

– Baby teraz z wojska wracają – mruknął Szkudła, wskazując głową na Tomczyckiego.

Ada patrzyła na sierżanta ze współczuciem. Im bardziej komendant mu dosrywał, tym żarliwiej gotowa była go bronić. Tomczycki w ogóle nie był w jej typie – wysoki, chudy, jasny szatyn o dużych oczach i ze źle obciętymi włosami. Zdecydowanie wyglądał jak cielak – niepewny swojego losu, oddzielony od matki. Czuła się trochę jak matka. A trochę nie, bo nie potrafiła rozgryźć sierżanta – czy on szuka u niej wsparcia, czy może raczej jest nią zauroczony? Była od niego starsza o jedenaście lat – na pierwsze chyba za mało, na drugie – raczej za dużo.

– Lepiej. – Tomczycki się wyprostował. Był blady, trzęsły mu się nogi i ręce.

– Weź. – Ada podała mu chusteczkę wyciągniętą z torebki.

Tomczycki przetarł twarz, delikatnie złożył bawełniany kwadrat i schował go do kieszeni.

– Przepraszam, ale to…

– To trup, Tomczycki – powiedział Szkudła. – Naturalna kolej rzeczy, można powiedzieć, w końcu każdego z nas to czeka. No, prawda, ją to o wiele za wcześnie spotkało. I te oczy. Ech, co za swołocz to zrobiła?

Przy bramie nastąpiło jakieś poruszenie. Po chwili w ich kierunku ruszyło dwóch mężczyzn z walizkami w dłoniach.

– Kazik, no wreszcie. – Szkudła rozłożył ramiona, jakby chciał przytulić nowo przybyłego. – Ty o estetykę się troszczysz, a my tu mamy takie bagno.

Ada spojrzała na Kazimierza Gugałę. Wcześniej wydawał się jej nawet przystojny, ale teraz jego twarz była zdeformowana – prawa strona wyraźnie opuchnięta.

– Czo robicz, czeba było rwać – powiedział Gugała, zaciskając zęby na papierowym ruloniku.

– Uuuu, to ty biedny – zatroskał się Szkudła. – Ale ponoć Staszek to fachura.

Gugała pokiwał głową.

– Prawie nie boli. Jeszcze chwile poczymam.

Szkudła spojrzał na Adę.

– Gdyby pani porucznik potrzebowała dentysty, to lepszego nawet w stolicy nie znajdzie. No dobra, to wy wchodzicie, chłopaki, ja tu poczekam, a porucznik Krzesicka i sierżant Tomczycki pójdą porozmawiać z młodymi.

***

– My wszystko jeszcze raz powiemy, pani porucznik, tylko żeby… No, może można tak zrobić, żeby niekoniecznie rodziców informować? – Dziewczyna międliła w palcach rękaw wełnianego swetra. Była drobna, delikatna, wyraźnie przestraszona. I zawstydzona. To, co miało zostać między nią a stojącym obok chłopakiem, nagle stało się zeznaniami dla MO.

„Na pewno nie tak wyobrażała sobie intymność” – pomyślała Ada. Chłopak nerwowo przytaknął.

– A ile wy w ogóle macie lat? – zapytała Krzesicka.

– Osiemnaście, skończone. – Teraz on przejął pałeczkę. Chyba poczuł się pewniej. – Jola skończy osiemnaście w grudniu, ale rocznikowo to jakby już. – Ścisnął dziewczynę za rękę, a ona spojrzała na niego z miłością.

Ada zaczynała ich lubić i nic nie mogła na to poradzić.

– Dobrze, to jeszcze raz opowiedzcie, jak to było.

– No więc wczoraj po obiedzie umówiłam się z Maćkiem. Oficjalnie to z Anką, miała potwierdzić, jakby co. Rodzice nie bardzo lubią, jak się z Maćkiem widuję. Że niby on to nie dla mnie, bo ja w liceum, córka aptekarzy, a Maciek w technikum drzewnym.

– Mezalians. Tak mama Joli mówi. Co za uprzedzenia, zupełnie niewspółczesne! – Chłopak się uniósł, ale po chwili się uspokoił. – Więc widujemy się potajemnie. Żeby porozmawiać, pospacerować, żeby… no, to też.

Jola się spłoniła.

– Daj spokój. – Spojrzał na swoją dziewczynę. – Przecież pani porucznik na pewno rozumie, jak to jest. „Ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat…” – zanucił nerwowo.

