Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 7 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 7 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi - Brandon Mull

W poprzednim tomie przygód Kendrze i Sethowi udało się uratować Baśniobór przed Stowarzyszeniem Gwiazdy Wieczornej, które zamierzało zniszczyć zaczarowany rezerwat i przejąć władzę nad światem. Jednak Stowarzyszenie nie daje za wygraną. W Baśnioborze ukryto jeden z potężnych artefaktów pozwalających uwolnić najpotężniejsze demony z zaklętego więzienia. Dzieci, ich dziadkowie oraz trójka specjalistów od magii muszą temu zapobiec za wszelką cenę. Przed rokiem wróżki podzieliły się z Kendrą magiczną mocą - dlatego ona także staje się celem sił zła. Czy w porę nauczy się wykorzystywać niezwykły dar? I czy jej brat uwolni się od klątwy demona, który chce go pożreć? Stawką są losy całego świata.

 

Z recenzji Baśnioboru:

 

Urocza historia, która sprawiła, że zmęczenie ostatnich tygodni gdzieś się ulotniło. Czuć w niej inspiracje Tolkienem, Lewisem, a nawet Rowling.

miastoksiazek.blox.pl

 

Baśniobór to wehikuł przenoszący każdego czytelnika w magiczny świat, to różowe okulary w szarej rzeczywistości. W tę podróż poza książką musisz zapakować do plecaka kompas, lornetkę, małe lusterko i termos na ciepłe mleko.

www.bajecznafabryka.blogspot.com

Opinie o ebooku Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi - Brandon Mull

Fragment ebooka Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi - Brandon Mull

Tytuł oryginału: Fablehaven. Rise of the Evening Star

Copyright © 2007 by Brandon Mull. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo w.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo w.A.B., 2011

Wydanie 1

Warszawa 2011

Przekład: Rafał Lisowski

Redaktor serii: Natalia Sikora Redakcja: Justyna Żebrowska

Korekta: Krystyna Kiszelewska, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Ilustracje we wnętrzu książki oraz na okładce: © Brandon Dorman Opracowanie okładki polskiej i stron tytułowych na podstawie wersji oryginalnej: Szymon Wójciak

Skład i łamanie: Komputerowe Usługi Poligraficzne Piaseczno, Żółkiewskiego 7

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-335-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dla Mamy i Taty

za ich nieskończoną miłość i wsparcie

Rozdział I Nowy uczeń

Kendra wcisnęła się do szkolnej sali wraz z tłumem ośmioklasistów i zajęła miejsce w ławce. Za chwilę miał zabrzmieć dzwonek sygnalizujący rozpoczęcie ostatniego tygodnia nauki. Już za tydzień na zawsze opuści gimnazjum i zacznie od nowa jako świeżo upieczona licealistka1. Czekały ją tam znajomości z dziećmi z dwóch pozostałych gimnazjów.

Jeszcze rok temu ta perspektywa zdawała się znacznie bardziej obiecująca. Już w czwartej klasie do Kendry przylgnęła łatka kujona, więc początek nauki w nowej szkole mógł być szansą na porzucenie wizerunku cichej i pilnej uczennicy. Jednak miniony rok okazał się dla niej istnym renesansem. To niesamowite, jak bardzo może się odmienić życie towarzyskie, jeśli tylko nabrać odrobiny pewności siebie i otwartości. Dziewczynka nie tęskniła już za nowym otwarciem.

W ławce obok siedziała Alyssa Carter.

– Podobno dziś mamy dostać księgi pamiątkowe — powiedziała szczupła blondynka.

Poznały się we wrześniu, gdy Kendra zagrała w reprezentacji piłkarskiej.

– Super — jęknęła Kendra. — Ja na zdjęciu wyglądam jak zahipnotyzowana.

– Wyglądasz uroczo. Pamiętasz moje? Mam na zębach aparat wielki jak tory kolejowe.

– E tam. Prawie go nie widać.

Zabrzmiał dzwonek. Większość dzieci siedziała w ławkach. Do klasy weszła pani Price w towarzystwie najszpetniejszego ucznia, jakiego Kendra w życiu widziała. Miał łysą, szorstką czaszkę oraz spękaną, obrzękłą twarz. W miejscu oczu znajdowały się dwie zaciśnięte szparki, zamiast nosa — zniekształcona jama, a usta były spierzchnięte i pozbawione warg. Chłopiec podrapał się w ramię zakrzywionymi palcami, guzowatymi od nabrzmiałych brodawek.

Miał na sobie ładne ubranie: czarno-czerwoną koszulę na guziki, dżinsy oraz modne tenisówki. Stanął przed całą klasą obok pani Price, a nauczycielka zaczęła go przedstawiać:

– To jest Casey Hancock. Właśnie przeprowadził się tu wraz z rodzicami z Kalifornii. Rozpoczęcie nauki w nowej szkole pod koniec roku nigdy nie jest łatwe, więc gorąco go powitajcie.

– Mówcie mi Case — wychrypiał chłopak.

Brzmiał tak, jakby ktoś go dusił.

– No proszę — mruknęła Alyssa.

– Bez jaj! — odparła szeptem Kendra.

Biedaczysko ledwo przypominał człowieka. Pani Price zaprowadziła go do ławki w pobliżu tablicy. Z licznych ran z tyłu pokrytej strupami głowy sączyła się gęsta ropa.

– Chyba się zakochałam — oznajmiła Alyssa.

– Nie bądź złośliwa.

– Żartujesz? Mówię serio. Niezłe z niego ciacho, co nie?

Alyssa brzmiała tak szczerze, że Kendra musiała stłumić śmiech.

– To już było wredne — powiedziała.

– Na oczy ci się rzuciło? On jest super! — Alyssa chyba naprawdę była oburzona, że jej koleżanka ma inne zdanie.

– Skoro tak uważasz… Nie jest w moim typie.

Dziewczyna pokręciła głową, tak jakby Kendra oszalała.

– Jesteś chyba najwybredniejszą dziewczyną na świecie – stwierdziła.

Z głośnika dobiegały poranne ogłoszenia. Case rozmawiał z Jonathonem White’em. Jonathon śmiał się, cały rozpromieniony – przecież to palant, Case nie zadawałby się z dziwolągiem. Kendra zauważyła, że Jenna Chamberlain i Karen Sommers wymieniają spojrzenia. Szeptały coś między sobą zupełnie tak, jak gdyby im również podobał się nowy uczeń. Też chyba nie żartowały. Kendra rozejrzała się po sali. Ani jedna osoba nie patrzyła na Case’a z obrzydzeniem.

O co tu chodziło? Przecież nikt o takim wyglądzie nie mógł wejść do klasy, nie budząc co najmniej zdziwienia.

Nagle zrozumiała.

Casey Hancock był nieludzko szpetny, ponieważ nie był człowiekiem. To na pewno jakiś goblin, który przybrał postać zwykłego chłopaka. Tylko Kendra widziała go takim, jakim był naprawdę. To skutek pocałunku setek olbrzymich wróżek.

Od wyjazdu z Baśnioboru przed niemal rokiem tylko dwukrotnie zauważyła magiczne stworzenia. Raz dostrzegła brodatego człowieczka, który nie miał więcej niż trzydzieści centymetrów wzrostu. Wyciągał kawałek rury ze sterty śmieci na tyłach kina. Gdy spróbowała podejść bliżej, żeby mu się lepiej przyjrzeć, czmychnął do kratki ściekowej. Innym razem zauważyła istotę, która wyglądała jak złota sowa o ludzkiej twarzy. Na ułamek sekundy nawiązała z nią kontakt wzrokowy, po czym stworzenie odfrunęło na błyszczących skrzydłach.

Zazwyczaj takie dziwne widoki są ukryte przed wzrokiem śmiertelników. Dziadek Sorenson pozwolił Kendrze pić zaczarowane mleko, dzięki któremu znikają iluzje przesłaniające magiczny świat. Gdy pocałunki wróżek utrwaliły ten efekt, dziadek ostrzegł ją, że czasem bezpieczniej jest nie widzieć różnych rzeczy.

No i proszę! Właśnie patrzyła na groteskowego potwora udającego nowego ucznia w klasie! Pani Price szła między ławkami i rozdawała księgi pamiątkowe. Kendra w roztargnieniu gryzmoliła esy-floresy na okładce podręcznika. Skąd tu się wzięła ta istota? Na pewno z jej powodu — chyba że obleśne gobliny regularnie infiltrują system szkolnictwa. Przybył na przeszpiegi? Zamierzał wywołać zamieszanie? Na pewno nie miał dobrych intencji.

Podniosła wzrok. Goblin właśnie oglądał się przez ramię. Powinna być zadowolona, że zna tajną tożsamość nowego ucznia, no nie? Ta wiedza napawała ją jednak niepokojem, ale przynajmniej pozwalała przygotować się na ewentualne niebezpieczeństwo. Za sprawą swej sekretnej zdolności Kendra mogła mieć oko na przybysza. Jeśli tylko sprytnie to rozegra, Case nie zorientuje się, że widzi go pod prawdziwą postacią.

* * *

Gimnazjum imienia Roosevelta, przypominające olbrzymie pudełko, zbudowano w ten sposób, żeby zimą uczniowie nie musieli wychodzić na dwór. Wszystkie zakątki były połączone korytarzami, a sala, w której odbywały się apele, pełniła także rolę stołówki. W czerwcowym upale Kendra wraz z trzema przyjaciółkami wolała jednak zjeść obiad na powietrzu, przy okrągłym stoliku połączonym z wygiętymi ławkami.

