Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 16 godz. 59 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 16 godz. 59 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Baśniobór. Tajemnice smoczego azylu - Brandon Mull

 

 

Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej nie ustaje w poszukiwaniu talizmanów. Kendra, pragnąca ze wszystkich sił powstrzymać Stowarzyszenie, dowiaduje się, gdzie jest klucz do skarbca, w którym ukryto jeden z nich. Aby go zdobyć, Rycerze Świtu muszą narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo - przekroczyć próg smoczej świątyni. Misja się nie powiedzie, jeśli nikt nie zdobędzie się na kradzież świętego przedmiotu, zazdrośnie strzeżonego przez centaury. Chwileczkę, ale czy ktoś widział Setha?

 

Pozbawieni telewizora i internetu Kendra i Seth odkrywają świat wyobraźni, fantazji, przyjaźni i lojalności. [...] Fantastyczna podróż do rezerwatu magii, gdzie przetrwały nie tylko wróżki czy trolle, ale również pewne wartości, które poza granicami Baśnioboru przestały funkcjonować.

www.pasjaksiazek.pl

Opinie o ebooku Baśniobór. Tajemnice smoczego azylu - Brandon Mull

Cytaty z ebooka Baśniobór. Tajemnice smoczego azylu - Brandon Mull

Seth mógł tylko dyndać. Nawet nie był w stanie się złapać. Gryf trzymał go za ramiona, więc gdyby wypuścił go ze swych szponów, chłopiec by spadł. Gdyby z kolei wytrwały czerwony smok zabił gryfa, spadliby obaj. Jeśli natomiast gad spaliłby ich swym ognistym oddechem, Seth miałby wyjątkową szansę przekonać się, jak to jest jednocześnie płonąć i spadać.

Fragment ebooka Baśniobór. Tajemnice smoczego azylu - Brandon Mull

Brandon Mull

BAŚNIOBÓR.

TAJEMNICE SMOCZEGO AZYLU

przełożył Rafał Lisowski

Tytuł oryginału: Fablehaven. Secret of the dragon sanctuary

Copyright © 2009 by Brandon Mull. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Dla Chrisa Schoebingera, pierwszego opiekuna Baśnioboru

Rozdział IDziennik

Kendra Sorenson szybkim ruchem potarła główką zapałki o szorstką draskę na boku prostokątnego pudełka. Osłoniła dłonią płomień i zbliżyła go do osmalonego knota krótkiej świecy. Kiedy zajął się ogniem, strząsnęła zapałkę. W powietrzu zawirowała cienka smużka dymu.

Siedząc przy biurku w swojej sypialni, dziewczynka przyglądała się resztkom zapałki i rozmyślała o tym, jak prędko płomień strawił drewno. Jedna trzecia była teraz krucha, zwęglona i nie do poznania. Kendra przypomniała sobie zarazę w Baśnioborze, która błyskawicznie przemieniła wielu mieszkańców magicznego lasu z istot światłości w stworzenia mroku. Jej samej wraz z rodziną i przyjaciółmi udało się odwrócić działanie plagi, zanim rezerwat uległ zniszczeniu, ale kosztowało to życie najady Leny.

Dziewczynka otrząsnęła się z zamyślenia, odłożyła na bok spaloną zapałkę, a potem wsunęła trzy kluczyki do zamkniętego dziennika, otworzyła go i zaczęła pospiesznie kartkować. Została jej już tylko ta jedna umitkowa świeca – Kendra nie chciała zmarnować wyjątkowego światła, które umożliwiało odczytanie słów na kartach księgi.

Dziennik sekretów przywiozła do domu z Baśnioboru. Niegdyś należał do Pattona Burgessa, dawnego opiekuna rezerwatu, którego niespodziewanie poznała zeszłego lata, kiedy przeniósł się w czasie. Notatki sporządzał w tajnym języku wróżek za pomocą umitkowego wosku, co dodatkowo utrudniało ich odczytanie. Litery pojawiały się tylko w świetle umitkowej świecy, a Kendra potrafiła je rozszyfrować wyłącznie dzięki swej wróżkokrewności.

Zdolność czytania i mówienia we wróżkowych językach to zaledwie jeden z talentów, które pozyskała, gdy setki ogromnych wróżek obsypały ją pocałunkami. Poza tym widziała w ciemności, a na jej umysł nie działały niektóre magiczne sztuczki, dzięki czemu była odporna na iluzję ukrywającą większość zaczarowanych stworzeń przed ludzkim wzrokiem. Co więcej, wróżki były zobowiązane do wykonywania wszystkich jej poleceń.

Kendra obejrzała się za siebie i przez moment nasłuchiwała. W domu panowała cisza. Ostatnio codziennie po południu jej rodzice uprawiali jogging w centrum rekreacyjnym, licząc, że przed Nowym Rokiem wejdzie im to w krew. Dziewczynka wątpiła, żeby wytrwali w tym postanowieniu dłużej niż kilka tygodni, ale tymczasem mogła w spokoju studiować dziennik. Rodzice Kendry byli ślepi na magiczny świat, który odkryła wraz z bratem. Dlatego kiedy nakryli ją na czytaniu przy świecy dziwnego tomu pełnego niezrozumiałych symboli, pomyśleli, że zadała się z jakąś dziwaczną sektą. Nie dali sobie wyjaśnić, że dziennik zawiera tajemnice zapisane przez dawnego opiekuna Baśnioboru. W obawie, że zabiorą jej księgę, Kendra skłamała, że zwróciła ją do biblioteki. Od tej pory czytała tylko wtedy, kiedy była pewna, że przez dłuższy czas nikt jej nie przeszkodzi.

Ponieważ ze względu na rodziców nie miała zbyt dużo okazji do czytania, a poza tym zapas umitkowych świeczek był ograniczony, nie zdążyła jeszcze przeczytać dziennika od deski do deski, chociaż cały przejrzała. Ton zapisków był jej znajomy – w Baśnioborze zapoznała się już z wieloma notatkami z mniej tajnych pamiętników Pattona. Wertując Dziennik sekretów, znalazła dokładny opis przemiany Efiry w upiorną zjawę, w którym autor nie omijał nawet najbardziej ponurych szczegółów. Pisał również o swoich najgłębszych obawach związanych z Leną. Kendra dowiedziała się także o istnieniu przejścia do groty pod starą rezydencją, o najrozmaitszych kryjówkach z bronią i kosztownościami rozmieszczonych w różnych punktach Baśnioboru oraz o sadzawce pod niewielkim wodospadem, gdzie nieustraszony poszukiwacz skarbów może złapać leprechauna. Natrafiła jeszcze na informacje dotyczące tajnej komnaty na końcu Korytarza Lęku w baśnioborskim lochu, łącznie z hasłami i procedurami niezbędnymi, żeby tam wejść. Czytała o zagranicznych wyprawach Pattona do Indii, na Syberię i Madagaskar. Chłonęła wiadomości o innych rezerwatach w przeróżnych zakątkach świata. Poznawała teorie o potencjalnych złoczyńcach i zagrożeniach, w tym o wielu spiskach Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej.

Tego dnia, gdy umitkowa świeca już się wypalała, otworzyła dziennik na swoim ulubionym fragmencie i zaczęła czytać znajome pismo Pattona:

Wróciwszy zaledwie kilka godzin temu z osobliwej wyprawy, nie jestem zdolny powstrzymać się od przelania myśli na papier. Do tej pory rzadko myślałem o adresacie poufnych wiadomości zawartych w tym tomie. Ilekroć rozważałem tę kwestię, uznawałem, że sporządzam notatki dla siebie. Teraz jednak wiem, że moje słowa dotrą do określonej osoby – do Kendry Sorenson.

Kendro, ta świadomość zarazem ekscytuje mnie i niepokoi. Przed Tobą wielkie wyzwania. Moja wiedza może Ci pomóc. Niestety, częstokroć te same informacje pchną Cię ku niewyobrażalnym zagrożeniom. W duchu toczę zażarte dysputy, usiłując ustalić, co zapewni Ci przewagę nad wrogami, a co jedynie pogorszy Twoją sytuację. To, co wiem, może nieraz wyrządzić więcej szkody niż pożytku.

Twoi wrogowie w szeregach Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej nie cofną się przed niczym, żeby zdobyć pięć artefaktów, które wspólnie użyte otworzą Zzyzx, wielkie więzienie demonów. Kiedy Cię opuszczałem, wiedzieliśmy, że w ich ręce wpadł tylko jeden, a Twój utalentowany dziadek zatrzymał drugi. Dysponuję informacjami na temat dwóch kolejnych, a Ty przy odrobinie wysiłku zapewne mogłabyś odkryć jeszcze więcej. Waham się jednak przed ujawnieniem swojej wiedzy. Jeśli Ty albo ktoś inny spróbujecie zdobyć lub ochronić te artefakty, być może niechcący zaprowadzicie naszych wrogów wprost do nich. Lub też podczas próby ich odzyskania spotka Was krzywda. Z kolei jeżeli Sfinks wytrwale poszukuje artefaktów, jestem skłonny sądzić, że w końcu je znajdzie. Aby do tego nie dopuścić, w pewnych okolicznościach moja wiedza będzie Wam potrzebna.

Dlatego też, Kendro, postanowiłem zaufać Twojej ocenie. Nie zamieszczę konkretów w dzienniku, któż bowiem – nawet prawy – odmówiłby sobie skorzystania z tak dogodnego dostępu? W tajemnej komnacie na końcu Korytarza Lęku schowam natomiast dalsze wskazówki dotyczące miejsca ukrycia dwóch artefaktów. Szukaj tych informacji, tylko jeśli uznasz to za nieodzowne. W innym przypadku nikomu nie wspominaj nawet o ich istnieniu. Bądź dyskretna, cierpliwa i odważna. Mam nadzieję, że nie sięgniesz po tę wiedzę do końca życia. W przeciwnym razie w niniejszym dzienniku znajdziesz szczegóły dotyczące tajemnej komnaty. Udaj się tam, a potem za pomocą lustra odczytaj wiadomość na suficie.

Kendro, żałuję, że nie mogę osobiście służyć Ci pomocą. Twoi bliscy są silni i zdolni. Zaufaj odpowiednim osobom, i podejmuj mądre decyzje. No i trzymaj w ryzach swojego brata. Cieszę się, że mam tak wspaniałą krewną.

Kendra postukała palcami w biurko i zdmuchnęła świeczkę. Zostało jeszcze dość wosku, aby ponownie ją zapalić, ale ogień nie utrzyma się już długo. Pewnie w Baśnioborze dziadek miał teraz więcej umitkowych świeczek, ale ze zdobyciem ich byłby duży kłopot. Dziewczynka odchyliła się na krześle, skubiąc dolną wargę. Z powodu natłoku zajęć w szkole i wolontariatu w świetlicy brakowało jej czasu, żeby dokładnie przemyśleć tę sprawę.

