Bękarty z Pizzofalcone - Maurizio de Giovanni - ebook

25 osób właśnie czyta

Opis

Drugi po "Metodzie Krokodyla" tom serii o inspektorze Lojacono popularnego włoskiego autora kryminałów. Na jej podstawie zrealizowano popularny serial kryminalny we włoskiej państwowej telewizji Rai 1.

Żona znanego notariusza zostaje zamordowana we własnym domu. Narzędziem zbrodni jest szklana kula, jedna z wielu, które zbierała kobieta. Nie ma śladów walki ani nic nie wskazuje na brutalne wtargnięcie. Czy ofiara znała mordercę? Pierwszym podejrzanym jest notariusz; ma kochankę, która domaga się, by porzucił żonę i związał się z nią oficjalnie.

Sprawą zajmuje się inspektor Lojacono przeniesiony do komisariatu w podupadłej dzielnicy Pizzofalcone, gdzie zgromadzono ekipę „bękartów”, czyli funkcjonariuszy niemile widzianych w innych placówkach. Mają zastąpić poprzednią obsadę, zamieszaną w skandaliczne przestępstwo narkotykowe. Jednocześnie dwoje policjantów sprawdza dziwne zgłoszenie dotyczące tajemniczego mieszkania w bloku, gdzie jak się wydaje, więziona jest młoda kobieta.

Czy przypadkowa zbieranina nieudaczników będzie w stanie zgrać się na tyle, by z sukcesem doprowadzić do końca obydwie te sprawy? Czy uda im się odzyskać zszarganą przez poprzedników reputację, by ocalić komisariat w Pizzofalcone?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: I Bastardi di Pizzofalcone

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Ewa Orzeszek-Szmytko

© 2013 by Maurizio de Giovanni. Published by arrangement with The Italian Literary Agency

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Paweł Bravo

ISBN 978-83-287-1174-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Severino Cesariemu,

bratu w każdym słowie

I

Morze.

Morze w powietrzu. Morze na ulicy.

Morze pod niebem, aż po zaryglowane okna na wysokich piętrach.

Morze w uszach tłumi świst wiatru.

Morze na skałach, rozbija się o nie i głucho wyje.

Morze, niezliczone krople, które wznoszą się i wirują.

Przypomina mi ten twój przeklęty śnieg, wiesz. Kotłuje się, miesza, przez chwilę zasłania cały widok, a potem opada.

Nie zawsze w dół, tak naprawdę. Czasami na bok. Tak jak teraz. Kiedy się na nie patrzy, leżąc na boku.

Tylko jeden człowiek na całej ulicy. Ja. Zresztą o tej porze i przy tej pogodzie, kto by tu łaził? Można zostać porwanym przez wiatr na Bóg wie jaką wyspę.

Chciałbym tego.

Aż nie mogę uwierzyć, że dałem radę. A jednak dałem. Nie, żebym nie chciał, nie myślałem o tym. Myślałem, że porozmawiamy, że dasz się przekonać. Że powiesz: dobra, rozumiem. Że powiesz: zgoda, masz rację, wygrałeś. Skończymy, odejdę.

Myślałem, że może nie będę musiał długo cię przekonywać, żebyś zrozumiała. A tu nic. Ależ jesteś uparta.

Byłaś.

Boże, ile morza w powietrzu. I co za ryk. Ogłuszający. Miesza mi zmysły.

Musiałem to zrobić, wiesz? To było konieczne.

Bo miłość właśnie taka jest. Możesz ją ukrywać długo, chować za codziennymi spojrzeniami i gestami. Możesz ją zostawić w ciszy, hodować jak roślinę. Ale w dniu, w którym postanawiasz ją wydobyć na jaw, na światło słońca, już tracisz nad nią panowanie. To ona rządzi. Decyduje za ciebie, otwiera się jak piękny kwiat, chce całą przestrzeń dla siebie.

A ty nic. Nie chciałaś dać miejsca na miłość. Nie chciałaś zrobić tego kroku. Tym gorzej dla ciebie.

Powinnaś wyczytać w moich oczach. Powinnaś zrozumieć. Miałaś dość czasu, żeby zrozumieć, że nie przyjmę słowa „nie”. Że stracę głowę. To było jasno widać w moich oczach.

Śnieg. Twój przeklęty sztuczny śnieg. Przypomina to morze, które mnie teraz przenika na wylot jak deszcz, napełnia mi głowę wiatrem i wodą.

Nie widzę twoich zamkniętych okien. Za dużo wiatru, za dużo morza w powietrzu.

Ech, ten twój śnieg, na który lubiłaś się gapić, kiedy wirował za szkłem, przesłaniając krajobraz. Przyszło ci kiedyś do głowy, że właśnie ten śnieg zobaczysz jako ostatnią rzecz? Wzbił się i zaczął wirować po raz ostatni, a potem osiadać. Po przeciwnej stronie niż krew.

Kiedy już opadł, byłaś wspomnieniem.

II

Giuseppe Lojacono siedział w radiowozie na siedzeniu pasażera, sztywno wyprostowany z rękoma na udach. Wyglądał naprawdę na Chińczyka, jak go przezywali koledzy. Oczywiście za jego plecami, bo on nie z tych, co pozwalają na poufałość. Wydatne kości policzkowe, skośne oczy, kiedy się koncentrował, robiły się z nich wąskie szparki. Proste czarne rozczochrane włosy. Kościste ciało w nieustannym napięciu, w każdej chwili gotowe do skoku. Małe zmarszczki przy ustach pozwalały się domyślić, że już stuknęła mu czterdziestka, ale niedawno.

Rozmyślał. O tym, jak łatwo było stracić wszystko to, co z wysiłkiem i uporem udało mu się zbudować. Myślał, że właśnie w tej chwili, pod koniec marca, w jego rodzinnych okolicach kwitną migdałowce, a słońce grzeje tak, że można sobie usiąść na plaży i gapić się na morze. Tam, gdzie przebywał, wciąż panowała zima, wiatr na przemian z deszczem, kobiety ganiały po chodnikach za porwanymi parasolkami, grzęznące w korkach samochody kipiały frustracją, nieustannie trąbiąc. Ale dom był daleko, odległy w czasie i przestrzeni. Może całkiem już nieosiągalny. Wcale go tam nie chcieli. Był zbyt niewygodny. Uwierał jako kolega, jako przyjaciel, jako krewny.

Przypominał sobie rozmowę z komisarzem Di Vincenzo, któremu podlegał. W sumie nigdy się nie lubili, ale atmosfera po sprawie Krokodyla zrobiła się naprawdę gęsta.

Krokodyl. Stary anonimowy desperat, który zabił czworo młodych ludzi. Lojacono wytropił go, prowadząc nieformalne śledztwo. Ustalił tożsamość i motyw. Podczas gdy policja całego miasta węszyła po schematach – camorra, nielegalny handel, narkotyki – bez żadnego skutku.

Ta historia częściowo go zrehabilitowała w oczach zwierzchników, ale zarazem stał się jeszcze mniej popularny wśród kolegów. Obcy, który nie zna miejsc, nie ma kontaktów, rozwiązuje skomplikowaną sprawę seryjnych zabójstw, kierując się wyłącznie logiką. Uwolnił od kłopotu swoich zwierzchników, bezlitośnie grillowanych przez prasę i opinię publiczną. W tej sytuacji coś z nim trzeba było zrobić. Nie dało się go zostawić w dziale zgłoszeń komisariatu na terenie o tak wysokim wskaźniku przestępczości. Należało mu się teraz osobne biurko, bo jak nie, to jakaś gazeta wcześniej czy później, w poszukiwaniu newsów na pierwszą stronę, zadałaby głośno pytanie: jaki los spotkał człowieka, który wytropił Krokodyla?

Di Vincenzo przez jakiś czas się opierał, wreszcie ustąpił i niechętnie oddał mu parę „zamrożonych” dochodzeń, w których od lat nie poczyniono żadnych postępów. Nikt nie miał prawa się wtrącać w to, co przydziela podwładnym. Potem, parę dni temu, wezwał go do siebie.

Opowiedział mu o komisariacie w Pizzofalcone. Może to najlepsze wyjście, myślał Lojacono. Zawsze tak się myśli, kiedy się trafia z deszczu pod rynnę.

Młody policjant za kierownicą już dwa razy próbował zagadać, ale jego konwencjonalne teksty padały w próżnię. Prowadził więc w milczeniu, spoglądając ukradkiem na pasażera.

Niepokoił go profil tego Sycylijczyka. On też się sporo nasłuchał o inspektorze wyrzuconym z lotnej brygady w Agrigento, bo świadek koronny zeznał, że przekazuje informacje mafii. Z tego, co mu opowiadano, nie było żadnych twardych dowodów, ale jak zwykle w takich przypadkach zwierzchnicy uznali, że lepiej pozbyć się podejrzanego.

Spotykał go już nieraz, kiedy pełnił służbę w dyżurce przy wejściu do komisariatu, i oczywiście znał historię Krokodyla. Całe miasto o tym mówiło. I to jeszcze przez wiele dni po zamknięciu sprawy. Zanim coś nowego – inna śmierć, inna krew – nie zajęło miejsca na stronach gazet i w serwisach telewizyjnych. Nie potrafił ocenić, jak naprawdę mają się sprawy. Ale w obecności tego milczącego człowieka czuł się wyjątkowo nieswojo.

– Włączyć koguta, inspektorze? – zapytał. – Tu, jak tylko spadną dwie krople deszczu, całe miasto wsiada do samochodów, wszystko stoi.

Lojacono odpowiedział bez odrywania wzroku od sznura aut przed nimi:

– Nie, daj spokój, nie ma pośpiechu.

Kolumna samochodów na chwilę drgnęła, jakby dostała czkawki, zaraz potem znieruchomiała. Pewnie znów włączyło się czerwone światło gdzieś kilometr dalej.

Wiatr ciskał słonawym deszczem o szybę. Szedł prosto od morza. Sirocco.

Nie podnosząc wzroku znad biurka, Di Vincenzo wskazał inspektorowi krzesło.

– Proszę, niech pan spocznie. – Pogrzebał w papierach, zdjął okulary, opadł na oparcie fotela. – No więc, Lojacono, przegląda pan trochę teczek, co? Może dzięki pana intuicji coś pchniemy do przodu. Stare sprawy, wiem. Ale ktoś naprawdę bystry zauważy to, czego inni nie zobaczyli.

Inspektor milczał z nieporuszoną twarzą. Di Vincenzo zastukał palcami o blat i kontynuował temat.

– To wcale nie jest takie łatwe. Ci na zewnątrz myślą, że pracujemy jak w amerykańskim serialu, że skaczemy na rozpędzonych motocyklach z mostu, strzelamy do złodziei na ulicy. A tymczasem papiery, papiery i ciągle papiery. Chyba że ktoś ma farta, to coś mu się przydarzy.

Ofermy, pomyślał Lojacono, zawsze przypisują cudze sukcesy szczęściu. Chciałby móc dostać jedną setną tego szczęścia za każdym razem, kiedy o tym słyszał.

– Komisarzu, potrzebował mnie pan? Jestem do dyspozycji.

Di Vincenzo przytaknął, nie ukrywając złości, która niemal wyzierała z jego oczu.

– No dobra, już bez ściemniania. Jestem pewny, że całe to zamieszanie z Krokodylem to w połowie fart, a w połowie efekciarstwo. Jeszcze podlane dziwną zażyłością, jaka pana łączy z prokurator Piras, ale w to nie chcę wchodzić. – Obleśny przytyk do Piras, która wymusiła na policji, żeby włączyć Lojacono do sprawy Krokodyla, miał go zranić. Ale po inspektorze spłynęło to jak woda po kaczce. Wyobrażał sobie, co mówiło się dookoła o nim i Laurze. Ta piękna, lecz bardzo wycofana w kontaktach kobieta nie kryła sympatii do niego.

– Komisarzu, pan nie lubi mnie, a ja pana. Ograniczmy rozmowy ściśle do tego, co konieczne, w interesie nas obu. Pytam: potrzebuje pan czegoś ode mnie?

Komisarzowi na moment zacisnęła się szczęka, w jego oczach błysnęła furia, ale się zaraz opanował.

– Ma pan rację, Lojacono, nie lubię pana. Dlatego z radością przekażę, co mam do przekazania. Poproszono mnie o oddelegowanie kogoś z moich zasobów kadrowych, na czas nieokreślony, do innego komisariatu. Mogę nawet udowodnić, że ze wszystkich moich podwładnych tylko pan nie prowadzi obecnie żadnego dochodzenia.

Lojacono wzruszył ramionami, nie chciał mu ułatwiać zadania.

– Ale, jak się domyślam, to przejście powinno być dobrowolne i potrzebna jest moja zgoda. Na piśmie. Skoro chce pan się mnie pozbyć, musi mnie pan do tego przekonać, prawda?

Di Vincenzo aż się podniósł, potem usiadł, zaciskając usta.

– Nie wątpiłem, że zna pan procedury, to typowe dla obiboków, że mają w małym palcu wszystkie prawa pracownicze. To prawda. Ale też prawda, że jeśli się pan nie zgodzi, mogę tu pana oddelegować do dowolnych obowiązków. A to całe specjalne traktowanie, które zawdzięcza pan sprawie Krokodyla, nie potrwa wiecznie.

Lojacono odczekał chwilę, wreszcie się odezwał.

– Co to za zadanie, niech pan opowie więcej, może się zgodzę.

Komisarz ożywił się na myśl, że się pozbędzie tego Sycylijczyka o nieodgadnionej twarzy, na którym nie mógł porządnie się wyżyć w obawie przed reakcją prokurator Piras. Poza tym musiałby odesłać innego swojego człowieka, jakiegoś zaufanego, gdyby Lojacono odmówił. A przy ograniczeniach kadrowych i tak ledwo dawał radę z organizacją pracy. Trzeba było tego faceta przekonać. Postarał się być ugodowy.

– Chodzi o wyzwanie zawodowe, w pewnym sensie. Słyszał pan o komisariacie w Pizzofalcone?

Lojacono beznamiętnie wpatrywał się w komisarza, więc ten postanowił wyjaśnić:

– To niezbyt duży, ale mocno zaludniony obszar, obejmuje część dzielnicy hiszpańskiej i schodzi aż do morza. Cztery światy w jednym: proletariat, jak to się kiedyś mówiło, urzędnicy, wyższe warstwy kupieckie i arystokracja. Na odcinku trzech kilometrów ma pan wszystko z wyjątkiem przemysłu. To jeden z najstarszych komisariatów w mieście, niewielki, ale strategiczny. – Zmarszczył czoło i zmienił ton, teraz miał do przekazania mniej przyjemną część opowieści: – Mniej więcej rok temu nasi ludzie stamtąd przejęli sporą partię kokainy, jeszcze niegotowej do sprzedaży, dopiero co dotarła. Mnóstwo tego było. Ale zgłosili mniej niż połowę.

Lojacono zapytał cicho:

– Kto?

– Dopiero po pewnym czasie to się wydało, było ich czterech, wszyscy z pionu śledczego. Przeprowadzili świetnie zorganizowaną operację, kilka skojarzonych sygnałów od informatorów, długie obserwacje, weszli dokładnie w chwili przekazywania towaru. Nie za wcześnie, kiedy niczego nie ma, i nie za późno, kiedy przestępcy zdążyliby zorganizować obronę. Czysta robota, szybka i bez przemocy. I oczywiście każda strona miała interes, żeby zadeklarować mniejszą ilość towaru. Goście z camorry dzięki temu mogli liczyć na lżejsze zarzuty, a nasi koledzy, niestety, mogli pohandlować koksem na własną rękę.

Inspektor milczał, przynajmniej ten jeden raz podzielał odczucia komisarza. Paskudna sprawa. Paskudna dla każdego uczciwego gliniarza.

Di Vincenzo ciągnął dalej:

– Jeden z nich miał syna chorego na raka, drugi był w separacji i żona go oskubała. Ojciec trzeciego dopiero co zamknął sklepik, bo splajtował. Ostatni przegrywał w karty. Spojrzeli po sobie, wystarczył ułamek sekundy. Dwóch z nich znałem, dałbym za nich głowę. Ech… W każdym razie jak się zaburza równowagę na rynku dilerskim taką ilością towaru, to trzeba uzyskać zgody klanów kontrolujących obszar i na dłuższą metę przekrętu nie da się ukryć. Koledzy z inspektoratu wewnętrznego w końcu się połapali. Miesiące podsłuchów, obserwacji, filmowania. Wreszcie dorwali całą czwórkę.

Nagły podmuch wiatru szarpnął oknem.

– Rozumiem, smutna historia – odparł Lojacono.

Di Vincenzo westchnął.

– Poleciał też komisarz Ruoppolo, nasz starszy kolega tuż przed emeryturą, świetny człowiek, dobrze go znałem. Czysty jak łza, trzeba to podkreślić. Ale nie dopilnował, a to jego obowiązek. No więc przyspieszyli mu emeryturę. Przez parę miesięcy komendant miejski rozważał, czy po prostu nie zamknąć komisariatu i nie przerzucić jego kompetencji na sąsiednie placówki. Ale w końcu podjął inną decyzję.

– I tu pojawia się potrzeba oddelegowania kogoś stąd.

– Właśnie tak. Trzeba ściągnąć czterech ludzi do pionu śledczego. Ci z góry zwrócili się do czterech największych komisariatów. Nowym komisarzem został Palma, młody, ma dobrze rozkręconą karierę, pochodzi z dzielnicy Vomero, może go pan pamięta z zebrania w sprawie Krokodyla. Gdybym był na jego miejscu, w życiu bym się nie zgodził, może tylko na tym stracić.

Na twarzy Lojacono pojawił się grymas.

– A pan im zaproponował mnie.

Di Vincenzo uniósł brew.

– Zrobiłbym tak, gdybym zdążył, w takich przypadkach zawsze warto skorzystać z okazji, żeby się pozbyć zgniłego jabłka. Ale tym razem to Palma zażądał pana osobiście. Z tego, co rozumiem, dobrze pana wspomina z tamtego zebrania. Nie zna się na ludziach, od razu go wyczułem. Ja oczywiście natychmiast wyraziłem zgodę. No więc, co pan na to?

Inspektor długo milczał. Potem zapytał:

– Co ryzykuję, jeśli się zgodzę? Czego mogę się spodziewać?

Di Vincenzo prychnął, stracił rezon i walnął otwartą dłonią w blat, aż wszystkie szpargały podskoczyły.

– Tego, że misja utrzymania komisariatu Pizzofalcone się nie uda. Że zostanie rozwiązany i odeślą was skąd przyszliście, w najgorszym razie. Albo gdzie indziej, czego bym sobie życzył, bo do tej pory znajdziemy sobie ludzi na wasze miejsca . I że wyląduje pan w grupie złożonej z typów znienawidzonych przez swoich szefów, którzy tylko marzą, żeby was wykopać. Z renegatów, nieudaczników, łobuzów!

Na inspektorze nie zrobiło to wrażenia.

– Panie komisarzu, ja bym się zgodził nawet na Patagonię, byleby stąd się wynieść. Ale chciałem trochę potrzymać pana w niepewności. No więc kiedy zaczynam służbę w nowym miejscu?

III

Kobieta wchodzi i trzaska drzwiami. Zanim się zamknęły, mężczyzna zdążył zauważyć na twarzach paru urzędników zdumienie, jak z hiperrealistycznego obrazu, który przedstawia zaskoczenie, zmieszanie i przerażenie w jednym. Ktoś nawet uniósł się z krzesła, tak jakby chciał zapobiec temu wtargnięciu. Jakby mógł ją zatrzymać.

Mężczyzna wzdycha, kuląc głowę w ramionach z powodu huku, jaki zrobiły drzwi – mało nie rozwaliły framugi.

– Co, do kurwy nędzy, zamierzasz zrobić? Zdecydowałeś? Powiesz mi wreszcie łaskawie?

Ręce na bokach, długie nogi w lekkim rozkroku, zaciśnięte zęby. Rude włosy lśnią, jakby zaraz miały się zapalić, oczy również. Ależ ona piękna, myśli on. Piękna nawet kiedy się wścieka. Co się ostatnio zdarza coraz częściej.

– Mów ciszej. Zwariowałaś? Chcesz prać brudy przy wszystkich?

Odpowiada ciszej, ale tylko trochę:

– Muszę wiedzieć, co zamierzasz zrobić. Bo już mam dość, nie będę dalej odgrywała roli biednej idiotki, którą dojrzały facet na stanowisku robi w balona. Urządzę cię tak, że się nie pozbierasz, zobaczysz. Nie do wiary, że tak długo wytrzymałam.

On dobrze wie, że jak teraz zacznie jęczeć, to ona się wścieknie jeszcze bardziej. Stara się myśleć w pośpiechu.

– Nie robię cię w balona. To skomplikowana sprawa. Całe życie… Jest sporo wspólnych rzeczy, niektóre zapisane na jej nazwisko ze względu na podatki. A poza tym to kwestia moralna, nie można tak z dnia na dzień odesłać kogoś kopem w tyłek, takiej osoby jak ona. I jeszcze przyjaciele, wszystkie kontakty, też te polityczne… to nie takie proste.

– Przyjaciele? Politycy? Pieprzę twoje kontakty, rozumiesz? Ośmieszę cię przed całym światem. Myślisz, że nie wiem, że wszystko przechodzi przez kurię? Jak sądzisz, co by powiedział jego eminencja, gdyby się dowiedział, że… gdyby wiedział o mnie i o moim położeniu? Posłałby cię do diabła, ot co!

Siada wygodniej na fotelu, splata palce. Musi zachować spokój.

– Świetnie, w ten sposób stracimy wszystko. Opłaca ci się? Opłaca się… no więc, opłaca się nam? Nie lepiej poczekać na dobrą chwilę? Może ktoś inny to wszystko rozwiąże. Porozmawiam, mówiłem ci już. Zrobię to. To konieczne. Jest rozsądna, nie jest głupia.

Patrzy na niego wnikliwie swoimi zielonymi oczami. Pierś ciągle faluje w jeszcze przyspieszonym oddechu. On nie może oderwać od niej zauroczonego wzroku.

– Lepiej żebyś to naprawdę zrobił. Bo jak nie, to pójdę i powiem wszystko prosto w twarz. Może jak kobieta z kobietą lepiej się zrozumiemy, bez owijania w bawełnę. Może jej zaniosę prezent i powiem, że nie opłaca się jej stawać na drodze komuś takiemu jak ja.

On dobrze wie, że jest do tego zdolna. Że potrafi złapać byka za rogi.

– Jeśli nie ściszysz głosu, nie będę musiał nawet do niej iść. Wiesz, ilu ona ma tu szpiegów? W każdym razie to by nic nie dało. Tobie nigdy nie powie: tak. Pomyślałaby tylko, że musi stoczyć bitwę, że skoro nie ja zacząłem rozmowę, to nie mam odwagi jej zostawić i można jeszcze zawalczyć. Skończy się awanturą i procesem, jest córką byłego prokuratora, ciągle wpływowego. To ja muszę porozmawiać.

Kobieta podchodzi do biurka, napięta jak tygrysica przed skokiem na ofiarę. Opiera dłonie na blacie, długie czerwone paznokcie są skierowane w jego stronę. Syczy:

– No to do roboty. Pogadaj i to szybko. Bo jak nie, przysięgam, że pójdę i skończymy z tym. Tak lub inaczej.

IV

Do komisariatu w Pizzofalcone wchodziło się przez podwórze starej kamienicy, z której w wielu miejscach odpadał tynk. Sprawiała wrażenie zaniedbanej, w stanie upadku – zresztą typowym dla starych dzielnic miasta.

Pozdrowił kierowcę, a ten zaraz ruszył z piskiem opon i na sygnale. Lojacono wszedł po schodach do pokoiku oświetlonego jarzeniówką. Światło dzienne nie dochodziło tam nawet w południe.

Za kontuarem siedział policjant rozkraczony na obrotowym krześle, zatopiony w lekturze gazety sportowej. Czuć było zapach kawy z automatu, przy którym rozmawiało i chichotało dwóch mundurowych. Dyżurny nawet nie podniósł wzroku. Lojacono podszedł po cichu i czekał, wpatrując się w policjanta. Po dłuższej chwili ten spojrzał na niego znad gazety i z pytającym wyrazem twarzy mruknął:

– Słucham.

– Jestem inspektor Lojacono. Zdaje się, że komisarz na mnie czeka.

Dyżurny nawet nie odłożył gazety i ani drgnął.

– Pierwsze piętro, ostatnie drzwi.

Lojacono się nie poruszył.

– Wstawaj – syknął.

– Że co?

– Wstawaj, śmieciu. Nazwisko, imię, stopień służbowy. I to zaraz, bo jak nie, to przeskoczę tę ladę i skopię ci dupę.

Nie zmienił tonu ani wyrazu twarzy, ale to było tak, jakby się wydarł. Dwaj przy automacie z kawą wymienili szybkie spojrzenia i czmychnęli po cichu.

Policjant wstał z trudem, na wydatnym brzuchu miał niedopiętą bluzę mundurową. Rozpięty pas i kołnierzyk, poluzowany krawat. Stanął na baczność, gapiąc się pustym wzrokiem przed siebie.

– Dyżurny Guida Giovanni, komisariat w Pizzofalcone.

Lojacono wciąż świdrował go wzrokiem.

– Słuchaj no, Guida Giovanni z komisariatu w Pizzofalcone. Ludzie, którzy tu wchodzą, widzą najpierw ciebie. Dlatego to logiczne, że sobie myślą, że wszyscy jesteśmy jednym wielkim syfem, dokładnie takim jak ty. Nie lubię, kiedy ktoś się mnie brzydzi.

Policjant stał nieruchomo, z oczami pozbawionymi wyrazu. Do pomieszczenia zajrzał jeden z tych, co pili kawę, ale zaraz zniknął.

– Jeśli znowu cię zobaczę w takim stanie, będę cię na kopach gonił godzinę po podwórzu, zrozumiałeś? A po tej kondycyjnej zaprawie zdasz mi raport.

Guida wyszeptał:

– Przepraszam, inspektorze, to się więcej nie powtórzy. Ale w tym rzecz, że tutaj już prawie nikt nie przychodzi. Ludzie wolą… idą do karabinierów, jak mają coś do zgłoszenia. Wolą, od kiedy… od jakiegoś czasu.

– Nie interesuje mnie to – warknął Lojacono. – Nawet jak nas przerobią na klasztor klauzurowy, masz wyglądać jak należy.

Skierował się do drzwi, podczas gdy Guida, czerwony na twarzy, klnąc pod nosem, wpychał sobie koszulę w spodnie.

Do schodów prowadził krótki korytarzyk. Kątem oka Lojacono dostrzegł bajzel, brud i zaniedbanie. Poczuł, jak dusi go niepokój. Czy kiedykolwiek odnajdzie dawny entuzjazm do tej pracy?

Pokój komisarza był zaraz przy schodach. Palma siedział za biurkiem i wkładał papiery do segregatora. Lojacono od razu sobie go przypomniał. Około czterdziestoletni facet o niechlujnym wyglądzie, z podwiniętymi rękawami i cieniem zarostu na twarzy. Ale nie był zaniedbany, raczej sprawiał wrażenie kogoś wiecznie zajętego.

Gdy się zorientował, kto wszedł, uśmiechnął się szeroko.

– Lojacono, nareszcie. Miałem nadzieję, że cię już dzisiaj zobaczę. Nawet chciałem do ciebie od razu dzwonić, ale dla przyzwoitości musiał najpierw odbyć z tobą rozmowę ten stary zgred Di Vincenzo. Siadaj.

Inspektor zrobił krok do przodu. Okno było zamknięte, ale przez zmoczone deszczem szyby widać było wzburzone morze, zajęte tysiącletnim trudem podmywania zamku z tufu, który wyrastał na cyplu. To miasto zawsze potrafiło zaskakiwać, oferując nagłe widoki pełne zwodniczego piękna.

– Cudowna panorama, nie? Ale nie możemy się rozpraszać, jest kupa roboty. Siadaj, siadaj, chcesz kawy?

– Nie, dziękuję panie komisarzu. Jak się pan miewa?

Palma rozłożył ramiona.

– No nie, tak nie możemy zacząć, Loja’. Musimy być na ty. Jest nas tu garstka i płyniemy na tej samej łódce. Poza tym prawie wszyscy jesteśmy nowi. Ja od zeszłego poniedziałku, reszta dotarła w ciągu ostatnich trzech dni, ty zjawiłeś się ostatni. Jak już jesteś, możemy od razu zrobić pierwsze porządne zebranie. Co ty na to? Czy wolisz najpierw się rozgościć?

Inspektor czuł się przytłoczony entuzjazmem komisarza.

– Nie ma problemu, jeśli pan chce… jeśli chcesz, choćby zaraz.

– Świetnie. Nie traćmy czasu, czekałem tylko na ciebie. Ottavia! Ottavia!

Otworzyły się boczne drzwi, weszła kobieta w garsonce.

– Słucham, komisarzu.

– Nie, żadne „słucham, komisarzu”, mówiłem ci, jesteśmy na ty. Wchodź, to inspektor Giuseppe Lojacono, ostatni nabytek tego komisariatu. Loja’, przedstawiam ci wiceinspektor Ottavię Calabrese, pracowała tu już przedtem… może nam bardzo pomóc się oswoić z miejscem.

Calabrese zrobiła krok do przodu, Lojacono wstał i uścisnął jej dłoń. Ładna kobieta tuż po czterdziestce, o zmęczonej twarzy, z włosami spiętymi z tyłu głowy.

– Witam, inspektorze. W razie jakichkolwiek pytań jestem do dyspozycji.

Ciepły, cichy głos był dobrze wymodulowany i brzmiał pewnie. Lojacono lubił oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu, chociaż umiał potem zmieniać opinię pod wpływem faktów. Calabrese mu się spodobała.

Palma się zaśmiał.

– Widzę, że nie wychodzi ci mówienie na ty. Loja’, ona jest tutaj naszym geniuszem komputerowym. Czegokolwiek potrzebujesz z internetu, to ci znajdzie. Ottavia, zawołasz resztę do małej sali? Zamówmy kilka kaw i wodę, uczcijmy nową drogę. Chodź, Loja’, zaczekamy tam na nich.

V

Ściany. Ściany tego pokoju.

Sześć kroków i pół, nie, dokładnie osiem i trzy czwarte. A osiem w poprzek. Pamiętam ze szkoły: aby obliczyć powierzchnię prostokąta, trzeba pomnożyć dłuższy bok przez krótszy. Lubiłam szkołę. Ale potem, oczywiście, jak skończyło się gimnazjum, to przestałam chodzić.

Żeby zmierzyć krótszy bok, trzeba wziąć pod uwagę szafę pod ścianą, trzeba skręcić przy niej trochę w bok, a to wydłuża wszystko o prawie ćwierć kroku. Z kolei wzdłuż dłuższej ściany jest wyszczerbiony kafelek, dokładnie tam, gdzie się stawia stopę po trzecim kroku.

Tyle rzeczy można się dowiedzieć, siedząc tutaj. Z okien balkonu widać pięć mieszkań w kamienicy naprzeciwko. Gdybym mogła wyjść, zobaczyłabym pewnie więcej, ale lepiej nie. Poprzednim razem on wetknął kawałeczek papieru przy drzwiach i sprawdzał potem, czy ten skrawek tam jest. Był, bo nawet nie przyszło mi do głowy otwierać okno w sypialni. Co bym powiedziała, gdyby go nie znalazł? Miałam szczęście, że nie otwierałam.

Minęło piętnaście dni. Przyszedł wczoraj, kto wie, kiedy będzie mógł znowu przyjść. Powiedział: mam nadzieję, że szybko. Też mam nadzieję.

Osiem kroków i trzy czwarte, według mnie to prawie siedem metrów. Ogromny ten pokój. Tylko dla mnie. Poza tym sypialnia, kuchnia, łazienka. W naszej dzielnicy, w przestrzeni mniejszej o połowę mieszkaliśmy w piątkę i wydawało się, że jest wygodnie. Naprawdę mam szczęście.

Mogę podnosić żaluzję. Powiedział mi, że lepiej nie całkiem, chociaż są zasłony, ale trochę – tak. Lubię patrzeć na zewnątrz, obserwuję, co robią ludzie. Na przykład na trzecim piętrze mieszka taka staruszka, która gapi się tak jak ja. Raz chyba nawet mnie zobaczyła.

Siedem metrów długości, sześć szerokości. Ponad czterdzieści metrów jeden pokój. O mamo, ale mam szczęście.

Zostawił mi jedzenie, lodówka jest pełna, kto widział naraz tyle dobra? Niesamowite.

Czasami jest mi trochę duszno. Kazał mi włączać klimatyzację, dał mi do ręki pilota, ależ było śmiechu, bo nie umiałam rozgryźć, jak to działa.

Mam nawet pralkę, która suszy uprane rzeczy. Nie do wiary, co za cud. Powiedziałam mu, że nie potrzebuję, że te parę ciuchów mogę rozwiesić nad wanną, ale nie chciał słuchać, powiedział, że muszę mieć wszystko, czego potrzebuję. Jak królowa. Tak właśnie powiedział: jak królowa. Kto by przypuszczał, że zostanę królową!

Cały czas wszystko sprzątam, chociaż nic się nie brudzi. Kiedy przyjdzie, nie może sobie pomyśleć, że nie dbam o porządek. Kiedy kończę, włączam telewizor. Pilota umiem obsługiwać. Ale nastawiam bardzo cicho, powiedział mi, że nikt nie może mnie usłyszeć. Chociaż gdyby coś było słychać, to tylko głos z telewizora, nie mój.

Ciągle na niego czekam. Co jakiś czas do mnie dzwoni, tylko on zna ten numer. Ostatnim razem pozwolił mi pozdrowić mamusię. Ale było miło usłyszeć jej głos. Jaka była szczęśliwa! Powiedziała, że kupił jej mnóstwo rzeczy, że dał pracę tacie i braciom, że wszyscy dobrze się czują. Powiedziała mi: dziękuję, kochana córeczko.

„Dziękuję”. Poczułam się dumna.

Muszę teraz zjeść. Powiedział, że nie mogę się zaniedbać, że jestem zbyt ładna i że nie mogę zrobić się brzydka, bo mnie wyrzuci. Śmiał się, kiedy tak mówił, ale ja się przestraszyłam. Mówi, że mam osiemnaście lat i że w moim wieku można stać się brzydką, jak się je za dużo albo za mało. Przyniósł rzeczy, które powinnam jeść, i napisał, co każdego dnia mam ugotować i o której godzinie.

Przyczepiłam kartkę do lodówki magnesem w kształcie biedronki. Czytam powoli i gotuję, jem w oznaczonych porach.

Wcześniej wyjrzałam przez okno, staruszka patrzyła właśnie w moją stronę.

Boję się jej. Ciekawe, czego ode mnie chce.

VI

– No to jesteśmy w komplecie – zaczął Palma. – Czekałem z zebraniem na inspektora Lojacono. Możemy się teraz przedstawić.

Lojacono chciał wierzyć, że entuzjastyczne podejście komisarza służy do motywowania obecnych, a nie jest tylko wynikiem nieuzasadnionego jego zdaniem optymizmu. Grupa obecnych była zbieraniną, jak złośliwie się wyraził Di Vincenzo, „zgniłych jabłek” z innych komisariatów. Mieli teraz zająć miejsce nieuczciwych wyrzuconych policjantów, którzy na oczach publiki całego kraju zafajdali wizerunek swoich kolegów.

Z drugiej strony on też był wyrzutkiem, bękartem. O nim też się mówiło, że zdradził policję.

Palma ciągnął dalej:

– Nie ukrywam, że to będzie trudne zadanie. Wszyscy mi odradzali objęcie tego stanowiska, komendant też do ostatniej chwili się wahał, czy nie zamknąć komisariatu. Ale że lubię wyzwania, zgodziłem się. Jeśli pójdzie dobrze, zyskamy wszyscy. Jeśli nie, oberwę głównie ja, bo wy, z tego czy innego powodu, nie macie specjalnego interesu wrócić tam, skąd was przysłali.

W przerwie, jaka nastąpiła, Lojacono omiótł wzrokiem długi owalny stół z jasnego drewna, z wypalonymi śladami po papierosach. Siedem osób łącznie z nim, obojga płci, różniących się wiekiem i wyglądem. Zastanawiał się, co ich tu przyniosło, jakie historie kryją się za każdym z nich.

Komisarz, jakby mu czytał w myślach, wtrącił:

– Chciałbym, żebyśmy się przedstawili, tak jak gdyby nikt tu nie znał nikogo. Jestem Gigi Palma, komisarz z Pizzofalcone. Zawsze do waszej dyspozycji, moje drzwi są stale otwarte, chyba że to może być niezręczne dla kogoś, kto przyszedł ze mną rozmawiać. Jestem przekonany, że jak się uczciwie popracuje, to wyniki zawsze będą, i to zadowalające. Staram się nie mieć uprzedzeń i chrzanię to, co napisali mi o każdym z was. Od dziś jesteście czyści. Powodzenia. Zacząłbym od tych, którzy już tu wcześniej służyli, jeśli możecie nam coś opowiedzieć…

Wskazał na kobietę, którą już przedstawił inspektorowi. Przytaknęła i przemówiła cichym melodyjnym głosem:

– Ottavia Calabrese, wiceinspektor. Zajmuję się pozyskiwaniem danych z zasobów informatycznych i prowadzeniem sekretariatu, a także kontaktami z prasą, w ostatnich czasach to akurat zajęcie było piekłem, możecie mi wierzyć, chociaż sprawą… no tym, co się zdarzyło, zajmował się też rzecznik komendy miejskiej. Inspektorat wewnętrzny prześwietlił dokładnie cały komisariat, jak pewnie przypuszczacie. Myśleliśmy, że go zamkną, próba utrzymania tego miejsca to dla nas miła niespodzianka. Ech, bądźmy dobrej myśli.

Jej westchnienie przyjęto z ogólnym nerwowym chichotem. Po niej odezwał się łysy mężczyzna, dość stary, z zachrypniętym głosem:

– Giorgio Pisanelli, wicekomisarz. Zanim zdążycie zapytać, od razu powiem: mam tylko sześćdziesiąt jeden lat.

Znów ogólny śmiech, który przyjął ze spokojnym dystansem. Potem podjął wątek:

– Jestem tu od piętnastu lat. Może mógłbym zajść wyżej, ale moja żona… no w każdym razie miałem problemy rodzinne i postanowiłem dać pierwszeństwo innym sprawom. Mógłbym powiedzieć o sobie, że jestem chodzącą pamięcią tego miejsca, mieszkam w tej dzielnicy i znam prawie wszystkich. Inspektorzy wewnętrzni przejrzeli każdy papier, jaki przeszedł przez moje ręce, żeby upewnić się, że nie mam nic wspólnego z tym, co się tu działo, zanim przyszliście. Mogę więc spokojnie zapewnić, że jestem uczciwy, o czym się przy tej okazji dowiedziałem.

Z zadowoleniem stwierdził, że prawie całe towarzystwo się zaśmiało, także Palma. Lojacono pomyślał, że musi być z niego fajny gość, skoro zrozumiał potrzebę rozluźnienia atmosfery.

Palma wskazał na drugą kobietę wśród obecnych. Szczupłą, młodą, ubraną schludnie, ale bez wyrazu.

– Nazywam się Di Nardo. Di Nardo Alessandra. Młodszy aspirant. Przeniesiono mnie z komisariatu w dzielnicy Decumano Maggiore.

Mówiła, patrząc przed siebie, nie zwracając się do nikogo konkretnie, głosem wypranym z emocji.

Palma wskazał na Lojacono.

– Inspektor Giuseppe Lojacono z komisariatu San Gaetano.

Komisarz pokazał palcem na młodego mężczyznę obok inspektora. Ten jakby uruchomiony pilotem, nagle wstał. Był niski, miał dziwną fryzurę na Elvisa, która ukrywała zaczątek łysiny na czubku, i długie bokobrody. Rozchylona koszula odsłaniała starannie wygolony tors. Jego skóra miała pomarańczowy odcień od solarium. Śmiesznego wyglądu dopełniały przyciemniane na niebiesko sportowe okulary, które zdjął wystudiowanym powolnym ruchem.

– Jestem Marco. Marco Aragona, aspirant, przysłali mnie z komendy miejskiej.

Lojacono pomyślał, że sprawy mają się gorzej, niż przypuszczał, i że nie będzie łatwo podnieść tego komisariatu chociażby na przyzwoity poziom. Palma westchnął. Inspektor po raz pierwszy dostrzegł, jak w komisarzu zachwiała się pewność co do powodzenia tego planu.

– Dobra. A ty tam, na końcu?

Na drugim końcu stołu siedział tęgi facet z ponurą miną, który nie śmiał się dotąd z innymi i nie komentował. Palcami lewej ręki ciągle bębnił o blat, prawą trzymał pod stołem. Krótko ostrzyżona głowa, szeroki kark, wyrazista szczęka – to wszystko uwydatniało zmartwiony wyraz oczu.

Odezwał się z wyczuwalną niechęcią.

– Romano Francesco z komisariatu w Posilippo.

Palma przytaknął.

– Dobra, to się przedstawiliśmy. W stosunku do innych placówek mamy o tyle trudniej, że tu nowi są większością, nie mamy więc zgranego zespołu, a taki zwykle stanowi prawdziwy atut.

Opalony zachichotał:

– Powiedzmy, że tu poprzednio panował duch zespołowy aż do przesady, mam na myśli tych czterech, co obracali koksem.

Palma spojrzał na niego krzywo. Lojacono zauważył, jak komisarz się zmienia, kiedy zrzuca maskę dobrotliwości.

– Aragona, jeszcze jedna taka uwaga i wrócisz tam, skąd cię przysłali, a wierz mi, potrafię dać solidnego kopa. – Aspirant zapadł się w krześle, jakby chciał zniknąć. Palma mówił dalej: – Musimy więc postarać się jak najszybciej poznać siebie nawzajem. Wszystkie dochodzenia poprowadzicie w parach. Na razie, żeby lepiej wspierać pracę reszty, Pisanelli i Calabrese, którzy znają komisariat, będą pracować stacjonarnie. Wy w terenie. Jasne?

Odczekał, aż wszyscy przytakną, skinął głową z zadowoleniem.

– Dobra. Kazałem przygotować dużą salę z sześcioma biurkami. Będziecie siedzieli razem, żeby się szybciej zżyć. Powodzenia!

Wstał. Parę minut potem, w swoim gabinecie, komisarz Luigi Palma, zwany Gigi, po raz enty przeglądał poufne akta, które dostał z kartoteki wydziału personalnego.

O Pisanellim i Calabrese, czyli tych miejscowych, nie znalazł zbyt wiele. Cała ich kariera zawodowa została przetrzepana na wylot, a skoro nic nie znaleziono, to znaczy, że nie było czego szukać. Ale fakt faktem – oboje byli typowymi policjantami zza biurka, bez doświadczenia w terenie.

Di Nardo – młoda dziewczyna, dopiero co skończyła dwadzieścia osiem lat. Pasjonowała się bronią, zdobywała maksimum punktów na zawodach strzeleckich i właśnie to jej zaszkodziło: któregoś dnia jej pistolet wystrzelił w komisariacie, w niejasnych okolicznościach.

Romano – narwaniec. Mało nie udusił gołymi rękoma podejrzanego i nie podbił oka koledze, który skutecznie go przyblokował, zanim zdołał zabić tamtego faceta.

Westchnął i podrapał się po głowie. Aragona, ten śmieszny opalony typek, był z polecenia, miał wujka prefekta w jednym z miast w regionie Basilicata. Prowadził jak wariat, już dwóch prokuratorów oświadczyło, że nie życzy sobie, aby jeździł w ich obstawie. W komendzie miejskiej aż nie wierzyli swojemu szczęściu, że nareszcie się go pozbędą.

A Lojacono? Cóż, miał za sobą tę paskudną historię ze świadkiem koronnym, który wymienił jego nazwisko. Ale Palma widział, jak gość działa podczas sprawy Krokodyla, i to mu się spodobało. To on w sumie bardziej chciał Lojacono ściągnąć, niż Di Vincenzo się go pozbyć. Czuł przez skórę, że to świetny facet. I do tego uczciwy.

Miał nadzieję, że się nie myli, komisarz Luigi Palma, zwany Gigi.

Liczył na to z całego serca.

VII

Siedząc na swoim tronie, donna Amalia nieruchomo wpatrywała się w okno na czwartym piętrze w kamienicy naprzeciwko. Dokładnie rzecz biorąc, w balkon, a donna Amalia, jak wiadomo, umie być dokładna. Bardzo dokładna. Prawie od razu, siedemnaście dni temu, zorientowała się, że coś jest nie tak. Śledziła prace remontowe w tamtym mieszkaniu. Trwały krótko, ale były gruntowne i zostały zrobione porządnie, przynajmniej z tego, co mogła dostrzec. Musiały kosztować kupę pieniędzy.

Donna Amalia rozmawiała nawet o tym z Iriną, ale ta zdzira jak zawsze jej tylko przytakiwała, choć w rzeczywistości myślała o swoich sprawach. Może o jakimś starym bogatym świntuchu, którego – kiedy szła na zakupy – na pewno obsługiwała na szybko, żeby sobie dorobić parę groszy. Nigdy jej nie starczało pieniędzy. Wydawała je wszystkie na mieście albo posyłała do tego swojego gównianego kraju. Pokazywała parę fotek stamtąd, straszny syf nawet na zdjęciach, co dopiero w naturze.

Donna Amalia nie mogła się ruszać, miała chore stawy, „zaawansowane stadium choroby zwyrodnieniowej”, jak mówiła z tragiczną dumą. Cierpiała na rozdzierające bóle, ledwo była w stanie dojść do kibla, ale nigdy nie pozwoli, żeby ta zdzira podkładała jej basen, choćby miała się czołgać. Kiedy wstawała z łóżka, z pomocą zdziry ubierała się, dochodziła z balkonikiem do fotela i tam już przesiadywała cały dzień, gapiąc się albo w telewizor, albo przez okno.

Syn mieszkał w Mediolanie, wymyślał tysiące powodów, żeby nie przyjechać nawet na święta. Żył z jakąś wywłoką, a ta nie chciała, żeby odwiedzał mamusię, która tyle dla niego poświęciła. Myślał, że pozbędzie się wyrzutów sumienia, przysyłając pieniądze, co za gnojek. Tak jakby pieniądze wystarczyły.

Nogi donny Amalii nie działały, ale głowa owszem. Kobieta miała umysł świeży jak wiosenna róża, wszystkie kółka zębate chodziły jak w zegarku. Przyglądała się światu, uważna na zmiany. Mówiła o tym Irinie, tamta potakiwała, ale nic nie rozumiała, że to zmiany mówią ci, w jakim kierunku zmierza świat. Wszystkie zmiany, od małych do tych wielkich, miały sens w ramach ogólnego obrazu. Prezenterka o męskim głosie na piątym kanale prowadziła program z udziałem starców? To znak. Nowy papież pochodzi z Argentyny? To znak. Żołnierz zabił żonę, żeby móc mieszkać z żołnierką? To znak. Najtrudniej, droga ukraińska zdziro, to je wszystkie razem zestawić. Kluczem jest interpretacja. Zrozumieć system znaków to rozpoznać kierunek zmian.