Wpisała się do księgi pamiątkowej Brittany, pogryzając croissanta. Tymczasem Trina wpisywała się do jej księgi, Alyssa do księgi Triny, a Brittany – do Alyssy. Kendra bardzo chciała napisać coś długiego i znaczącego – bądź co bądź chodziło o jej najlepsze przyjaciółki. „Udanych wakacji” wystarczy dla dalszych kolegów, ale prawdziwa przyjaźń wymaga czegoś bardziej oryginalnego. Koniecznie trzeba wspomnieć o wspólnych żartach albo o czymś fajnym, co zrobiło się razem przez miniony rok. W tej chwili Kendra pisała właśnie o tym, jak pewnego razu Brittany nie mogła się powstrzymać od śmiechu podczas odpytywania z historii.

Nagle nieproszony przysiadł się do nich Casey Hancock. Na tacy miał lazanię, marchewkę w plasterkach oraz mleko czekoladowe. Trina i Alyssa natychmiast przesunęły się, by zrobić mu miejsce. To niesłychany okaz śmiałości, żeby samotny chłopak dosiadał się do czwórki dziewcząt. Trina wyglądała na nieco poirytowaną. Z kolei Alyssa rzuciła Kendrze takie spojrzenie, jakby właśnie wygrała na loterii. Gdyby tylko wiedziała, jak naprawdę wygląda jej nowy obiekt westchnień!

– Chyba się nie znamy — powiedział Case gardłowym, chropowatym głosem. — Nazywam się Case. Właśnie się tu sprowadziłem.

Kendrze od samego słuchania robiło się sucho w gardle.

Alyssa przedstawiła siebie oraz koleżanki. Od czasu pierwszej lekcji Case był z Kendrą jeszcze na dwóch innych. Za każdym razem spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem, zwłaszcza ze strony dziewcząt.

Uniósł widelec z lazanią do bezzębnych ust. Kendra miała okazję dostrzec jego wąski, czarny język. Patrząc, jak przeżuwa, dostawała mdłości.

– Co fajnego porabiacie w tych stronach? — spytał Case z gębą pełną marchewki.

– Na początek siadamy ze znajomymi — odparła Trina.

Kendra zasłoniła dłonią uśmiech. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyła, że jej przyjaciółka komuś dokucza.

– O przepraszam, to jest stolik dla szkolnej śmietanki? — zripostował Case, udając zdziwienie. — Zamierzałem zacząć od samego dna i powoli piąć się po drabinie.

Trina oniemiała. Case puścił oko do Alyssy na znak, że nie miał złych zamiarów. Jak na goblina z pyskiem całym w strupach miał całkiem niezłą gadkę.

– Widziałem cię na paru lekcjach — zwrócił się do Kendry, pożerając kolejne kęsy lazanii. — Na angielskim i matmie.

Dziewczynka z trudem zachowała miły wyraz twarzy, patrząc w te jego zmrużone oczka.

– Zgadza się — zdołała wydusić.

– Nie muszę zdawać egzaminów — powiedział. — Ukończyłem starą szkołę. Jestem tutaj po to, żeby poznać ludzi i fajnie spędzić czas.

– To zupełnie jak ja — odezwała się Brittany. — Ale Kendra i Alyssa zbierają normalnie same piątki.

– Wiecie co? — rzekł Case. — Nie cierpię sam chodzić do kina, a nie mam jeszcze żadnych kolegów. Chcecie iść wieczorem na jakiś film?

– Jasne — zgodziła się Brittany.

Kendra była oszołomiona jego niesłychaną brawurą. Zaprosić cztery dziewczyny do kina pierwszego dnia w nowej szkole? To najbardziej rozbrajający goblin wszech czasów! O co mu chodziło?

– Ja też pójdę — zadeklarowała Alyssa.

– No dobra — powiedziała Trina. — Jeśli będziesz bardzo grzeczny, to pozwolę ci się wpisać do księgi pamiątkowej.

– Nie rozdaję autografów — odparł bezceremonialnie Case. – Kendra, idziesz z nami?

Dziewczynka się zawahała. Jak mogłaby przesiedzieć cały film obok obrzydliwego potwora? Z drugiej strony nie mogła opuścić przyjaciółek, skoro tylko ona wiedziała, w co się pakują.

– Może — rzekła w końcu.

Chropawy goblin dokończył lazanię.

– Spotkamy się o siódmej pod kinem? Tym na Kendall Street obok centrum handlowego. Zdamy się na farta, może grają coś fajnego.

Dziewczęta zgodziły się, a wtedy wstał i odszedł.

Kendra przysłuchiwała się ożywionej rozmowie koleżanek. Case podbił Alyssę od pierwszej chwili. Z Brittany też poszło łatwo. Z kolei Trina była dziewczyną, która lubi być złośliwa, ale potem zaczyna się interesować chłopakiem, który umie się jej postawić. Zresztą pewnie na Kendrze też by zrobił wrażenie, gdyby nie wiedziała, że to odrażający potwór.

Nie mogła powiedzieć przyjaciółkom prawdy. Wyszłaby na wariatkę. Nie miała za to wątpliwości, że Case coś knuł.

W całym mieście była tylko jedna osoba, którą Kendra mogła poinformować o tej sytuacji. I bynajmniej nie był to jeden z zaufanych znajomych.

* * *

Seth ustawił się naprzeciwko Randy’ego Sawyera. Randy był szybki, ale niski. Seth również zaczął ten rok szkolny jako jeden z najniższych w klasie, lecz teraz przerastał większość kolegów. Najlepsza strategia na Randy’ego to pójść po długiej z wykorzystaniem przewagi wzrostu.

Spencer McCain podniósł piłkę i cofnął się o parę kroków. Ruszyło na niego czterech chłopaków, a czterej inni kryli pozostałych zawodników. Jeden z obrońców czekał przy linii, odliczając sekundy. Seth zrobił zwód, jakby zamierzał pobiec w poprzek boiska, po czym puścił się wprost ku linii końcowej. Spencer rzucił mu piłkę wysokim łukiem — trochę za blisko, więc Seth musiał się po nią cofnąć. Skoczył wyżej niż Randy i zdołał ją złapać, ale obrońca chwycił go oburącz, a następnie powalił na ziemię tuż przed bluzą Chada Dupree, która wyznaczała pole punktowe.

– Trzecia i koniec — oznajmił Spencer, biegnąc truchtem w tamtą stronę.

– Seth! — zawołał jakiś głos.

Chłopiec spojrzał za siebie. To Kendra. W szkole zwykle z nim nie rozmawiała. Gimnazjum imienia Roosevelta obejmowało klasy od szóstej do ósmej, więc Seth, który jeszcze w zeszłym roku rządził w podstawówce, teraz znajdował się na samym dole hierarchii.

– Sekundę! — zawołał do siostry.

Chłopaki ustawiali się do kolejnego rozegrania. Seth zajął pozycję. Spencer podniósł piłkę i wykonał krótkie podanie, które przejął Derek Totter. Seth nawet go nie gonił — Derek był najszybszy w klasie. Popędził aż do przeciwnej linii końcowej.

Seth podreptał do Kendry.

– Jak zwykle przynosisz nam szczęście – powiedział z przekąsem.

– Kiepskie podanie.

– Spencer jest rozgrywającym tylko dlatego, że ma najlepszy rzut. Czego chcesz?

– Chodź, muszę ci coś pokazać.

Seth złożył ręce na piersiach. Niezwykłe — nie tylko rozmawiała z nim w szkole, ale jeszcze chciała, żeby z nią poszedł?

– Gramy! — zawołał Randy.

– Jestem w trakcie meczu — wytłumaczył siostrze Seth.

– To dotyczy Baśnioboru.

Chłopiec odwrócił się do kolegów:

– Przepraszam, na razie odpadam.

Razem z Kendrą oddalili się od boiska.

– O co chodzi?

– Wiesz, że ciągle potrafię widzieć magiczne istoty, no nie?

– Aha.

– Dziś na paru lekcjach był nowy uczeń. Udaje chłopaka, ale tak naprawdę to obrzydliwy potwór.

– Ściemniasz!

– Koleżanki mówią, że to niezłe ciacho, a ja nie wiem, jak wygląda. Musisz mi go opisać.

– Gdzie jest?

– O, tam — wskazała dyskretnie Kendra. — Rozmawia z Lydią Southwell.

– Ten blondyn?

– Nie wiem. W czerwonoczarnej koszuli?

– Rzeczywiście ciacho! — wypalił Seth.

– Jak wygląda?

– Ma oczęta jak marzenie.

– Przestań!

– Na pewno myśli o pięknych rzeczach.

– Seth, ja mówię poważnie!

Zabrzmiał dzwonek oznaczający koniec przerwy obiadowej.

– To naprawdę potwór? — spytał chłopiec.

– Podobny do tego, który wszedł przez okno w noc kupały.

– Tego, którego posypałem solą?

– Tak. Jaką przybrał formę?

– To jakiś żart? — spytał podejrzliwie Seth. — Po prostu zadurzyłaś się w nowym, co nie? Jak się boisz, to mogę go poprosić o numer.

– Wcale się nie wygłupiam. — Kendra palnęła go w ramię.

– Wygląda na wysportowanego. Ma dołeczek w brodzie. Blond włosy. Trochę rozczochrane, ale w fajny sposób. Zupełnie jakby celowo. Pewnie wzięliby go do telenoweli. Wystarczy?

– Nie jest łysy, nie ma strupów i nie cieknie mu ropa? — upewniła się Kendra.

– Nie. Naprawdę jest taki obleśny?

– Aż mi się niedobrze robi. Dzięki, na razie.

Dziewczynka prędko odeszła.

Pan Telenowela też się oddalał, wciąż rozmawiając z Lydią Southwell. Jak na potwora miał niezły gust. Lydia to jedna z najładniejszych dziewcząt w szkole.

Seth uznał, że powinien szybko pójść do klasy. Pan Meyers groził, że jeśli znowu się spóźni, to będzie musiał zostać po lekcjach.

* * *

Kendra siedziała w milczeniu, kiedy tata wiózł ją do kina. Próbowała przekonać Alyssę, żeby zrezygnowała, ale jej przyjaciółka zaczęła podejrzewać, że dziewczynka chce mieć Case’a na własność. Ponieważ Kendra nie mogła wyjawić prawdy, musiała dać sobie spokój. W końcu postanowiła iść z nimi, ponieważ uznała, że nie może zostawić koleżanek sam na sam z knującym coś goblinem.

– Na jaki film idziecie? — spytał tata.

– Zobaczymy na miejscu — odrzekła Kendra. — Ale nie martw się, nic nieprzyzwoitego.

Żałowała, że nie może powiedzieć ojcu o swym problemie, ale on nie wiedział o magicznych właściwościach rezerwatu prowadzonego przez dziadków Sorensonów. Myślał, że to zwyczajna posiadłość.

– Na pewno jesteś gotowa do egzaminów?

– Przez cały rok na bieżąco robiłam zadania. Wystarczy, że teraz rzucę okiem. Zdam na stówę.

Chętnie porozmawiałaby o sytuacji z dziadkiem Sorensonem. Próbowała zadzwonić, ale pod jedynym numerem, jaki mieli do niego rodzice, odzywało się nagranie informujące, że nie można zrealizować połączenia. Alternatywą była poczta. Ponieważ telefon mógł nie działać jeszcze przez jakiś czas, Kendra napisała list i zamierzała wysłać go nazajutrz. Dobrze było podzielić się problemem z kimś innym niż Seth, nawet jeśli tylko na papierze. Dziewczynka liczyła na to, że dodzwoni się do dziadka, zanim dojdzie do niego poczta.

Tata wjechał na parking przed kinem. Alyssa i Trina czekały przy wejściu. Obok nich stał ohydny goblin w T-shircie i spodniach khaki.

– Skąd będę wiedział, kiedy po ciebie przyjechać? — spytał ojciec.

– Obiecałam mamie, że zadzwonię z komórki Alyssy.

– W porządku. Baw się dobrze.

Mało prawdopodobne, pomyślała Kendra, wysiadając z suv-a.

– Hej, Kendra! — wychrypiał Case.

Z odległości paru metrów czuła jego wodę kolońską.

– Baliśmy się, że nie przyjdziesz — powiedziała Alyssa.

– Nie spóźniłam się — odparła Kendra stanowczo. — To wy przyjechaliście wcześniej.

– Wybierzmy jakiś film — zaproponowała Trina.

– A co z Brittany? — spytała Kendra.

– Rodzice jej nie puścili. Musi się uczyć.

Case klasnął w dłonie.

– To na co idziemy?

Negocjacje trwały kilka minut. Case chciał obejrzeć Medal wstydu, film o seryjnym mordercy uzależnionym od terroryzowania weteranów, którzy zostali odznaczeni Medalem Honoru. Zgodził się zrezygnować z seansu, gdy Trina obiecała, że kupi mu popcorn. W końcu wybrali Zamianę miejsc — o kujonce, która zamienia się na umysły z najbardziej lubianą dziewczyną w szkole i idzie na randkę z wymarzonym chłopakiem.

Kendra już wcześniej chciała to obejrzeć, ale teraz obawiała się, że czeka ją zmarnowany seans. Nie ma jak oglądanie tandetnego babskiego romansidła w towarzystwie łysego goblina.

Tak jak przypuszczała, z trudem koncentrowała się na ekranie. Po jednej stronie Case’a siedziała Trina, a po drugiej Alyssa. Obie rywalizowały o jej względy. Cała trójka jadła na spółkę wielki kubeł popcornu. Kendra odmawiała, ilekroć chcieli się z nią podzielić. Nie interesowało ją nic, czego dotykały te krościate łapska.

Gdy leciały napisy, Case już obejmował Alyssę ramieniem. Szeptali i chichotali. Trina siedziała z założonymi rękami oraz skwaszoną miną. Mniejsza o potwora — ale czy to się mogło dobrze skończyć, skoro parę dziewczyn poszło do kina z chłopakiem, który im się podobał?

Case i Alyssa wyszli z kina, trzymając się za ręce. Mama Triny już czekała na parkingu. Dziewczynka pożegnała się sucho, po czym poszła do samochodu.

– Pożyczysz mi komórkę? — poprosiła Kendra. — Muszę zadzwonić do taty.

– Jasne — zgodziła się Alyssa i podała jej telefon.

– Podwieźć cię? — zapytała Kendra, wybierając numer.

– Nie mam daleko — odparła przyjaciółka. — Case obiecał, że mnie odprowadzi.

Goblin rzucił Kendrze dziwny, chytry uśmiech. Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy on wie, że widzi jego prawdziwą postać. Odnosiła wrażenie, że napawa się jej bezsilnością.

Próbowała zachować obojętny wyraz twarzy. W słuchawce odezwała się mama. Dziewczynka oznajmiła, że jest już gotowa, po czym oddała telefon koleżance.

– Masz do domu spory kawałek, prawda? Moglibyśmy was podwieźć.

Alyssa posłała jej oburzone spojrzenie. Dlaczego Kendra umyślnie próbowała zniszczyć coś wspaniałego? Case objął dziewczynę z wrednym uśmiechem.

– Alyssa — odezwała się Kendra stanowczym tonem, po czym wzięła ją za rękę. — Muszę z tobą porozmawiać w cztery oczy. – Szarpnęła przyjaciółkę w swoją stronę. — Nie obrazisz się, Case?

– Nie ma sprawy. I tak muszę jeszcze lecieć do toalety — odrzekł i wrócił do kina.

– O co ci chodzi? — zaprotestowała Alyssa.

– Zastanów się. Prawie nic o nim nie wiemy. Dopiero dziś go poznałaś. Chuchro to on nie jest. Na pewno chcesz z nim łazić po ciemku? W ten sposób dziewczyna może sobie narobić kłopotów.

Alyssa spojrzała na nią sceptycznie.

– Przecież widzę, że to miły chłopak.

– Nie. Widzisz, że jest przystojny, a do tego dowcipny. Wielu psycholi na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie. Właśnie dlatego na początku trzeba się spotykać w miejscach publicznych, a dopiero potem spędzać czas sam na sam. Zwłaszcza kiedy się ma czternaście lat!

– Nie myślałam o tym w ten sposób — przyznała Alyssa.

– Mój tata was podwiezie. Jeśli chcesz pogadać z Case’em, możecie to zrobić przed domem. A nie na ciemnej, pustej ulicy.

Alyssa pokiwała głową.

– Może masz rację. Nie zaszkodzi pozostać pod domem w zasięgu krzyku.

Kiedy wrócił Case, dziewczynka wyjaśniła mu plan. Pominęła tylko podejrzenie, że jest psychopatą. Z początku się opierał. Twierdził, że w tak piękny wieczór grzechem byłoby się nie przespacerować. W końcu uległ, kiedy Kendra przypomniała, że jest już po dziewiątej.

Po kilku minutach zjawił się tata. Zgodził się podwieźć Alyssę i Case’a. Kendra usiadła z przodu, a para gołąbków zajęła tylne siedzenie. Szeptali, trzymając się za ręce. Podjechali pod dom Alyssy. Case wyjaśnił, że mieszka na końcu tej samej ulicy.

Gdy samochód odjeżdżał, Kendra obejrzała się za siebie. Zostawiała przyjaciółkę samą z paskudnym, knującym goblinem. Przecież nie miała wyboru! Przynajmniej Alyssa była teraz pod domem. Gdyby coś się stało, mogła krzyknąć albo pobiec do drzwi. W tych okolicznościach to musiało wystarczyć.

– Wygląda na to, że Alyssa ma chłopaka — zauważył tata.

Kendra oparła głowę o szybę.

– Pozory mogą mylić — powiedziała.

Rozdział II Rozmowa z obcymi

Nazajutrz Kendra przyszła na pierwszą lekcję kilka minut przed czasem. Podczas gdy kolejni uczniowie wchodzili do sali, ona z sercem w gardle czekała na Alyssę. Pojawił się Case. Choć Kendra mu się przyglądała, nie zwracał na nią uwagi. Stanął niedaleko biurka pani Price i rozmawiał z Jonathonem White’em.

Czy twarz Alyssy wkrótce pojawi się na ogłoszeniach? Kendra mogła winić tylko siebie. Nie powinna była zostawiać przyjaciółki sam na sam z goblinem nawet na sekundę.

Na niecałe dwie minuty przed dzwonkiem do sali weszła Alyssa. Zerknęła na Case’a, ale nie nawiązała z nim kontaktu. Od razu poszła do swojej ławki i usiadła obok Kendry.

– Wszystko w porządku? — spytała dziewczynka.

– On mnie pocałował — oznajmiła Alyssa z bladym uśmiechem.

– Co takiego?! — Kendra usiłowała ukryć obrzydzenie. — Nie wyglądasz na zachwyconą.

Jej przyjaciółka z żalem pokręciła głową.

– Było super. Kiedy pojechaliście, przez jakiś czas gadaliśmy pod moim domem. Case był uroczy i dowcipny. Potem się przysunął. Miałam pietra, przecież ledwie go znam. Ale z drugiej strony to było w sumie podniecające. A potem się pocałowaliśmy. Kendra, ale mu jechało z gęby!

