Berserk: Spowiednik - Paweł Majka - ebook

20 osób właśnie czyta

Opis

Wyobraź sobie, że przez dziewięć lat siedziałeś w więzieniu i niemal każdego dnia wyobrażałeś sobie w jaki sposób zabijesz swoją żonę. A w dniu, w którym wychodzisz na wolność, na świat spada największa katastrofa w dziejach. Tracisz świadomość. Gdy ją odzyskujesz, stoisz pośród zgliszczy i trupów. Masz krew na rękach i na zębach. Masz ją na podeszwach butów, zlepia ci włosy, drażni pod rozrośniętymi paznokciami.
Co się stało? Kim teraz będziesz? Dlaczego pragnienie mordu cię nie opuszcza?
Świat tonie w stosach trupów. A ty zadajesz sobie bez końca jedno pytanie – kogo jeszcze musisz zabić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Od czasu do czasu ktoś na ciebie spojrzy. W nie tak dawno minionych czasach, gdy ludzkość nie skurczyła się jeszcze do garstki zdolnej tańczyć tango z aniołami i szatanami na główce od szpilki, wszyscy bez ustanku patrzyli na siebie, mijając się na ulicach albo w sklepach czy restauracjach. Przynajmniej do dnia, w którym wymyślono smartfony i te przejęły całą ludzką uwagę. Jednak, jak mawiał pewien zmyślony detektyw, ludzie patrzyli, lecz nie widzieli. Mimo to zdarzało się, że jedna osoba spojrzała na drugą w ten szczególny sposób, pozwalający zobaczyć im siebie nawzajem. To zdumiewające wydarzenie mogło doprowadzić do zmiany historii ich dwojga na zawsze.

Marek przyglądał się straceńcom, którzy zastąpili drogę jego grupie. Stanowili barwną gromadkę, a ich determinacja budziła szacunek. Ale choć poczuł do nich dziwną sympatię, może ze względu na sprawę, której bronili, a może tylko dlatego, że wpadła mu w oko ta drobna szatynka o jakże zaciętym wyrazie twarzy, zdawał sobie sprawę, że za chwilę wszyscy oni będą tylko ścierwem, jeszcze jednymi zapomnianymi ciałami na drodze przemarszu pielgrzymki.

„Umrzecie. I ty, całkiem niezła lasko z siekierką, i ty, dziwaku w kowbojskim kapeluszu, i ty, kolesiu wyglądający, jakbyś wszystkie szanse na lepsze życie przepuścił w pokera w pierwszym dniu po urodzeniu. I nawet ty, mała, umrzesz, choć twoje prawdziwe życie powinno dopiero się zaczynać. Bo tego życzy sobie nasz Pan”.

Marek potrząsnął głową, by odpędzić niechciane myśli. Powinien skupić się na robocie, na własnym celu. Wędrował pod przewodnictwem Cudownego Obrazu wraz z resztą pielgrzymów. Może i miał skrywane przed pozostałymi pobudki, ale tym bardziej powinien pozostawać wierny prorokowi. Czworo ludzi stanęło im na drodze: trzech dorosłych i dziecko. Jakie mieli szanse na powstrzymanie pielgrzymki wiedzionej przez najprawdziwszego proroka?

– Jaśnieją! – zawołała kobieta. – Wszyscy lśnią! A ten ksiądz…

Krzyknęła i osunęła się na kolana, gdy spoczęło na niej spojrzenie proroka.

„Umrzecie – powtórzył w myślach Marek. – Bo Pan życzy sobie dzieci”.

Dzieci…

Przypomniał sobie Częstochowę. Obejrzał się na proroka.

Dzieci.

Otworzył usta do krzyku.

C Z Ę Ś Ć  P I E R W S Z A

Sam

Rozdział 1

Siostra odwiedziła Marka po raz ostatni na tydzień przed Błyskiem. Wpatrywała się w niego ze wzrokiem jeszcze bardziej iskrzącym niż zazwyczaj, skupiona i rozgorączkowana równocześnie. Dłonie trzymała jak zwykle na kolanach i pochylała się ku bratu na ptasi sposób. Wydawało mu się, że gdy mówiła, składała się tylko z błyszczących oczu i wąskich ust poruszających się szybciej, niż potrafiłyby usta innych ludzi. Wyrzucała z siebie kolejne słowa z pasją, a jednak jednostajnie, bo umiała opowiadać tylko o rzeczach, które przejmowały ją do głębi: o Bogu, szujach u władzy czy zbliżających się okazjach w dyskontach. O wszystkim mówiła z pasją, lecz tak samo. Prędko, jakby miało jej zabraknąć czasu.

– …i rozumiesz, bracie kochany, ja na początku nie wierzyłam, bo mi się to wydawało wszystko jakieś takie nieprawdopodobne, ale potem pomyślałam, że może Pan Jezus chciał, żebym się dowiedziała i żebyś ty się dowiedział, więc pojechałam sprawdzić, sama pojechałam, pięćdziesiąt dwa złote wydałam na bilet tam i z powrotem, a jeszcze przecież na miejscu musiałam coś zjeść, no i poszłam na Jasną Górę, tam dałam na ofiarę podczas mszy świętej, bo przecież nie mogłam nie dać, i trochę wydałam w trakcie zwiedzania, ale przecież opłaciło się, nikt nie powie, że nie, że nie warto, a już na pewno ja sama nie powiem, bo dla ciebie, braciszku kochany…

Słuchał jej i nie słuchał. Cieszył się z jej odwiedzin, jak ze wszystkiego, co przerywało więzienną monotonię: z planów zabicia byłej żony, choć już jej nie nienawidził (lecz ukrywał to przed chłopakami), z wizyt księdza, który uleczył go z nienawiści, odbierając tym samym niezłą rozrywkę, ale ofiarując Boga, z opowieści Doktorka potrafiącego bez końca gadać o stopniach rozkładu ludzkiego ciała, z partyjek szachów i warcabów. Odwiedzało go tylko dwoje ludzi: siostra i nasłany przez nią ksiądz. Oboje mówili mu, jak uznał, o zupełnie innym Bogu. Siostra przy tym interesowała się Markiem tylko pozornie, bardziej chciała opowiadać o sobie. A może, jak tłumaczył mu cierpliwie ksiądz, po prostu bała się słuchać o więziennym życiu, bała się dopuścić do siebie myśl, że brat nie był jednak niewinny?

– …no więc pojechałam, bo równocześnie chciałam i nie chciałam wierzyć, nie chciałam, bo wiesz przecież, że naiwna jestem i chcę dostrzegać dobro w człowieku, nawet w złym, chciałam, bo przecież trzeba się przekonać, czy ta suka, twoja była, żeby ją szlag trafił, jeszcze zapłaci za całe zło, jakie wyrządziła, może być aż tak podła. No i była. Okazało się, że Baśka, pamiętasz Baśkę, ona cię pamięta, miło cię wspomina, szkoda, żeś ty na nią ani nie spojrzał, tak żeś się za to na tę sukę swoją gapił jak zaczarowany, okazało się, że Baśka miała rację i że jak zobaczyła ją wtedy na pielgrzymce z bachorem, to przecież od razu coś ją tknęło i zrobiła fotki, ale że chciała ostrożnie, żeby ją tamta dziwka nie zauważyła, więc te zdjęcia wyszły byle jak i niczego się na nich dopatrzyć nie dało, chociaż te nowe telefony niby wszystko potrafią, ale to nieprawda, może zresztą Baśka kupiła jakąś podróbkę, ona przecież jest naiwna, a do tego niecierpliwa, to daje sobie wcisnąć byle gówno, jak tego swojego pożal się Boże nowego faceta, co z niego za mężczyzna, mówię ci, zwyczajny szmaciarz, ona ma takiego pecha… No ale nieważne, ważne, że mnie to wszystko tak zdenerwowało, że pojechałam i okazało się, że jaka Baśka jest naiwna, tak miała rację, chociaż musiałam czekać chyba ze cztery godziny, żeby zobaczyć. Mówię ci, kryłam się po drugiej stronie ulicy, tam jest taki basen, więc musiałam zapłacić, że niby tam idę, i czekać przy oknie, na szczęście nikt się nie czepiał, a gdy pytali, mówiłam, że na syna czekam, to znaczy tak sobie wymyśliłam, że powiem, bo nikt nie pytał, ale przecież czuwałam przy oknie i zobaczyłam. I jest. Syn. Skóra zdjęta z ciebie. Nie ma wątpliwości. Że ci ta suka nie powiedziała, to już jej w piekle policzą.

Syn, zrozumiał Marek. Ma syna z Grażyną. On, nie ten kutas, z którym go zdradzała, którego omal nie zabił gołymi rękami, gdy tłukł jego łbem o ścianę, by nie robić tego samego z głową swojej żony, choć i jej solidnie przyłożył. Na szczęście nie dość mocno, by zaszkodzić dziecku, o którym nic nie wiedział. Syn. Ma syna. Siostrze można było wierzyć. Nikt nie dbał o szczegóły tak jak ona, nikt nie sprawdzał wszystkiego na dziesiątki sposobów.

– Siostra – szepnął mimo wszystko. – Jesteś pewna?

– Co to, mnie nie znasz? – zaperzyła się. – Sprawdziłam w przychodni, była tam wprawdzie taka młoda siksa, co nic nie chciała powiedzieć, ale przecież zadzwoniłam do Ewy, znasz Ewę, no, ona cię pamięta, żałuje, wie, że jesteś niewinny, że cię wrobili, dranie, że ta suka, twoja była, z sędzią się przespała, żeby zły wyrok wydał, ty nawet nie wiedziałeś, że ona taka prędka do dawania; nie, ty ślepy byłeś, naiwny zupełnie jak Baśka, no więc Ewa, wiesz, że ona robi w tej firmie farmaceutycznej, co przecież wszędzie ma wejścia, i ona sprawdziła, i on się urodził tak, że może być twój, ale jest twój, ja ci to mówię, skóra zdjęta z ciebie, ja wiem, przecież ja mam oko.

To prawda. Miała oko chciwe na szczegóły, wprawione w dostrzeganiu tego, co inni chcieli ukrywać.

– Jak ma na imię? – zapytał na koniec tych ostatnich odwiedzin.

– Patryk. – Przewróciła oczami. – Boże, co za imię mu dała! Ja bym przecież na takie nie pozwoliła, ty zresztą też, ale ona tak lubi przyszpanować, pokazać, taka jest ta suka. Tak pomyślałam, że ci teraz od razu powiem, co miałam czekać tydzień, aż cię puszczą, nie?

Ostatnie pytanie zadała trochę z niepokojem, ale i z nadzieją, że jej nie zgani.

– Dobrze zrobiłaś – pochwalił. – Będę miał czas pomyśleć o wszystkim.

Uszczęśliwiona pożegnała go ze łzami w oczach, pobłogosławiła, zapewniła, że będzie czekać pod bramą, choćby od samego świtu, i że już rozmawiała z Jadwigą, co to zna ludzi z takiej jednej kancelarii, szkoda, że nie znała jej wcześniej, to sprawdzą, jak dziecko tej suce odebrać i zwrócić ojcu. Albo przynajmniej zapewnić mu prawa do własnego syna, krew z krwi, kość z kości.

Więcej jej nie zobaczył.

Gdy odzyskał świadomość po Błysku, stał w szczerym polu, nie wiedział gdzie. Jakieś drzewa majaczyły w rozjaśnionej porannej mgle na lewo do niego, na wprost ciągnęła się równina, też zamglona, zresztą jaskrawe poranne słońce biło Markowi prosto w oczy, oślepiając go, kiedy próbował patrzeć przed siebie. Zachwiał się, upadł na kolana, podparł się dłońmi. Pacnęły miękko w wilgotną ziemię, zapadły się w niej. Kim był…? Aha… Prawda… Przypominał sobie siebie prędko, ale jeszcze niejasno. Siostra, dom, przerwana kariera i wreszcie szok po powrocie do domu, potem więzienie. Miał wyjść, odsiedział swoje. Co się stało? Pamiętał, brama zamykała się za nim ze zgrzytem, on rozglądał się zdumiony nieobecnością siostry. Ptaki, chyba wrony, darły się upiornie. Siąpiło. Zważył wtedy w ręce płócienną torbę mieszczącą prawie cały jego dobytek. Klepnął się w pierś, by wyczuć chudy portfel w wewnętrznej kieszeni kurtki. Rozglądał się niepewny, co robić, skoro siostra po niego nie przyszła. Poczeka, oczywiście, czemu miałby nie poczekać. Wolałby jednak iść gdzieś indziej, czekać z dala od tych przeklętych murów.

Wtedy wpadł na niego jakiś człowiek. Machał rękami jak szaleniec, oczy wywrócił tak, że było widać prawie same białka. I…

BŁYSK.

