Bębny nocy. Studium - Miljenko Jergović - ebook
Opis

 

Bębny nocy – podobno taki tytuł nosiła zaginiona powieść wybitnego chorwackiego poety Tina Ujevicia. Bohaterem Bębnów jest Josip Gubernik, austriacki leśnik, który w czerwcu 1914 roku przyjeżdża do Sarajewa badać klon jaworowaty, drzewo występujące w okolicznych górach. Już w pociągu zaczyna robić notatki i prowadzi je przez cały czas pobytu w Sarajewie, które opuści w 1919 roku. Pod tytułem Dziennik sarajewskich nocy ukażą się drukiem dwukrotnie, tuż po II wojnie światowej i w latach 80. Obie wersje nieco się różnią, szczegółami i fragmentami opuszczonymi przez wydawców lub usuniętymi przez cenzorów.


Sięgając po te historie, Jergović kreśli dzieje Sarajewa, miejsca jednocześnie zwyczajnego i magicznego. Choć opisywany w Bębnach nocy człowiek jest wymyślony, otaczający go autentyczni ludzie mieszają się z fikcyjnymi postaciami, to miasto jest prawdziwe, podobnie jak prawdziwa jest historia XX wieku, która właśnie w Sarajewie odcisnęła mocno swój znak.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gubernik w Sarajewie

Jo­sip Gu­ber­nik przy­jeż­dża do Sa­ra­je­wa wcze­snym ran­kiem w pią­tek 12 czerw­ca 1914 roku. Zo­sta­je za­kwa­te­ro­wa­ny u Hany Ozmo, Bje­la­ve 25. Ży­dów­ki, wdo­wy po Abra­ha­mie. Po serb­sko-chor­wac­ku mówi sła­bo, ale do­brze go­tu­je. W Dzien­ni­kach sa­ra­jew­skich nocyGu­ber­ni­ka, wy­da­nych przez Drža­vni iz­da­va­čki za­vod Ju­go­sla­vi­je (Pań­stwo­wy Za­kład Wy­daw­ni­czy Ju­go­sła­wii) w roku 1946, Hana Ozmo wy­stę­pu­je jako Sin­jo­ra. Ani razu pod imie­niem i na­zwi­skiem, dłu­go więc nie było wia­do­mo, kim jest. A po­tem w cza­so­pi­śmie „Ži­vot” (nr 1, 1953) Vo­ji­slav Bo­gi­će­vić ujaw­nił jej toż­sa­mość (ar­ty­kuł za­ty­tu­ło­wa­ny jest Mło­da Bo­śnia i jej sym­pa­ty­cy).

Bo­gi­će­vić na pod­sta­wie ksiąg ka­ta­stral­nych usta­lił, że ty­po­wy bo­śniac­ki jed­no­pię­tro­wy dom, zbu­do­wa­ny na po­cząt­ku dzie­więt­na­ste­go wie­ku, naj­praw­do­po­dob­niej z nie­wy­pa­la­nej ce­gły, na­le­żał do Abra­ha­ma Ozmo, któ­ry zmarł w szpi­ta­lu miej­skim je­sie­nią 1910 roku. Nie było spra­wy spad­ko­wej ani nie wy­ko­na­no spi­su po­zo­sta­wio­ne­go ma­jąt­ku – w owych cza­sach nie było ta­kie­go zwy­cza­ju – ale w Ży­dow­skiej Gmi­nie Wy­zna­nio­wej Bo­gi­će­vić uzy­skał in­for­ma­cję, że wdo­wa po Abra­ha­mie na­zy­wa­ła się Hana i że zo­sta­wił nie­do­ro­zwi­nię­tą cór­kę o imie­niu Luna, któ­ra w Dzien­ni­kach sa­ra­jew­skich nocy wspo­mi­na­na jest jako Sin­jo­ri­ta. I tu po­ja­wia się głów­na wąt­pli­wość. Dziew­czyn­ka, a wła­ści­wie pan­na, o któ­rej pi­sze Gu­ber­nik, by­naj­mniej nie jest nie­do­ro­zwi­nię­ta. Hi­sto­ria, jaka się mię­dzy nimi roz­po­czy­na, to jed­na z naj­bar­dziej ma­gicz­nych, a za­ra­zem ta­jem­ni­czych opo­wie­ści na­szej litera­tu­ry.

