Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bestia - Anders Roslund

Dwie dziewięcioletnie przyjaciółki, Marie i Idę, znaleziono w piwnicy, zgwałcone i zamordowane. Bernt Lund, sprawdza zdarzenia został złapany i skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Karę odbywa na oddziale dla przestępców seksualnych w zakładzie w Aspses, skąd ucieka podczas transportu do szpitala. Bernt Lund to wyjątkowo niebezpieczny przestępca, nikt nie potrafi przewidzieć, jak się zachowa, co powie ani co zrobi. Jego profil psychologiczny wskazuje jednak, że będzie tak długo dopuszczał się zbrodni, aż go ktoś powstrzyma lub sam targnie się na swoje życie...

Opinie o ebooku Bestia - Anders Roslund

Fragment ebooka Bestia - Anders Roslund

O książce

Bernt Lund, skazany za zgwałcenie, okaleczenie i zamordowanie dwóch dziewi­cioletnich dziewczynek, ucieka z wi­ęziennego transportu. Policja mobilizuje wszystkie siły, z profilu psychologicznego wynika bowiem, że ścigany prawdopodobnie popełni kolejne zbrodnie. Jej wysiłki są jednak niewystarczające; Lund uprowadza kolejne dziecko.

Fredrik Steffansson, zrozpaczony ojciec porwanej z przedszkola i bestialsko zamordowanej pi­cioletniej Marie, bierze sprawy w swoje r­ęce. W pościgu za zabójcą okazuje się­ bardziej skuteczny niż policja i sam wymierza sprawiedliwość.

Jego czyn trudno uznać za działanie w obronie własnej. Prokurator prowadzący spraw­ę Steffanssona stoi przed problemem. Rola oskarżyciela człowieka, za którym murem stoi wi­kszość społeczeństwa, może mu złamać karier­ę...

Wydanie elektroniczne

ANDERS ROSLUND i BÖRGE HELLSTRÖM

Para szwedzkich autorów, która zasłyn­ęła serią powieści kryminalnych odznaczających się­ wyjątkowym realizmem opisywanych zdarzeń. Roslund to znany dziennikarz i reporter specjalizujący się­ w tematyce społecznej i kryminalnej, szef redakcji informacyjnej telewizji publicznej. Hellström jest jednym z założycieli organizacji na rzecz zapobiegania przestępczości, moderatorem debat o szwedzkim systemie penitencjarnym. Wspólnie napisali sześć powieści przełożonych na kilkanaście j­ęzyków i sprzedanych w ogromnych nakładach. Ich debiutem był wydany w 2004 thriller Bestia, uznany za Najlepszą Skandynawską Powieść Kryminalną Roku. W kolejnych latach wydali Dziewczynę, która chciała się zemścić, Odkupienie, Dziewczynę w tunelu, Trzy sekundy (zdobywca tytułu Najlepszej Szwedzkiej Powieści Kryminalnej 2009 Roku). Bestia została niedawno sfilmowana przez szwedzką telewizję­, a 20th Century Fox przygotowuje film na podstawie Trzech sekund.

Tych autorów

DZIEWCZYNA, KTÓRA CHCIAŁA SIĘ ZEMŚCIĆODKUPIENIETRZY SEKUNDYDZIEWCZYNA W TUNELUBESTIADWAJ ŻOŁNIERZE

Tytuł oryginału:ODJURET

Copyright © Anders Roslund & Börge Hellström 2004All rights reservedPublished by agreement with Salomonsson Agency

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Wojciech Łygaś 2014

Korekta: Dorota Jakubowska

Zdjęcie na okładce: Yuganov Konstantin/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: © Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-072-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

PRAWDOPODOBNIECZTERY LATAWCZEŚNIEJ

Nie powinien był tego robić.

Przechodzą tamtędy. Nadchodzą. Już teraz.

Idą wzgórzem obok drabinek gimnastycznych.

Są od niego jakieś dwadzieścia metrów, może trzydzieści, w pobliżu czerwonych kwiatów podobnych do tych, jakie rosną przed wejściem do Säters fasta1. Dość długo uważał, że właśnie tak wyglądają róże.

Nie powinien był tego robić.

Bo nie odczuwa tego w ten sam sposób. Jakoś słabiej. Tępo.

Są dwie. Idą obok siebie, rozmawiając. Są przyjaciółkami, a przyjaciółki rozmawiają w pewien szczególny sposób, na przykład za pomocą rąk.

Wydaje mu się, że rozmowę prowadzi ciemnowłosa. Jest bardziej ożywiona, chce opowiadać o wszystkim naraz. Ta druga, jasnowłosa, głównie słucha. Może jest zmęczona? A może należy do tych, które nie odzywają się, bo nie potrzebują przez cały czas wypełniać przestrzeni słowami, żeby wiedzieć, że żyją? Może właśnie tak jest: ta, która dominuje, i ta, która jest zdominowana. Czyż nie jest tak zawsze?

Nie powinien był się onanizować.

Ale stało się, dziś rano. Przed dwunastoma godzinami. Może to nic nie znaczy? Może tego nawet nie widać…

Wiedział o tym już wcześniej, zaraz po przebudzeniu, że najlepiej będzie zrobić to dziś wieczorem. Jest czwartek — i poprzednim razem też był czwartek. Świeci słońce i jest sucho. Poprzednim razem też świeciło słońce i było sucho.

Mają takie same kurtki. Cienkie, białe, z kapturem na plecach, materiał przypomina nylon; widział takich sporo od ostatniego poniedziałku. Każda z nich ma na ramieniu niewielki plecak. Te plecaki — wszystkie produkowane według jednego wzoru, jedna wielka masówka… Nie rozumie tego i nigdy nie zrozumie. Są już bardzo blisko, słyszy ich rozmowę, potem śmiech, teraz śmieją się razem, ciemnowłosa głośniej, jasnowłosa trochę nieśmiało, nie żeby się bała, tylko nie ma okazji.

Uważnie dobierał swoje ubranie. Dżinsy, T-shirt, czapka z daszkiem odwróconym do tyłu; widział to, bo od poniedziałku przychodził do parku — nosi się je odwrócone daszkiem do tyłu.

— Cześć, dziewczyny!

Obie wzdrygnęły się i zatrzymały. Zapada milczenie, jest tak cicho jak wtedy, kiedy nagle ustaje jakiś dźwięk, na który nikt wcześniej nie zwracał uwagi, co zmusza ucho do wsłuchiwania się. Może powinien posłużyć się skańskim dialektem? Umie to robić, a niektóre osoby słuchają go wtedy uważniej, bo wydaje im się w pewien sposób wartościowy. Ćwiczył różne rodzaje wymowy przez trzy dni. Nie, skański odpada. Dialekt norrlandzki też. Chyba raczej posłuży się językiem, który można nazwać „literackim szwedzkim”. Na pewno opuści dwugłoski, nie za wiele slangu. Całkiem normalnie.

Ujmuje palcami czapkę, przekręca ją nieznacznie, naciska trochę mocniej na kark, daszek nadal odwrócony jest do tyłu.

— Cześć, dziewczyny. Rodzice pozwalają wam przebywać tak późno poza domem?

Obie spoglądają na niego, a potem na siebie. Robią taki ruch, jakby chciały iść dalej. Stara się wyglądać na wyluzowanego, opiera się lekko plecami o oparcie ławki. Może jakieś zwierzę? Wiewiórka? Królik? A może samochód? Słodycze? Nie powinien był się onanizować. Powinien przygotować się lepiej.

— Wracamy do domu. I wolno nam przebywać tak późno na dworze.

♦ ♦ ♦

Dziewczyna wie, że nie wolno jej z nim rozmawiać. Nie wolno jej rozmawiać z dorosłymi, których nie zna. Wie o tym.

Ale on nie jest dorosły. Nie do końca. W każdym razie nie wygląda na dorosłego. Nosi na głowie czapkę z daszkiem. I nie siedzi tak, jak to robią dorośli. Dorośli tak nie siedzą.

Nazywa się Marysia Stańczyk. To polskie nazwisko. Pochodzi z Polski. Właściwie to nie ona, tylko jej rodzice. Ona mieszka w Mariefred.

Ma dwie siostry — Dianę i Izabellę. Są starsze, prawie mężatki, nie mieszkają już od dawna w ich wspólnym domu. Tęskni za nimi, było jej dobrze, kiedy wszystkie mieszkały razem; została sama, z mamą i tatą, dlatego teraz oboje bardziej się o nią niepokoją, zawsze pytają, dokąd idzie, z kim się spotyka, o której wróci do domu.

Nie powinny się z nim zadawać. Ta starsza ma przecież dopiero dziewięć lat.

♦ ♦ ♦

Rozmawia z nim ta z długimi, ciemnymi włosami przewiązanymi różową wstążką. Prawie go prowokuje, mówi wyzywającym tonem. Patrzy trochę z góry na jasnowłosą grubaskę. Decyduje ciemnowłosa, a on to widzi, czuje to.

— Takie małe dziewczynki? Nie wierzę. Co jest aż tak ważne, że jesteście o tej porze poza domem?

