Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku - Bożena Aksamit - ebook
Opis

Był pięknym olbrzymem: miał 160 metrów długości, prawie 22 szerokości, siedem pokładów, kabiny, jadalnie, sale dansingowe, wielką salę balową, czytelnię, trzy bary, basen, a nawet salę gimnastyczną z elektrycznym koniem i wielbłądem. Dekorowali go najwybitniejsi artyści, a pływali na nim – balując, romansując i wywołując skandale – pisarze, politycy, szpiedzy, milionerzy i malarze. Służył pod polską banderą 36 lat. Długo – statki żyją znacznie krócej, ale „Batory” był wyjątkowy. „Lucky Ship”, szczęśliwy statek – tak go nazywano. Bo kiedy w czasie wojny pływał w konwojach, torpedy się go nie imały. A może i trochę dlatego, że dowodził nim długo kapitan, o którym mówiono, że jeśli kiedyś zupełnie wytrzeźwieje, statek czeka pewna katastrofa. Również dzięki niemu „Batory” stał się jedną z największych legend pięknej, bezpowrotnie minionej epoki transatlantyków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja i korekta: Redaktornia.com
Fotoedycja: Joanna Cieślewska, Sylwia Tukendorf
Projekt graficzny: Bartosz Tymosiewicz
Skład: Artur Hanc
Zdjęcia:
Associated Press/Leemage/akg-images/Universal History Archive/Wiesław M. Zieliński/Roman Wionczek/Muzeum Niepodległości/Archiwum Szczecińskich/Muzeum Literatury/Adoc Photos/Archiwum Karlickich/De Agostini/A. Dagli Orti/Zbiory D.B. Łomaczewska/Ria Novosti/Karol Szczeciński/Alinari Archives/East News, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Biblioteka Narodowa w Warszawie/Polona
Dziękujemy Januszowi Ćwiklińskiemu za udostępnienie materiałów archiwalnych (zdjęć i dokumentów) dotyczących jego ojca kapitana Jana Ćwiklińskiego.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Wydawnictwo książkowe
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Joanna Cieślewska
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2015
© copyright by Agora SA, 2015
© copyright by Bożena Aksamit, 2015
ISBN 978-832-681-738-0 (epub), 978-832-681-739-7 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Prolog

– Szanowni państwo powinni mnie zabrać na ten rejs w charakterze maskotki. – Bela Gelbard stała na środku warszawskiego biura spółki Gdynia – Ameryka Linie Żeglugowe (GAL). Był marzec 1936 roku. Młodszy z dwóch nowych transatlantyków spółki, „Batory”, miał za miesiąc ruszyć w swój dziewiczy rejs. Na chwilę osłupiali sprzedawcy przestali obsługiwać spory tłumek petentów. Wszyscy przyglądali się niezwykłej kobiecie. Spod dużego, ekstrawaganckiego kapelusza wymykały się czarne kosmyki, wcięty płaszcz podkreślał smukłość figury, a półbuciki na słupku sprawiały, że górowała nad większością gości GAL-u.

Była wówczas po czterdziestce, nie zachwycała urodą jak przed laty, ale wiedziała doskonale, jak zrobić wrażenie. Nigdy nie była typową pięknością, co nie przeszkadzało jej zupełnie w dziesiątkach romansów. Powodzenie miała gigantyczne. Czarne włosy, lekko skośne oczy i wyraźne semickie rysy. Do tego duża świadomość własnego ciała i naturalny seksapil. Wysoka, doskonale wiedziała, że jej długie nogi budzą zachwyt.

W biurze GAL-u pojawiła się na początku marca 1936 roku, a gęsty zapach perfum Mitsuko długo nie pozwolił spłoszonym urzędnikom zapomnieć o „maskotce”.

Izabela była córką inżyniera metalurga Wolfa Lejba (Wilhelma) Szwarca, bratanka słynnego zgierskiego myśliciela Izuchera Mosze Szwarca. Miała dwie siostry: Ewa została malarką i osiadła w Montevideo w Urugwaju, Ella, której syn Marek był znanym rzeźbiarzem, wyszła za mąż w Paryżu za Mariusa Dumasa.

Bela studiowała filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, potem historię sztuki w Berlinie i Paryżu, trzykrotnie wychodziła za mąż: po raz pierwszy za socjologa Aleksandra Hertza, drugi – za architekta Jerzego Gelbarda, trzeci – za chemika Władysława Stachowicza (Maurycego Seidlera).

Czasami, jednak nieczęsto, zdarzali się mężczyźni nieczuli na jej wdzięki. Młodszy o sześć lat Władysław Broniewski napisał w pamiętniku: „Pani Bela starała się ze mną flirtować, ja jednak starannie tego unikałem, raz dlatego, że nie miałem do niej najmniejszego pociągu, dwa – wywróżyłoby to zupełnie fałszywą sytuację. Pomimo wielkiej erudycji i wysokiej inteligencji to jednak zwyczajna, płytka kobietka”.