Cho­ciaż jest ab­so­lut­nie pew­ne, że Sin­jo­ra u Gu­ber­ni­ka to Hana Ozmo, wła­ści­ciel­ka domu pod ad­re­sem Bje­la­ve 25, od­kry­cie Bo­gi­će­vi­cia było kil­ka­krot­nie kwe­stio­no­wa­ne. Naj­pierw ukrad­kiem, w alu­zjach, lu­dzie bo­wiem nie chcieli wy­stę­po­wać prze­ciw Bo­gi­će­vi­cio­wi, któ­ry jako dy­rek­tor Mu­zeum Mia­sta Sa­ra­je­wa, a po­tem dy­rek­tor Ar­chi­wum Lu­do­wej Re­pu­bli­ki Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny był czło­wie­kiem wpły­wo­wym i sza­no­wa­nym, lecz wkrót­ce po jego śmier­ci – umarł w ostat­nim dniu roku 1981 w Sa­ra­je­wie – spra­wa sta­ła się bar­dzo gło­śna i żywa, ra­zem z jej od daw­na mar­twy­mi ak­to­ra­mi, cał­kiem tak, jak­by świat na­gle wró­cił do lata 1914 roku. W bel­gradz­kich cza­so­pi­smach „Knji­že­vna reč” i „Knji­že­vnost”, a wkrót­ce po­tem tak­że w za­grzeb­skim „Oku”, odezwali się w roku 1981 i pierw­szych mie­sią­cach 1982 opo­nen­ci Bo­gi­će­vi­cia i oskarżyli go: po pierw­sze o po­wierz­chow­ność ba­dań, po dru­gie o ten­den­cyj­ność po­li­tycz­ną i na­cjo­nal­ną, wresz­cie o an­ty­se­mi­tyzm i nie­na­wiść do Chor­wa­tów. To ostat­nie przy­pi­sał mu Lav Kar­dum, eme­ry­to­wa­ny za­grzeb­ski księ­garz i an­ty­kwa­riusz, któ­ry po za­koń­cze­niu woj­ny był są­dzo­ny jako czło­nek po­usta­szow­skiej par­ty­zant­ki i ska­za­ny na śmierć. Karę zmie­nio­no mu na do­ży­wo­cie, po czym prze­sie­dział sie­dem­na­ście lat w ze­nic­kim wię­zie­niu. Po ko­men­ta­rzu Kar­du­ma po­le­mi­ka się urwa­ła. Nie wia­do­mo, czy po­prze­dzi­ła to czy­jaś po­li­tycz­na in­ter­wen­cja.

Pod­sta­wo­wa teza spóź­nio­nych opo­nen­tów Bo­gi­će­vi­cia opie­ra­ła się na tym, że być może Gu­ber­nik błęd­nie po­dał ad­res. Jeśli po­peł­nił błąd, to uczy­nił to dwa razy – na 34 i 527 stro­nie Dzien­ni­ków sa­ra­jew­skich nocy pi­sze tak samo: Bje­la­ve 25. Jeśli pój­dzie­my dro­gą lo­gi­ki błę­du, to nu­me­ro­wi 25 naj­bliż­szy był­by 15, 23, 35, a może i 52. La­tem 1914 roku tyl­ko pod nu­me­rem 52 był dom ży­dow­ski, tak­że jed­no­pię­tro­wy, w któ­rym miesz­ka­ła Sum­bu­la, wdo­wa po Mo­šem Da­no­nie, z dwoj­giem dzie­ci, cór­ką i sy­nem. Cór­ka mia­ła na imię Ra­he­la, syn na­zy­wał się Da­vid.

Gu­ber­nik w kil­ku miej­scach, zwłasz­cza na po­cząt­ku książ­ki, opi­su­je swo­ją wspi­nacz­kę uli­ca­mi Dži­dži­ko­vac i Bje­la­ve. Wy­mie­nia każ­dy dom, każ­dą to­po­lę, me­za­ri­je*1, każ­dą ru­inę, nie może więc być wąt­pli­wo­ści, w któ­rej czę­ści Bje­lav się osie­dlił. Nu­mer 52 jest wy­so­ko, na sa­mym szczy­cie uli­cy, da­le­ko od miej­sca, do któ­re­go w swo­ich opi­sach do­cie­ra. Nie jest praw­do­po­dob­ne, by tam miesz­kał, by Sum­bu­la była Sin­jo­rą, a Ra­he­la Sin­jo­ri­tą. No i jak da­ło­by się wy­ja­śnić, że pi­sarz ni­g­dzie nie wspo­mi­na bra­ta Sin­jo­ri­ty?

Vo­ji­slav Bo­gi­će­vić w przy­pi­sie in­for­mu­je o lo­sach Hany i Luny Ozmo. Mat­ka i cór­ka zo­sta­ły za­bra­ne z domu na Bje­la­vach na po­cząt­ku czerw­ca 1941 roku, za­mor­do­wa­ne gdzieś w Lice i praw­do­po­dob­nie wrzu­co­ne do nie­zna­nej ja­ski­ni kra­so­wej. Z dużą wia­ry­god­no­ścią da się rów­nież od­two­rzyć losy Da­no­nów: Sum­bu­la umar­ła w roku 1927, chy­ba na gruź­li­cę, po czym dzie­ci wy­je­cha­ły do wuja do Bel­gra­du, Da­vid Da­non zgi­nął jako par­ty­zant w Dal­ma­cji, pod ko­niec 1944 roku. Ra­he­la, któ­ra w Bel­gra­dzie wy­szła za in­ży­nie­ra Simę Ba­ru­ha, prze­nio­sła się z ro­dzi­ną do Izra­ela. Umar­ła w Haj­fie w roku 1999, dwa mie­sią­ce przed sto pierw­szy­mi uro­dzi­na­mi.

Sum­bu­la, Da­vid i Ra­he­la nie znali Jo­si­pa Gu­ber­ni­ka, cho­ciaż mijali się z nim na Bje­la­vach. Może się przy tej oka­zji po­zdra­wiali.

Gu­ber­nik przy­jeż­dża do Sa­ra­je­wa, żeby ba­dać za­sięg wy­stę­po­wa­nia klo­nu ja­wo­ru (Acer pseu­do­pla­ta­nus) w la­sach ota­cza­ją­cych mia­sto. Choć wcze­śniej nie miał żad­nych am­bi­cji literac­kich, już w po­cią­gu za­czął pro­wa­dzić dzien­nik i za­pi­sy­wać wra­że­nia z po­dró­ży. Za­mie­rzał po­zo­stać w Bo­śni do pierw­szych śnie­gów. Dłu­żej zresz­tą nie mia­ło­by sen­su, bo zimą nie cho­dzi się do lasu. Ale oko­licz­no­ści, na któ­re nie miał wpły­wu, za­trzy­ma­ły go tam na pięć ko­lej­nych lat, do je­sie­ni 1919 roku, kie­dy wy­jeż­dża do Bel­gra­du z za­mia­rem osie­dle­nia się w no­wej sto­li­cy, lecz po kil­ku mie­sią­cach zmie­nia pla­ny i póź­nym la­tem albo je­sie­nią, do­kład­na data nie jest zna­na, trans­oce­anicz­nym stat­kiem wy­pły­wa z por­tu w Ri­je­ce do Ar­gen­ty­ny.

W roku 1914 ma dwa­dzie­ścia sześć lat. Ide­al­ny wiek na woj­nę. Nie przyj­mu­ją go jed­nak do woj­ska z po­wo­du ni­kłe­go wzro­stu – mie­rzy 145 cen­ty­me­trów. Jest z tego po­wo­du sfru­stro­wa­ny, czu­je się nic nie­wart i od­rzu­co­ny. W pierw­szym wy­da­niu Dzien­ni­ków sa­ra­jew­skich nocy opusz­czo­no spo­ry frag­ment za­pi­su z 17 paź­dzier­ni­ka 1914 roku, w któ­rym Gu­ber­nik przed­sta­wia swo­je uczu­cia wo­bec Au­stro-Wę­gier i pi­sze coś w ro­dza­ju ody na cześć mi­li­ta­ry­zmu, co w tam­tych mie­sią­cach było mod­ne wśród au­striac­kich i nie­miec­kich in­te­lek­tu­ali­stów, po­etów i pi­sa­rzy. Dru­gie, peł­ne wy­da­nie, któ­re w roku 1991 i w pierw­szych mie­sią­cach 1992 przy­go­to­wy­wa­no w sa­ra­jew­skiej Svje­tlo­sti (re­dak­tor i au­tor przed­mo­wy Pre­drag Pa­la­ve­stra), zo­sta­ło ukoń­czo­ne, ale ni­g­dy się nie uka­za­ło. W na­kła­dzie pię­ciu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy książ­kę wy­dru­ko­wa­no i opra­wio­no w Gra­ča­ni­cy i 4 kwiet­nia 1992 roku ra­zem z in­ny­mi po­zy­cja­mi prze­wie­zio­no dwo­ma ti­ra­mi do ma­ga­zy­nu Svje­tlo­sti w Raj­lo­vcu. Za parę dni za­czę­ła się w Sa­ra­je­wie woj­na. Ma­ga­zyn znaj­do­wał się na te­re­nie kon­tro­lo­wa­nym przez serb­skie woj­sko i Ju­go­sło­wiań­ską Ar­mię Lu­do­wą, ale i tak kil­ka eg­zem­pla­rzy re­dak­cyj­nych Dzien­ni­ków sa­ra­jew­skich nocy do­tar­ło do wy­daw­nic­twa. Do dzi­siaj za­cho­wa­ły się trzy. Resz­ta na­kła­du znik­nę­ła. La­ta­mi ocze­ki­wa­no, że książ­ka Gu­ber­ni­ka po­ja­wi się u ulicz­nych sprze­daw­ców w Ban­ja Luce albo w bel­gradz­kich an­ty­kwa­ria­tach i księ­gar­niach, tak się jed­nak nie sta­ło. Pięt­na­ście lat po woj­nie było już pew­ne, że wszyst­kie czte­ry ty­sią­ce dzie­więć­set dzie­więć­dzie­siąt kil­ka eg­zem­pla­rzy spło­nę­ło w wo­jen­nej po­żo­dze albo zo­sta­ło znisz­czo­nych w inny spo­sób. Dzien­ni­ki sa­ra­jew­skich nocy, wy­da­nie dru­gie, roz­sze­rzo­ne i po­pra­wio­ne, po­dzie­li­ły los za­gi­nio­nych na woj­nie. Miną lata, za­nim za­gi­nie­ni zo­sta­ną uzna­ni za zmar­łych.

Wy­da­nie z roku 1946liczy 643 stro­ny zszy­wa­ne ręcz­nie. W mięk­kiej opra­wie, za­le­d­wie kil­ka­set eg­zem­pla­rzy nie­prze­zna­czo­nych na sprze­daż ma okład­ki z czer­wo­ne­go kar­to­nu, któ­re we­du­tą Vrat­ni­ka zi­lu­stro­wał Jo­van Bi­je­lić. Wy­da­nie z roku 1992 jest znacz­nie więk­sze: 1097 stron, w tym 45 zaj­mu­je przed­mo­wa Pa­la­ve­stry, 14 nota re­dak­cyj­na oraz in­deks osób, po­jęć geo­gra­ficz­nych, nazw sa­ra­jew­skich ulic, pla­ców i mahali*. Pierw­sze wy­da­nie zo­sta­ło zło­żo­ne gę­sto, małą czcion­ką, zgod­nie z du­chem cza­su, któ­ry na­ka­zy­wał oszczęd­ność pa­pie­ru, dru­gie ma dużą czcion­kę i przej­rzy­sty skład, tak jak Svje­tlost, przed woj­ną naj­więk­szy ju­go­sło­wiań­ski wy­daw­ca, dru­ko­wa­ła waż­ne mo­no­gra­fie i dzie­ła kul­tu­ral­no-hi­sto­rycz­ne.

Ory­gi­nal­ny tekst Gu­ber­ni­ka nie­za­miesz­czo­ny w pierw­szym wy­da­niu to pięć­dzie­siąt kil­ka stron. Oprócz pa­trio­tycz­nych wy­nu­rzeń i po­chwa­ły nie­miec­kie­go mi­li­ta­ry­zmu oraz dwu­na­stu ma­łych frag­men­tów, co do któ­rych nie spo­sób wy­czuć po­wo­du usu­nię­cia, cały uzu­peł­nio­ny tekst do­ty­czy Sin­jo­ri­ty. Mowa tu o kil­ku uryw­kach, dłuż­szych i krót­szych, oraz kil­ku za­pi­sach dzien­nych (ko­lej­no: 1 listo­pa­da i 31 grud­nia 1914 roku, 21 i 27 lu­te­go, 11 kwiet­nia, 25 czerw­ca, 2 i 7 lipca 1915), któ­re nie­zna­ny re­dak­tor, le­piej po­wie­dzieć cen­zor, wy­rzu­cił. Pre­drag Pa­la­ve­stra w no­wym wy­da­niu za­zna­czył każ­dy do­da­ny frag­ment, ale w przed­mo­wie prze­waż­nie uni­kał roz­wa­ża­nia, czym kie­ro­wa­ła się cen­zu­ra. „Ta­kie były cza­sy, wio­sna 1945 roku, w Ju­go­sła­wii trwa­ła jesz­cze woj­na, gdy w nowo stwo­rzo­nym Pań­stwo­wym Za­kła­dzie Wy­daw­ni­czym Ju­go­sła­wii za­sta­na­wia­no się nad wy­da­niem oprócz Kon­su­lów ich ce­sar­skich mo­ści An­dri­cia książ­ki Gu­ber­ni­ka, ju­go­sło­wiań­skie­go pa­trio­ty, sym­pa­ty­ka Mło­dej Bo­śni, świad­ka cza­sów i pi­sa­rza, dziś wie­my, że tak­że naj­wy­bit­niej­sze­go pa­mięt­ni­ka­rza w hi­sto­riach na­szych litera­tur współ­cze­snych. Cho­ciaż książ­ka była go­to­wa, nie uka­za­ła się aż do po­cząt­ku na­stęp­ne­go, 1946 roku. Praw­do­po­dob­nie przy­czy­ną był tak­że brak pa­pie­ru. Może bar­dziej z tego po­wo­du niż z oba­wy przed pu­blicz­nym skan­da­lem i nie­po­ko­je­niem i tak nie­spo­koj­nych sa­ra­jew­skich du­chów re­dak­tor (albo re­dak­to­rzy?) opu­ścił pew­ne czę­ści rę­ko­pi­su, zwłasz­cza do­ty­czą­ce cór­ki sa­ra­jew­skiej go­spo­dy­ni Gu­ber­ni­ka, któ­rą au­tor na­zy­wa Sin­jo­ri­tą. Te frag­men­ty są nie­zwy­kle pa­sjo­nu­ją­ce, świet­ne pod wzglę­dem ar­ty­stycz­nym i może naj­moc­niej­sze w ca­łej książ­ce, nie pi­sał ich jed­nak za­an­ga­żo­wa­ny in­te­lek­tu­ali­sta na roz­sta­jach hi­sto­rii, któ­ry ob­ser­wu­je wła­sną prze­mia­nę, kie­dy z wie­deń­skie­go i za­grzeb­skie­go drob­no­miesz­cza­ni­na stał się za­go­rza­łym Ju­go­sło­wia­ni­nem, z bio­lo­ga za­fa­scy­no­wa­ne­go pew­nym cha­rak­te­ry­stycz­nym dla bo­śniac­kie­go paź­dzier­ni­ka drze­wem liścia­stym ra­so­wym nar­ra­to­rem, któ­ry pa­trzy na świat by­strym okiem roz­mów­cy An­dri­cia i jego opo­nen­ta za­ra­zem, a tyl­ko ktoś taki in­te­re­su­je ów­cze­snych ko­mi­sa­rzy literac­kich. Gu­ber­nik jest im po­trzeb­ny jako je­den z dro­go­wska­zów na­szej krwa­wej hi­sto­rii, a nie sen­ty­men­tal­ny, pe­łen na­mięt­no­ści nie­szczę­śnik – jak sam o so­bie pi­sze – w kon­fron­ta­cji z tra­gicz­ną Sin­jo­ri­tą”.

Po znisz­cze­niu sa­ra­jew­skiej książ­ki pod­ję­to jesz­cze dwie pró­by opu­bli­ko­wa­nia Dzien­ni­ków sa­ra­jew­skich nocy, obie w Bel­gra­dzie, u nie­zbyt zna­nych wy­daw­ców. Pierw­szą w 1994 roku uda­rem­nił sam Pa­la­ve­stra, uwa­ża­jąc za nie­wła­ści­we dru­ko­wa­nie no­we­go wy­da­nia, jeśli nie jest zna­ny los po­przed­nie­go. A może za­de­cy­do­wa­ło to, że wła­ści­ciel wy­daw­nic­twa, mło­dy bel­gradz­ki biz­nes­men, przy­ja­ciel Mir­ja­ny Mar­ko­vić, mał­żon­ki dyk­ta­to­ra, wkrót­ce oka­że się jed­nym z za­ło­ży­cieli Ju­go­sło­wiań­skiej Le­wi­cy (JUL). Kil­ka lat póź­niej, pod ko­niec rzą­dów Mi­lo­še­vi­cia, po­ja­wia się dru­gi wy­daw­ca, któ­ry po­dob­no za­ło­żył firmę tyl­ko po to, żeby wy­dać książ­kę Gu­ber­ni­ka. Zy­sku­je przy­chyl­ność Pa­la­ve­stry, ale nie wła­ści­cie­la praw au­tor­skich. Syn Jo­si­pa Gu­ber­ni­ka, re­pre­zen­to­wa­ny przez jed­ną z kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kich w Bu­enos Aires, w kil­ku bel­gradz­kich dzien­ni­kach („Te­le­graf”, „Naša bor­ba”, „Ve­čern­je no­vo­sti”) za­miesz­cza płat­ne ogło­sze­nie, w któ­rym za­bra­nia pu­bli­ka­cji Dzien­ni­ków sa­ra­jew­skich nocy, do­pó­ki „wszyst­kie ju­go­sło­wiań­skie na­ro­dy i ich eli­ty po­li­tycz­ne nie oka­żą skru­chy i nie po­go­dzą się w spo­sób cy­wi­li­zo­wa­ny”. Tyl­ko je­den lo­kal­ny kro­ni­karz z dziel­ni­cy Ču­bu­ra za­re­ago­wał na to gorz­kim ko­men­ta­rzem, że za­kaz po­trwa aż do wy­ga­śnię­cia praw au­tor­skich Gu­ber­ni­ka, a kie­dy to za dwa­dzie­ścia parę lat na­stą­pi, książ­ka o tym, „jak zo­sta­je się Ju­go­sło­wia­ni­nem”, nie bę­dzie już in­te­re­su­ją­ca.

Za­in­te­re­so­wa­nie książ­ką Gu­ber­ni­ka, jeżeli kie­dy­kol­wiek ist­nia­ło, umar­ło z koń­cem no­we­go wie­ku, gdy znik­nę­ła na­wet fikcyj­na serb­sko-czar­no­gór­ska Ju­go­sła­wia. Od tam­tej chwili w Bel­gra­dzie nie wspo­mi­na się o nim ani go nie cy­tu­je, nie ma go w an­to­lo­giach, pa­no­ra­mach i wy­bo­rach litera­tu­ry serb­skiej, jak­by wraz z na­zwą kra­ju za­pa­dło się w zie­mię i scze­zło dzie­ło jego ży­cia. W Sa­ra­je­wie, któ­re­mu w ca­ło­ści po­świę­co­na jest ta książ­ka, od 1992 roku o Gu­ber­ni­ku nie sły­sza­no ani sło­wa. O Dzien­ni­kach sa­ra­jew­skich nocy pięć–sześć razy wspo­mnia­no mi­mo­cho­dem w „Oslo­bo­đen­ju” i „Ljil­ja­nie” przy oka­zji wy­li­cza­nia dóbr kul­tu­ry zra­bo­wa­nych, spa­lo­nych i znisz­czo­nych pod­czas „serb­skiej agre­sji”, ale za każ­dym ra­zem z błę­dem w ty­tu­le: Dzien­nik za­miast Dzien­ni­ki. Na­zwi­sko au­to­ra wy­mie­nio­no tyl­ko raz, w ty­go­dni­ku „Ljil­jan”, a i to z błę­dem: „Gru­bel­nik”, na­pi­sa­ła dzien­ni­kar­ka „Ljil­ja­na”.

Co cie­kaw­sze i wręcz dzi­wacz­ne, w chor­wac­kiej pra­sie w ar­ty­ku­łach na róż­ne te­ma­ty re­gu­lar­nie wspo­mi­na się o Jo­si­pie Gu­ber­ni­ku, ale ni­g­dy o jego dzie­le. W dzien­ni­kach „Vje­snik”, „Ve­čern­ji list” i „Slo­bod­na Dal­ma­ci­ja”, w fe­lie­to­nach i ko­men­ta­rzach, w listach od czy­tel­ni­ków, nie­kie­dy w hi­sto­rycz­nych i bie­żą­cych ana­li­zach po­li­tycz­nych na­zwi­sko Gu­ber­ni­ka ko­ja­rzo­ne jest z Or­ju­ną (Or­ga­ni­za­cją Ju­go­sło­wiań­skich Na­cjo­na­li­stów). W nie­któ­rych tych pu­bli­ka­cjach Or­ju­na jest me­ta­fo­rą, a więc i wpy­cha­nie do niej Gu­ber­ni­ka to efekt su­biek­tyw­ne­go po­dej­ścia au­to­ra, po­etyc­kiej swo­bo­dy i głu­po­ty; były jed­nak tek­sty, i to nie tyl­ko dzien­ni­kar­skie, ale i hi­sto­rio­gra­ficz­ne, w któ­rych uzna­je się za fakt dzia­łal­ność Gu­ber­ni­ka w Or­ju­nie i jego przy­na­leż­ność do tej or­ga­ni­za­cji. (Hrvo­slav Šu­šn­jar w In­sty­tu­cie Hi­sto­rii na Wy­dzia­le Filozo­ficz­nym Uni­wer­sy­te­tu Za­grzeb­skie­go obro­nił pra­cę dok­tor­ską Rola Or­ju­ny w roz­bi­ja­niu chor­wac­kiej jed­no­ści na­ro­do­wej, od po­wsta­nia do de­le­ga­li­za­cji, w któ­rej wśród za­ło­ży­cieli or­ga­ni­za­cji wy­mie­nia Jo­si­pa Gu­ber­ni­ka. Człon­ko­wie ko­mi­sji – na­zwisk nie po­da­je­my z ostroż­no­ści, żeby się nie na­ra­żać na oskar­że­nia – nie mieli uwag do pra­cy Šu­šn­ja­ra, rów­nież do tego oczy­wi­ste­go zmy­śle­nia).

