Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 53 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 53 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Baśniobór. Klucze do więzienia demonów - Brandon Mull

Dzięki Zzyzxowi, więzieniu demonów, w którym zamknięto niezliczone hordy najpotężniejszych istot ciemności, świat od tysiącleci był bezpieczny. Teraz jednak Sfinks, przywódca Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej, jest od krok od zebrania wszystkich pięciu kluczy-artefaktów. Jeśli więzienie zostanie otwarte, cała ziemia pogrąży się w chaosie. Kendra, Seth oraz Rycerze Świtu podejmują ostatnią, desperacką próbę pokrzyżowania planów wroga. Tym razem muszą podróżować po całym świecie, by uprzedzić Sfinksa, zdobyć brakujące artefakty i uratować kilkoro Wiecznych, których śmierć to warunek oswobodzenia demonów. Jeśli im się nie powiedzie, pozostanie już tylko rozpaczliwa konfrontacja z uwolnionymi bestiami na Bezbrzeżnej Wyspie. Jakich sprzymierzeńców znajdą Rycerze Świtu w decydującej walce o losy świata?

 

Najwspanialsze w tej książce jest to, że ma coś do zaoferowania każdemu czytelnikowi: są tu mocni bohaterowie męscy i żeńscy, motyw walki dobra ze złem, dreszczyk emocji, miłość, zdrada, fantastyczne zaczarowane istoty, a na każdym kroku czają się zagrożenia wymagające tężyzny fizycznej oraz siły umysłu. Kendra i Seth to uroczy bohaterowie, którzy uczą się na własnych błędach z humorem i godnością. W toku powieści rozwijają się i dostają ważne lekcje na temat śmierci, miłości, poświęcenia, powinności oraz realizacji swego przeznaczenia.

„Children's Literature"

 

 

Seth przeszedł przez komnatę i zbliżył się do miecza sterczącego w ziemi. Nie mógł uwierzyć, że dotarł tak daleko. Może naprawdę dotrzyma słowa danego Coulterowi! Może znajdzie sposób, by powstrzymać demony i uratować rodzinę.

Kiedy chwycił rękojeść, po jego ciele rozpłynęło się ciepło. Mroczna klinga zapłonęła czerwonym ogniem, a biały blask stał się szkarłatny. Ostrze gładko wyszło z podłoża. Miecz wydawał się nie tyle przedmiotem, który Seth ściskał w dłoni, co przedłużeniem jego ręki. Emocje uległy wzmocnieniu: gniew na Graulasa był ostrzejszy, niepokój o rodzinę głębszy, determinacja bardziej niezłomna. Odwaga, której Seth z trudem szukał w konfrontacji ze Stojącymi Zmarłymi, teraz zdawała się płynąć z niewyczerpanego źródła.

Raptownie obrócił się do Morisanta. W blasku czerwonych płomieni nieumarły czarodziej wyglądał jeszcze bardziej żałośnie.

- Tak - rzekł Morisant, wyraźnie zachwycony. - Będziesz bardzo groźny.

fragment

Opinie o ebooku Baśniobór. Klucze do więzienia demonów - Brandon Mull

Fragment ebooka Baśniobór. Klucze do więzienia demonów - Brandon Mull

Bran­don Mull

BA­ŚNIO­BÓR

Klu­cze do wię­zie­nia de­mo­nów

Prze­ło­żył Ra­fał Li­sow­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Fa­ble­ha­ven. Keys to the De­mon Pri­son

Co­py­ri­ght © 2010 by Cre­ati­ve Con­cepts LC. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Bi­blio­te­ka­rzom, na­uczy­cie­lom, księ­ga­rzom i czy­tel­ni­kom, dzię­ki któ­rym cykl o Ba­śnio­bo­rze od­niósł suk­ces

Rozdział I

Ostat­nie ży­cze­nie

Seth wie­dział, że nie po­win­no go tu być. Dziad­ko­wie wście­kli­by się, gdy­by o tym usły­sze­li. Po­nu­ra ja­ski­nia cuch­nę­ła jak nig­dy do­tąd – obrzy­dli­wą mie­szan­ką zgni­łe­go mię­sa i owo­ców. W gro­cie było par­no. Za­tę­chłe po­wie­trze zmu­sza­ło chłop­ca, żeby nie tyl­ko wą­chał, ale wręcz sma­ko­wał tę wstręt­ną sło­dycz. Z każ­dym od­de­chem zbie­ra­ło mu się na wy­mio­ty.

Grau­las le­żał na boku. Dy­szał nie­rów­no, z tru­dem, jego pierś uno­si­ła się i opa­da­ła. Za­ro­pia­łą twarz opie­rał na zie­mi. Skó­ra z od­czy­na­mi za­pal­ny­mi roz­płasz­cza­ła się ni­czym lep­ka masa. Choć jego po­marsz­czo­ne po­wie­ki były za­mknię­te, to kie­dy Seth się zbli­żył, de­mon po­ru­szył się i stęk­nął. Za­ję­czał, za­ka­słał, a po­tem ode­rwał twarz od pod­ło­ża, skro­biąc o zie­mię za­krę­co­nym ba­ra­nim ro­giem. Nie pod­niósł się cał­ko­wi­cie, ale zdo­łał się po­de­przeć na łok­ciu. Odro­bi­nę uchy­lił jed­ną po­wie­kę. Dru­gie oko zbyt­nio za­ro­pia­ło.

– Seth – wy­chry­piał.

Jego głos, nie­gdyś do­no­śny, był te­raz sła­by i zmę­czo­ny.

– Przy­sze­dłem – oznaj­mił chło­piec. – Mó­wi­łeś, że to pil­ne.

Cięż­ki łeb kiw­nął po­ta­ku­ją­co.

– Ja… umie­ram – wy­ce­dził de­mon.

Przed­wiecz­ny stwór był cho­ry i umie­rał, od­kąd Seth go po­znał.

– Bar­dziej niż do­tąd?

Grau­las za­rzę­ził i od­kaszl­nął. Nad chro­po­wa­tym ciel­skiem unio­sła się chmu­ra ku­rzu. De­mon od­pluł gę­stą fleg­mę, a po­tem znów się ode­zwał, nie­mal szep­tem:

– Po… la­tach… do­ga­sa­nia… w koń­cu na­de­szły… ostat­nie dni.

Chło­piec nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Grau­las nig­dy nie ukry­wał swej nik­czem­nej prze­szło­ści. Więk­szość do­brych lu­dzi wieść o jego zgo­nie przy­ję­ła­by z ra­do­ścią. Jed­nak stwór bar­dzo po­lu­bił Se­tha. Za­in­try­go­wa­ny jego nie­zwy­kły­mi wy­czy­na­mi po­mógł po­wstrzy­mać pla­gę cie­nia, a póź­niej po­zwo­lił mu opa­no­wać nowo po­zy­ska­ne zdol­no­ści za­kli­na­cza cie­ni. Bez wzglę­du na daw­ne zbrod­nie ko­na­ją­cy de­mon za­wsze do­brze go trak­to­wał.

– Przy­kro mi – po­wie­dział Seth, odro­bi­nę za­sko­czo­ny, że fak­tycz­nie jest mu żal.

Grau­las za­drżał, osu­nął się pod nim ło­kieć i de­mon pła­sko opadł na zie­mię. Za­mknął oko.

– Ten ból – jęk­nął ci­cho. – Po­twor­ny ból. Mój ga­tu­nek… umie­ra… tak po­wo­li. My­śla­łem… że za­zna­łem… każ­de­go moż­li­we­go cier­pie­nia. Ale te­raz… wier­ci… wy­krę­ca… zże­ra… pęcz­nie­je. Głę­bo­ko w środ­ku. Po­chła­nia. Nim zdo­łam to opa­no­wać… ból na­ra­sta… do no­wych roz­mia­rów.

– Czy mogę ci ja­koś po­móc? – spy­tał Seth, choć wąt­pił, czy przy­da się tu­taj ja­kiś lek z do­mo­wej ap­tecz­ki.

De­mon par­sk­nął.

– Nie są­dzę – wy­dy­szał. – Ro­zu­miem… że ju­tro wy­jeż­dżasz.

– Skąd wiesz?

Mi­sja Se­tha mia­ła po­zo­stać w ta­jem­ni­cy.

– Nig­dy… nie mów o pla­nach… No­we­lo­wi i Do­re­no­wi.

Chło­piec nie zdra­dził sa­ty­rom szcze­gó­łów. Po­wie­dział tyl­ko, że na ja­kiś czas opusz­cza Ba­śnio­bór. Prze­by­wał w re­zer­wa­cie od po­nad trzech mie­się­cy, czy­li od cza­su gdy wraz z to­wa­rzy­sza­mi wró­cił z Ga­dziej Opo­ki. Zdą­żył prze­żyć z No­we­lem i Do­re­nem kil­ka przy­gód, więc uznał, że jest im wi­nien po­że­gna­nie. Dzia­dek po­zwa­lał roz­ma­wiać o mi­sji wy­łącz­nie w ga­bi­ne­cie ob­ło­żo­nym za­klę­cia­mi prze­ciw­ko szpie­gom, więc Seth nie prze­ka­zał sa­ty­rom nic waż­ne­go, ale pew­nie w ogó­le po­wi­nien był trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi.

– Nie mó­wi­łem im o kon­kre­tach – od­parł.

– Nie… ale sły­sza­łem, jak wspo­mnie­li o two­im wy­jeź­dzie… gdy prze­miesz­cza­li się po le­sie. Cho­ciaż… nie mam wglą­du do wa­sze­go domu… do­my­ślam się… że szu­ka­cie ko­lej­ne­go ar­te­fak­tu. Tyl­ko taka… mi­sja… ka­za­ła­by Sta­no­wi za­ry­zy­ko­wać… two­je bez­pie­czeń­stwo.

– Na­praw­dę nie mogę o tym mó­wić.

Grau­las za­niósł się fleg­mi­stym kasz­lem.

– Szcze­gó­ły są nie­istot­ne. Sko­ro usły­sza­łem i zga­dłem… to inni rów­nież mo­gli to zro­bić. Mimo że nie je­stem w sta­nie spoj­rzeć… poza gra­ni­ce re­zer­wa­tu… wy­czu­wam mnó­stwo uwa­gi sku­pio­nej na Ba­śnio­bo­rze. Po­tęż­ne moce pró­bu­ją szpie­go­wać. Miej­cie się na bacz­no­ści.

– Będę ostroż­ny – obie­cał Seth. – To dla­te­go mnie we­zwa­łeś? Żeby mnie ostrzec?

De­mon uchy­lił jed­no oko, a na wy­su­szo­nych ustach po­ja­wił się bla­dy uśmiech.

– Nie je­stem ta­kim… al­tru­istą. Chcę pro­sić o przy­słu­gę.

– Jaką?

– Mogę… umrzeć… za­nim wró­cisz. Wte­dy te ży­cze­nia… stra­cą zna­cze­nie. Po tylu la­tach… moje dni na­praw­dę są po­li­czo­ne. Seth… Mar­twi mnie… nie tyl­ko… ból fi­zycz­ny. Boję się śmier­ci.

– Ja też.

Grau­las się skrzy­wił.

– Nic nie ro­zu­miesz. W po­rów­na­niu ze mną… nie masz się cze­go lę­kać.

Chło­piec zmarsz­czył brwi.

– Dla­te­go że by­łeś zły?

– Gdy­bym mógł… roz­pły­nąć się w ni­cość… był­bym szczę­śli­wy. Ale tak się nie sta­nie. Seth, cze­ka­ją nas inne sfe­ry. Miej­sce przy­go­to­wa­ne dla mo­je­go ro­dza­ju… kie­dy koń­czy­my to ży­cie… nie jest przy­jem­ne. Wła­śnie dla­te­go de­mo­ny sta­ra­ją się prze­trwać jak naj­dłu­żej. Przez ty­sią­ce lat… ży­łem w taki spo­sób… że przyj­dzie mi za to sło­no za­pła­cić.

– Ale te­raz nie je­steś już taki jak kie­dyś – od­parł Seth. – Bar­dzo mi po­mo­głeś. Na pew­no to się li­czy.

Grau­las sap­nął i za­ka­słał in­a­czej niż wcze­śniej. Brzmia­ło to pra­wie tak, jak­by się gorz­ko śmiał.

– Na łożu śmier­ci… wmie­sza­łem się w two­je roz­ter­ki… dla wła­snej roz­ryw­ki. Ta­kie drob­nost­ki nie zrów­no­wa­żą stu­le­ci świa­do­me­go czy­nie­nia zła. Seth, ja się wca­le nie zmie­ni­łem. Je­dy­nie stra­ci­łem moc. Brak mi de­ter­mi­na­cji. Mu­szę zno­sić tak wiel­ki ból, iż lę­kam się, że w za­świa­tach… cze­ka mnie jesz­cze gor­sze cier­pie­nie.

– To co mogę zro­bić? – za­in­te­re­so­wał się Seth.

– Tyl­ko jed­no – wark­nął Grau­las przez ścią­gnię­te war­gi. Zmru­żył oko i za­ci­snął pię­ści. Seth usły­szał zgrzy­ta­nie zę­bów. De­mon od­dy­chał gwał­tow­nie i nie­rów­no. – Chwi­lecz­kę – wy­du­sił, cały drżąc. Z jego oczu są­czy­ły się gru­be łzy.

Seth od­wró­cił wzrok. Nie mógł już na to pa­trzeć. Nie wy­obra­żał so­bie ta­kie­go nie­szczę­ścia. Miał ocho­tę wy­biec z ja­ski­ni i już tam nie wró­cić.

– Chwi­lecz­kę – sap­nął zno­wu Grau­las. Po kil­ku ję­kach i stęk­nię­ciach za­czął od­dy­chać mia­ro­wo. – Mo­żesz zro­bić dla mnie jed­ną rzecz.

– Słu­cham.

– Nie znam celu wa­szej mi­sji… ale gdy­by­ście od­zy­ska­li Pia­ski Świę­to­ści… ten ar­te­fakt ogrom­nie ulżył­by mi w cier­pie­niu.

– Prze­cież je­steś prze­peł­nio­ny cho­ro­bą. Czy to by cię nie za­bi­ło?

– My­ślisz o… rogu jed­no­roż­ca. Róg oczysz­cza… więc owszem… zgła­dził­by mnie jego do­tyk. Ale Pia­ski uzdra­wia­ją. Nie po­prze­sta­ły­by na wy­pa­le­niu nie­czy­sto­ści. Wy­le­czy­ły­by cho­ro­by i po­zwo­li­ły mi to prze­żyć. I tak umarł­bym ze sta­ro­ści, ale ból ze­lżał­by, a le­cze­nie może da­ło­by mi jesz­cze tro­chę cza­su. Wy­bacz, Seth. Nie pro­sił­bym… gdy­bym nie był zde­spe­ro­wa­ny.

Seth spo­glą­dał na ża­ło­śnie wy­nisz­czo­ne­go de­mo­na.

– Pia­ski ma Sfinks – rzekł ła­god­nie.

– Wiem – szep­nął Grau­las. – Sama myśl… że ist­nie­je choć cień szan­sy… po­zwa­la mi sku­pić się na czymś in­nym… niż… niż…

– Ro­zu­miem – po­wie­dział Seth.

– Tyl­ko na to mogę li­czyć.

– Oczy­wi­ście sta­ra­my się od­zy­skać Pia­ski – uspo­ka­jał go chło­piec. – Nie mogę po­wie­dzieć, że to wła­śnie cel na­szej mi­sji, ale na­tu­ral­nie chce­my wejść w po­sia­da­nie wszyst­kich ar­te­fak­tów. Je­śli zdo­bę­dzie­my Pia­ski Świę­to­ści, przy­nio­sę je, żeby cię uzdro­wić. Obie­cu­ję. W po­rząd­ku?

Z oczu de­mo­na try­ska­ły bla­de łzy. Stwór od­wró­cił twarz.

– Do­brze. Dzię­ku­ję ci… Se­cie So­ren­so­nie. Że­gnaj.

– Czy mógł­bym jesz­cze coś…

– Idź. Nic wię­cej dla mnie nie zro­bisz. Nie chcę… być oglą­da­ny… w tym sta­nie.

– Okej. Trzy­maj się.