Kendra nie potrafiła się powstrzymać od śmiechu. Jej reakcja ucieszyła Alyssę. Dziewczynka się ożywiła.

– Serio! Potwornie śmierdziało, jakby nigdy nie mył zębów. Nawet nie umiem tego opisać. Myślałam, że zwymiotuję. Daję słowo, niewiele brakowało.

Patrząc na trędowaty łeb stwora, który pocałował Alyssę, Kendra mogła sobie tylko wyobrażać, jak straszny musiał być jego oddech. Przynajmniej iluzja skrywająca prawdziwą tożsamość istoty nie dotyczyła tej kwestii.

Zabrzmiał dzwonek. Paru chłopców z tyłu sali zachowywało się bardzo głośno. Pani Price kazała im usiąść w ławkach.

– I co zrobiłaś? — szepnęła Kendra.

– Chyba zauważył, że byłam w szoku. Dziwnie się uśmiechał, zupełnie jakby się tego spodziewał. Wzięło mnie takie obrzydzenie, że nie byłam zbyt miła. Powiedziałam, że muszę już lecieć, i pobiegłam do domu.

– Czyli to już koniec wielkiej miłości?

– Nie chcę być płytka, ale tak. Trina może go sobie wziąć. Przyda jej się maska gazowa. Serio, to było aż tak obrzydliwe. Pobiegłam prosto do łazienki i wypłukałam usta płynem. Kiedy na niego teraz patrzę, to mam ciarki. Jadłaś kiedyś coś takiego, po czym miałaś wymioty, a potem nie mogłaś sobie wyobrazić, żeby to znów wziąć do ust?

– Alysso — przerwała jej pani Price. — Koniec roku dopiero za cztery dni.

– Przepraszam.

Nauczycielka usiadła przy biurku. Zaraz potem podskoczyła z piskiem i zaczęła oklepywać spódnicę. Spojrzała na uczniów przez zmrużone oczy.

– Czy ktoś mi podłożył pinezkę? — zapytała z niedowierzaniem. Wygładziła spódnicę, sprawdziła krzesło oraz podłogę. — To naprawdę bolało i w ogóle nie było śmieszne. — Wzięła się pod boki i spiorunowała klasę wzrokiem. — Kto to zrobił? Na pewno ktoś musiał widzieć.

Uczniowie milczeli. Wymieniali tylko ukradkowe spojrzenia. Kendra nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby ktoś posunął się do tak okrutnego czynu, nawet Jonathon White. Wtedy przypomniała sobie, że na początku lekcji przy biurku kręcił się Case.

Pani Price oparła się o blat. Jedną ręką pocierała czoło. Czyżby miała się rozpłakać? Była całkiem miłą nauczycielką w średnim wieku, miała ciemne kręcone włosy, pociągłą twarz i nosiła grubą warstwę makijażu. Nie zasługiwała na to, żeby jakiś goblin robił jej barbarzyńskie dowcipy.

Kendra chciała coś powiedzieć. Nie wahałaby się ani chwili przed zdemaskowaniem potwora. Niestety w oczach kolegów wyszłoby na to, że skarży na fajnego chłopaka. No i chociaż był głównym podejrzanym, wcale nie nakryła go na gorącym uczynku.

Pani Price kołysała się, mrugając oczami.

– Nie czuję się zbyt… — zaczęła, słowa rozmyły się i runęła na podłogę.

Tracy Edmunds wrzasnęła. Wszyscy wstali z ławek, żeby lepiej widzieć. Paru uczniów podbiegło do nauczycielki. Jeden z chłopców zbadał jej puls na szyi.

Kendra przecisnęła się naprzód. Czy pani Price umarła? Czy goblin ukłuł ją zatrutą igłą? Case kucał obok niej.

– Sprowadźcie pana Forda! — zawołała Alyssa.

Tyler Ward wybiegł z sali, zapewne po dyrektora.

Clint Harris oznajmił, że nauczycielka wciąż ma wyczuwalny puls.

– Pewnie zemdlała przez tę pinezkę — spekulował.

– Podnieście jej nogi — zasugerował ktoś.

– Nie, głowę — zaprotestował ktoś inny.

– Poczekajcie na pielęgniarkę — polecił trzeci głos.

Pani Price stęknęła i usiadła z szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną. Potem wskazała na ławki.

– Wszyscy na miejsca. Natychmiast.

– Ale pani przecież… — zaczął Clint.

– Na miejsca! — powtórzyła nauczycielka bardziej stanowczym tonem.

Wszyscy wykonali polecenie.

Pani Price stała pod tablicą z założonymi rękami. Wpatrywała się w uczniów, jakby usiłowała czytać w ich myślach.

– Nigdy w życiu nie spotkałam takiej nieposłusznej bandy żmij — warknęła. — Jeśli tylko dopnę swego, wszyscy wylecicie ze szkoły.

Kendra zmarszczyła czoło. To zupełnie nie w stylu pani Price, nawet w takich okolicznościach. Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle. Była w nim jakaś okrutna, nienawistna nuta.

Nauczycielka ścisnęła krawędź ławki Jonathona White’a. Siedział w pierwszym rzędzie, ponieważ często sprawiał problemy wychowawcze.

– Powiedz mi, mój mały chłopczyku, kto mi podłożył pinezkę?

Zgrzytała zębami. Napęczniały jej żyły na szyi i wyglądała, jakby miała wybuchnąć.

– No… nie widziałem — wyjąkał Jonathon.

Kendra po raz pierwszy w życiu słyszała strach w jego głosie.

– Kłamiesz! — huknęła pani Price.

Poderwała przód ławki, która przewróciła się do tyłu. Była połączona z krzesłem, więc Jonathon poleciał wraz z nią. Uderzył głową o następny stolik.

Obłąkana nauczycielka podeszła do Sashy Goethe, swojej ulubionej uczennicy.

– Gadaj, kto to zrobił! — wrzasnęła, zapluwając się.

– Ja też nie… — zdążyła powiedzieć dziewczynka, zanim jej ławka również została wywrócona.

Pomimo szoku Kendra zrozumiała, co się dzieje. Casey wcale nie otruł pani Price. Kłując ją, rzucił na nią czar.

Wstała i krzyknęła:

– To Casey Hancock!

Pani Price przystanęła i spojrzała na Kendrę zmrużonymi oczami.

– Casey, powiadasz? — Jej głos był cichy i zabójczy.

– Widziałam przed lekcją, jak kręcił się przy pani biurku.

Nauczycielka podeszła bliżej.

– Jak śmiesz oskarżać jedyną osobę w klasie, która nie skrzywdziłaby nawet muchy?!

Kendra zaczęła się wycofywać. Pani Price wciąż mówiła cicho, choć niewątpliwie była wściekła.

– To ty mi podłożyłaś pinezkę, prawda? A teraz szukasz winnego i oskarżasz nowego ucznia, który jeszcze nie ma kolegów. Podłe, Kendro. Bardzo podłe.

Dziewczynka dotarła na sam koniec sali. Pani Price była coraz bliżej. Przewyższała dziewczynkę tylko o kilka centymetrów, ale miała zakrzywione palce, a jej oczy lśniły złośliwie. Zazwyczaj łagodna nauczycielka wyglądała tak, jakby chciała mordować.

Gdy znajdowała się już tylko kilka kroków od Kendry, skoczyła naprzód. Dziewczynka zrobiła unik, po czym popędziła wzdłuż ławek do drzwi na przodzie klasy. Pani Price deptała jej po piętach do czasu, aż Alyssa podstawiła jej nogę. Opętana nauczycielka runęła jak długa.

Kendra szarpnęła za klamkę. Stanęła twarzą w twarz z dyrektorem, panem Fordem. Tuż za nim dyszał Tyler Ward.

– Pani Price nie jest sobą — wyjaśniła dziewczynka.

Kobieta rzuciła się na nią z wrzaskiem. Pan Ford, potężny, mocno zbudowany mężczyzna, chwycił nauczycielkę i przygniótł jej ramiona do ciała.

– Lindo! — odezwał się tonem sugerującym, że nie wierzy w to, co widzi. — Uspokój się, Lindo. Przestań.

– Zgraja padalców! — syknęła. — Żmije! Szatany! — Wciąż gwałtownie się szarpała.

Pan Ford rozejrzał się po klasie. Dotarł do niego widok powywracanych ławek.

– Co tu się dzieje?

– Ktoś podłożył pani Price pinezkę i odbiło jej — pochlipując, wyjaśniła Sasha Goethe, stojąca obok przewróconego stolika.

– Pinezkę? — powtórzył dyrektor, który wciąż szarpał się z niespokojną nauczycielką.

Nagle machnęła głową w tył, po czym przywaliła Fordowi prosto w twarz. Zatoczył się i zwolnił uścisk.

Pani Price odepchnęła Kendrę i wybiegła z klasy. Puściła się pędem przez korytarz. Oszołomiony dyrektor zasłonił dłonią krwawiący nos.

Po drugiej stronie sali Casey Hancock, goblin w przebraniu, uśmiechał się złośliwie do Kendry.

* * *

Pod koniec dnia Kendra miała już dość ciągłego opowiadania o wydarzeniach na pierwszej lekcji. W szkole huczało od wieści, że pani Price postradała zmysły. Rozhisteryzowana nauczycielka wybiegła ze szkoły, zostawiając samochód na parkingu, i od tamtej pory nikt jej nie widział. Gdy rozeszła się wiadomość, że Kendra poskarżyła na Case’a i została bezpośrednio zaatakowana, koledzy zaczęli bombardować ją pytaniami.