Or­ju­na po­wsta­ła 25 stycz­nia 1921 roku w Spli­cie jako Ju­go­sło­wiań­ska Po­stę­po­wa Mło­dzież Na­cjo­na­li­stycz­na. Za­łożyli ją mło­dzi zwo­len­ni­cy Pri­bi­će­vi­cia, pierw­szym prze­wod­ni­czą­cym był Mar­ko Nani, a se­kre­ta­rzem Edo Bu­lat (przy­szły wy­so­ki funk­cjo­na­riusz u usta­szów), peł­no­moc­nik Pa­ve­li­cia na Split, po upad­ku Włoch jego bur­mistrz. Gu­ber­nik był już wte­dy w Bu­enos Aires. Nic nie wska­zu­je, by kie­dy­kol­wiek spo­tkał Mar­ka Na­nie­go, Bu­la­ta, Mir­ka Ko­ro­li­ję czy któ­re­go­kol­wiek z za­ło­ży­cieli i przy­wód­ców Or­ju­ny, czyli Or­ga­ni­za­cji Ju­go­sło­wiań­skich Na­cjo­na­li­stów, któ­rą to na­zwę Or­ju­na przy­bie­rze w maju 1922 roku, o żad­nym z tych lu­dzi nie wspo­mi­na w swo­ich dzien­ni­kach, nie ma rów­nież in­for­ma­cji, by kie­dy­kol­wiek był w Spli­cie. (Po roku 1914 na pew­no nie).

Nie wni­ka­jąc w isto­tę jed­ne­go z obie­go­wych chor­wac­kich kłamstw, na­le­ży sta­now­czo stwier­dzić, że Gu­ber­nik nie był człon­kiem Or­ju­ny i że w szer­szym, me­ta­fo­rycz­nym sen­sie, w sen­sie ide­olo­gicz­nej dys­kwa­li­fi­ka­cji nie moż­na go na­zwać or­ju­now­cem. Po­nie­waż nie zaj­mo­wał się już sy­tu­acją w Ju­go­sła­wii ani nie utrzy­my­wał kon­tak­tów ze sta­rym kra­jem – nie ist­nie­je ża­den list lub pocz­tów­ka, któ­re wy­słał­by z Ar­gen­ty­ny, nie ma też do­wo­dów, by do ko­goś pi­sał – jest cał­kiem moż­li­we, że na­wet nie wie­dział o jej ist­nie­niu.

1 Sło­wa ozna­czo­ne gwiazd­ką (tam gdzie po­ja­wia­ją się pierw­szy raz) są wy­ja­śnio­ne w Słow­ni­ku tur­cy­zmów na koń­cu książ­ki (słow­nik i przy­pi­sy – MP).

Gubernik i klon jawor

Uro­dził się 28 maja 1888 roku w Wied­niu. Jego oj­ciec, miej­ski no­ta­riusz, był z po­cho­dze­nia Sło­weń­cem ze Slo­venj Grad­ca, mat­ka Chor­wat­ką uro­dzo­ną w Za­grze­biu, uta­len­to­wa­ną skrzy­pacz­ką, w któ­rej, jak gło­si ro­dzin­na le­gen­da, za­ko­chał się Ar­tu­ro To­sca­ni­ni, w niej albo w brzmie­niu jej skrzy­piec, gdy słu­chał jej jako szes­na­sto­let­niej pan­ni­cy w Sło­weń­skim Domu w Trie­ście. Kie­dy po dwóch la­tach zo­ba­czył ją zno­wu, pięk­na Dora Kri­što­fić była już za­męż­na i brze­mien­na, dziec­ko wy­da­ła na świat mie­siąc lub dwa póź­niej. Ma­estro, jak mnó­stwo razy z dumą opo­wia­dał oj­ciec Jo­si­pa Am­broz Gu­ber­nik, miał łzy w oczach, gdy spoj­rzał na jej cię­żar­ny brzuch.

Po uro­dze­niu syna Dora od cza­su do cza­su kon­cer­to­wa­ła – do cze­go mąż życz­li­wie ją za­chę­cał – ale nie pró­bo­wa­ła wstą­pić do kon­ser­wa­to­rium. Ko­bie­ty z wyż­szym wy­kształ­ce­niem mu­zycz­nym w tam­tych cza­sach wciąż jesz­cze były ist­nym cu­dem. A ko­bie­ta z dziec­kiem by­ła­by czymś znacz­nie wię­cej niż cud.