Seth opu­ścił ja­ski­nię z la­tar­ką w dło­ni. Z ulgą zo­sta­wił za sobą wil­got­ny smród i wi­dok roz­dzie­ra­ją­ce­go cier­pie­nia.

Rozdział II

Ob­sy­dia­no­we Pust­ko­wie

Ken­dra le­ża­ła wy­cią­gnię­ta w fo­te­lu i sta­ra­ła się zdrzem­nąć, lecz mimo hip­no­tycz­nie jed­no­staj­ne­go jęku sil­ni­ków od­rzu­to­wych nie po­tra­fi­ła uspo­ko­ić my­śli. Wraz z Tanu i Se­them ko­lej­ny­mi sa­mo­lo­ta­mi prze­by­li dro­gę z No­we­go Jor­ku do Lon­dy­nu, po­tem do Sin­ga­pu­ru, a wresz­cie do Perth, sto­li­cy Au­stra­lii Za­chod­niej, gdzie wsie­dli do pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca, któ­rym wła­śnie le­cie­li. Na lot­ni­skach Tanu ka­zał im się kryć po ła­zien­kach, tam zmie­nia­li ubra­nia, a na­stęp­nie krę­ty­mi tra­sa­mi pro­wa­dził ich przez ter­mi­na­le. Po­dró­żo­wa­li pod przy­bra­ny­mi na­zwi­ska­mi, ko­rzy­sta­jąc z fał­szy­wych do­ku­men­tów. Wszyst­ko po to, by nie ścią­gnąć uwa­gi wro­gów ze Sto­wa­rzy­sze­nia Gwiaz­dy Wie­czor­nej.

W Perth spo­tka­li się z Tra­skiem, Marą, Eli­se oraz ja­kimś go­ściem, któ­ry na­zy­wał się Vin­cent. Ten pierw­szy sie­dział na wy­so­ko­ści Ken­dry po dru­giej stro­nie przej­ścia. Pi­ło­wał pa­znok­cie, a jego czar­no­skó­ra ły­si­na po­ły­ski­wa­ła. Z wcze­śniej­szych do­świad­czeń dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że Trask po­tra­fi za­cho­wać spo­kój w naj­trud­niej­szych sy­tu­acjach. Po­wszech­nie ucho­dził za naj­bar­dziej wy­traw­ne­go agen­ta spo­śród wszyst­kich Ry­ce­rzy Świ­tu.

Sie­dzą­cy na­prze­ciw niej Tanu opie­rał się o okno i ci­cho po­chra­py­wał. W trak­cie do­tych­cza­so­wych lo­tów sa­mo­ań­ski mistrz elik­si­rów głów­nie spał. Mimo spo­rych roz­mia­rów miał ta­lent do drze­ma­nia w sa­mo­lo­tach. Ken­dra ża­ło­wa­ła, że nie po­pro­si­ła go o ja­kiś uspo­ka­ja­ją­cy spe­cy­fik.

Za nią wy­cią­gnę­ła się Eli­se. Słu­cha­ła mu­zy­ki przez słu­chaw­ki tłu­mią­ce ha­ła­sy. Mia­ła świe­że rude pa­sem­ka we wło­sach, a na twa­rzy moc­niej­szy ma­ki­jaż, niż gdy w grud­niu po­ma­ga­ła War­re­no­wi pil­no­wać Se­tha i Ken­dry. Za­mknę­ła oczy i ła­god­nie stu­ka­ła pal­ca­mi o uda w rytm me­lo­dii.

Na przo­dzie ka­bi­ny Mara spo­glą­da­ła przez okno. Wy­so­ka, wy­spor­to­wa­na In­dian­ka o wy­ra­zi­ście za­ry­so­wa­nych ko­ściach po­licz­ko­wych nie na­le­ża­ła do roz­mow­nych już przed upad­kiem Za­gi­nio­nej Góry i śmier­cią mat­ki. Od­kąd przy­wi­ta­ła się z to­wa­rzy­sza­mi w Perth, była jesz­cze bar­dziej mil­czą­ca niż kie­dy­kol­wiek.

Vin­cent, je­dy­ny czło­nek ze­spo­łu, któ­re­go Ken­dra wcze­śniej nie zna­ła, sie­dział obok Mary. Ten drob­ny Fi­li­piń­czyk czę­sto się uśmie­chał i mó­wił z lek­kim ak­cen­tem. Jak wy­ja­śnił dzia­dek, wy­bra­no go do mi­sji ze wzglę­du na do­brą zna­jo­mość Ob­sy­dia­no­we­go Pust­ko­wia.

Choć Ken­dra w tej chwi­li nie wi­dzia­ła Se­tha, wie­dzia­ła, że jej brat sie­dzi w kok­pi­cie z Aaro­nem Sto­ne’em, tym sa­mym, któ­ry pi­lo­to­wał śmi­gło­wiec pod­czas wy­pra­wy do Ga­dziej Opo­ki. Czy to na­praw­dę wy­da­rzy­ło się przed za­le­d­wie trze­ma mie­sią­ca­mi? Wy­da­wa­ło się, że od tam­tej pory mi­nę­ły wie­ki.

Dziew­czyn­ka ża­ło­wa­ła, że nie ma z nimi War­re­na. Czu­ła się ja­koś nie­swo­jo, bio­rąc udział w przy­go­dzie bez nie­go. To­wa­rzy­szył jej w od­wró­co­nej wie­ży w Ba­śnio­bo­rze, a tak­że w Za­gi­nio­nej Gó­rze i Ga­dziej Opo­ce. Te­raz jed­nak to mię­dzy in­ny­mi z po­wo­du War­re­na mi­sja była taka pil­na. W Ga­dziej Opo­ce zo­stał uwię­zio­ny w ma­gicz­nej kom­na­cie. Wej­ście do tego po­miesz­cze­nia wy­glą­da­ło jak zwy­kły chle­bak, ale po dru­giej stro­nie nie­rzu­ca­ją­ce­go się w oczy por­ta­lu sze­reg szcze­bli pro­wa­dził do prze­stron­ne­go ma­ga­zy­nu, któ­ry wy­peł­nia­ły za­pa­sy oraz róż­ne ru­pie­cie. Kie­dy Ga­vin ujaw­nił się jako Na­va­rog, znisz­czył chle­bak i spo­wo­do­wał, że War­ren utknął tam w to­wa­rzy­stwie ma­łe­go trol­la pu­stel­ni­ka o imie­niu Bub­da.

W ma­ga­zy­nie było dużo je­dze­nia i wody, ale za­so­by kie­dyś się skoń­czą. Dzia­dek wraz z po­zo­sta­ły­mi wy­li­czył, że te­raz, po upły­wie trzech mie­się­cy, War­re­no­wi nie­wie­le ich zo­sta­ło. Bez szyb­kiej in­ter­wen­cji wkrót­ce umrze z gło­du.

Za­raz po po­wro­cie Ken­dry z Ga­dziej Opo­ki Co­ul­ter Di­xon wy­ru­szył z mi­sją od­kry­cia spo­so­bu dzia­ła­nia Trans­lo­ca­to­ra. Wy­pra­wa do smo­cze­go azy­lu za­owo­co­wa­ła zdo­by­ciem klu­cza do skarb­ca w Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu, ale po­zy­ska­nie Trans­lo­ca­to­ra oka­za­ło­by się bar­dziej przy­dat­ne, gdy­by wie­dzie­li, w jaki spo­sób po­zwa­la on wła­dać prze­strze­nią. W prze­ciw­nym ra­zie Trans­lo­ca­tor po­dzie­li los Chro­no­me­tru, po­tęż­ne­go ar­te­fak­tu, któ­re­go w za­sa­dzie nie po­tra­fi­li uży­wać.

Cho­ciaż do­świad­czo­ny po­szu­ki­wacz ma­gicz­nych przed­mio­tów wy­ko­rzy­stał naj­lep­sze zna­jo­mo­ści i zwe­ry­fi­ko­wał wszyst­kie prze­czu­cia, nie od­krył nic no­we­go. Ken­dra nie pa­mię­ta­ła, by kie­dy­kol­wiek ro­bił wra­że­nie tak sta­re­go i po­ko­na­ne­go. Inni rów­nież szu­ka­li wska­zó­wek, lecz w koń­cu to Va­nes­sa po­wia­do­mi­ła o suk­ce­sie. Urzą­dza­ła men­tal­ne wy­pra­wy poza Ba­śnio­bór, po­słu­gu­jąc się umy­sła­mi śpią­cych osób, któ­re ugry­zła w prze­szło­ści. Jej głów­nym ce­lem było od­kry­cie, do­kąd za­bra­no ro­dzi­ców Ken­dry, jed­nak dzię­ki współ­pra­cy z jed­nym z kon­tak­tów we­wnątrz Sto­wa­rzy­sze­nia Gwiaz­dy Wie­czor­nej na­tra­fi­ła na pil­nie strze­żo­ne szcze­gó­ły dzia­ła­nia Trans­lo­ca­to­ra. Co­ul­ter po­twier­dził traf­ność po­zy­ska­nych in­for­ma­cji, a wte­dy Ry­ce­rze za­czę­li pla­no­wać mi­sję z na­dzie­ją, że ar­te­fakt po­mo­że ura­to­wać War­re­na i za­pew­ni prze­wa­gę nad Sto­wa­rzy­sze­niem.

Ken­dra po ci­chu li­czy­ła rów­nież na to, że tak po­tęż­ny ma­gicz­ny przed­miot po­zwo­li od­na­leźć jej ro­dzi­ców. Mar­la i Scott So­ren­so­no­wie do tej pory nic nie wie­dzie­li o ist­nie­niu za­ka­mu­flo­wa­nych ma­gicz­nych stwo­rzeń. Cho­ciaż nie byli za­mie­sza­ni w in­cy­den­ty ota­cza­ją­ce Ba­śnio­bór, na­stą­pi­ło wy­da­rze­nie bez pre­ce­den­su: zo­sta­li po­rwa­ni. Co dziw­niej­sze, Sto­wa­rzy­sze­nie nie po­wia­do­mi­ło o wa­run­kach uwol­nie­nia za­kład­ni­ków. Po zaj­ściach w Ga­dziej Opo­ce Sfinks oraz jego or­ga­ni­za­cja jak­by za­pa­dli się pod zie­mię.

Ken­dra sta­ra­ła się nie za­sta­na­wiać nad lo­sem ro­dzi­ców. Na samą myśl bo­la­ło ją ser­ce. Scott i Mar­la są­dzi­li, że ich cór­ka nie żyje. Zor­ga­ni­zo­wa­li po­grzeb i po­cho­wa­li du­pli­kat Ken­dry, a po­tem po­rwa­no ich przed wy­ja­śnie­niem sy­tu­acji. Dziew­czyn­kę ogar­nia­ło ża­ło­sne uczu­cie pust­ki, ile­kroć przy­po­mi­na­ła so­bie, że ro­dzi­ce uwa­ża­ją ją za mar­twą. Tyle nie­po­trzeb­nej roz­pa­czy! Czy te­raz, gdy są więź­nia­mi, kie­dy­kol­wiek po­zna­ją praw­dę?

Co gor­sza, oni wca­le nie za­wi­ni­li temu po­rwa­niu. Nig­dy na­wet nie sły­sze­li o Sto­wa­rzy­sze­niu Gwiaz­dy Wie­czor­nej. Winę po­no­si­li Ken­dra, Seth, no i może dziad­ko­wie So­ren­so­no­wie. Upro­wa­dze­nie Scot­ta i Mar­li mu­sia­ło być ze­mstą za po­raż­kę Na­va­ro­ga w Ga­dziej Opo­ce. Na samą myśl, że uko­cha­ni ro­dzi­ce za­pła­ci­li za jej de­cy­zje, dziew­czyn­ce chcia­ło się wyć.

Aby wal­czyć z roz­pa­czą, po­zwa­la­ła temu uczu­ciu prze­ro­dzić się w nie­na­wiść, roz­ża­rzo­ny do czer­wo­no­ści gniew pod­sy­ca­ny stra­chem i wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Zwy­kle cała ta od­ra­za kon­cen­tro­wa­ła się na jed­nej oso­bie – na Sfink­sie.

To wła­śnie on wy­po­wie­dział woj­nę re­zer­wa­tom ma­gicz­nych stwo­rzeń. Pró­bo­wał ukraść pięć ta­jem­nych ar­te­fak­tów, któ­re wspól­nie mogą otwo­rzyć Zzyzx, wię­zie­nie de­mo­nów. To on za­po­znał Ken­drę z Ga­vi­nem, faj­nym chło­pa­kiem i ser­decz­nym przy­ja­cie­lem, któ­ry oka­zał się pod­stęp­nym, de­mo­nicz­nym smo­kiem. To Sfinks za­po­cząt­ko­wał pla­gę cie­nia, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła do śmier­ci Leny. Sfinks po­rwał Ken­drę i zmu­sił do uży­cia Ocu­lu­sa, ar­te­fak­tu za­pew­nia­ją­ce­go nie­zwy­kłą moc wi­dze­nia, co nie­omal wy­pa­li­ło jej mózg. I to wła­śnie Sfinks wciąż po­zo­sta­wał bez­kar­ny na wol­no­ści, miał w gar­ści jej ro­dzi­ców i snuł ko­lej­ne in­try­gi, mo­gą­ce za­owo­co­wać otwar­ciem Zzy­zxu oraz koń­cem świa­ta.

Przy­najm­niej te­raz Ken­dra uczest­ni­czy­ła w dzia­ła­niach ma­ją­cych za­dać Sfink­so­wi po­waż­ny cios. Może przy oka­zji uda się ura­to­wać War­re­na i ro­dzi­ców. Po mie­sią­cach zgry­zo­ty i bez­czyn­no­ści do­brze było wresz­cie coś ro­bić, na­wet je­śli to nie­bez­piecz­ne. Pod okiem Tanu, Co­ul­te­ra, a cza­sem tak­że Va­nes­sy Ken­dra i Seth uczy­li się wła­dać mie­czem, łu­kiem oraz in­ny­mi ro­dza­ja­mi bro­ni, więc dziew­czyn­ka wie­rzy­ła w swe siły jak nig­dy do­tąd. Mimo wszyst­ko, choć ra­zem z bra­tem zo­sta­li peł­no­praw­ny­mi Ry­ce­rza­mi Świ­tu, zdzi­wi­ła się, gdy dzia­dek, któ­ry prze­jął obo­wiąz­ki Ka­pi­ta­na Ry­ce­rzy, przy­dzie­lił ich do tak ry­zy­kow­nej mi­sji. Osta­tecz­nie prze­wa­ży­ła klu­czo­wa rola, jaką ich zdol­no­ści ode­gra­ły pod­czas do­tych­cza­so­wych za­dań. Udział Ken­dry i Se­tha roz­pacz­li­wie do­wo­dził po­trze­by suk­ce­su.

Dziew­czyn­ka ziew­nę­ła, żeby ode­tkać so­bie uszy. Sa­mo­lot scho­dził do lą­do­wa­nia. Trask roz­piął pas, wstał i przy­pro­wa­dził Se­tha z kok­pi­tu. Gdy chło­piec za­jął miej­sce, czar­no­skó­ry męż­czy­zna sta­nął na przo­dzie ka­bi­ny, by zwró­cić się do wszyst­kich pa­sa­że­rów.

– Wy­lą­du­je­my mniej wię­cej za kwa­drans – oznaj­mił. – Rzu­ci­łem kil­ka za­klęć, aby nikt z ze­wnątrz nie mógł nas zo­ba­czyć ani usły­szeć. Po­win­ny po­wstrzy­mać wszyst­ko poza Ocu­lu­sem. To od­po­wied­nia pora, żeby jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wać mi­sję. – Za­milkł na mo­ment. Po­wiódł po­nu­rym wzro­kiem po wnę­trzu sa­mo­lo­tu i od­chrząk­nął. – Więk­szość z nas już wcze­śniej współ­pra­co­wa­ła, więc po­mi­nie­my pre­zen­ta­cję. Z wy­jąt­kiem Vin­cen­ta, któ­ry dla czę­ści z nas, choć nie dla mnie, jest kimś no­wym.

– Na­zy­wam się Vin­cent – po­wie­dział Fi­li­piń­czyk, na wpół pod­no­sząc się z fo­te­la. – Będę wa­szym prze­wod­ni­kiem po Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu. W cią­gu ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia spę­dzi­łem tam kil­ka mie­się­cy.