Jak dotąd nikomu nie powiedziała o wiadomości od Pattona. Zawierzył jej osądowi, więc nie było jej spieszno, by zawieść jego zaufanie. Miał rację – gdy tylko informacja o położeniu artefaktów wyjdzie na jaw, ktoś będzie chciał je zdobyć. Nie pomylił się również co do tego, że Sfinks wypatrywał szansy wykorzystania każdej takiej próby. O ile wiedza o ukrytych artefaktach nie okaże się niezbędna, Kendra postanowiła po nią nie sięgać.

Przez całą jesień pozostawała w kontakcie z dziadkami. Przez telefon nie rozmawiali otwarcie o sekretach, ale znaleźli sposób, żeby przekazywać sobie niezbędne informacje bez wdawania się w szczegóły. Odkąd potwierdziło się, że Sfinks jest przywódcą Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej, pozornie ustała aktywność tej grupy. Wszyscy jednak wiedzieli, że Sfinks gdzieś się czai, patrzy i knuje, wyczekując sprzyjającego momentu do ataku.

Kendry i Setha stale pilnowało dwóch członków zgromadzenia Rycerzy Świtu. W razie potrzeby przemycali wiadomości. Jak dotąd nie wydarzyło się nic niepokojącego. Chociaż osoby wyznaczone do obserwacji rodzeństwa ciągle się zmieniały, zawsze co najmniej jednym z opiekunów był sprawdzony przyjaciel, taki jak Warren, Tanu lub Coulter. Przez ostatnie cztery dni pilnował ich Warren w towarzystwie ponoć godnej zaufania dziewczyny o imieniu Elise.

Kendra westchnęła. Po tych wszystkich oszustwach, z jakimi miała do czynienia przez ostatnie lata, nie była pewna, czy kiedykolwiek jeszcze komuś całkowicie zawierzy. Może to również dlatego zachowała dla siebie wiadomość od Pattona.

Za jej plecami coś cicho zaszeleściło. Odwróciwszy się, zobaczyła złożoną kartkę, którą ktoś wsunął pod drzwiami. Podniosła papier, rozłożyła, a następnie przejrzała listę wydrukowaną na komputerze. Im dłużej czytała, tym bardziej mrużyła oczy. Wymaszerowała z pokoju, przemierzyła korytarz i zatrzymała się przed otwartymi drzwiami do pokoju Setha.

– Naprawdę liczysz na to, że na Gwiazdkę dostaniesz lotnię? – zapytała młodszego brata.

Chłopiec podniósł wzrok znad biurka, gdzie ozdabiał jaszczurkami pracę domową z matematyki.

– Jeśli nie poproszę, to na pewno nie.

Kendra wskazała kartkę z listą.

– Kto jeszcze to dostał?

– Oczywiście mama i tata. Poza tym puściłem ją mailem do wszystkich krewnych, nawet tych dalszych, których odnalazłem w internecie. No i na wszelki wypadek jeden egzemplarz wysłałem pocztą do Świętego Mikołaja.

Kendra weszła do pokoju i stanęła obok brata. Pomachała kartką w jego kierunku.

– Nigdy dotąd nie prosiłeś o tak idiotyczne rzeczy. Zestaw kijów golfowych na zamówienie? Jacuzzi? Motocykl?

Seth wyrwał jej listę z ręki.

– Wymieniasz najdroższe prezenty. Jeżeli nie stać cię na fotel masujący, to możesz mi przynajmniej dać latawiec, grę komputerową albo film. Na mojej liście są pomysły na każdą kieszeń.

Kendra skrzyżowała ręce na piersiach.

– Coś knujesz.

Seth patrzył na nią szeroko otwartymi oczami z lekko oburzoną miną, jaką zazwyczaj przybierał, kiedy coś ukrywał.

– Ograniczanie liczby prezentów to jedno. Ale żeby nie pozwalać mi nawet o nie prosić? Kto ty jesteś? Grinch?

– Zwykle zachowywałeś się rozsądnie: wymieniałeś tylko parę rzeczy, na których naprawdę ci zależało. I to prawie zawsze działa. Nigdy nie domagałeś się czegoś droższego niż rower albo konsola do gier. Twoja lista życzeń była realistyczna. Skąd ta zmiana?

– Pani profesor za dużo myśli – westchnął Seth, oddając siostrze kartkę. – Po prostu uznałem, że nie zaszkodzi, jeżeli w tym roku będę celował nieco wyżej.

– Po co wysłałeś listę do krewnych tak dalekich, że nawet cię nie znają?

– Może któryś z nich jest samotnym milionerem? Kto wie? Coś mi mówi, że to będzie mój szczęśliwy rok.

Kendra przyjrzała się bratu. Od wakacji nie wyglądał już jak dziecko. Szybko rósł, miał długie ręce i tyczkowate nogi, twarz stała się bardziej pociągła i podbródek wyraźniej się zarysował. Jesienią brakowało im czasu dla siebie. Seth miał swoich kolegów, a Kendra aklimatyzowała się w liceum. Teraz do przerwy świątecznej zostało już tylko parę dni.

– Nie zrób nic głupiego – ostrzegła dziewczynka.

– Dzięki za błyskotliwą poradę – odparł Seth. – Mogę cię zacytować w moim pamiętniku?

– Prowadzisz dziennik?

– Będę musiał zacząć, jeśli nie przestaniesz mnie zarzucać takimi perłami mądrości.

– Mam doskonały pomysł na pierwszy wpis – stwierdziła Kendra, piorunując brata wzrokiem. – „Drogi pamiętniku, dziś kupiłem sobie wypasione prezenty świąteczne za złoto, które ukradłem z Baśnioboru. Udawałem, że to podarunki od bogatych krewnych, ale nikt nie dał się nabrać, więc Rycerze Świtu zamknęli mnie w brudnym lochu”.

Seth bezgłośnie otwierał i zamykał usta, rozpoczynając kolejne potencjalne riposty, a potem natychmiast z nich rezygnując. W końcu odchrząknął i wybąkał:

– Nie potrafisz tego udowodnić.

– W jaki sposób przemyciłeś złoto?! – zawołała Kendra. – Myślałam, że dziadek skonfiskował skarb, który razem z satyrami ukradliście nypsikom.

– Nie wierzę własnym uszom – nie ustępował Seth. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Na pewno wykorzystałeś kilka różnych kryjówek, a dziadek nie wszystkie odnalazł. Ale jak wymieniasz złoto i klejnoty na pieniądze? W lombardzie?

– To nonsens – upierał się chłopiec. – Najwyraźniej to ty masz przestępcze myśli.

– Teraz się pilnujesz, ale przed minutą cię przejrzałam. To złoto nie należało do Nowela i Dorena, nie mieli prawa ci go dać! Jak po tym wszystkim, co się stało latem, mogłeś wyjść z domu ze skradzionym złotem w kieszeniach? Nie masz wstydu?

Seth westchnął zrezygnowany.

– Dziadkowie i tak nie robili z niego użytku.

– Oczywiście, bo są opiekunami Baśnioboru. Chronią stworzenia i przedmioty, które się tam kryją. Równie dobrze mógłbyś okraść muzeum.

– Tak jak ty, kiedy wzięłaś sobie laskę deszczu z Zaginionej Góry? A Warren zatrzymał miecz, który tam znalazł?

Kendra się zarumieniła.

– Z formalnego punktu widzenia Malowana Góra nie jest częścią rezerwatu Zaginionej Góry. Poza tym ja nie opyliłam laski, żeby sobie kupić ślizgacz! A Warren nie wymienił miecza na skuter śnieżny! Zatrzymaliśmy te przedmioty po to, żeby je chronić, a nie sprzedać za ułamek ich wartości!

– Wyluzuj, wciąż mam całe złoto.

– Może powinieneś mi je oddać na przechowanie.

– Nic z tego – parsknął Seth. Obrzucił siostrę nieprzyjaznym spojrzeniem. – Ale oddam skarb dziadkowi przy następnej wizycie.

Kendra się odprężyła.

– To mogę zaakceptować.

– Nie mam wyboru, skoro żyję pod jednym dachem z największą pleciugą świata. A gdybym cię przekupił? Wtedy się zamkniesz? Kupiłbym ci superowskie prezenty.

– Nie interesuje mnie lotnia.

– To może być cokolwiek – zasugerował Seth. – Ciuchy, biżuteria, kucyk. Dowolne dziewczyńskie bzdety!

– W tym roku życzę sobie przede wszystkim tego, żeby mój młodszy brat stał się odrobinę uczciwszy, bo wtedy nie musiałabym go niańczyć.

– Za część tego złota byłoby mnie stać na wynajęcie zbirów, którzy cię porwą i wypuszczą dopiero po świętach – zamyślił się chłopiec.

– Powodzenia.

Kendra zmięła listę, po czym rzuciła ją w stronę kosza przy biurku. Nierówna kulka papieru odbiła się od krawędzi i wylądowała na podłodze.

Seth pochylił się na krześle, podniósł zgnieciony papier i wrzucił go do śmieci.

– Niezła celność – skomentował.

– Niezła lista.

Kendra wyszła na korytarz i wróciła do swojego pokoju. Wciąż unosiła się tam woń dymu, więc otworzyła okno, by wpuścić chłodne powietrze. Pomachała rękami, starając się rozwiać swąd, potem zamknęła okno i położyła się na łóżku.

Nawet z dala od Baśnioboru, we własnym domu, pod stałą obserwacją niewidocznych opiekunów, Seth potrafił sprawiać kłopoty! Czasami miała ochotę podzielić się z bratem treścią wiadomości od Pattona. Obecnie tylko z nim mogła rozmawiać o takich sprawach. Nie śmiała jednak udostępnić mu informacji z Dziennika sekretów, gdyż była przekonana, że Seth znajdzie sposób, aby niewłaściwie wykorzystać tę wiedzę.

Jej dyskrecja w kwestii dziennika doprowadziła do spięć między rodzeństwem. Kiedy dyskutowali na ten temat, chłopiec poznawał po ogólnikowych odpowiedziach siostry, że coś przed nim ukrywa. Ponieważ sam nie potrafił odczytać tajemnego pisma, a ona nie chciała podzielić się z nim wiedzą, był bezsilny.

Kendra przewróciła się na brzuch, wsunęła dłoń pod materac i wyciągnęła stamtąd pięć kopert spiętych gumką. Nie musiała czytać listów od Gavina – wszystkie znała na pamięć. Lubiła jednak trzymać je w ręku.