„…przed nami siódme niebo. Dwudziestolatki, dwudziestolatki! To ja i ty! To ja i ty! Zapytaj ojca, zapytaj matki, jakie się wtedy ma sny” – dokończyła w myślach Ada.

Dziewczyna lekko się uśmiechnęła, Tomczycki kucnął, żeby poprawić sznurówki w lewym bucie. Ciekawe, jakie on miał sny.

– Więc wczoraj spotkaliśmy się na końcu wsi. To znaczy, ja przyszłam, a Maciek czekał na mnie na swoim motorze. Umówiliśmy się już wcześniej, że tu przyjedziemy.

– To był pierwszy raz? – zapytała Ada i prawie od razu uświadomiła sobie dwuznaczność tego dociekania. – To znaczy, czy pierwszy raz do – przeniosła wzrok na tablicę nad bramą – Świtezianki przyjechaliście?

– Pierwszy. Wcześniej to tak bardziej na świeżym powietrzu. U nas tereny piękne i odludne, więc… – Dziewczyna urwała.

– Więc przyjechaliście tutaj. O której?

– Po południu. Nawet tak bardziej pod wieczór. Jakoś po szóstej było.

– I co dalej?

– Maciek zostawił motor trochę dalej, w tamtym zagajniku, żeby nie tak na drodze, na widoku. Że jest ta sforsowana siatka, oboje wiedzieliśmy, bo w wakacje kilka razy jeździliśmy tą trasą na wycieczki. Nawet się dziwiłam, że nie naprawiają… Ale nie naprawili i tędy przeszliśmy. Ja to niespecjalnie wierzyłam, żeby któryś domek był otwarty, ale Maciek mówi, że to ludzkie tak czegoś nie dopatrzyć, więc jest szansa, że ktoś zapomniał i nie zamknął. Bo włamywać się absolutnie nie mieliśmy intencji – zastrzegła. – Gdyby się okazało, że nici z planu, tobyśmy pojechali gdzie indziej. A tak…

– A tak to los zadecydował inaczej – dokończyła Ada. – No i co było dalej?

– No dalej to właśnie ten domek był otwarty. To znaczy, tego nie było od razu widać, drzwi nie były otwarte na oścież, tylko zamknięte, jak w każdym innym. Tyle że tam naciskałem klamki i nic, a tu – drzwi ustąpiły.

– Weszliście i co? – zapytała Ada.

– Przez chwilę jeszcze staliśmy na ganku. Oboje się tak ucieszyliśmy, że się pocałowaliśmy. A potem Maciek wziął mnie za rękę i… Maciek zobaczył ją pierwszy, bo jest wyższy.

– Powiedział coś?

Dziewczyna przez chwilę ze sobą walczyła.

– „Kurwa” powiedział. Choć w ogóle nie przeklina, przy mnie zwłaszcza.

– A ty?

– Ja to najpierw nic, bo widziałam tylko nogi i sukienkę na łóżku, a potem, jak się Maciek odsunął i zobaczyłam resztę, zwłaszcza ten worek, to zaczęłam krzyczeć. Maciek mnie chwycił i uspokoił.

– To było trudne, bo Jola jak w jakimś amoku była. Darła się, przestała, kiedy powiedziałem, że morderca może nas usłyszeć.

– Nie miałeś wątpliwości, że ona nie żyje? – zapytała Ada.

– Od razu tak pomyślałem, przez ten worek. No a potem, kiedy Jola tak krzyczała, a ona nic… Umarłego by to obudziło. A ta kobieta nadal leżała bez ruchu, czyli… Była nieżywa.

– A dlaczego od razu nie pojechaliście na milicję? – Ada przyglądała się dziewczynie. Była bardzo ładna. Oboje zresztą byli ładni. Ciekawe, czy to doświadczenie ich zbliży, czy wręcz przeciwnie. I jeszcze ten „mezalians”. Trudno być młodym, a później wcale nie jest łatwiej.

– Ja się bałam. Że nas od razu posądzą, bo przecież żadnych świadków, że to nie my. A nawet jeśli nie o zabójstwo, to o włamanie albo coś takiego. Przecież my tam nielegalnie byliśmy – powiedziała dziewczyna.