– Skąd mo­że­my wie­dzieć, że nie je­steś ukry­tym po­two­rem? – spy­tał ob­ce­so­wo Seth.

Vin­cent za­śmiał się ci­cho.

– Wiem, że nie­daw­no wszy­scy mie­li­śmy do czy­nie­nia ze zdra­dą na nie­spo­ty­ka­ną ska­lę. Ry­ce­rze Świ­tu nig­dy do­tąd nie pa­dli ofia­rą in­fil­tra­cji i za­mę­tu po­rów­ny­wal­nych z wy­da­rze­nia­mi ostat­nie­go roku. Jed­nak, jak po­twier­dzi Trask, ja je­stem Ry­ce­rzem z krwi i ko­ści, i to od­kąd Sto­wa­rzy­sze­nie za­mor­do­wa­ło mo­ich ro­dzi­ców, kie­dy by­łem na­sto­lat­kiem.

– Obec­nie trud­no o za­ufa­nie – przy­znał Trask – ale Vin­cen­to­wi za­wsze je­stem go­tów po­wie­rzyć moje bez­pie­czeń­stwo. Ta gru­pa za­wdzię­cza swój skład mię­dzy in­ny­mi temu, że dość już ra­zem prze­ży­li­śmy, aby móc wie­rzyć so­bie na­wza­jem. Nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, że Vin­cent za­słu­gu­je na miej­sce wśród nas.

Ken­dra zer­k­nę­ła na Fi­li­piń­czy­ka. Cie­szy­ła się, że jej brat za­brał głos. Chcia­ła wie­rzyć Tra­sko­wi – ale może on tak­że był zdraj­cą cier­pli­wie cze­ka­ją­cym na oka­zję do za­da­nia bo­le­sne­go cio­su? Ra­czej nie. Na­uczy­ła się jed­nak, że „ra­czej” nie za­wsze wy­star­cza. Od­tąd chcia­ła być go­to­wa na wszyst­ko.

– Na­szym ce­lem jest zdo­by­cie Trans­lo­ca­to­ra – cią­gnął Trask. – Do tej pory nie zdra­dzi­łem wam czę­ści szcze­gó­łów. Wy­da­je nam się, że zna­my za­sa­dę dzia­ła­nia ar­te­fak­tu. Je­śli na­sze in­for­ma­cje oka­żą się praw­dzi­we, urzą­dze­nie jest w sta­nie prze­nieść użyt­kow­ni­ka w do­wol­ne miej­sce, któ­re od­wie­dził już wcze­śniej.

Eli­se unio­sła rękę.

– Czy moż­na za­bie­rać pa­sa­że­rów?

Trask kiw­nął gło­wą.

– Dzię­ki Va­nes­sie i Co­ul­te­ro­wi wnio­sku­je­my, że Trans­lo­ca­tor po­tra­fi prze­nieść jed­no­cze­śnie trzy oso­by wraz z do­byt­kiem. To pla­ty­no­wy wa­lec wy­sa­dza­ny klej­no­ta­mi, po­dzie­lo­ny na trzy ru­cho­me czę­ści. Żeby ar­te­fakt za­dzia­łał, na­le­ży je ob­ró­cić, ukła­da­jąc klej­no­ty w jed­nej li­nii. Oso­ba trzy­ma­ją­ca środ­ko­wą część wy­bie­ra cel po­dró­ży i musi się na nim skon­cen­tro­wać. Każ­dy z pa­sa­że­rów chwy­ta inny frag­ment Trans­lo­ca­to­ra.

– A je­śli nie wszy­scy od­wie­dzi­li wcze­śniej miej­sce do­ce­lo­we? – spy­tał Seth.

Trask wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Na pod­sta­wie po­zy­ska­nej wie­dzy Co­ul­ter jest zda­nia, że tyl­ko oso­ba trzy­ma­ją­ca środ­ko­wy ele­ment mu­sia­ła tam być. Nie upew­ni­my się jed­nak, za­nim nie wy­pró­bu­je­my urzą­dze­nia.

– Co bę­dzie, je­śli ktoś te­le­por­tu­je się w sam śro­dek ska­ły? – do­py­ty­wał się chło­piec. – Albo trzy­dzie­ści me­trów nad zie­mią? Albo wprost przed roz­pę­dzo­ny po­ciąg?

Na­gle sa­mo­lo­tem za­trzę­sło. Trask przy­trzy­mał się su­fi­tu, by za­cho­wać rów­no­wa­gę, do­pó­ki nie mi­nie tur­bu­len­cja.

– Nie zna­my za­gro­żeń zwią­za­nych z uży­ciem urzą­dze­nia, ale ma­jąc na uwa­dze po­ziom skom­pli­ko­wa­nia ar­te­fak­tów, moż­na za­ło­żyć, że Trans­lo­ca­tor opra­co­wa­no tak, aby ogra­ni­czyć po­dob­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Eli­se unio­sła pa­lec.

– Czy ju­tro wej­dzie­my do skarb­ca?

– Plan jest taki, żeby szyb­ko wkro­czyć i szyb­ko się wy­co­fać – po­twier­dził Trask. – Prze­no­cu­je­my w głów­nym domu, aby przy­zwy­cza­ić się do róż­ni­cy cza­su. Ju­tro rano wy­ru­szy­my do skarb­ca. Mam na­dzie­ję, że wie­czo­rem bę­dzie­my już w dro­dze do Ame­ry­ki.

– Je­śli ar­te­fakt za­dzia­ła – zwró­cił uwa­gę Seth – to może da­ru­je­my so­bie lot po­wrot­ny.

Ką­ci­ki ust Tra­ska drgnę­ły, a w jego oczach bły­snął uśmiech.

– Zo­ba­czy­my. W pierw­szej ko­lej­no­ści dziś wie­czo­rem mu­si­my za­jąć się przy­go­to­wa­nia­mi.

– Czy wie­my, gdzie znaj­du­je się skar­biec? – za­py­ta­ła Ken­dra. – Te w Ba­śnio­bo­rze i Za­gi­nio­nej Gó­rze były sta­ran­nie ukry­te.

Od­po­wie­dzi udzie­lił Vin­cent:

– Od skarb­ca w Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu po­cho­dzi na­zwa re­zer­wa­tu. To ol­brzy­mi mo­no­lit z ob­sy­dia­nu gó­ru­ją­cy nad oko­licz­ną rów­ni­ną. Zna­my lo­ka­li­za­cję skarb­ca, a na­wet miej­sce, w któ­rym na­le­ży umie­ścić klucz. Nie orien­tu­je­my się na­to­miast, ja­kie za­gro­że­nia czy­ha­ją w środ­ku.

– Sko­ro po­ło­że­nie skarb­ca jest tak oczy­wi­ste – wtrą­cił Trask – po­win­ni­śmy przy­jąć, że pu­łap­ki są jesz­cze bar­dziej za­bój­cze.

– Brak ka­mu­fla­żu może się wią­zać z od­por­no­ścią ob­sy­dia­nu – za­zna­czył Vin­cent. – Nie mó­wi­my tu o zwy­kłym ka­mie­niu. Przez lata czę­sto pró­bo­wa­no wy­wier­cić, wy­ryć lub wy­sa­dzić wej­ście. Jak do­tąd nikt nie zdo­łał na­wet dra­snąć po­wierzch­ni.

– Po co ukry­wać coś nie­znisz­czal­ne­go? – mruk­nę­ła Eli­se.

Prze­rwał im in­ter­kom z kok­pi­tu.

– Zbli­ża­my się do lą­do­wa­nia – oznaj­mił Aaron. – Nie­co dmu­cha, więc su­ge­ru­ję, żeby wszy­scy za­ję­li miej­sca.

– Roz­dam tro­chę mor­so­we­go ma­sła, że­by­śmy w Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu wszy­scy mo­gli zo­ba­czyć ma­gicz­ne stwo­rze­nia – po­wie­dział Trask. – Resz­tę spraw omó­wi­my w domu opie­ku­na. – Wró­cił na fo­tel, a tym­cza­sem sa­mo­lo­tem wstrzą­snę­ły dłu­gie tur­bu­len­cje.

Ken­dra nie po­trze­bo­wa­ła za­cza­ro­wa­ne­go mle­ka ani mor­so­we­go ma­sła, żeby przej­rzeć na wy­lot ilu­zje kry­ją­ce ma­gicz­ne stwo­ry przed wzro­kiem więk­szo­ści śmier­tel­ni­ków, więc od razu po­da­ła sło­ik Eli­se. W dole cień od­rzu­tow­ca drgał na nie­rów­nym pod­ło­żu. Dziew­czyn­ka wi­dzia­ła głów­nie pła­ski te­ren po­kry­ty kar­ło­wa­ty­mi krze­wa­mi, tu i ów­dzie do­strze­gła też nie­wy­so­kie wznie­sie­nia oraz płyt­kie jary. Jej uwa­gę zwró­ci­ły dwa dżi­py. Je­cha­ły dro­gą grun­to­wą na spo­tka­nie lą­du­ją­ce­go sa­mo­lo­tu, wznie­ca­jąc tu­ma­ny ku­rzu. Ma­szy­na znaj­do­wa­ła się już na tyle ni­sko, by Ken­dra zo­ba­czy­ła kie­row­ców obu po­jaz­dów z otwar­tym da­chem, lecz ich twa­rze po­zo­sta­wa­ły nie­wy­raź­ne.

Dro­gę, któ­rą po­dą­ża­ły dżi­py, w głę­bi prze­ci­nał mur. Wła­ści­wie to ra­czej wy­obra­że­nie muru. W rów­nych od­stę­pach sta­ły sa­mot­ne pi­ra­mid­ki usy­pa­ne z ka­mie­ni, cią­gną­ce się w obu kie­run­kach. Nic ich nie łą­czy­ło, więc wy­zna­cza­ły gra­ni­cę, nie two­rząc fak­tycz­nej ba­rie­ry. Ken­dra za­uwa­ży­ła jed­nak, że nad nimi lśni po­wie­trze, za­tem mu­siał tam dzia­łać czar de­kon­cen­tru­ją­cy, któ­ry chro­nił Ob­sy­dia­no­we Pust­ko­wie.

Za rów­no usy­pa­ny­mi pi­ra­mid­ka­mi wi­dzia­ła krę­te za­ko­la rze­ki, a w od­da­li – ol­brzy­mi czar­ny ka­mień przy­po­mi­na­ją­cy pu­dło po bu­tach. Jego pro­sto­kąt­ny kształt był wręcz nie­na­tu­ral­nie re­gu­lar­ny. Sa­mo­lo­tem za­trzę­sło. Przez mo­ment okrop­nie za­ko­ły­sał się na boki. Ken­dra od­wró­ci­ła twarz od okna, spoj­rza­ła przed sie­bie i za­ci­snę­ła dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach. Sa­mo­lot zno­wu pod­sko­czył i za­drżał. Po­czu­ła mro­wie­nie ta­kie jak wte­dy, gdy bar­dzo szyb­ka win­da ru­sza w dół. Jesz­cze nig­dy nie prze­ży­ła ta­kich tur­bu­len­cji!

Zer­k­nąw­szy na dru­gą stro­nę sa­mo­lo­tu, stwier­dzi­ła, że Trask sie­dzi nie­wzru­szo­ny. Oczy­wi­ście trud­no go było wzbu­rzyć, więc pew­nie miał­by tę samą ka­mien­ną minę, na­wet gdy­by sa­mo­lot roz­padł się na ka­wał­ki, a jego fo­tel spa­dał pro­sto w au­stra­lij­skie pust­ko­wie. Ken­dra uśmiech­nę­ła się pod no­sem.

Mimo kil­ku ko­lej­nych wstrzą­sów po paru mi­nu­tach pry­wat­ny od­rzu­to­wiec ła­god­nie osiadł na zie­mi. Chwi­lę ko­ło­wał, a wresz­cie się za­trzy­mał. Ken­dra za­rzu­ci­ła ple­cak na ra­mię, a tym­cza­sem Tanu otwo­rzył drzwi, któ­re po wy­chy­le­niu do pod­ło­ża peł­ni­ły funk­cję krót­kich schod­ków. Pierw­szy zszedł Seth, sio­stra po­dą­ży­ła za nim. Lot­ni­sko na od­lu­dziu skła­da­ło się z jed­ne­go pasa, wa­lą­ce­go się han­ga­ru oraz nie­wiel­kie­go pa­wi­lo­nu biu­ro­we­go z fur­ko­czą­cym rę­ka­wem na szczy­cie.

Wy­siadł­szy z ma­szy­ny, Trask, Tanu i Vin­cent za­czę­li wy­ła­do­wy­wać rze­czy z luku ba­ga­żo­we­go. Mara ode­szła na bok, by wy­ko­nać płyn­ną se­kwen­cję skom­pli­ko­wa­nych ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych. Eli­se, sto­jąc w drzwiach sa­mo­lo­tu, roz­glą­da­ła się po oko­li­cy przez po­tęż­ną lor­net­kę. Wy­so­ko na nie­bie wi­sia­ło ja­sne słoń­ce.

– Wi­ta­my w Au­stra­lii – oznaj­mił Seth, na­śla­du­jąc miej­sco­wy ak­cent naj­le­piej, jak umiał. Ge­stem wska­zał ja­ło­wą oko­li­cę. Ro­zej­rzał się do­ko­ła, a po­tem zmarsz­czył nos. – My­śla­łem, że bę­dzie wię­cej ko­ali.

– Któ­rę­dy do taśm ba­ga­żo­wych? – spy­ta­ła Ken­dra.

Seth za­chi­cho­tał.

– Nie jest to na­je­le­gant­sze lot­ni­sko, ja­kie w ży­ciu wi­dzia­łem. Wy­glą­da ra­czej jak po­ta­jem­ne lą­do­wi­sko szaj­ki prze­myt­ni­ków.

– Co tu­taj prze­my­ca­ją?

– Głów­nie bu­me­ran­gi. I kan­gu­ry. Bie­da­czy­ska.

– Zbli­ża się ko­mi­tet po­wi­tal­ny – po­wia­do­mi­ła Eli­se. – Dwa po­jaz­dy, a w każ­dym po jed­nej oso­bie.

Wkrót­ce oba dżi­py były już wy­raź­nie wi­docz­ne. Wy­trzy­ma­łe auta o woj­sko­wym od­cie­niu zie­le­ni mia­ły wiel­kie opo­ny, a ich sil­ni­ki gło­śno war­cza­ły. Gdy sta­nę­ły przy luku ba­ga­żo­wym, wy­sia­dło z nich dwo­je Abo­ry­ge­nów. Obo­je byli mło­dy­mi ludź­mi tuż po dwu­dzie­st­ce, mie­li ciem­ną skó­rę oraz dłu­gie ręce i nogi. Ko­bie­ta w wy­myśl­ną fry­zu­rę wplo­tła bia­łe wstąż­ki.

Vin­cent pod­biegł i uści­skał ich wy­lew­nie na po­wi­ta­nie. Był o pół gło­wy niż­szy od ko­bie­ty i o całą gło­wę od męż­czy­zny. Ken­dra z Se­them zbli­ży­li się, by le­piej przyj­rzeć się nie­zna­jo­mym. Trask pod­szedł do miej­sco­wych i uści­snął im dło­nie.

– Na­zy­wam się Ca­mi­ra – ode­zwa­ła się ko­bie­ta do wszyst­kich przy­by­szy – a to mój brat Ber­ri­gan. Nie zwra­caj­cie na nie­go uwa­gi. Ma bu­dyń za­miast mó­zgu.

– Przy­najm­niej nie je­stem mę­dr­kiem z ja­do­wi­tym ję­zy­kiem – od­parł tam­ten ze swo­bod­nym uśmie­chem.

Dłoń opie­rał o duży nóż przy­pię­ty do pasa.

– Od­wie­zie­my was do domu – cią­gnę­ła Ca­mi­ra, pusz­cza­jąc sło­wa bra­ta mimo uszu. – Pro­po­nu­ję, żeby pa­nie po­je­cha­ły ze mną, in­a­czej jego smród was wy­koń­czy.

– Fa­ce­ci niech jadą ze mną – zgo­dził się Ber­ri­gan. – W prze­ciw­nym ra­zie za­nim do­trze­cie do Ob­sy­dia­no­we­go Pust­ko­wia, stra­ci­cie po­czu­cie wła­snej war­to­ści.