Obiecał, że spróbuje przyjechać jako jeden z ich opiekunów, lecz do tej pory się nie pojawił. Jako poskramiacz smoków dysponował niezwykłymi zdolnościami, które niedawno okazały się potrzebne w odległych częściach świata. Przynajmniej wysyłał listy, które dostarczali Kendrze opiekunowie. W szczegółach opisywał kontakty ze smokami. Wycinał guzy skórne z oślizgłego ciała długiego, smukłego gada. Badał rzadki okaz smoczycy, która żyje w morzu i dezorientuje zdobycz, wypuszczając gęste chmury atramentu. Uratował zespół ekspertów od magicznych roślin przed małym, lecz groźnym smokiem potrafiącym pleść sieci jak pająk.

Chociaż opowieści o gadach były ciekawe, Kendra musiała przyznać, że najbardziej lubiła te fragmenty listów, w których Gavin pisał, że za nią tęskni lub że nie może się doczekać, gdy znów ją zobaczy. W swych odpowiedziach dawała mu do zrozumienia, że i ona bardzo na to czeka, a jednocześnie miała nadzieję, że nie uzna jej za zbyt nachalną. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Gavina. Czyżby w jej wspomnieniach robił się coraz przystojniejszy?

Zadowolona, że przez chwilę mogła potrzymać listy, wsunęła je z powrotem pod materac. Robiła, co mogła, żeby Seth nie zauważył tej korespondencji. I tak uwielbiał dokuczać siostrze, że zadurzyła się w Gavinie. Tylko tego brakowało, żeby znalazł dowody, które w gruncie rzeczy potwierdzały jego domysły!

Na dole rozległ się warkot otwieranych wrót garażu. Wrócili rodzice. Kendra zeskoczyła z łóżka, złapała z biurka dziennik oraz świecę, schowała je na górnej półce w szafie, a potem zasłoniła złożonymi swetrami. Rozpięła plecak, po czym położyła na blacie zeszyt i podręczniki, choć już dawno odrobiła lekcje.

Głęboko odetchnęła. Musiała wytrzymać jeszcze tylko dwa dni szkoły, a później zacznie się przerwa świąteczna. Wtedy się odpręży i pomyśli o dręczących ją problemach. Wyszła z pokoju i ruszyła w stronę schodów, starając się przybrać odpowiednio beztroską minę na powitanie rodziców.

Rozdział IIŻądlikula

Skrzypiący, przybrudzony śnieg okrywał teren wokół liceum imienia prezydenta Wilsona. Kendra zeszła po schodkach na chodnik. Po obu stronach ulicy piętrzyły się nierówne, zakrzepłe hałdy. Choć droga zdawała się wolna, dziewczynka stąpała ostrożnie z obawy przed łatami lodu. Mglista powłoka jasnoszarych chmur nadawała mroźnemu dniu monotonny odcień.

Leniwie kołysząc plecakiem, Kendra zerknęła tam, gdzie zwykle kręcili się jej ochroniarze. Zauważyła Elise, która opierała się o samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy i rozwiązywała krzyżówkę. Nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, ale dziewczynka wiedziała, że ukradkiem ją obserwuje. Już chyba przekroczyła trzydziestkę, była chuda, średniego wzrostu, a jej równa grzywka wydawała się obcięta pod linijkę. Kendra zastanawiała się, czy według Warrena Elise jest ładna.

Skręcając w lewo na chodnik biegnący wzdłuż jezdni, wciąż lustrowała wzrokiem otoczenie. Zwykle dostrzegała Warrena, ale tym razem nie wysilała się, żeby go znaleźć, bo pewnie pilnował Setha.

Dotarła do przejścia dla pieszych i pospiesznie przecięła ulicę, a potem minęła bibliotekę i skierowała się do olbrzymiego centrum rekreacyjnego. Kanciasta budowla z cegły mieściła basen, siłownię, boisko do koszykówki, trzy korty do squasha, szatnie oraz przestronną świetlicę. Kendra pomagała tam jako wolontariuszka codziennie do siedemnastej. Praca była łatwa i dziewczynka miewała nawet wolne chwile, żeby odrobić lekcje.

Zajęcia w najbliższej podstawówce kończyły się wcześniej niż w liceum, więc gdy weszła do świetlicy, dzieciaki już kolorowały obrazki, budowały coś z klocków, kłóciły się o zabawki i biegały w kółko.

– Dzień dobry pani – kilkoro powitało ją przy drzwiach.

Żadne nie zwracało się tu do niej po imieniu.

Rex Tanner stał po przeciwległej stronie sali. Instruował małego piegowatego chłopca, jak karmić rybkę w akwarium. Rex, śniady mężczyzna w średnim wieku pochodzący z Brooklynu, prowadził świetlicę, dbając o swobodną atmosferę. Miał naturalne, przyjacielskie podejście do dzieci. Nic go nie denerwowało.

Kiedy chłopiec skończył karmić rybę, Rex zauważył Kendrę. Pomachał do niej na znak, by podeszła bliżej, i uśmiechnął się szerzej niż zwykle. Miał kręcone włosy, bujne wąsy i lekko barwione okulary, przez co zawsze wyglądał tak, jakby nosił tandetne przebranie. Zbliżywszy się, dziewczynka poczuła, że jak zwykle nie żałował wody kolońskiej.

– Cześć, Rex – powiedziała.

– Miło cię widzieć, Kendro, miło cię widzieć. – Bez względu na to, czy rozmawiał z dziećmi, czy z dorosłymi, Tanner zazwyczaj wysławiał się tak, jakby prowadził przedstawienie dla maluchów. Klasnął i zatarł ręce. – Dziś będziemy poznawać pięć zmysłów. Wymyśliłem bardzo fajne ćwiczenie. Chodź, powiesz mi, co o tym myślisz.

Kendra ruszyła za Reksem do blatu na tyłach sali. Stało tam w rzędzie pięć sześciennych pudełek z kartonu. W bocznej ściance każdego z nich wycięto otwór.

– Mam pomacać to, co znajduje się w środku? – zapytała.

– Bingo! Spróbuj zgadnąć, co tam jest. Zacznij od lewej strony.

Kendra wsunęła dłoń do pierwszego pudełka. Jej palce zsuwały się po niewielkich tłustych kulkach.

– Oślizgłe gałki oczne?

– Obrane winogrona – wyjaśnił Rex. – Sprawdź następne.

Dziewczynka włożyła rękę do kolejnego otworu.

– Jelita?

– Kluski.

Trzecie pudełko mieściło różnej wielkości gumki do wycierania, co zgadła poprawnie. Czwarte z początku wydawało się puste, ale potem namacała tam coś przypominającego ziemniaka. Właśnie otwierała usta, żeby to powiedzieć, gdy poczuła ostry ból w kciuku. Krzyknęła i cofnęła dłoń.

– Co to było?! – zawołała.

– Nic ci nie jest? – spytał Rex.

– Niech zgadnę: kaktus?

Kendra possała opuszkę kciuka. Wyczuła smak krwi.

– Blisko. Owoc opuncji. Jadalny. Dałbym głowę, że usunąłem wszystkie kolce!

Dziewczynka pomachała dłonią.

– Jeden przeoczyłeś.

Rex zamrugał oczami, patrząc gdzieś w dal.

– Przyniosę ci plaster.

Kendra zerknęła na palec.

– Nie trzeba, to tylko drobne ukłucie.

– Może lepiej ograniczymy ćwiczenie do czterech pudełek – postanowił Rex.

– Chyba tak. Co jest w ostatnim? Zardzewiałe żyletki?

– Wilgotne gąbki.

– Wycierałeś nimi potłuczone szkło?

Rex zachichotał.

– Powinny być bezpieczne. – Potem podniósł pudełko z owocem opuncji. – Schowam to w swoim gabinecie.

– Dobry pomysł – powiedziała Kendra.

Gdy odszedł z pudełkiem, zbliżyła się Ronda. Otyła matka trójki dzieci pracowała w świetlicy na pół etatu, zwykle popołudniami.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

– Rex kazał mi pomacać owoc opuncji. Nieźle się ukłułam. Ale nic mi nie jest.

Ronda pokręciła głową.

– Jak na takiego miłego faceta czasami zachowuje się jak bałwan.

– To nic groźnego. Całe szczęście, że nie trafiło na pięciolatka.

Reszta popołudnia minęła spokojnie. Kendra nie miała pilnej pracy domowej, więc mogła się odprężyć i bawić z dziećmi. Poprowadziła grę w komórki do wynajęcia i parę rund zgadywanek. Rex przeczytał bajkę, maluchy śpiewały piosenki, a Ronda akompaniowała im na ukulele. Ćwiczenie z dotykaniem przedmiotów w pudełkach również świetnie się udało. Wkrótce zegar nad umywalką wskazywał 16.55 i Kendra zaczęła zbierać swoje rzeczy.

Właśnie zakładała plecak, gdy podszedł do niej Rex.

– Kendro, mamy problem.

Obróciła się, gorączkowo rozglądając się po sali w poszukiwaniu rozbitego sprzętu albo zranionego dziecka.

– O co chodzi?

– Dzwoni rozzłoszczony rodzic – wyjaśnił Rex. – Pozwolisz na chwilę do mojego gabinetu?

– Jasne – odrzekła, zastanawiając się, co mogło sprowokować ten telefon.

Czy w ostatnich dniach niesprawiedliwie potraktowała któreś z dzieci? Nie przypominała sobie żadnych incydentów. Zmieszana udała się za Reksem do gabinetu. Zamknął drzwi i zaciągnął rolety. Słuchawka telefonu leżała na biurku. Wskazał na aparat.

– Kto dzwoni? – zapytała Kendra scenicznym szeptem.

Rex skinął głową ku najdalszemu krańcowi pokoju.

– Najpierw rzuć okiem za segregator.

Marszcząc czoło, ruszyła w stronę wysokiej metalowej szafy na dokumenty. Zanim dotarła na miejsce, wyszła zza niej jakaś dziewczynka. Dziewczynka wyglądająca dokładnie jak Kendra. Tego samego wzrostu, z takimi samymi włosami oraz taką samą twarzą. Mogłaby to być jej bliźniaczka albo efekt jakiejś lustrzanej sztuczki. Kopia Kendry przekrzywiła głowę, uśmiechnęła się i pomachała.

Kendra zamarła, usiłując zrozumieć to przedziwne zjawisko. W ostatnich latach widziała wiele niemożliwych rzeczy, ale niczego równie zaskakującego.

Wykorzystując moment oszołomienia, Rex zaatakował od tyłu. Objął ją ramieniem wokół klatki piersiowej i mocno przyciągnął. Twarz oraz nos dziewczynki przykrył szmatą o ostrym zapachu. Wiła się i rzucała, ale od oparów prędko zakręciło jej się w głowie. Pokój zaczął się kołysać, a Kendrze nagle zrobiło się wszystko jedno. Otumaniona osunęła się na Reksa i straciła przytomność.

