Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 261 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Berlin. Przewodnik po duszy miasta - Dorota Danielewicz-Kerski

Dorota Danielewicz przyjeżdża do Berlina na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy jest podzielony na dwie, w założeniu przeciwstawne, części. Kilka lat później ma okazję obserwować, jak po okresie rozdarcia zabliźniają się miejskie rany. W ciągu trzech dekad miasto nad Szprewą przeszło metamorfozę, dzięki której dziś wymyka się wszelkim próbom zaszufladkowania. Ta metropolia zaskakuje różnorodnością. Tu także jak nigdzie indziej indywidualne losy splatają się nierozerwalnie z europejską historią poprzedniego stulecia.

W sentymentalnej wędrówce przez stacje metra, dzielnice i parki towarzyszą nam bohaterowie filmów Wima Wendersa i Toma Tykwera oraz muzyka U2, Davida Bowiego, Tangerine Dream i Nicka Cave’a. W każdej opowieści autorka dyskretnie wskazuje kolejny nietypowy, nieoczywisty sposób na zwiedzanie miasta.

Opinie o ebooku Berlin. Przewodnik po duszy miasta - Dorota Danielewicz-Kerski

Fragment ebooka Berlin. Przewodnik po duszy miasta - Dorota Danielewicz-Kerski

Do­ro­ta Da­nie­le­wicz

Ber­lin.

Prze­wod­nik

po du­szy mia­sta

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla mo­ich ro­dzi­ców, Mał­go­rza­ty i Ma­ria­na

What bu­si­ness do we have in Ber­lin? Me­mo­ries.

Uwe John­son, How to Expla­in Ber­lin to a New­co­ming Child?

W pa­mię­ci wszyst­ko dzie­je się rów­no­cze­śnie

Han­na Krall

Pora opo­wie­dzieć baj­kę. Baj­kę o mie­ście prze­klę­tym, w któ­rym nie­gdyś tyle zła się dzia­ło, że pę­kło na pół, jak por­ce­la­no­wy ta­lerz zrzu­co­ny w kłót­ni na ku­chen­ną pod­ło­gę. Pora opo­wie­dzieć baj­kę o mie­ście przy­ja­znym, gdzie lu­dzie żyją w ra­do­ści i speł­nie­niu, do­brze i god­nie, a ślad na pęk­nię­tym ta­le­rzu zni­ka pod pędz­lem ar­ty­sty obie­ży­świa­ta, któ­ry przy­był tu z da­le­ka.

łodzie podwodne na placu Świętego Marka

Ner­wo­we ja­skół­ki za­ta­cza­ły elip­sy nad pla­cem Świę­te­go Mar­ka, pa­tro­na bu­dow­ni­czych i pi­sa­rzy. Bę­dzie pa­dać, po­wie­dzia­ła jed­na do dru­giej w lo­cie. Dla­cze­go? Spy­ta­ła tam­ta. Lu­dzie na nas pa­trzą!

Zo­sta­łam w domu z cho­rym sy­nem, więc z utę­sk­nie­niem przy­glą­da­łam się har­com pta­ków, któ­re po­ru­sza­ły się z ni­czym nie­skrę­po­wa­ną swo­bo­dą nad ko­ro­na­mi wy­so­kich lip ota­cza­ją­cych plac. Całe szczę­ście, że miesz­ka­my na trze­cim pię­trze, z wi­do­kiem na drze­wa i nie­bo. Z bal­ko­nu wi­dzę ko­ściel­ną wie­żę z ze­ga­rem, któ­ry czę­sto się psu­je i wów­czas przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny po­ka­zu­je dwu­na­stą. Na krzy­żu na wie­ży przy­sia­dła wła­śnie wro­na, wy­pa­tru­jąc cze­goś w od­da­li. Nie­bo lśni­ło w ko­lo­rze sta­li, spod chmur prze­świe­ca­ło mo­men­ta­mi let­nie słoń­ce, da­jąc li­ściom lip sre­brzy­sty po­błysk. Pięk­ny wi­dok, my­ślę, pa­trząc przez okno i dzię­ku­jąc po raz ko­lej­ny lo­so­wi za miesz­ka­nie w tym miej­scu.

W od­da­li, mię­dzy klom­ba­mi róż do­strze­gam gło­wę pa­sto­ra Ger­har­da Nie­der­stüc­ke. Zimą w be­re­cie, la­tem w czap­ce z dasz­kiem skrzęt­nie ukry­wa ły­si­nę. Bie­gnie na pocz­tę, żwa­wy sie­dem­dzie­się­cio­la­tek. Wła­śnie wró­cił z trzy­dnio­wej wy­ciecz­ki ro­we­ro­wej po Bran­den­bur­gii. Pa­stor ma w oko­li­cy pla­cu Świę­te­go Mar­ka sta­tus pro­mi­nen­ta, pro­wa­dził tu przez dwa­dzie­ścia pięć lat ewan­ge­lic­ką pa­ra­fię i dziś jesz­cze nie­mal­że co nie­dzie­lę że­gna ja­kie­goś by­łe­go pa­ra­fia­ni­na, ho­no­ro­wo przej­mu­jąc obo­wią­zek od­pra­wie­nia po­grze­bu. Jest lu­bia­ny, choć spo­wo­do­wał w swo­im cza­sie oby­cza­jo­wy skan­dal: żyje na ko­cią łapę z Do­ro­theą, ka­to­licz­ką, któ­ra opu­ści­ła dla nie­go męża. Nig­dy nie wzię­li ślu­bu. To z ich po­mo­cą uda­ło nam się za­ła­twić ogró­dek w po­bli­żu miesz­ka­nia, w ko­lo­nii He­im­gar­ten. W ogród­ku stoi mo­re­la, a na niej wcze­snym la­tem doj­rze­wa­ją set­ki owo­ców. Go­tu­ję z nich kon­fi­tu­ry i pie­kę owo­co­we plac­ki. Ale kto je tyle kon­fi­tur, kto zja­da tyle cia­sta? Pie­kę i za­pra­wiam, a owo­com nie ma koń­ca. Roz­da­ję są­sia­dom, Chri­stia­no­wi, Agniesz­ce, pa­sto­ro­wi i miesz­ka­ją­cym pod nami pań­stwu Bröm­me z dru­gie­go pię­tra. Pro­fe­sor Bröm­me z mał­żon­ką po­zna­li się w So­po­cie pod­czas woj­ny. Bröm­me był tam spe­cja­li­stą od ło­dzi pod­wod­nych, szko­lił ka­drę ofi­cer­ską. Po­dob­no nig­dy nie wy­pły­nął, jak twier­dzi na ofi­cjal­nych spo­tka­niach są­sia­dów. Po woj­nie stu­dio­wał sta­ty­kę, a po­tem bu­do­wał mo­sty ko­le­jo­we i wy­kła­dał na uni­wer­sy­te­cie. W wol­nym cza­sie ko­lek­cjo­no­wał ko­lej­ki elek­trycz­ne, ma ogrom­ny zbiór lo­ko­mo­tyw i wa­go­nów. Po­ukła­da­ne w kar­to­ni­kach zaj­mu­ją spo­ro miej­sca w miesz­ka­niu pod nami, tory ko­le­jo­we, mi­nia­tu­ro­we dom­ki i za­jezd­nie, kra­jo­bra­zy, se­ma­fo­ry i mo­sty. Nig­dy się nie do­wie­dzia­łam, ja­kie na­zwy no­si­ły sta­cje pana Bröm­me, czy były wśród nich So­pot, Gdańsk i Gdy­nia, czy któ­ryś z jego licz­nych po­cią­gów je­chał może do Ber­li­na.

Ulu­bio­ny­mi owo­ca­mi pani Bröm­me są wła­śnie słod­kie mo­re­le. Przy­no­szę jej cały ko­szyk z ogro­du, jak tyl­ko doj­rze­ją.

W mia­rę upły­wu mo­ich ber­liń­skich lat za­uwa­żam, że po­wra­cam cią­gle do tych sa­mych ad­re­sów – czę­sto z in­nym za­da­niem niż nie­gdyś. Za nie­któ­ry­mi tę­sk­nię i cie­szę się z po­wro­tów, do in­nych za nic nie chcę wró­cić, a mimo to mu­szę choć­by na mo­ment, kie­dy to ja­kieś za­wo­do­we obo­wiąz­ki lub spra­wy przy­ja­ciół pro­wa­dzą mnie do miejsc z pa­mię­cią prze­szło­ści.