– Ani na chwi­lę nie prze­sta­je­cie so­bie do­ku­czać – za­śmiał się Vin­cent. – Nic się nie zmie­ni­ło, od­kąd wy­je­cha­łem.

– A ty cią­gle je­steś roz­mia­rów ter­mi­ta – dro­czy­ła się Ca­mi­ra, wspi­na­jąc się na pal­ce.

Ken­dra za­uwa­ży­ła, że mło­da ko­bie­ta ma na no­gach barw­ne san­da­ły z lśnią­cy­mi ka­my­ka­mi.

– Faj­ne masz buty.

– Te? – Ca­mi­ra unio­sła sto­pę. – Sama zro­bi­łam. Mó­wią, że ory­gi­nal­na ze mnie Abo­ry­gen­ka.

– A ja mó­wię, że po­win­ni­śmy już je­chać, za­miast pa­plać o obu­wiu – jęk­nął Ber­ri­gan. – Ci lu­dzie są zmę­cze­ni.

– Wy­bacz­cie bra­tu – prze­pro­si­ła Ca­mi­ra. – Zwy­kle przy go­ściach nie wy­pusz­cza­my go z klat­ki.

Wspól­nie pręd­ko za­ła­do­wa­li ba­ga­że do dżi­pów. Zgod­nie z su­ge­stią dwój­ki kie­row­ców Trask, Tanu, Seth i Vin­cent wsie­dli do wozu Ber­ri­ga­na, na­to­miast Ken­dra, Eli­se i Mara po­je­cha­ły z Ca­mi­rą. Aaron zo­stał przy sa­mo­lo­cie, żeby wy­ko­nać nie­zbęd­ny prze­gląd.

Ca­mi­ra moc­no wci­snę­ła gaz. Sil­nik ryk­nął i jej dżip wy­sko­czył na dro­gę jako pierw­szy. Ken­dra spoj­rza­ła wstecz – fa­ce­ci krztu­si­li się od kłę­bów ku­rzu. Po­jaz­dów z otwar­tym da­chem naj­wy­raź­niej nie stwo­rzo­no z my­ślą o jeź­dzie w ko­lum­nie po grun­to­wych szla­kach.

Ca­mi­ra pę­dzi­ła nie­rów­ną dro­gą. Dżip trząsł się i pod­ska­ki­wał. Ostro wy­mi­ja­ła naj­więk­sze dziu­ry i ka­mie­nie, nie zwa­ża­jąc na tu­ma­ny pyłu wzbi­ja­ne w trak­cie tych ma­new­rów. Dru­gi po­jazd zo­stał tro­chę z tyłu, tak aby kurz zdą­żył przed nim opaść.

Mimo wy­bo­istej tra­sy Ken­dra sta­ra­ła się roz­glą­dać po ja­ło­wej oko­li­cy. Na­gie ka­mie­nie i splą­ta­ne krze­wy spra­wia­ły rów­nie nie­go­ścin­ne wra­że­nie, co kra­jo­braz Za­gi­nio­nej Góry w Ari­zo­nie. Do­my­śla­ła się, że oso­by, któ­re utwo­rzy­ły te ukry­te re­zer­wa­ty, ce­lo­wo wy­bra­ły nie­przy­ja­zne re­jo­ny od­stra­sza­ją­ce nie­pro­szo­nych go­ści.

Przed nimi w za­się­gu wzro­ku po­ja­wił się rząd pi­ra­mi­dek z ka­mie­ni. Ken­dra nie wspo­mnia­ła ani o nich, ani o lśnią­cym po­wie­trzu, gdyż wie­dzia­ła, że zwy­kły czło­wiek nie po­tra­fił­by się na nich sku­pić.

– Na pew­no je­dzie­my w do­brym kie­run­ku!? – spy­ta­ła Eli­se, prze­krzy­ku­jąc ha­łas.

– To tyl­ko dzia­ła­nie cza­ru de­kon­cen­tru­ją­ce­go, któ­ry ochra­nia re­zer­wat – od­par­ła Ca­mi­ra. – Ja też to od­czu­wam. Je­ste­śmy na wła­ści­wej tra­sie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze, je­śli tyl­ko sku­pię się na dro­dze. Gdy prze­kro­czy­my ba­rie­rę, wra­że­nie mi­nie.

Ken­dra nie czu­ła tych skut­ków, wie­dzia­ła jed­nak, że nie po­win­na się z tym zdra­dzać przed obcą oso­bą. Rze­czy­wi­ście, gdy tyl­ko mi­nę­li usy­pa­ne ka­mie­nie, wszy­scy pa­sa­że­ro­wie się od­prę­ży­li.

Po dru­giej stro­nie gra­ni­cy kra­jo­braz był bar­dziej go­ścin­ny. Zie­mię ubar­wia­ły po­lne kwia­ty, krze­wy wy­da­wa­ły się po­tęż­niej­sze, a tu i ów­dzie po­ja­wi­ły się drze­wa. Ken­dra do­strze­gła kil­ka wró­żek po­dob­nych do ciem. Fru­wa­ły na sza­rych, na­kra­pia­nych skrzy­dłach. W po­bli­żu błot­ni­ste­go wo­do­po­ju za­uwa­ży­ła parę zwie­rząt przy­po­mi­na­ją­cych duże pa­sia­ste char­ty o dłu­gich ogo­nach.

– Co to ta­kie­go? – spy­ta­ła, wska­zu­jąc pal­cem w ich stro­nę.

– Wil­ki wor­ko­wa­te – od­par­ła Ca­mi­ra. – In­a­czej ty­gry­sy ta­smań­skie. Mamy ich tu spo­ro, choć na ca­łym świe­cie wy­gi­nę­ły. Nie­któ­re po­tra­fią mó­wić. Po­pa­trz­cie na tam­ten stok, obok krza­ków.

Ken­dra po­dą­ży­ła za spoj­rze­niem Ca­mi­ry. Zo­ba­czy­ła wło­cha­tą człe­ko­kształt­ną po­stać. Eli­se zmru­ży­ła oczy i osło­ni­ła je dło­nią. Stwo­rze­nie zni­kło z pola wi­dze­nia.

– Co to było?! – za­wo­ła­ła.

– Yowie – od­par­ła Ca­mi­ra. – Coś jak Wiel­ka Sto­pa. Są nie­śmia­łe, lecz cie­kaw­skie. Pra­wie nie­uchwyt­ne. Czę­sto moż­na je do­strzec ką­tem oka, ale na­tych­miast ucie­ka­ją, gdy zwró­ci się na nie uwa­gę.

– Wy­glą­dał na smut­ne­go – za­uwa­ży­ła Mara.

– Ich pie­śni zwy­kle są peł­ne żalu – przy­zna­ła Ca­mi­ra.

Gdy dżip do­tarł na szczyt ła­god­ne­go pa­gór­ka, po le­wej stro­nie oczom go­ści uka­zał się głów­ny dom Ob­sy­dia­no­we­go Pust­ko­wia. Drew­nia­ny bu­dy­nek, po­sta­wio­ny na wznie­sie­niu, miał kil­ka wy­ku­szy ze stro­my­mi dasz­ka­mi oraz ob­szer­ną we­ran­dę. Z tyłu znaj­do­wa­ła się gi­gan­tycz­na sto­do­ła, a tak­że sze­ro­ka staj­nia po­łą­czo­na z za­gro­dą.

Z przo­du, na pra­wo, pły­nę­ła rze­ka, któ­rą Ken­dra wi­dzia­ła z sa­mo­lo­tu. Za nią ma­ja­czył geo­me­trycz­ny kształt wiel­kie­go ob­sy­dia­no­we­go blo­ku.

– Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby na ma­pach za­zna­czo­no tu rze­kę – stwier­dzi­ła Eli­se.

– Tę­czo­wa Rze­ka w więk­szo­ści bie­gnie pod zie­mią – od­rze­kła Ca­mi­ra. – Ale wy­pły­wa na po­wierzch­nię tu­taj, w Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu. To dar Tę­czo­we­go Węża.

– Tę­czo­we­go Węża? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ken­dra.

– Jed­ne­go z na­szych naj­czci­god­niej­szych do­bro­czyń­ców – wy­tłu­ma­czy­ła mło­da ko­bie­ta. – Isto­ty o wiel­kiej mocy twór­czej.

Sil­nik za­war­czał gło­śniej. Dżip pręd­ko prze­był od­le­głość dzie­lą­cą od domu, a po­tem za­trzy­mał się z po­śli­zgiem. Wóz chło­pa­ków nie­mal go do­go­nił. Za­krę­cił i za­par­ko­wał tuż obok. Ken­dra ze­sko­czy­ła na zie­mię.

– Seth mówi, że sły­szy gło­sy – po­in­for­mo­wał Trask.

– Gło­sy tru­pów? – za­py­ta­ła.

Jej brat z po­mo­cą de­mo­na Grau­la­sa zo­stał za­kli­na­czem cie­ni, co po­zwa­la­ło mu mię­dzy in­ny­mi sły­szeć gło­sy nie­umar­łych.

– Zga­dza się – po­twier­dził Seth, marsz­cząc czo­ło. – Dziw­ne. Nie prze­ma­wia­ją do mnie, to zna­czy nie wprost, ale sły­szę ich złak­nio­ne mam­ro­ta­nie. Z po­cząt­ku było od­le­głe. Te­raz mam wra­że­nie, że ota­cza­ją nas ze wszyst­kich stron.

– Czy są tu po­cho­wa­ne zom­bi? – za­py­tał Trask.

Ca­mi­ra spoj­rza­ła na nie­go, sze­ro­ko otwie­ra­jąc oczy. Przez chwi­lę po­ru­sza­ła usta­mi, ale nic nie mó­wi­ła.

– Nie wiem, co tu jest po­cho­wa­ne. Nie lu­bię roz­ma­wiać o prze­klę­tych.

– Zwy­kle uni­ka­my ta­kich te­ma­tów – po­parł ją Ber­ri­gan.

Otwo­rzy­ły się fron­to­we drzwi domu. Wy­ło­ni­ła się z nich ko­bie­ta o dłu­gich wło­sach w ko­lo­rze mio­du zwią­za­nych w koń­ski ogon. Mia­ła na so­bie ko­szu­lę kha­ki oraz szor­ty w tym sa­mym ko­lo­rze. Jej sma­gła skó­ra była lek­ko spa­lo­na słoń­cem. Choć ko­bie­ta mu­sia­ła do­bie­gać pięć­dzie­siąt­ki, spra­wia­ła wra­że­nie bar­dzo wy­spor­to­wa­nej i po­ru­sza­ła się żwa­wym kro­kiem.

– Lau­ra! – za­wo­łał Vin­cent.

– Cześć, Vin­cen­cie. Cześć, Tra­sku. Wi­taj­cie po­now­nie w Ob­sy­dia­no­wym Pust­ko­wiu. Po­zdra­wiam też po­zo­sta­łych. – Do­łą­czy­ła do przy­by­szów przy dżi­pach. Sta­nę­ła, wspar­ta pod boki. – Do­my­ślam się, że je­ste­ście znu­że­ni po­dró­żą i chcie­li­by­ście od­po­cząć.

Trask wska­zał ge­stem Se­tha.

– Seth mówi, że wko­ło sły­szy gło­sy nie­umar­łych.

Lau­ra kiw­nę­ła gło­wą. Rzu­ci­ła pręd­kie spoj­rze­nie Ca­mi­rze.

– Przy­najm­niej jed­no z nas ma in­tu­icję – mruk­nę­ła.

– Słu­cham? – zdzi­wił się Trask.

Ca­mi­ra się skrzy­wi­ła.

Lau­ra szyb­kim ru­chem wy­szarp­nę­ła nóż Ber­ri­ga­na z po­chwy i wbi­ła ostrze w mło­dą ko­bie­tę.

– To pu­łap­ka – ostrze­gła. – Cze­ka­ją na nas w domu. Obez­wład­nij­cie Ber­ri­ga­na. Nie za­bi­jaj­cie go.

Ber­ri­gan usi­ło­wał usko­czyć, ale Trask zła­pał go, ob­ró­cił i przy­gwoź­dził do ma­ski dżi­pa. Jed­ną rękę wy­krę­cił mu bo­le­śnie za ple­ca­mi. Lau­ra wy­cią­gnę­ła nóż, a wte­dy Ca­mi­ra osu­nę­ła się na zie­mię.

– Do wo­zów – po­le­ci­ła ko­bie­ta, za­bie­ra­jąc jej klu­czy­ki. – Je­dzie­my w stro­nę Ka­mie­nia Snów. Nie rób­cie krzyw­dy Ber­ri­ga­no­wi, kie­ru­je nim nar­ko­bliks.

Trask po­zba­wił tycz­ko­wa­te­go mło­dzień­ca klu­czy­ków od auta, po czym prze­ka­zał go Tanu. Ten wcią­gnął więź­nia do dżi­pa, ści­ska­jąc go ra­mie­niem za szy­ję. Trask i Lau­ra uru­cho­mi­li sil­ni­ki, a po­zo­sta­li wsie­dli do po­jaz­dów. Ken­dra wsko­czy­ła do środ­ka, nie otwie­ra­jąc drzwi. Je­cha­ła z Lau­rą, Se­them, Marą i Vin­cen­tem.

Za­wi­ro­wa­ły opo­ny, wznie­ca­jąc kurz i żwir. W bok dżi­pa wbi­ła się strza­ła. Ken­dra spoj­rza­ła na dom. Przez okna i drzwi wy­le­wa­ły się zom­bi. Po­ru­sza­ły się spa­zma­tycz­nie, nie­któ­re uty­ka­ły, inne prze­miesz­cza­ły się na czwo­ra­kach. Po­śród nich dziew­czyn­ka za­uwa­ży­ła wy­so­kie­go Azja­tę o po­nu­rych, po­cią­głych ry­sach – pana Li­cha.

W po­wie­trzu za­fur­ko­ta­ła dru­ga strza­ła. Wbi­ła się w wa­liz­kę za Vin­cen­tem. Ken­dra do­strze­gła łucz­nicz­kę na bal­ko­nie – pięk­ną ko­bie­tę o ele­ganc­ko ufry­zo­wa­nych blond wło­sach. To­ri­na, któ­ra kie­dyś ją wię­zi­ła, przez chwi­lę pa­trzy­ła dziew­czyn­ce w oczy ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem. Po­tem znik­nę­ła w oknie, uchy­la­jąc się przed beł­ta­mi z kusz Eli­se oraz Mary.

Fron­to­wy­mi drzwia­mi wy­szła po­stać cał­ko­wi­cie ob­le­czo­na w sza­ry ma­te­riał, któ­ry prze­sła­niał rów­nież twarz. Z osza­ła­mia­ją­cą pręd­ko­ścią po­gna­ła za dżi­pa­mi, bez tru­du wy­prze­dza­jąc zom­bi. W obu dło­niach ści­ska­ła mie­cze.

– Sza­ry Za­bój­ca?! – wy­krzyk­nął Vin­cent. – Czy ktoś nie pró­bu­je nas za­bić? Oni nie za­mie­rza­ją nas tak tro­chę uka­tru­pić, tyl­ko to­tal­nie, na śmierć!

Gdy dżi­py od­da­la­ły się od bu­dyn­ku, z kry­jó­wek wo­kół domu wy­peł­za­ły dzie­siąt­ki zom­bi. Nie­któ­re cho­wa­ły się w do­łach lub ro­wach, inne – za krza­ka­mi, je­den umar­lak za­nu­rzył się w becz­ce z wodą. Czła­pią­ce zwło­ki w róż­nych sta­diach roz­kła­du zbli­ża­ły się ze wszyst­kich stron. Trask i Lau­ra do­da­li gazu. Pru­li wprost na zom­bi, któ­re usi­ło­wa­ły od­ciąć dro­gę uciecz­ki. Ken­dra za­mknę­ła oczy, gdy gro­te­sko­we cia­ła po­fru­nę­ły w po­wie­trze.

Przy­sa­dzi­ste zom­bi o krę­co­nych ru­dych wło­sach rzu­ci­ło się na wóz Lau­ry. Chwy­ci­ło się ka­ro­se­rii, lecz tyl­ko na mo­ment, bo Vin­cent za­raz od­rą­bał ma­cze­tą bez­kr­wi­stą pie­go­wa­tą dłoń. Seth ode­rwał ją od kra­wę­dzi auta i od­rzu­cił.

Po­tem zom­bi oraz dom zo­sta­ły w tyle. Sza­ry Za­bój­ca go­nił ich jesz­cze przez parę chwil, ale cho­ciaż był szyb­ki, nie mógł się rów­nać z roz­pę­dzo­ny­mi au­ta­mi. Lau­ra je­cha­ła przo­dem, Trask tuż za nią. Gna­li w stro­nę od­le­głe­go ob­sy­dia­no­we­go mo­no­li­tu.

Rozdział III

Ka­mień Snów

Seth ża­ło­wał, że wy­rzu­cił rękę zom­bia­ka. Prze­cież to by była ide­al­na pa­miąt­ka z pierw­szej ofi­cjal­nej mi­sji w roli Ry­ce­rza Świ­tu! Ale zro­bił to nie­mal od­ru­cho­wo. Pew­nie te wszyst­kie gło­sy umar­łych na chwi­lę za­mie­sza­ły mu w gło­wie.

Były okrop­ne. Set­ki szep­tów wy­głod­nia­łych zom­bi, sko­rych do ata­ku, lecz po­wstrzy­my­wa­nych mocą sil­niej­szą niż to łak­nie­nie. Wy­da­wa­ło się, że są wszę­dzie do­ko­ła, a jed­nak nic nie wi­dział. Do­pó­ki w koń­cu nie wy­sko­czy­ły z kry­jó­wek, oba­wiał się, że mu od­bi­ja.

Praw­do­po­dob­nie ste­ro­wał nimi pan Lich. Roz­ka­zał po­zo­stać w ukry­ciu, aż na­dej­dzie do­god­na chwi­la. Ro­sły Azja­ta był wi­wi­blik­sem zdol­nym wskrze­szać i kon­tro­lo­wać zmar­łych. Peł­nił też obo­wiąz­ki pra­wej ręki Sfink­sa. Gdy­by Lau­ra nie po­mo­gła w szyb­kiej uciecz­ce, wszy­scy przy­by­sze zo­sta­li­by kar­mą dla zom­bi.

Dżip gnał po mo­ście nad Tę­czo­wą Rze­ką, a Seth wciąż roz­pa­czał, że po­zbył się ręki. Mógł­by ją wło­żyć Ken­drze pod koł­drę. Przy­wią­zać do głów­ki prysz­ni­ca. Dum­nie umie­ścić na pół­ce w swo­im po­ko­ju. Obie­cał so­bie, że nie za­po­mni o tych wszyst­kich moż­li­wo­ściach, je­śli znów tra­fi mu się od­cię­ta dłoń zom­bi.

Wzdłuż dru­gie­go brze­gu rze­ki ro­sły ol­brzy­mie drze­wa. Mia­ły kil­ka­dzie­siąt me­trów wy­so­ko­ści.

– Ależ one wiel­kie! – za­wo­łał Seth.

– To kar­ri – wy­ja­śni­ła gło­śno Lau­ra. – Od­mia­na eu­ka­lip­tu­sa. Je­den z naj­wyż­szych ga­tun­ków drzew na świe­cie.

– Co to wszyst­ko mia­ło zna­czyć? – za­py­tał Vin­cent.

– Ca­mi­ra nas zdra­dzi­ła – rze­kła gorz­ko Lau­ra. – Wczo­raj w nocy wpu­ści­ła do re­zer­wa­tu kil­ku człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia oraz dzie­siąt­ki zom­bi ste­ro­wa­nych przez tego wi­wi­blik­sa.

– Mó­wi­łaś, że Ber­ri­gan jest pod kon­tro­lą nar­ko­blik­sa – ode­zwa­ła się Ken­dra. – Czy wiesz, o kogo cho­dzi?

– Jest w domu. Na­zy­wa się Way­ne.

Ken­dra zer­k­nę­ła na bra­ta z ulgą wy­pi­sa­ną na twa­rzy. On też o tym my­ślał. Mar­twił się, czy Va­nes­sa nie po­ma­ga wro­gom.

Dżip wy­sko­czył w po­wie­trze i cięż­ko wy­lą­do­wał, ale Lau­ra nie zwal­nia­ła. Seth obej­rzał się za sie­bie, lecz nie wi­dział po­ści­gu.

Kie­dy wy­je­cha­li spod nie­bo­tycz­nych drzew kar­ri, znów zo­ba­czy­li ob­sy­dia­no­wy mo­no­lit. Miał osza­ła­mia­ją­ce roz­mia­ry – ten geo­lo­gicz­ny cud na­tu­ry wy­glą­dał tak, jak­by z czar­ne­go wznie­sie­nia wy­rzeź­bio­no błysz­czą­cy blok.

– Lśni jak tę­cza – po­wie­dzia­ła Ken­dra.

– Ja tam nie wi­dzę ko­lo­rów – od­parł Seth.

– Ka­mień jest czar­ny – wy­ja­śni­ła – ale od­bi­ja barw­ne świa­tło.

– Moż­li­we, że oczy Ken­dry do­strze­ga­ją coś, co nam umy­ka – rze­kła Lau­ra w za­my­śle­niu. – My na­zy­wa­my go Ka­mie­niem Snów. Drze­mie w nim głę­bo­ka ma­gia.

Seth przy­glą­dał się ob­sy­dia­no­we­mu mo­no­li­to­wi przez zmru­żo­ne po­wie­ki. Rze­czy­wi­ście ja­sno błysz­czał, ale od­blask był bia­ły, a nie wie­lo­barw­ny. Dla­cze­go jego sio­stra wi­dzia­ła róż­ne ko­lo­ry? Czyż­by Ka­mień Snów był pe­łen wróż­ko­wej ma­gii albo coś w tym sty­lu? W mil­cze­niu zbli­ża­li się do ol­brzy­mie­go blo­ku.

Wresz­cie Lau­ra z ry­kiem sil­ni­ka do­tar­ła do Ka­mie­nia Snów i za­je­cha­ła od tyłu. Mo­no­lit miał set­ki me­trów wy­so­ko­ści, set­ki me­trów sze­ro­ko­ści i dwa razy tyle dłu­go­ści. Seth za­chwy­cał się gład­ko­ścią ka­mie­nia oraz ide­al­ną ostro­ścią kra­wę­dzi. W koń­cu za­trzy­ma­li się obok je­dy­nej nie­do­sko­na­ło­ści na nie­ska­la­nej po­wierzch­ni. Było to wgłę­bie­nie w kształ­cie misy, wiel­ko­ści po­ło­wy pił­ki do siat­ków­ki.

Trask za­par­ko­wał obok. Seth pa­trzył, jak Tanu wy­cią­ga Ber­ri­ga­na z dżi­pa i przy­gnia­ta go do zie­mi. Trask pod­biegł do Lau­ry.

– Co się sta­ło?

– Ze­szłej nocy Ca­mi­ra oka­za­ła się zdraj­czy­nią – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Człon­ko­wie Sto­wa­rzy­sze­nia za­sko­czy­li nas i opa­no­wa­li dom. My­śle­li, że je­śli za­gro­żą skrzyw­dze­niem za­kład­ni­ków, za­pro­wa­dzę was pro­sto w pu­łap­kę.

– Za­kład­ni­ków już nie ma – za­śmiał się Ber­ri­gan. – Po tym two­im ma­łym wy­sko­ku! Twój sio­strze­niec nie żyje. Two­ja sio­stra i jej mąż tak­że. Po­dob­nie jak Cor­bin, Sam i Lois.

Twarz Lau­ry stę­ża­ła. Drgnę­ła jej war­ga.

– Za­bi­li­by­ście ich tak czy in­a­czej. Przy­najm­niej ura­to­wa­łam ży­cie kil­ku osób.

– I tak już po was – za­pew­nił Ber­ri­gan. – Tyl­ko prze­dłu­ża­cie wła­sną ago­nię.

– Wyjdź z nie­go, Way­ne! – wark­nę­ła Lau­ra.

– Na ra­zie mi się tu po­do­ba – od­parł Ber­ri­gan. – Ja­kie to uczu­cie: za­bić swo­ją ulu­bio­ną uczen­ni­cę?

Spio­ru­no­wa­ła go wzro­kiem.

– Nig­dy nie po­dej­rze­wa­ła­bym Ca­mi­ry.

– Nie sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­ła Lau­ra? – ode­zwał się Tanu, przy­ci­ska­jąc sze­ro­kie przed­ra­mię do kar­ku Ber­ri­ga­na. – Wy­no­cha.

– Le­piej skończ ze sło­dy­cza­mi, gru­ba­sie – wy­dy­szał chło­pak przez ści­śnię­te gar­dło.

– Mogę spra­wić, że bę­dzie ci bar­dzo nie­przy­jem­nie – za­gro­ził Sa­mo­ań­czyk.

– To nie mnie wy­rzą­dzisz krzyw­dę – wy­char­czał Ber­ri­gan. – Z nim mo­żesz zro­bić, co chcesz.

– Trzy­maj go, Trask – po­le­cił Tanu.

Za­mie­ni­li się miej­sca­mi. Sa­mo­ań­czyk wy­jął z tor­by igłę oraz małą bu­tel­kę.

– Za­szy­jesz mnie na śmierć? – za­chi­cho­tał Ber­ri­gan.

Tanu za­nu­rzył igłę w bu­tel­ce.

– Mogę ci za­dać spo­ro bólu, nie szko­dząc two­je­mu go­spo­da­rzo­wi – rzekł i przy­ło­żył ostrze do szyi więź­nia.

Z gar­dła Ber­ri­ga­na na­tych­miast do­biegł prze­raź­li­wy wrzask. Chło­pak wy­ba­łu­szył oczy. Z ust po­cie­kła mu śli­na.

– Co ro­bisz? – spy­ta­ła ner­wo­wo Lau­ra.

Tanu cof­nął igłę, a wte­dy nie­przy­tom­ny Ber­ri­gan osu­nął się na zie­mię.

– Ten elik­sir wy­sy­ła do mó­zgu in­for­ma­cję o prze­raź­li­wym bólu – wy­ja­śnił Sa­mo­ań­czyk. – Nie wy­rzą­dza żad­nej krzyw­dy, tyl­ko ko­mu­ni­ku­je się z ukła­dem ner­wo­wym. – Jesz­cze raz dźgnął Ber­ri­ga­na. – Nar­ko­bliks rze­czy­wi­ście się wy­co­fał, w prze­ciw­nym ra­zie wił­by się w spa­zmach.

Na­stęp­nie zno­wu po­szpe­rał w tor­bie. Wy­do­był ko­lej­ną bu­te­lecz­kę, od­kor­ko­wał i po­de­tknął chło­pa­ko­wi pod nos.

Mło­dy czło­wiek wzdry­gnął się gwał­tow­nie i otwo­rzył oczy. Za­czął się szar­pać w ra­mio­nach Tra­ska, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od Tanu.

– Kim je­ste­ście?

– To przy­ja­cie­le – uspo­ko­iła go Lau­ra. – Nie de­ner­wuj się.

– Co się sta­ło? – spy­tał nie­co ła­god­niej.

Lau­ra zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Nar­ko­bliks odu­rzył cię i prze­jął kon­tro­lę nad two­im cia­łem. To wła­śnie ze­spół, na któ­ry cze­ka­li­śmy. Od­po­wiedz mi na parę py­tań, że­bym wie­dzia­ła, że nad sobą pa­nu­jesz. Jaka jest ulu­bio­na pio­sen­ka cio­ci Jan­na­li?

– Moon Ri­ver.

– Z czym w dzie­ciń­stwie lu­bi­łeś jeść tłu­czo­ne ziem­nia­ki?

– Z ka­wał­ka­mi mie­lon­ki.

– Jak da­le­ko rzu­ca włócz­nią twój wu­jek Du­ral?

– Nie mam wuj­ka Du­ra­la.

– Wi­taj z po­wro­tem, Ber­ri­gan. Je­steś go­tów nas wes­przeć?

Mło­dzie­niec przy­tak­nął i usiadł z po­mo­cą Tanu. Za­mknął oczy i po­tarł skro­nie.

– Łeb mi pęka. – Otwo­rzył po­wie­ki. – Co z Ca­mi­rą?

– Nie żyje – po­wie­dzia­ła bez­na­mięt­nie Lau­ra.

Ber­ri­gan kiw­nął gło­wą. Do oczu na­pły­nę­ły mu łzy.

– Ma za swo­je – wy­du­kał. Jego twarz wy­krzy­wił gry­mas bólu. – Ma za swo­je. Nie wie­rzę. Nie wie­rzę, że mo­gła… – Za­czął pła­kać.

– Póź­niej bę­dzie czas na ża­ło­bę – oświad­czy­ła Lau­ra, wsta­jąc. – Wkrót­ce do­go­nią nas wro­go­wie. – Po­sęp­nie spoj­rza­ła na Tra­ska. – Po­win­ni­ście zdo­być Trans­lo­ca­tor i te­le­por­to­wać się stąd. Ma­cie klucz?

– Oczy­wi­ście. Ja­kie mamy szan­se, je­śli sta­nie­my do wal­ki przed otwar­ciem skarb­ca?

Lau­ra po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie­wiel­kie. Wi­wi­bliks ma do dys­po­zy­cji oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu zom­bi. Część spro­wa­dził ze sobą, inne wskrze­sił już tu­taj. Mają Sza­re­go Za­bój­cę, nar­ko­blik­sa, wi­wi­blik­sa, lek­to­blik­sa, ja­sno­wi­dza, parę ly­kan­tro­pów, a przede wszyst­kim cza­ro­dzie­ja Mi­ra­va.

– Znam to imię – stwier­dził po­nu­ro Trask. – Jest bar­dzo sta­ry.

– Na­szym naj­więk­szym sprzy­mie­rzeń­cem prze­ciw­ko nie­mu jest słoń­ce – po­wie­dzia­ła Lau­ra. – Mi­rav nie może wy­cho­dzić za dnia. Pro­mie­nie by go za­bi­ły. Z na­sta­niem świ­tu na­tych­miast scho­wał się w piw­ni­cy.

– Agad mó­wił, że wszy­scy cza­ro­dzie­je byli kie­dyś smo­ka­mi – wtrą­ci­ła Ken­dra.

– Mi­rav jest praw­dzi­wym cza­ro­dzie­jem – od­rzekł Trask – a więc owszem, nie­gdyś był smo­kiem. Po­cho­dzi z In­dii. Jest zły do szpi­ku ko­ści, to li­der w sze­re­gach Sto­wa­rzy­sze­nia. Jego obec­ność ozna­cza, że nasi wro­go­wie rzu­ci­li do tej mi­sji wszyst­kie siły.

– Nie zdo­ła­my sta­wić czo­ła ma­go­wi i ar­mii zom­bi – oce­nił Tanu.

– To praw­da – przy­zna­ła Lau­ra. – Wła­śnie dla­te­go mu­si­cie czym prę­dzej udać się po Trans­lo­ca­tor.

– Nie pój­dziesz z nami? – zdzi­wił się Trask.

Ko­bie­ta po­krę­ci­ła gło­wą.

– Zwer­bu­ję do po­mo­cy kogo tyl­ko zdo­łam i spró­bu­ję spo­wol­nić wro­gów. Jesz­cze nie za­bra­kło mi sprzy­mie­rzeń­ców. Je­stem pew­na, że mogę znisz­czyć most.

– Będę ci to­wa­rzy­szyć – za­ofe­ro­wał żar­li­wie Ber­ri­gan.

– Nie. Wię­cej zro­bisz, wspie­ra­jąc po­zo­sta­łych w dro­dze po ar­te­fakt. Ja osią­gnę to samo bez wzglę­du na two­ją po­moc.

Trask się skrzy­wił.

– Czy kie­dy już spo­wol­nisz wro­gów, bę­dziesz w sta­nie do­trzeć na lą­do­wi­sko? Nasz pi­lot mógł­by cię stąd za­brać.