Dziewczynce było strasznie żal pani Price. Miała pewność, że zachowanie nauczycielki wywołały magiczne sztuczki goblina, ale tą teorią nie mogła przecież podzielić się z dyrektorem. W końcu musiała przyznać, że nie widziała, by Case kładł coś na krześle przy biurku. Najwyraźniej nie zauważył tego również nikt inny. Co więcej, w ogóle nie znaleziono pinezki. Kendra oczywiście nie śmiała wspomnieć o tajnej tożsamości nowego ucznia, bo żeby tego dowieść, musiałaby namówić pana Forda, żeby pocałował go w usta.

Maszerowała do autobusu, dumając o tej niesprawiedliwej sytuacji. Niewinna nauczycielka miała zniszczoną reputację, a winowajcy uszło to na sucho. Musiał istnieć jakiś sposób, aby go powstrzymać!

– Ekhem.

Mężczyzna idący obok Kendry odchrząknął, by zwrócić jej uwagę. Pogrążona w myślach, w ogóle nie zauważyła, kiedy podszedł. Miał na sobie elegancki strój, który wyszedł z mody chyba sto lat temu: frak z długimi połami, a pod spodem kamizelkę. Dziewczynka nie zdziwiłaby się, widząc coś takiego w teatrze, ale nie na ulicy.

Zatrzymała się i odwróciła do nieznajomego. Dzieci podążające do autobusów mijały ich z obu stron.

– Mogę panu w czymś pomóc? — odezwała się Kendra.

– Najmocniej przepraszam, czy mogę spytać, która godzina?

Z kieszonki kamizelki mężczyzny zwisał łańcuszek. Dziewczynka wskazała go palcem.

– Czy to aby nie zegarek?

– Tylko łańcuszek, moja droga. Z zegarkiem rozstałem się jakiś czas temu.

Stosunkowo rosły nieznajomy miał ciemne, falujące włosy oraz spiczastą brodę. Jego strój, choć elegancki, był zmięty i znoszony, jakby właściciel przespał w nim kilka kolejnych nocy. Mężczyzna wydał się Kendrze nieco podejrzany i natychmiast postanowiła, że na pewno nie wsiądzie z nim do furgonetki bez okien.

Miała zegarek, ale wcale na niego nie spojrzała.

– Właśnie skończyły się lekcje, więc jest tuż po wpół do trzeciej.

– Pozwól, że się przedstawię — rzekł nieznajomy.

Dłonią w białej rękawiczce podał dziewczynce wizytówkę. Jego gest wyraźnie sugerował, że powinna ją przeczytać, a nie schować. Treść bileciku była następująca:

Errol Fisk

KOMBINACJE * DYWAGACJE * INNOWACJE

– Dywagacje? — odczytała Kendra z powątpiewaniem w głosie.

Errol zerknął na wizytówkę, po czym ją odwrócił.

– Nie z tej strony — powiedział z przepraszającym uśmiechem.

Na odwrocie napisano:

Errol Fisk

ARTYSTA ULICZNY PIERWSZEJ KLASY

– W to potrafię uwierzyć — stwierdziła dziewczynka.

Nieznajomy zerknął na wizytówkę z rozczarowaną miną i znowu ją obrócił.

– Przecież tamtą stronę już… — zaczęła Kendra, ale się myliła.

Errol Fisk

DAR NIEBIOS DLA KAŻDEJ KOBIETY

Dziewczynka wybuchnęła śmiechem.

– O co tu chodzi? Jestem w ukrytej kamerze?

Errol spojrzał na bilecik.

– Najmocniej przepraszam, Kendro, dałbym głowę, że tę wizytówkę dawno wyrzuciłem.

– Przecież się panu nie przedstawiłam — odparła Kendra, nagle bardzo czujna.

– Nie musiałaś. Spośród tych wszystkich młodych ludzi tylko ty wyglądasz na owróżkowioną.

– Owróżkowioną? — powtórzyła dziewczynka.

Co to za facet?! — pomyślała.

– Zakładam, że niedawno zauważyłaś w szkole nieproszonego gościa.

W ten sposób zyskał jej całkowitą uwagę.

– Pan wie o goblinie?

– Konkretnie o koboldzie, choć rzeczywiście często się je myli z goblinami.

Mężczyzna znów obrócił wizytówkę. Teraz napis głosił:

Errol Fisk

TĘPICIEL KOBOLDÓW

– Pomoże mi pan się go pozbyć? — spytała Kendra. — Czy przysłał pana mój dziadek?

– Nie, ale jego przyjaciel.

W tym momencie podszedł do nich Seth z plecakiem przerzuconym przez ramię.

– Co to za cyrkowiec? — spytał.

Errol pokazał mu wizytówkę.

– Co to jest kobold? — zdziwił się chłopiec. — Spóźnisz się na autobus — stwierdził, klepiąc siostrę po ramieniu.

Zrozumiała, że Seth chce jej pomóc uwolnić się od nieznajomego.

– Może dziś pójdę piechotą — stwierdziła.

– Sześć kilometrów?

– Albo może ktoś mnie podwiezie. Ten goblin, który pocałował Alyssę i wrobił panią Price, to właśnie kobold.

Przy obiedzie opowiadała bratu o fatalnych wydarzeniach poranka. Tylko on mógł zrozumieć, co naprawdę zaszło.

– Aha — odrzekł i na nowo przyjrzał się Errolowi. — Teraz rozumiem. Myślałem, że pan coś sprzedaje, a pan jest magikiem.

Errol rozłożył w wachlarz talię kart, która pojawiła się znikąd w jego dłoni.

– Niezły strzał – powiedział. – Wybierz kartę.

Seth wykonał polecenie.

– Pokaż ją siostrze.

Chłopak pokazał Kendrze piątkę kier.

– Włóż z powrotem do talii.

Seth schował kartę w ten sposób, żeby Errol jej nie zobaczył. Mężczyzna obrócił wachlarz, tak by wszystkie karty były widoczne. Każda z nich okazała się piątką kier.

– Oto twoja karta — oznajmił Errol.

– Ale do kitu sztuczka! — stęknął Seth. — Wszystkie takie same. Nic dziwnego, że pan wiedział, co wybrałem.

– Wszystkie takie same? — powtórzył Errol. Obrócił talię i przesunął kciukiem po krawędziach kart. — Nie, chyba się mylisz.

Gdy znów je pokazał, wyglądały jak zwykła talia.

– O rany! — zawołał Seth.

Mężczyzna opuścił karty i znów rozłożył wachlarz.

– Podaj jakąś wartość.

– Walet trefl.

Magik uniósł talię. Składała się wyłącznie z waletów trefl. Znów obrócił karty.

– Kendro, teraz ty.

– As kier.

Errol zaprezentował cały wachlarz asów kier. Następnie schował karty do wewnętrznej kieszeni.

– O kurczę, rzeczywiście czary — stwierdził Seth.

Mężczyzna pokręcił głową.

– To tylko legerdemain.

– Jakie leże?

– Legerdemain. Francuskie określenie kuglarstwa.

– Jak to? Ma pan w rękawie całą masę talii? — spytał chłopiec.

Errol puścił do niego oko.

– Jesteś na właściwym tropie.

– Niezły pan jest — stwierdził Seth. — Bardzo uważnie obserwowałem.

Mężczyzna ścisnął wizytówkę dwoma palcami, zakrył dłonią, po czym błyskawicznie ją rozłożył. Bilecik zniknął.

– Ręka jest szybsza niż oko.

Autobusy zaczęły odjeżdżać. Zawsze ruszały kolumną pięciu pojazdów.

– O nie! — zawołał Seth. — Mój autobus!

– Podwiozę was — zaproponował Errol. — Choć pewnie byłoby stosowniej, gdybym wam zamówił taksówkę. Na swój koszt. Tak czy siak, musimy porozmawiać o koboldzie.

– Skąd się pan tak błyskawicznie dowiedział? — spytała podejrzliwie Kendra. — Kobold pojawił się dopiero wczoraj. List do dziadka Sorensona wysłałam dziś rano.

– Dorzeczne pytanie — przyznał Errol. — Wasz dziadek ma starego kumpla w tych stronach, nazywa się Coulter Dixon. Prosił go, żeby miał na was oko. Gdy tylko Coulter zwiedział się o koboldzie, natychmiast do mnie zadzwonił. Jestem specjalistą.

– Więc pan zna naszego dziadka? — spytał Seth.

Errol uniósł palec.

– Znam przyjaciela waszego dziadka. Nie miałem okazji poznać Stana.

– Dlaczego nosi pan te dziwne ciuchy?

– Ponieważ bardzo je lubię.

– A rękawiczki? — Chłopiec nie dawał za wygraną. — Przecież jest gorąco.

Errol ukradkiem zerknął przez ramię, jakby zamierzał zdradzić sekret.

– Bo mam dłonie z czystego złota i boję się, że ktoś je ukradnie.

Seth zrobił wielkie oczy.

– Naprawdę?

– Nie. Ale pamiętaj o tej zasadzie: czasem najłatwiej uwierzyć w najbardziej niedorzeczne kłamstwo. — Ściągnął rękawiczkę i rozprostował palce całkiem zwyczajnej dłoni z czarnymi włoskami na kłykciach. — Uliczny magik potrzebuje kryjówek na różne rzeczy. Rękawiczki bardzo się przydają. Tak samo jak frak w ciepły dzień. I kamizelka z mnóstwem kieszeni. Oraz parę zegarków. — Podciągnął rękaw, ukazując dwa zegarki na nadgarstku.

– Przecież pan mnie pytał o godzinę — przypomniała Kendra.