– Zgodnie tak postanowiliśmy. Rano jednak Jola powiedziała, że nie da rady z taką tajemnicą, że ją to wykończy, bo milicja pewnie i tak do nas trafi, więc powinniśmy się sami zgłosić. Zgodziłem się w końcu, może lepiej mieć to za sobą… – Maciek spojrzał na Adę. – To jak, pani porucznik, obejdzie się bez informowania rodziców?

– To się jeszcze okaże.

Wszyscy obrócili się w kierunku, z którego dobiegał głos. Komendant Szkudła stanął obok Tomczyckiego.

– Pełnoletni są? – zapytał Adę.

– On tak, ona rocznikowo też.

– Przesłuchaliście ich?

– Wstępnie tak. Zgadza się z tym, co już przekazał posterunkowy – odparła Ada.

– To jak będzie, panie poruczniku? – Chłopak nie odpuszczał, dziewczyna znowu bawiła się rękawem swetra. – Da się nie mówić rodzicom?

– Panie komendancie. – Szkudła znowu był chmurny. – Niby taki dorosły, skoro gzić się chciało, a teraz portkami trzęsie. Zobaczy się. Na razie pojedziecie do Suwałk i poczekacie tam na porucznik Krzesicką. Posterunkowy – Szkudła odwrócił się do Zycha – zawieźcie ich. A potem wróćcie z kimś do pomocy, trzeba pilnować terenu.

Posterunkowy kiwnął głową i poszedł do auta.

– Pani porucznik niech przez radiostację poprosi o wezwanie naszego Tadzia Sochy, znaczy się, lekarza sądowego. – Szkudła otarł ręką czoło. – Nieźle się ten tydzień zaczyna, psia mać. No nic, technicy pracują, Tadzio nam powie resztę. Jedno jest pewne, to zostaje w tym lesie.

– Znaczy co zostaje? – Ada jakby nie zrozumiała.

– Oczy wydłubane. Nie potrzeba nam paniki w mieście.

– To jakaś lokalna cenzura? – Ada kpiąco spojrzała na Szkudłę. Burczało jej w brzuchu, głowa znowu tępo pulsowała. Była podminowana, organizm domagał się kolejnej porcji alkoholu. Albo chociaż zapełnienia żołądka i czegoś na ból głowy.

– A ty sobie myślisz, że my tu chcemy powtórki z Zagłębia? – Szkudła też był zdenerwowany. Wcześniej nigdy nie powiedział do niej na „ty”. Zawsze „pani porucznik” albo w liczbie mnogiej. Teraz mu hamulce puściły. – Żeby mi od razu panika wybuchła, że wampir na Suwalszczyźnie grasuje? Trzeba jak najszybciej złapać wariata, a do gazet nie dawać informacji o oczach. O worku zresztą też nie. Wykonać! – Odwrócił się i poszedł w stronę domku numer siedem.

– Pani porucznik sądzi, że to na serio z tym wampirem? To znaczy, że ktoś mógłby i u nas? Tamtego przecież złapali?... – Tomczycki patrzył na nią jak dziecko, które się domaga szczęśliwego zakończenia bajki.

– Tego to nie wiem, ale jedno mogę powiedzieć ci już teraz: wyłupione oczy nie zapowiadają niczego dobrego. – Ada pocieszająco poklepała Tomczyckiego po ramieniu i poszła do radiowozu.

Zanim sięgnęła po słuchawkę, pomyślała jeszcze, że właściwie spełniło się to, czego chciała – jest sprawa z prawdziwego zdarzenia. Szkoda, że w innych dziedzinach życia takie myślenie życzeniowe nie działa.

Rozdział 5

– Marianna Kozioł, urodzona trzeciego marca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku. Adres zameldowania: Emilii Plater osiem, mieszkania trzy – przeczytała Ada z dowodu osobistego.

Siedzieli w swoim pokoju na komendzie. Ada miała biurko przy oknie, Tomczycki – przy drzwiach, w rogu pokoju. Tkwił w tym swoim kąciku jak w klatce – po lewej i za plecami miał wymalowaną na wysoki połysk ciemną boazerię z wąskich deszczułek, przed sobą blat w dębowej okleinie. Gdyby nie paprotka zwieszająca się z metalowego stojaka przymocowanego do ściany, ten wszechobecny brąz by go pochłonął. Ada miała zdecydowanie lepiej – okno wychodziło na ulicę, a właściwie na sporą lipę, która ją zasłaniała. I dobrze, bo po drugiej stronie stała brzydka kamienica, a obok niej przekrzywiona drewniana chałupa.