– Nie ma szans – od­par­ła Lau­ra. – By­łam tu opie­kun­ką i za­wio­dłam. Zro­bię, co mogę, żeby utrud­nić po­ścig. To po­zwo­li wam zdo­być ar­te­fakt. Wszy­scy wie­my, że utra­ta Trans­lo­ca­to­ra by­ła­by ka­ta­stro­fą. Nie po­rzu­cę Ob­sy­dia­no­we­go Pust­ko­wia. Bez dys­ku­sji. Po­wiedz pi­lo­to­wi, żeby ucie­kał, póki może. Pręd­ko, w dro­gę, nie ma chwi­li do stra­ce­nia.

Trask za­czął wy­cią­gać sprzęt z dżi­pa.

– Sły­sze­li­ście, co mó­wi­ła Lau­ra: bie­rze­my rze­czy i do dzie­ła. Eli­se, dzwoń do Aaro­na. Niech na­tych­miast star­tu­je. My albo ewa­ku­uje­my się przy uży­ciu Trans­lo­ca­to­ra, albo wca­le.

Eli­se wy­do­by­ła te­le­fon sa­te­li­tar­ny, a na­stęp­nie wy­bra­ła nu­mer. Seth zła­pał swo­ją wa­liz­kę, po­sta­wił ją na zie­mi i otwo­rzył. Nie przy­le­ciał do Au­stra­lii z bro­nią – prze­sła­no ją in­ny­mi ka­na­ła­mi do Perth, gdzie zo­sta­ła za­ła­do­wa­na do pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca. Przy­pa­sał miecz oraz nóż. Po­tem zer­k­nął na sio­strę. Wła­śnie za­kła­da­ła na­pier­śnik z ada­man­ty­tu uzy­ska­ny od sa­ty­rów. Był lek­ki i wy­trzy­ma­ły, ura­to­wał jej ży­cie w Ga­dziej Opo­ce. Seth wziął też ze­staw kry­zy­so­wy, któ­ry mie­ścił się już nie w pu­deł­ku po płat­kach śnia­da­nio­wych, lecz w skó­rza­nej tor­bie. Nadal skła­dał się z róż­nych przy­dat­nych przed­mio­tów. Chło­piec wciąż miał ze sobą onyk­so­wą wie­żę i le­wia­ta­na z aga­tu, któ­re dał mu Thro­nis. Za­brał tak­że otrzy­ma­ny od Tanu me­ta­lo­wy fla­ko­nik z elik­si­rem na­da­ją­cym użyt­kow­ni­ko­wi po­stać ga­zo­wą. Na­le­ża­ło go użyć je­dy­nie w osta­tecz­no­ści, gdyż Sa­mo­ań­czyk wąt­pił, czy Trans­lo­ca­tor za­dzia­ła na oso­bę w tym sta­nie. Ken­dra rów­nież mia­ła taką bu­te­lecz­kę.

Chło­piec zer­k­nął na bok. Ber­ri­gan sie­dział na zie­mi ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi. Wy­glą­dał na wstrzą­śnię­te­go.

– Bierz rze­czy – po­wie­dział Seth.

Mło­dy czło­wiek wbił w nie­go wzrok.

– Wszyst­ko, co naj­lep­sze, zo­sta­ło w domu. Zresz­tą my­ślisz, że mie­cze na coś się wam przy­da­dzą?

– Ja­sne, je­śli tyl­ko na­tknie­my się na coś do dźga­nia.

Ber­ri­gan uśmiech­nął się w za­my­śle­niu.

– Kto wie, co na­po­tka­my we­wnątrz Ka­mie­nia Snów? Szcze­rze mó­wiąc, wo­lał­bym pro­stą śmierć tu, pod go­łym nie­bem. We­wnątrz nie bę­dzie wia­do­mo, czy to jawa, czy sen. Pew­nie ja­kaś po­gma­twa­na mie­szan­ka jed­ne­go i dru­gie­go.

– I tak mu­si­my tam wejść, więc po­win­ni­śmy się przy­go­to­wać.

– Przy­go­tuj umysł, nie miecz – po­ra­dził Ber­ri­gan. – Je­steś mło­dy.

Seth wzru­szył ra­mio­na­mi.

– A ty chu­dy.

Tym ra­zem Ber­ri­gan na­praw­dę się uśmiech­nął.

– Po­do­ba mi się two­ja po­sta­wa.

– Przy­kro mi z po­wo­du two­jej sio­stry – po­wie­dział Seth. – Wy­da­wa­ła się dow­cip­na.

– Na­wet bar­dzo. Nie mogę uwie­rzyć, że zdra­dzi­ła. Czy mo­gli ją skap­to­wać na stu­diach?

– Może w grę wcho­dzi­ła kon­tro­la my­śli. Albo to była żą­dli­ku­la lub coś w tym sty­lu.

Ber­ri­gan prze­gnał mu­chy, któ­re krą­ży­ły mu wo­kół gło­wy.

– Ca­mi­ra była wspa­nia­ła. Ka­pry­śna, upar­ta i wku­rza­ją­ca, ale wspa­nia­ła. Wo­lał­bym, żeby cho­dzi­ło o coś in­ne­go niż zdra­dę.

– Kie­dyś my­śla­łem, że moja sio­stra Ken­dra nie żyje. In­nym ra­zem wy­da­wa­ło mi się, że jest nie­lo­jal­na. Oka­za­ło się, że to wszyst­ko oszu­stwa Sto­wa­rzy­sze­nia.

Ber­ri­gan wy­cią­gnął dłoń. Seth chwy­cił ją i po­dźwi­gnął mło­dzień­ca na nogi. Abo­ry­gen spoj­rzał spod zmru­żo­nych po­wiek na Ka­mień Snów.

– Za­wsze by­łem cie­kaw, co jest w środ­ku. Chy­ba po­wi­nie­nem wziąć przy­najm­niej nóż.

Trask trzy­mał że­la­zne jajo wiel­ko­ści ana­na­sa. Z gór­nej czę­ści wy­sta­wa­ły nie­re­gu­lar­ne wy­pust­ki. Po jego po­sta­wie da­wa­ło się po­znać, że przed­miot jest cięż­ki. Lau­ra i Vin­cent przy­glą­da­li się oso­bli­we­mu klu­czo­wi z za­cie­ka­wie­niem.

– Po­spiesz­cie się – po­ra­dzi­ła Lau­ra.

Trask po­czła­pał do za­głę­bie­nia w ścia­nie mo­no­li­tu, po­dźwi­gnął jajo i wsu­nął jego gór­ną część w otwór. Po­ru­szał klu­czem, aż wy­pust­ki tra­fi­ły na swo­je miej­sca. Wów­czas ob­ró­cił go w pra­wo. Gdy wy­ko­nał po­ło­wę ob­ro­tu, odłą­czy­ła się gór­na część jaja. Trask wciąż trzy­mał w rę­kach dol­ną po­ło­wę. Oka­za­ło się, że w środ­ku znaj­du­je się mniej­szy klucz, rów­nież ja­jo­wa­ty.

– Jak ma­triosz­ka – mruk­nę­ła Eli­se.

– Jak co? – spy­tał Seth.

– Taka drew­nia­na ro­syj­ska lal­ka, w któ­rej miesz­czą się ko­lej­ne, co­raz mniej­sze – wy­ja­śni­ła.

– Aha, ro­zu­miem.

– Gdzie są drzwi? – za­sta­na­wia­ła się Ken­dra.

Co praw­da klucz się ob­ró­cił, jed­nak nie było wi­dać żad­ne­go otwo­ru.

– Sama nie wiem – wy­mam­ro­ta­ła Lau­ra.

Trask wy­jął mniej­szy klucz z po­łów­ki więk­sze­go.

– Czy jest tu dru­ga dziur­ka? Ten ma na gó­rze wy­pust­ki tak samo jak po­przed­ni.

Ber­ri­gan po­krę­cił gło­wą.

– Ścia­na jest zu­peł­nie gład­ka.

– Albo była – za­my­ślił się Tanu. – Po otwar­ciu pierw­sze­go zam­ka gdzieś in­dziej mógł się po­ja­wić dru­gi.

Mara uważ­nie lu­stro­wa­ła wzro­kiem lśnią­cą płasz­czy­znę.

– Stąd nic nie wi­dać. Po­win­ni­śmy obej­rzeć cały Ka­mień Snów.

Lau­ra ru­szy­ła do dżi­pa, któ­rym tu przy­by­ła.

– Ja po­ja­dę w lewo, a wy w pra­wo. Je­śli coś znaj­dzie­cie, to za­trąb­cie.

Trask upu­ścił na zie­mię pu­stą że­la­zną łu­skę. Mniej­sze jajo za­niósł do wozu bez więk­sze­go tru­du. Wszy­scy za­ję­li w sa­mo­cho­dach te same miej­sca co po­przed­nio.

Gdy dżip przy­spie­szał, Seth lu­stro­wał wzro­kiem nie­ska­zi­tel­nie pła­ską ścia­nę. Pa­trzył wszę­dzie, choć gdy­by dru­ga dziur­ka od klu­cza znaj­do­wa­ła się na du­żej wy­so­ko­ści, nie wie­dział­by, jak jej do­się­gnąć. Mo­no­lit nie miał żad­nych uchwy­tów umoż­li­wia­ją­cych wspi­nacz­kę, wko­ło nie ro­sły drze­wa, w po­bli­żu nie było dra­bi­ny.

Za­krę­ci­li za róg i gna­li da­lej wzdłuż ścia­ny, pod­ska­ku­jąc na nie­rów­no­ściach. Nie wi­dzie­li za­głę­bień, nie sły­sze­li też sy­gna­łów od to­wa­rzy­szy.

Gdy zno­wu skrę­ci­li, Mara wska­za­ła duży otwór. Dru­gi wóz wy­je­chał zza rogu i wszy­scy spo­tka­li się przy wlo­cie tu­ne­lu.

– Spo­ra ta dziur­ka – stwier­dził Seth.

– Czy­li pierw­szy klucz jed­nak otwo­rzył drzwi – po­wie­dział Ber­ri­gan. – Tyle że po dru­giej stro­nie.

– Ko­lej­ny za­mek musi się znaj­do­wać we­wnątrz – od­rzekł Trask. – Przy­go­tuj­cie się.

Seth i po­zo­sta­li wy­sie­dli z wo­zów i spraw­dzi­li sprzęt. Ken­dra sta­nę­ła za bra­tem.

– Do­brze się ba­wisz?

– Nie­źle. Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy do­go­nią nas zom­bi. Naj­faj­niej się je roz­jeż­dża­ło.

Dziew­czyn­ka po­krę­ci­ła gło­wą.

– Mu­si­my za­py­tać Tanu, czy ma ja­kiś elik­sir na głu­po­tę.

– Mam na­dzie­ję, że tra­fi mi się jesz­cze jed­na ręka zom­bia­ka. Nie mogę so­bie da­ro­wać, że tam­tą wy­rzu­ci­łem!

Ken­dra prze­wró­ci­ła ocza­mi.

Jej brat zer­k­nął na mrocz­ne wej­ście. Le­d­wie zmie­ścił­by się w nim wy­pro­sto­wa­ny czło­wiek. Pod­ło­że wą­skie­go tu­ne­lu pię­ło się do góry i zni­ka­ło z pola wi­dze­nia. Może i Seth był od­por­ny na ma­gicz­ny strach, ale na­tu­ral­nym emo­cjom ule­gał tak jak każ­dy. Ogar­nię­ty po­tęż­nym nie­po­ko­jem stłu­mił dreszcz i opa­no­wał mi­mi­kę. Jego sio­stra za żad­ne skar­by nie mo­gła zo­ba­czyć, że się de­ner­wu­je.

Trask sta­nął przed wlo­tem ja­ski­ni i od­wró­cił się do po­zo­sta­łych.

– Nie w ten spo­sób za­mie­rza­li­śmy wkro­czyć do skarb­ca. Spie­szy­my się, je­ste­śmy zmę­cze­ni, dzia­ła­my pod pre­sją. Z dru­giej stro­ny, przy­najm­niej za­bra­kło nam cza­su na ner­wy. Damy radę. Ze­bra­li­śmy ide­al­ny ze­spół, mamy do­bry sprzęt. Je­stem go­to­wy. Chodź­my.

Lau­ra unio­sła się w dżi­pie.

– Jadę. Po­wo­dze­nia.

– Lau­ro! – za­wo­łał do niej Trask. – Nie po­świę­caj swo­je­go ży­cia. Znasz ten re­zer­wat. Zrób, co mo­żesz, żeby spo­wol­nić wro­gów, a po­tem ucie­kaj.

– Wca­le nie mam ocho­ty umie­rać.

Za­krę­ci­ła au­tem i od­je­cha­ła.

Do Tra­ska pod­szedł Tanu.

– Je­że­li idziesz przo­dem, to daj mi po­nieść klucz.

Trask po­dał Sa­mo­ań­czy­ko­wi że­la­zne jajo, zdjął z ra­mie­nia ol­brzy­mią ku­szę i po­pro­wa­dził to­wa­rzy­szy do tu­ne­lu. Ru­szy­li gę­sie­go: naj­pierw Vin­cent, po­tem Mara, Ber­ri­gan, Tanu, Ken­dra, Seth, a na koń­cu Eli­se.

Su­fit, ścia­ny i pod­ło­że Ka­mie­nia Snów rów­nież wy­ko­na­no z gład­kie­go ob­sy­dia­nu. Seth co chwi­la zer­kał przez ra­mię, aż w koń­cu wej­ście znik­nę­ło mu z oczu. Eli­se pil­no­wa­ła ty­łów, trzy­ma­jąc nie­wiel­ką ku­szę w po­go­to­wiu.

– Skąd do­cho­dzi to świa­tło? – spy­ta­ła Mara.

Do­pie­ro po jej sło­wach Seth do­strzegł, że jesz­cze nikt nie za­pa­lił la­ta­rek, a mimo to ko­ry­tarz był roz­świe­tlo­ny rów­nym bla­skiem.

– To nie­na­tu­ral­ne miej­sce – rzekł Ber­ri­gan.

Tu­nel za­krę­cał na róż­ne stro­ny: naj­pierw w lewo, po­tem w pra­wo, póź­niej w górę i w lewo, na­stęp­nie w dół i w pra­wo, i tak da­lej. Wkrót­ce Seth cał­kiem stra­cił po­czu­cie kie­run­ku. Nie po­tra­fił­by po­wie­dzieć, skąd przy­szli. Ko­ry­tarz ani razu się nie roz­wi­dlał. Moż­na było je­dy­nie iść na­przód lub za­wró­cić.

Chło­piec wciąż czuł się spię­ty. Idąc, gła­skał rę­ko­jeść mie­cza.

Po kil­ku mi­nu­tach ode­zwał się Trask:

– Cóż my tu mamy?

– To chy­ba żar­ty! – wtrą­cił Vin­cent.

Seth wspiął się na pal­ce. Wy­chy­lał się na boki, usi­łu­jąc zo­ba­czyć, o czym mowa, ale ko­ry­tarz był zbyt wą­ski, a mię­dzy nim a Tra­skiem tło­czy­ło się zbyt wie­le osób. Prze­su­nę­li się jesz­cze tro­chę na­przód. Tu­nel stał się bar­dziej prze­stron­ny, więc to­wa­rzy­sze mo­gli się ro­zejść na boki. Wkrót­ce oczom Se­tha uka­zał się śle­py za­ułek.

Sze­ro­ki ko­ry­tarz koń­czył się za­okrą­glo­ną ścia­ną. Mara, Vin­cent oraz Trask ba­da­li ka­mien­ne po­wierzch­nie. Tanu włą­czył la­tar­kę, ale nie od­kry­li nic no­we­go.

– Na pew­no prze­oczy­li­śmy ja­kąś od­no­gę – za­su­ge­ro­wa­ła Eli­se, spo­glą­da­jąc za sie­bie.

– Od wej­ścia tu­nel ani razu się nie roz­dzie­lał – od­par­ła Mara z chłod­nym prze­ko­na­niem. – W su­fi­cie, ścia­nach i pod­ło­żu nie było żad­nych szcze­lin. Żad­nych al­ter­na­tyw­nych dróg.

– Ja też nie wi­dzia­łem in­nych ko­ry­ta­rzy – do­dał Trask. – Gdzieś musi być ukry­te przej­ście.

– Czy nikt nie za­uwa­żył dziur­ki od klu­cza? – za­py­ta­ła Ken­dra.

– Ja nie – od­rze­kła Mara. Wes­tchnę­ła. – Może była za­ka­mu­flo­wa­na.