Plac Świę­te­go Mar­ka to trój­kąt ber­mudz­ki dziel­ni­cy Ste­glitz: scho­wa­ny jest mię­dzy uli­ca­mi szyb­kie­go ru­chu Ste­glit­zer Damm, Al­brecht­stras­se i Hal­ske­stras­se. Te trzy ar­te­rie zna­ją wszy­scy, ale więk­szość ber­liń­czy­ków nie wie, jaką pe­reł­kę skry­wa­ją: se­ce­syj­na szko­ła pod­sta­wo­wa, ko­ściół z dzwon­ni­cą, plac za­baw i nie­znisz­czo­ny woj­ną kom­pleks ka­mie­nic z prze­ło­mu wie­ków. Szko­ła nosi w her­bie lwa, jak We­ne­cja, mia­sto pod pa­tro­na­tem świę­te­go Mar­ka oczy­wi­ście. Tak­sów­ka­rzom trze­ba opi­sy­wać dro­gę, do­da­jąc, że na plac skrę­ca się za im­bis­sem Kras­selts, z naj­lep­szym w Ber­li­nie cur­ry wur­stem, czy­li kieł­ba­są z rusz­tu z cur­ry i ke­czu­pem. Kras­selts jest lau­re­atem „na­gro­dy zło­tej kieł­ba­sy” ber­liń­skie­go dzien­ni­ka „BZ” i przez dwa­na­ście go­dzin dzien­nie stoi przed nim ko­lej­ka ła­su­chów. Po prze­pro­wadz­ce na plac Świę­te­go Mar­ka mie­sią­ca­mi ob­ser­wo­wa­łam ruch przy bud­ce z tym ber­liń­skim fa­st­fo­odem, pa­trząc tro­chę z góry na opy­cha­ją­cych się kieł­ba­ska­mi prze­chod­niów, aż w koń­cu sama zde­cy­do­wa­łam się spró­bo­wać cur­ry wur­sta. Już po pierw­szym kę­sie zda­łam so­bie spra­wę, że chy­ba le­piej było tego nie ro­bić, gdyż od kieł­ba­sek Kras­sel­ta rze­czy­wi­ście moż­na się uza­leż­nić. Nie­dro­gi, za to na pew­no nie­zdro­wy i ka­lo­rycz­ny de­li­ka­tes.

Dwa­dzie­ścia lat temu od­wie­dza­łam tyl­ko dru­gą stro­nę pla­cu Świę­te­go Mar­ka, czy­li Al­brecht­stras­se i nie cho­dzi­łam do Kras­sel­ta – za­spo­ka­ja­łam głód w re­stau­ra­cji, w któ­rej pra­co­wa­łam do­ryw­czo jako kel­ner­ka. Ta­wer­na grec­ka no­si­ła bez­pre­ten­sjo­nal­ną na­zwę Hel­las, a jej wła­ści­cie­lem był tu­ne­zyj­ski ar­chi­tekt. W kuch­ni stał Li­bań­czyk, któ­ry na­uczył się go­to­wać w kam­bu­zach stat­ków czar­no­mor­skich, a ja, stu­dent­ka sla­wi­sty­ki, uda­wa­łam Gre­czyn­kę, po­wta­rza­jąc: ka­li­me­ra, ja­sas, ka­li­spe­ra i uzo. Na tym koń­czy­ła się moja zna­jo­mość grec­kie­go, nie lep­sza niż resz­ty za­ło­gi tego lo­ka­lu. Hel­las nie przy­cią­gał wie­lu klien­tów. Wła­ści­ciel le­d­wo pła­cił za czynsz, utrzy­mu­jąc się z od­na­wia­nia fa­sad ka­mie­nic, co ro­bił za dnia. Owszem, w week­end ser­wo­wa­ło się spo­ro ko­la­cji, jed­nak naj­wier­niej­szy­mi co­dzien­ny­mi klien­ta­mi byli oko­licz­ni al­ko­ho­li­cy uwa­ża­ją­cy się za lep­szych od tych uczęsz­cza­ją­cych do na­roż­nych knajp. Na­szych stać było na so­lid­ną ko­la­cję – gy­ros lub mu­sa­kę, po czym do póź­nej nocy tkwi­li przy ba­rze, wle­wa­jąc w sie­bie jed­no uzo za dru­gim. Czę­sto za­pra­sza­no mnie na dru­gi kie­li­szek, a w in­te­re­sie sze­fa nie mo­głam od­mó­wić, więc uda­wa­łam, że piję, po kry­jo­mu wy­le­wa­jąc za­war­tość kie­lisz­ka do zle­wu. Przy ba­rze za­sia­da­ła na dłu­żej gru­bo­ko­ści­sta wła­ści­ciel­ka fir­my elek­trycz­nej przy­pro­wa­dza­ją­ca nie­raz swo­ją przy­ja­ciół­kę. Na dru­gim stoł­ku wie­czo­ry spę­dzał wła­ści­ciel skle­pu z an­ty­ka­mi. Nie wie­dzie­li­śmy o nim nic, oprócz tego, że był sa­mot­ny, do­brze za­ra­biał i na ogół miał zły hu­mor. Od cza­su do cza­su do Hel­las przy­cho­dzi­ła za­ko­cha­na par­ka albo ro­dzi­na świę­tu­ją­ca uro­dzi­ny. Pa­mię­tam czar­ny be­ret pa­sto­ra Ger­har­da Nie­der­stüc­ke, mo­je­go są­sia­da z pierw­sze­go pię­tra i blond loki jego Do­ro­thei. Wy­peł­nia­li Hel­las śmie­chem, szcze­gól­nie je­śli przy­cho­dzi­li na obiad w nie­dzie­lę po mszy w ko­ście­le Świę­te­go Mar­ka.

Na świę­tach ro­dzin­nych tań­czy­li­śmy si­tra­ki i rzu­ca­li­śmy kie­lisz­ka­mi po uzo. Al­brecht­stras­se była w la­tach osiem­dzie­sią­tych za­moż­na, miesz­czań­ska. Skle­py pro­wa­dzi­ły dro­gą odzież, de­li­ka­te­sy i eks­klu­zyw­ne ko­sme­ty­ki. Dziś ta sama oko­li­ca i jej miesz­kań­cy po­sta­rza­li się bar­dzo, co krok fi­zjo­te­ra­pia, sklep z apa­ra­ta­mi słu­cho­wy­mi i za­kład po­grze­bo­wy. Z daw­nych lo­ka­li zo­sta­ły jesz­cze optyk pana Pe­sch­ke, księ­gar­nia i sklep z kwia­ta­mi. Przy­jeż­dża­łam do pra­cy na sie­dem­na­stą, koń­czy­łam o pół­no­cy, nie było kie­dy spa­ce­ro­wać ani za­glą­dać na plac Świę­te­go Mar­ka. Nie mia­łam po­wo­du, aby od­wie­dzać ko­ściół ewan­ge­lic­ki pa­sto­ra Ger­har­da Nie­der­stüc­ke, któ­ry do­sko­na­le pa­mię­tał na­szą ta­wer­nę. Nie ko­ja­rzy­łam pań­stwa Bröm­me, któ­rzy rów­nież pró­bo­wa­li u nas ba­ra­ni­ny. Dziś lo­kal prze­bu­do­wa­no na za­kład ma­sa­żu i te­ra­pii ma­nu­al­nej.

Obok opty­ka pana Pe­sch­ke znaj­du­je się sklep ze sta­rzy­zną pro­wa­dzo­ny przez Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Ma dłu­gą siwą bro­dę, wy­dat­ny brzuch, przez cały rok han­dlu­je uży­wa­ny­mi sko­ru­pa­mi, na­peł­nia na­bo­je do dru­ka­rek, na­pra­wia uży­wa­ne ro­we­ry, a w grud­niu za­czy­na przyj­mo­wać za­mó­wie­nia na do­mo­we wi­zy­ty anio­łów i Mi­ko­ła­jów.

– Za­trud­niam też Tur­ków i Ara­bów – chwa­lił mi się kie­dyś. – Są świet­ny­mi Mi­ko­ła­ja­mi, u mnie wia­ra nie od­gry­wa roli, tyl­ko ser­ce do dzie­ci i do­bry hu­mor.