Jasnowłosa grubaska bardziej mu się podoba. Jej oczy rzucają nieśmiałe spojrzenie. Widział już takie oczy wcześniej. Teraz i ona zdobyła się na odwagę, najpierw zerka na ciemnowłosą, a potem na niego.

— Tak naprawdę to byłyśmy na treningu.

♦ ♦ ♦

Przez cały czas mówi tylko Marysia. To ona zawsze mówi za obie.

Więc teraz jej kolej. Ona też chce coś powiedzieć.

Nie wydaje się jej niebezpieczny. Ani zły. Ma fajną czapkę, taką samą jak Marwin, jej starszy brat. Ona ma na imię Ida i wie dlaczego: bo Marwin lubił Emila2. Dlatego też jej rodzice doszli do wniosku, że powinna nazywać się Ida. Nieładnie. Tak uważa. Ładniejsze imię to Sandra. Albo Isidora. Ale nie Ida.

Jest głodna. Od dłuższego czasu nic nie jadła; jedzenie było dziś wstrętne, jakieś mięso z kaszą. Po treningu zawsze jest głodna. Dlatego za każdym razem obie pędzą do domu, żeby coś zjeść, nie tak jak teraz, kiedy Marysia coś mówi, a ten w czapce pyta.

♦ ♦ ♦

Żadne zwierzę. Ani samochód. Ani słodycze. Rozmawiają z nim. Wie, że jest dobrze. Jeśli rozmawiają, to sprawa jest oczywista. Spogląda na jasnowłosą grubaskę. Na tę, która odważyła się przemówić. Nie mógł w to uwierzyć. To ta, która jest naga.

Uśmiecha się. Zawsze to robi. One to lubią. Ufają temu, który się do nich uśmiecha. Uśmiechają się do tego, który uśmiecha się do nich. Tylko jasnowłosa grubaska. Tylko ona.

— Aha, więc byłyście na treningu? A co trenujecie, jeśli wolno zapytać?

Jasnowłosa grubaska się uśmiecha. A on wiedział, że tak będzie. Spogląda na niego. Patrzy jakby ponad nim. On wie. Chwyta dłonią za czapkę i przekręca ją tak, że daszek jest teraz na przedzie. Kłania się, zdejmuje czapkę, a potem trzyma ją nad jej głową.

— Podoba ci się?

Podnosi brwi, spogląda w górę, nie poruszając głową. Jakby bała się uderzyć w niewidzialny dach. Kurczy się, robi się mała.

— Tak. Jest ładna. Marwin też ma taką.

Tylko ona!

— Marwin?

— Mój starszy brat. Ma dwanaście lat.

Spuszcza czapkę w dół. Przecina nią niewidzialny sufit. Gładzi dziewczynkę szybkim ruchem po włosach. Włosy są gładkie, dość miękkie. Wsadza jej czapkę na głowę. Gładką, miękką. Dobrze jej w czerwonym i zielonym.

— Ładnie wyglądasz. Pasuje ci.

Jasnowłosa nic nie mówi. Bierze ciemnowłosą za rękę. Chce odejść, od ławki i od niego, od tego, który jeszcze przed chwilą miał czerwono-zieloną czapkę.

— Nie chcesz jej?

Zatrzymuje się, puszcza rękę ciemnowłosej.

— Chcę.

— No to bierz.

— Dziękuję.

Jasnowłosa dyga. Rzadko się to teraz zdarza. Dziewczynki robiły to dawniej. Teraz już nie. Teraz wszystkie chcą być podobne, żadna nie dyga, nie kłania się.

Ciemnowłosa milczała dłużej, niż zwykła to robić, teraz chwyta jasnowłosą mocniej za rękę. Prawie ją ściska, obie się potykają.

— Chodź. Pójdziemy już. To tylko jakiś palant w czapce.

Jasnowłosa grubaska spogląda na koleżankę, potem na niego, a potem znowu przekornie na koleżankę.

— Zaraz.

Ciemnowłosa mówi podniesionym głosem:

— Nie. Teraz.

Odwraca się w jego stronę. Przeciąga dłonią po swych długich włosach.

— Zresztą jest brzydka. Chyba najbrzydsza z tych, jakie kiedykolwiek widziałam.

Wskazuje na czerwono-zieloną czapkę. Przyciska ją mocno palcem.

Zwierzę. Zaraz. Kot. Może nieżywy kot. Ma dziewięć, najwyżej dziesięć lat. Kot może być.

— Nie powiedziałyście mi, co trenujecie.

Ciemnowłosa opiera dłonie o biodra. Jak starsza dama, starsza pani, która oskarża. Jak ta, którą miał w Säters fasta, za pierwszym razem. Jedna z tych, które chciałyby wychowywać i zmieniać. On nie umie się zmienić. Nie chce się zmieniać. Jest, jaki jest.

— Gimnastykę. Ćwiczyłyśmy gimnastykę. Robimy to bardzo często. A teraz już chodźmy.

Odchodzą, najpierw ciemnowłosa, a za nią jasnowłosa grubaska, ale już nie tak szybko, nie tak zdecydowanie. Patrzy na ich plecy, na ich nagie plecy, nagie pośladki, nagie stopy. Biegnie za nimi, wyprzedza, staje przed nimi, rozkłada ręce.

— Co robisz, ty cholerny palancie?

— Gdzie?

— Co „gdzie”?

— Gdzie trenujecie?

Na wzgórzu spacerują dwie starsze panie. Są już prawie w pobliżu kwiatów, które nie są różami. Spogląda na nie. Spuszcza wzrok, liczy szybko do dziesięciu, potem znów spogląda. Obie nadal tam są, ale zaraz skręcą, kierują się w stronę innej ścieżki, która biegnie aż do fontanny.

— A co ty robisz, palancie? Żebrzesz?

— Gdzie trenujecie?

— Nie twoja sprawa.

Jasnowłosa grubaska patrzy trochę ze złością na swoją przyjaciółkę. Maria znowu mówi w imieniu ich obu. A ona tak nie myśli. Nie uważa, że muszą być złośliwe.

— Trenujemy w Skarpholmshallen. No wiesz, to ta hala, która stoi tam dalej.

Wskazuje na wzgórze, w kierunku, z którego właśnie przyszły. Kot. Zdechły kot. Do diabła z nim. Do diabła ze zwierzętami.

— Czy to ładna hala?

— Nie.

— Jest jeszcze brzydsza niż ty.

Dały się złapać na haczyk. Nawet ciemnowłosa nie wytrzymała i mówi.

Nadal stoi przed nimi, opuszcza ramiona. Przesuwa jedną dłonią po swych czarnych wąsach. Jakby je przyklepywał.

— Znam nową halę. Stoi niedaleko stąd, obok tamtego wysokiego budynku, ten biały, niski dom, widzicie? Znam właściciela. Sam tam chodzę. Może tam mogłybyście trenować. To znaczy w całym klubie.

Gorączkowo pokazuje palcem, obie podążają wzrokiem za jego dłonią, jasnowłosa grubaska z lekkim zainteresowaniem, ciemnowłosa dziwka w typowy dla siebie sposób.

— Tam nie ma żadnej hali, palancie. Na pewno.

— Byłaś tam?

— Nie.

— No widzisz. Tam jest hala. Zupełnie nowa. I nie jest wcale wstrętna.

— Kłamiesz.

— Kłamię?

— Tak. Kłamiesz.

♦ ♦ ♦

Marysia ciągle mówi. Zawsze tylko mówi. Nie powinna mówić za nią. Nie powinna być taka złośliwa. Tylko dlatego, że nie dostała takiej samej czapki.

A ona mu wierzy. Dostała od niego czerwono-zieloną czapkę. No i zna właściciela hali. Jej nie podoba się Skarpholmshallen, zalatuje od niej starością, a smród wykładziny prawie wywołuje wymioty.

— Ja ci wierzę. Marwin mówił, że jest tu nowa hala. Byłoby lepiej trenować właśnie w niej.

♦ ♦ ♦

Ida wierzy, że stoi tam nowa hala. Zawsze jest taka ufna. I tylko dlatego, że dostała tę brzydką czapkę.

Ona sama wie, jak wyglądają nowe hale. Widziała taką w Warszawie, kiedy była tam z mamą i tatą.

— A ja wiem, że nie ma tam żadnej nowej hali, palancie. Wiem, że nas okłamujesz. Jak tam przyjdziemy i okaże się, że nie ma żadnej hali, to opowiem o wszystkim mamie i tacie.

♦ ♦ ♦

Jest piękny dzień. Czerwiec, świeci słońce, jest ciepło, czwartek. Dwie małe dziwki idą przed nim parkową aleją. Ta ciemnowłosa to dziwka, która należy do wszystkich. Jasnowłosa grubaska jest tylko jego dziwką. Dziwki, dziwki, dziwki. Mają długie włosy, cienkie kangurki, obcisłe spodnie. Nie powinien był się onanizować.

Jasnowłosa grubaska, jego dziwka, odwraca się i patrzy na niego.

— Musimy niedługo być w domu. Będziemy jedli kolację, mama, Marwin i ja. Jestem bardzo głodna. Po treningu zawsze jestem głodna.

Uśmiecha się. One to lubią. Wyciąga rękę w stronę czapki, którą tamta ma na głowie, pociąga ostrożnie za daszek.

— Załatwimy to szybko. Przecież wam obiecałem. Jesteśmy już prawie na miejscu. Sprawdzicie, czy wam się podoba. I czy chciałybyście tu trenować. Tak ładnie tu pachnie. Chyba wiesz, jak pachnie, kiedy coś jest nowe?

Wchodzą do środka. Spał tam przez trzy noce. Bez trudu wyłamał drzwi. Piwnica, magazynek, ale jest tu tylko pełno rupieci: kartony ze sprzętem gospodarstwa domowego, książki, dziecięce samochodziki, regały na książki z IKEA, podarte dywany, jakieś stojące lampy. Rupiecie. Poza tym na samym końcu w komórce numer 33 stoi dziecięcy rowerek, czarny, ma pięć przerzutek, mógłby sprzedać go za dwieście pięćdziesiąt koron. Cała piwnica i ten zasrany dziecięcy rowerek.

Kiedy weszli do korytarza prowadzącego do piwnicy, bierze je za ręce. Trzyma mocno, każdą za jedną rękę. Krzyczą tak, jak zawsze. Ściska je coraz mocniej. To on tu decyduje. To on decyduje, a dziwki krzyczą. Spał tu przez trzy noce, wie, że nie zagląda w to miejsce nawet pies z kulawą nogą, ani wieczorem, ani nocą. Przez dwa dni, rano, słyszał jakichś ludzi w innych korytarzach, ktoś był w magazynku. Potem było już cicho. Dziwki mogą krzyczeć. Dziwki mają krzyczeć.

♦ ♦ ♦

Myśli o Marwinie. Myśli o Marwinie. Myśli o Marwinie. O jego pokoju. Czy jest tam teraz? Ma nadzieję, że tak, że jest w pokoju. W domu, u mamy. Pewnie leży na łóżku i czyta, zwykle robi to wieczorem. Najczęściej komiksy. Kaczora Donalda w wydaniu kieszonkowym. Ciągle jeszcze je czyta. Przedtem czytał Władcę Pierścieni. Ale najbardziej lubi Kaczora Donalda. Na pewno tam leży, a ona o tym wie.

♦ ♦ ♦

Ten palant w czapce. Palant w czapce. Palant w czapce.

Nie wolno jej z takimi rozmawiać. Mama i tata ciągle ją o to pytają, a ona odpowiada, że nigdy z takimi nie rozmawia. I rzeczywiście — nie rozmawia. Zachowuje się jak ktoś ważny. Ida nie ma odwagi. Ale ona tak. Mama i tata będą źli, kiedy dowiedzą się, że rozmawiała z kimś takim. Ona tego nie chce, nie chce, żeby byli źli.

♦ ♦ ♦

Numer 33 jest najlepszy. To tam znalazł dziecięcy rowerek. To tam sypiał.

Już nie krzyczą. Jasnowłosa grubaska, dziwka, płacze, smarki ciekną jej z nosa, oczy ma zaczerwienione. Ciemnowłosa dziwka gapi się na niego hardo, wyzywająco, z nienawiścią. Przywiązuje im ręce do jednej z białych rur, które ciągną się wzdłuż cementowo szarej ściany. Jest ciepła, to chyba rura wodociągowa, parzy je w skórę pod ramieniem. Kopią w jego stronę, a za każdym razem, kiedy kopią, on im oddaje. Aż zrozumieją. I wtedy już przestają kopać.

Siedzą cicho. Dziwki mają siedzieć cicho. Dziwki mają czekać. To on tu rządzi. Zdejmuje z siebie ubranie. T-shirt, dżinsy, majtki, buty, skarpetki. W tej kolejności. Robi to na ich oczach. Jeśli nie patrzą na niego, to kopie je, aż zaczną. Dziwki mają patrzeć. Stoi przed nimi nagi. Jest przystojny. Wie, że jest piękny. Wysportowane ciało. Umięśnione nogi. Twarde pośladki.

Nie ma brzucha. Jest przystojny.

— Jak wam się podobam?

Ciemnowłosa dziwka płacze.

— Cholerny palant w czapce.

Płacze. Zabrało to trochę czasu, ale zachowuje się już tak, jak wszystkie inne dziwki.

— Jak sądzicie, jestem przystojny?

— Cholerny palant w czapce. Chcę do domu.

Jego członek się podniósł. Teraz on będzie decydował. Podchodzi do nich, przysuwa członek do ich twarzy.

— Ładny, co?

Nie powinien był się onanizować. Zrobił to dziś rano dwa razy. Zdoła zrobić to jeszcze dwa razy. Zaczyna się przed nimi zaspokajać. Szybko oddycha, kopie jasnowłosą grubaskę, kiedy ta na chwilę odwraca głowę, a kiedy nadchodzi wytrysk, kieruje go na ich twarze, włosy; robią się od tego lepkie, potrząsają głowami.

Płaczą. Dziwki tak cholernie płaczą.

Rozbiera je. Kurtki — musi je pociąć, bo ręce dziewczynek przymocowane są do ciepłej rury. Są drobniejsze, niż przypuszczał. Nie mają nawet piersi.

Zdejmuje z nich ubranie, zostawia tylko buty. Zdejmie je, ale jeszcze nie teraz. Buty przypominają lakierki. Ciemnowłosa dziwka ma białe obuwie sportowe, takie, jakiego używa się do gry w tenisa.

Pochyla się. Najpierw nad jasnowłosą grubaską. Całuje jej różowe lakierki tam, gdzie są palce. Liże je, zaczynając od palców, a potem posuwa się dalej, w stronę pięt, aż do obcasów. Potem je zdejmuje. Stopy tej dziwki są takie piękne. Unosi jedną z nich, aż dziewczynka prawie przewraca się do tyłu. Liże jej kostkę, palce u nóg, długo ssie każdy z nich. Zerka na jej twarz, widzi, że mała cicho płacze, i czuje gwałtowne pożądanie…

Budzi się, kiedy przywożą gazety. Budzi się tak każdego ranka. I ten cholerny hałas, kiedy gazeta ląduje na drewnianej podłodze. Następne drzwi, i następne. Próbowała go kiedyś zatrzymać, ale zawsze za późno, wiele razy oglądała tylko jego plecy. Młody chłopak z włosami związanymi w kucyk. Jeśli go w końcu dopadnie, to wyjaśni mu, jak ludzie czują się o piątej nad ranem.

Przez długi czas nie może ponownie zasnąć. Obraca się na boki, kręci się, poci, ale musi, musi, musi znowu zasnąć, dłużej nie wytrzyma, jednak teraz myśli atakują ją natychmiast, jest taka spięta już o szóstej nad ranem, niech diabli wezmą poranną gazetę i ten jego kucyk.

„Dagens Nyheter”3 jest w niedzielę gruby jak Biblia. Leży w łóżku i przegląda dodatek, szuka jakichś słów, za dużo tekstu, nie potrafi tego wszystkiego przyswoić, powinna przeczytać te interesujące reportaże o ciekawych ludziach, ale nie jest w stanie, więc odkłada gazety na stos, żeby przeczytać je później, chociaż i tak nigdy tego nie robi.

Jest bezradna. Te wszystkie godziny. „Dagens Nyheter”, kawa, mycie zębów, śniadanie, łóżko, zmywanie naczyń, znowu zęby. Nie ma nawet wpół do ósmej, niedzielny poranek czerwcowy, słońce wdziera się przez żaluzje, ale ona odwraca głowę, nadal nie może znieść światła, za dużo lata, za dużo ludzi, którzy trzymają się za ręce, za dużo ludzi, którzy śpią obok innych ludzi, za dużo ludzi, którzy się śmieją, bawią, kochają. Nie wytrzyma już z nimi, nie teraz.

Schodzi na dół, do piwnicy. Jest ciemno, pusto, nieposprzątane, wie, że ma tam roboty przynajmniej na dwie godziny. Będzie już wtedy wpół do dziesiątej.

Pierwsze, co zauważa, to wyrwana kłódka. Podobnie w piwnicach obok. Musi się dowiedzieć, kto jest ich właścicielem, to numery 32 i 34; mieszka w tym domu od siedmiu lat i nigdy nie widziała właścicieli. Teraz już coś ich łączy — każde z nich ma wyrwaną kłódkę. Teraz będą mogli ze sobą porozmawiać.

No i rower. A właściwie brak roweru. Czarny drogi rower Jonathana z pięcioma przerzutkami. Miała go sprzedać i dostać za niego przynajmniej pięćset koron. Teraz będzie musiała do niego zadzwonić, do jego ojca, powinna mu o tym powiedzieć już teraz, to zdąży się uspokoić, zanim tu wróci.