– Po­służ­cie się oczy­ma oraz dłoń­mi – po­in­stru­ował Vin­cent. – Szu­kaj­cie wszel­kich za­głę­bień albo na­cięć.

Pe­ne­tro­wa­li prze­strzeń na koń­cu ko­ry­ta­rza. Strop był na tyle ni­sko, że pra­wie każ­dy mógł go do­się­gnąć. Ob­szu­ki­wa­li sta­ran­nie, ale nic nie zna­leź­li.

– Dziur­ka od klu­cza mo­gła się znaj­do­wać w do­wol­nym miej­scu tu­ne­lu – uznał wresz­cie Trask.

– Tu­taj nic nie ma – po­twier­dził Vin­cent.

– Ko­ry­tarz jest bar­dzo dłu­gi – za­zna­czy­ła Eli­se.

– Więc do dzie­ła – po­wie­dział Trask. – Nie za­po­mi­naj­my, kto nas ści­ga. Miej­cie oczy sze­ro­ko otwar­te.

Zno­wu ru­szył przo­dem. Po­zo­sta­li po­szli za nim w do­tych­cza­so­wym szy­ku. Seth prze­su­wał dłoń­mi po lśnią­cej ścia­nie. W jaki spo­sób twór­cy skarb­ca za­ma­sko­wa­li za­mek? Może krył się pod klap­ką? Albo osła­niał go czar de­kon­cen­tru­ją­cy?

– Ken­dra? – ode­zwał się.

– Tak?

– Je­że­li dziur­kę od klu­cza chro­ni za­klę­cie de­kon­cen­tru­ją­ce, może tyl­ko ty ją zo­ba­czysz.

– Słusz­na uwa­ga, Seth! – za­wo­łał Trask z przo­du ko­lum­ny. – Ken­dro, roz­glą­daj się czuj­nie.

– Ro­bię, co w mo­jej mocy.

Przez kil­ka mi­nut wol­no po­dą­ża­li ko­ry­ta­rzem w stro­nę wyj­ścia, nie na­tra­fia­jąc na nic po­dej­rza­ne­go.

– Coś tu jest nie tak – mruk­nę­ła Mara.

– Jak to? – spy­tał Trask.

– Mam wra­że­nie, że wca­le nie co­fa­my się tą samą dro­gą.

– Prze­cież tu­nel się nie roz­wi­dlał.

– I wła­śnie to mi się nie po­do­ba.

– Wy­da­je ci się, że coś się zmie­ni­ło, bo te­raz je­ste­śmy uważ­niej­si – stwier­dził Vin­cent.

– Nie o to cho­dzi.

Seth gła­dził ścia­ny w po­szu­ki­wa­niu pęk­nięć, spo­in, cze­go­kol­wiek nie­ty­po­we­go. Szu­rał no­ga­mi, żeby jed­no­cze­śnie spraw­dzać pod­ło­że, cho­ciaż Vin­cent po­ru­szał się na czwo­ra­kach, ba­da­jąc zie­mię znacz­nie wni­kli­wiej. Na pew­no wszy­scy coś prze­oczy­li.

– O nie – ode­zwał się Trask.

– Co? – spy­ta­ła z tyłu Eli­se.

– To nie­moż­li­we – jęk­nął Vin­cent.

– Zno­wu śle­py za­ułek – po­in­for­mo­wał Trask.

Seth po­czuł, jak wło­ski na kar­ku sta­ją mu dęba.

– Jak to śle­py? – nie do­wie­rza­ła Eli­se.

– To nie­na­tu­ral­ne miej­sce – po­wtó­rzył Ber­ri­gan drżą­cym gło­sem. – Opu­ści­li­śmy świat rze­czy­wi­sty. Nie po­win­ni­śmy się dzi­wić. Czy to bar­dziej nie­zwy­kłe niż świa­tło do­cho­dzą­ce zni­kąd?

Seth szedł da­lej przed sie­bie, aż wresz­cie zo­ba­czył to, co po­zo­sta­li. Ko­ry­tarz znów się roz­sze­rzał, a po­tem na­gle koń­czył pół­ko­li­ście.

Vin­cent i Mara ba­da­li ścia­ny i su­fit. Tym­cza­sem Trask roz­glą­dał się wo­ko­ło. Jed­ną dłoń opie­rał na bio­drze, a dru­gą przy­trzy­my­wał swą ol­brzy­mią ku­szę.

– Nie trać­my tu cza­su – po­wie­dział. – Bądź­my czuj­ni, ale się po­spiesz­my. Maro, daj znać, je­śli po­now­nie od­nie­siesz wra­że­nie, że coś jest in­a­czej.

Ru­szy­li prę­dzej niż do­tych­czas. Kil­ka chwil póź­niej Mara oznaj­mi­ła, że zno­wu od­czu­wa ja­kąś zmia­nę. Po paru mi­nu­tach do­tar­li do ko­lej­ne­go, nie­mal iden­tycz­ne­go śle­pe­go za­uł­ka.

– Pierw­szy raz w ży­ciu do­sta­ję klau­stro­fo­bii – wy­znał Vin­cent.

Jego twarz lśni­ła od potu.

– Do­bre miej­sce so­bie wy­bra­łeś – sko­men­to­wał Trask.

– Chy­ba jed­nak ro­bi­my po­stę­py – orze­kła Mara, wą­cha­jąc po­wie­trze. – Tyl­ko nie w taki spo­sób, do ja­kie­go je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni.

– No to w dro­gę – przy­na­glił Trask.

Na­po­tka­li jesz­cze kil­ka śle­pych za­uł­ków. Po­nie­waż co ja­kiś czas ko­ry­tarz stro­mo wzno­sił się, opa­dał albo oso­bli­wie za­krę­cał, Seth wie­dział, że tra­sa wciąż się zmie­nia, choć mo­gło się wy­da­wać, że cho­dzą tam i z po­wro­tem mię­dzy dwo­ma punk­ta­mi.

W koń­cu Trask ode­tchnął z ulgą.

– Pa­trz­cie, wy­glą­da na to, że coś zna­leź­li­śmy.

Ko­ry­tarz znów się roz­sze­rzał, tak że to­wa­rzy­sze mo­gli sta­nąć obok sie­bie. Tym ra­zem jed­nak przed nimi otwie­ra­ła się prze­past­na kom­na­ta. Za­trzy­ma­li się w wej­ściu, by obej­rzeć ogrom­ne po­miesz­cze­nie. Po­dob­nie jak tu­ne­le oświe­tlał je rów­ny blask, wciąż po­zor­nie po­zba­wio­ny źró­dła. Prze­ciw­le­gła ścia­na była za­okrą­glo­na, po­sadz­ka pół­ko­li­sta, a su­fit skle­pio­ny.

We wnę­ce na­prze­ciw uczest­ni­ków wy­pra­wy stał duży po­sąg, a po obu jego stro­nach mie­ści­ły się gra­ni­to­we misy. Rzeź­ba wy­ku­ta z zie­lon­ka­we­go ka­mie­nia mia­ła po­cią­głą twarz o prze­ja­skra­wio­nych ry­sach. W dło­ni trzy­ma­ła za­gię­tą pła­ską pał­kę. Pod­ło­że przed wej­ściem po­kry­wa­ła gład­ka po­łać zie­lon­ka­wej gli­ny ob­wie­dzio­na płyt­ka­mi w nie­bie­sko-czar­ne wzo­ry. Resz­ta po­sadz­ki była wy­ko­na­na z po­le­ro­wa­ne­go ob­sy­dia­nu po­zba­wio­ne­go naj­drob­niej­szych rys. Tyl­ko w po­bli­żu środ­ka kom­na­ty znaj­do­wa­ło się ko­li­ste wgłę­bie­nie.

– Nie ma drzwi – stwier­dził Vin­cent – ale dziur­ka od klu­cza w pod­ło­dze jest chy­ba wła­ści­wych roz­mia­rów.

Seth pod­szedł na­przód i pal­cem zro­bił ślad w gli­nie.

– A to po co? – za­sta­na­wiał się. – Jest mo­kra.

– Może do ry­so­wa­nia? – zga­dy­wa­ła Ken­dra. – Taki wiel­ki pre­hi­sto­rycz­ny szki­cow­nik? Jak do ro­bie­nia map?

Vin­cent wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Kto wie? Nie wi­dzę na­rzę­dzi do ry­so­wa­nia.

– Jak my­śli­cie, co by się sta­ło, gdy­by­śmy się stąd wy­co­fa­li? – spy­tał Trask.

– Zno­wu tra­fi­li­by­śmy na śle­pe za­uł­ki – za­su­ge­ro­wa­ła Mara. – To miej­sce ra­czej nas nie wy­pu­ści. Nie czu­je­cie? Każ­dy śle­py ko­niec od­ci­na dro­gę uciecz­ki, pcha nas w głąb, zu­peł­nie jak­by coś nas po­chła­nia­ło.

– By­najm­niej nie ulży­łaś mo­jej klau­stro­fo­bii – wy­mam­ro­tał Vin­cent.

– Mo­gli­by­śmy się cof­nąć i spraw­dzić – cią­gnę­ła Mara – ale nie są­dzę, że­by­śmy do­sta­li dru­gą szan­sę na do­tar­cie do tej kom­na­ty. Dal­sza dro­ga na pew­no pro­wa­dzi przez za­mek w pod­ło­dze.

Tanu prze­ci­snął się na­przód.

– Zo­stań­cie tu­taj – po­wie­dział.

Ob­szedł ob­wie­dzio­ną płyt­ka­mi płasz­czy­znę gli­ny i zbli­żył się do wgłę­bie­nia w po­sadz­ce. Przy­kuc­nął, przyj­rzał się że­la­zne­mu jaju, a po­tem ko­li­ste­mu otwo­ro­wi. Wło­żył klucz, do­pa­so­wał, na­stęp­nie ob­ró­cił go o sto osiem­dzie­siąt stop­ni.

Pod­ło­ga lek­ko za­drża­ła. Ze ścia­ny w po­bli­żu po­są­gu wy­su­nę­ły się dwie dy­sze. Po­la­ła się z nich woda do gra­ni­to­wych mis. Sta­tua wy­so­ko pod­nio­sła pał­kę jak do cio­su. Tanu od­rzu­cił pu­stą sko­ru­pę klu­cza i wziął pod pa­chę mniej­sze że­la­zne jajo.

Wszy­scy wpa­try­wa­li się w po­sąg. Cze­ka­li, czy ude­rzy, on jed­nak za­stygł z unie­sio­nym ra­mie­niem. Seth spoj­rzał na gli­nia­ny frag­ment pod­ło­gi. Po­ja­wi­ły się sło­wa wy­pi­sa­ne nie­zna­ny­mi zna­ka­mi.

– Pa­trz­cie na gli­nę! – za­wo­łał. – Ja­kiś tekst!

– „Stwórz­cie obroń­cę” – prze­czy­ta­ła Ken­dra. – „Czas na­gli”.

– Znasz san­skryt? – spy­tał Vin­cent. – I chiń­ski?

– Ja wi­dzę an­giel­ski – od­par­ła dziew­czyn­ka. – Oraz ja­kieś ba­zgro­ły.

– To na pew­no mowa wró­żek – stwier­dził Trask. – Wia­do­mość jest po­wtó­rzo­na w róż­nych ję­zy­kach. Co to zna­czy?

– Misy to klep­sy­dry – ode­zwa­ła się Eli­se. – Ze­ga­ry wod­ne.

– Gli­na – zro­zu­miał Vin­cent. – Cho­dzi o gli­nę. – Pod­biegł, za­nu­rzył w niej dło­nie aż po nad­garst­ki i za­czął ko­pać do­łek, za­cie­ra­jąc przy tym część na­pi­sów. – To jest dół z gli­ną. Chy­ba po­win­ni­śmy ule­pić z niej wo­jow­ni­ka, któ­ry zmie­rzy się z po­są­giem.

– By­łem bez­na­dziej­ny z pla­sty­ki – mruk­nął Trask. – Kto umie rzeź­bić w gli­nie?

– Mam w tym tro­chę do­świad­cze­nia – zgło­si­ła się Eli­se.

– Ja rów­nież – po­wie­dzia­ła Mara.

– Mara i Eli­se za­bio­rą się do le­pie­nia – za­rzą­dził Trask chra­pli­wym gło­sem. – My za­cznie­my wy­do­by­wać gli­nę, żeby mia­ły dość ma­te­ria­łu, i bę­dzie­my wy­ko­ny­wać ich po­le­ce­nia. Ile zo­sta­ło cza­su?

Mara prze­bie­gła przez kom­na­tę, by spoj­rzeć na gra­ni­to­we zbior­ni­ki. Vin­cent ener­gicz­nie wy­grze­by­wał gli­nę z doł­ka i ukła­dał w stos. Ber­ri­gan wsko­czył w maź aż po kost­ki. Upadł­szy na ko­la­na, na­bie­rał peł­ne gar­ście ma­te­ria­łu. Mara przez chwi­lę przy­glą­da­ła się mi­som.

– Dzie­sięć mi­nut – oznaj­mi­ła. – Może je­de­na­ście. Za­kła­da­jąc, że woda wciąż bę­dzie się lała w tym sa­mym tem­pie.

Tanu odło­żył na bok że­la­zne jajo i wszedł do dołu z gli­ną. Jego brą­zo­we sto­py głę­bo­ko się za­nu­rzy­ły. Seth bro­dził wraz z Tra­skiem i Ken­drą. Wierzch­nia war­stwa była rzad­ka i śli­ska, lecz pięt­na­ście cen­ty­me­trów ni­żej gli­na sta­ła się już tward­sza. Chło­piec chwy­tał gar­ścia­mi bre­ję z wierz­chu i ci­skał nią w stro­nę pręd­ko ro­sną­cej kup­ki Ber­ri­ga­na.

– Jak po­wi­nien wy­glą­dać? – spy­ta­ła Eli­se.

Przez mo­ment nikt się nie od­zy­wał.

– Jak Hugo – za­pro­po­no­wał Seth. – Nie­ład­ny, ale za to wiel­ki.

– Do­bry po­mysł – zgo­dził się Trask. – Niech bę­dzie krzep­ki. Po­wi­nien mieć gru­be nogi i ra­mio­na. I je­śli tyl­ko się uda, musi być więk­szy od po­są­gu.

– Mu­si­my ule­pić go le­żą­ce­go – po­wie­dzia­ła Mara. – In­a­czej się roz­pad­nie.

Ber­ri­gan zdą­żył już wy­do­być więk­szość gli­ny ze swe­go re­wi­ru. Te­raz no­żem wy­kra­wał duże bry­ły tward­sze­go ma­te­ria­łu. W mia­rę ko­pa­nia oka­za­ło się, że gli­na jest dość głę­bo­ka. Sto­sy na kra­wę­dziach zbior­ni­ka pręd­ko ro­sły. Eli­se z Marą for­mo­wa­ły sto­py i nogi, czer­piąc z tego naj­więk­sze­go. Tanu za­czął prze­no­sić cięż­kie bry­ły z mniej­szych ku­pek.

Po kil­ku mi­nu­tach Vin­cent, z rę­ka­mi uma­za­ny­mi po łok­cie sza­ro­zie­lo­ną gli­ną, po­biegł zaj­rzeć do mis.

– Woda się­ga już do po­ło­wy – po­in­for­mo­wał. – Chy­ba też po­wi­nie­nem za­cząć le­pić. Tanu, po­móż mi. Gli­ny nie może za­brak­nąć!

– Sły­sze­li­ście, co po­wie­dział! – wark­nął Trask, wy­rzy­na­jąc mie­czem ko­lej­ną wiel­ką zie­lon­ka­wą bry­łę.

Seth za­uwa­żył, że nikt nie ko­pie spraw­niej niż Ber­ri­gan. Nie­stru­dzo­ny mło­dzie­niec pra­co­wał w mil­cze­niu, chu­dy­mi rę­ko­ma prze­no­sząc więk­szy ła­du­nek, niż Seth mógł to so­bie wy­obra­zić. Chło­piec wy­do­by­wał gli­nę naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił. Po­wta­rzał so­bie, że każ­da gę­sta bry­ła doda masy ich obroń­cy. Nie był tak efek­tyw­ny jak Ber­ri­gan czy Trask, ale szło mu le­piej niż Ken­drze.