Nie miał racji. Jan Kott, z którym przyjaźniła się wiele lat, wspominał: „Twierdzi, że Juliusz Cezar napisał o niej De bello gallico, a Giraudoux poświęcił jej Bellę. Była pierwszą w Polsce nadrealistką i może jedyną prawdziwą nadrealistką na świecie”. Trzy dekady później Maria Dąbrowska powie, że „Bela może bawić jak dobry kabaret, pod warunkiem że się ją widzi i słyszy raz na kilka lat. Lepiej czytać jej książki”. Inny znajomy, Józef Czapski, zapamięta ją jako zupełnie narwaną i bardzo poczciwą kobietę.

Gdy mieszkała w Paryżu, portretowali ją Chaim Soutine i Henri Matisse. Przyjaciółka i muza artystów: Hela Bertz z Pożegnania jesieni Stanisława Ignacego Witkiewicza – to ona.

„Była kobietą demoniczną, pełną piekielnej namiętności i wolną od wszelkich ograniczeń – mówił o kochance bohater Witkacego. – Przychodziło się do niej kosztować nieziemskiego ciała. Hela Bertz była kobietą najpiękniejszą, najbogatszą, a do tego notorycznie łatwą. Niestety nie była zdolna do miłości”.

Izabela stała się także pierwowzorem panny Leopard we Wspólnym pokoju Zbigniewa Uniłowskiego. Nie przepadała za pisarzem, mówiła o nim, że ma wymiętoszone usta i jest wulgarny. Często budziła zgorszenie, czasami wściekłość. Jednak towarzystwo, z którym spotykała się w Ziemiańskiej czy Zodiaku, po prostu doskonale się z nią bawiło, nazywając ją „radosną epidemią, której wszyscy ulegają”.

Pewnego dnia w kawiarni Instytutu Propagandy Sztuki przy ulicy Królewskiej udało jej się w końcu poznać warszawską legendę, filozofa Franca Fiszera, i od razu postanowiła się z nim zaprzyjaźnić. Z miejsca zaczęła go czarować. Po kwadransie monologu Beli rzucił: „Niebywałe... Pani jest fenomenalnie głupią kobietą”. Po kilku dniach stali się nierozłączni. Fiszer lubił żyć na cudzy rachunek, często więc pomieszkiwał u Gelbardów przy Złotej 36. W czasie gdy Bela pojawiła się w biurze GAL-u, „trochę piła i dużo tańczyła”. Mąż Jerzyk sporo podróżował, bardzo ją bolało, że miał kochankę – Stefę, o której przyjaciółka Beli powiedziała, że ma wąsy jak huzar. Jerzy i Bela z czasem dogadali się w sprawie małżeństwa i zgodnie uznali, że wierność nie jest dla nich najważniejsza. Bela próbowała wtedy rzeczy niemożliwej – wydawało jej się, że można zanegować upływ czasu. Zabawy, dyskusje, pijaństwo i tańce miały zatrzymać zegar. Jako towarzysz jej ówczesnych eskapad świetnie sprawdzał się trzydziestoletni początkujący pisarz Witold Gombrowicz i Jerzy Stempowski, który nazywał ją „kobietą, która filozofię przygody doprowadziła do rangi sztuki”.

– To jak? – Gelbardowa grzmiała do osłupiałych sprzedawców. Oczywiście stać ją na bilet, Jerzyk jest wziętym architektem, ale dlaczego nie zrobić małego przedstawienia? – Ze mną nie można się nudzić!

– Niestety, musi pani kupić bilet – cicho odpowiedział ekspedient.

Bilet, żółty kartonik, kosztował kilkaset złotych. Najdroższy za miejsce w kabinie pierwszej klasy – 1250 złotych, najtańszy w trzyosobowej kajucie dwa piętra pod powierzchnią wody – 490. Dla większości Polaków była to suma z kosmosu i marzenie ściętej głowy. Nauczyciel zarabiał wtedy około 200 złotych miesięcznie, a starszy sierżant policji ponad 250. Za chleb w Warszawie trzeba było zapłacić 62 grosze, złotówkę więcej za kilogram wołowiny.

Był wielki: miał 160 metrów długości i prawie 22 szerokości. Budowano go dwa i pół roku, pływał 36 lat. Długo – statki żyją znacznie krócej, ale „Batory” był wyjątkowy. W maju 1931 roku Polacy dowiedzieli się, że za kilka lat pod banderą RP będą pływać dwa specjalnie zaprojektowane i zbudowane we Włoszech transatlantyki. Nazwano je „Piłsudski” i „Batory”. Nie można było już dłużej zwlekać – przez Dworzec Morski w Gdyni każdego dnia przewijały się tysiące osób. Obecnie tak wygląda ruch na wielkich lotniskach.