Mąż dbał o to, żeby mia­ła czas na co­dzien­ne ćwi­cze­nie, na kon­cer­ty, po­dró­że i spo­tka­nia z wie­deń­ski­mi, pa­ry­ski­mi i flo­renc­ki­mi mu­zy­ka­mi. Uwol­nił ją od wszel­kich trosk zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem domu i wy­cho­wy­wa­niem dziec­ka. Po­świę­cał się dla ka­rie­ry żony po­nad mia­rę jej pra­gnień i ocze­ki­wań. Czuł wy­rzu­ty su­mie­nia, że oże­nił się z nią, kie­dy była taka mło­da, i po­wstrzy­mał w dro­dze, któ­rą wiódł Dorę jej mu­zycz­ny dar. Nie mógł jej za­pew­nić tego ro­dza­ju sys­te­ma­tycz­no­ści w kul­ty­wo­wa­niu ta­len­tu, kształ­ce­niu i ar­ty­stycz­nym doj­rze­wa­niu, ja­kie daje tyl­ko kon­ser­wa­to­rium i ja­kim wy­szko­le­ni mu­zy­cy róż­nią się od sa­mo­rod­nych ge­niu­szy i ka­wiar­nia­nych wir­tu­ozów.

Tak oto Dora z upły­wem cza­su co­fa­ła się w roz­wo­ju i to­nę­ła w mięk­kiej i cie­płej pew­no­ści miesz­czań­skie­go ży­cia. Na oczach Am­bro­za Gu­ber­ni­ka, jej o dwa­dzie­ścia sie­dem lat star­sze­go męża – któ­ry, jak pi­sze Jo­sip w swo­ich dzien­ni­kach, sam był mu­zy­kal­ny i cał­kiem po­praw­nie grał na pia­ni­nie – top­niał i zni­kał, w prze­cięt­ność zmie­niał się wy­jąt­ko­wy pod każ­dym wzglę­dem mu­zycz­ny dar. Nada­rem­nie, stro­fu­jąc Dorę, by się ock­nę­ła, pró­bo­wał go przy­wró­cić. W ten spo­sób tyl­ko ją nie­po­ko­ił i za­smu­cał. Nie mo­gła zro­zu­mieć, cze­go od niej chce, z lę­kiem my­śla­ła, że prze­stał ją ko­chać, że zna­lazł jesz­cze młod­szą i pięk­niej­szą, i na­gle wszyst­ko sta­wa­ło się drob­no­miesz­czań­skim pie­kłem z krzy­ka­mi i roz­bi­ja­niem ser­wi­su do her­ba­ty. (W dzien­ni­kach Gu­ber­nik mówi o tym bez żalu, spo­koj­nie, z ja­kąś dzie­cin­ną we­so­ło­ścią, i na­wet kie­dy wspo­mi­na „drob­no­miesz­czań­skie pie­kło”, czy­ni to z hu­mo­rem).

I jak to bywa, Dora z mło­dej mu­zycz­nej gwiaz­dy zmie­nia się w pa­nią no­ta­riu­szo­wą, któ­ra w swo­im miesz­ka­niu albo w let­nim domu nad je­zio­rem z oka­zji uro­dzin, imie­nin i świąt pań­stwo­wych urzą­dza po­ran­ki mu­zycz­ne dla ro­dzi­ny i przy­ja­ciół oraz go­ści z wie­deń­skich krę­gów in­te­lek­tu­al­nych.

Jo­sip ma wów­czas dwa­na­ście–trzy­na­ście lat. Jest świa­dom i za­ła­ma­nia mat­ki, i winy ojca. Wła­ści­wie oj­cow­skie­go po­czu­cia winy. Jako do­bry i od­da­ny syn bie­rze je na sie­bie.

Mat­ka uczy go pod­staw gry na skrzyp­cach, ale Jo­sip do szko­ły mu­zycz­nej cho­dzić nie chce. Gra to jej spra­wa. Inni mają jej tyl­ko akom­pa­nio­wać. Jo­sip gra dru­gie skrzyp­ce i nie pra­gnie być ni­czym wię­cej. Nie słu­cha ro­dzi­ców, któ­rzy chcie­li­by go po­słać do sław­nych wir­tu­ozów i na­uczy­cieli. Nie słu­cha wła­snej tę­sk­no­ty za mu­zy­ką, bo nie chce za­wieść mat­ki i grać le­piej niż ona.

Kie­dy na­de­szła pora stu­diów, wy­brał le­śnic­two. Nie sprze­ci­wiali się. Tyl­ko przy nie­dziel­nym obie­dzie spojrzeli na sie­bie, nie prze­ry­wa­jąc je­dze­nia. Do­bry wy­bór, po­wie­dział oj­ciec. Lasy są star­sze od pra­wa i filozo­fii. Star­sze są od czło­wie­ka i od wszyst­kie­go, co czło­wiek zna. War­to by je po­znać.

Tak brzmia­ło jego bło­go­sła­wień­stwo.

La­ta­mi śmiali się póź­niej z wy­da­rzeń przy nie­dziel­nym obie­dzie tego dnia, kie­dy Jo­sip oznaj­mił, że chce stu­dio­wać le­śnic­two. Każ­dy z trzech śmie­chów był śmie­chem dla sie­bie, róż­nym w uczu­ciach i przy­czy­nach, ale jed­nak śmiali się ra­zem. Byli szczę­śli­wą ro­dzi­ną.