Później, już po wszystkim, trudno jej będzie zrozumieć, że nie zauważyła od razu. Że myślała wtedy o tym, do kogo należą piwnice numer 32 i 34, że mogła myśleć o czarnym rowerze górskim Jonathana. To tak, jakby nie chciała tego widzieć, ale nie mogła. Kiedy przesłuchiwała ją policja, wybuchła histerycznym śmiechem w odpowiedzi na pytanie, co zobaczyła najpierw, zaraz po otwarciu drzwi piwnicy. Jej pierwsze, konkretne wrażenie. Długo się śmiała, aż zaczęła kaszleć, roześmiała się ponownie, podczas gdy łzy spływały jej po policzkach; wyjaśniła, iż jej pierwszą i jedyną myślą była ta, że Jonathanowi będzie przykro z powodu kradzieży czarnego roweru górskiego, że nie będzie mogła kupić gry telewizyjnej, którą mu obiecała za pieniądze pochodzące ze sprzedaży roweru, przynajmniej pięćset koron.

Przecież nigdy przedtem nie widziała śmierci, nigdy nie spotkała „cichych” ludzi, którzy patrzyli na nią, nie oddychając.

Bo tak to właśnie było. Patrzyły na nią. Leżały na cementowej podłodze, ale głowy miały ułożone na doniczkach, jak na twardych poduszkach. Były to małe dziewczynki, młodsze od Jonathana, nie miały więcej niż po dziesięć lat. Ciemnowłosa i jasnowłosa. Były całe we krwi, miały ją na twarzy, na piersiach, na podbrzuszu, na udach. Wszędzie ta zaschnięta krew, z wyjątkiem stóp — stopy były czyste, prawie tak, jakby ktoś je umył.

Nigdy wcześniej nie widziała tych dziewczynek. A może jednak? Przecież mieszkały tak blisko. Oczywiście, że musiała je kiedyś widzieć. Może w sklepie? A może w parku? W parku zawsze jest pełno dzieci.

Leżały w jej piwnicy już trzecią dobę. Tak powiedzieli lekarze policyjni. Sześćdziesiąt godzin. Miały ślady spermy w pochwach, w odbytnicach, na górnych partiach ciała, we włosach. Ich pochwy i odbytnice stały się obiektem gwałtu. Jakiś spiczasty przedmiot, prawdopodobnie metalowy, został wielokrotnie wprowadzony do środka, co spowodowało obfite wewnętrzne krwawienie.

Może nawet chodziły do tej samej szkoły co Jonathan. Przecież na boisku szkolnym zawsze pełno jest dziewczynek, wszystkie wyglądają tak samo, bo wszystkie dziewczynki są podobne.

Były nagie. Ich ubrania leżały przed nimi, dokładnie naprzeciwko drzwi jej piwnicy. Jedna sztuka obok drugiej, jak na wystawie. Kurtki złożone, spodnie zwinięte, sweterki, majteczki, rajstopy, buty, wstążki do włosów, wszystko w najlepszym porządku, w odległości dwóch centymetrów od siebie, dwa centymetry do następnej sztuki ubrania.

Patrzyły na nią. Ale nie oddychały.

W DZISIEJSZYCHCZASACH

I(DOBA)

W tej masce zawsze czuł się głupio. Dorosły mężczyzna, który nosi maskę, powinien czuć się głupio. Widział innych mężczyzn, którzy robili to samo, jak na przykład Nalle Puh czy Joakim von Anka i paru innych; robili to z pewnego rodzaju godnością, tak jakby maska nie wprawiała ich w zakłopotanie. Nigdy tego nie zrozumiem, pomyślał. Nigdy się nie przyzwyczaję. Nigdy nie będę ojcem, jakiego sam chciałem mieć i jakim sam postanowiłem być.

Przesunął palcami po plastiku zakrywającym mu twarz. Cienki, wielobarwny, ściśle przylegający. Z tyłu gumowa tasiemka, dzięki której maska mocno przylega do głowy. Trudno w tym oddychać, śmierdziało śliną i potem.

— Tatusiu, no, biegnij! Ty nie biegasz! Stoisz tylko w miejscu! Wielki Zły Wilk zawsze biega!

Stanęła i spojrzała na niego, odchylając głowę; w swoich długich, jasnych włosach miała źdźbła trawy i grudki ziemi. Próbowała zrobić złą minę, ale złe dzieci nie uśmiechają się, więc tylko uśmiechnęła się tak, jak robią to dzieci, które goni Wielki Zły Wilk dokoła domku w małym miasteczku, okrążenie za okrążeniem, aż opadnie z sił i chce być kimś innym, bez maski, bez tej maski z wilczym jęzorem i wilczymi zębami z plastiku.

— Marie, ja już nie mogę. Wielki Zły Wilk musi teraz usiąść. Wielki Zły Wilk chce być mały i grzeczny.

Potrząsnęła głową.

— Jeszcze raz, tatusiu! Tylko ten jeden raz!

— Mówiłaś tak poprzednim razem.

— To już będzie ostatni raz.

— To też mówiłaś poprzednim razem.

— To będzie już naprawdę ostatni raz.

— Naprawdę?

— Naprawdę!

Kocham ją, pomyślał. Jest moją córką. Potrzebowałem trochę czasu, wcześniej tego nie dostrzegałem, ale teraz już tak. Kocham ją.

Nagle zauważył jakiś cień, tuż obok siebie. Przesuwał się powoli, ukradkiem. Wydawało mu się, że ma go gdzieś przed sobą, pod którymś drzewem, ale on był już za nim; najpierw przesuwał się powoli, potem szybciej. Jednocześnie od przodu zaatakowała go dziewczynka z trawą i ziemią we włosach. Popchnęli go razem w tej samej chwili, każde od swojej strony. Stracił równowagę, upadł na ziemię, a wtedy oboje rzucili się na niego, położyli się na nim, dziewczynka uniosła rękę, a chłopiec uniósł swoją; potem uderzyli dłonią w dłoń, przybijając piątkę.

— On się poddaje, Davidzie.

— Wygraliśmy!

— Świnki są najlepsze!

— Świnki są zawsze najlepsze!

Kiedy dwoje pięciolatków atakuje Wielkiego Złego Wilka, to nie ma on szans. Zawsze tak jest. Dlatego też obrócił się, leżąc na trawie, a znajdujące się na nim dzieci potoczyły się za nim, a wtedy on położył się na plecach, odsunął z twarzy plastikową maskę i patrzył spod przymrużonych powiek w stronę słońca. Wybuchnął głośnym śmiechem.

— To dziwne. Z jakiegoś powodu nigdy nie udaje mi się wygrać. Czy ja kiedykolwiek wygrałem? Czy możecie mi to wyjaśnić?

Mówił tak do dzieci, które i tak go już nie słuchały. Miały bowiem w swoich rękach łup — plastikową maskę; najpierw musiały ją przymierzyć, z dumą zaprezentować swój „skalp”, potem wejść do domu, na pierwsze piętro, do pokoju Marie, położyć maskę na komodzie obok innych trofeów, przez chwilę postać przed nimi w ciszy, w tym królestwie Ankeborgu4 pełnym wiecznej chwały obu pięciolatków.

Podążył za nimi wzrokiem, kiedy już zostawiły go w spokoju. Popatrzył na syna sąsiadów, na swoją córkę. Tyle w nich życia, mają go jeszcze przed sobą tak wiele, tyle miesięcy przecieknie im jeszcze między palcami! Zazdroszczę im, pomyślał. Zazdroszczę im tego nieskończonego czasu, poczucia wieczności albo tego, że jakaś zima nigdy się nie skończy. Dzieci znikły za drzwiami, a on skierował wzrok w niebo; leżąc na plecach, wyszukiwał różne odcienie błękitu, robił to jeszcze jako dziecko i robił to teraz, a niebo jest zawsze błękitne, na różne sposoby. Wtedy, kiedy jeszcze był dzieckiem, było mu z tym dobrze. Ojciec był zawodowym oficerem, kapitanem, tak, kapitanem, oficerem pułku, miał nadzieję na zrobienie kariery i na nowe pagony oficerskie; mama zajmowała się domem, była w nim zawsze wtedy, kiedy razem z bratem wychodzili z domu, i zawsze wtedy, kiedy do niego wracali. Nigdy chyba nie rozumiał, co tam robiła w tym czasie, w czterech pokojach na drugim piętrze w wielorodzinnym domu; często się nad tym zastanawiał, jak ona wytrzymywała przez te wszystkie dni, z których każdy następny przypominał ten poprzedni.

Wszystko się zmieniło, kiedy skończył dwanaście lat. A właściwie następnego dnia po urodzinach, żeby ująć to bardziej precyzyjnie. Wyglądało to tak, jakby Frans celowo czekał, aż on przestanie świętować swoje urodziny, jakby nie chciał mu ich popsuć, jakby wiedział, że dzień urodzin to coś więcej niż tylko kolejna rocznica urodzin jego młodszego brata, że zawsze były dla niego tym dniem, za którym najbardziej tęsknił.