– To w tych nowych blokach – powiedział Tomczycki. – Trzeba będzie iść – dodał ze smutkiem.

„Informować o śmierci bliskiej osoby też pewnie nie miał okazji” – pomyślała Ada.

– No trzeba. Już po czternastej, to jest szansa, że kogoś zastaniemy w domu. Panna, więc pewnie z rodzicami mieszkała.

Tomczycki pokiwał głową.

– Przykro – powiedział w końcu. – Taka ładna i młoda dziewczyna.

– To i pewnie naiwna. – Do ich pokoju wszedł Szkudła. – Wszystko wskazuje na to, że przyszła do tego domku z własnej woli. Żadnych oznak walki przed śmiercią, zupełnie jakby bezwolnie się dała udusić.

– A coś jeszcze bezwolnie dała sobie zrobić? – zapytała Ada.

– To się okaże podczas sekcji. Śladów w domku dużo, no ale jak ma być mało, skoro przez cały sezon przewijali się tam ludzie. A potem jeszcze ci młodzi się zjawili. Technicy zebrali, co mogli, sprawdzimy odciski palców w bazie.

– Ten cieć, jak mu tam… – Nie mogła sobie przypomnieć Ada.

– Mikołajczuk – podpowiedział Tomczycki.

– Mikołajczuk. Twierdzi, że ma komplet kluczy: do każdego domku i do bramy. Grzechotał nimi na tym dużym metalowym kółku. Ale to jeden komplet – zauważyła Ada.

– Zych był u niego w domu, okazał mu drugi. Też przeliczyli, niczego nie brakuje. A tak w ogóle to Zych mówi, że to kościelny, uczciwy jak kryształ. I mało pijący.

„Jak na te warunki to niemal święty” – pomyślała Ada. Głośno zaś powiedziała:

– Ale technicy stwierdzili, że nie było włamania. Ktoś te drzwi po prostu otworzył kluczem. Jak to wyjaśnić?... Ostatni raz była tam sprzątaczka, siedemnastego września.

– Jutro przyjedzie na komendę, ale Zych już z nią rozmawiał – powiedział Szkudła. – To jego ciotka – dodał, widząc zdziwienie na twarzy Ady. – Sprząta tam od początku, czyli od dwunastu lat. I zarzeka się, że zawsze zamyka domki po sprzątnięciu.

– No to cud. – Ada uśmiechnęła się ironicznie. – Na teren ośrodka też nie weszli bramą, bo była przecież zamknięta. Przez to pogięte ogrodzenie chyba także nie.

– A dlaczego nie? Mogli, jak te dzieciaki – zastanowił się Szkudła.

– Technicy niczego tam nie znaleźli, tylko nitki ze swetra tej dziewczyny. No i gdyby wybrali ten sposób, to by sugerowało, że oni w takim samym celu się tam zjawili – odpowiedziała Ada.

– A pani porucznik to myśli, że jak kobieta i mężczyzna do takiego domku jadą, to jaki cel chcą osiągnąć?

Adzie przypomniało się Zegrze. Też był wrzesień, też pusto, też domki po sezonie. Bolesny skurcz. I choć głowa nie chciała wspominać, to ciało pamiętało.

– Różnica polega na tym, że ci młodzi to para, chcieli się po prostu kochać. – Kątem oka zauważyła, że Tomczycki się schyla po coś pod biurkiem. To schylanie się to był chyba stały patent na pokrywanie wstydu. – A z tej dwójki jedno miało inne zamiary.

– Ale początkowo miało być tak samo. Dziewczyna wiedziała, na co się godzi – nie ustępował Szkudła. – Potem się to pogmatwało.

Ada pomyślała, że określenie morderstwa i wyłupienia oczu pogmatwaniem to jednak spora niefrasobliwość.

– Mnie to nie pasuje – powiedziała po chwili namysłu. – Żeby się tak skradać, trzeba być ze sobą bliżej, dłużej. Więcej zaufania musi być.

– No i może tak było. Statystyki jasno mówią, że najczęściej morduje ktoś z bliskich.

– A w tych statystykach jest wyjęcie oczu? – zapytała Ada.

Szkudła machnął ręką, jakby chciał się odgonić od natrętnej muchy.

– Mam nadzieję, że to się wyjaśni niebawem. Niebawem, słyszycie? – Surowo spojrzał na podwładnych. – A linię brzegową już sprawdzili? – zapytał po chwili milczenia.