Są­dząc po księ­gach wy­dzia­łu, do­ku­men­tach i dy­plo­mach za­cho­wa­nych w ar­chi­wach wie­deń­skie­go uni­wer­sy­te­tu, Jo­sip Gu­ber­nik był wy­bit­nym stu­den­tem. Jego pra­ca dy­plo­mo­wa o dę­bie szy­puł­ko­wym i od­mia­nach tego drze­wa tak­że jest za­cho­wa­na i do­stęp­na w ce­lach ba­daw­czych w otwar­tym dzia­le ar­chi­wów uczel­ni. Ory­gi­nal­ność tej pra­cy ma cha­rak­ter for­mal­ny: choć daw­no już na­sta­ły cza­sy pi­sa­nia prac se­mi­na­ryj­nych i dy­plo­mo­wych na ma­szy­nie, Gu­ber­nik swo­ją od po­cząt­ku do koń­ca wy­ka­li­gra­fo­wał, nie po­słu­gu­jąc się liniusz­kiem, bar­dzo sta­ran­nie i pięk­nym cha­rak­te­rem pi­sma, czar­nym atra­men­tem, na pięć­dzie­się­ciu czte­rech stro­nach pa­pie­ru wy­so­kiej ja­ko­ści. Z cza­sem atra­ment stra­cił in­ten­syw­ność i z czer­ni prze­szedł w se­pię. Pa­pier lek­ko zżółkł, ale wciąż jest ela­stycz­ny i moc­ny. Każ­da stro­na wy­glą­da jak małe ar­cy­dzie­ło.

Nie­miec­ki Gu­ber­ni­ka jest nie­na­gan­ny. Słow­nic­two bo­ga­te i pre­cy­zyj­ne, zda­nia sfor­mu­ło­wa­ne bły­sko­tli­wie. Ale jeśli cho­dzi o treść, pra­ca jest nie­cie­ka­wa, pra­wie roz­cza­ro­wu­je, jak­by na­pi­sa­no ją tyl­ko po to, by speł­nić wy­mo­gi uczel­ni.

Jego za­in­te­re­so­wa­nie klo­nem ja­wo­rem da­le­ko od­bie­ga od stu­diów le­śnic­twa i ni­ja­kiej pra­cy o dę­bie szy­puł­ko­wym.

To drze­wo jest jed­nym z sze­ro­ko roz­prze­strze­nio­nych eu­ro­pej­skich ga­tun­ków, ro­śnie od Pi­re­ne­jów na za­cho­dzie, przez Fran­cję, pół­noc­ne Wło­chy i Bo­śnię, aż do Kau­ka­zu i Per­sji na wscho­dzie. Sens ła­ciń­skiej na­zwie Acer pseu­do­pla­ta­nus na­da­je po­do­bień­stwo liści klo­nu ja­wo­ru do liści pla­ta­nu, więc lu­dzie cza­sa­mi mylą te dwa drze­wa. Klon ja­wor osią­ga wy­so­kość do czter­dzie­stu me­trów, a z po­wo­du od­por­no­ści na sól czę­sto sa­dzi się go przy ru­chli­wych dro­gach i au­to­stra­dach, gdzie jego sil­na ko­ro­na ła­go­dzi ude­rze­nia wia­tru. W Niem­czech za cza­sów Adol­fa Hi­tle­ra, kie­dy w ca­łym kra­ju bu­do­wa­no au­to­stra­dy, to drze­wo po­ja­wi­ło się na te­re­nach, na któ­rych go wcze­śniej nie było. Ale w cza­sach Hi­tle­ra Gu­ber­nik już od daw­na miesz­kał w Ar­gen­ty­nie, gdzie klo­nów ja­wo­rów nie ma. O ile wia­do­mo, tyl­ko jed­no drze­wo tego ga­tun­ku ro­śnie w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym na po­łu­dniu kra­ju.

W gó­rach o wy­so­ko­ści po­nad ty­sią­ca dwu­stu me­trów, wy­łącz­nie na za­cie­nio­nych zbo­czach, gdzie słoń­ce rzad­ko grze­je, pa­nu­je mgła i dłu­go trzy­ma mróz, koło Foj­ni­cy i Kre­še­va, na Ja­ho­ri­nie, któ­ra, jak wie­rzy lud, kie­dyś na­zy­wa­ła się Ja­vo­ri­na, klon ja­wor ma swo­ją oj­czy­znę. Niż­szy, bar­dziej zwar­ty i głod­ny niż gdzie in­dziej, żyje tu we­spół z jo­dłą i po­krew­ny­mi le­śny­mi drze­wa­mi igla­sty­mi albo z bu­kiem, w nie­wiel­kich za­gaj­ni­kach, a nie­kie­dy sa­mot­nie, w ja­kimś ja­rze bez pro­my­ka słoń­ca, nie­do­kar­mio­ny i zmar­z­nię­ty. Moż­na je­dy­nie zga­dy­wać, ja­kim cu­dem wieść o nim, tym ubo­gim, nędz­nym bo­śniac­kim drze­wie, wy­ro­słym na naj­po­dlej­szym pod nie­bem miej­scu, do­tar­ła do Cre­mo­ny, mia­stecz­ka w Lom­bar­dii, na pół­no­cy Włoch, gdzie ist­nia­ły dwa warsz­ta­ty lut­ni­cze, je­den star­szy, Stra­di­va­rie­go, dru­gi młod­szy, Gu­ar­ne­rie­go, któ­rych wła­ści­cie­le kon­ku­rowali w wy­ro­bie skrzy­piec. Gdy uro­dził się Giu­sep­pe, któ­ry przy­brał imię Gesù, An­to­nio był już w sile wie­ku, ale bę­dzie żyć peł­ne dzie­więć­dzie­siąt trzy lata i nie­mal przez cały czas bu­do­wać skrzyp­ce. Ostat­nie zro­bił w roku 1736, rok przed śmier­cią. Giu­sep­pe nie był dłu­go­wiecz­ny, umarł w roku 1744, ma­jąc lat czter­dzie­ści sie­dem.

Dwa