– Wybacz, musiałem zagaić rozmowę. Mam trzy zegarki. To świetne miejsce do ukrycia monet.

Errol zacisnął dłoń, po czym uniósł w górę srebrną jednodolarówkę. Następnie z powrotem wsunął rękawiczkę. Moneta przy okazji znikła.

– Więc jednak ma pan zegarek kieszonkowy — stwierdziła dziewczynka.

Mężczyzna pokazał pusty łańcuszek.

– Niestety to akurat była prawda. Zastawiłem w lombardzie. Musiałem kupić grzebienie dla mojej dziewczyny.

Kendra uśmiechnęła się, zrozumiawszy aluzję. Errol nie wyjaśnił jej Sethowi.

– To co, zdałem egzamin? — spytał.

Dzieci wymieniły spojrzenia.

– Jeśli pozbędzie się pan kobolda — powiedziała Kendra — to we wszystko panu uwierzę.

Errol miał nieco zatroskaną minę.

– Cóż, w tym właśnie rzecz, że potrzebna mi będzie wasza pomoc, więc musimy sobie zaufać. Moglibyście najwyżej zadzwonić do dziadka, a on powie wam o Coulterze. A potem mógłby się z nim porozumieć, żeby opowiedział mu o mnie. Choć może już się skontaktowali. Tymczasem rozważcie coś takiego: twój dziadek prawie nikomu nie powiedział o tym, że jesteś owróżkowiona i z pewnością nalegał, żebyś zachowała ten fakt w tajemnicy. A jednak mi o tym wiadomo.

– Co to znaczy „owróżkowiona”? — spytała Kendra.

– Że wróżki użyczyły ci swej magii i widzisz fantastyczne stworzenia bez żadnej pomocy.

– Pan też je widzi? — zainteresował się Seth.

– Jasne, o ile użyję kropli do oczu. Ale twoja siostra widzi je cały czas. Poinformował mnie o tym Coulter.

– W porządku — powiedziała Kendra. — Skonsultujemy się z dziadkiem, ale chwilowo zaufamy, że chce nam pan pomóc.

– Doskonale. — Errol postukał się w skroń. — Już obmyślam pewien plan. Jest szansa, że jutro wieczorem zdołacie się wymknąć z domu?

Kendra się skrzywiła.

– Ciężko będzie. Pojutrze mam egzamin.

– Też coś. — Seth przewrócił oczami. — Udamy, że wcześnie się kładziemy, a potem wyjdziemy przez okno. Pasuje panu dziewiąta?

– Doskonała godzina. Gdzie się spotkamy?

– Zna pan stację benzynową na rogu Culross i Oakley? — zaproponował chłopiec.

– Znajdę ją.

– A jak rodzice zauważą, że nas nie ma?

– Co wolisz? Ryzykować szlaban czy dalej użerać się z tym obleśnym koleżką? — spytał Seth.

Miał rację. Wybór był prosty.

Rozdział III Procedura wytępienia

Niebo było już niemal całkiem ciemne, kiedy dzieci weszły do sklepu na stacji benzynowej. Jedna z fluorescencyjnych żarówek migotała, zaburzając ostry, równy blask. Seth przesunął dłonią po batonie czekoladowym. Kendra rozejrzała się dookoła.

– Gdzie on jest? Spóźniliśmy się prawie dziesięć minut.

– Spokojnie — powiedział Seth. — Przyjdzie.

– Nie jesteśmy w filmie szpiegowskim — przypomniała mu siostra.

Chłopiec wziął baton, zamknął oczy i powąchał go od początku do końca.

– Fakt. To się dzieje naprawdę.

Kendra zauważyła błysk reflektorów obtłuczonej furgonetki Volkswagena stojącej na parkingu.

– Może masz rację — powiedziała, podchodząc do okna.

Światła znów błysnęły. Gdy zmrużyła oczy, za kierownicą dostrzegła Errola. Przywołał ją gestem.

Dzieci ruszyły przez parking w kierunku auta.

– Naprawdę pojedziemy z nim tym gratem? — mruknęła Kendra.

– To zależy, jak bardzo chcesz się pozbyć kobolda — odparł jej brat.

Przez wszystkie lekcje stwór nie wywołał nowego zamieszania, choć drażnił Kendrę chytrymi spojrzeniami. Obrzydliwy intruz rozkoszował się zwycięstwem. Kręcił się w pobliżu jej koleżanek, a ona nic na to nie mogła poradzić. Któż to wiedział, jaki akt sabotażu obmyśla teraz kobold?

Kendra wciąż próbowała dodzwonić się do dziadka Sorensona i ciągle słyszała komunikat, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Czyżby przestał płacić rachunki? A może zmienił numer? Bez względu na przyczynę wciąż nie zdołała z nim porozmawiać i ustalić, czy Errolowi można ufać.

Tymczasem mężczyzna sięgnął przez całą szerokość furgonetki i otworzył drzwi. Znów miał na sobie zmięty, staromodny strój. Kendra i Seth wsiedli do środka. Chłopiec zatrzasnął drzwi. Silnik już pracował.

– Jesteśmy — oznajmiła Kendra. — Jeśli zamierza nas pan porwać, to proszę mi o tym teraz powiedzieć. Nie zniosę napięcia.

Errol wrzucił bieg. Auto wyjechało ze stacji benzynowej na Culross Drive.

– Naprawdę przybyłem z pomocą — zapewnił. — Choć gdybym miał dzieci, chyba nie chciałbym, żeby po nocy wsiadały do furgonetki faceta, którego dopiero poznały, bez względu na to, co im naopowiadał. Ale nie martwcie się, wkrótce odwiozę was pod dom całych i zdrowych.

Mężczyzna skręcił w jakąś ulicę.

– Dokąd jedziemy? — spytał Seth.

– Wredne paskudztwa z tych koboldów. Nadzwyczaj uparte — powiedział Errol. — Musimy zdobyć coś, co pozwoli na zawsze przepędzić intruza. Ukradniemy niezwykle rzadki przedmiot należący do podłego, groźnego człowieka.

Seth usiadł na krawędzi fotela. Kendra odchyliła się i złożyła ręce na piersiach.

– Podobno jest pan tępicielem koboldów — stwierdziła. — Nie ma pan własnego sprzętu?

– Mam fachową wiedzę — odrzekł Errol, skręcając w kolejną ulicę. — Tępienie koboldów jest ociupinkę trudniejsze niż spryskanie podwórka chemikaliami. Każda sytuacja jest wyjątkowa i wymaga improwizacji. Całe szczęście, że wiem, gdzie zdobyć potrzebną rzecz.

Przez kilka kilometrów milczeli. Potem Errol zjechał na pobocze i wyłączył światła.

– To już tu? — spytał Seth.

– Na szczęście to, czego nam trzeba, znajduje się niedaleko – wyjaśnił mężczyzna.

Wskazał okazały budynek stojący w połowie drogi między przecznicami. Szyld głosił:

– Włamiemy się do kostnicy? – spytała dziewczynka.

– Ukradniemy trupa? — Jak na gust Kendry, Seth był zdecydowanie zbyt podekscytowany.

– Nic równie makabrycznego – zapewnił Errol. – W domu pogrzebowym mieszka jego właściciel, Archibald Magnum. Jest w posiadaniu figurki ropuchy, która posłuży nam do przegnania kobolda.

– Nie mógłby jej nam po prostu pożyczyć? — spytała Kendra.

Errol się uśmiechnął.

– Archibald Magnum nie jest miłym człowiekiem. Właściwie w ogóle nie jest człowiekiem, ale wampirycznym dziwadłem.

– To wampir? — zapytał Seth.

Errol przekrzywił głowę.

– Ściśle mówiąc, nigdy nie spotkałem prawdziwego wampira. W każdym razie takiego jak w filmach, chowającego się przed słońcem i zmieniającego w nietoperza. Są jednak osobniki o wampirycznej naturze. To pewnie właśnie one dały początek wyobrażeniom o tych istotach.

– Więc czym jest Archibald? — naciskała Kendra.

– Właściwie trudno powiedzieć. Zapewne należy do rodziny bliksów. Być może jest lektobliksem, przedstawicielem rasy, która szybko się starzeje, więc musi czerpać młodość z innych stworzeń. Albo narkobliksem, potworem zdolnym kontrolować śpiące ofiary. Jednak biorąc pod uwagę lokum, jakie sobie wybrał, sądzę, że to wiwibliks, istota dysponująca mocą tymczasowego ożywiania zmarłych. Bliksy, podobnie jak wampiry z legend, nawiązują więź z ofiarą przez ugryzienie. Wszystkie ich odmiany są spotykane niezmiernie rzadko, a tu proszę bardzo! Jeden z nich mieszka zaledwie parę kilometrów od waszego domu.

– I pan chce, żebyśmy się do niego włamali? — spytała Kendra.

– Moja droga — odparł Errol. — Archibalda nie ma w domu. W przeciwnym razie nie przyszłoby mi do głowy wysyłać was w pobliże jego zakładu. Ryzyko byłoby zbyt wielkie.

– Czy tego domu pilnują zombi? — zainteresował się Seth.

Mężczyzna rozłożył ręce w rękawiczkach.

– Jeśli Archibald to wiwibliks, po domu pewnie krąży kilka ożywionych ciał. Nic, z czym byśmy sobie nie poradzili.

– Na pewno jest jakiś inny sposób na przegnanie kobolda — mruknęła nerwowo Kendra.

– O niczym takim nie słyszałem — odrzekł Errol. — Archibald wraca jutro. Wtedy będziemy mogli zapomnieć o figurce.