Za­sta­na­wia­łam się, czy bro­da­ci ta­li­bo­wie wpa­dli już na po­mysł do­ra­bia­nia so­bie w świę­ta? Han­dlarz sta­rzy­zną, któ­ry od lat pie­lę­gnu­je praw­dzi­wie bi­blij­ny za­rost, tłu­ma­czył mi, że musi być nie­za­leż­ny, bo cho­ciaż ma tech­nicz­ne wy­kształ­ce­nie, wszę­dzie, gdzie chcia­no go przy­jąć do pra­cy, pro­szo­no o zgo­le­nie lub przy­najm­niej ob­cię­cie bro­dy. A Mi­ko­łaj bez bro­dy jest nie­au­ten­tycz­ny, więc re­zy­gno­wał z ofer­ty. Być może cho­dzi­ło je­dy­nie o pre­tekst do pro­wa­dze­nia nie­za­leż­ne­go ży­cia, kto wie. Kie­dyś atry­but praw­dzi­we­go, doj­rza­łe­go męż­czy­zny, dziś ana­chro­nizm, nie­chęt­nie wi­dzia­ny w kor­po­ra­cjach i na zdję­ciach re­kla­mo­wych. Zda­je się, że dłu­gie do pasa bro­dy zna­leźć moż­na już tyl­ko w baj­kach o kra­sna­lach i Gwiaz­do­rach, znik­nę­ły z re­al­ne­go świa­ta, jak błęd­ni ry­ce­rze i jed­no­roż­ce.

Sama ku­pi­łam u bro­da­cza uży­wa­ny ro­wer, gdy ukra­dzio­no mi mój po­przed­ni, mar­ko­wy, sprzed przy­stan­ku S-Bah­nu. Wpa­dam te­raz do Mi­ko­ła­ja, aby do­pom­po­wać opo­ny. Kra­dzie­że ro­we­rów są w Ber­li­nie na po­rząd­ku dzien­nym. Nie­rzad­ko znaj­du­je się póź­niej swój wła­sny na pchlim tar­gu. A je­śli nie wła­sny, to też ko­muś ukra­dzio­ny. Ku­pu­je­my je za ni­ską cenę, jeż­dżąc w kół­ko na co­raz to in­nych, jed­no­cząc się w za­klę­tym ro­we­ro­wym krę­gu. Nie­rzad­ko cię­ża­rów­ki peł­ne ro­we­rów prze­wo­żo­ne są przez gra­ni­cę do Pol­ski.

Uschi z sa­lo­nu fi­zjo­te­ra­peu­tycz­ne­go ma­su­je mi ple­cy, je­śli le­karz wy­pi­sze mi od­po­wied­nią re­cep­tę. Jest szczu­płą, pięk­ną pięć­dzie­się­cio­lat­ką chęt­nie no­szą­cą dżin­sy i spor­to­we pod­ko­szul­ki. Uschi nie lubi Ber­li­na, uwiel­bia za to In­die i po po­wro­cie z in­dyj­skie­go urlo­pu pła­cze do­kład­nie tyle dni, ile na nim prze­by­wa­ła. Jej ma­saż to szcze­gól­ny ro­dzaj te­ra­pii od­de­chu – przez na­cisk pew­nych miejsc na ple­cach, ra­mio­nach i klat­ce pier­sio­wej po­bu­dza od­dech i po­wo­du­je od­prę­że­nie mię­śni. Po ma­sa­żu Uschi ła­twiej się mówi, my­śli i śpie­wa. Uschi ma­su­je, a mnie przy­po­mi­na się, co na­pi­sał po­eta Adam Za­ga­jew­ski, czę­sto od­wie­dza­ją­cy moje mia­sto:

Tam, gdzie od­dech

Stoi sa­mot­nie na sce­nie

i nie ma żad­ne­go in­stru­men­tu.

Kła­dzie dło­nie na pier­si,

tam, gdzie ro­dzi się od­dech

i gdzie ga­śnie.

To nie dło­nie śpie­wa­ją

i nie pierś.

Śpie­wa to, co mil­czy.1

Uschi dłu­go mil­cza­ła o swo­im ojcu. Pew­ne­go dnia opo­wie­dzia­ła mi z klu­chą w gar­dle, że jej oj­ciec był es­es­ma­nem. Nie zna­ła go, zmarł, gdy była bar­dzo mała jesz­cze, ale sama świa­do­mość jego wo­jen­nej hi­sto­rii wzbu­dza­ła w niej gro­zę. Może dla­te­go roz­ma­wia­ła ze swo­im anio­łem stró­żem, któ­ry dyk­to­wał jej wspa­nia­łe tek­sty do me­dy­ta­cji. Może dla­te­go po­ma­ga­ła set­kom osób z bó­la­mi cia­ła głę­biej od­dy­chać. Lu­bię cho­dzić do Uschi, choć za­wsze na re­cep­tę za­pi­su­ją nam za mało cza­su. Cza­su jak na re­cep­tę.

Pew­ne­go dnia bo­la­ła mnie gło­wa, we­szłam więc do opty­ka i wy­szłam od nie­go z wio­lon­cze­lą. Pan Pe­sch­ke zba­dał mi oczy, by­łam pew­na, że bóle gło­wy mogą być skut­kiem wady wzro­ku. Oka­za­ło się, że nie, wi­dzia­łam do­brze i nie po­trze­bo­wa­łam oku­la­rów. Wio­lon­cze­la była spad­kiem po ojcu pana Pe­sch­ke. Mia­ła na niej grać jego cór­ka, ale nie mo­gła się zde­cy­do­wać na po­bie­ra­nie lek­cji i wio­lon­cze­la ob­ra­sta­ła ku­rzem w ką­cie. Po­nie­waż je­den z mo­ich sy­nów uwiel­bia ten in­stru­ment, pan Pe­sch­ke po­ży­czył mi go, pro­sząc o zwrot, jak nam się znu­dzi. Ujął mnie tym tak bar­dzo, że za­ku­pi­łam u nie­go luk­su­so­we ciem­ne oku­la­ry, któ­re z na­masz­cze­niem no­szę w sło­necz­ne dni. Na wio­lon­cze­li dane mi było z ra­do­ścią rzę­po­lić przez kil­ka mie­się­cy (syn za­rzu­cił po­mysł gry na tym in­stru­men­cie i za­jął się gi­ta­rą). Pan Pe­sch­ke rów­nież za­pra­sza mnie na espres­so, je­śli nie ma aku­rat klien­tów, i opo­wia­da o swo­jej ro­dzi­nie. Jego oj­ciec, wio­lon­cze­li­sta, cier­piał przez całe ży­cie na strasz­ną tre­mę przed wy­stę­pem. Ner­wy opa­no­wy­wał, wy­pi­ja­jąc piwo i jed­ne­go głęb­sze­go, wy­wo­ły­wacz i utrwa­lacz. Wów­czas wy­cho­dził z wio­lon­cze­lą na sce­nę i da­wał kon­cert. Tre­ma ta wzię­ła się po­dob­no z jego wo­jen­nych prze­żyć. Star­szy pan Pe­sch­ke pły­wał na jed­no­oso­bo­wych ło­dziach pod­wod­nych zwa­nych „bo­bra­mi”. Nie­szczę­śli­wie wpły­nął na ta­kim „bo­brze” do cen­trum Lon­dy­nu i wy­nu­rzył się w naj­mniej do­god­nym miej­scu, przed To­wer, jak tu­ry­sta za­mie­rza­ją­cy obej­rzeć mia­sto z per­spek­ty­wy wody. Na­tych­miast roz­po­czął się ob­strzał, a pan Pe­sch­ke krę­cił się na Ta­mi­zie, w pa­ni­ce pró­bu­jąc ra­to­wać ży­cie. W koń­cu wy­sko­czył do rze­ki i zo­stał wy­ło­wio­ny przez nie­miec­kie­go ko­le­gę z dru­gie­go „bo­bra”, nie­zau­wa­żo­ne­go przez An­gli­ków. Nie mogę so­bie wy­tłu­ma­czyć, jak ob­strzał An­gli­ków mógł ko­ja­rzyć się póź­niej­sze­mu wio­lon­cze­li­ście z pu­blicz­no­ścią, jed­nak się ko­ja­rzył i bez wy­wo­ły­wa­cza i utrwa­la­cza kon­cert nie mógł się od­być. Zwy­czaj ten skró­cił star­sze­mu panu Pe­sch­ke ży­cie o wie­le lat, uwa­żał jego syn, zwie­rza­jąc mi się mię­dzy re­ga­ła­mi z luk­su­so­wy­mi opraw­ka­mi do oku­la­rów. Sklep był po­pu­lar­ny i pan Pe­sch­ke młod­szy do­brze pro­spe­ro­wał, na urlo­pach uży­wał so­bie na wła­snym jach­cie.

Mój są­siad z dołu, pan Bröm­me, przez całą woj­nę szko­lił ma­ry­na­rzy na U-Bo­otach w Gdy­ni na Oru­ni. Kil­ka razy też sam wy­pły­wał w rejs, ale nie lu­bił o tym mó­wić. Ma­ry­na­rze, któ­rych uczył, sta­cjo­no­wa­li pod­czas woj­ny na okrę­cie „Wil­helm Gu­stloff”, uży­wa­nym przez parę lat jako hulk ko­sza­ro­wy dla żoł­nie­rzy dru­giej dy­wi­zji szkol­nej okrę­tów pod­wod­nych. O „Wil­hel­mie Gu­stlof­fie” i jego za­to­pie­niu pan Bröm­me nie opo­wia­dał nic, pew­ne było, że ewa­ku­ował się z Trój­mia­sta wcze­śniej i nie do­świad­czył tra­ge­dii pa­sa­że­rów. W roz­mo­wach ze mną czę­sto ana­li­zo­wał błę­dy ma­ry­nar­ki wo­jen­nej III Rze­szy, prze­ży­wa­jąc nie­uda­ne bi­twy i bez­sen­sow­ne roz­ka­zy Nie­miec­kie­go Do­wódz­twa Ope­ra­cji Mor­skich.

– Ależ pa­nie Bröm­me – ma­wia­łam wów­czas – to do­brze, że Niem­cy nie wy­gra­li tych bi­tew, co by to było, gdy­by wy­gra­li, pro­szę so­bie tyl­ko wy­obra­zić!

Ar­gu­ment ten nie wzru­szał pana Bröm­me, któ­ry pa­trzył na mnie nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, w nie­utu­lo­nym smut­ku po za­to­pio­nych okrę­tach i dzie­siąt­kach mło­dych ma­ry­na­rzy, któ­rzy nie­po­trzeb­nie stra­ci­li ży­cie. W jed­nej z tych bi­tew brat mo­je­go dziad­ka, Bro­ni­sław Da­nie­le­wicz, słu­żą­cy w bry­tyj­skiej ma­ry­nar­ce wo­jen­nej spadł na po­kła­dzie ze scho­dów i po­ła­mał so­bie ko­ści. Pod­czas na­stęp­ne­go rej­su le­żał w szpi­ta­lu, co ura­to­wa­ło mu ży­cie, gdyż tym ra­zem wy­grał pan Bröm­me i bry­tyj­ski HMS „Hood” zo­stał za­to­pio­ny przez pan­cer­nik „Bi­smarck”, wów­czas naj­więk­szy okręt świa­ta. W po­goń za „Bi­smarc­kiem” wuj pu­ścił się póź­niej na ORP „Pio­run” i w ro­dzi­nie krą­ży po dziś dzień fo­to­gra­fia pre­mie­ra Chur­chil­la po­da­ją­ce­go rękę le­ka­rzo­wi po­kła­do­we­mu Bro­ni­sła­wo­wi Da­nie­le­wi­czo­wi, po­dob­no w po­dzię­ce za udział w tej ak­cji.

1. Wschod­nia część Ber­li­na, Spre­wa.

O wuju i „Bi­smarc­ku” nie opo­wia­dam panu Bröm­me, aby nie bu­rzyć do­bro­są­siedz­kich re­la­cji. Co­dzien­nie rano za to przy­no­szę mu ze skrzyn­ki ga­ze­tę na dru­gie pię­tro, pod drzwi, kła­dąc na wy­cie­racz­ce naj­now­sze wia­do­mo­ści z Ber­li­na i ze świa­ta, w któ­rym już od daw­na nie sta­cza się bi­tew mor­skich, choć nie brak pi­ra­tów we współ­cze­snej po­li­ty­ce (w Ber­li­nie jest na­wet Pi­ra­ten­par­tei – Par­tia Pi­ra­tów).

Prze­cho­dząc la­tem przez plac Świę­te­go Mar­ka w oku­la­rach sło­necz­nych od pana Pe­sch­ke na no­sie, spo­glą­dam w kie­run­ku fon­tan­ny, w któ­rej dzie­ci pusz­cza­ją stat­ki. Z okien na­sze­go miesz­ka­nia do­bie­ga Yel­low Sub­ma­ri­ne, ulu­bio­na pio­sen­ka The Be­atles mo­je­go młod­sze­go syna – je­dy­na łódź pod­wod­na obec­na dziś w Ber­li­nie.

lato w mieście, czyli obóz dla uchodźców

Wy­bi­ja­ła pół­noc, kie­dy wsia­da­ły­śmy w Po­zna­niu do po­cią­gu: moja dzie­się­cio­let­nia wów­czas sio­stra, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­nia mama i ja, lat szes­na­ście i pół. W wa­go­nie dru­giej kla­sy wszyst­kie miej­sca były za­ję­te, cze­ka­ła nas dłu­ga, bez­sen­na noc, gdyż po­cią­gi do Ber­li­na w roku 1981 wlo­kły się pra­wie sie­dem go­dzin. Jaz­dę prze­ry­wa­ły czę­ste po­sto­je, pod­czas któ­rych prze­cze­sy­wa­no na­sze ba­ga­że, prze­glą­da­no pasz­por­ty, spraw­dza­no za­war­tość port­mo­ne­tek. Do Ber­li­na Za­chod­nie­go nie trze­ba było mieć wizy, ale za to – 150 do­la­rów na oso­bę. By­łam prze­ko­na­na, na­iw­nie, przy­zna­ję, że je­dzie­my na wa­ka­cje i wró­ci­my do Po­zna­nia pierw­sze­go wrze­śnia. Dla­te­go wy­jazd ten oka­zał się tak brze­mien­ny w skut­ki: nie mia­łam pla­nów zwią­za­nych z tym mia­stem, nie wi­dzia­łam sie­bie w przy­szło­ści miesz­ka­ją­cej pod ber­liń­skim ad­re­sem, zmie­nia­jąc uli­cę na Stras­se. Ber­lin tak na­praw­dę był zu­peł­nie nie po dro­dze. Wszyst­kie pla­ny wią­za­ły się z Po­zna­niem, w któ­rym do­kład­nie wie­dzia­łam, co będę ro­bić: kie­dy i z ja­kich przed­mio­tów zdam ma­tu­rę i ja­kie stu­dia wy­bio­rę, kogo ko­cham, a kogo nie lu­bię, co ro­bię przed po­łu­dniem, a co po po­łu­dniu, jak spę­dzam nie­dzie­le i świę­ta. Któ­re dziel­ni­ce pre­fe­ru­ję i gdzie lu­bię spa­ce­ro­wać w wol­nym cza­sie. Za­mie­nić park So­łac­ki na Tier­gar­ten? Po co? Nie­dziel­ne wy­ciecz­ki do Pusz­czy Zie­lon­ki na krą­że­nie po nie­wiel­kim le­sie Gru­ne­wald? Ab­surd! Wy­lą­do­wa­nie w miej­scu, w któ­rym się nie ma pla­nów, jest jak wrzu­ce­nie w ko­smicz­ny cha­os – nie wia­do­mo, od cze­go za­cząć po­rząd­ki. Je­śli nie ma pla­nu, nie ma i dro­gi. Je­śli nie ma dro­gi, nie ma celu. Je­śli cel nie ist­nie­je, to i ży­cie nie ma za bar­dzo sen­su. Po­zo­sta­je mo­no­ton­na prze­mia­na dnia w noc i nocy w dzień. Je­dze­nie i wy­da­la­nie. I nie jest to by­najm­niej opie­wa­ny przez bud­dy­stów stan by­cia tu i te­raz, w żad­nym wy­pad­ku. To nie stan by­cia tu i te­raz, to stan by­cia nig­dzie. Tym bar­dziej że Ber­lin Za­chod­ni dla przy­by­sza z Pol­ski był wiel­kim nig­dzie. Bia­łą pla­mą. W ży­ciu i na ma­pie. Kom­plet­ny brak dróg i ście­żek. Brak wy­tycz­nych i zna­ków dro­go­wych. Dżun­gla w środ­ku Eu­ro­py. Zresz­tą w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych bar­dzo mod­ne były wi­do­ków­ki z dzi­ki­mi zwie­rzę­ta­mi wmon­to­wa­ny­mi w fo­to­gra­fie atrak­cji tu­ry­stycz­nych Ber­li­na Za­chod­nie­go: po głów­nych ar­te­riach prze­cha­dza­ły się ży­ra­fy, a przed zam­kiem Char­lot­ten­burg trą­bi­ły sło­nie. Naj­bar­dziej eks­klu­zyw­ną dys­ko­te­ką Ber­li­na Za­chod­nie­go była kie­dyś Dżun­gla na Nürn­ber­ger­stras­se, gdzie ar­tyst­ka Sa­lo­me pre­zen­to­wa­ła w ryt­mie rapu tekst Wir sind alle ge­ile Tie­re. I ja sta­łam się mimo woli na ja­kiś czas zwie­rzę­ciem w dżun­gli Ber­li­na.

2. Przy Bra­mie Bran­den­bur­skiej.

Nie po­trze­bo­wa­łam tu swych po­znań­skich miejsc pa­mię­ci: li­sto­pa­do­wych zni­czy na Cy­ta­de­li, ra­tu­sza z ko­zioł­ka­mi, dep­ta­ka, a na nim słyn­nych cia­stek „brzdą­cy”, ba­rów mlecz­nych i po­znań­skich pyz, za­pa­chu roz­kła­da­ją­cych się je­sien­nych li­ści w par­ku So­łac­kim, zgrzy­tu skrę­ca­ją­cych tram­wa­jów, kina Rial­to i ka­pu­sty ki­szo­nej z Ryn­ku Je­rzyc­kie­go. Za­po­mnieć na­le­ża­ło ad­res za­miesz­ka­nia na uli­cy Bo­nin; po­znań­ską mapę po­wsze­dnią z wy­raź­nie na­zna­czo­ny­mi dro­ga­mi, po któ­rych kro­czy­ło się na śle­po, rano, we dnie i wie­czo­rem.

Pe­wien ame­ry­kań­ski na­uko­wiec roz­wi­nął teo­rię cza­su frak­tal­ne­go: we­dług jego ob­li­czeń wszyst­kie wy­da­rze­nia w na­szym ży­ciu i w ży­ciu pla­ne­ty, ba, ca­łe­go uni­wer­sum, po­wra­ca­ją we frak­tal­nych ko­łach. Czy­li ja­kieś istot­ne wy­da­rze­nie w da­nym roku i mie­sią­cu au­to­ma­tycz­nie im­pli­ku­je w przy­szło­ści ko­lej­ny mo­ment zmian. Wy­da­rze­nie pierw­sze, roz­po­czy­na­ją­ce cykl, na­zwał „chwi­lą-na­sie­niem”. I wła­śnie taką chwi­lą stał się dla mnie li­piec 1981 roku.

Ber­lin Za­chod­ni na wscho­dzie Eu­ro­py nie ist­niał. Nie było prze­wod­ni­ków, map w księ­gar­niach, w ga­ze­tach nie po­ja­wia­ły się wia­do­mo­ści z tej czę­ści Nie­miec. W te­le­wi­zji oglą­da­li­śmy tyl­ko pa­ra­dy pierw­szo­ma­jo­we i Eri­cha Ho­nec­ke­ra na try­bu­nie we wschod­nim Ber­li­nie, któ­ry jak naj­bar­dziej ist­niał. To wschod­ni Ber­lin był sto­li­cą Nie­miec, do tego Ber­li­na jeź­dzi­ło się na za­ku­py, po­nie­któ­rzy zdo­ła­li na­wet zwie­dzić Mu­zeum Per­ga­mo­nu. Ja rów­nież za­li­czy­łam jako mała dziew­czyn­ka mię­dzy­na­ro­do­we ko­lo­nie we wschod­nim Ber­li­nie, któ­ry oczy­wi­ście na­zy­wał się Ber­li­nem (in­ne­go mia­ło nie być) i za­pa­mię­ta­łam wie­żę te­le­wi­zyj­ną oraz cał­kiem do­brze za­opa­trzo­ne skle­py. Wów­czas mnie, dzie­się­cio­lat­kę, fa­scy­no­wa­ły domy to­wa­ro­we peł­ne pach­ną­cych chiń­skich gu­mek do ma­za­nia i wiecz­nych piór. Nie mia­łam po­ję­cia, że tuż-tuż znaj­du­je się dru­ga część mia­sta oto­czo­na mu­rem. Nikt nam o tym nie po­wie­dział, więc tego dru­gie­go Ber­li­na dla nas nie było. Na­wet Bra­my Bran­den­bur­skiej nam nie po­ka­za­no. Wów­czas pod­cho­dzi­ło się do niej na od­le­głość kil­ku­na­stu me­trów, wy­łącz­nie rzą­do­we de­le­ga­cje mo­gły po­dejść za płot ota­cza­ją­cy plac Pa­ry­ski. Ber­liń­czy­kom po­zwa­la­no oglą­dać Bra­mę z od­da­li. Kwa­dry­ga za­pro­jek­to­wa­na przez Car­la Got­thar­da Lan­ghan­sa pę­dzi­ła w kie­run­ku zam­ku kró­lew­skie­go, wpro­wa­dza­jąc mo­nar­chę po­wra­ca­ją­ce­go z po­lo­wa­nia w le­sie Tier­gar­ten. Ale co mnie ob­cho­dzi­ła wów­czas kwa­dry­ga i Lan­ghans, je­śli w ręce trzy­ma­łam ka­wa­łek pach­ną­cej chiń­skiej gum­ki.

Wie­le lat póź­niej oglą­da­łam kwa­dry­gę zza muru, od za­cho­du, sto­jąc na drew­nia­nej plat­for­mie zbu­do­wa­nej spe­cjal­nie w celu pod­glą­da­nia wschod­nie­go Ber­li­na. Wcho­dzi­ło się na nią po drew­nia­nych stop­niach, jak na wie­żę dla my­śli­wych. Wo­kół roz­po­ście­ra­ły się ber­liń­skie pia­ski, ja­kieś krza­ki, chwa­sty. Da­lej, w stro­nę cen­trum, zie­le­nił się las Tier­gar­ten, daw­ne te­re­ny ło­wiec­kie pru­skich ksią­żąt. Za wy­so­kim na trzy me­try mu­rem cią­gnął się „pas śmier­ci”, be­to­no­wa pro­me­na­da dla żoł­nie­rzy przy­gra­nicz­nych i ich owczar­ków, w ni­czym nie­przy­po­mi­na­ją­cych Sza­ri­ka z Czte­rech pan­cer­nych. Sta­li­śmy tam i pa­trzy­li­śmy, jak na klat­kę w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym – tyle że tam miesz­ka­li lu­dzie.

Mar­tin Ah­rends, „Ossi” (jak po­tocz­nie okre­śla się by­łych miesz­kań­ców NRD), prze­ni­kli­wy fe­lie­to­ni­sta ra­dio­wy zgłę­bia­ją­cy hi­sto­rię po­dzia­łu Nie­miec, pi­sał o mu­rze jako o ta­mie ma­ją­cej za­trzy­mać prąd ucie­ki­nie­rów:

Prąd ten jest jed­nak nie­wi­dzial­ny. Nie było mas ucie­ki­nie­rów sto­ją­cych przed mu­rem z wa­liz­ka­mi w rę­kach, w su­mie był­by to sze­ro­ki po­tok lu­dzi wo­kół ca­łe­go Ber­li­na Za­chod­nie­go. Z plat­for­my nie wi­dać ani jed­nej oso­by. Nikt nie po­trzą­sał me­ta­lo­wą siat­ką, nikt nie ma­chał ręką, nie bła­gał, nie wo­łał o po­moc. Kraj za mu­rem był spo­koj­ny, w nie­ja­kiej od­le­gło­ści prze­cho­dzi­li so­bie lu­dzie, za­ła­twia­jąc naj­wy­raź­niej swo­je co­dzien­ne spra­wy, jak­by mur nie ist­niał. „W czym za­wi­ni­li? – mógł­by za­py­tać ja­kiś na­iw­ny tu­ry­sta. – Czy to obóz dla prze­stęp­ców?”. Ależ nie, by­najm­niej, mo­gła­by brzmieć od­po­wiedź, tam się nor­mal­nie żyje, żeni, tam się ro­dzą i wy­cho­wu­ją dzie­ci.2

Nie­przy­pad­ko­wo, wjeż­dża­jąc do Ber­li­na Za­chod­nie­go, wy­sia­da­ło się przy ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym. Tyl­ko któ­ra stro­na mia­sta była klat­ką? Ta oto­czo­na mu­rem, ale z prze­strze­nią wol­no­ści, czy ta bez muru, za to z dyk­ta­tu­rą?

Moja przy­ja­ciół­ka Anke, opro­wa­dza­ją­ca do­ryw­czo cu­dzo­ziem­ców po Ber­li­nie, nosi ze sobą al­bum ze sta­ry­mi ener­dow­ski­mi pocz­tów­ka­mi. Sto­jąc przed Bra­mą Bran­den­bur­ską, po­ka­zu­je go­ściom czar­no-bia­łą fo­to­gra­fię pla­cu Pa­ry­skie­go ogro­dzo­ne­go od stro­ny wschod­niej pło­tem, przez któ­ry nor­mal­nym śmier­tel­ni­kom nie wol­no było przejść. Fo­to­gra­fia zo­sta­ła umiesz­czo­na na no­wej sta­cji me­tra pod Bra­mą Bran­den­bur­ską. Anke po­cho­dzi ze wschod­nie­go Ber­li­na. Kie­dy ja sta­łam na drew­nia­nej plat­for­mie wi­do­ko­wej, za­glą­da­jąc na wschód jak na wy­bieg w zoo, Anke nie wol­no było po­dejść na sto me­trów do Bra­my. Ja znaj­do­wa­łam się po jed­nej, ona po dru­giej stro­nie. Ona oglą­da­ła kwa­dry­gę ma­ja­czą­cą w od­da­li, ja z bli­ska, ale za to od tyłu.

Bo­gi­ni zwy­cię­stwa Wik­to­ria, trzy­ma­ją­ca w ręku wie­niec, ska­za­na była na kon­takt wzro­ko­wy wy­łącz­nie z go­ść­mi rzą­du NRD. Mimo że ru­ma­ki cią­gną­ce kwa­dry­gę zda­wa­ły się pę­dzić, wo­kół rzeź­by pa­no­wał śmier­tel­ny bez­ruch, du­cho­ta daw­no nie­wie­trzo­ne­go po­miesz­cze­nia.

„Do­pó­ki Bra­ma Bran­den­bur­ska bę­dzie za­mknię­ta, do­pó­ty kwe­stia nie­miec­ka jest otwar­ta” – skon­sta­to­wał w cza­sach zim­nej woj­ny pre­zy­dent Ri­chard von We­iz­säc­ker. Ro­nald Re­agan 12 czerw­ca 1987 roku ape­lo­wał do Gor­ba­czo­wa: „Mr. Gor­ba­chev, open this gate! Mr. Gor­ba­chev, tear down this wall! – Pa­nie Gor­ba­czow, otwórz pan tę bra­mę! Pa­nie Gor­ba­czow, zburz pan ten mur!”.3

Sym­bo­le pru­skiej po­tę­gi mi­li­tar­nej zo­sta­ły usu­nię­te z po­są­gu przez wła­dze NRD w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Dziś Wik­to­ria po­now­nie trzy­ma w ręku Krzyż Zwy­cię­stwa oraz orła. Pier­wot­ny wy­gląd przy­wró­co­no kwa­dry­dze w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, po dłu­giej i kosz­tow­nej re­no­wa­cji.

Ar­chi­tekt Ka­rol Got­thardt Lan­ghans in­spi­ro­wał się Pro­py­le­ja­mi ateń­skie­go Akro­po­lu. Za­rów­no ko­lum­ny Pro­py­le­jów, jak i Bra­my Bran­den­bur­skiej łą­czy­ły wschód z za­cho­dem. Geo­man­ci twier­dzą, że w oko­li­cach Bra­my ist­nie­je miej­sce mocy trans­for­ma­cji – prze­mia­ny sił ne­ga­tyw­nych w po­zy­tyw­ne.

Może dla­te­go w pół­noc­nym skrzy­dle Bra­my Bran­den­bur­skiej po­wstał w 1994 roku „ci­chy po­kój” prze­zna­czo­ny do me­dy­ta­cji. Po­mysł ta­kie­go po­miesz­cze­nia w sa­mym cen­trum pul­su­ją­ce­go ży­ciem Ber­li­na zro­dził się jesz­cze przed jego zjed­no­cze­niem, w roku 1988. Mia­ło znaj­do­wać się moż­li­wie bli­sko by­łej gra­ni­cy, a wzór sta­no­wił po­kój do me­dy­ta­cji w sie­dzi­bie ONZ. Pod­czas gdy przed Bra­mą Bran­den­bur­ską chłop­cy wy­gi­na­ją się w kar­ko­łom­nym bre­ak­dan­sie, a or­kie­stry dęte z pro­win­cji pre­zen­tu­ją swój kunszt dmu­cha­nia w tuby i trą­by, w pra­wym skrzy­dle pod Bra­mą sia­da się na sza­rym krze­seł­ku i sku­pia my­śli na świe­tli­stym punk­cie w cen­trum go­be­li­nu wi­szą­ce­go na ścia­nie. Po­kój na ogół jest pu­sty, a jego skrom­ny wy­strój kon­tra­stu­je z ar­chi­tek­to­nicz­nym prze­py­chem pla­cu Pa­ry­skie­go.

Tu­ry­ści rzad­ko ko­rzy­sta­ją z moż­li­wo­ści me­dy­ta­cji przy Bra­mie, po­pę­dza­ni przez prze­wod­ni­ków w stro­nę Re­ich­sta­gu lub po­mni­ka ofiar Ho­lo­cau­stu. Przy­sta­ją, aby zro­bić so­bie za jed­no euro fo­to­gra­fię ze stu­den­ta­mi prze­bra­ny­mi za alianc­kich żoł­nie­rzy.

W roku 1981 w tym miej­scu nie pul­so­wa­ło jesz­cze nic, oprócz re­flek­to­rów na słu­pach w pa­sie śmier­ci, czy­li mię­dzy po­dwój­nym mu­rem ota­cza­ją­cym Ber­lin Za­chod­ni. Cały wschod­ni Ber­lin w nocy to­nął w ciem­no­ściach, tyl­ko pas mię­dzy mu­ra­mi świe­cił jak elek­trycz­na wstę­ga wy­zna­cza­ją­ca gra­ni­ce Za­cho­du. Nie było to świa­tło przy­ja­zne, prze­ciw­nie, zdra­dziec­kie re­flek­to­ry po­szu­ki­wa­ły śmiał­ków uda­ją­cych się na dru­gą stro­nę, któ­ra czę­sto oka­zy­wa­ła się dru­gą stro­ną ży­cia, o czym świad­czą krzy­że za Re­ich­sta­giem z ich na­zwi­ska­mi, umiesz­czo­ny­mi na pro­stych ema­lio­wa­nych ta­blicz­kach.

Po­ciąg z Pol­ski prze­jeż­dżał przez dwo­rzec na Frie­drich­stras­se, gdzie ener­dow­skie służ­by gra­nicz­ne akry­bicz­nie prze­szu­ki­wa­ły da­chy, pod­wo­zia wa­go­nów, to­a­le­ty, prze­strzeń pod sie­dze­nia­mi w prze­dzia­łach, wszyst­kie miej­sca, któ­re mo­gły po­słu­żyć za scho­wek dla ucie­ki­nie­rów. Na dwor­cu po­szcze­ki­wa­ły psy, pod da­chem, na spe­cjal­nych rusz­to­wa­niach, sta­li w roz­kro­ku po­li­cjan­ci z ka­łasz­ni­ko­wa­mi wy­ce­lo­wa­ny­mi w nasz po­ciąg. Nie­za­po­mnia­ny wi­dok. Po trwa­ją­cej go­dzi­nę kon­tro­li za oknem za­czy­nał się prze­su­wać nie­praw­dzi­wy kra­jo­braz gra­nicz­ny, mur z jed­nej i z dru­giej stro­ny, Spre­wa z kol­cza­sty­mi pu­łap­ka­mi dla prze­pra­wia­ją­cych się wpław na ty­łach Re­ich­sta­gu, a po­tem już łąka przed Re­ich­sta­giem. Prze­strzeń, zie­leń, park Tier­gar­ten i pierw­sze za­bu­do­wa­nia cen­trum Ber­li­na Za­chod­nie­go. Wjeż­dża­ją­cych do mia­sta wi­ta­ły ko­lo­ro­we graf­fi­ti na mu­rze oraz szy­je ży­raf i trą­by sło­ni. Je­śli wziąć pod uwa­gę go­spo­dar­kę, miesz­kań­cy Ber­li­na Za­chod­nie­go żyli tro­chę jak w zoo, sztucz­nie do­kar­mia­ni przez Re­pu­bli­kę Boń­ską, An­gli­ków, Ame­ry­ka­nów i Fran­cu­zów. Ale o tym nig­dy nie wy­pa­da­ło mó­wić gło­śno.

Ber­lin Za­chod­ni za­ja­wił mi się mgli­ście w Po­zna­niu trzy lata przed wy­jaz­dem, kie­dy ko­le­ga z kla­sy po­ka­zał mi – przy­wie­zio­ne stam­tąd wła­śnie – wia­trów­kę swo­je­go ojca i cza­so­pi­smo „Bra­vo”. O Ber­li­nie Za­chod­nim na lek­cjach geo­gra­fii, hi­sto­rii czy przy­spo­so­bie­nia oby­wa­tel­skie­go nie na­ucza­no. W atla­sach wid­nia­ły kon­tu­ry Ber­li­na, sto­li­cy NRD. Resz­ta mia­sta, jak­kol­wiek by pa­trzeć – 481 ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, nie ist­nia­ła. Jego za­chod­nie sek­to­ry na ma­pach NRD były bia­łą pla­mą po­prze­ci­na­ną błę­kit­ny­mi wstąż­ka­mi rzek. Ulic nie za­zna­cza­no, wodę – li­nie lim­fa­tycz­ne mia­sta – o dzi­wo, tak. Ale jak po­dzie­lo­no ka­na­li­za­cję, pro­duk­cję prą­du, wy­wóz śmie­ci, pod­sta­wo­we po­trze­by?

Jak może czuć się mia­sto, któ­re­go więk­sza część zo­sta­ła przez mi­lio­ny lu­dzi ska­za­na na nie­ist­nie­nie? Jak czuł­by się czło­wiek, gdy­by mógł po­ka­zać tyl­ko po­ło­wę sie­bie, a dru­ga po­ło­wa ży­ła­by so­bie swo­im ży­ciem, in­ten­syw­nym, peł­nym idei i wy­da­rzeń, za mu­rem igno­ran­cji i obo­jęt­no­ści. Jak czu­je się mia­sto, w któ­rym dwa mi­lio­ny miesz­kań­ców co­dzien­nie wsta­je rano, aby za­jąć się pra­cą, bez­ro­bo­ciem, na­uką, le­ni­stwem, mi­ło­ścią lub co­dzien­ną krzą­ta­ni­ną – a spo­ra część świa­ta nie chce o tym wie­dzieć?

Być może mia­sto ta­kie jest szczę­śli­we. Pa­nu­je w nim przy­sło­wio­wy spo­kój. Może się roz­wi­jać nie­za­leż­nie od mody, prą­dów, do­mi­nu­ją­cych idei, du­cha cza­su. Nie musi dbać o po­zo­ry, o to, czy jest po­sprzą­ta­ne, czy nie, co po­wie­dzą są­sie­dzi… Może żyć swo­im ryt­mem, nie przej­mu­jąc się ryt­mem oko­li­cy. Tym bar­dziej że jest oto­czo­ne mu­rem. Zna­jo­my ar­ty­sta z USA, Bar­ry, prze­pro­wa­dzał w Ber­li­nie Za­chod­nim ak­cje spa­nia pod pie­rzy­ną na środ­ku uli­cy. Po­zwa­la­no mu się wy­spać.

W daw­nych cza­sach mury bu­do­wa­no, aby bro­nić mia­sto nie tyle przed ata­ka­mi wro­gów, ile przed zły­mi mo­ca­mi czy za­ra­zą. Mury miej­skie w śre­dnio­wie­czu ry­tu­al­nie świę­co­no jako ochro­nę przed de­mo­na­mi, cho­ro­bą i śmier­cią. Fosy lub umoc­nie­nia mia­ły za za­da­nie prze­szko­dzić złym du­chom w do­tar­ciu do ser­ca mia­sta.

Mur ber­liń­ski był też czymś w ro­dza­ju ochro­ny przed de­mo­na­mi. „An­ty­fa­szy­stow­ski mur ochron­ny” – tak okre­śla­no go ofi­cjal­nie w NRD. Że fa­szyzm niby za mu­rem zo­stał za­mknię­ty i nie prze­do­sta­nie się do tego „praw­dzi­we­go” Ber­li­na, sto­li­cy Nie­miec, czy­li do so­wiec­kiej stre­fy oku­pa­cyj­nej. Mu­rem oto­czo­no stre­fę Fran­cu­zów, Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów – jesz­cze kil­ka lat wcze­śniej so­jusz­ni­ków w wal­ce z fa­szy­zmem. A Niem­cy… ci sami po jed­nej i po dru­giej stro­nie, z tym sa­mym do­świad­cze­niem III Rze­szy.

Ale może od­czy­tu­je­my dziś wszyst­ko na opak? A je­śli to Ber­lin Za­chod­ni do­znał ma­gicz­nej ochro­ny przed wpły­wa­mi ze wscho­du, przed de­mo­na­mi dyk­ta­tu­ry, cen­zu­ry i wszech­obec­ne­go do­no­si­ciel­stwa? Pil­nu­ją­cy go war­tow­ni­cy strze­la­li wszak tyl­ko w jed­ną stro­nę – na wschód. Jed­nym z nich był w roku 1981 żoł­nierz Wol­fgang Leh­mann, od­by­wa­ją­cy służ­bę na pa­sie śmier­ci. Wie­le lat póź­niej ksiądz Leh­mann opo­wia­dał mi, jak to pod­czas dłu­gich nocy w świe­tle re­flek­to­rów, z ostrą bro­nią na ra­mie­niu, po­czuł po­wo­ła­nie i po­sta­no­wił zo­stać du­chow­nym ka­to­lic­kim, mimo że po­cho­dził z ro­dzi­ny lu­te­ra­nów. Jego ma­rze­nie zi­ści­ło się do­pie­ro po upad­ku muru, stu­dia teo­lo­gicz­ne ukoń­czył w Wied­niu. Były war­tow­nik z pasa śmier­ci, ksiądz Wol­fgang Leh­mann z pa­ra­fii świę­te­go Be­ne­dyk­ta chrzcił moje dzie­ci. Bar­dzo lubi zresz­tą kieł­ba­skę z cur­ry i czę­sto wi­dzę jego czar­ną su­tan­nę przed okien­kiem im­bis­su Kras­sel­ta.

3. Tuż po upad­ku muru ber­liń­skie­go.

talerz pęka na dwie części

We fran­cu­skich de­li­ka­te­sach nie­da­le­ko pla­cu Świę­te­go Mar­ka wi­du­ję od cza­su do cza­su by­łe­go po­li­cjan­ta, wdow­ca lu­bią­ce­go zjeść nie­dro­gi obiad w to­wa­rzy­stwie przy­god­nych klien­tów, ta­kich jak ja. Na­zy­wa się Lo­thar Worm.

W nocy z 13 na 14 sierp­nia 1961 roku po­li­cjant Worm otrzy­mał pod­czas noc­ne­go dy­żu­ru na­gły roz­kaz, aby za­wieźć bur­mi­strza Ber­li­na pod Bra­mę Bran­den­bur­ską. Wsiadł do służ­bo­wej li­mu­zy­ny i do­wiózł Wil­ly’ego Brand­ta pod Bra­mę, gdzie już w po­śpie­chu cią­gnię­to drut kol­cza­sty, a na pro­wi­zo­rycz­nie skle­co­nych ko­złach z nie­ocio­sa­ne­go drew­na opie­ra­ły się ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we wy­ce­lo­wa­ne na wschód. Bur­mistrz był w szo­ku. Stał w cie­niu nie­licz­nych la­tar­ni pod drze­wa­mi par­ku Tier­gar­ten, ob­ser­wu­jąc pierw­sze go­dzi­ny po­dzia­łu mia­sta. Stał i mil­czał. Dziś pew­nie wy­cią­gnął­by na­tych­miast te­le­fon ko­mór­ko­wy i za­dzwo­nił do resz­ty świa­ta. Ner­wo­wo cho­dził­by wzdłuż kol­cza­stych dru­tów, w jed­nej ręce pa­pie­ros, w dru­giej ko­mór­ka, krzy­czał­by do te­le­fo­nu i za­cią­gał­by się głę­bo­ko tej cie­płej let­niej nocy, któ­ra zmie­ni­ła mapę Ber­li­na bar­dziej niż ostat­nia woj­na. Po­nie­waż Ber­lin dzi­siaj, ten pęk­nię­ty i skle­jo­ny ta­lerz, jest już in­nym mia­stem. Po­li­cjant Worm sie­dział w sa­mo­cho­dzie, kie­dy Brandt cho­dził i pa­trzył, i pa­lił. „Ber­lin po­zo­sta­nie wol­nym mia­stem” – po­my­ślał so­bie może wów­czas po ci­chu, a wie­le lat póź­niej po­wie­dział pu­blicz­nie, kie­dy już pra­wie nikt w wol­ny Ber­lin nie wie­rzył.

Jesz­cze w kwiet­niu Wil­ly Brandt wraz z ro­dzi­ną od­wie­dził Mu­zeum Per­ga­mo­nu, pod­kre­śla­jąc tym jed­ność mia­sta i umow­ny cha­rak­ter po­dzia­łu na sek­to­ry. Po­dzi­wiał ba­bi­loń­ską Bra­mę Isz­tar, bo­gi­ni woj­ny i mi­ło­ści, znisz­cze­nia i od­bu­do­wy, dro­gę pro­ce­sji Na­bu­cho­do­no­zo­ra II znad Eu­fra­tu. Bra­ma ta to je­den z sied­miu cu­dów świa­ta.

Bu­do­wa muru od­by­ła się na te­re­nie sek­to­ra ro­syj­skie­go i za­chod­nie wła­dze Ber­li­na mia­ły zwią­za­ne ręce. Nikt nie za­sta­na­wiał się wów­czas, jak okrut­nie mur prze­tnie głów­ne ar­te­rie, za­kłó­ci ko­mu­ni­ka­cję i inne funk­cje me­tro­po­lii, po­dzie­li ro­dzi­ny i zra­ni du­szę mia­sta tak głę­bo­ko, że bli­zna po­zo­sta­nie już na za­wsze wi­docz­nym śla­dem na ma­pie Ber­li­na. Do dziś w go­dzi­nach szczy­tu nie moż­na swo­bod­nie prze­je­chać sa­mo­cho­dem ze wscho­du na za­chód. Nie­wie­le ulic łą­czy obie czę­ści mia­sta, a te, któ­re ist­nie­ją, nie zo­sta­ły przy­sto­so­wa­ne do ru­chu dro­go­we­go XXI wie­ku. Po­wsta­ją igiel­ne ucha, w któ­rych stoi się dłu­go w kor­kach. W la­tach sześć­dzie­sią­tych mi­nio­ne­go stu­le­cia na dro­gach było zde­cy­do­wa­nie mniej aut.

Po tej pa­mięt­nej nocy 13 sierp­nia, par­nej, za­pra­sza­ją­cej do noc­nych na­gich ką­pie­li w ber­liń­skich je­zio­rach, zde­ner­wo­wa­ny Wil­ly Brandt, omi­ja­jąc pro­to­kół, na­pi­sał do ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. List utrzy­ma­ny był w po­ufa­łym to­nie. Brandt pro­sił w nim o re­ak­cję USA na za­mknię­cie po­ło­wy mia­sta za mu­rem i o sto­sow­ną in­ter­wen­cję u So­wie­tów. W Wa­szyng­to­nie pi­smo uzna­no jed­nak za bez­czel­ne i Ken­ne­dy wściekł się na „tego ba­star­da z Ber­li­na”, jak na­zwał bur­mi­strza Brand­ta. No words but ac­tion – do­ma­gał się Brandt od pre­zy­den­ta USA w swo­im li­ście. Ak­cja nie na­stą­pi­ła, jak wie­my, do­pie­ro dwa lata póź­niej pa­dło słyn­ne: Ich bin ein Ber­li­ner – „Je­stem ber­liń­czy­kiem”, kie­dy pre­zy­dent Ken­ne­dy z bal­ko­nu ra­tu­sza Schöne­berg prze­ma­wiał do miesz­kań­ców Ber­li­na Za­chod­nie­go, so­li­da­ry­zu­jąc się z mia­stem oto­czo­nym mu­rem. Po­li­cjant Worm i tym ra­zem peł­nił służ­bę, pil­nu­jąc tłu­mu zgro­ma­dzo­ne­go przed ra­tu­szem i eskor­tu­jąc na mo­to­rze de­le­ga­cję Ken­ne­dy’ego w dro­dze na lot­ni­sko.

Wil­ly Brandt nie był po­etą, tyl­ko po­li­ty­kiem i nie zda­wał so­bie spra­wy, ile do­bre­go zdzia­łać mogą sło­wa, do­bit­nie wy­po­wie­dzia­ne we wła­ści­wym miej­scu i cza­sie przez od­po­wied­nią oso­bę. Zda­nie to za­brzmia­ło jak wy­śpie­wa­na przez po­etę ka­den­cja i nikt w Ber­li­nie i poza nim nie mógł się już od tych słów uwol­nić. A one na­wet lata po upad­ku muru nie stra­ci­ły nic ze swo­jej do­nio­słej tre­ści, gdyż ber­liń­czy­kiem może być każ­dy w do­wol­nym miej­scu na świe­cie, każ­dy sta­ra­ją­cy się o upa­dek ja­kie­goś muru, dzie­lą­ce­go na czę­ści coś, co po­win­no być ca­ło­ścią.

letni obóz

Wcze­snym ran­kiem 3 lip­ca 1981 roku dwo­rzec Zoo wy­glą­dał go­rzej niż dwo­rzec po­znań­ski. Sta­re żół­te ka­fel­ki, przed­wo­jen­ne kasy, jed­na smut­na re­stau­ra­cja z ta­ra­sem, z któ­re­go z da­le­ka wi­dać sło­nie. Z te­re­nu ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go do­cho­dzi­ły gło­śne skrze­ki eg­zo­tycz­nych pta­ków, kie­dy wy­sia­da­ły­śmy z po­cią­gu z nie­wiel­kim ba­ga­żem: moja dzie­się­cio­let­nia sio­stra, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­nia mama i ja, lat szes­na­ście i pół. Czyż­by­śmy i my mia­ły zo­stać za­mknię­te w klat­ce? Eg­zo­ty ze Wscho­du, sło­wiań­ska rasa.

W dwor­co­wych za­uł­kach krę­ci­ły się ja­kieś ob­dar­tu­sy. Co prze­są­dzi­ło o tym, że wy­sia­dły­śmy na tym za­nie­dba­nym, pro­win­cjo­nal­nym dwor­cu? Czy tak się za­czy­na ścież­ka do lep­szej przy­szło­ści? Aby wejść na pe­ron, mu­sia­ły­śmy wy­ku­pić pe­ro­nów­kę za jed­ną mar­kę. Wszyst­kie dwor­ce ko­lei miej­skiej były wów­czas pod ku­ra­te­lą NRD i nie prze­pro­wa­dza­no w nich żad­nej re­no­wa­cji. Ten też od lat czter­dzie­stych po­zo­sta­wał w sta­nie nie­na­ru­szo­nej praw­dy hi­sto­rycz­nej o po­dzia­le Ber­li­na na wschód i za­chód. Gdzieś w ką­cie sprze­da­wa­ła za dwa­dzie­ścia ma­rek swo­je wdzię­ki Chri­stia­ne z dwor­ca Zoo, nar­ko­man­ka, któ­rej wspo­mnie­nia sta­ły się póź­niej książ­ko­wym be­st­sel­le­rem. Je­dy­na rzecz za­pa­mię­ta­na z uli­cy, na któ­rą wy­szły­śmy, to skle­py peł­ne bu­tów. Ob­fi­tość bu­tów wy­sta­wia­nych na ste­la­żach na uli­cach oszo­ło­mi­ła mnie na mo­ment tak, że za­po­mnia­łam, cze­go wła­śnie do­świad­czam. Za chwi­lę mia­łam się do­wie­dzieć, że nie mamy bi­le­tu po­wrot­ne­go do Po­zna­nia.

Jak­że się ba­łam tego mia­sta, ję­zy­ka i ob­cych mi prze­cież Niem­ców. Naj­bar­dziej ba­łam się jed­nak tej Do­ro­ty, któ­rą mia­łam się stać, miesz­ka­jąc tu­taj. Z przy­szło­ści spo­glą­da­ła na mnie ko­bie­ta nie­zna­na, z ogrom­nym ba­ga­żem nie­prze­wi­dy­wal­nych do­świad­czeń de­ter­mi­no­wa­nych ener­gią ob­ce­go mia­sta. Jak­że wy­da­wa­ła mi się wów­czas obca!

Pierw­szym na­szym miej­scem za­miesz­ka­nia oka­zał się obóz dla