Na przykład mieszkanie w kamienicy naprzeciwko jest znakiem. I to bardzo ważnym.

Wcześniej mieszkała tam normalna rodzina. Okropna, ale normalna. Ojca prawie nigdy nie było. Matka za to, rozlazła gaduła, cały dzień wisiała na telefonie. Donna Amalia widziała, jak kobieta chodzi w tę i we w tę koło okien, wymachując rękoma, ze słuchawką między uchem a ramieniem. Jakim cudem nie dostała od tego skurczów, tego donna Amalia nigdy nie zrozumiała. I jeszcze dwoje dzieci, nastolatków, dziewczyna przyprowadzała sobie chłopaków i zamykała się z nimi w pokoju. Syn z kolei zamiast się uczyć, grał ciągle na gitarze i po kryjomu palił na balkonie.

Potem ni stąd, ni zowąd się wyprowadzili. Musieli dostać dobrą cenę, bo donna Amalia nie widziała typowych długotrwałych przygotowań do wyprowadzki. Nagle zjawiła się ciężarówka i w dwa dni już ich nie było, wynieśli się z całym dobytkiem nie wiadomo dokąd. Donna Amalia nie zamierzała po nich płakać, nie warto było obserwować tych ludzi, znała ich zwyczaje aż za dobrze.

Remont poszedł szybko, z tego, co zauważyła. Przez wiele godzin dziennie w mieszkaniu uwijało się mnóstwo robotników. Ze swojego punktu obserwacyjnego widziała prawie wszystkie pokoje przez otwarte na oścież balkony. Nawet zainstalowali klimatyzatory w każdym pomieszczeniu. Luksus. Od miesięcy nie mogła się tego doprosić od syna. Ten skąpiec zapłacił tylko za jeden w salonie. Mówił, że klimatyzacja szkodzi na kości. Tak jakby kościom donny Amalii coś jeszcze mogło zaszkodzić.

Potem wprowadziła się ona. Samotna młoda kobieta.

Musiała przyjechać w nocy, bo donna Amalia nie zorientowała się, a przecież pilnuje podwórka od świtu do wieczora. Najpierw przywieźli meble, wszystkie nowe. Później parę skrzyń z pościelą, donna Amalia dostrzegła markę znanego sklepu z centrum. A potem nagle zaczęło się palić światło i widać było poświatę od telewizora.

Raz otworzyło się okno w pokoju, zapewne sypialni. Jakiś ciemnowłosy facet coś gmerał przy klamce. Od tamtej chwili okno pozostało zamknięte, nie poruszyła się nawet jedna zasłona. W całym mieszkaniu. Nie do wiary.

Facet już się więcej nie ujawnił. Tylko dziewczyna chodziła za zasłonami. Można było rozpoznać jej sylwetkę. Pewnego razu pokazała twarz w oknie balkonowym salonu. Donnę Amalię aż zatkało, bo taka jej się wydała piękna. Nawet ona, która umiała dostrzec u każdego najmniejszą wadę, musiała przyznać, że dziewczyna ma twarz doskonałą. Ale zaraz zniknęła i tyle po niej.

Donna Amalia poprzez swoją Ukrainkę dyskretnie rozpytała się wśród okolicznych sklepikarzy. Nikt, ale to nikt nie wiedział, kto tam teraz mieszka. Nikt nie zaopatrywał tego mieszkania, nikt nie zanosił tam zakupów, nikt nie miał wśród nowych klientek pięknej dziewczyny. Nikt.

To było trudne do wyjaśnienia, myślała donna Amalia. Musiało coś się za tym kryć, coś ważnego, bo kiedy znaki nie wpasowywały się w system, to coś jej umykało. Postanowiła więc zaczekać. Czekała i czekała, dzielnica żyła zwyczajnym życiem, ale mieszkanie naprzeciwko wciąż nie pasowało do żadnego schematu. Usiłowała pomówić o tym z synem w trakcie cotygodniowej rozmowy, ale on odpowiadał dokładnie tak jak zdzira Irina: tak, tak, tak. I pod jakimś pretekstem uciął temat.

Wszystko to wydawało się takie dziwne, że wreszcie donna Amalia posłała Irinę, żeby zadzwoniła do tego mieszkania domofonem. Kazała jej powiedzieć, że szuka pani Esposito, tej z pierwszego piętra, potem, kiedy ktoś by się odezwał, miała przeprosić, rzucić: „Ojej, pomyliłam guziki”, wrócić, żeby opowiedzieć, jaki głos miała ta osoba. Ale nikt nie odpowiedział, chociaż Irina przysięgała, że dzwoniła dwa razy. A przecież dziewczyna siedziała w domu, bo donna Amalia widziała jej sylwetkę za zasłonami. Dlaczego nie podnosiła słuchawki domofonu? Może był zepsuty, to nie byłoby nic dziwnego. Przeklęte urządzenia. Kilka lat temu jeszcze wystarczyłoby zadać parę pytań portierowi, ale dziś już w żadnej kamienicy nie było portiera, za dużo kosztowali. Na zewnątrz wiatr i deszcz miotały przechodniami, a ci chowali się po bramach. Donna Amalia przyklejona do szyby, zmrużyła oczy: skoro znak nie dawał się zinterpretować, to nie pasował do systemu. I trzeba o tym donieść. Zawołała zdzirę Irinę i kazała jej przynieść telefon.

VIII

Zanim poszedł na kolację, tam gdzie zwykle jadał, Lojacono odebrał telefon od Marinelli.

Po wielu miesiącach dotkliwej ciszy nawiązali ponownie kontakt i odtąd już rozmawiali z córką codziennie. Jeszcze za wcześnie na spotkanie, ale i tak sytuacja szła w dobrym kierunku. Od milczenia do monosylab, potem zdawkowe relacje z tego, co się dzieje w jej życiu. Ich rozmowy rozwijały się powoli i z trudem.

Lojacono uwielbiał swoją córkę, brak kontaktu z nią doprowadzał go do szaleństwa. Ale tuż po tym, jak wszczęto przeciwko niemu postępowanie i wydalono go z pracy, żona bez wahania odwróciła się od niego. Nie tyle dlatego, że wierzyła w zarzuty, ale dlatego, że cała sprawa odbiła się mocno na pozycji społecznej rodziny. Czuć się jak parias, widzieć, jak zatrzaskują ci drzwi przed nosem, a koleżanki zaczynają cię unikać: za coś takiego należała mu się kara, niezależnie od wyroków sądu.