* * *

Kendra stopniowo dochodziła do siebie. Najpierw usłyszała odległy gwar dzieci i rodziców. Gdy leniwie spróbowała się rozciągnąć, okazało się, że ma spętane ręce i nogi. Wracała jej przytomność; przypomniała sobie o kopii samej siebie, a także o niezrozumiałym ataku Reksa. Chciała krzyknąć, ale przekonała się, że usta zakneblowano jej kawałkiem zwiniętego materiału.

Dopiero wtedy otworzyła oczy. Leżała na ziemi za biurkiem Reksa, przywiązana do długiego fragmentu sklejki. W głowie czuła pulsujący ból. Usiłowała się szarpać, ale więzy trzymały mocno, a deska skutecznie ją unieruchamiała. Spanikowana Kendra oddychała przez nos i nasłuchiwała. Głosy dzieci i rodziców cichły, aż wreszcie całkiem umilkły.

Po głowie kołatały jej się bezładne myśli. Czy mogłaby wezwać wróżki na pomoc? Od miesięcy żadnej nie widziała. Czy w obecnej sytuacji wróżkokrewność zapewniała jej przewagę? Nie miała żadnego pomysłu. Przydałby się paracetamol, naprawdę pękała jej głowa. Może Warren ją uratuje. Albo Elise. Żałowała, że nie pilnował jej Gavin. Gdzie on teraz jest? Ostatni list przyszedł z Norwegii. Dlaczego wepchnęli jej do ust tyle materiału? Wypalała się jedna z jarzeniówek pod sufitem. Czy Ronda zauważy brak Kendry i zacznie jej szukać? Nie, właśnie dlatego potrzebny był sobowtór. Warren oraz Elise też pewnie dadzą się nabrać. Skąd wziął się intruz? Czy Rex jest członkiem Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej? Jeśli tak, to chyba jakimś agentem śpiochem – przecież pracował w świetlicy od lat.

Otworzyły się drzwi do gabinetu. Na moment w Kendrze obudziła się rozpaczliwa nadzieja, potem stanął nad nią Rex.

– Tylko ty i ja, mała – powiedział miłym tonem i kucnął.

Kendra wydawała nieartykułowane dźwięki, wpatrując się w niego błagalnie.

– Nie podoba ci się knebel, co?

Pokręciła głową.

– Będziesz trzymać gębę na kłódkę? Bo jak nie, to możesz mi wierzyć, że natychmiast znowu cię uśpię. – Rex otworzył szufladę biurka, skąd wyjął niewielką butelkę oraz szmatkę. Odkorkował naczynie, zwilżył materiał, po czym odłożył na bok. – Tylko krzyknij, a pożałujesz. Jeżeli myślisz, że teraz boli cię głowa, to poczekaj do następnej dawki. Rozumiemy się?

Kendra pokiwała głową. Patrzyła na niego szeroko otwartymi, wilgotnymi oczami.

Rex zerwał jej z ust taśmę i wyciągnął przesiąknięty śliną materiał. Dziewczynka oblizała wargi. Miała zupełnie suchy język.

– Rex, dlaczego?

Uśmiechnął się, mrużąc oczy za lekko barwionymi szkłami.

– Rex nigdy by ci tego nie zrobił, mała. Jeszcze nie skapowałaś? Nie jestem Rex.

– Jesteś zmiennokształtną istotą?

– Ciepło.

– Było was dwóch – zgadła Kendra. – Tak jak mnie.

Rex usiadł na krześle przy biurku.

– Chcesz poznać całą prawdę? W rzeczywistości pochodzę z drzewa. Pierwotnie byłem owocem. Żądlikulą. Nie powinniśmy już istnieć, ale oto jestem.

– Nie rozumiem.

W kącikach jego ust zagościł niewyraźny uśmiech.

– Kiedy włożyłaś rękę do pudełka, ukłuła cię żądlikula. Trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie. Zmieniają się w pierwszą żywą istotę, jaką zranią.

– Mój klon wcześniej był owocem opuncji?

– Jesteśmy niesamowite. Metamorfoza następuje mniej więcej po półtorej godziny. Podczas transformacji nadal czerpiemy materię i składniki pokarmowe z drzewa, z którego nas zerwano. Następnie ta niezwykła więź ustaje, żyjemy przez trzy czy cztery dni, a potem puf! Umieramy.

Dziewczynka wpatrywała się w Reksa, rozmyślając nad konsekwencjami tego, co usłyszała.

– Więc Kendra-żądlikula będzie mnie udawać.

– Jest imponującym duplikatem. Dysponuje nawet większością twoich wspomnień. Świetnie się sprawdzi w tej roli. Twoi opiekunowie wcale się nie połapią.

Kendra zmarszczyła brwi.

– Skoro ma moją osobowość, to dlaczego mi nie pomaga?

Rex złożył dłonie w piramidkę i postukał o siebie czubkami palców.

– Nie osobowość, ale wspomnienia. W każdym razie większość. Jak każda żądlikula posiada własną świadomość. Podobnie jak ja. To, że mam dostęp do pamięci Reksa, nie oznacza, że on mną rządzi. My, żądlikule, podporządkowujemy się poleceniom, które otrzymamy po transformacji. Wykonuję określone zadanie. Rex był skomplikowany. Ja nie. Stworzono mnie, żebym cię porwał. Gdy Ronda prowadziła zajęcia muzyczne, ja wydawałem instrukcje twojemu duplikatowi.

– Dlaczego nie sprzeciwisz się rozkazom i mnie nie uwolnisz? Ludzie, którzy cię stworzyli, są źli! Chyba nie chcesz pomagać złoczyńcom?

Rex zachichotał i uśmiechnął się szeroko.

– Niepotrzebnie strzępisz sobie język, Kendro. My, żądlikule, odznaczamy się ślepą lojalnością. Nasza świadomość działa inaczej niż twoja. Robimy to, do czego nas zaprogramowano. Chociaż Rex ciepło o tobie myśli, ja postrzegam cię wyłącznie jako wroga. Niefart. Będę żyć jeszcze przez dzień, może dwa. Muszę wypełnić misję.

– Co ze mną zrobisz? – szepnęła Kendra.

– Dostarczę cię mojemu stwórcy.

– Kto cię stworzył?

Rex uniósł brwi.

– Zobaczysz.

– Czy wybieramy się daleko stąd?

Wzruszył ramionami.

– Czy stoi za tym Sfinks?

– Powinienem znać to imię?

Kendra zacisnęła usta.

– Jakie polecenia ma druga żądlikula?

– Przede wszystkim ma udawać ciebie. Tylko pomyśl, jak łatwo będzie się z tobą wymknąć, jeśli opiekunowie uwierzą, że śpisz w najlepsze w swoim łóżeczku.

– A jej inne zadania?

Rex pokiwał głową i pochylił się naprzód.

– Uprzedzili mnie, że będziesz zadawała masę pytań i spróbujesz mnie przekonać, żebym ci pomógł. Kazali, żebym ci wytłumaczył, co się stało. Podobno to cię uspokoi. Nie mówili więcej, niż muszę wiedzieć, a ja przekazałem ci wszystko, co mogłem.

– Kto cię zaprogramował?

– Skończyliśmy rozmowę.

– Rex, nie rób tego. Znasz mnie, nie chcesz zrobić mi krzywdy. Rex, oni mnie zabiją. Zrobią krzywdę moim bliskim. Proszę, nie ulegaj im, to sprawa życia i śmierci. Oni chcą zniszczyć świat.

Uśmiechnął się tak, jakby słyszał słowa urocze i żałosne zarazem.

– Dość pogaduszek. Jestem nieźle zorientowany. Żyję w tej skórze już od ponad doby. Nie można mi namieszać w głowie ani do niczego mnie namówić. Posłuchajmy muzyki. Lubię muzykę. Nigdy dotąd nie miałem uszu. Nie krzycz i nie kombinuj. Tylko pogorszysz sprawę.

Rex włączył radio na biurku i podkręcił głośność. Kendra zrozumiała, że gdyby ośmieliła się awanturować, dźwięki klasycznego rocka zagłuszyłyby hałas. Brzęk gitar i krzyk wokalisty sprawiały, że nie potrafiła się skupić.

Czy ktokolwiek przejrzy ten podstęp? Czy Warren przyjdzie jej na ratunek? Albo Elise? Albo Seth? Jak mogliby się zorientować, że ktoś zajął jej miejsce? Przecież jej samej ani przez chwilę nie przyszło do głowy, że Rex to tylko podróbka, dopóki sam się nie ujawnił. Skoro fałszywa Kendra znała jej wspomnienia, to jaką wiedzą mogła się podzielić z wrogami? Co mogła ukraść? Kogo mogła skrzywdzić?

Rex wciąż siedział obok niej, cierpliwie ją obserwował, a od czasu do czasu grał na wyimaginowanej perkusji. Wyglądało na to, że nawet na moment nie traci czujności. Kendra nie widziała żadnej szansy na ratunek. To perfekcyjna, niespodziewana pułapka. Na pewno stał za nią Sfinks. Czy Rex ją do niego zabierze? Kiedy? Zamknęła oczy, starała się nie słyszeć muzyki i rozpaczliwie usiłowała wymyślić jakiś plan.

Rozdział IIIIntruz

Przeżuwając kawałek tosta, Seth przyglądał się siostrze, która wsypywała sobie do miski olbrzymią stertę płatków kakaowych. Kiedy dolała mleka, ryż zaczął trzeszczeć, stos się uniósł, a część płatków wysypała na stół. Dziewczynka zgarnęła je na dłoń, a potem włożyła do ust. Następnie zaczęła wiosłować łyżką w misce.

– Głodna dzisiaj jesteś, co? – zapytał Seth.

Kendra zerknęła na brata.

– Pychota!

– To twoja trzecia porcja. Jesteś na jakiejś antydiecie?

Wzruszyła ramionami i nałożyła sobie do ust kolejną łyżkę płatków.

– Pewnie po prostu przeżywasz żałobę – stwierdził złośliwie Seth, po czym ugryzł następny kęs tosta. – Ostatni dzień lekcji przed Nowym Rokiem. Zero testów, zero zadań domowych. Co ty teraz poczniesz?

– Dzisiaj w szkole niewiele się dzieje. Może nie pójdę.

Seth parsknął śmiechem.

– Akurat! Niezły żart. A dokąd pójdziesz? Do kina? A może do salonu gier?

Kendra wzruszyła ramionami. Chłopiec przyjrzał się siostrze.

– Co z tobą dzisiaj? Prawie nigdy nie ruszasz moich płatków.

– Chyba zapomniałam, jakie są pyszne.

Rozbawiony Seth pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Wiesz co, już prawie dotarłaś na dno pudełka, gdzie zbiera się czekoladowy pył. Jest bardzo dobry. Nie krępuj się.

