Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Baśnie i legendy polskie - Opracowanie zbiorowe

Przeżyj niezapomnianą przygodę razem z bohaterami naszych książek. Wprowadzą Cię oni w świat dziecięcych fascynacji, gdzie marzenia się spełniają, a wszystko wokół zachwyca swoją niezwykłością. Dzięki najcenniejszym utworom literatury dziecięcej odnajdziesz krainę, z której nie będziesz chciał wychodzić... Książka ta obejmuje najważniejsze legendy, prezentuje najbardziej interesujące historie dotyczące mitycznej przeszłości Polski. Tylko tutaj znajdziesz ludowe baśnie opowiadające o śpiących rycerzach, królowej Bałtyku, diable Borucie, uśpionej pannie czy cudownym dębie.

Opinie o ebooku Baśnie i legendy polskie - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Baśnie i legendy polskie - Opracowanie zbiorowe

BAŚNIE i LEGENDY

POLSKIE

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Projekt graficzny serii:

Mariusz Pająk

Ilustracja na okładce:

Zbigniew Seweryn

Ilustracje:

Paweł Kołodziejski

Opracowanie graficzne:

Jolanta Szczurek

Joanna Czubrychowska

Redakcja:

Iwona Puchalska

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-159-9

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Kazimierz Władysław Wójcicki

Twardowski

Twardowski to był dobry szlachcic, bo po mieczu i kądzieli [Twardowski... szlachcic po mieczu i kądzieli – Twardowski był szlachcicem zarówno z linii męskiej (po ojcu – „po mieczu”), jak i żeńskiej (po matce – „po kądzieli”; kądziel – pęk lnu do przędzenia).]. Chciał mieć więcej rozumu, niż mają drudzy poczciwi ludzie, i znaleźć na śmierć lekarstwo, bo nie chciało mu się umrzeć. W starej księdze raz wyczytał, jak diabła przywołać można, o północnej przeto dobie cicho wychodzi z Krakowa, kędy leczył w całym mieście, i przybywszy na Podgórze zaczął biesa głośno wzywać. Stanął prędko zawezwany i zawarli ze sobą umowę. Na kolanach zaraz diabeł napisał długi cyrograf, który własną krwią Twardowski, wyciśniętą z serdecznego palca, podpisał.

Między warunkami był ten główny: że dopóty ni do ciała, ni do duszy czart żadnego prawa nie ma, dopóki Twardowskiego w Rzymie nie ułapi.

Na mocy tej to umowy diabłu, jako swemu słudze, rozkazał naprzód, by z całej Polski srebro zniósł w jedno miejsce i piaskiem dobrze przysypał. Wskazał mu Olkusz; posłuszny służka dopełnił rozkazu wydanego i z tego srebra powstała sławna kopalnia srebra w Olkuszu.

Drugą rzecz kazał: do Pieskowej Skały by przyniósł skałę wysoką, przewrócił na dół najcieńszym końcem, żeby tak wiecznie stała. Posłuszny giermek [giermek – tu: sługa, pachołek.], jako pan kazał, postawił skałę, co dotąd stoi i zwie się Skałą Sokolą.

Wszystko, co jeno zażądał żywnie, miał na swoje zawołanie; jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu bez skrzydeł, w daleką drogę siadał na koguta i prędzej bieżał niż konno; pływał po Wiśle ze swoją kochanką, wstecz wody bez wiosła i żagli, a jak szkło wziął do ręki, zapalał wioski na sto mil odległe.

Upodobawszy jedną pannę chciał się ożenić; ale panna chowała we flaszce robaka i pod tym warunkiem obiecała oddać temu rękę, kto zgadnie, co to za robak.

Twardowski, nie w ciemię bity, przebrał się w dziada łachmany i przyszedł do ładnej panny. Pyta go zaraz, ukazując z dala flaszkę:

Co to za zwierzę, robak czy wąż?Kto to odgadnie, będzie mój mąż.

A Twardowski odrzekł na to:

– To jest pszczółka, mościwa panno!

Zgadł w istocie i wnet się ożenił.

Pani Twardowska na Rynku Krakowa ulepiła z gliny domek, w nim przedawała garnki i misy. Twardowski za bogatego przebrany pana, przejeżdżając z licznym dworem, tłuc je zawsze czeladzi kazał. A kiedy żona ze złości wyklinała w pień, co żyje, on siedząc w pięknej kolasie śmiał się szczerze i wesoło.

Złota miał zawsze by piasku; bo co chciał, to diabeł znosił. Kiedy długo dokazuje, raz był zaszedł w bór ciemnisty bez narzędzi czarnoksięskich. Zaczął dumać zamyślony; nagle napada go diabeł i żąda, aby niezwłocznie udał się prosto do Rzymu.

Rozgniewany czarnoksiężnik mocą swojego zaklęcia zmusił biesa do ucieczki; zgrzytając kłami ze złości, wyrywa sosnę z korzeniami i tak silnie Twardowskiego uderza po nogach obu, że jedną zgruchotał całą. Od onej doby był kulawy i zwany powszechnie kuternogą.

W ostatku sprzykrzywszy sobie zły duch, czekając dość długo na duszę czarnoksiężnika, przybiera postać dworzana i jak biegłego lekarza zaprasza niby do swojego pana, że potrzebuje pomocy. Twardowski za posłańcem śpieszy do pobliskiej wioski nie wiedząc, że w niej się gospoda nazwała  Rzymem.

Skoro tylko próg przestąpił onego mieszkania, mnóstwo kruków, sów, puchaczy osiadło dach cały i wrzaskliwymi głosy napełniło powietrze. Twardowski od razu poznał, co go może tutaj spotkać, więc z kołyski dziecię małe, świeżo dopiero ochrzczone, porywa drżący na ręce, zaczyna piastować, gdy w własnej postaci wpada diabeł do izby.

Chociaż był pięknie ubrany – miał kapelusz trójgraniasty, frak niemiecki, z długą na brzuch kamizelką, spodnie krótkie i obcisłe, a trzewiki ze sprzączkami i wstążkami, wszyscy go poznali zaraz, bo wyglądały rogi spod kapelusza, pazury z trzewika i harcap [harcap – warkocz przy peruce, noszony przez mężczyzn w XVIII w.] z tyłu.

Już chciał porwać Twardowskiego, gdy spostrzegł wielką przeszkodę, bo małe dziecię na ręku, do którego nie miał prawa. Ale bies wnet znalazł sposób; przystąpił do czarnoksiężnika i rzecze:

– Jesteś dobry szlachcic: zatem  verbum nobile debet esse stabile [Verbum nobile debet esse stabile (łac.) – słowo szlacheckie winno być dotrzymane.]. Twardowski, widząc, że nie może złamać szlacheckiego słowa, złożył w kołyskę dziecię, a wraz ze swym towarzyszem wylecieli kominem.

Zawrzało stado radośnie sów, wron, kruków i puchaczy. Lecą wyżej, coraz wyżej. Twardowski nie stracił ducha; spojrzy na dół – widzi ziemię, a tak wysoko poleciał, że wsie widzi takie małe jak komary, miasta duże jakby muchy, a sam Kraków by dwa pająki razem.

Żal mu szczery serce ścisnął; tam zostawił wszystko drogie, co polubił i ukochał; a więc podleciawszy wyżej, gdzie ni sęp, ni orzeł Karpat skrzydłem wiatru nie poruszył, gdzie zaledwo okiem sięgnął, z zmordowanej piersi silnie dobędzie ostatku głosu i zanuci pieśń pobożną.

Była to jedna z kantyczek [kantyczka – pieśń nabożna.], które dawniej w swej młodości, kiedy nie znał żadnych czarów, duszę jeszcze miał niewinną, ułożył na cześć Marii i śpiewał zawsze codziennie.

Głos jego niknie w powietrzu, choć śpiewa z serca serdecznie, ale pasterze górale, co pod nim na górach paśli, zdziwieni podnieśli głowy, chcąc wiedzieć, skąd pieśń nabożna słowa im z chmurą przynosi. Głos jego bowiem nie poszedł w górę, ale przyległ do tej ziemi, by zbudował ludzkie dusze.

Skończył pieśń całą, zdziwiony wielce patrzy, że w górę nie leci wyżej, że zawisł w miejscu. Spojrzy dokoła – już towarzysza nie widzi swojej podróży; głos jeno mocny nad sobą słyszy, co zagrzmiał w sinawej chmurze:

– Zostaniesz do dnia sądnego, zawieszony tak jak teraz!

Jak zawisł w miejscu, dotychczas buja, a choć mu słowa w ustach zamarły, choć głosu jego nikt nie dosłyszy, starcy, co dawne pamiętają czasy, gdy miesiąc w pełni zabłyśnie, przed niewielu jeszcze laty wskazywali czarną plamkę jako ciało Twardowskiego, zawieszone do dnia sądu.

Jan Kasprowicz

O śpiących rycerzach w Tatrach

Przewędrowałem w życiu wiele świata, góry widziałem niebotyczne, pokryte nie tającymi nigdy lodami, widywałem rzeki tak szerokie, że trzeba całej niemal godziny, aby łodzią przepłynąć z jednego brzegu na drugi, siadywałem po dolinach tak cudnych, że ziemia wydawała mi się rajem, patrzyłem na tęcze, które tworzą się w rozbitej na drobne pyły fali ogromnych wodospadów, a przecież tęsknota moja nigdzie nie znajdowała takiego ukojenia jak w naszych Tatrach.

Urok posiadają niewypowiedziany te nagie, granitowe szczyty, te ciemne lasy świerkowe, od wieków ludzką nie tknięte siekierą, te kępy kosodrzewiny, rosnące na zielonych upłazach [upłaz – porosła trawą pochyłość góry.], te szumne, głośne siklawice, czyli potoki, po stromych spadające głazach, te turnie [turnie – strome szczyty skaliste.] , w przedziwne poszarpane kształty, te bujne trawy, te stada pasące się latem po halach, ci bacowie i juhasi, to jest pasterze i pastuszkowie, strzegący owiec po murawach lub pod wieczór spędzający je do ogrodzisk.

Słońce tu świeci promieniściej, wichry szaleją potężniej, mgły przelewają się kłębami tak potwornymi, że zda się nieraz, jakoby chciały te wszystkie góry naokoło przygnieść, zmiażdżyć wilgotnym ciężarem.

A przy tym pełno tu jest opowieści, których człowiek rad by słuchał bez końca, tak są piękne i tak głęboką myśl nieraz ukrywają w sobie.

Zapewne nie ja sam, lecz także wielu innych wędrowców po górach lubi najbardziej Dolinę Kościeliską. