Opis

Już niedługo, za mniej więcej dwa do trzech lat, wszyscy ludzie na Ziemi wpadną w dziki szał, podczas którego zatracą pamięć o tym, kim byli. Nie ogarnie on wszystkich równocześnie. Opanowani gorączką zaczną rzucać się na siebie nawzajem. Szał będzie dziki, lecz nie bezrozumny.

 

W ciągu tygodnia na Ziemi nie będzie zdrowych ludzi. A potem, równie niespodziewanie, jak się zaczęło, wszystko minie…

 

Niektórzy mówią, że to Gaja, że Ziemia się nami zmęczyła. Jeszcze inni, że jakiś wirus wyrwał się z wojskowego laboratorium albo że wypuścili go terroryści. Zdaniem reszty człowiek przekroczył wreszcie próg cywilizacyjnego stresu i zwariował.

 

Ty wiesz jedynie, iż przyszło ci żyć wśród zgliszczy. Niczego tak się nie boisz, jak tego, iż kiedyś przypomnisz sobie, co robiłeś, gdy na świat spadł szał zabijania.

 

A nie, jest jeszcze coś, co przeraża cię bardziej.

 

Że to powróci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


… i walczyć będzie brat przeciw bratu,

przyjaciel przeciw przyjacielowi, miasto przeciw miastu,

królestwo przeciw królestwu.

Księga Izajasza 19, 2

C Z Ę Ś Ć  P I E R W S Z A

Zarażeni

I woke up and the world outside was dark

all so quiet before the dawn

opened up the door and walked outside

the ground was cold

Peter Gabriel, More Than This

Rozdział 1

R A F A Ł

Po raz pierwszy spotkali się w dniu palenia ciał, gdy ciężki, tłusty dym nie chciał wzlatywać ku niewiele jaśniejszemu od niego niebu. Pełzł ku kamienicom rozgrzanym od ognia niczym ściany pieca, w który zmienił się cały Rynek Główny, przypominający teraz gigantyczne palenisko. Wieże kościoła Mariackiego wystawały ponad nie niczym kominy, a Sukiennice pośrodku pierścienia ognia piekły się jak prosię na ruszcie.

Dym nie spieszył się ku chmurom. Opornie wspinał się po ścianach kamienic. Zdawał się płynąć ulicami, na których kostka brukowa pękała od żaru. Ludzie przez kilka ostatnich dni znoszący tu trupy uciekali z Rynku niemrawo. Rafałowi, siedzącemu już chyba bezpiecznie, bo daleko, pod niegdysiejszym teatrem Bagatela, wydawało się, że część z nich waha się, czy nie pozostać wśród płomieni. Może lepiej było dołączyć do umarłych niż męczyć się z żywymi?

O ile Rafał wiedział, nikt nie kazał znosić zwłok na Rynek, układać je piętrowo, a potem wzmacniać wieże z gnijących ciał drewnianymi konstrukcjami. On sam przyłączył się do akcji niemal spontanicznie. Wracając spod Wawelu, zobaczył nagle człowieka ciągnącego za sobą dwukołowy wózek, jakim zwykle posługiwali się złomiarze. Tyle że oni upychali na nim strzępy metalu, a nie martwych.

– Pomóż mi – poprosił mężczyzna. – Ledwie dycham.

– To po cholerę to za sobą ciągniesz?

– Na Rynek.

– Po co? – Rafał zbliżał się do niego ostrożnie. Nie chciał dołączyć do zwłok na wózku. Nowy świat był wtedy jeszcze młody, mógł mieć zaledwie dzień albo dwa. Może odrobinę więcej. W tamtym czasie ludzie zachowywali się szczególnie dziwnie.

– Żeby je spalić, kretynie! Jeśli ich nie spalimy, wkrótce wybuchnie zaraza!

– Jesteś lekarzem?

– Nie. Ale nie jestem też idiotą. Pomóż mi!

Wbrew sobie Rafał chwycił wtedy za dyszel wózka. Przebudził się ledwie dwa dni wcześniej. Wciąż bał się wracać do domu i każdy pozór sensu wydawał mu się zbawieniem. Może inni czuli i myśleli tak samo i dlatego większość ocalałych szybko zabrała się za oczyszczanie miasta z trupów. Wydawało się, że nikt tym nie zarządzał. Uratowani działali, jakby mieli wspólny umysł. Kolejni i kolejni dołączali do zbieraczy zwłok. Znosili je na Rynek Główny. Tam inni ludzie, równie ubabrani i zmęczeni, pościnali już wszystkie drzewa. Wywlekli też z budynków drewniane meble, by układać z nich stosy wokół Sukiennic. Otoczony mitycznymi stworami Mickiewicz przyglądał się im bez słowa. Być może, gdyby tylko potrafił, uciekłby stamtąd jak gołębie. Po raz pierwszy w historii wszystkie opuściły główny plac miasta.

– Czemu tam? – zapytał Rafał, gdy zrzucili ciała z wózka i zawrócili po następne. – Nie lepiej byłoby je powrzucać do Wisły?

– Zdaje się, że gorączka upiekła ci mózg – westchnął wózkarz, na oko zbliżający się do pięćdziesiątki, nieco grubawy, prawie łysy. – A może od zawsze byłeś taki tępy?

Rafałowi brakowało sił, by reagować na zaczepki. Właściwie to nawet podziwiał tamtego, że wciąż zostało w nim tyle ducha, aby kpić i obrażać ludzi. Pozostali napotkani zachowywali się jak duchy. Prawie się nie odzywali. Unikali patrzenia innym w oczy. Skupieni na pracy starali się nie zwracać uwagi na żywych. Najaktywniejsi spośród nich próbowali wśród trupów odnaleźć swoich bliskich. W daremnym wysiłku wędrowali między zwłokami. Przyglądali się zniekształconym twarzom, przesuwali jedne ciała, żeby odsłonić inne. Rzadko odnosili sukcesy.

– Jakbyśmy je wrzucali do Wisły, utknęłyby na pierwszej lepszej zaporze, durniu! – wyjaśnił nareszcie wózkarz, gdy doszedł do wniosku, że nie doczeka się odpowiedzi. – Woda znosiłaby je tam. Dziesiątki, może nawet i setki tysięcy ciał. Gniłyby sobie na kupie, a my pozdychalibyśmy od zarazy. Dlatego przynosimy je na największe place i palimy. Teraz rozumiesz?

– Największe place?

– Tak samo jest na Rynku Dębnickim, Podgórskim. W Hucie.

– Skąd wiesz?

– Byłem wczoraj na Dębnickim i Podgórskim. W Hucie nie. Ale jeśli trafił się tam choć jeden rozsądny człowiek, to na pewno jest tak samo.

– Sporo się nachodziłeś.

– Szukałem żony.

– Znalazłeś?

– Znalazłem. Przywiozłem ją na pierwszym wózku. No, nagadaliśmy się. Bierz tego trupa za nogi. I na trzy wrzucamy gościa na wózeczek. Raz…

Rafał nigdy nie dowiedział się, jak tamten miał na imię, choć pracowali razem przez trzy dni. Gdy poznoszono i pozwożono wszystkie ciała z okolicy, pomagali wspólnie układać je na stosach i obkładać kawałkami drewna. Potem oblewali to wszystko benzyną. A kiedy buchnęły płomienie, wózkarz uścisnął Rafała z niespodziewaną serdecznością, zawołał coś niezrozumiałego, po czym wskoczył w ogień. Rafał przyglądał się przez chwilę z obojętnością, która później nieco go zawstydziła, jak korpulentny mężczyzna miotał się w dziwacznym tańcu. Tamten wrzeszczał, chyba nawet próbował wydostać się z ognia, ale zaplątał się w ciała, a może został schwytany przez umarłych. Opadł na kolana, ciągle krzycząc i machając rękami, jakby to mogło ugasić płomienie. Konanie wózkarza niespodziewanie dodało Rafałowi energii; odwrócił się i uciekł od tego widoku, od żaru i smrodu.

Zapału starczyło mu, by dotrzeć pod Bagatelę. I właśnie wtedy, gdy leżał niemal całkowicie wyzuty z sił, pierwszy raz spotkał Lucynę. Dopełzła do niego na czworakach, wycieńczona jak on. Oparła się o ścianę obok niego, głowę wsparła na jego ramieniu. Włosy ukryła pod chustą, a usta zasłoniła starą maską przeciwsmogową. Długo nie mówili nic, tylko patrzyli na nieodległe płomienie. Rafał przestraszył się, że jeśli zasną oboje, mogą obudzić się już po tym, jak podstępny ogień wyrwie się z Rynku i otoczy ich. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od tego gigantycznego stosu musiały zająć się kamienice tworzące ściany pieca, a za nimi kolejne. Dobrze, że przynajmniej Planty ogołocono z drzew. Może ogień nie będzie miał po czym się przez nie przedostać?

Powinniśmy uciekać, pomyślał. Ale nie miał sił się ruszać.

Jakiś czas później Lucyna zdjęła maskę, przedstawiła się i zażartowała w dosyć niemądry sposób. Odpowiedział jej równie durnym żartem, zdziwiony, że znów znalazł do tego energię.

– Kiedy się ocknęłam i zaczęłam rozumieć, co się stało, głupia pomyślałam, że przynajmniej pozbędziemy się z Krakowa smogu – powiedziała, gdy już poznała jego imię. – A tu popatrz. Pierwsze, co zrobiliśmy, to na powrót napełniliśmy miasto dymem.

– Wiesz, jak długo to trwało? – zapytał.

– Podobno dziś jest dwunasty maja. Nie sprawdzałeś?

– Kiedy się ocknąłem... Nie, nie miałem czasu.

– Jesteś jednym z tych?

– Jednym z jakich?

– Z tych, co ocknęli się naprawdę. Świadomi, a nie otumanieni? Od razu zacząłeś działać?

– Nie wiem. Po prostu jakoś tak się stało, że od razu miałem coś do roboty.

– Szczęściarz. Ja godzinami siedziałam i gapiłam się przed siebie. Nawet gdy spadł deszcz. Trzy godziny przesiedziałam w ulewie, nie próbując się schować. Dopiero potem... Też zacząłeś od przepłukania ust?

Nie. On zaczął od zrobienia kroku w stronę tej dziewczynki, która zamiast uciekać, wpatrywała się w niego ze zdumieniem, strachem, ale i nadzieją. Kiedy ku niej ruszał, wydawało mu się, że wciąż nie myśli trzeźwo, że idzie, by ją dopaść, rozerwać na strzępy. Dopiero gdy upłynęły sekundy – dwie, trzy, może więcej, lecz niewiele, a on unosił rękę do ciosu, uświadomił sobie, że widzi ją naprawdę, że rozpoznaje w niej dziecko, że dostrzega w jej oczach niepokój. Zamiast więc ją zabić, przytulił ją i długo szlochali oboje. A potem to ona powiedziała, że muszą iść i że zna miejsce, w którym jest bezpiecznie.

Nie było. Nie dla niego. Ale, świadomie bądź nie, uratował ją i to dodało mu chęci do życia.

– Też zacząłem od wyczyszczenia ust – skłamał Lucynie. – Z krwi, chrząstek, strzępów ubrań. Z...

Wtedy pocałowała go, żeby przerwać tę wyliczankę.

Później spytała, czy nie jest głodny.

– Siedzimy tuż obok kebaba. – Uśmiechnęła się, zapinając bluzkę. – A w piwnicach była restauracja. Na pewno znajdziemy coś do jedzenia. Musisz być co najmniej tak głodny jak ja.

Dopiero wtedy poczuł, że rzeczywiście był. Nie pamiętał, kiedy jadł po raz ostatni, i nie chciał sobie tego przypominać. Zeszli więc do piwnicy, do restauracji, gdzie spotkali już kilka osób, które wpadły na podobny pomysł. Znaleźli mięso, chleb, warzywa, owoce. Mnóstwo jedzenia, z którego znaczna część nie zdążyła się jeszcze zepsuć. Znaleźli piwo. Jedli, pili, śmiali się. Dołączyli do nich inni. Ludzie znów zaczęli patrzeć sobie w oczy. Tańczyli, wiwatowali. Spoglądającemu na nich Rafałowi zdawało się, że ocalonych musiało być więcej, niż przypuszczał. Zapełnili przecież całą, naprawdę sporą, piwniczną knajpę. Dopiero później zrozumiał, że w okolice Rynku zeszli się ludzie z prawie całego miasta.

Gdy alkohol mocno szumiał mu już w głowie, Rafał znalazł w sobie odwagę, by wrócić do domu. Zgubił Lucynę w roztańczonym tłumie, ale nie zwrócił na to uwagi. Wyszedł z piwnicy.

Rynek wciąż płonął. Wiatr roznosił popiół po całym Krakowie. Miał opadać jeszcze przez kilka dni, zostawiając tłuste ślady na skórze, jeśli się z nią zetknął. Rafał długo przypatrywał się płomieniom. Nawet ze znacznej odległości czuł gorąc na twarzy. Trawiące dotychczasowe serce miasta płomienie niosły ognisty blask pod samo niebo, a ono odpowiadało im ponurą, brudną czerwienią. „Jakbyśmy wyrzucili gorączkę z siebie, by zarazić nią budynki i chmury. Próbujemy spopielić wszystko” – pomyślał Rafał. Pocieszył się myślą, że na szczęście jego dom znajduje się po drugiej stronie Wisły. Jeśli Kraków spłonie, Podgórze ma szanse ocaleć. Wtedy przypomniał sobie, że według wózkarza taki sam stos płonął zapewne na Rynku Podgórskim. Zaklął i ruszył w drogę. Na wszelki wypadek nadłożył jej i powędrował wzdłuż Wisły, by trzymać się jak najdalej od stosu. W razie czego gotów był wskoczyć do rzeki i przepłynąć na drugi, bezpieczny brzeg.

Miasto nie spłonęło, ale w ciągu następnych dwóch dni ludzie przebudzili się ostatecznie. Wyrwani z letargu, znów myślący jak za dawnych czasów, rozpoczęli plądrowanie tego, co ocalało. Nowy świat zaczął się rodzić.

A teraz, ponad dwa miesiące później, Rafał zszedł na parter swojego domu-twierdzy, by za żelazną bramą chroniącą wejście ujrzeć Lucynę.

Wyszczuplała. Zapadnięte policzki wydłużyły i tak dość pociągłą twarz. Jej oczy wydały się Rafałowi większe i ciemniejsze niż w wieczór palenia ciał. Wyglądała na nie mniej zaskoczoną od niego.

– Cześć. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – To naprawdę ty?

– Naprawdę ja. Szukałaś mnie?

– Nie ciebie. To znaczy, nie wiedziałam, że ciebie. Szukałam mężczyzny, który może mi pomóc. Który znajduje dzieci. To ty?

K A R O L

Nazywali go Kapitanem, a on pozwalał na to, choć nigdy nie służył w wojsku. No i można by znaleźć wyższe szarże. Tak się jednak składało, że w historii ludzkości właśnie kapitanowie budzili nie tylko szacunek, ale i zaufanie. Policjanci, żołnierze, bohaterowie powieści, komiksów i seriali, dowódcy okrętów nosili to prestiżowe miano przez całe stulecia. Kapitan zawsze był kimś, do kogo można było się zwrócić w potrzebie. Nie niedosiężnym generałem, planującym zawsze w ramach wielkich strategii, ale prawie swojakiem. Karol pozwolił więc nazywać się Kapitanem i czerpał satysfakcję z tego właśnie stopnia. Tym bardziej, że nie było ponad nim żadnego majora ani generała. Kapitan okazał się najwyższą z funkcji.

Przez jakiś czas, na początku, było ich dwóch. Kapitan Karol i Kapitan Jerzy. Tamten mówił dużo więcej o przeszłości i przyszłości. Tej pierwszej nienawidził. Wobec drugiej miał plany. Potrafił przez całe kwadranse snuć opowieści o tym, jak dobrze stało się dla świata, że spadła nań gorączka, która wypaliła cały ten miniony syf. Tłumaczył (a Strażnicy słuchali go z rosnącą z dnia na dzień pogardą, z której nie zdawał sobie sprawy), że przed gorączką świat toczył rak, że wcześniej czy później musiało dojść do oczyszczenia. Mogła być nim rewolucja obalająca rządy arystokratów biurokracji i bankierów. Albo wojna, podczas której stałoby się jasne, kto jest śmieciem, a kto mężczyzną. „Czy jesteście śmieciami?” – krzyczał, a wtedy Strażnicy odpowiadali, że nie. Za każdym razem coraz niechętniej i ciszej.

Karol czuł wstyd, ilekroć przypominał sobie, że i on dał się na początku uwieść słowom Jerzego. To było w pierwszych dniach po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie wszyscy ocknęli się do końca. Prawie nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak będzie wyglądał świat, i chyba nikt się nad tym nie zastanawiał. Żywi snuli się między zmarłymi niczym zombi. Bezmyślni, puści, niezdolni do wykrzesania z siebie energii niezbędnej, by powrócić do prawdziwego życia. To Karol wymyślił, żeby pozbierać i spalić trupy. Potem prawie każdy przyznawał się do tego pomysłu. Ba, powstała legenda, że ludzie zrobili to jakoby zjednoczeni jedną myślą. Niektórzy, na przykład Jerzy, wysnuwali z niej szalone teorie o wspólnym umyśle ludzkości przebudzonym podczas gorączki.

Karol nie przejmował się tym gadaniem. Nie zależało mu na sławie. Grunt, by to, co powinno było zostać zrobione, zostało zrobione. Jedyną satysfakcję odczuwał na myśl, że dzięki przemienieniu w stos Rynku Głównego, co znów było jego pomysłem, doszczętnie spłonęły Sukiennice. Nienawidził tego miejsca. Ostatnie, co pamiętał z poprzedniego życia, nim spadła na niego gorączka, to zmęczenie kolejnym nieznośnym dniem spędzonym za ladą stoiska z tandetnymi podróbkami broni i kożuchów wciskanymi turystom.

Jerzy nie przestawał gadać ani gdy grzęźli po kostki w zalegających na ulicach trupach, które stopień rozkładu uczynił na tyle miękkimi, że stopy mogły się w nich zapadać, jeśli człowiek na nie nastąpił, ani gdy układali je w stosy. Ale, zgodnie z prawami umarłej statystyki, w tym zalewie słów trafiło się w końcu coś, co miało sens.

„Ten ogień nas przebudzi” – oznajmił Jerzy, polewając fragment stosu benzyną z kanistra. „Teraz palimy i ostatecznie zamykamy za sobą przeszłość. To pomoże nam ocknąć się naprawdę. Ułożymy sobie życie na nowo. I wiesz, co myślę? Że to oznacza wielkie gromadzenie zapasów!”

Karol, który był wtedy pod wrażeniem słowotoku Jerzego, spojrzał na niego z podziwem. Kiedy on dumał o zapobieżeniu zarazie, ten gaduła wybiegał myślami daleko w przód. Dzięki temu rozpoczęli szaber, kiedy inni jeszcze przyglądali się otępiali ogniowi albo urządzali orgie w jego blasku. Gdy „nowa ludzkość” uświadomiła sobie, że trzeba mieć co jeść i w co się przyodziać, Karol z Jerzym dysponowali już całkiem niezłymi zapasami zgromadzonymi w prawdziwej twierdzy – w starym, otoczonym murem kościele na Kazimierzu, wraz z klasztorem. A między ich zdobyczami znalazła się także broń pozyskana z magazynów policji. Znowu dzięki Jerzemu, bo to on cały czas mówił o przyszłym znaczeniu uzbrojenia.

Pierwsi Strażnicy dołączyli do nich zainspirowani właśnie opowieściami Jerzego. Ludzie chętnie słuchali wtedy o przyszłości, nie odwracali się też od tego, kto tłumaczył im, że przeszłość była przeklęta i zasłużyła na swój los. Ocalałym podobało się każde usprawiedliwienie zdejmujące z nich poczucie winy.

I nagle Karol i Jerzy zostali we dwóch Kapitanami samozwańczych Strażników – milicji, która zajmowała się głównie sobą, ale robiła to pod sztandarami wielkich idei i planów Jerzego. Karol chował się przez ten czas w cieniu. Starał się dbać o to, by ludzie, którzy schronili się za murami kościoła Bożego Ciała, zyskali możliwie największe szanse na przetrwanie. Jerzy budował dla nich poczucie wspólnoty i wskazywał świetlane cele, a Karol pilnował, by mieli szanse je realizować.

Z czasem Jerzy nabrał zwyczaju urządzania w kościele osobliwych nabożeństw. Zwoływał ludzi, kazał im śpiewać stare przeboje, w których przerabiał teksty. A potem wspinał się na ambonę, by wygłaszać z niej żarliwe przemówienia. Niemal zawsze traktowały one o zepsuciu starego świata. Jedni słuchali go z przejęciem, inni wzruszali ramionami i wychodzili. W końcu Jerzy prawie przestał opuszczać kościół. Słał z niego posłańców do Karola, który wolał mieszkać w jednej z cel opuszczonych przez zakonników. Jerzy przysyłał nowe rozkazy, nieświadomy, że już prawie nikomu nie chciało się ich wykonywać. Nie widzieli się z Karolem od trzech tygodni. W tym czasie Karol postarał się stworzyć porządną organizację wśród Strażników. Wybrał sierżantów, podzielił ludzi na mniejsze oddziały wyspecjalizowane w konkretnych zadaniach.

Coraz więcej ludzi przychodziło do niego, ale przy Jerzym została całkiem spora grupa wyznawców. Strażnicy Karola gardzili nimi coraz otwarciej. Zdarzyło się, że sponiewierali paru z nich. Karol kazał zatrzymać i wychłostać brutali odpowiedzialnych za napaść. Wyrok musiał wykonać sam, bo nawet wśród Strażników wielu nie otrząsnęło się jeszcze z wpływu gorączki. Myśl o skrzywdzeniu drugiego człowieka przyprawiała ich o mdłości. Wymierzając im chłostę, Karol zdawał sobie sprawę, że karze ludzi, którzy mogą się okazać dla niego najbardziej przydatni. Porozmawiał potem z każdym z nich. Tłumaczył, czym różnią się swoi od obcych i że wobec swoich należy wykazać większą elastyczność. Wybaczać nawet pewne dziwactwa.

Tamtego dnia uświadomił sobie, że ludzie, którzy trafili pod jego opiekę, potrzebują symbolu. I że gadanie Jerzego coraz mniej przydawało się do czegokolwiek.

Odwiedził go więc. Wierzył, że może przekonać Jerzego, by ten spojrzał na rzeczywistość trzeźwiej, wykorzystał swój dar do napełniania Strażników nadzieją. Jego mistyczne gadki nie przydawały się na nic, stanowiły sztukę dla sztuki. Stratę czasu, na którą nie było miejsca wśród Strażników. To, co nie okazywało się użyteczne, musiało zniknąć.

Karol pchnął ciężkie drzwi, odsłaniając wejście do kościoła. Strażnicy, wzorem swojego Kapitana, zamieszkali w budynkach klasztornych, ale wierni Jerzego nie ruszali się ze świątyni. Tylko tam można ich było spotkać, nie licząc coraz bardziej zabiedzonych gońców przekazujących daremny bełkot swojego proroka.

Nim wszedł, zatrzymał się wstrząśnięty smrodem bijącym z wnętrza. Na zewnątrz zapach spalonych zwłok wciąż unosił się nad miastem, ale ludzie przywykli już do niego. Podobno w ciągu trzech dób spalili blisko czterysta tysięcy ciał na kilku stosach rozpalonych w całym Krakowie. Może była to prawda, może nie. W każdym razie zaraza nie wybuchła. Ciała wciąż palono, teraz przede wszystkim w piecach kombinatu Nowej Huty. Ich woń roztaczała się nad położonym w dolinie Krakowem, w którym rzadko wiał wiatr. Stała się prawie swojska. Różniła się znacznie od mdląco słodkawego odoru przepełniającego kościół. Nikt tutaj nie mył się od dawna. Resztki jedzenia i śmieci pozrzucano na podłogę i pozostawiono na niej, by gniły. W samym sercu tak starannie odbudowywanego przez Karola porządku zalęgł się czerw chaosu.

Zmarszczył nos. Skrzywił się. Ale wszedł do środka.

I zaraz prawie potknął się o czyjeś ciało, którego nie dostrzegł w panującym na obrzeżach kościoła półmroku. Schylił się przekonany, że znalazł zwłoki. Ale to tylko stara kobieta, która opadła z sił, leżała wtulona we framugę drzwi. Cuchnęło od niej niemytym ciałem, potem i moczem. Gdy Karol przezwyciężył wstręt, chwycił ją i potrząsał, aż otworzyła oczy.

– Proszę... – szepnęła.

– Co ci jest? – warknął. – Jesteś chora?

– Słaba – wyskomlała. – Nie jadłam... od kilku dni.

Zaklął, raczej odruchowo niż z powodu prawdziwego gniewu. Powinien był go poczuć. Porzucono kogoś, komu gwarantował opiekę, marnowano człowieka mogącego przecież posiadać cenne zdolności. Jednak gorączka wypaliła w Karolu emocje. Nie potrafił już cieszyć się ani gniewać. Wewnątrz siebie czuł jedynie chłód, spokój pomagający mu zachować trzeźwość myślenia. Możliwe, że dlatego tak bardzo spodobał mu się Jerzy, który wręcz płonął od emocji i entuzjazmu. Karolowi długo wydawało się, że ktoś taki może okazać się dla niego niezbędny.

Ostrożnie pomógł kobiecie ponownie położyć się na podłodze. Zapewnił ją, że wróci z jedzeniem. Wstał. Rozejrzał się w półmroku, z rzadka rozświetlanym rachitycznymi świecami. Jaśniej paliły się tylko w jednym miejscu: w pobliżu ołtarza.

Jerzy siedział na nim po turecku, także zaniedbany i brudny, ale przynajmniej najedzony. Obok niego leżało kilka talerzy z resztkami jedzenia, naokoło ołtarza walały się śmieci. Ostatni wierni siedzieli na podłodze, bo prawie wszystkie ławy zostały porąbane na potrzeby stosu ułożonego na sąsiednim placu. Mężczyźni i kobiety, cuchnący i brudni, opierali się o siebie nawzajem. Niektórzy mamrotali odpowiedzi na kazanie Jerzego, kilku stać było wciąż na wydawanie entuzjastycznych okrzyków. A Jerzy, popijając czasem wodę z plastikowej butelki, jak zwykle opowiadał o starym zepsuciu i nowej chwale.

– Nie mieliśmy nic! – mówił teraz monotonnie, prawie usypiająco, ale i hipnotyzująco. – Nie mieliśmy nic w starym świecie, w którym garstka była bogatsza niż miliardy. Gardzono nami, robiono z nas niewolników. Nikt nas nie słuchał, kiedy wycinano ostatnie lasy, kiedy dławił nas smog, kiedy deptano nasze prawa. I w ludziach rodził się gniew. Ale nie tylko w ludziach. Sama natura…

Przerwał, gdy Karol stanął przed nim, plecami do wiernych, twarzą do ich proroka.

– Wpadłeś wreszcie. – Jerzy uśmiechnął się krzywo. – Zapomniałem już, jak wyglądasz, bracie.

– O wielu rzeczach zapomniałeś. Na początek o mydle.

– Biurokratyczno-burżuazyjny przeżytek – roześmiał się Jerzy. – Teraz jesteśmy wolni. Brud to ziemia. Stajemy się bliżsi naturze.

– Zapomniałeś też o tamtej staruszce. – Karol wskazał skinieniem głowy kąt, w którym porzucono zagłodzoną kobietę. – Nie jadła od kilku dni.

– Kto? – Jerzy obrócił się, mrużąc oczy. – Nie widzę... Hej! – zawołał. – Czy ktoś wie, kto tam leży?

Odpowiedziało mu kilka sprzecznych pomruków. Wreszcie jakiś mężczyzna podniósł się ciężko z podłogi i poczłapał ku drzwiom. Tam nachylił się nad leżącą. Przyglądał się jej dłuższą chwilę, nim wyprostował się i zawołał:

– Krystyna! To Krystyna!

– Taka nieśmiała – przypomniał sobie Jerzy. – Cicha.

– Przysyłam wam jedzenie – przypomniał mu Karol. – Żebyście mieli co jeść. Ty i twoi ludzie.

– Jak ktoś chce, to ma. – Jerzy wzruszył ramionami. – To właśnie jest wolność.

– Kto tu rozdaje żarcie? Ty?

– Ja i moi porucznicy. Adam i Michał. Tym, którzy przyjdą i wyrażą chęć, żeby jeść. Nie odmawiamy nikomu głodnemu. Ale nie naruszamy niczyjej wolności.

Dwaj faceci siedzący u samych stóp ołtarza pokiwali entuzjastycznie głowami. Wyższy, lepiej zbudowany, zapewne w dawnych, podobno gorszych czasach korzystający regularnie z siłowni, był chyba jedynym człowiekiem w kościele, który próbował dbać o siebie. Sprawiał wrażenie niemal czystego. Drugi, mały i chudy, był jego przeciwieństwem. Wyglądał niczym żywe wcielenie smrodu, bóstwo upadku.

– To twoi ludzie, Jerzy. Jesteś ich Kapitanem. A to znaczy, że powinieneś o nich dbać.

– Dbam! – zaperzył się Jerzy. – Każdy, kto zechce...

– A jak ktoś nie ma siły zechcieć? – ryknął Karol, gdy uznał, że wrzask zrobi większe wrażenie niż spokojna rozmowa. Niech myślą, że wpadł w gniew, niech opowiadają, co zrobił pod wpływem wściekłości. – Jak ktoś jest zbyt słaby, zbyt cichy, zbyt nieśmiały? To co, ma zdechnąć z głodu? Bo wstydził się poprosić o jedzenie?

– Jeśli nie umiał poprosić, to może nie zasługiwał? Karol, bracie, nie rozumiesz w pełni zasad nowego świata. Nie winię cię, jesteś z tych twardo stąpających po ziemi. Idee to nie twoja działka. Ale uwierz mi, to jest świat dla śmiałych. Jesteśmy wybranymi. Ilu ludzi zginęło podczas gorączki? Trzydzieści procent? Pięćdziesiąt?

– Wciąż nie wiemy. Nie było czasu na badania.

– Odpowiem ci: nieważne, ilu zginęło. Ci, którzy przetrwali, to zdobywcy. Zabijali, a nie byli zabijani. Pożerali, a nie zostali pożarci. Rozumiesz? Najtwardsi, o najlepszych genotypach. Prawdziwi dzicy. Jeśli nie mają jaj, żeby poprosić o jedzenie... To tylko dodatkowy odsiew. Dla dobra ludzkości.

Wtedy Karol wyjął z kabury swoją ulubioną broń – znaleziony w mieszkaniu jakiegoś kolekcjonera tradycyjny rewolwer, sześciostrzałowy zabytek przy każdym strzale plujący ogniem, wzniecający masę niepotrzebnego dymu i traktujący rękę solidnym kopem, od którego potrafiło zdrętwieć całe ramię. Karolowi to nie przeszkadzało. Człowiek powinien czuć, że strzela. Że użycie broni ma znaczenie i konsekwencje.

Nie należał do wprawnych strzelców. Ale nie mógł chybić z takiej odległości. Wystrzelił prosto w środek czoła Kapitana Jerzego. Nim jeszcze opadł dym i nim ktokolwiek zorientował się, co się stało, podszedł do każdego z poruczników i potraktował ich tak samo jak ich Kapitana. A potem schował rewolwer do kabury, wspiął się na stopnie ołtarza i za pomocą maczety – podstawowej broni Strażników, z którą nie wolno było im się rozstawać – odciął od karku Jerzego to, co pozostało jeszcze z jego głowy. I w tym nie miał wprawy. Musiał uderzać cztery razy. Po pierwszym ciosie ostrze utkwiło w kości i Karol przez kilkanaście sekund szarpał się, nim uwolnił broń i uderzył ponownie. Świeża krew wciąż jeszcze płynęła pulsującymi arteriami. Trysnęła na niego gorącym, jak mu się zdało, strumieniem, ochlapała twarz i ubranie. Wszystko to nie wyglądało godnie. Nie musiało.

– Przykazanie nowe daję wam! – wrzasnął na otępiałych, ogłuszonych jeszcze i wciąż oślepionych błyskami wystrzałów wyznawców zamordowanego proroka. – Macie dbać o siebie nawzajem! Troszczyć się jeden o drugiego! Wspierać upadających! A nie czekać łaskawie, aż ktoś wybłaga waszą litość! Jesteście Strażnikami. Jesteście nimi, kurwa, albo wypierdalać!

Odwrócił się od nich i wciąż trzymając w lewej dłoni głowę Jerzego za włosy, wyszedł przed kościół, gdzie już zbiegali się zaalarmowani strzałami Strażnicy.

Cisnął czerep pod ich stopy.

– W kościele czekają zabiedzeni ludzie. Wyciągnąć ich stamtąd! – rozkazał. Mówił spokojnie, lecz stanowczo. – Umyć, opatrzyć, nakarmić. Nie krzywdzić. To wasi bracia z oddziału. Od tej pory macie tylko jednego Kapitana.

Nagrodzili go wiwatami. Przecisnął się między nimi, wrócił do zabudowań klasztornych, a tam ukrył się w jednej z toalet i długo wymiotował.

R A F A Ł

Zaprowadził Lucynę do kuchni w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Tam, gdzie kiedyś mieszkał z żoną i córką.

Gdy po raz pierwszy wrócił pod dom, przeszukał kieszenie lepiących się od zaschniętej krwi spodni. Znalazł klucze. Otworzył ciężką, żelazną bramę broniącą wandalom wstępu na przemienione w ogród podwórko, potem niewiele lżejsze drzwi klatki schodowej. Drzwi od mieszkania zastał otwarte. Może to on ich nie zamknął, może Aśka?

Na pewno nie Magda. Ciało córki leżało w łazience, w wannie. Dzieci, które nie ukończyły trzynastego roku życia, nie zostały dotknięte gorączką. Co nie znaczy, że były bezpieczne.

Prawie nie zwracał uwagi na smród. Przywykł do niego. Zbadał ślady ugryzień na mocno gnijącym już ciałku. Przez chwilę dziękował Bogu za to, że wydawały mu się zbyt małe, by mogły je zostawić jego zęby. Potem uświadomił sobie, że może to oznaczać, iż Magdę zabiła, a potem zaczęła pożerać Aśka. Płakał. Klął. Spróbował poszukać odpowiedzi we wspomnieniach. Czy zarażeni pożerali się nawzajem od razu, czy dopiero gdy poczuli głód?

Ale kiedy gorączka odeszła, zabrała ze sobą pamięć o wszystkim, co działo się pod jej panowaniem. Wmówił więc sobie, że zarażeni zaczynali jeść swoje ofiary dopiero pod wpływem głodu. Może to Aśka zabiła Magdę, może zrobił to on sam. Ale na pewno nie… – Urwał, nawet myśleć o tym było mu trudno.

„To nie mamusia ci to zrobiła” – szeptał, znosząc córkę do ogrodu, by złożyć ją w wykopanym tam grobie. „To nie żadne z nas”.

Na Rynku Podgórskim wciąż płonął wtedy lokalny stos, Rafał jednak nie chciał ofiarować ciała Magdy płomieniom. Niech pożerają innych, obcych. Niech dołączą ich do niekończącego się popiołu, który unosił się ku coraz ciemniejszym chmurom, odbijał od nich i wracał na ziemię, czasem zmieszany z deszczem, czasem samotny. Ale jeśli kiedyś Aśka wróci do domu, Rafał pragnął zaprowadzić ją na grób Madzi.

Oprócz córki wrzucił do dołu wszystkie zdjęcia, jakie znalazł. Nie zebrał ich wiele. Byli z Aśką dziećmi cyfrowych czasów. Przechowywali fotografie na zewnętrznych i wewnętrznych dyskach, nie na papierze. Teraz, gdy zniknęła elektryczność, cyfrowe dane praktycznie przestały istnieć.

Trzy dni później wrócił Tomasz, sąsiad spod jedynki. Od tamtej pory mieszkali w bloku we dwóch. Nikt inny nie powrócił. Z czasem przestali wierzyć, że ich żony mogą jeszcze się odnaleźć.

Rafał zaprowadził Lucynę do mieszkania na pierwszym piętrze. Tego, w którym niegdyś mieszkał z rodziną. Zagotował wodę na dość prymitywnym piecu znalezionym w piwnicy jednej z okolicznych kamienic. Nieforemny sześciokąt nakryty grubą, lecz miejscami powyginaną blachą uznali z Tomaszem za jeden z cudów świata. Wywalili z kuchni Rafała kuchenkę, poprzesuwali meble tak, by postawić piec jak najbliżej okna. Z rur ciągnących się od piecyków gazowych w kuchni i łazience sklecili coś w rodzaju komina, którego wylot wystawał przez kuchenne okno. Gdy wtedy skończyli pracować, upili się, wznosząc toasty na cześć starego budownictwa i wychowanych w komunie ludzi, przyzwyczajonych, że trzeba chomikować co się da, bo wszystko może się przydać.

– Jaką chcesz herbatę? – zapytał Lucynę przyglądającą się z zadumą piecowi. – Owocową? Zieloną? Czarną? Może wolisz kawę?

– Masz niezłe zapasy.

– Nie najgorsze. Słyszałem, że podobno zginęło blisko pięćdziesiąt procent ludzkości. Moim zdaniem znacznie więcej. Do tego bloku wróciło nas dwóch. Widziałaś te wszystkie kamienice naokoło. W sumie mieszka w nich teraz nieco ponad dwadzieścia osób. Nawet nie bardzo musieliśmy walczyć, kiedy opróżnialiśmy sklepy i knajpy. A jak jest u ciebie?

– Podobnie. Zrób mi owocowej… Malinową?

– Mam i malinową. Chcesz do niej cukru?

– Ile tylko zmieścisz. Wiesz, straty w miastach musiały być większe niż na wsi. W pierwszych dniach walczyły tutaj ze sobą całe tłumy. Widziałeś galerie handlowe?

Widział. Stosy ciał zalegały tam na zastygłych ruchomych schodach, w roztrzaskanych witrynach mniej i bardziej luksusowych sklepów. Choć media, zanim zamilkły, ostrzegały, by nie wychodzić z domów, pół miasta wybrało się na ostatnie zakupy. Kiedy na tłoczących się w galeriach handlowych klientów spadła gorączka, zmienili się we wściekłą tłuszczę pogrążoną w szalonej walce. Patrząc na górę ciał uśmierconych w trakcie gwałtownych zmagań, można się było wiele nauczyć na temat gorączki. Każdy walczył z każdym. Przegryzali sobie gardła, wydłubywali oczy. Ale nie byli tępymi zombiakami z filmów. Używali narzędzi. Korzystali z noży, z kawałków szkła, nawet jeśli ranili sobie nimi dłonie. Z szali i pasów, którymi starali się dusić równie oszalałe ofiary. Szczerzyli zęby w furii, ich usta pokryte były krwawą pianą. Ale nadal potrafili myśleć, choć jedynie w prymitywny, ukierunkowany wyłącznie na zabijanie sposób. Mimo wszystko pozostało w nich coś z ludzi, choć skupionych tylko na jednym celu.

– Czyściłem je z ciał. Przynajmniej, dopóki się nie poddaliśmy i nie puściliśmy wszystkiego z dymem.

– Wielkie marnowanie zapasów. Ale nie myśleliście wtedy o tym, co?

– Chyba o niczym nie myśleliśmy. Chcieliśmy jak najszybciej pozbyć się zwłok. Ty nie?

– Ja też. – Przyjęła z jego dłoni kubek. Syknęła i uśmiechnęła się przepraszająco. – Odwykłam od gorących płynów – wyjaśniła.

– Nie masz pieca? Albo dostępu do ognia? Do jakiego plemienia należysz?

– Chyba do żadnego. O ile nie istnieje plemię samotników.