„Zarobim od 2 do 3 tolary dzynńie. Milijony ludzi bez pracy bez dachu źicz mają, taki teraz ucisk na robotnika, ni ma pracy, ni ma piniędzy” – pisał Józef Bocek rodzinie w pierwszym liście z Ameryki. Od tamtego popołudnia w gdyńskim porcie, gdy zaprowadzono go do ciasnej kabiny bez okna, minął niecały miesiąc.

Bardzo tęsknił, miał 57 lat i nie był pewien, czy da radę, ale jechać musiał – w Istebnej, wiosce w Beskidzie Śląskim, na „tolary” czekała żona Jadwiga i siódemka dzieci.

Gdy w Galicji rządzili Austriacy, w oczach Wiednia była pół-Azją, krajem niedźwiedzi albo austriacką Syberią. Poza „galicyjską nędzą” do języka polskiego weszło na przełomie wieków jeszcze kilka określeń: „galicyjskie wybory” (korupcja), „tarnopolska moralność” (oszustwa) czy „galicyjski hrabia” (samozwaniec). Po latach rozbiorów do Polski wrócił najbiedniejszy i najmniej uprzemysłowiony region monarchii habsburskiej.

W niektórych powiatach dziewięćdziesiąt procent gospodarstw wyglądało tak samo – spłacheć ziemi i jednoizbowy, drewniany dom, w którym gnieździło się czasami kilkanaście osób. Młodzi nie mogli znaleźć pracy w mieście. Zostawali na wsi, dzieląc gospodarstwa na coraz mniejsze i mniejsze. Już w latach dwudziestych przeludnienie polskiej wsi liczono w milionach. Mieliśmy w Europie najwyższy po Holandii przyrost naturalny – w rekordowym 1925 roku przybyło aż 545 tysięcy Polaków. Najgorzej było na wioskach, gdzie w czasie kryzysu szacunki „osób zbędnych” wahały się od trzech do prawie dziewięciu milionów osób. Bolesław Nakonecznikoff, dyrektor Urzędu Emigracyjnego, na łamach miesięcznika „Morze” informował: „Według znawców sprawy agrarnej w Polsce na jednym kilometrze kwadratowym ziemi uprawnej może utrzymać się i znaleźć stałą pracę 35 do 40 osób. U nas pracuje 45 osób, a w kieleckim i krakowskim aż 104 głowy. W mieście nie znajdują zatrudnienia. Pozostaje im zatem jedyna droga szukania zarobku na utartych szlakach emigracji”.

Gdy Józef Bocek wiosną 1933 roku przeprawił się przez ocean, by kopać amerykański węgiel, Stany Zjednoczone i Europa powoli dźwigały się z wielkiego kryzysu. W Polsce produkcja przemysłowa spadła o połowę. Robotnicy tracili pracę, głodowali też chłopi, bo za ziemniaki, mięso, mleko, jeśli mieli cokolwiek na sprzedaż, dostawali zaledwie jedną trzecią tego co w 1929 roku. Bocek do USA ruszył po raz drugi – z tej podróży już nie wrócił. Poprzednio popłynął pod koniec 1913 roku, na bilet zaciągnął pożyczkę w Spółkowej Kasie Oszczędności w Istebnej – sześćset koron. Wtedy pracował w kopalni w stanie Wyoming i po kilku latach pojawił się w domu. Teraz kryzys zmusił go, by znów porzucił rodzinę.

■Warszawa – Gdynia – Ameryka. Linie Żeglugowe, Wydawnictwo Galewski i Dau, 1939 r.

■ Tłum przed giełdą nowojorską w czasie krachu w 1929 r.

■ Bezrobotni w kolejce po pracę, Nowy Jork, 1929 r.

Przez dwadzieścia lat dorobił się w Stanach obywatelstwa, emerytury i choroby alkoholowej, która skradła mu większość tego, co zarobił. Do Istebnej słał resztę dolarów i listy. „Kochana Babulko moja” – pisał do Jadwigi. „Moja pociecho serca mego, mioł bym tobie utracic, wolim już delej nie żicz. Serdeczko moje, moja Babulko złoto jedzina, pociecho na szwiecie”.

Wyniszczony ciężką pracą i piciem, samotny, ostatnie lata spędził w domu starców w Buffalo. W listach żalił się dzieciom: „Jest usz 6. mieszyncy w tym domu Starcóf co dostowom 70 tolaróf moij pynzyje na staroszcz to jyny dostowom 8. tolaróf miesząncznie bo ostetek biere ta goździno tego domu”.