…ocknął się w szczerym polu, nie wiedział gdzie. Torbę gdzieś zgubił, nie dostrzegał jej nigdzie, choć rozglądał się za nią odruchowo. Wszystko go bolało. Oddychał głęboko, prawie boleśnie. Szukał myśli, które mogłyby mu przypomnieć o nim samym, kim był i po co.

Syn, naszło go nagle, miał syna. Którego nigdy nie widział. O którym dowiedział się… Tydzień wcześniej? Chyba dziewięcioletniego, bo tyle Marek odsiedział. Gdzie ten syn? Nie w Piotrkowie przecież. Jak mówiła siostra? Że pielgrzymka, że Jasna Góra, że basen. Jezu, nic więcej nie wiedział!

Nic to, zapyta ją jeszcze. Zresztą, ile może być basenów w Częstochowie?

Wstał. Przy okazji odkrył, jak brudne ma nogawki spodni, ubłocone buty i dłonie. Przyjrzał się bliżej tym ostatnim. Czy to krew? Zaschła, wymieszana z błotem i trawą? I czemu tak pozwolił zarosnąć paznokciom? Jedne zachowały się długie, inne połamały się, odrastały teraz nierówno. Potarł włosy na głowie. Też urosły. W więzieniu golił się na łyso, teraz porastała go gęsta szczecina. Ile czasu mogły rosnąć takie włosy? Miesiąc? Dwa? Często przycinane rosną szybciej i gęściej, tak mu ktoś mówił. Matka?

Przymknął oczy, wsłuchał się w siebie, jak uczył go Doktorek, łebski facet, który tak perfekcyjnie zaplanował zabicie własnej żony, że nakryto go dopiero po pięciu latach. Specjalne cwaniaki z jednostki do spraw nierozwiązanych wzięły na tapetę jego akta i zaczęły odkrywać nieścisłości. Podstawowe założenie Doktorka mówiło, że ludzie są z natury leniwi; jeśli podsunąć im proste rozwiązanie, wymagające mniej pracy, rzucą się na nie odruchowo. Miał rację, ale nie przewidział wyjątków. Ludzi, którym chciało się trochę więcej.

Marek odetchnął głębiej dokładnie siedem razy. Otworzył oczy. Słońce podniosło się już nieco wyżej, lecz nie grzało jeszcze. Czuł chłód, ale nie zimno. Stał w wysoko rosnącej trawie pokrytej rosą. Pochylił się, nabrał tej rosy w dłonie, ile zdołał, i przetarł twarz. Otrząsnął się. Chłód kropel przyniósł mu odrobinę ulgi.

Nie miał przy sobie płóciennej torby, a na sobie kurtki. Przepadło wszystko, w tym portfel z biletem do Piotrkowa i odrobiną gotówki. Tyle dobrze, że nie czuł głodu. Widać najadł się niedawno. Co się mogło stać? Może napadł go tamten facet, co machał rękami? Ale jak to, pod samą bramą więzienia i nikt nic nie zrobił? Niemożliwe.

Bolało go całe ciało, lecz nie dlatego, że ktoś go pobił. To był ból wyczerpanych mięśni, zmuszanych zbyt długo do wysiłku ponad miarę. Najwyraźniej dużo biegał. Ale i mięśnie rąk dawały znać o sobie. Zacisnął dłonie w pięści, spojrzał na knykcie. Jezu! Blizna na bliźnie! Musiał je zdzierać do krwi wiele razy!

No nic, nie może tu tak stać bez końca. Dokąd iść? W lewo, gdzie ciągle pełza mgła lśniąca od porannych słonecznych promieni? Tam lepiej nie, jeszcze wlezie w jakieś bagna. Lepiej przed siebie, w tę równinę. Gdzieś tam musi biec droga. Polska to nie Afryka, tu wszystko jest teraz poprzecinane asfaltem.

Marsz okazał się trudny. Mięśnie nóg protestowały, błagały o odpoczynek. Poruszał się więc z początku sztywno, ale wiedział, że rozrusza je nareszcie. I rzeczywiście, nim dotarł do szosy, która była tam, gdzie się jej spodziewał, szedł już całkiem sprawnie, choć każdy krok wciąż jeszcze sprawiał mu ból.

Dobrze, jest szosa, ale dokąd teraz? Trzeba do Piotrkowa, do siostry. Coś jej się musiało stać, skoro nie przyszła po niego. Tyle, że którędy niby ma iść do tego Piotrkowa? W lewo? W prawo? Naokoło żadnych zabudowań, tylko tych parę drzew, trawa, mgła.

Zdecydował, że pójdzie w lewo. Po półgodzinie dotarł do przystanku autobusowego przypominającego betonowy bunkier, całego w nabazgranych napisach, cuchnącego moczem. Ktoś zapewniał koślawym pismem o swojej miłości, ktoś o swojej nienawiści. Uchowała się na nim tabliczka z rozkładem jazdy, zdrapano z niej jednak nadruk, zastępując rysunkiem kutasa. Marek zaklął, lecz słabo, bez werwy. Nie spodziewał się niczego innego. Spojrzał na nawę w betonie, może po to, by na niej przysiąść, poczekać na autobus?

Akurat by go wpuścili! Jeśli gębę miał równie brudną jak dłonie, najlepsze, czego mógł się spodziewać po kierowcy, to że nie wezwie policji.

Dopiero teraz dotarło do niego, że nie minął go żaden samochód. Dziwne. Choć może to była jakaś boczna droga? A jeśli na dodatek ocknął się w niedzielę, to nikt może nie przejechać tędy nawet przez cały dzień.

Zamarł nagle, odruchowo, przywarł do muru wiedziony wyrobionym w więzieniu instynktem. Może polskie więzienia nie są jak te amerykańskie z filmów, albo ruskie, o których nasłuchał się tego i owego, ale i w nich człowiek musi nauczyć się reagować błyskawicznie, bez zastanowienia. Nie wiedział więc jeszcze, czemu się kryje, lecz działał. Dopiero po chwili zorientował się, że to przez dźwięk dobywający się zza przystanku. Coś się tam poruszyło. Raz, drugi. Gramoliło się niezgrabnie. Mruczało. Głos wydawał się ludzki, mimo to dziwny. Marek wtulił się w ścianę, aż poczuł chłodny szorstki beton na policzku. Kto to? Jakiś pijak? Bełkocze, bo nie jest w stanie mówić?