Fredrik Steffansson podniósł się z ziemi, strzepnął z koszuli i spodni źdźbła trawy. Często myślał o Fransie, teraz nawet częściej niż kiedyś, i przypomniał sobie swoją tęsknotę, bo nagle Frans zniknął, jego łóżko stało puste i zaścielone, a rodzinne rozmowy były cichsze. Frans dość długo obejmował go tamtego ranka, dłużej, niż kiedykolwiek indziej, jak pamięta, a potem powiedział: „Cześć”, po czym poszedł na stację w Strängnäs i pojechał pociągiem do Sztokholmu, dokąd dotarł po godzinie. Wysiadł, skierował się do metra, skasował bilet i wsiadł do składu jadącego „zieloną linią” do Farsta. Na przystanku Medborgarplatsen wyskoczył na peron i idąc torami, wolnym krokiem ruszył w stronę Skanstull. Sześć minut później motorniczy nadjeżdżającego składu w świetle reflektorów zauważył nagle człowieka, chwycił za hamulec i krzyknął ze strachu, kiedy czoło pierwszego wagonu uderzyło z całą siłą w ciało piętnastoletniego chłopca.

Od tej pory łóżko Fransa już na zawsze miało stać nienaruszone. Przykryte kołdrą, z kocem zwiniętym w nogach. Nie wiedział, dlaczego to się stało, i nadal nie wie; tak bardzo chciał, żeby Frans wrócił, miał nadzieję, że nagle znowu przed nim stanie, że to wszystko jest nieporozumieniem, przecież takie błędy czasami się popełnia.

Tamtego dnia jakby umarła cała rodzina, na torach w tunelu między Medborgarplatsen a Skanstull. Mama nie czekała już na niego w mieszkaniu tak jak przedtem, nigdy im nie mówiła, dokąd idzie, ale zawsze wracała do domu o zmroku, bez względu na porę roku. Ojciec jakby skurczył się w sobie — kapitan, który zawsze trzymał się prosto, nagle się pochylił; wcześniej mówił niewiele, ale teraz zachowywał się prawie jak niemowa, no i nie bił go już — Fredrik nie przypomina sobie ani jednego uderzenia więcej.

Marie i David znowu stali w drzwiach. Byli tego samego wzrostu, jak wszystkie pięciolatki; zapomniał, ile mają centymetrów, chociaż kiedyś przysłano mu z przedszkola kartkę z ich wzrostem i wagą. Miały jednak chyba tyle wzrostu, ile potrzeba, a on sam nie przykładał zbyt dużej wagi do kartek z danymi. Marie nadal miała w długich, jasnych włosach źdźbła trawy i grudki ziemi, a ciemne włosy Davida przykleiły mu się do czoła i skroni w miejscach, gdzie przyciskała je maska. Fredrik zauważył to, domyślił się, skąd się to wzięło, i wybuchnął śmiechem.

— Ładnie wyglądacie. Ja chyba też. Myślę, że przydałaby się wam kąpiel. Świnki też się czasem kąpią, nie wiedzieliście o tym?

Nie czekał na odpowiedź. Położył dłonie na ich chudych plecach, wepchnął z powrotem do domu, przeszli przez przedpokój, pokój Marie, obok jego sypialni aż do dużej łazienki. Nalał wody do starej dwuosobowej wanny, którą znalazł gdzieś na aukcji w Svinnegarn, na jakimś zadupiu w pobliżu drogi numer 55. Każdego dnia spędzał w niej ponad pół godziny, pozwalał, żeby ciepła woda orzeźwiała mu skórę, i rozmyślał — po prostu myślał, tworzył szkice tekstu, który zamierzał napisać następnego dnia, następny rozdział, następne słowa. Sprawdził ostrożnie temperaturę wody.

Nie za ciepła, nie za zimna, wszędzie biała piana z zielonej butelki firmy Alfons Berg; wyglądało to zachęcająco, przyjemnie. Ku jego zdumieniu dzieci weszły do wody dobrowolnie i usadowiły się po jednej stronie; on sam też szybko się rozebrał i usiadł naprzeciwko nich.

Pięciolatki są takie małe. Widać to jednak dopiero wtedy, kiedy są nagie. Ich miękka skóra, ich dziecięce twarze są pełne ciągłego wyczekiwania. Spojrzał na Marie; miała na czole białe bąbelki spadające powoli na nos. Potem popatrzył na Davida, który trzymał w ręce butelkę, przekręcał ją w górę i w dół, przez co robiło się coraz więcej bąbelków. Fredrikowi brakowało zdjęć siebie samego z okresu, kiedy miał pięć lat, próbował więc wyobrazić sobie swoją głowę przyczepioną do tułowia Marie, miała przecież takie same barki jak on wtedy, kiedy był mały, co stwierdziło jego najbliższe otoczenie; sam się temu dziwił, podczas gdy Marie była tym speszona. Tak, wpasuje własną pięcioletnią twarz w jej ramiona i wtedy już powinien sobie przypomnieć, co czuł; pamiętał tylko lanie — ojciec i on w pokoju stołowym, jego wielka, ciężka ręka, którą bił go po tyłku. Pamiętał to i pamiętał twarz Fransa przyciśniętą do szyby w drzwiach dużego pokoju.

— Pianka się skończyła.

David pokazał mu butelkę, potrząsnął nią kilka razy, kierując ujście szyjki w stronę wody, żeby mu to udowodnić.

— Widzę. Pewnie dlatego, że już wszystko wylałeś.

— A nie powinienem?

Fredrik westchnął.

— Ależ skąd. Przeciwnie.

— Możesz kupić nową butelkę.

On sam często się przyglądał, kiedy Frans dostawał lanie. Ojciec nigdy nie zauważył, jak stoją przy szybie drzwi prowadzących do pokoju. Frans był starszy, lanie dostawał częściej, trwało ono dłużej, a przynajmniej tak to wyglądało z daleka, z odległości kilku metrów. Fredrik przypomniał sobie o tym dopiero jako dorosły. Nie dostał lania już od ponad piętnastu lat, a widok wielkiej ręki i szyby w drzwiach zaczął nawiedzać go dopiero tuż przed trzydziestką. Od tamtej pory jego myśli raz za razem krążyły wokół tamtego pokoju. Nie był zły, dziwne, ale nie pałał żądzą zemsty. Smutek. Smutek był najlepszym określeniem tego, co czuł.

— Tatusiu, mamy ich jeszcze parę.

Spojrzał niewidzącym wzrokiem na Marie. Przegnała jego pustkę.

— Halo!

— Parę?

— Mamy jeszcze kilka takich butelek.

— Naprawdę?

— Na samym dole. Jeszcze dwie. Bo kupiliśmy trzy.

Smutek Fransa był większy. Frans był starszy, przeżył więcej lat, częściej dostawał lanie. Frans miał zwyczaj płakać za szybą, ale tylko wtedy, kiedy Fredrik się przyglądał. Żył ze swym smutkiem, ukrywał go, dusił go w sobie, aż stał się jego częścią, uderzeniem skierowanym przeciwko niemu, jednym wielkim uderzeniem, które pewnego dnia otrzymał od ważącego trzydzieści ton składu.

— No popatrz.

Marie wygramoliła się z wanny, przeszła na drugą stronę łazienki, aż do szafki. Otworzyła ją i z dumą pokazała palcem.

— Dwie butelki. Wiedziałam. Przecież kupiliśmy ich razem trzy.

Podłoga łazienki była wilgotna, z ciałka Marie spływała woda i piana, ale ona tego oczywiście nie widziała, wróciła z butelką w ręce i z powrotem wślizgnęła się do wanny. Z łatwością otworzyła butelkę. David wyrwał ją i opróżnił, nie spoglądając na nich, bez chwili wahania. Potem krzyknął coś, co brzmiało jak „jippi”, i po raz drugi w ciągu ostatniej godziny oboje przybili piątkę.

Nienawidził zboczeńców. Tak jak i inni. Ale on był zawodowcem. Taką miał pracę. Wmówił to sobie. Praca, praca, praca.

Åke Andersson już od trzydziestu dwóch lat przewoził więźniów przebywających w szwedzkich zakładach karnych. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat. Gęste, krótko przystrzyżone, przyprószone siwizną włosy. Kilka kilogramów nadwagi. Wysoki, wyższy niż wszyscy jego koledzy z pracy, wyższy od każdego łajdaka, który siedział w jego więźniarce. Sto dziewięćdziesiąt dziewięć centymetrów wzrostu — jak mawiał. Właściwie to dwieście dwa centymetry, ale ludzi mających powyżej dwóch metrów uważano za odmieńców, pomyłkę przyrody; miał już dość takich komentarzy.

Nienawidził zboczeńców seksualnych. Cholerne gnojki, które siłą musiały zdobywać babską cipkę. Najbardziej nienawidził tych, którzy gwałcili dzieci. Uczucie to było silne, narastało za każdym razem, kiedy ich spotykał; odczuwał wtedy agresję, która go przerażała. Dusił w sobie chęć nagłego wyłączenia silnika samochodu, żeby wskoczyć między siedzenia i przycisnąć takiego skurwysyna do szyby samochodu.

Nic jednak po sobie nie pokazywał.