Nie powiedział jej, że jego zdaniem tacy jak ona nie przeżyją długo. Nawet on, choć wzbraniał się przed tym, dał się

namówić Tomaszowi na współpracę ze Strażnikami. Pomagał im transportować ciała do Huty, a oni w zamian za to nie czepiali się go. Gdy nachodzili go ich poborcy podatkowi, pokazywał im prymitywną naszywkę przedstawiającą głowę nabitą na górne ramię krzyża – herb Strażników. Można go było zdobyć, pracując dla nich albo zabijając kogoś, kto dla nich pracował. A choć pierwszy szok po gorączce minął, większość ludzi wciąż nie spieszyła się do zabijania nawzajem. Nadal zbyt wielkie było poczucie winy wśród tych, którzy przeżyli.

– Może gdzieś wśród Nomadów? – udał zainteresowanie.

– Żartowałam. Ale sporo jest takich jak ja, którzy nie chcą być Strażnikami, Nomadami, Pokutnikami…

– Nie wiem, czy tak się da.

– Zostało nas tak niewielu. Musimy od razu zapisywać się do jakichś partii? Ty należysz do którejś? Widziałam tu na domach znaki i Pokutników, i Strażników.

– Odwalam swoją pańszczyznę dla Strażników. Mam dzięki temu spokój. Nomadzi się ich boją, Pokutnicy też.

– Ale poza tym szukasz dzieci? – upewniła się.

– To niezupełnie tak. Mam z bachorami układ. Co oznacza tyle, że nie strzelają, gdy tylko mnie zobaczą. Mogę więc podejść na Wawel i zadać im kilka pytań w zamian za dary. Ale nie wpuszczają mnie do środka.

– Więc możesz więcej niż ktokolwiek inny.

– Fakt.

Gdy tylko ukryte w wawelskiej twierdzy dzieciaki dostrzegały kogoś dorosłego zbliżającego się do nich, natychmiast sięgały po łuki i kusze. Niejeden zrozpaczony rodzic szukający swojej pociechy zginął pod murami zamku bądź w pobliżu innych dziecięcych fortów. Bachory nie przyjmowały do wiadomości, że gorączka minęła. Traktowały każdego dorosłego jak zarażonego mogącego w dowolnej chwili zamienić się w bestię.

Rafałowi odpuszczały dzięki Kaśce – dziewczynce, która sądziła, że wyłonił się z mgły, by uratować ją przed oszalałymi. Po tym, jak odprowadził ją pod Wawel, nieświadomy, że celuje w niego kilkadziesiąt kusz i łuków, opowiedziała wszystkim, jak ją uratował. Przeżył wtedy, bo szli razem. Coś takiego nie zdarzyło się wcześniej. Nie zabiły go, ale też nie wpuściły do środka. Opowieść Kaśki chyba zrobiła na nich wrażenie, bo gdy wrócił tydzień później, znów darowały mu życie.

Odtąd odgrywał rolę handlarza. Ludzie z całego miasta przychodzili do niego, by pytać o losy swoich pociech. On zbierał rzeczy, które mogły się przydać dzieciakom, i szedł pod Wawel. Jeśli tam nic nie wiedzieli, Kaśka wychodziła, by towarzyszyć mu w wędrówce do kolejnej dziecięcej twierdzy – fortu Benedykta nieopodal kopca Kraka albo szpitala na Prokocimiu. Gdy się zbliżali, Kaśka brała Rafała za rękę, by dzieci widziały, że jest niegroźny. Z czasem rozpoznawały go i tam, ale i tak ufały mu tylko, jeśli przychodził z małą.

– Chcesz, żebym znalazł twoje dziecko? – zapytał.

– Mam zdjęcia. – Sięgnęła do plecaka porzuconego pod stołem. – Iza. Dwanaście lat. Nie znalazłam jej ciała.

– Twoja córka?

– Siostra. Nasz tata… powiedzmy, że zaszalał z młodszą drugą żoną.

Wziął do ręki kilka fotografii przedstawiających krótko ostrzyżoną szatynkę o wąskich, nieco skośnych oczach. Nie wydała mu się podobna do Lucyny, ale co on tam wiedział. Gdy rozmaite ciotki odwiedzały Aśkę i jego, by napatrzyć się na Magdę, wydawały niepodważalne wyroki dotyczące

podobieństwa dziecka do setek krewnych. On z trudnością dostrzegał w twarzy córki odbicie własnej.

– Nie widziałem jej nigdzie – oznajmił. – Ale to nic nie znaczy. Nie wpuszczają mnie do twierdz.

– Poszukasz jej dla mnie?

– To nie takie proste. Muszę mieć dla nich coś, co im się przyda. Chętnie przyjmują jedzenie. Nasiona. Plastikowe butelki. Książki.

– Książki?

– Najchętniej beletrystykę, albo coś o podróżach. Egzemplarze pism podróżniczych. Wezmą też lekarstwa. Albo stal, noże, cokolwiek, co mogłyby przerobić na broń. Jeśli przyjdę z pustymi rękami, wyśmieją mnie. A ja nie będę uszczuplał własnych zapasów. Rozumiesz?

– Rozumiem. Przyniosę, co się da.

– Lepiej nie. Pójdę z tobą, gdy będziesz gotowa. Samotna kobieta objuczona tobołami to wymarzony łup dla Nomadów albo Pokutników.

– Nie jest aż tak źle…

– Ale możesz mieć pecha. I stracić cały towar tylko dlatego, że nie zadbałaś o bezpieczeństwo.

– Dobra. Pójdziesz ze mną. A potem ja z tobą.

– Nie.

– Muszę! Przecież…

– Nie! – przerwał jej stanowczo. – Ciebie zabiją, a mnie przestaną ufać. Dajesz mi towar, ja zanoszę go dzieciakom, pytam o informacje. Jeśli nie ma jej na Wawelu, będę musiał pójść do innych. Znowu z fantami. Znowu bez ciebie. To podstawowa zasada. Rozumiesz?

– Oczekujesz ode mnie sporej dozy zaufania.

– Niczego od ciebie nie oczekuję. Za to ty ode mnie sporo. Zrozumiałaś?

Potrzebowała chwili, by to przemyśleć.

– Zgoda – powiedziała wreszcie. – A co ty będziesz z tego miał?

– Wybiorę sobie coś z fantów. Jeśli będzie tego niewiele, popracujesz u nas w ogródku.

– Tyle? Nie chcesz…

– Nie.

– Na pewno?

– Seks pomaga się rozmnażać, ale przeżyć… już niekoniecznie. Jest bezwartościowy.

– Jesteś chyba jedynym facetem, który tak uważa! – prychnęła. – Powinnam ci dać w gębę!

– A to coś zmieni?

– Nie.

– Więc mamy umowę?

– Jak często odnajdujesz zaginione dzieciaki? – zapytała jeszcze.

– Prawie nigdy. Jak dotąd znalazłem sześcioro. Na prawie czterdzieścioro, których szukałem. Posłuchaj, Lucyna, fanty stracisz tak czy tak. A nawet jeśli znajdę tę Izę, może się okazać, że nie będzie chciała wyjść. Z tych sześciorga tylko dwoje się na to zdecydowało. Zastanów się.

– Słyszałam inne opowieści.

– Opowieści! – Pokręcił głową. – Ludzie ciągle zmyślają, wyolbrzymiają. Chyba tego potrzebujemy. Wiesz, tych wszystkich opowiadań o świecie innym niż jest, lepszym. Znalazłem sześcioro dzieci, Lucyna. Bo nie przetrwało ich wiele. Nie bez powodu się nas boją. Wyobraź sobie, że jesteś ośmiolatką, którą niespodziewanie atakują rodzice. – Głos mu zadrżał. – Kochana mamusia próbuje zatłuc cię popielniczką, a tatuś leci już na ciebie z siekierą. Jak szybko zrozumiesz, że musisz wiać? Większość zginęła, nim pojęła, co się dzieje. Inne przepadły podczas ucieczki przez miasto, w którym sześćset tysięcy oszalałych dorosłych polowało na wszystko, co żyje i zabijało się nawzajem. Przed gorączką mieszkało tu jakieś sto tysięcy dzieci. Na moje oko ocalało ich może czterysta. Wiesz, jakie są szanse, że znajdziesz tę swoją Izę?

Zacisnęła pięści.

– Muszę spróbować – oświadczyła tym dziwnym tonem, który słyszał już nie po raz pierwszy u zdesperowanych rodziców. Dzieci stały się dla nich sensem życia. Daliby się zabić, byle tylko dowiedzieć się, że przeżyły. A przede wszystkim upewnić się, że nic nie zdołali im zrobić. Że należeli do tym mamuś i tatusiów, którym nie udało się zabić własnego dziecka.

– Dobrze. Poszukam jej. Ale nie nakręcaj się. Szanse są prawie zerowe. Tych sześcioro, które znalazłem, to jak cud.

– Na nic innego nie liczę – odparła, rozluźniając się nagle. Jakby cud był dla niej czymś oczywistym, graniczącym z pewnością powodzenia.

Rozdział 2

K A R O L

Nocami śnił o gorączce. Znów biegł ulicami Krakowa, reagując gwałtownie na każdy ruch, jaki udawało mu się dostrzec. Jeśli sen dotyczył pierwszych dni, natychmiast w nim atakował. Jeśli wydarzenia w majakach wiązały się z ostatnimi tygodniami gorączki, przyczajał się. Zresztą wtedy polowali już w grupie, dziwacznej sforze, w której wszyscy byli gotowi rzucać się sobie do gardeł, jeśli nie ścigali jakiejś ofiary.

Wydawało mu się, że w snach widział lepiej, dokładniej. Umysł bez trudu ignorował zbędne szczegóły, skupiając się na tym, co najważniejsze: na przetrwaniu. Potrafił myśleć, choć tylko o szansach i zagrożeniach. Na głód reagował instynktownie, szukając czegoś do upolowania. W snach nigdy nie jadał padliny. Było mu jednak wszystko jedno, czy zabijali ludzi, czy zwierzęta. Byle mordować. Podczas polowania i walki ogarnięty gorączką umysł wchodził na nowy, wyższy poziom. Karola ze snów przepełniała wtedy euforia, uczucie tak cudowne, że po przebudzeniu z trudem potrafił je sobie przypomnieć. Znalazł odpowiednie dla niego słowo: ekstaza. Nie umiał jej porównać z jakimkolwiek uczuciem. Może dlatego po wyzdrowieniu przestał czuć cokolwiek? Nic nie dorównywało dzikiej, pełnej furii radości ze snów.

Czy naprawdę tak wyglądała gorączka? O ile Karol wiedział, nikt jej nie pamiętał. A w każdym razie nikt nie przyznawał się do takich wspomnień. Ludzie starali się nie rozmawiać o szale, który zmienił ich w bestie. W pierwszych tygodniach po przebudzeniu spotykało się jeszcze nielicznych, wciąż ogarniętych tym, co czasem nazywano berserkiem. W takich przypadkach ludziom udawało się przezwyciężać niechęć do przemocy. Zabijali chorych najszybciej, jak potrafili. O ile było to możliwe – na odległość, by znów się nie zarazić. Ponieważ nikt nie wiedział, jak roznosiła się choroba, zabezpieczano się przed nią na wszelkie sposoby.

Czy Karol mógł okazać się jednym z nie do końca przebudzonych? Czy choroba wciąż tliła się w nim, zalęgła się w jego umyśle i tylko czekała na okazję, by ponownie nad nim zapanować?

A może powoli do wszystkich wracały wspomnienia z okresu gorączki, ale bali się do tego przyznać?

Kiedyś mógłby o tym porozmawiać z Jerzym, lecz sam odebrał sobie taką możliwość. Czaszka dawnego Kapitana Strażników od ponad miesiąca tkwiła wbita w krzyż na dachu kościoła. Karol nie kazał jej tam umieszczać, ale awansował mężczyznę, który to zrobił.

Jedynym człowiekiem, z którym mógł porozmawiać prawie normalnie, był ich młodszy lekarz, Radek. Prócz niego był jeszcze ten ocalały cudem, drobny i chudy kapral Kruchy, który wspaniale potrafił słuchać. Ale odpowiadać nie umiał. Podczas spotkań z nim Karol wygłaszał monologi niczym Jerzy, mniej jednak natchnione i dotyczące najbliższych zadań. Kruchy wysłuchiwał poleceń, wypełniał je co do joty, a potem składał sprawozdanie. Należał do najlepszych ludzi Karola, również dlatego, że potrafił samodzielnie myśleć i podejmować decyzje. Lecz rozmówcą był fatalnym.

Doktor, stosunkowo młody facet, ledwie po studiach i krótkim stażu na pogotowiu. Jeden z nielicznych ocalałych lekarzy w mieście. To prawdziwy cud, że Strażnikom udało się znaleźć aż dwoje.

Karola wciąż zdumiewało, jak selektywna okazała się śmierć podczas gorączki. Wydawało się, że kostucha celowo wybierała na swoje ofiary fachowców. Inżynierowie, lekarze, rzemieślnicy stali się zawodami na wymarciu. Wśród ocalałych najwięcej było przeciętnych Kowalskich, nieznających się na niczym przydatnym. Kapitan Strażników wzdragał się przed doszukiwaniem się celowości w gorączce, zbytnio pachniało mu to mistycyzmem Pokutników. Może jednak Jerzy miał trochę racji? Może społeczeństwo sprzed gorączki pełne było ludzi przyuczonych do zawodów niezbędnych jedynie w cywilizacji istniejącej głównie po to, by zaspokajać samą siebie? W Krakowie niegasnących