Czekał długo, bez zegarka (prawda, zegarek też stracił; wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy) nie potrafił określić jak długo. Pięć minut? Kwadrans? Czas płynie inaczej, gdy się człowiek boi. Lękał się ruszyć, choć równocześnie chciał uciec albo stanąć z tamtym, nieznanym, twarzą w twarz. Przecież nie był ułomkiem, a w więzieniu jeszcze nabrał masy, bo jak inni ćwiczył z nudów. Ale dławił go jakiś dziwny strach, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Wszystko wydawało mu się teraz niepokojąco obce. Diabli wiedzą, co tak naprawdę tarabaniło się za przystankiem.

Wreszcie zobaczył. Na środek drogi wylazł człowiek. Człowiek! Marek odetchnął z ulgą. Mimo to nie ruszył się z miejsca, instynkt mu na to nie pozwolił. I dobrze, bo człowiek okazał się niepokojąco dziwaczny. Poruszał się powoli, niezgrabnie, jakby też bolały go przeciążone mięśnie. Cały czas mamrotał coś do siebie, ale słów nie dało się zrozumieć. I podobnie jak Marek był umorusany od stóp do głów. Nagle zamarł, zadarł łeb w górę, pociągnął nosem niczym zwierzę. Szarpnął głową w lewo, w prawo. A potem powoli obrócił się ku przystankowi. Gapił się nań, jakby nie dostrzegając Marka. A gdy dostrzegł, wyszczerzył zęby, zawarczał. Wychylił łeb do przodu, nie przestając warczeć. Kłapnął zębami, wyciągnął ręce przed siebie. Nie zaciskał ich w pięści, wykrzywiał palce na kształt szponów.

Rzucił się do ataku nagle, wściekle. Ani nie zaklął, ani nie próbował zagadać czy wymusić kasy bądź poczęstunku. Raczej jak pies niż człowiek, który powinien przecież znaleźć jakiś powód do walki. Atakował w ciszy, bez zbędnych dźwięków. Marek znów zareagował odruchowo. Odskoczył od ściany, pochylił się lekko, by ukryć twarz za pięściami. Ugiął nogi. Czekał. Przeciwnik musiał być pijany albo szalony, nie zaplanował ataku, po prostu rzucił się przed siebie, młócąc rękami i próbując dorwać się pazurami do twarzy ofiary. Marek uchylił się raz, drugi, przyjął chaotyczne uderzenie na prawe ramię, a potem uderzył szybko: lewą pięścią w brzuch, prawą w twarz. Czuł, jak gruchotał nos tamtego, lecz szaleniec ani jęknął. Owszem, skulił się, wciąż jednak młócił rękami, jeszcze bardziej bezwładnie niż poprzednio. Marek odskoczył, zaparł się na lewej nodze, prawą wyprowadził kopnięcie w twarz. Napastnik poleciał na plecy, spróbował się podnieść, wtedy zarobił drugiego kopniaka. Przez moment widział jego oczy – puste, dzikie. Nawet nie zwierzęce, bo przecież zwierzęta mają swój umysł. A w oczach tego typa nie było widać nic, choćby złości.

– Masz dość? – zapytał, choć nie liczył na odpowiedź. – Masz dość?

Tamten tylko sapnął. Znów próbował wstać. Cóż było robić, przecież nie można zostawić za sobą takiego świra. Marek kopnął go z rozmachem w bok głowy, poprawił dwa razy, a gdy wariat przestał się ruszać, odsunął się od niego ostrożnie. Przyglądał mu się, aż się upewnił, że nieprzytomny oddycha. Dobrze, nie chciał mieć na koncie trupa.

Wahał się, czy nie przeszukać mu kieszeni. Bał się jednak, że gdy świr oprzytomnieje, może zgłosić policji, że został okradziony. A Marek nie zamierzał wracać do więzienia.

Oddalił się od przystanku truchtem, co chwila oglądając się za siebie. Na szczęście wariat nie wstawał.

Rozdział 2

Zrozumiał, że wybrał właściwy kierunek, kiedy dotarł do Rozprzy. Na miejscu pojął jednak także coś innego.

Światu zdecydowanie przydarzyła się jakaś wyjątkowo paskudna rzecz.

Pierwsze ciała znalazł ledwie dwa metry od tabliczki z nazwą miejscowości. Leżały na skraju lasu. Marek przypatrywał im się, starając się przypomnieć sobie wszystko, co usłyszał od Doktorka na temat etapów rozkładu. Cholernik nie potrafił opowiadać prawie o niczym innym, bo też cały jego sprytny plan zapewnienia sobie alibi opierał się na ukryciu zwłok żony w zamrażalce. Ciała spod lasu zgniły już, odkształciły się tak, że pewnie trudno byłoby rozpoznać ich twarze, przez które zaczynały przeświecać kości. Ile powinno zająć coś takiego? Dwa miesiące? A nawet mniej, gdy leżały porzucone na wilgotnej ziemi, poddane wpływowi deszczu i… Cholera, Markowi wydawało się, że pamiętał dokładnie wszystkie wykłady Doktorka. Ale teraz, gdy stał nad ciałami ludzkimi o skórze przypominającej stopiony wosk, cała ta wiedza uleciała mu z głowy.

Czemu nie pożarły ich zwierzęta? Czemu nikt ich nie znalazł? Nie dało się przecież nie dostrzec ich z drogi.

Brak zainteresowania zmarłymi zrozumiał, kiedy wszedł między zabudowania. Ciała leżały wszędzie. Poniewierały się na ulicach, porzucone i zaniedbane, co ciekawe – rejestrował to na wpół świadomie, gdy rozglądał się zdumiony – znajdowały się w różnych stadiach rozkładu. Wydawało się też, że wszyscy ci ludzie zginęli z różnych, ale prawie zawsze gwałtownych powodów. Na świeższych zwłokach łatwo można było zauważyć ślady ran. Co gorsza, jak przekonał się po nachyleniu nad ciałem mężczyzny w całkiem niezłym garniturze, były wśród nich ślady zębów. Możliwe więc, że zwierzęta nie tknęły trupów pod lasem, ponieważ w centrum Rozprzy miały mięsa pod dostatkiem.

Poruszał się jak otępiały, wędrując od trupa do trupa, powtarzając w myślach wykłady Doktorka, przyglądając się zmarłym prawie obojętnie. Coś musiało wyłączyć się w jego mózgu, ogrom niezwykłości świata, jaki zastał po przebudzeniu, sprawił, że nie do końca wierzył w realność owego przebudzenia. Owszem, odsiedział swoich dziewięć lat, ale przecież świat nie mógł zmienić się w tym czasie aż tak bardzo, że zmarłych zrobiło się więcej niż żywych. Przysiadł wreszcie na krawężniku, opierając się o samochód wbity w latarnię. Zwłok kierowcy w nim nie było, został za to kluczyk w stacyjce. Marek spróbował w związku z tym uruchomić pojazd, lecz silnik ani zipnął.

Potrzebował chwili, by się zastanowić. No dobrze, powiedzmy, że to wszystko prawda. Ludzie zginęli. Jak? Poza rozbitym samochodem i dziesiątkami ciał na ulicach nie znalazł tak naprawdę zniszczeń. Domy stały nienaruszone, część z zamkniętymi, część z pootwieranymi oknami. Sklep spożywczy wydawał się nietknięty. Na murach budynków nie widać było śladów po kulach. Nie doszło więc do ataku Ruskich, jak pomyślał w pierwszej chwili, nie wybuchł żaden pożar. Co zatem mogło się stać? Wybuchła epidemia i wszystkich ocalałych ewakuowano? Czemu w takim razie pozostawiono ciała? Nie zabrano ich dla bezpieczeństwa, albo choćby po to, by zbadać? Chyba że epidemia była tak groźna, iż obawiano się je tykać… Nie, to bez sensu, tym bardziej by je spalono…

Zaraz, zaraz, jeśli to epidemia, to czy on nie mógł się zarazić? Przestraszony zerwał się na równe nogi i odbiegł od samochodu, lecz natychmiast się zatrzymał. Niby dokąd miał uciec? Zwłoki zdawały się zalegać wszędzie, a on zdążył się przyjrzeć kilku z bliska. Jeśli miał się zarazić, to pewnie już zdążył. A może… Może już wcześniej był zarażony? Przecież nie pamiętał, co działo się z nim, odkąd wpadł na niego tamten wymachujący rękami wariat…

Przypomniał sobie szaleńca spod przystanku autobusowego, który zaatakował go nie tylko bez żadnego powodu, ale też w ten dziwny, raczej zwierzęcy niż ludzki sposób. Czy on nie próbował go ugryźć?

Niechętnie powrócił do zwłok kolesia w garniturze. Wstrzymując oddech, pochylił się nad jego szyją. Czy te ślady po zębach mogły być ludzkie?

Cofnął się ze wstrętem. Teraz, gdy o tym pomyślał, nie potrafił pozbyć się tego podejrzenia. Choć nie znał się na śladach ugryzień, nabrał pewności, że tak właśnie było: człowiek pogryzł człowieka, może nawet pożywił się ludzkim mięsem...

Poczuł, że potrzebuje broni. Jakiejkolwiek. Przypomniał sobie wszystkie filmy o zombiakach, jakie widział w życiu, i nagle owładnął go irracjonalny lęk, że te trupy w zasięgu wzroku zaraz wstaną i rzucą się na niego, tak jak typ spotkany przy przystanku. Poruszał się przecież dziwnie, mamrotał, jakby nie potrafił mówić, i atakował bezładnie, bez planu.

„Nie, stary! – spróbował uspokoić sam siebie. – Jakie zombie? Przecież to durny pomysł z filmów!”

Trudno było jednak uwierzyć w racjonalne argumenty, gdy stało się pośrodku ulicy pełnej zwłok.

Nawet jeśli to nie zombie, tak czy owak potrzebował czegoś do obrony. Wrócił do rozbitego samochodu, sprawdził schowek. Nie znalazł tam nic przydatnego. Otworzył bagażnik, marząc choćby o łyżce do opon albo młotku. Niestety, właściciel auta najwyraźniej nie przewidywał problemów, nie spakował żadnych narzędzi. Marek uznał, że to pewnie typ krawaciarza przekonanego, że wszelkie jego problemy załatwi pomoc drogowa opłacona z drogiego ubezpieczenia. Posłał zmarłemu przepełnione złością spojrzenie.

Zdecydował, że sprawdzi sklep spożywczy. Powinni mieć tam chyba jakiś nóż do mięsa? Pewności siebie zabrakło mu w momencie, gdy stanął przed drzwiami. Zawahał się. Rozglądnął na boki. Czy wtargnięcie do środka można by podciągnąć pod włamanie? Niby mógłby się tłumaczyć wyższą koniecznością, ale znał już tych cholernych sędziów i prokuratorów, wszystko rozpatrywali na jego niekorzyść. Nawet fakt, że żona go zdradzała, wykorzystali przeciwko niemu.

Obiecał sobie, że więcej nie pójdzie siedzieć. Zmarnował dziewięć lat życia. Wystarczy. Nigdy wcześniej nie łamał prawa, w każdym razie nie bardziej niż inni. Zasuwał na swoim, kiedy okazało się, że z kariery oszczepniczej nici przez durną kontuzję. I przez wredne babsko…

Przymknął oczy, policzył do dziesięciu. Niewiarygodne, że myśl o Małgośce wciąż doprowadzała go do furii.

Nacisnął klamkę. Będzie, co ma być. Nie pił nic, sam nie wiedział od jak dawna. Nie czuł głodu i trochę bał się myśleć o tym, dlaczego tak się działo. Co jadł przez ten czas, którego nie pamiętał? Na jak długo urwał mu się film?

Na szczęście drzwi ustąpiły. Widocznie wszystko, co złe, zaczęło się w godzinach otwarcia sklepu. Czy to przydatna informacja? Diabli wiedzą.

Zmarszczył nos, ledwie przekroczywszy próg, bo w środku cuchnęło jeszcze bardziej niż na ulicy. Szybko znalazł przyczynę smrodu – zwłoki kobiety w fartuchu osunęły się za ladę, ale początkowo musiały spoczywać właśnie na niej, widać było smugi krwi na kremowym blacie. Co na swój sposób interesujące, w plecach trupa tkwił nóż. Ktokolwiek zabił tę tutaj, potrafił posługiwać się bronią. Czyli raczej to nie zombiak. Myśl ta dodała Markowi nieco otuchy. Rozważał, czy nie wyciągnąć noża ze zwłok, lecz nie zdecydował się na to. Po cholerę zostawiać odciski palców na narzędziu zbrodni? Spece z policji pewnie potrafiliby dopasować kształt ostrza do rany, albo zrobić jakieś inne czary-mary, wystarczające, żeby skazać Marka za zbrodnię, której nie popełnił. Na dobrą sprawę powinien natychmiast wynosić się z tego sklepu.