Cała trójka siedziała w milczeniu i przyglądała się ponurym oknom domu pogrzebowego. Była to starodawna rezydencja z zadaszoną werandą, okrągłym podjazdem oraz dużym garażem. Nie licząc księżyca, jedyny blask dawało oświetlenie szyldu od strony ulicy.

W końcu Kendra przerwała milczenie.

– Nie podoba mi się to.

– Oj, weź się w garść — odpowiedział jej brat. — Nie będzie tak źle.

– Cieszę się, że tak uważasz, Seth — odezwał się Errol — ponieważ będziesz tam musiał wejść sam.

Chłopiec głośno przełknął ślinę.

– To pan nie idzie?

– Kendra też nie — uściślił mężczyzna. — Nie skończyłeś czternastu lat, prawda?

– Zgadza się.

– Czary ochronne, jakimi obłożony jest dom, nie pozwolą wejść nikomu, kto osiągnął ten wiek — wyjaśnił Errol. — Nie pomyślano jednak o zabezpieczeniu przed dziećmi.

– Nie można było od razu zabezpieczyć przed wszystkimi?

– Najmłodsi cieszą się odpornością na wiele tego typu zaklęć — wytłumaczył mężczyzna. — Czary powstrzymujące dzieci wymagają większych umiejętności niż te przeciw dorosłym. Na osoby poniżej ósmego roku życia nie działa prawie żadna magia. Z wiekiem naturalna odporność słabnie.

Po raz pierwszy, odkąd wsiedli do furgonetki, Kendrze wrócił dobry humor. Seth nigdy w życiu nie wyglądał tak poważnie. Bez względu na okoliczności zawsze lubiła patrzeć, jak jej brat bywa zmuszony odszczekać własne słowa. Chłopiec obrócił się w fotelu i zerkną! na siostrę.

– No dobra, to co mam zrobić? — spytał.

Cała jego brawura prysła.

– Seth, nie… — zaczęła Kendra.

– Nic nie mów. — Chłopiec uniósł dłoń. — Sam zajmę się brudną robotą. Niech mi pan tylko powie, co robić.

Errol odkręcił niewielką butelkę. Z przymocowanym do nakrętki kroplomierzem.

– Przede wszystkim musimy poprawić ci wzrok. Te krople działają tak samo jak mleko, które piliście w Baśnioborze. Odchyl głowę.

Seth wykonał polecenie. Errol odciągnął powiekę prawego oka chłopca, po czym zapuścił kropelkę. Seth wyrwał mu się i zaczął mrugać jak szalony.

– O rany! — zawołał. — Co to jest, tabasco?

– Rzeczywiście trochę szczypie — przyznał mężczyzna.

– Pali jak kwas! — Seth otarł łzy z oka.

– Teraz drugie — polecił Errol.

– Nie ma pan mleka?

– Niestety, właśnie się skończyło. Nie ruszaj się, to potrwa tylko chwilkę.

– Wypalenie języka też długo nie zajmuje!

– Czy pierwsze oko nie przestało piec? — spytał Errol.

– Chyba tak. A drugie mógłbym zamknąć.

– Nie wyślę cię tam ślepego na czyhające niebezpieczeństwa.

– Wobec tego sam to zrobię.

Seth wziął kroplomierz. Wypuścił kropelkę na rzęsy niemal zaciśniętego oka. Zamrugał, krzywiąc się i jęcząc.

– Oczywiście jedyna osoba, która tego nie potrzebuje, ma za dużo lat, żeby się do czegoś przydać — stęknął ze złością.

Kendra wzruszyła ramionami.

– Ja używam kropli co rano — wyjaśnił Errol. — Można się przyzwyczaić.

– Pewnie najpierw obumierają nerwy — stwierdził Seth, znów ocierając łzy. — Co teraz?

Mężczyzna uniósł pustą dłoń. Poruszył palcami, a wtedy pojawił się pilot do wrót garażu.

– Wejdź przez garaż. Drzwi do domu powinny być otwarte. W przeciwnym razie je wyważ. Wewnątrz, na lewo od drzwi, znajdziesz klawiaturę numeryczną. Oprócz zaklęć dom pogrzebowy jest również wyposażony w konwencjonalny system zabezpieczeń. Wprowadź kod 7109 i wciśnij enter.

– 7109 enter — powtórzył Seth.

– Skąd pan to wie? — spytała Kendra.

– Z tego samego źródła, z jakiego dowiedziałem się o nieobecności Archibalda — odparł Errol. — Z rekonesansu. Przecież nie wysłałbym tam Setha bez przygotowania. Jak myślisz, co robiłem, odkąd nawiązałem z wami kontakt?

– Gdzie znajdę statuetkę? — zapytał chłopiec.

– Obstawiam piwnicę. Dotrzesz tam windą przylegającą do sali wystawień. Jeśli po wejściu skręcisz w prawo, na pewno jej nie przeoczysz. Szukaj statuetki ropuchy nie większej niż moja pięść. Prawdopodobnie stoi na widoku. Sprawdzaj w miejscach, gdzie nie wolno wchodzić. Kiedy ją znajdziesz, nakarm ją tym. — Errol pokazał mu ciasteczko dla psa w kształcie kości.

– Mam nakarmić statuetkę? — spytał Seth z niedowierzaniem.

– Bez tego nie da się jej ruszyć. Nakarm ją, podnieś i przynieś do nas, a wtedy zawiozę was do domu.

Errol dał chłopcu pilota oraz ciasteczko, a także małą latarkę, której miał użyć tylko w ostateczności.

– Niech mi pan jeszcze powie, co mam robić, kiedy natknę się na żywe trupy — przypomniał Seth.

– Uciekaj. Wskrzeszone zwłoki są wolne i niezbyt zwinne. Umkniesz im bez trudu. Ale nie ryzykuj. Jeśli natkniesz się na nieumarłych, natychmiast wracaj do auta, nawet bez statuetki.

Seth ponuro pokiwał głową.

– Więc po prostu uciekać, co? — Nie wydawał się usatysfakcjonowany takim planem.

– Wątpię, żebyś napotkał kłopoty — uspokoił go Errol. — Starannie przebadałem to miejsce i nie dostrzegłem ani śladu aktywności nieumarłych. To powinna być pestka. Ot, wchodzisz i wychodzisz.

– Wcale nie musisz tego robić — zapewniła brata Kendra.

– Nie martw się, nie będę miał do ciebie pretensji, jeżeli zjedzą mi mózg — odparł Seth. Otworzył drzwi furgonetki i wyskoczył na chodnik. — Chociaż wcale się nie zdziwię, jeśli sama będziesz miała wyrzuty sumienia.

Przebiegł przez ulicę, a potem poszedł w kierunku podświetlonego szyldu. Z naprzeciwka nadjechało kilka samochodów. Osłonił oczy przed jasnym światłem reflektorów. Po drodze do domu pogrzebowego minął niewielki budynek przerobiony na zakład fryzjerski, a potem większy, w którym mieścił się gabinet dentystyczny.

Chociaż wiedział, że Kendra i Errol są nieopodal, to stając naprzeciw ponurej kostnicy, czuł się bardzo samotny. Gdy obejrzał się na furgonetkę, nie dostrzegł pasażerów. Wiedział jednak, że oni go widzą, więc spróbował udawać odprężonego.

Za podświetlonym szyldem na skraju posesji rozciągał się starannie przystrzyżony trawnik okolony zaokrąglonymi żywopłotami, które sięgały Sethowi do kolan. Na zacienionej werandzie stały gęsto ustawione doniczki z kwiatkami. Na górnym piętrze znajdowały się trzy balkony z niskimi barierkami. Ciemne okna zasłonięto okiennicami. Rezydencję wieńczyły dwie kopuły oraz kilka kominów. Nawet gdyby zapomnieć o trupach we wnętrzu, ten budynek i tak wyglądał jak nawiedzony.

Seth bawił się pilotem do garażu. Czy naprawdę aż tak mu zależało na przegnaniu kobolda? Skoro z Errola taki zawodowiec, to dlaczego goni dzieci do brudnej roboty? Czy takimi problemami nie powinien się zająć raczej ktoś doświadczony, a nie szóstoklasista?

Chłopiec zaczął rozważać odwrót. Wyprawa do domu pogrzebowego z Errolem i Kendrą zapowiadała się na przygodę, ale samotna ekspedycja zakrawała na samobójstwo. Pewnie wytrzymałby ponury dom pełen trupów, ale w Baśnioborze widział różne rzeczy — wróżki, diabliki i potwory. Wiedział, że istnieją naprawdę, więc teraz świadomie pakował się wprost do siedliska zombi dowodzonych przez autentycznego wampira (nieważne, jak nazywał go Errol).

Gdyby przybył tu sam, pewnie by zrezygnował. Jeden kobold nie był wart takiego ryzyka. Ale obserwujący go towarzysze, oczekiwali, że podoła zadaniu, więc duma nie pozwalała mu stchórzyć. Zdarzyło mu się robić różne śmiałe rzeczy — zjeżdżał na rowerze ze stromych wzgórz, bił się z dwa lata starszym chłopakiem, jadł żywe owady. Omal się nie zabił, wspinając się po drewnianych słupach. Lecz to było najgorsze, bo wchodząc samotnie do siedliska zombi, nie tylko mógł zginąć, ale na dodatek w bardzo niefajnych okolicznościach.

Ulicą nie przejeżdżały żadne auta. Seth wcisnął guzik na pilocie i przebiegł przez podjazd. Wrota otworzyły się hałaśliwie. Pomyślał, że musi uważać, ale uznał, że nikt nie będzie się zastanawiać na widok kogoś wchodzącego do garażu. Oczywiście wszystkie zombi w budynku właśnie dowiedziały się o jego przybyciu.