Eli­se i Mara pra­co­wa­ły te­raz nad ra­mio­na­mi, Tanu po­więk­szał tu­łów, a Vin­cent le­pił ol­brzy­mi młot. Wy­glą­da­ło na to, że gli­nia­ny wo­jow­nik rze­czy­wi­ście na­bie­ra kształ­tów!

– Ken­dro, zaj­rzyj do mis – po­pro­sił Vin­cent.

Dziew­czyn­ka prze­bie­gła kom­na­tę.

– Już pra­wie peł­ne. Tak w sied­miu ósmych. Zo­sta­ło nam tyl­ko parę mi­nut.

– Ber­ri­gan może ko­pać da­lej! – krzyk­nął Vin­cent, umiesz­cza­jąc rę­ko­jeść po­kaź­ne­go mło­ta bo­jo­we­go w pra­wej dło­ni wo­jow­ni­ka. – Po­zo­sta­li niech zaj­mą się le­pie­niem. Mamy już mnó­stwo gli­ny, daj­cie ją tu­taj! Po­trze­bu­je­my tar­czy na lewą rękę. Po­grub­cie mu nogi. I zrób­cie więk­sze sto­py, żeby był sta­bil­niej­szy. Nie ma cza­su do stra­ce­nia!

Wy­do­by­to już tyle ma­te­ria­łu, że w więk­szo­ści miejsc kra­wędź dołu się­ga­ła pra­cu­ją­cym do pasa. Seth pod­cią­gnął się na po­wierzch­nię, po czym za­czął wzmac­niać nogi obroń­cy. Do­kle­ja­jąc nowe war­stwy gli­ny, za­sta­na­wiał się, jak dłu­go wy­trzy­ma ich twór. Prze­cież ten dru­gi po­sąg był wy­ko­na­ny z li­te­go ka­mie­nia. Czy jego pał­ka bez tru­du nie roz­wa­li gli­nia­ne­go wo­jow­ni­ka? Na ile zda się młot z kle­istej brei?

Ken­dra zo­sta­ła przy mi­sach. Sta­tua gó­ro­wa­ła nad nią. Prze­wyż­sza­ła dziew­czyn­kę nie­mal dwu­krot­nie.

– Są już prak­tycz­nie peł­ne. Zo­sta­ło może z pięt­na­ście se­kund.

– Od­suń się od po­są­gu – po­le­cił Trask.

– Nie przej­muj­cie się gło­wą – in­stru­ował Vin­cent go­rącz­ko­wo. – Do­brze, że pra­wie nie ma szyi. Bę­dzie so­lid­niej­szy. Do­kła­daj­cie gli­ny do ra­mion! Pręd­ko!

Ken­dra od­bie­gła od mis z wodą. Seth do­kle­ił ko­lej­ną brył­kę do le­wej sto­py wo­jow­ni­ka. Mara przy­kuc­nę­ła nad twa­rzą. Wy­rzeź­bi­ła oczy i ule­pi­ła nos.

Seth usły­szał chlust wody wy­le­wa­ją­cej się ze zbior­ni­ków. W tej sa­mej chwi­li w kom­na­cie na­gle po­wiał wiatr o za­dzi­wia­ją­cej sile. Chło­piec za­to­czył się i mu­siał się po­chy­lić, aby nie upaść.

Po­dmuch ustał rów­nie szyb­ko, jak się ze­rwał. Po­sąg wy­szedł z wnę­ki po prze­ciw­le­głej stro­nie po­miesz­cze­nia. Le­żą­cy na zie­mi ma­syw­ny wo­jow­nik usiadł. Nie był już z gli­ny, lecz z twar­de­go zie­lon­ka­we­go ka­mie­nia, po­dob­nie jak tam­ta sta­tua.

– Po­win­ni­śmy nadać mu imię – ode­zwa­ła się Mara.

– Go­liat – za­pro­po­no­wa­ła Eli­se.

– Po­do­ba mi się – stwier­dził Vin­cent.

– A jak na­zwie­my ten dru­gi po­sąg? – spy­tał Tanu.

– Nan­cy – wy­pa­lił Seth.

Vin­cent i Trask za­chi­cho­ta­li.

Go­liat pod­niósł się chwiej­nie. Miał kan­cia­stą gło­wę po­zba­wio­ną szyi. Jed­na ma­syw­na noga była nie­co krót­sza od dru­giej. Pal­ce pra­wej sto­py oka­za­ły się zbyt dłu­gie, a kształ­tem przy­po­mi­na­ły mar­chew­ki. Te­raz, gdy Go­liat stał, jego ra­mio­na wy­da­wa­ły się nie­co za krót­kie, ale za to tę­gie. Do przed­ra­mie­nia miał przy­mo­co­wa­ną pro­sto­kąt­ną tar­czę, a w dru­giej ręce ści­skał cięż­ki ka­mien­ny młot. Nie uda­ło się po­rząd­nie wy­gła­dzić gli­ny, więc po­wierzch­nię cia­ła wo­jow­ni­ka po­kry­wa­ły nie­re­gu­lar­ne gru­dy i wy­brzu­sze­nia, co nada­wa­ło mu to­por­ny wy­gląd. Był nie­co niż­szy od Nan­cy, od­zna­cza­ją­cej się po­cią­głą szczę­ką i wy­so­kim czo­łem, ale ra­mio­na Go­lia­ta się­ga­ły rów­nie wy­so­ko, a na­wet były tro­chę szer­sze.

Po­są­gi zbli­ża­ły się do sie­bie. Trask po­gnał to­wa­rzy­szy z po­wro­tem do wej­ścia. Tanu zgar­nął z zie­mi ja­jo­wa­ty klucz. Seth szedł ty­łem, przy­glą­da­jąc się prze­ciw­ni­kom, któ­rzy mie­rzy­li się wzro­kiem. Po­ru­sza­li się ostroż­nie z orę­żem w go­to­wo­ści. Jako pra­ca pla­stycz­na Go­liat był do ni­cze­go. Mo­gło­by się wy­da­wać, że wy­ko­nał go nie­dba­le kil­ku­let­ni dzie­ciak. Jed­nak jako wo­jow­nik stwo­rzo­ny z my­ślą o roz­wa­la­niu wro­gich po­są­gów miał po­ten­cjał.

– Czy mo­że­my mu po­móc? – spy­tał Seth.

– Wąt­pię, żeby beł­ty i mie­cze na coś się tu zda­ły – od­rzekł Trask. – Gdy­bym wziął ze sobą młot ko­wal­ski, może by­ło­by in­a­czej.

– A gdy­by od­wró­cić uwa­gę straż­ni­ka? – za­su­ge­ro­wa­ła Eli­se.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mo­gli­by­śmy od­nieść od­wrot­ny sku­tek. Po­sąg pew­nie by nam za­gro­ził, pro­wo­ku­jąc Go­lia­ta i zmu­sza­jąc go do błę­du. Zo­ba­czy­my, jak so­bie po­ra­dzi nasz wo­jow­nik. Dzię­ki swym roz­mia­rom nie jest bez szans.

Sta­tuy krą­ży­ły po ob­wo­dzie. Pręd­ko wy­szło na jaw, że Nan­cy ma lep­szą rów­no­wa­gę, więc po­ru­sza się płyn­niej. Te­sto­wa­ła Go­lia­ta, kil­ka­krot­nie zmie­nia­jąc kie­ru­nek i po­zo­ru­jąc ata­ki. Po­nie­waż ule­pio­ny w po­śpie­chu wo­jow­nik był nie­co ko­śla­wy, nie re­ago­wał tak zwin­nie. Nan­cy za­ata­ko­wa­ła po raz pierw­szy, gdy Go­liat przez mo­ment za­chwiał się na krót­szej no­dze. Wro­gi po­sąg sko­czył na­przód i gwał­tow­nie za­mach­nął się pła­ską za­krzy­wio­ną pał­ką. Tra­fił Go­lia­ta w gło­wę, wsku­tek cze­go broń roz­trza­ska­ła się w jed­nej trze­ciej dłu­go­ści. W od­we­cie wo­jow­nik ude­rzył tar­czą, ka­mień ogłu­sza­ją­co grzmot­nął o ka­mień. Nan­cy za­to­czy­ła się do tyłu, a Go­liat ru­szył w po­ścig.

Seth przy­ło­żył dło­nie do ust i za­czął wi­wa­to­wać.

Wro­ga sta­tua, nie oglą­da­jąc się, ci­snę­ła reszt­ką pał­ki w stro­nę chłop­ca. Mara rzu­ci­ła się na zie­mię i po­cią­gnę­ła go za sobą. Pęk­nię­ty kij śmi­gnął im nad gło­wa­mi, a po­tem za­stu­ko­tał w głę­bi ko­ry­ta­rza.

Le­żąc na zim­nej, twar­dej po­sadz­ce, Seth pa­trzył, jak Go­liat wy­pro­wa­dza kil­ka cio­sów mło­tem, ale Nan­cy za każ­dym ra­zem uni­ka­ła ata­ków dzię­ki zręcz­nym ru­chom. Go­liat nie ustę­po­wał, agre­syw­nie wy­ma­chi­wał orę­żem, a tym­cza­sem prze­ciw­nik za­czął szu­kać sła­bych punk­tów. Mię­dzy cio­sa­mi mło­ta ude­rzał i ko­pał. Te kontr­ata­ki oka­zy­wa­ły się nie­sku­tecz­ne. Tra­fia­ły z nie­wiel­ką siłą, a już po chwi­li Nan­cy mu­sia­ła uska­ki­wać przed ko­lej­nym za­ma­chem.

Go­liat na­pie­rał nie­ubła­ga­nie, zy­ski­wał prze­wa­gę i go­nił wro­gi po­sąg po kom­na­cie. Cały czas ma­new­ro­wał tak, aby prze­ciw­nik nie zbli­żył się do wy­lo­tu ko­ry­ta­rza. Seth ob­ser­wo­wał to z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. De­ner­wo­wał się co­raz bar­dziej – Nan­cy uni­ka­ła wszyst­kich cio­sów. Co bę­dzie, je­śli Go­liat prze­gra? Uczest­ni­cy wy­pra­wy nie mie­li szans prze­ciw­ko ol­brzy­miej, chy­żej sta­tui. Roz­gnio­tła­by ich na ham­bur­ge­ry.

Go­liat za­mach­nął się wy­so­ko. Za­miast uska­ki­wać, Nan­cy przy­ję­ła cios. Młot tra­fił. Gór­na część gło­wy po­są­gu roz­trza­ska­ła się na drob­niut­kie ka­wał­ki. Jed­nak w tej sa­mej chwi­li Nan­cy z ca­łej siły kop­nę­ła prze­ciw­ni­ka w kost­kę krót­szej nogi. Go­liat ru­nął na zie­mię.

Straż­nik moc­no przy­kuc­nął na nad­garst­ku ręki trzy­ma­ją­cej młot. Wy­rwał Go­lia­to­wi broń, po czym po­tęż­nym cio­sem urwał mu gło­wę. Kan­cia­sty łeb po­to­czył się po zie­mi. Sko­ja­rzył się Se­tho­wi z ko­ść­mi do gry. Nan­cy na wpół się unio­sła. Po­ru­sza­ła się z za­trwa­ża­ją­cą szyb­ko­ścią i gra­cją. Ko­lej­ny prze­ra­ża­ją­co sil­ny cios spadł na bio­dro Go­lia­ta. Ka­mien­ny wo­jow­nik usi­ło­wał chwy­cić młot, ale straż­nik pręd­ko od­sko­czył.

Bez­gło­wy Go­liat wstał. Jego pra­we bio­dro po­kry­wa­ła sia­tecz­ka pęk­nięć. Wro­gi po­sąg krą­żył z groź­nie unie­sio­ną bro­nią. Gdy za­ata­ko­wał, ka­mien­ny wo­jow­nik ru­szył mu na spo­tka­nie, za­sła­nia­jąc się tar­czą. Młot opadł z gwiz­dem, roz­trza­sku­jąc tar­czę i dru­zgo­cząc Go­lia­to­wi ra­mię po­ni­żej łok­cia. Ten zdro­wą ręką ude­rzył prze­ciw­ni­ka w tors. Nan­cy ru­nę­ła w tył, ale zdo­ła­ła się pod­nieść, kie­dy jej wróg ru­szył na­przód. Młot znów tra­fił w bio­dro Go­lia­ta. Zła­mał się trzo­nek bro­ni, a Go­lia­to­wi pę­kła pra­wa noga. Straż­nik od­cią­gnął ry­wa­la na bok.

– Już po nas – jęk­nął Vin­cent.

– Dziur­ka od klu­cza! – za­wo­ła­ła Ken­dra, wska­zu­jąc w głąb kom­na­ty.

Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się na wnę­kę, w któ­rej pier­wot­nie sta­ła Nan­cy. Na ścia­nie znaj­do­wa­ło się tam okrą­głe wgłę­bie­nie nie­co mniej­sze niż to w po­sadz­ce.

– Dzię­ki – zwró­cił się Trask do dziew­czyn­ki.

Odło­żył ku­szę na zie­mię i wziął ja­jo­wa­ty klucz od Tanu.

– Ja je­stem szyb­sza – wtrą­ci­ła Mara.

– Nie z dwu­dzie­sto­ki­lo­wym ob­cią­że­niem – od­parł w po­śpie­chu Trask.

Wziął że­la­zne jajo pod pa­chę jak fut­bo­li­sta i ru­szył bie­giem do po­miesz­cze­nia.

Wro­gi po­sąg na­tych­miast to za­uwa­żył. Od­wró­cił się od Go­lia­ta i rzu­cił się, by prze­ciąć dro­gę męż­czyź­nie. Seth wstrzy­mał od­dech. Gdy Nan­cy była już bli­sko, Trask gwał­tow­nie od­bił w pra­wo, żeby zmu­sić sta­tuę do zmia­ny kie­run­ku. Po­tem w ostat­niej chwi­li zno­wu skrę­cił w lewo, dzię­ki cze­mu unik­nął wy­cią­gnię­tych ra­mion nur­ku­ją­ce­go straż­ni­ka.

Go­liat pełzł te­raz po pod­ło­żu ni­czym ran­ny krab, pod­pie­ra­jąc się zdro­wym ra­mie­niem, tym skró­co­nym oraz je­dy­ną nogą. Nan­cy zbie­ra­ła się z zie­mi po bez­owoc­nym ata­ku, tym­cza­sem Trask pę­dził w stro­nę wnę­ki. Ka­mien­ny po­sąg usi­ło­wał go do­go­nić, lecz nim zdo­łał to zro­bić, Go­liat rzu­cił się w jego stro­nę i oplótł tę­gi­mi ra­mio­na­mi nogi wro­ga. Nan­cy cięż­ko ru­nę­ła na po­sadz­kę. Wiła się i mio­ta­ła, chcąc się oswo­bo­dzić, ale Go­liat trzy­mał moc­no.

Kil­ka­na­ście kro­ków da­lej Trask do­padł do ni­szy w ścia­nie. Wci­snął jajo w za­głę­bie­nie, po­ru­szał nim przez mo­ment, aż w koń­cu klucz tra­fił na swo­je miej­sce i ob­ró­cił się do po­ło­wy.

Nan­cy i Go­liat na­tych­miast roz­pa­dli się w proch. Z dołu z gli­ną unio­sła się ziar­ni­sta zie­lo­na chmu­ra. Za­drża­ła zie­mia, przez kom­na­tę prze­mknął po­dmuch wia­tru, roz­wie­wa­jąc pył w nie­byt. Trask wy­szedł z wnę­ki, niósł jesz­cze mniej­sze jajo z że­la­za.

– Jama z gli­ną zmie­ni­ła się w klat­kę scho­do­wą – po­in­for­mo­wał Vin­cent, któ­ry stał na kra­wę­dzi i zer­kał w dół.

Trzy­ma­jąc jajo w dło­ni, Trask ugiął ra­mię.

– My­ślę, że nasz klucz waży już mniej niż pięt­na­ście kilo – stwier­dził.

– Do­brze się ba­wisz? – spy­ta­ła Ken­dra Se­tha.

– Oglą­da­jąc, jak ol­brzy­mie po­są­gi roz­wa­la­ją się na ka­wał­ki? Nie wiem, czy może być coś pięk­niej­sze­go.