Jednak potrzebował żarcia. I sprzętu. Zresztą nie oskarżą go chyba o zabicie wszystkich ludzi na ulicy? Jak powiadał ten cały Stalin? Że od pewnej granicy to już nie mord tylko statystyka? Niewiarygodne nagromadzenie trupów może sprawić, że nikt nie zainteresuje się jednym więcej. Chociaż z tymi mendami nigdy nic nie wiadomo. Gdy zorientują się, że Marek ma kartotekę, z czystej złośliwości postarają się mu coś przypisać. Zagłada świata czy nie, lepiej się pospieszyć.

Odnalazł stojak z butelkami wody mineralnej. Otworzył pierwszą. Dopiero gdy pociągnął łyk, przebudziło się w nim długo tłumione pragnienie. Pił chciwie aż do zachłyśnięcia. Zakrztusił się, oparł o ścianę. Upił jeszcze łyk, tym razem tylko po to, by przepłukać usta. Po chwili wahania resztę wykorzystał, by przemyć dłonie i twarz. Tknięty nagłą myślą pobiegł na zaplecze. Tam znalazł, tak jak się tego spodziewał, umywalkę i lustro nad nią. Niestety, światło nie działało, a gdy spróbował odkręcić wodę, rury zabulgotały kpiąco i wypuściły przez kran ledwie parę kropel, brudnych i gęstych. Zaklął. Wrócił do sklepu. Na szczęście był to jeden z tych zaopatrzonych we wszystko, co tylko mogło przydać się kupującym. Prowincjonalny supermarket. Znalazł i świece, i zapałki. Wrócił na zaplecze, obstawił świecami całą umywalkę, pozapalał je i nie bez obaw spojrzał w swoje odbicie w lustrze.

Aż się cofnął na jego widok. Spoglądał na niego wychudły, brudny koleś o dzikim spojrzeniu. Oczy miał podkrążone, przekrwione. Na czole dało się zauważyć kilka nowych blizn, niektóre dość świeże, inne zarośnięte młodą skórą. Dopiero teraz Marek uświadomił sobie, że nie tylko włosy na głowie mu urosły, także gębę pokrywała całkiem gęsta szczecina. Potarł ją zaskoczony. Pamiętał, że kiedyś próbował zapuszczać brodę, lecz po dwóch tygodniach zgolił jej zalążki rozdrażniony swędzeniem skóry. Tym razem nic nie czuł, zarost musiał więc mieć więcej niż dwa tygodnie. Ile? Trzy?

Pętał się bez świadomości po świecie przez trzy tygodnie? Co wtedy robił? Był jak ten wariat spod przystanku?

Wolał nie myśleć o takich sprawach. Skupił się na najważniejszym: na sobie tu i teraz. Jeśli świat zwariował, jeśli jakaś epidemia zmieniała ludzi w szaleńców, będzie musiał przetrwać, odnaleźć siostrę i…

I syna. Miał syna. Aż zachwiał się na nogach, gdy spłynęła na niego świadomość konsekwencji tego faktu. Gdzieś tam żył – oby! – dzieciak, który był przedłużeniem jego samego. Dziecko. Jedyne, co być może wyszło mu w życiu. A jeśli cała Polska wyglądała tak jak Rozprza, chłopak potrzebował pomocy.

Czemu, do cholery, nie zapytał siostry, jak mały miał na imię? Czemu sama mu tego nie powiedziała? A nie… Mówiła… Pamięć wciąż stawiała mu opór, wspomnienia powracały powoli, z trudem. Najpierw przypomniał sobie niechęć w tonie siostry, jej pełne wyrzutu spojrzenie, pogardę zawartą w skrzywieniu ust. Nastrój tamtej chwili otoczył Marka, wchłonął go. Wtedy napłynęły słowa. „Lubi przyszpanować ta suka”.

Patryk. Jego syn ma na imię Patryk.

Powtarzał to imię nieustannie, gapiąc się na swoje odbicie. „Skóra zdjęta z ciebie”. Czyli jak wygląda? Jak ten potwór w lustrze? Jak łysy, zmęczony więzień o rozbieganym spojrzeniu? Jak skupiony młody sportowiec? Jak sprzedawca o mięśniach roztapiających się stopniowo w tłuszczu?

Patryk.

Znajdzie go. Stanie naprzeciw syna i ujrzy jakby siebie w wieku dziewięciu lat. Jaki był? Ciekawski i zadziorny, pewny, że wszystko ułoży się jak należy. Takim siebie pamiętał.

Przeszukał sklep dokładniej. Znalazł drugi nóż, o szerokim ostrzu. Coś tam o walce nożem dowiedział się od Krzyśka, zwanego Kruchym, starego recydywisty popełniającego przestępstwa już chyba tylko dlatego, że nie potrafił inaczej i niezbyt radził sobie w normalnym życiu. Kruchy zdawał się wiedzieć wszystko o każdym więzieniu w Polsce, a paragrafy znał pewnie lepiej niż wszyscy prawnicy razem wzięci. Nie było też takiej roboty, której by przynajmniej nie liznął. Marek żałował teraz, że nie wziął od niego paru lekcji z włamywania się do domów i aut, mogłyby mu się przydać w opustoszałym świecie. Ale przecież planował uczciwe życie. Wygląda na to, że los znowu wyciął mu wredny numer.

Udało mu się zebrać niezły majątek: spory zapas wody, kilkanaście puszek z mięsem i warzywami, dwa noże, stos świec i pudełek zapałek… Znalazł nawet obcinacz do paznokci, z którego chętnie skorzystał. Tylko jak miał to wszystko ze sobą zabrać? Spakować do przeklętych małych reklamówek?

Ale jeśli wszyscy opuścili Rozprzę… Skoro już raz się włamał…

Resztę dnia spędził na przeszukiwaniu domów. Zaskakująco mało z nich zamknięto na klucz. Jakby mieszkańcy opuszczali domostwa, spodziewając się szybko do nich wrócić. Albo jakby zostali z nich wygonieni przez wojsko. Możliwe też, że wszyscy oszaleli. Znajdował ślady walki, natknął się też na nowe ciała. Choć szukał przede wszystkim rzeczy niezbędnych w dziczy: lepszych noży, narzędzi, wygodnych butów, kurtki przeciwdeszczowej, pojemnego plecaka, czasem trafiał na pieniądze. Za pierwszym razem, gdy w szufladzie pełnej skarpetek znalazł pokaźny plik banknotów, zawahał się. Czy przydałaby mu się taka kasa? Cóż, jeśli cywilizacja całkiem nie upadła, na pewno. Ale wtedy też ktoś mógłby go przymknąć za kradzież.

Nawet nie zauważył, kiedy zapadł zmrok. Był już wtedy nieźle wyekwipowany. Znalazł całkiem elegancką kurtkę z brązowej skóry, według niego bardziej przydatną w podróży niż nowoczesne cudeńka z tworzyw sztucznych, może i odporne prawie na wszystko i szyte pewnie w laboratoriach sterowanych przez komputery, jednak stanowczo mniej trwałe. Nie miał natomiast nic przeciwko nowoczesnemu plecakowi z regulowanymi pasami: biodrowym i piersiowym, zdolnemu pomieścić do dziewięćdziesięciu litrów pakunku. Udało mu się też znaleźć pasujące buty z wysoką cholewą i na grubej podeszwie oraz fajny nóż myśliwski w pochwie. Ze sklepu oprócz zapałek postanowił zabrać wszystkie chińskie zapalniczki. Tyle że kiedy zamierzał opuścić ostatni z przeszukiwanych domów, zaczynało się już robić ciemno. I Marek zatrzymał się na progu.

Nawet jako dziecko nie bał się ciemności, tym razem jednak myśl o włóczeniu się po nocy przejęła go trwogą. Nie zapaliły się ani latarnie uliczne, ani światła w żadnym domu. Marek nie miał najmniejszej ochoty, by przejść choćby tych kilkaset metrów do sklepu w zapadającym zmierzchu. Więzienie pomagało oswajać się i z ciemnością, lecz tutaj znalazł się w obcym miejscu pośród setek trupów. Znów zawładnęło nim irracjonalne przeczucie, że zaraz wstaną. Nie było mu tak łatwo odegnać tej myśli, jak za dnia. Cofnął się o krok. Potarł czoło dłonią dla uspokojenia. Pewnie dotarłby na miejsce, nim zrobiłoby się całkiem ciemno, ale co dalej? Miałby spędzić noc z trupem sprzedawczyni? Albo wracać w ciemnościach, nie wiedząc, czy jacyś oszaleli napastnicy albo zwierzęta nie kryją się pośród cieni?

Cofnął się do domu. Starannie zamknął za sobą drzwi, a po chwili zastanowienia podparł je krzesłem przyniesionym z kuchni. Następnie obszedł wszystkie pomieszczenia, pozamykał i pozasłaniał okna. I tego było mu mało. Wspiął się na piętro, starannie zamknął za sobą drzwi do sypialni, a potem zastawił je przewróconą szafą pełną prześcieradeł i poszew. Znaleziony nóż myśliwski włożył pod poduszkę. Na wszelki wypadek nie zdejmował ani butów, ani kurtki. Plecak oparł o łóżko, by w razie czego móc łatwo złapać go w ciemnościach, gdyby przyszło mu uciekać.

Zasnął, daremnie nasłuchując odgłosów z zewnątrz. Nic nie zagłuszało paskudnej, nieludzkiej ciszy. Jakby nawet owady uciekły.

Rozdział 3

Nie znalazł siostry w jej mieszkaniu w Piotrkowie, do którego dotarł na rowerze wyciągniętym spod trupa o przegryzionym gardle. Zobojętniał już na porzucone, zmasakrowane ciała w różnym stadium rozkładu. Przestał też je badać, by przywołując więzienne wykłady Doktorka, starać się ocenić czas, jaki minął od zgonu. Kiedy na ulicach zalegają martwi, śmierć prędko powszednieje. Zasłaniał usta arafatką znalezioną w jednym z przeszukiwanych mieszkań, a potem przetrząsał kieszenie zabitych w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Z czasem zaczął ściągać pierścionki z palców kobiet i wyszarpywać kolczyki z ich podgniłych uszu. Złoto zawsze będzie miało wartość. Nawet jeśli cywilizacja upadła.

Leżący w poprzek drogi rowerzysta stanowił przypadek szczególny. Wyglądało, jakby zginął niedawno. Ciało ostygło, stężało, ale rozkład ledwie zaczął o sobie dawać znać. Co więcej, zmarły musiał być kimś podobnym do Marka. Najwyraźniej również ocknął się po Błysku, splądrował domy i sklepy w jakiejś innej miejscowości. Przez bagażnik turystycznego roweru przerzucił przypominające siodło sakwy wypełnionejedzeniem w puszkach i torebkach, ale także lekarstwami i środkami opatrunkowymi. Przywiązał do tego wielki plastikowy baniak wody, dociskając go elastycznymi pasami, a pod ramę roweru doczepił dodatkowe, mniejsze sakwy wypchane mulitoolami i tubami oleju oraz smaru. Znalazł nawet sposób na przywiązanie do ramy niewielkiego namiotu, tak by nie przeszkadzał mu podczas jazdy.

Przygotował się do podróży przez zniszczony świat najlepiej, jak potrafił. I umarł.

Marek starał się nie myśleć o tej śmierci, wyprzeć ją z pamięci. Ale nie był w stanie.

Rowerzysta bowiem wyglądał, jakby coś rozsadziło mu głowę od środka. Coś! Mózg nie wiedzieć czemu nie tylko urósł mu ponad miarę, spuchł, ale też stwardniał, uległ krystalizacji i rozerwał czaszkę. Gdy Marek stukał w niego czubkiem noża, udało mu się odkruszyć kawałek. Krzyknął, odskoczył odruchowo i upadł niezgrabnie.

Czy to jakaś zaraza? Ludzie wpadają w szał, tracą pamięć i próbują pozabijać się nawzajem, ponieważ ich mózgi zamierają i zmieniają się w coś, co przypomina kryształ? Czy i z nim dzieje się to samo?

Nie bez wysiłku wydobył rower spod ciała i uciekł stamtąd, pedałując najszybciej, jak mógł. Dopiero po kwadransie zrozumiał, że poprzedni właściciel ustawił najlżejsze przełożenie, jakby szykował się do jazdy pod stromą górę. Marek potrzebował chwili, by zorientować się w mechanizmie działania nowoczesnych przerzutek, potem już podróż poszła mu gładko, choć sterowanie przeciążonym rowerem sprawiło mu początkowo nieco trudności, a od plecaka, którego nie zamierzał się pozbywać, szybko rozbolały go plecy i ramiona. Musiał docisnąć pasy do oporu, plecak chwiał mu się bowiem podczas jazdy i też nie ułatwiał manewrowania.

Na wiejskich drogach widywał zwierzęta. Raz prawie wpadł na grupę dzików. Locha z młodymi przecięły mu drogę. Usłyszały go, zatrzymały się i czym prędzej zbiegły na pobocze. Gdy mijał je, przyglądały mu się ukryte w wysokiej trawie. Marek nie mógł pozbyć się wrażenia, że bały się go bardziej, niż na to zasługiwał.