W garażu zapaliło się światło. Czarny karawan z zasłonami w oknach bynajmniej nie dodawał rezydencji uroku, podobnie jak kolekcja wypchanych zwierząt na stole pod ścianą: opos, szop pracz, lis, bóbr, wydra, sowa oraz sokół. W rogu pomieszczenia stał zaś wielki czarny niedźwiedź.

Seth wszedł do wnętrza i ponownie wcisnął guzik. Wrota zamknęły się z przeciągłym mechanicznym jękiem. Podbiegł do drzwi prowadzących do domu. Obrócił gałkę i uchylił je delikatnie. Natychmiast usłyszał pikanie. Światło z garażu wpadało do korytarza.

Na lewo od drzwi znajdowała się klawiaturka — dokładnie tak, jak opisał to Errol. Seth wprowadził kod 7109, po czym wcisnął enter. Pikanie ustało. Rozległo się warczenie.

Chłopiec prędko się obrócił. Drzwi wciąż były otwarte i światło z garażu ukazywało plątaninę białych kudłów, która zbliżała się po wykładzinie korytarza. W pierwszej chwili Seth myślał, że to potwór. Potem zrozumiał, że ma przed sobą wielkiego psa o tak gęstym futrze przypominającym dredy, że jego przodek na pewno był mopem. Nad oczami dyndało mu tyle sierści, że chyba tylko cudem coś widział. Miarowe, gardłowe warczenie nie ustawało. Oznaczało, że pies w każdej chwili może rzucić się do ataku.

Seth musiał prędko podjąć decyzję. Pewnie zdołałby wyskoczyć przez drzwi i zatrzasnąć je, zanim dopadnie go pies. To oznaczałoby jednak koniec wyprawy po statuetkę. Może Errol miałby nauczkę za tak kiepski rekonesans.

Z drugiej strony przecież Seth miał w ręku psie ciasteczko. Na pewno statuetka nie potrzebuje całego.

– Siad! — rozkazał chłopiec spokojnie, lecz stanowczo, wyciągając dłoń w stronę psa.

Zwierzę zamilkło i przestało się zbliżać.

– Dobry piesek — pochwalił Seth, siląc się na pewny ton. Podobno psy potrafią wyczuć strach w głosie. — A teraz siad — polecił znowu i powtórzył gest.

Pies usiadł. Kudłaty łeb sięgał chłopcu powyżej pasa.

Seth przełamał ciasteczko i rzucił połówkę zwierzakowi. Pies złapał je w locie. Chłopiec nie miał pojęcia, jak w ogóle dostrzegł je spod tej całej sierści.

Zbliżył się do kudłacza i dał mu rękę do powąchania. Ciepły język połaskotał go po dłoni. Seth pogłaskał psa po łbie.

– Dobry piesek — powiedział szczególnym tonem zarezerwowanym dla małych dzieci oraz zwierząt. — Nie zjesz mnie, prawda?

Automatyczne światło w garażu zgasło, pogrążając korytarz w mroku. Jedyny blask pochodził z maleńkiej zielonej żarówki w klawiaturce systemu zabezpieczeń, był jednak tak słaby, że na nic się nie zdał. Seth przypomniał sobie o okiennicach. Z ich powodu nawet lśnienie księżyca oraz światło szyldu nie mogły dostać się do wnętrza. W takim razie ludzie na zewnątrz raczej nie zauważyliby snopa światła latarki, a przecież Seth nie mógł ryzykować, że zajdą go od tyłu jakieś zombi.

Gdy ją włączył, znów zobaczył psa oraz korytarz. Ruszył do dużego pomieszczenia z grubymi zasłonami na oknach, wyłożonego miękkim dywanem. Omiótł pomieszczenie światłem latarki, żeby sprawdzić, czy nie ma tam zombi. Wzdłuż ścian stało kilka kanap, foteli oraz wysokich lamp. Środek był pusty, przypuszczalnie po to, by żałobnicy mogli się swobodnie poruszać. Z boku znajdowało się miejsce, gdzie zapewne umieszczano trumnę. Seth był w podobnej sali rok temu po śmierci dziadków Larsenów.

W pokoju znajdowało się kilkoro drzwi. Nad jednymi z nich, dwuskrzydłowymi, widniał napis „Kaplica”. Inne były nieoznaczone. Wejście do windy zasłaniała mosiężna bramka z tabliczką „Tylko dla pracowników”.

Seth ruszył w stronę windy, a pies poszedł za nim. Kiedy chłopiec popchną! bramkę na bok, złożyła się jak harmonijka. Wszedł do windy i zatrzasnął furtkę przed nosem zwierzaka. W ścianie znajdowały się staromodne czarne guziki. Kondygnacje oznaczono jako „P”, „1” i „2”. Seth wcisnął „P”.

Winda szarpnęła w dół. Tak bardzo stukotała, że chłopiec zaczął się zastanawiać, czy się nie urwie. Przez bramkę widział przesuwającą się ścianę szybu. Wreszcie zniknęła. Dźwig skrzypnął po raz ostatni i podróż gwałtownie dobiegła końca.

Seth nie otworzył barierki. Oświetlił latarką pomieszczenie, trzymając rękę na przyciskach. Jeszcze tego brakowało, żeby zombi osaczyły go w windzie.

Trafił chyba do sali, gdzie przygotowywano ciała. Wyglądała znacznie mniej elegancko niż salon piętro wyżej. Znajdował się tu stół roboczy, a także drugi — na kółkach. Stała na nim trumna. Było tu również wiele szafek oraz duży zlew. Seth uznał, że trumna musiała się ledwie zmieścić w windzie. Jedną ścianę sali zajmowała ogromna lodówka. Chłopiec usiłował nie rozmyślać nad jej zawartością.

Nie widział żadnych statuetek — przedstawiających ropuchy ani cokolwiek innego. Naprzeciwko windy znajdowały się drzwi z napisem „Zakaz wstępu”. Uznawszy, że sala jest wolna od zombi, Seth odsunął bramkę. Wyszedł z windy cały spięty, gotowy w każdej chwili wskoczyć do niej z powrotem.

W pomieszczeniu wciąż panowała cisza. Chłopiec przeszedł między stołem a trumną i spróbował otworzyć drzwi. Zamknięte. W gałce znajdowała się dziurka od klucza.

Drzwi nie wyglądały ani na zbyt mocne, ani na szczególnie liche. Otwierały się do wewnątrz kolejnego pomieszczenia. Seth kopnął w nie tuż obok gałki. Lekko zadrżały. Spróbował jeszcze kilkakrotnie, ale pomimo drgnięć chyba nie zamierzały ustąpić.

Może mógłby je staranować stołem z trumną, ale pewnie nie zdołałby się dostatecznie rozpędzić. Poza tym gdyby trumna spadła, narobiłby bałaganu — a do tego pewnie nie była pusta!

Z pomieszczenia prowadziły jeszcze jedne drzwi, tym razem bez tabliczki. Umieszczono je na tej samej ścianie co windę, więc Seth nie zauważył ich, dopóki nie wszedł do wnętrza. Okazały się niezamknięte. Za progiem znajdował się pusty korytarz. Wzdłuż jednej ściany biegł rząd drzwi, a na końcu znajdowało się otwarte wyjście.

Seth ostrożnie ruszył holem. Zrozumiał, że gdyby zombi zaszły go od tyłu, mógłby utknąć w piwnicy. Wobec tego uważnie nasłuchiwał. Duże pomieszczenie na końcu korytarza było niemal po sufit wypełnione kartonowymi pudłami. Chłopiec przebiegł wąskimi alejkami w poszukiwaniu statuetki. Znalazł tylko następne pudła.

Wrócił do holu. Otwierał kolejne drzwi. Jedne z nich prowadziły do łazienki. Za drugimi znajdował się magazyn pełen sprzętów do czyszczenia i najróżniejszych narzędzi. Pośród szczotek, mopów i młotków jego uwagę zwrócił jeden przedmiot: siekiera.

Zabrał ją i znów podszedł do drzwi oznaczonych zakazem wstępu. Koniec skradania. Jeśli szczęk wrót garażu oraz klekot windy jeszcze nie zaalarmowały zombi, teraz potwory na pewno się zorientują. Siekiera była dość ciężka, ale gdy Seth trochę się napiął, zdołał wziąć solidny zamach. Ostrze wbiło się w drewno około trzydziestu centymetrów od gałki. Wyszarpnął je i znów zaatakował drzwi. Po kilku dalszych próbach wyrąbał dostatecznie dużą dziurę, żeby wsunąć rękę. Zanim odłożył siekierę, wytarł trzonek koszulką na wypadek, gdyby wampiry potrafiły sprawdzać odciski palców.

Zaświecił latarką przez szczelinę w drzwiach. Nie zauważył żadnych wskrzeszonych trupów, ale jakieś zombi mogło stać z boku i czekać, aż ręka Setha pojawi się po drugiej stronie. Wsunął dłoń do otworu okolonego drzazgami z obawą, że lada chwila zacisną się na niej lepkie palce. Namacał gałkę po drugiej stronie, a potem otworzył drzwi. Oświetlił nowe pomieszczenie latarką. Było duże i miało kształt litery L, więc nie od razu objął całe wzrokiem. Zagracały je pogrzebowe rekwizyty: płyty nagrobne bez nazwisk, trumny ułożone poziomo i pionowo, sztalugi z kolorowymi wieńcami sztucznych kwiatów. Długie biurko z komputerem oraz fotelem na kółkach zasypywała sterta papierów. Obok stała wysoka szafa na akta.