Wcześniej woził już gorsze męty. Tych z najcięższymi wyrokami. Miał do czynienia z każdym z nich. Każdemu takiemu bandziorowi osobiście zakładał kajdanki, prowadził ich do więźniarki, patrzył pustym wzrokiem w tylne lusterko. Wielu z nich było idiotami, głupkami. Niektórzy rozumieli, co zrobili. Rozumieli, że to kosztuje, że ten, kto coś kupuje, musi za to zapłacić. Taką miał prostą filozofię życia. Mimo całej tej bzdurnej gadaniny o opiece, trosce i rehabilitacji. Kupujesz, to płać. I tylko tyle.

Znał tych wszystkich zboczeńców. Każdego z nich. Wyglądali w pewien szczególny sposób. Nie potrzebował sprawdzać żadnego wyroku sądowego, żadnych papierów. Widział to po nich i nienawidził ich. Kilka razy próbował o tym opowiedzieć w knajpie, że to widać, że potrafi ich rozpoznać, a kiedy koledzy pytali, skąd wie, nie potrafił im wyjaśnić, więc uznali go za homofoba, pełnego uprzedzeń antyhumanistę; nigdy więcej już o tym nie mówił, nie potrafił, ale widział to, a te bydlaki wiedziały o tym, próbowały się maskować, kiedy napotykały jego wzrok.

Woził już zboczeńców przynajmniej sześć razy. W 1991 roku zrobił kilka kursów między sądem apelacyjnym a aresztem śledczym w Kronobergu; potem, w 1997 roku, kiedy jeden z nich próbował uciec; wcześniej, w 1989 roku, z Säters fasta do jakiegoś innego zakładu; no i teraz, w środku nocy, do szpitala Södersjukhuset. Popatrzył na niego, ich spojrzenia spotkały się, bezsensowna gra w lusterku, kto dłużej przetrzyma spojrzenie. Wydawał się normalny. Zawsze tak wyglądali. Średniego wzrostu, około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów. Szczupły, krótko ostrzyżony, spokojny. Całkiem normalny. Jeden z tych, którzy hańbią dzieci.

Na wzniesieniu przy skręcie z ulicy Ringvägen paliło się czerwone światło. Noc, niewielki ruch. Dźwięk syreny i niebieskie światła za ich wozem. Czekał spokojnie, żeby karetka go ominęła.

— Jesteśmy na miejscu, Lund. Trzydzieści sekund. Możesz się przygotować. Już dzwoniliśmy, zaraz przyjdzie lekarz, żeby cię obejrzeć.

Andersson nie rozmawiał ze zboczeńcami. Nigdy tego nie robił. Jego kolega wiedział o tym. Ulrik Berntfors był tego samego zdania co Andersson. Wszyscy inni też. Ale Ulrik nie nienawidził.

— Nie będziemy musieli czekać na śniadanie. A ty nie będziesz musiał czekać w poczekalni w tym wdzianku.

Ulrik wskazał palcem tego, który nazywał się Lund. Na pas obezwładniający, na łańcuch wokół brzucha. Nigdy przedtem nie używał tego rynsztunku wobec żadnego innego więźnia. Ale taki otrzymał rozkaz. Oscarsson specjalnie do niego zadzwonił w tej sprawie. Kiedy kazał Lundowi się rozebrać, ten uśmiechnął się w odpowiedzi i wykonał w jego stronę kilka wolnych ruchów naśladujących stosunek płciowy. Metalowy pas wokół brzucha, cztery łańcuchy zwisające wzdłuż nóg przymocowane do kajdanek oplatających stopy, dwa łańcuchy wzdłuż tułowia przytwierdzone do kajdanek założonych na przeguby dłoni. Widział kiedyś coś takiego w wiadomościach i w czasie wyjazdu służbowego do Indii, ale nigdzie indziej. Szwedzkie służby więzienne miały zwyczaj kontrolować osadzonych poprzez zwiększenie liczby strażników tak, żeby było ich więcej niż więźniów; czasami zakładano im kajdanki, ale nigdy żadnych łańcuchów pod koszulę czy pod spodnie.

— Co za troska. Jestem niezmiernie wdzięczny. Mili z was faceci.

Lund mówił cicho. Ledwo go można było usłyszeć. Ulrik nie bardzo wiedział, czy Lund powiedział to z ironią. Łańcuchy, ocierając się o siebie, wydawały metaliczny dźwięk, jeszcze zanim więzień się poruszył. Mężczyzna pochylił się w taki sposób, że jego głowa spoczęła na skraju szpary oddzielającej przednie siedzenia od tylnych.

— A tak poważnie, panowie klawisze, to to nie działa. Łańcuchy są do dupy. Zdejmijcie ze mnie to cholerne metalowe ubranko, a obiecuję, że nie ucieknę.

Andersson spojrzał na niego w lusterku. Gwałtownie dodał gazu na podjeździe przy wejściu do izby przyjęć, a potem nagle zahamował. Lund mocno uderzył brodą o ostrą, węższą część szpary.

— Co ty, kurwa, klawisz, wyrabiasz? Jesteś, kurwa, nabuzowany czy co?

Lund był opanowany i mówił językiem poprawnym gramatycznie, do chwili, aż go ktoś obraził. Wtedy zaczynał przeklinać. Andersson wiedział o tym. Oni wszyscy nie tylko tak samo wyglądają. Oni są tacy sami.

Ulrik roześmiał się bezdźwięcznie. Cholerny Andersson, zachował się nie tak, jak powinien. Robił takie rzeczy. Ale nie chciał o tym mówić.

— Niestety, takie rozkazy dostaliśmy od Oscarssona. Jesteś niebezpieczny, Lund. Uznali cię za niebezpiecznego, więc tak już musi zostać.

Z trudnością kontrolował słowa. Wypływały z jego ust same, cisnęły mu się na wargi, chociaż bronił się przed tym, obawiając się, że nie zdoła opanować tłumionego we wnętrzu śmiechu, że będzie słyszalny i jeszcze bardziej sprowokuje osobę, której przewóz im powierzono. Mówił więc dalej, ale zachowywał się tak jak Andersson: patrzył przed siebie.

— Jeśli wbrew rozkazom Oscarssona zdejmiemy z ciebie to gówno, to złamiemy przepisy. Wiesz o tym.

Karetka, która przed chwilą ich wyprzedziła, stała na podjeździe pod izbą przyjęć. Dwóch pielęgniarzy z noszami wbiegło po schodach, w stronę wejścia. Ulrik zauważył jakąś kobietę, jej długie, zakrwawione włosy lepiły się do nogi jednego z sanitariuszy. Pomyślał, że rdzawy kolor nie pasuje do pomarańczowego. Zastanawiał się, dlaczego sanitariusze ubrani są na pomarańczowo, jeśli tak często ich ubrania zabrudzone są krwią. Silne wrażenia, których doświadczał, sprawiały, że zawsze przychodziły mu do głowy jakieś bezsensowne myśli.

— Kurwa mać! Pierdolony Oscarsson! Przecież to dureń! Czemu, kurwa, nie chce mi zaufać, jeśli mówię, że nie ucieknę. Przecież mu to obiecałem w Aspsås.

Lund wykrzykiwał te słowa przez otwór do kabiny kierowców, a potem rzucił się z wysuniętą głową w stronę ściany pojazdu po stronie kierowcy, na której nie było szyby. Łańcuchy na brzuchu wydały metaliczny dźwięk, a Andersson przez chwilę myślał nawet, że kogoś stuknął; rozglądał się więc za pojazdem, którego oczywiście nie było.

— Przecież mu o tym powiedziałem, gady. Ujmę to więc tak: jeśli nie zdejmiecie ze mnie tej diabelskiej zbroi, to ucieknę. Rozumiecie, gady? Ucieknę. Czy zrozumieliście, co powiedziałem?

Andersson szukał wzrokiem jego oczu. Spoglądał w lusterko, żeby je odnaleźć. Odczuwał nienawiść, czuł, jak go opanowuje, musi uderzyć, ten bydlak posunął się za daleko, o jednego „klawisza” za dużo.

Przez trzydzieści dwa lata nic innego, tylko praca, praca, praca. Nie mógł już tego dłużej wytrzymać. Nie dzisiaj. Wcześniej czy później i tak szlag go trafi.

Zerwał z siebie pas bezpieczeństwa. Otworzył drzwi. Ulrik zrozumiał, ale nie zdążył go powstrzymać. Andersson zamierzał pobić tego zboczeńca tak, jak jeszcze nikt przedtem tego nie zrobił. Ulrik został więc na swoim miejscu i uśmiechnął się. Nie miał nic przeciwko temu.

Największa cisza panowała po godzinie czwartej. Zaraz po tym, jak ostatni klienci baru za rogiem, idąc miejską aleją, z hałasem przemieszczali się z portu w stronę starego mostu prowadzącego do Tosterö. Następnie roznosiciele gazet, podzieliwszy między siebie poranny nakład na Storgatan, zaczynali szybko otwierać drzwi klatek schodowych i skrzynki pocztowe, żeby wrzucać do nich „Strängnäs Tidning” — miejscowe wydanie „Eskilstuna-Kuriren”, gdzie na czwartej stronie publikowano zdjęcia z codziennego życia lokalnej społeczności.

Fredrik Steffansson wiedział o tym. Już nie pamiętał, kiedy udało mu się przespać całą noc. Leżał przy otwartym oknie i przysłuchiwał się odgłosom dochodzącym z miasteczka. Słyszał, jak miasto zasypiało i budziło się; tak to już przecież jest, że jak się żyje na prowincji, to na drugą stronę miasteczka nie jest daleko. Mieszkał tu przez całe swoje życie. Studiował twórczość Strindberga i Lagerkvista, przeprowadził się do Sztokholmu, potem na południe, gdzie studiował religioznawstwo; wyjechał do kibucu w północnym Izraelu, około dziesięciu kilometrów od granicy z Libanem, ale wrócił tutaj, do ludzi, których znał albo przynajmniej rozpoznawał. Tak naprawdę to nigdy się z tego domu nie wyprowadził, nie porzucił swego dzieciństwa, wspomnień, tęsknoty za Fransem. Spotkał Agnes, zakochał się po uszy w tej ubranej na czarno, bywałej w świecie piękności, spotykali się i żyli ze sobą; mieli się rozstać, ale urodziła się Marie, więc znowu stali się rodziną i znowu spotykali się przez rok, zanim rozstali się ostatecznie. Ona mieszkała w Sztokholmie, wśród swoich eleganckich przyjaciół, bo bardziej pasowała do nich; nie stali się wrogami, ale nie rozmawiali już ze sobą tyle, co dawniej, kiedy trzeba było zabierać i odbierać Marie, a potem przenieść się do innego miasta.

Ktoś przeszedł koło domu. Spojrzał na zegarek. Czwarta czterdzieści pięć. Te przeklęte noce! Gdyby tylko mógł myśleć o czymś rozsądnym, o kolejnym tekście, o dwóch kolejnych stronach, ale jakoś mu się nie udawało; żadnych myśli, tylko ten cholerny upływający czas, podczas gdy na zewnątrz trzaskały zamykane drzwi wejściowe do budynków i słychać było dźwięk zapuszczanych silników samochodowych. Pisanie przychodziło mu z trudem. Kiedy robiło się jasno, a Marie odprowadził już do przedszkola, zasiadał przed komputerem, ale wtedy ogarniało go zmęczenie, te godziny bez snu; trzy rozdziały w ciągu dwóch miesięcy, to była prawdziwa katastrofa. W wydawnictwie zaczęto się już zastanawiać, czym on się właściwie zajmuje.

Ciężarówka. To chyba odgłos śmieciarki. Przyjeżdżały zazwyczaj nie wcześniej niż o piątej trzydzieści.

Cienka ścianka oddzielała go od pokoju Marie. Słyszał ją po drugiej stronie. Marie chrapała. Jak takie słodkie dziecko z jasnymi włosami, które ma dopiero pięć lat, może chrapać tak, jak to robią starsi, silnie zbudowani mężczyźni? Myślał, że to Marie tak chrapie, i tylko ona, ale czasami na noc zostawał u nich David i wtedy odgłos chrapania był dwa razy mocniejszy, oboje wypełniali ciszę między jednym oddechem a drugim.

To nie ciężarówka, tylko autobus turystyczny. Był tego najzupełniej pewien.

Przewrócił się na drugi bok, plecami do okna. Micaela leżała nago, kołdra i prześcieradło jak zwykle zwinięte u jej stóp. Była taka młoda, miała dwadzieścia cztery lata, podniecała go i czuł się przez nią kochany, a innym razem nagle stary; to poczucie nachodziło go niespodziewanie, często wtedy, gdy rozmawiali o muzyce, książkach i filmach, któreś z nich nawiązywało do jakiejś kompozycji, tekstu lub sceny i wtedy widać było wyraźnie, że jest dorosłą, młodą kobietą, a on mężczyzną w średnim wieku. Szesnaście lat to sporo, kiedy już się zdąży wymienić uwagi na temat filmów i solówek gitarowych, kiedy zdążyły się one już wszystkie postarzeć.

Leżała na brzuchu, z twarzą zwróconą do niego. Pogłaskał ją po policzku, pocałował delikatnie w pośladek. Bardzo ją lubił. Czy kochał? Nie miał sił, żeby się nad tym zastanawiać.

Lubił, kiedy tak leżała obok niego, lubił to, że chciała dzielić z nim godziny; nienawidził samotności, była taka bezsensowna, dusząca, a jeśli nie można było oddychać, to oznaczało to prawdopodobnie śmierć. Odsunął dłoń z jej policzka, zaczął pieścić jej plecy, a ona poruszyła się niespokojnie. Dlaczego tam leżała? Starszy mężczyzna z dzieckiem. Nie wygląda zbyt dobrze, ani brzydki, ani przystojny, nie był bogaty, nie był nawet miły. Dlaczego wybrała więc noce z nim? Taka piękna, taka młoda, miała przed sobą jeszcze tyle życia. Pocałował ją znowu, w udo.

— Ciągle nie śpisz?

— Przepraszam. Obudziłem cię?

— Nie wiem. A ty nie spałeś?

— Wiesz, jak to jest.

Przygarnęła go do siebie, przycisnęła swoje nagie ciało do jego ciała, biło od niej ciepło, była rozbudzona, ale nie do końca.

— Musisz zasnąć, staruszku.

— Staruszku?

— Bo inaczej nie wyrobisz. Sam wiesz. Śpij już.

Popatrzyła na niego, pocałowała go, objęła.

— Myślę o Fransie.

— Proszę, nie teraz.

— Tak, myślę o nim. Chcę o nim myśleć. Słucham śpiącej Marie i myślę o tym, że przecież Frans też był dzieckiem, kiedy dostawał lanie, kiedy na mnie patrzył, kiedy wsiadał do pociągu jadącego do Sztokholmu.

— Zamknij oczy.

— Dlaczego bije się dzieci?

— Jeśli będziesz miał oczy zamknięte wystarczająco długo, to na pewno zaśniesz. Na pewno.

— Dlaczego bije się dziecko, które ma dorosnąć, które ma zrozumieć i które ma osądzić bijącego, a przynajmniej siebie samo?

Odepchnęła go od siebie, przekręciła na bok tak, że leżał teraz plecami zwróconymi w jej stronę, potem przysunęła się do niego.

— Dlaczego bije się dziecko, które wmawia sobie, że bicie go należy do obowiązków ojca? Które będzie sobie tłumaczyć, że to znęcanie się jest spowodowane jego własnym brakiem siły i dobroci? Które będzie sobie wmawiać, że samo ponosi część winy? Cholera, dziecko sądzi, że częściowo przyczyniło się do powstania tej gównianej sytuacji, więc tym samym nie powinno czuć się poniżone i porzucone.

Micaela spała. Oddychała powoli i regularnie na jego kark z tak bliskiej odległości, że zrobił się wilgotny. Słyszał przez okno, jak na ulicy przed domem zatrzymuje się autobus, jak cofa, znowu się zatrzymuje i jeszcze raz cofa. Może to ten sam co wczoraj, autobus turystyczny, dosyć duży.

Lennart Oscarsson ukrywał tajemnicę. Nie był sam i wiedział o tym, ale zachowywał się tak, jakby był sam. Tajemnica ta spoczywała na jego prawym ramieniu, drzemała w jego piersi, wypełniała całe jego wnętrze. Każdego wieczoru postanawiał, że się jej pozbędzie, że ulży sobie i będzie potem mógł czekać na dni bez tajemnic.

Nie potrafił. Nie mógł. Krzyczał głośno i nikt go nie słyszał. Czy mam otwierać usta, kiedy krzyczę?

Każdego ranka siedział tak jak teraz w kuchni, przy okrągłym rodzinnym stole i jadł łyżką jogurt ze szklanki. Obok niego siedziała Maria, która była całym jego życiem, piękną kobietą, kochał ją bez opamiętania, odkąd szesnaście lat temu spotkał ją pierwszy raz. Piła kawę z ciepłym mlekiem, jadała ciemne, chrupkie pieczywo, czytała dodatek kulturalny w „Dagens Nyheter”.

Teraz! Teraz!

Mógłby powiedzieć o tym właśnie teraz i miałby to już za sobą. Miała prawo o tym wiedzieć. Inni nie, ale ona tak.

To takie proste. Krótka chwila, kilka zdań, nic więcej.

Dokończy śniadanie, zajmie się swoimi codziennymi sprawami, a potem wróci do domu i nie będzie musiał już tego dłużej ukrywać. Odłożył łyżkę i wypił jogurt bezpośrednio ze szklanki.

♦ ♦ ♦

Lennart Oscarsson był dumny ze swej pracy w zakładzie karnym w Aspsås. Pracował tam jako wychowawca oddziałowy i miał ambicje na dalszy awans. Zapisywał się na każdy kurs, każde szkolenie z zakresu służby więziennej, bo ktoś, kto chce iść wyżej, musi to okazywać, więc pokazywał i wiedział, że ktoś to odnotowuje.