Kendra zajrzała do paczki, powąchała, a potem wysypała całość do miski. Zamieszała i jadła dalej. Po chwili szeroko otworzyła oczy.

– Masz rację.

– Koniecznie wypij całe mleko ze spodu. Resztki są najlepsze.

Dziewczynka kiwnęła głową, po czym łyknęła kolejną porcję.

Seth spojrzał na zegar.

– Powinienem już lecieć na przystanek, chyba że na serio chcesz się urwać z lekcji. Bo jeśli tak, to zostanę, żeby obejrzeć ten cud.

Kendra zerknęła na brata, jakby kusiła ją ta perspektywa, a następnie przewróciła oczami.

– Za dobrze mnie znasz, żeby w to uwierzyć.

– Czyżby? Prawie się nabrałem. Tata już wyszedł do pracy, a mama na warsztaty malarskie. Uszłoby nam na sucho.

– Lepiej się pospiesz. Jeżeli spóźnisz się na autobus, to nie ma kto cię zawieźć do szkoły.

Seth złapał plecak i ruszył do drzwi.

– Nie zostawiaj bałaganu na stole! – zawołała Kendra.

– Posprzątasz po mnie? Pozwoliłem ci zjeść najsmaczniejszą część płatków.

– Ale ty jesteś nieznośny!

Seth wyszedł z domu. Wciąż był zły, że siostra pokrzyżowała mu plany Gwiazdki ufundowanej za baśnioborskie złoto. Cała jego robota – wożenie baterii do rezerwatu na wymianę z satyrami, odebranie zapłaty od nypsików, oddanie dziadkowi tylko części złota i wywiezienie reszty do domu – poszła na marne. Z drugiej strony, mógłby zostawić sobie część skarbu, a potem udać, że podczas najbliższej wizyty w Baśnioborze zwrócił wszystko. Chociaż kto wie, kiedy nadarzy się okazja wymiany złota na gotówkę, skoro cały czas ma Kendrę na karku?

Dziś rano siostra zachowywała się naprawdę dziwnie. Kiedy wszedł do łazienki, wąchała ozdobne mydło. I nie to, że tylko poniuchała – trzymała lawendowe różyczki w złożonych dłoniach i wdychała ich zapach z zamkniętymi oczami. Poza tym Seth wiedział z doświadczenia, że pożarcie trzech olbrzymich misek słodkich płatków to murowany sposób na poważny ból brzucha. Zwykle Kendra jadała niewielkie zdrowe śniadania. No i jeszcze to gadanie o wagarach? Nawet jeśli tylko żartowała, to całkiem nie w jej stylu. Żałował, że poddała mu myśl o urwaniu się ze szkoły. Perspektywa była bardzo atrakcyjna.

Na widok żółtego autobusu szkolnego wyjeżdżającego zza zakrętu Seth pognał na przystanek, uważając, żeby nie się poślizgnąć i nie wywalić na oczach widowni. Zdążył w samą porę. Prędko zaczął myśleć o wygłupach z kolegami.

* * *

Kiedy po lekcjach schodził po schodkach autobusu, czuł się tak, jakby ogromny ciężar spadł mu z serca. Przerwa zimowa to nic w porównaniu z letnimi wakacjami, ale i tak jest dostatecznie długa, by można było udawać, że szkoła skończyła się już na zawsze. Idąc do domu, Seth kopał w pryzmy zamarzniętego śniegu i z każdym uderzeniem rozpryskiwał lodową mgiełkę. Drzwi wejściowe były zamknięte. Mama wspominała, że pójdzie załatwić parę spraw. Wyjął klucz i otworzył zamek.

W kuchni zaczął buszować w szafkach w poszukiwaniu jakiejś przekąski. Skończyło się wszystko, co najlepsze, więc zadowolił się nachosami oraz mlekiem czekoladowym. Potem rozłożył się przed telewizorem i zaczął skakać po kanałach. Oczywiście nie puszczali nic ciekawego, tylko talk-show albo jeszcze gorsze rzeczy. Wytrwał przez chwilę z nadzieją, że skoro nie ma co liczyć na jakość, to może przynajmniej na różnorodność, ale w końcu się poddał. Gdy zrezygnowany zgasił telewizor, nagle doznał olśnienia.

Mama wyszła. Tata był w pracy. I chyba po raz pierwszy od bardzo dawna Kendra również przebywała poza domem. Wiedział, że jego siostra od czasu do czasu dostaje listy od Gavina. W październiku, kiedy szukał Dziennika sekretów, natrafił na dwie wiadomości zakopane w szufladzie ze skarpetkami. W obu była cała masa superowskich informacji o smokach. Ale potem Kendra znalazła nową kryjówkę. Seth był przekonany, że od tamtej pory otrzymała jeszcze parę listów, ale dotąd nie miał okazji do szczegółowych poszukiwań.

Pognał po schodach na górę. Czuł się podekscytowany, ale gnębiły go także lekkie wyrzuty sumienia. Podreptał do pokoju Kendry i zajrzał między regał a ścianę. Nic. Kiedyś trzymała tam Dziennik sekretów. Widocznie on też trafił w mniej oczywiste miejsce.

Seth zaczął otwierać szuflady. Ostrożnie szperał wśród starannie poskładanych ubrań. W głębi duszy miał ochotę przyspieszyć poszukiwania, wywalając wszystkie te jej śmiecie na podłogę i przewracając meble, ale oczywiście nie mógł pozostawić żadnych śladów wizyty. Po co jego siostrze tyle szuflad? Po co tyle ciuchów? Kiedy praca wydawała się ciągnąć w nieskończoność, Seth zrozumiał, jak bardzo chce zobaczyć te listy.

Stanął na środku pokoju i wziął się pod boki. Na przemian zerkał to wysoko, to nisko. Kendra nie była głupia. Gdzie mogła schować listy? Gdzie jest ta sprytna kryjówka? Może przykleiła je pod biurkiem? Nie, nic z tego. Albo w otworze wentylacyjnym w ścianie? Tam też nie. Między kartkami gigantycznego słownika? Kolejne pudło.

Zaczął szperać w szafie. Może w pudełku z butami? W którymś z butów? Może na półce? Na samej górze, za stertą swetrów, odnalazł Dziennik sekretów i ogarek umitkowej świecy.

Zdziwił się, że schowała coś tak ważnego w stosunkowo oczywistym miejscu. On ukryłby go za izolacją na strychu albo gdzieś indziej, gdzie naprawdę nikt nie zagląda.

Kendra nie wiedziała, że już kiedyś znalazł dziennik. Zapalił wtedy umitkową świecę, poprzyglądał się enigmatycznym symbolom, zrozumiał, że nigdy nie pozna treści tej książki, o ile siostra mu jej nie przetłumaczy, więc starannie odłożył dziennik za regał.

Teraz otworzył go, na wypadek gdyby Kendra schowała tam listy. Nic z tego, tylko puste kartki. Przeszło mu przez myśl, żeby ukryć tom gdzieś indziej. Siostra miałaby nauczkę, żeby chować księgę w bezpieczniejszym miejscu. Ale oczywiście wtedy dowiedziałaby się, że u niej myszkował, i byłyby z tego same kłopoty.

I właśnie w tej chwili Kendra bez ostrzeżenia weszła do pokoju.

Seth zamarł bez ruchu. Popatrzył na siostrę, a potem na dziennik, który trzymał w ręku. Skąd ona się wzięła w domu? Przecież powinna być w świetlicy jeszcze przez godzinę!

– Co ty tu robisz? – zapytała oskarżycielskim tonem.

Usiłował zachować spokój, ochłonąć z zaskoczenia i obmyślić wiarygodną wymówkę. Dostrzegając surowe spojrzenie siostry, oparł się pokusie, żeby schować dziennik za plecami. Za późno. Wszystko widziała.

– Chciałem się upewnić, że znajduje się w bezpiecznym miejscu.

– Nie masz prawa tu wchodzić i grzebać w moich rzeczach – oznajmiła stanowczo.

– Nic nie zepsułem. Po prostu się nudziłem. – Uniósł dziennik. – Kiepsko go ukryłaś.

Zaciśnięte pięści Kendry aż drżały. Kiedy się odezwała, ledwo panowała nad sobą.

– Nie udawaj, że jesteś moim stróżem. Przede wszystkim musisz przyznać, że to, co zrobiłeś, było złe. Nawet nie próbuj mi wmówić, że to w porządku.

– Naruszyłem twoją prywatność – zgodził się.

Dziewczynka odrobinę się odprężyła.

– I czy to dobrze, czy źle?

– Źle, że dałem się złapać.

Kendra poczerwieniała. Przez chwilę wydawało się, że rzuci się na brata. Seth był zaskoczony gwałtownością jej reakcji.

– Robiłeś to już wcześniej? – zapytała napiętym głosem.

Wiedział, że może ją udobruchać. Ale kiedy ktoś się na niego tak wściekał, nawet słusznie, Seth wpadał w wojowniczy nastrój.

– Uwierzyłabyś, że wcześniej wróciłaś do domu akurat wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu zakradłem się do twojego pokoju? To się nazywa pech!

– Wiem, że tobie wszystko wydaje się jednym wielkim żartem. Że nie obowiązują cię żadne zasady. Ale nie puszczę ci tego płazem.

Seth rzucił dziennik na łóżko.

– Wyluzuj. Przecież i tak nic w nim nie przeczytam.

Kendra fuknęła.

– Dziwię się, że w ogóle z własnej woli chciałbyś coś czytać.

– Wiesz, co lubię czytać? Listy miłosne. Wprost za nimi przepadam.

Kendra zatrzęsła się z wściekłości. Seth zauważył, że zerknęła w stronę łóżka. Usiłował się nie uśmiechnąć. Co z nią dzisiaj? Zwykle była sprytniejsza. I mniej wkurzona.

– Wynocha – syknęła. – Niech tylko rodzice wrócą do domu.

– Chcesz w to wciągnąć rodziców? Powiesz im o listach od Gavina i tajnym dzienniku z Baśnioboru? Gdzie ty masz mózg?

Kendra rzuciła się na brata z gniewnym grymasem na twarzy. Seth był od niej wyższy, ale tylko trochę. Zaczął się wycofywać, osłaniając się od wściekłych ciosów. Co się z nią działo? Celowała w twarz zaciśniętymi pięściami! Kiedy byli młodsi, często się szarpali, ale nigdy nie atakowała go w taki sposób. Nie chciał przygwoździć jej do ziemi ani odepchnąć – to by ją tylko bardziej rozjuszyło. Dlatego po prostu odbijał ciosy najlepiej jak mógł, a jednocześnie kierował się do drzwi i szykował do ucieczki.

Na szczęście Kendra nie wybiegła za nim na korytarz. Zatrzymała się w progu, miała dziki wzrok, a dłońmi ściskała framugę, jakby tłumiła żądzę krwi. Na parterze zawarczały otwierane wrota garażu. Mina Kendry z wściekłej zmieniła się w zmartwioną, a może i zawstydzoną.

– Nie zbliżaj się do mojego pokoju – powiedziała drewnianym głosem, po czym zamknęła drzwi.

Wróciwszy do siebie, Seth przyjrzał się siniejącym stłuczeniom na przedramionach. Z jego siostrą coś było naprawdę nie w porządku. Czyżby miała kłopoty w szkole? Dostała jakąś czwórkę? A może przyszły złe wieści od Gavina? Bez względu na przyczynę przez najbliższe dni powinien traktować ją ulgowo. Najwyraźniej coś zdenerwowało Kendrę na tyle, żeby wywołać drastyczną zmianę osobowości.

* * *

W środku nocy Setha zbudziło ciche stukanie w szybę. Usiadł na łóżku, zamrugał oczami i spojrzał na elektroniczny budzik – było siedemnaście po trzeciej. Jedyne źródło światła w uśpionym pokoju stanowił właśnie zegarek, a także księżyc prześwitujący przez łagodnie lśniące zasłony. Czy naprawdę słyszał pukanie? Z powrotem opadł na poduszkę, skulił się i owinął kołdrą. Zanim zapadł w sen, stukanie się powtórzyło, tak łagodne, że mogła to być tylko gałązka ocierająca się o szybę na wietrze. Tyle że za oknem nie rosło żadne drzewo.

Rozbudzony świadomością, że to nie halucynacja, wstał z łóżka i podszedł do okna. Gdy odsunął zasłonę, zobaczył nieco wymizerowanego Warrena, który przykucnął na krawędzi dachu.

Chłopiec sięgnął do klamki, lecz się zawahał. Już kiedyś się sparzył, pochopnie otwierając okno. Na tym świecie istniały stwory posługujące się iluzją dla ukrycia prawdziwego wyglądu.

Warren skinął głową na znak, że rozumie tę niepewność. Wskazał ulicę. Gdy Seth przycisnął policzek do szyby, zobaczył Elise obok jednego z aut, którymi jeździli. Pomachała mu na powitanie.

Co prawda nie był to niezbity dowód, ale wystarczył, by go przekonać. Otworzył okno. Do pokoju wpadło zaskakująco zimne powietrze.

Warren wszedł do środka. Po raz pierwszy któryś z opiekunów odwiedzał dzieci w domu. Kiedy Tanu pełnił służbę, sporo rozmawiał z Sethem, ale zawsze na dworze. Wizytę Warrena musiało sprowokować coś niezwykłego.

– Nie zmienisz się w goblina i nie będziesz próbował mnie zabić? – szepnął chłopiec.

– To naprawdę ja – zapewnił Warren – ale chyba nie powinieneś mnie wpuszczać nawet po zobaczeniu Elise. Stowarzyszenie nie cofnie się przed niczym, żeby się do was dobrać.

– Mam iść po Kendrę?

Warren uniósł dłonie.

– Nie, specjalnie przyszedłem do ciebie w taki sposób, żebyśmy mogli pomówić na osobności. Elise i ja martwimy się o twoją siostrę. Czy ostatnio zachowywała się dziwnie?

Seth poczuł wyrzuty sumienia.

– Dzisiaj nie była sobą. To głównie moja wina. Przyłapała mnie, jak szperałem w jej pokoju, i dostała szału.

Warren spojrzał na niego w zamyśleniu.

– Czy jej reakcja wydała ci się przesadzona?

Przez moment Seth nic nie mówił.

– Nie powinienem był tam wchodzić. Miała prawo się wkurzyć. Ale rzeczywiście zareagowała gwałtownie.

Warren pokiwał głową, jakby ten opis pokrywał się z jego oczekiwaniami.

– Dziś w nocy, tuż po pierwszej, Kendra wymknęła się z domu. Przeszła przez płot z tyłu. Elise stała wtedy na warcie. Zauważyła Kendrę i śledziła ją z bezpiecznej odległości.

– Kendra wie, że nie wolno jej nigdzie chodzić bez was – przerwał mu Seth. – Dlaczego miałaby się wymykać? To do niej niepodobne.

– Masz rację, to nie pasuje do jej sposobu zachowania, ale zaraz usłyszysz coś znacznie gorszego. Elise poszła za nią do skrzynki pocztowej, gdzie twoja siostra wrzuciła list. Seth, musisz zrozumieć, że nasza misja polega na tym, żeby strzec was przed wpływami z zewnątrz, a to oznacza również ochronę przed wami samymi. Kiedy Elise upewniła się, że Kendra bezpiecznie wróciła do domu, a ja stanąłem na straży, wróciła do skrzynki, dostała się do środka, znalazła tę kopertę i sprawdziła jej zawartość.

– Czytacie naszą pocztę? – spytał zaniepokojony Seth.

– To rutynowa kontrola – zapewnił go Warren. – Musimy mieć pewność, że niechcący nie zdradzicie poufnych informacji. Zwłaszcza w przypadku listu wysłanego w tak podejrzanych okolicznościach. Nie zaglądamy do listów, które przesyłacie za naszym pośrednictwem do dziadków, a jedynie do korespondencji z osobami trzecimi.

– Domyślam się, że Kendra dała plamę?

Warren uniósł kopertę.

– Tej wiadomości nie wysłała przez pomyłkę. Zobacz sam.

Seth wziął od niego list. Warren zapalił latarkę. Przesyłkę zaadresowano do osoby o nazwisku T. Barker na skrytkę pocztową w Monmouth w stanie Illinois.

– Wiesz, kto to jest? – spytał chłopiec.

– Nie mam pojęcia. Kojarzy ci się z czymś?

Seth zastanawiał się przez moment.

– Nie kojarzę żadnych Barkerów. Jeśli dobrze pamiętam, nie znamy nikogo w Illinois.

– Przeczytaj list.

Koperta została otwarta po mistrzowsku. Żadnego rozdarcia ani śladu kontroli. Z łatwością można by ją ponownie zakleić i wysłać. Seth wyjął złożoną kartkę i przeczytał, co następuje:

Droga Torino,

Bacznie mnie tu pilnują. Nie mam pojęcia, czy znajdę okazję, żeby przesłać więcej informacji. Nie wiem, czy telefon nie jest na podsłuchu, więc ograniczę się do listów. Swoją drogą jak na razie wszystko idzie dobrze. Nikt niczego nie podejrzewa, choć z Sethem są same kłopoty.

Mam ważne wiadomości. Znaleźli jeden z artefaktów! Chronometr jest w ich posiadaniu w Baśnioborze. Dysponują też dziennikiem Pattona Burgessa. Twierdzi w nim, że zna położenie dwóch kolejnych. Nie opisał go bezpośrednio, ale ukrył wskazówki w tajnej komnacie na końcu części lochu zwanej Korytarzem Lęku.

Spróbuję wysłać następny list, jeśli dowiem się czegoś istotnego. Zanim skończę swoją misję, postaram się schować dziennik Pattona na drzewie w pobliżu starego domku nad strumykiem, który płynie wzdłuż Hawthorn Avenue.

Łączę serdeczności

Kendra Sorenson

Seth podniósł wzrok na Warrena.

– O co tu chodzi?

– Całe szczęście, że sprawdzamy listy, chociaż nie spodziewaliśmy się czegoś takiego. Wyobraź sobie, co by było, gdyby ta wiadomość trafiła w niepowołane ręce.

– To chyba jej pismo.

– Jestem pewien, że autorką listu jest Kendra.

– Czy Vanessa wydostała się ze Skrzyni Ciszy? Może sterowała Kendrą we śnie?

Warren pokręcił głową.

– Wziąłem to pod uwagę i skontaktowałem się z waszym dziadkiem. Sprawdził. Vanessa nadal jest w niewoli. Ale być może dobrze rozumujesz.

– Albo ktoś steruje Kendrą, albo padła ofiarą szantażu. Nigdy by nas nie zdradziła! Nie z własnej woli!

– Rzeczywiście nie wyobrażam sobie, żeby mogła to zrobić. Jednak trudno nie dostrzec w tym liście umyślnej zdrady i działania na naszą szkodę. Elise nie zna Kendry zbyt dobrze. Chce ją aresztować.

Seth wstał.

– Nie może zamknąć Kendry!

– Uspokój się. Nie mówię, że to jedyne rozwiązanie. Ale biorąc pod uwagę stawkę, niezależnie od obranej metody, trzeba natychmiast uciszyć twoją siostrę. Nie chcę jej więzić, ale musimy zbadać sytuację.

– Może najlepsza będzie konfrontacja? – zastanawiał się Seth. – Pokażemy jej list i zobaczymy, jak zareaguje?

– Chętnie poznałbym jej wyjaśnienie. Jak dotąd nie przychodzi mi do głowy nic racjonalnego.

– Chyba że ktoś nią steruje.

Warren wzruszył ramionami.

– Po lekturze tego listu nic mnie nie zdziwi. Bez względu na wszystko nie wolno nam zwrócić uwagi waszych rodziców.

– Chcesz z nią porozmawiać już teraz?

– Nie możemy czekać. Poza tym działając natychmiast, uda się nam ją zaskoczyć. Jeśli będzie trochę senna, mamy szansę usłyszeć szczere odpowiedzi.

– W porządku. – Seth zaprowadził Warrena do drzwi. – Rzeczywiście nie powinniśmy obudzić rodziców.

– Nie lubią, kiedy obcy ludzie odwiedzają po nocy ich dom?

Seth zaśmiał się ponuro.

– Nie byłaby to przyjemna scena.

– Chodźmy dowiedzieć się, dlaczego twoja siostra wysyła niebezpieczne listy.

Chłopiec pokierował Warrena na korytarz, a potem na palcach podeszli do drzwi Kendry. Seth delikatnie poruszył gałką.

– Zamknięte – powiedział bezgłośnie. Nachylił się do mężczyzny. – Nie potrzebujemy klucza. Wystarczy szpilka albo spinacz do papieru. Jakiś cienki przedmiot, który można włożyć w dziurkę, żeby wypchnąć blokadę.

Warren uniósł palec, a następnie wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak profesjonalny zestaw wytrychów. Po cichu wsunął jedno z podłużnych narzędzi do małego otworu w gałce. Blokada pstryknęła. Schował przybory, po czym szybkim ruchem otworzył drzwi i wszedł do pokoju, a Seth w ślad za nim.

Kendra siedziała po turecku na łóżku i czytała list. Podniosła wzrok, początkowo zdenerwowana, a później speszona, gdy rozpoznała Warrena.

– O co chodzi? – spytała.

Seth zamknął drzwi.

– Wcześnie wstałaś – stwierdził Warren.

– Nie mogłam zasnąć – odparła, składając kartkę.

– Musimy porozmawiać.

Kendra niezręcznie poruszyła się na łóżku.

– Dlaczego?

Warren uniósł w dłoni kopertę, którą wysłała tej nocy.

Przez moment na jej twarzy malowało się niekłamane przerażenie. Potem skrzywiła się ze złości.

– Jak śmiesz szperać w mojej prywatnej...

– Nawet nie próbuj – przerwał jej Warren. – Chcę natychmiast usłyszeć szczere odpowiedzi albo cię stąd wywieziemy. W tym liście nie ma nic prywatnego. To ewidentna zdrada. Dlaczego, Kendro? Masz nam to czym prędzej wyjaśnić.

Dziewczynka rozglądała się po pokoju rozbieganym wzrokiem, rozpaczliwie szukając odpowiedzi.

– Nie wysłałam go do wroga.

– Tego nie powiedziałem – odrzekł Warren. – Przekazanie takiej informacji komukolwiek spoza naszego zaufanego kręgu to wystarczający dowód nielojalności. Nigdy nie słyszałem o Torinie Barker. Kto to jest?

– Warren, błagam, musisz mi zaufać, przecież wiesz, że nigdy bym...

– „Postaram się schować dziennik Pattona na drzewie w pobliżu starego domku nad strumykiem, który płynie wzdłuż Hawthorn Avenue” – przeczytał Warren. Potem opuścił list. – Masz rację, Kendro, nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś zdolna do takiej zdrady. Wytłumacz się.

Dziewczynka bezgłośnie otwierała i zamykała usta. Nagle w jej oczach pojawiły się ból i niepokój.

– Warren, proszę, nie zadawaj więcej pytań, musiałam to zrobić, zmusili mnie, nie mogę tego wyjaśnić.

Mężczyzna przypatrywał się jej przenikliwie.

– To mi wygląda na jakąś grę. Seth?

– Ona kłamie – zgodził się chłopiec.

Nagle Kendra wpadła w gniew.

– Nie mogę uwierzyć, że traktujecie mnie w ten sposób.

– A ja nie mogę uwierzyć, że tak niezdarnie miotasz się między różnymi taktykami – odparł Warren. – Z kim rozmawiam? Mam wątpliwości, czy te słowa dyktuje umysł Kendry.

– Warren, to ja. Oczywiście, że ja. Pamiętasz, jak pomogłam cię odczarować, kiedy byłeś albinosem? Albo jak razem z Vanessą walczyliśmy z tą trzygłową panterą? Zapytaj mnie, o co tylko chcesz.

– Dlaczego zapomniałaś szyfru do swojej szafki?

– Co?

– Obserwowałem cię dziś w szkole. Musiałaś pójść do sekretariatu, żeby pomogli ci otworzyć szafkę. Dlaczego?

– A dlaczego ludzie w ogóle coś zapominają? – odparła Kendra drżącym głosem. – Szyfr po prostu wyleciał mi z głowy.

– Dlaczego wcześniej wróciłaś ze świetlicy? – zapytał Seth.

– Rex jest chory. Pani, która go zastępuje, uznała, że jeśli chcę, to mogę iść.

Chłopiec zrobił krok w jej stronę.

– To nie w stylu Kendry. Warren, masz rację. To nie ona. Chyba od samego rana jest kimś innym.

– Jestem twoją siostrą – upierała się dziewczynka, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. Wepchnęła dłonie do kieszeni.

Seth pokiwał palcem.

– Nie. Na pewno nie jesteś moją siostrą. Wiesz, czym jesteś? Jesteś wieprzem! Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zeżarł tyle płatków!

Warren złapał ją za ramię.

– Pójdziesz ze mną. Kimkolwiek jesteś, zmusimy cię, żebyś uwolniła umysł Kendry – oznajmił ostrym tonem.

Kendra przyłożyła wolną rękę do ust i przełknęła. Warren pchnął ją na łóżko. Usiłował zmusić dziewczynkę do wymiotów.

– Już za późno, Warren – powiedziała z jego palcem w ustach. Zaczęła się krztusić. – Działa błyskawicznie, prawie nie pozostawia śladów. Wszyscy pomyślą, że to wylew.

– To była trucizna? – spytał oszołomiony Seth.

Kendra wydęła usta i pokiwała głową.

– Możesz się pożegnać ze starszą siostrą. Mam nadzieję, że jesteście – na chwilę zatkało ją w gardle, ale dała jeszcze radę wydukać: – z siebie dumni.

Jej ciałem wstrząsnęły konwulsje.

– Zrób coś! – zawołał Seth.

Warren rzucił się naprzód. Ścisnął brodę Kendry.

– Kimkolwiek jesteś, zapłacisz za to.

– Wątpię – wykrztusiła.

Drgawki ustały. Warren zbadał puls na jej szyi.

– Nie oddycha.

Przyłożył ucho do piersi dziewczynki, a potem zaczął reanimację.

Seth patrzył z przerażeniem, jak Warren wytrwale usiłuje ożywić siostrę. Chciał, żeby się obudziła, żeby się na niego wściekała, biła go, bez względu na to, czy sama panuje nad własnym umysłem, czy też steruje nim ktoś inny. Wszystko jedno, byleby żyła!

Po kilku minutach Warren w końcu odsunął się od martwego ciała.

– Seth, nie wiem, co powiedzieć.

– Lepiej wyjdź – wychlipał chłopiec. Po policzkach ciekły mu łzy. – Rodzice nie mogą cię przy niej zastać.

– Powinienem był... Nie zdawałem sobie sprawy...

– Kto to mógł przewidzieć? – odparł Seth ochryple.

Podszedł do siostry, usiłował zbadać puls, głaskał jej twarz w poszukiwaniu najdrobniejszego śladu życia. Nie znalazł nic.

Warren pomógł mu przykryć ją kołdrą. Rodzice pomyślą, że odeszła we śnie. Seth nie przestawał płakać.

W końcu mężczyzna zaprowadził go do pokoju, a następnie wymknął się przez okno. Seth nie potrafił zasnąć. Wkrótce jego poduszka była mokra. Bez przerwy myślał o pozbawionym życia ciele siostry. Po tym wszystkim, co razem przeżyli, Kendra odeszła.

Rozdział IVW niewoli

Gdy minivan zatrzymał się w mroku, Kendra nie miała pojęcia, czy dotarli do celu. Spętana i zakneblowana w ciasnej przyczepie przypiętej do brązowego auta pogodziła się z okropną teorią, że reszta życia upłynie jej w drodze z kempingu na kemping.

Poprzedni dzień spędziła przywiązana do drzewa na odludnym, zalesionym obozowisku. Jadła mus jabłkowy, fasolę w sosie pomidorowym oraz budyń z puszki. Niewielkie ognisko chroniło od chłodu, ale kiedy na Kendrę buchał dym, momentami robiło się wprost nieznośnie. To było już po tym, jak w środku nocy przenieśli ją ze świetlicy do przyczepy, a potem przez długie godziny wieźli autostradą i krętymi drogami.

Fałszywy Rex niedużo mówił, ale starał się zapewnić możliwie komfortowe warunki. W tej chwili dziewczynka leżała na kilku poduszkach, owinięta paroma kocami. Żądlikulowy sobowtór kierownika świetlicy dbał o to, żeby miała co jeść i pić. Wiele jej jednak przeszkadzało. Nie mogła korzystać z prawdziwej toalety, knebel był obrzydliwy, a więzy okazały się irytująco solidne.

Nagle uniosły się drzwi na tyle przyczepy. Dwie postaci zaświeciły latarkami. Kendra zamrugała i przymknęła oczy. Nieznajomi zbliżyli się, owinęli ją w jeden z koców, a następnie wyciągnęli na zewnątrz. Postanowiła się nie wiercić. Po co? Była związana i zakneblowana. Gdyby zaczęła się opierać, mogli upuścić ją na głowę.

Po drodze skrawek koca zsunął jej się z twarzy. Zobaczyła duży, zapuszczony dom na tle rozgwieżdżonego nieba. Została wniesiona w kokonie po schodkach na werandę, a potem przez drzwi frontowe do wnętrza. Co prawda w środku nie paliło się żadne światło, ale Kendra nie była całkiem ślepa nawet w najczarniejszym mroku, zobaczyła więc, że wystrój jest lepszy, niż sugerowałby wygląd zewnętrzny budynku. Obraz przechylił się, gdy nieznajomi nieśli ją po schodach na piętro, a później znów się wyrównał, kiedy pokonali dwuskrzydłowe drzwi i położyli dziewczynkę na lśniącej drewnianej podłodze jasno oświetlonego pokoju.

Spojrzawszy w górę, zobaczyła, że jednym z tych ludzi jest fałszywy Rex, drugim zaś – tęgi brodacz w ciemnych okularach. Kiedy wyszli, Kendra rozejrzała się po pomieszczeniu. Na ścianach wisiały jaskrawe obrazy abstrakcyjne, gustownie oświetlone z sufitu. Nad ozdobnym kominkiem znajdował się elegancki zegar z neonowymi akcentami. Dynamiczne rzeźby z metalu dodawały wystrojowi charakteru.

– Więc to z twojego powodu całe zamieszanie – odezwał się kobiecy głos.

Kendra przetoczyła się po podłodze, żeby zobaczyć, kto mówi. Kobieta o smukłej sylwetce wyglądała na pięćdziesiąt parę lat. Miała na sobie elegancką czerwoną suknię oraz doskonale nałożony makijaż. Dłoń oparta o biodro błyszczała od pierścieni. Blond włosy były kręcone i krótko przycięte – taka fryzura trochę nie pasowała do osoby w jej wieku.

Kobieta podeszła bliżej, stukając szpilkami o posadzkę. Z torebki wyjęła nóż sprężynowy i zwolniła ostrze. Kendra wpatrywała się w nią wybałuszonymi oczami. Nieznajoma pochyliła się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, po czym rozcięła knebel, nie raniąc policzka.

– Ani się waż krzyczeć – ostrzegła bezceremonialnie. – I tak nikt cię nie usłyszy, a moje nerwy tego nie zniosą.

– Dobrze – zgodziła się Kendra.

Kobieta się uśmiechnęła. Miała pełne wargi i duże usta, a także idealne zęby. Jej jasnobłękitne oczy były szeroko osadzone, nos dość gruby, uszy małe, a twarz kształtem trochę przypominała serce. Chociaż niektóre elementy w jej prezencji zdawały się niemal niefortunnie dobrane, całą twarz cechowało niezaprzeczalne piękno. Upływające lata usiłowały zniszczyć urodę zmarszczkami i bruzdami, ona jednak dzielnie z nimi walczyła za pomocą kosmetyków.