Joseph Bock zmarł w 1954 roku.

Do lat dwudziestych XX wieku do Ameryki przyjechać mógł każdy zdrowy obywatel. Nie wpuszczano chorych psychicznie oraz tych z gruźlicą i jaglicą – zakaźną chorobą oczu, prowadzącą do ślepoty. Od 1903 roku zakazem wjazdu objęto także poligamistów, żebraków, kryminalistów i anarchistów. Tylko w XIX wieku w USA osiedliło się ponad 35 milionów mieszkańców Starego Kontynentu.

Pierwsza większa grupa Polaków znalazła się za oceanem po upadku powstania listopadowego. W 1854 roku siedmiuset Ślązaków założyło kolonię, którą nazwali Panna Maria. Na czele osadników stał ksiądz Leopold Moczygęba. Kilka lat później, po długotrwałej suszy dopadła ich nędza. Złość wyładowali na swoim proboszczu i Moczygęba musiał uciekać z Teksasu.

Dwadzieścia lat później Polaków w USA było już siedemdziesiąt tysięcy. Do 1918 roku prawie dwa miliony osób podjęły ryzyko i przeprawiły się na drugą stronę Atlantyku. Cztery lata później Amerykanie wprowadzili ustawę, która ograniczała wydawanie wiz do 165 tysięcy sztuk rocznie. Odtąd co roku niecałe sześć tysięcy Polaków dostawało zgodę na pobyt, reszta zaś pracowała nielegalnie. W 1930 roku Polonia amerykańska liczyła prawie trzy i pół miliona osób, z czego połowa urodziła się już w USA, a ponad milion przypłynął transatlantykami.

Mimo ograniczeń związanych z wjazdem i trudnościami z pracą – na początku lat trzydziestych w USA zatrudnienia nie miała jedna trzecia robotników – Polacy nadal emigrowali do Stanów. Uciekali z Polski, bo amerykańska bieda była dla nich bogactwem. Uciekali od wielkiego kryzysu, który wywrócił ówczesny świat do góry nogami. Zaczął się on w czwartkowy poranek 24 października 1929 roku. Tego dnia ceny akcji na giełdzie nowojorskiej gwałtownie spadły – bańka spekulacyjna pękła. Firmy plajtowały jedna po drugiej. W maju 1931 roku ogłosił upadłość czołowy austriacki bank, wiedeński Creditanstalt, miesiąc później bankierzy z USA zostali zmuszeni do umorzenia wszystkich kredytów zaciągniętych przez europejskie rządy. W ciągu kilku lat trzydzieści milionów robotników straciło pracę. Umierali z głodu, mimo to niszczono zapasy żywności – ludzi nie było stać na jedzenie. Nędza szalała wśród dostatku. Oprócz biedy kryzys zasiał w ludziach dziwny niepokój. Zaczęto tęsknić za przeszłością, za wojną, bo życie w okopach miało jakiś cel i nie brakowało wtedy pracy. Tak upragniony pokój dla wielu oznaczał upokorzenia i nędzę.

Kryzys skończył się w pierwszej kolejności tam, gdzie się rozpoczął. W 1933 roku USA miały już nowego, dynamicznego prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który oznajmił Amerykanom: „Jedyną rzeczą, której powinniśmy się lękać, jest sam lęk”, a następnie uruchomił program New Deal. Za pieniądze z funduszy rządowych utworzono tysiące miejsc pracy, dzięki czemu Stany szybko podźwignęły się z kryzysu. W Europie wydarzenia przyjęły inny obrót. Stalin, Mussolini, Hitler i Franco – każdy po swojemu tworzył nowy ład.

W Polsce, rządzonej przez lewicowego zwolennika systemów autorytarnych, Józefa Piłsudskiego, podupadły tradycyjne gałęzie gospodarki – włókiennictwo, cukrownictwo, wydobycie węgla. W ich miejsce rozwinął się przemysł chemiczny, elektrotechniczny i maszynowy. Jednak dopiero pod koniec lat trzydziestych II RP osiągnęła poziom sprzed pierwszej wojny światowej.

Dla prowincji kryzys oznaczał zapaść cywilizacyjną, w skrajnych przypadkach cofnięcie się o całe stulecie. Badacz polskiej wsi Jerzy Michałowski pisał w 1935 roku: „Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci w powiecie rzeszowskim nie widziała go nigdy, chyba że w formie cukierków na odpustach. Sól używa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną – bydlęcą. Na wiosnę w okresie przednówka z braku gotówki stosuje się kilkakrotne gotowanie ziemniaków w tej samej osolonej wodzie”.

[...]