Siedem lat temu został głównym wychowawcą na oddziale dla przestępców seksualnych.

Dzień powszedni spędzał z ludźmi, poddanymi jego opiece, zamkniętymi w celach za to, że dopuścili się przestępstw wobec innych ludzi. To tacy, którzy łamią ostatnie tabu, jakie jeszcze ostały się w społeczeństwie. Odpowiadał za nich i za personel, który miał się nimi zajmować i karać ich. No bo przecież właśnie tym mieli się zajmować, na tym właśnie polegało ich jedyne zadanie. Dozorować, karać i rozumieć różnicę. Myślał to, co myślał, czuł to, co czuł, ale pokazywał, że chce, i ktoś to za każdym razem odnotowywał.

Ta cholerna tajemnica zaczęła w nim narastać mniej więcej w tym samym czasie. Tak bardzo chciał o niej opowiedzieć. Przecież nie mogło być już gorzej. Zdrada zamieszkała w ich domu, plugawiła każde słowo.

♦ ♦ ♦

Podniósł się z krzesła, zebrał naczynia i wstawił je do zmywarki. Wytarł stół do sucha zmiętym papierowym ręcznikiem.

Nosił niebieski mundur. Mundury strażników więziennych wyglądały identycznie w każdym szwedzkim więzieniu. Tak jak umundurowanie kierowców taksówek w całej Szwecji. Ubrał się w kuchni, spodnie, krawat, koszula, i ciągle zastanawiał się nad rozmową z Marią, o czymkolwiek, co nie byłoby tak cholernie zakłamane.

— Mocno dzisiaj wieje.

Maria stanęła obok niego, pogłaskała go po policzku. Przycisnął twarz do jej dłoni, potarł ją, potrzebował tego. Była taka ładna. Chciał, żeby o tym wiedziała.

— Będzie tak wiało przez cały dzień. Będą ci potrzebne rękawiczki.

— Jest ciepło. Poza tym to tylko kilkaset metrów.

— Wiesz, że to nie ma znaczenia. Potem i tak zawsze żałujesz. Kiedy zaczynasz odczuwać ból.

Trzymała jego skórzane rękawiczki. Wziął je i włożył. Pocałował ją najpierw w usta, a potem w ramię. Marynarka wisiała na wieszaku w przedpokoju. Otworzył drzwi, wyszedł na podwórze. Do więzienia miał niedaleko, szary betonowy mur dominujący nad całym miastem, tylko dwie minuty piechotą i już jest na miejscu.

Kiedy Andersson otworzył przednie drzwi więziennego furgonu i szybko wyszedł z szoferki, czuł się jak nigdy przedtem. Jego złość i ta przeklęta nienawiść były silniejsze niż zdolność do zapanowania nad nimi. Przez ponad trzydzieści lat wysłuchiwał wyzwisk kierowanych pod jego adresem przez więźniów. Nienawidził, ale robił swoje, w milczeniu przewoził ich z aresztu do sali sądowej, z pogotowia ratunkowego do zakładu karnego. Zgodził się, żeby z więźniami rozmawiali jego koledzy; transportował te wszystkie męty społeczne, patrzył przed siebie i po prostu wykonywał swoją robotę. Jednak nie mógł się opanować w obecności tego gwałciciela dzieci. Powoli tracił opanowanie, wiedział, co tamten zrobił i jak po tym wszystkim wyglądały dziewczynki. Przez wiele nocy po ostatnim transporcie śnił mu się szyderczy uśmiech zboczeńca i jego zupełny brak empatii, ta sama zbrodnia popełniana na okrągło. Pewnego ranka obudził się i nie zdążył do toalety, tylko zwymiotował na podłogę w przedpokoju, tak jakby ośrodek kontroli usadowiony był w żołądku, a kiedy zabrakło w nim miejsca, musiał z niego coś wyrzucić.

Nie miał pojęcia, co chce zrobić. Już nie panował nad sobą. Kiedy po raz trzeci usłyszał słowo „klawisz”, poczucie obowiązku i przyszłe konsekwencje przestały się liczyć, pozostały tylko zdjęcia nagich dziewczynek z porozrywanymi narządami rodnymi po brutalnym gwałcie dokonanym za pomocą metalowego, spiczastego przedmiotu. Jego wielkie ciało z impetem uderzyło w tylne drzwi pojazdu.

♦ ♦ ♦

Ulrik przewoził Lunda wcześniej tylko jeden raz. Działo się to drugiego dnia procesu w sprawie dziewczynek znalezionych w piwnicy. Był tutaj nowy, a proces najgłośniejszy z tych, które do tej pory obsługiwał; dziennikarze i reporterzy stali w kolejce, kłębili się w tłumie, bo obie dziewczynki były znane, więc należało to sprzedać. Wtedy wstydził się własnej reakcji, w ogóle nie myślał o samych dziewczynkach, był jeszcze niedoświadczony, nie rozumiał, czuł się wybrany i prawie dumny, kiedy w blasku kamer telewizyjnych szedł obok Lunda. Dopiero później, kiedy córka zapytała go, dlaczego Lund zabił te dwie dziewczynki, dlaczego zniszczył ich życie, była przecież starsza od nich tylko o rok i z uwagą czytała każdy nowy artykuł na ten temat, ciągle miała nowe pytania, a przecież jej tatuś znał tego pana, który to zrobił, przecież szli obok siebie kilka razy. Ulrik nie potrafił oczywiście odpowiedzieć na te pytania. Ale powoli zaczął rozumieć. Jego córka nauczyła go, poprzez swoje pytania i poprzez swój strach, więcej o roli, jaką odgrywał, niż jakikolwiek kurs, w którym brał udział.

Wiedział o nienawiści Anderssona. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale wiedział to, słyszał i rozumiał. Być może sam będzie przeżywał taki stan — kiedy tacy jak Lund obrzucą go obelgami wystarczająco wiele razy. Dlatego też to on wziął na siebie obowiązek porozumiewania się z więźniami. Przecież ktoś musiał z nimi rozmawiać. Na tym polegała ich praca. Na przewożeniu więźniów.

Kiedy Lund po raz kolejny krzyknął: „Klawisz!”, Ulrik zrozumiał, że tym razem przesadził. Wiedział, kiedy Andersson zerwał się z siedzenia.

Jeśli skupi wzrok na drzwiach wejściowych prowadzących do izby przyjęć, to nie będzie tego wszystkiego widział. No a jeśli nie będzie tego widział, to nie będzie musiał kłamać przed jakąś komisją dochodzeniową.

♦ ♦ ♦

Na parkingu przed wejściem do izby przyjęć było pusto. Żadnych samochodów, żadnych ludzi. Tak przedstawił to później Andersson. Powiedział też, że nawet jeśli nie byłoby tam pusto, gdyby nawet stali tam inni ludzie albo gdyby ktoś go mijał, to i tak by tego nie zauważył. Popędził na tył samochodu, a wściekłość i nienawiść zaślepiły go zupełnie.

Szarpnął za drzwi. Wystarczyło lekkie pociągnięcie, jego dłonie były przecież równie wielkie jak cała reszta ciała; wystarczyło, że tylko pociągnął.

I wtedy stało się to najgorsze.

Bernt Lund krzyknął kilka razy słowo „klawisz”, falsetem. A potem uderzył. Uderzył łańcuchami trzymanymi w dłoniach. Tymi, które zwisały mu pod spodniami i pod koszulą, które spinały kajdanki na rękach i na nogach z pasem założonym wokół bioder. Andersson nie zdążył nic zobaczyć ani zrozumieć, bo ciężkie, żelazne ogniwa poharatały mu twarz, jeszcze zanim upadł na ziemię. Lund, wyskakując przez otwarte drzwi, ponownie uderzył Anderssona kilka razy w twarz, aż ten stracił przytomność. Kopał go w brzuch i w biodro, w podbrzusze. Kopał tak długo, aż wielki strażnik przestał wydawać jakiekolwiek dźwięki.

Ulrik przez cały czas patrzył przed siebie. Andersson spuszczał temu gwałcicielowi całkiem niezły wpierdol. Przysłuchiwał się, jak Lund nadal wykrzykuje swoje „klawisz”; że też tyle wytrzymał. Czekał tak długo, aż zrobiło mu się niedobrze, Andersson bił go chyba zbyt długo, może już wystarczy, bo jak zaraz nie przestanie, to źle się to skończy. Miał właśnie otworzyć drzwi i wyjść na zewnątrz, żeby powstrzymać Anderssona, kiedy zobaczył, że obok niego stoi Lund. Ciężkim łańcuchem zbił szybę, uderzył Berntforsa w twarz, wyciągnął go na zewnątrz i bił nadal. Jedyne, co Ulrik zapamiętał, to krzyki Lunda, który zdarł z niego spodnie i uderzył go łańcuchem w genitalia, wrzeszcząc, że powinien ich obu przelecieć, gdyby nie byli tacy duzi, bo duzi ludzie nie zasługują na jego miłość; pragną jej tylko małe dupki i tylko małe dziwki poczują go w sobie.