W Piotrkowie po raz pierwszy zobaczył żywych ludzi, którzy nie sprawiali wrażenia szalonych. Mimo to unikał ich. Kiedy wychodził z więzienia, wprost nie mógł się doczekać rozmowy z kimś z zewnątrz, teraz nie był pewien, jak zareagowałby na spotkanie z drugim człowiekiem. A i tamci nie wyglądali na spragnionych kontaktu. Słysząc nadjeżdżający rower, uskakiwali do kryjówek, skąd obserwowali przybysza na podobieństwo dzików ukrytych w trawie. Dopiero pod domem siostry jakiś starszy gość podbiegł do Marka.

– Niech pan zaczeka! – wołał zdyszany. – Niech pan zaczeka!

Chociaż w przeciwieństwie do typa, z którym Marek walczył na wiejskim przystanku, ten facet wydawał się normalny, no i mówił jak człowiek, a nie pomrukiwał niczym zwierzę, rowerzysta oparł dłoń na rękojeści noża przyczepionego w pochwie do pasa.

– Niech się pan mnie nie obawia! – Mężczyzna zatrzymał się natychmiast. – Jestem już zdrowy. Jak i pan!

– Zdrowy? – powtórzył Marek. A po chwili, gdy dotarło do niego znaczenie słów obcego, dodał: – Już?

– Pan też nic nie pamięta?

– Nic nie pamiętam i niewiele wiem.

– No tak. Jak wszyscy. Pewnie nie rozmawiał pan z nikim? Nic dziwnego. Ludzie teraz nieufni. Ale ja, na szczęście, przekonałem kilku. Nikt nic nie pamięta. Wszyscy ocknęli się nagle, brudni i zakrwawieni. Jedni ranni, inni nie. Jedni blisko domów, inni przybyli tu z daleka. A pan?

– Tak jakby z daleka. Ale tu mieszkałem. Dziewięć lat temu. Wie pan, co się stało?

– Nikt nie wie. Większość ludzi zginęła. I sądząc po śladach… No cóż, wygląda na to, że pozabijaliśmy się nawzajem.

Do podobnego wniosku Marek sam doszedł podczas podróży. Poza rowerzystą wszyscy zmarli nosili ślady walki. U tych najpóźniej zabitych, których jeszcze całkiem nie pożarł rozkład, odnajdywał rany i blizny na dłoniach podobne do tych, jakie sam miał.

– Czego pan ode mnie chce? – zapytał.

– Potrzebuję pomocy… Nie, niech mnie pan źle nie zrozumie! Sklepy są pełne. Wszyscy, którzy przeżyli… Można nas uznać za milionerów. Niczego nam nie brakuje. Ale te ciała… Jeśli ich nie usuniemy, nie skończy się to dla nas dobrze. Ja i jeszcze parę innych osób szykujemy wielki stos. Na wszelki wypadek przy Bugaju. Wie pan, woda… Nie tak daleko stąd, wie pan, Wyzwoliciela do Wierzejskiej i dalej to już rzut kamieniem…

– Wiem, gdzie jest jezioro.

– No właśnie! I widzi pan, każda para rąk się liczy. Samochody można brać, jakie kto chce, tylko ciężko nimi jeździć, bo ulice zapchane. Ale można by do tego pana roweru podczepić wózek i zwozić tam ciała.

– Nie.

– Słucham?

– Mam własne sprawy. Idź pan szukać pomocy gdzie indziej.

– Pan nie rozumie! Z tego może się zrobić epidemia. Pan też może zachorować!

– Rozumiem i mam to w dupie. Nawet tu nie zostanę. Spieprzaj pan.

– Niechże pan zrozumie… Ten świat… Wszystko się zmieniło. Musimy sobie pomagać!

– Pomagam swoim. Ciebie, gościu, nie znam.

Odwrócił się od zatroskanego, posmutniałego mężczyzny i ignorując jego daremne argumenty, zajął się zamkiem przy drzwiach. Te zaopatrzono niestety w mechanizm samozamykający. Marek bez wielkich nadziei spróbował zadzwonić domofonem do siostry. Gdy nic to nie dało, wcisnął po kolei wszystkie przyciski. Też bez rezultatu.

Za jego plecami starszy facet mówił jeszcze, przekonywał, ale coraz słabiej. Wreszcie poddał się.

– Nic nie rozumiecie, niczego się nie nauczyliście! – westchnął. – Mam nadzieję, że zmieni pan zdanie. Do widzenia.

Marek obejrzał się za nim. Może nie warto było zniechęcać dziadka do siebie? Przecież to pierwszy człowiek, który w ogóle chciał z nim rozmawiać. Dałoby się wyciągnąć z niego jeszcze trochę informacji. Miał ochotę pobiec za nim, przeprosić. Przekonać, że mógłby pomóc, tylko nieco później. Bo teraz, niestety, nie ma czasu. Bo ta resztka ocalałych musi poczekać, aż on przekona się, jaki los spotkał jego rodzinę. Przecież nie musiałby zasuwać z trupami do upadłego, wystarczy poświęcić tyle czasu, by wyciągnąć od kolesia wszystko, co wie. A może zdobyłby też zaufanie innych? Choć wtedy pewnie zaczęliby go wciągać w swoje sprawy, namawiać, żeby pomógł im jeszcze trochę, z jakimś kolejnym drobiazgiem… Ale może znalazłyby się między nimi kobiety?

Nie. Nie może się rozpraszać.

To jednak byłaby strata czasu. Jeśli człowiek nie troszczy się przede wszystkim o siebie, znajduje się na straconej pozycji względem innych, mądrzejszych samolubów. Pewnie i świat zawaliłby się bez tych wszystkich dbających o dobro ogółu altruistów, ale ze świata wiele już i tak nie zostało. Tym lepiej dbać o siebie. Zresztą Marek był już zmęczony i zniecierpliwiony. Chciał się przekonać, czy siostra przeżyła, usiąść w mieszkaniu, w którym się wychował. Odpocząć choć chwilę po tej cholernej podróży drogami pełnymi trupów. Przez nieznośnie otwarte przestrzenie, puste i ciche. Za kratami marzył o takich właśnie miejscach. Teraz tęsknił za ciasnotą i obecnością kumpli. Bolały go ramiona, stopy, nawet kolana. Nic nie jest winien światu, którego nie obchodziło, że znudzony sędzia wlepiał mu dziewięć lat tylko za to, że zareagował jak każdy normalny facet, gdy przyłapał żonę z gachem.