– Czy jestem porywaczem, jakiego się spodziewałaś?

– Co pani chce ze mną zrobić? – zapytała śmiało Kendra.

– Rozwiązać, o ile obiecasz nie narobić rabanu. Pewnie w twoich oczach wyglądam jak stary rupieć, ale uwierz, że nie masz szans wydostać się z tego pokoju siłą. Jeżeli podejmiesz taką próbę, sprawię, że tego pożałujesz.

– Wcale nie wygląda pani staro. Nie będę próbowała uciec. Wiem, że ma pani sługusów.

– Poważnie ryzykujesz, że cię polubię – odparła kobieta, pochylając się z nożem w ręku.

Ostra krawędź z szelestem rozcięła sznury. Dziewczynka usiadła na ziemi i roztarła ślady po pętach.

– Kim pani jest?

– Mam na imię Torina. Jestem twoją gospodynią, twoim nadzorcą, twoją powierniczką. Od ciebie zależy, jak chcesz mnie nazwać.

– Myślę, że „porywaczka” to najodpowiedniejsze słowo.

Torina przekrzywiła głowę, w zamyśleniu bawiąc się perłowym naszyjnikiem.

– Cieszę się, że masz ikrę. Ostatnio staram się nie rzucać w oczy, dlatego bieduję w miasteczku na Środkowym Zachodzie, oddychając tym samym powietrzem co kozy, świnie i bydło. – Zamknęła powieki i wzdrygnęła się. Potem spojrzenie kryształowobłękitnych oczu znów skupiło się na Kendrze. – Może ty rozproszysz tę nudę.

– Czy pani jest jakąś wiedźmą? – spróbowała zgadnąć dziewczynka.

Na ustach Toriny zagościł uśmieszek.

– Zniosę śmiałość, pod warunkiem że nie będziesz bezczelna. Masz szczęście, że spotkałam w życiu parę diabelnie atrakcyjnych wiedźm, więc się nie obrażę. Nie jestem jedną z nich, chociaż nieźle znam się na magii. W domu moja tożsamość to nie tajemnica. Jestem lektobliksem.

– Takim, który wysysa młodość z innych ludzi?

– Nieźle. – Torina była pod wrażeniem. – Owszem. Pozbawiam ich sił witalnych, aby zachować młodość. Żeby uprzedzić zgryźliwe komentarze: nie, od dłuższego czasu tego nie robiłam, co wyjaśnia mój zabiedzony wygląd. Wolę bez potrzeby nie nadużywać swojej zdolności.

– Wcale pani nie wygląda na zabiedzoną – zapewniła ją Kendra.

Torina przyjrzała się jej przez zmrużone powieki.

– Masz talent do udawania szczerości. Ile lat byś mi dała?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Myślę, że dobiega pani pięćdziesiątki.

Celowo troszkę zaniżyła osąd. Gdyby miała być szczera, oceniłaby ją na pięćdziesiąt parę lat.

Patrząc na nią podejrzliwie, rozbawiona kobieta parsknęła śmiechem.

– Moje ciało ma obecnie sześćdziesiąt dwa lata.

– Niemożliwe! Wygląda pani znacznie młodziej – zapewniła Kendra. Zauważyła zadowoloną minę Toriny. – Choć skoro wysysa pani siły witalne z innych ludzi, to musi pani być jeszcze starsza.

– Ależ oczywiście, drogie dziecko! Nigdy nie wyjawiłabym mojego prawdziwego wieku! Pomyślałabyś, że rozmawiasz z mumią!

Przyglądając się szykownej porywaczce, Kendra odetchnęła z drżeniem.

– Czy wyssie pani ze mnie młodość?

Torina zachichotała. Nagle jej uśmiech wydał się kruchy i mimo że śmiechem chciała zbyć pytanie Kendry jako niedorzeczne, pobrzmiewał w nim drapieżny ton.

– Nie, głuptasie, Sfinks urwałby mi głowę! Poza tym mam zasady. Jestem przeciwna wysysaniu sił witalnych z dzieci. Przestają rosnąć i zmieniają się w dziwolągi. To nie fair. – Torina zamilkła na chwilę. Podrapała się długim paznokciem w kącik ust. – Z kolei gdybyś spróbowała uciec, nie miałabym wyboru: uniemożliwiłabym ci to, korzystając z metod dostępnych mojemu gatunkowi. – Jej oczy lśniły.

– Nie musi się pani o to martwić – zapewniła Kendra.

– Rzeczywiście, nie muszę – przyznała Torina. – W oknach znajdują się kraty. Niewidzialne, żeby niepotrzebnie nie zwracać uwagi. Drzwi są zamknięte i solidnie zabezpieczone. Mogłabym cię tu zostawić bez opieki, a mimo to nie miałabyś szans ucieczki. Ale przecież domu strzegą jeszcze strażnicy, no i ogar szeptów.

W Baśnioborze dziadkowie mieli ogara szeptów, który pilnował więźniów w lochu. Kendra nie wiedziała o nim zbyt wiele.

– Co robi ogar szeptów?

– Zabawne, że akurat teraz pytasz – odparła Torina, podchodząc do drzwi, przez które wniesiono dziewczynkę. Otworzyła je, po czym wymówiła komendę w obcym języku. Przez próg powiał zimny podmuch. – Nie ruszaj się.

Kendra sztywno siedziała na podłodze. Wokół niej wirował mroźny wiatr. Po chwili powietrze się uspokoiło, poruszało się już tylko nieznacznie, ale było znacznie zimniejsze. Dziewczynkę przeszywał tak straszny ziąb, że aż szczękała zębami. Wstrzymała oddech. Lodowate powietrze dziwnie ją muskało. Torina wypowiedziała kolejne niezrozumiałe polecenie, a wtedy mroźny podmuch wyleciał z pokoju.

– Teraz, kiedy ogar szeptów poznał twój zapach, ucieczka nie wchodzi w grę – oznajmiła kobieta, zamykając drzwi. – Kraty w oknach to zbędna ostrożność. Podobnie jak moi współpracownicy, którzy będą mieć na ciebie oko. Oraz zaklęcia, jakimi obłożyłam drzwi.

– Rozumiem – powiedziała ponuro Kendra.

– Mam nadzieję. Dla twojego dobra. No, moja droga, wiem, że to nie twoja wina, lecz cuchniesz dymem i żywicą. Przykro mi, że tak długo trzymano cię na dworze. To niezwykła, okrutna tortura, ale biedny Rex robił, co mógł, żeby nie rzucać się w oczy. Zaczniemy od przywrócenia ci dawnej świetności. W łazience znajdziesz czyste ubrania, a także wszelkie niezbędne udogodnienia.

Torina dała znak, żeby Kendra poszła za nią. Stukając obcasami, Torina przemierzyła pokój i weszła do gustownie urządzonej toalety. Dziewczynka przesunęła dłonią po granitowym blacie. Przyglądała się kosmetykom, które wyglądały na bardzo drogie. W powietrzu mieszały się odurzające zapachy doskonałych mydeł i balsamów. Wzdłuż lustra nad blatem łagodnie świeciły lampki. Patrząc na swoje odbicie, Kendra pomyślała, że wygląda wyjątkowo ładnie.

– To niesamowite, jak właściwe oświetlenie poprawia cerę – stwierdziła beztrosko Torina. – Tu są twoje rzeczy. – Pogładziła dłonią gruby, miękki ręcznik, po czym wskazała na sukienkę w zielono-białą kratkę. – Możesz użyć jacuzzi albo wielkiego prysznica. Jeśli chodzi o szampony i mleczka do ciała: co moje, to twoje. Teraz dam ci odrobinę prywatności. Będę w pobliżu, gdybyś czegoś potrzebowała.

– Dziękuję.

Torina wyszła, zamykając za sobą drzwi. Kendra przekręciła kluczyk. Łazienka miała okno z nieprzezroczystą szybą. Było na tyle duże, że zmieściłby się w nim człowiek. Na wypadek gdyby opowieść o niewidzialnych kratach miała się okazać tylko podstępem, dziewczynka otworzyła okno. Zapewniało dogodny dostęp na dach, lecz gdy wysunęła rękę, zgodnie z zapowiedzią Toriny natrafiła na kraty skutecznie uniemożliwiające wyjście w zimną noc. Zamknęła okno i westchnęła z rezygnacją.

Założyła ręce na piersiach, oparła się o ścianę, a następnie rozejrzała po okazałej łazience. Wolałaby już chyba tkwić w obskurnej celi. Przynajmniej nie czułaby się tam jak zdrajczyni. Nie podobała jej się iluzja sympatii i komfortu. Torina przypominała kuszącą tropikalną roślinę, gotową pożreć niczego niepodejrzewające owady.

Ale skoro Kendra znalazła się już w tej ślicznej łazience i naprawdę potrzebowała się wykąpać, równie dobrze mogła skorzystać z okazji. Rozebrała się. Pod bosymi stopami podłoga lepiła się od lakieru do włosów. Ciepły strumień prysznica sprawiał przyjemność, podobnie jak pachnący żel do ciała. Kiedy skończyła się myć, jeszcze przez moment stała w kabinie z zamkniętymi oczami, wdychała parę i rozkoszowała się wodą ściekającą po plecach. Nie miała ochoty przerywać tej chwili samotności.

W końcu zakręciła wodę i wytarła się ręcznikiem. Włożyła świeżą bieliznę oraz kraciastą sukienkę. Wszystko pasowało jak ulał.

Potem otworzyła zamek. Z wilgotnymi włosami wyszła do modnie urządzonej sypialni. Torina pospiesznie ściągnęła z nosa okulary do czytania i odrzuciła na bok plotkarskie czasopismo. Wstała, niezdarnie składając okulary, by schować je do torebki.

– Już się martwiłam, że nigdy stamtąd nie wyjdziesz.

– Prysznic był bardzo przyjemny.

– Sukienka wygląda uroczo. Obróć się.

Kendra spełniła prośbę.

– Bardzo ładnie – pochwaliła Torina. – Powinnyśmy coś zrobić z twoimi włosami.

– Nie jestem w nastroju.

– Może odrobinkę ułożymy? Albo możemy zakasać rękawy i zabawić się na serio. Co powiesz na rudo-złote pasemka? Nie? To kiedy indziej. Nie jestem amatorką.

– Wierzę. Może innym razem.

Torina uśmiechnęła się do Kendry.

– Rozejrzymy się? Czy wolisz, żebym od razu zaprowadziła cię do twojego pokoju?

– Jestem trochę zmęczona.

– Oczywiście, skarbie. Ale przy tym na pewno czujesz się nieswojo, po raz pierwszy w nowym miejscu. Przynajmniej pokażę ci akwarium, a potem sobie odpoczniesz.

– Pani tu rządzi.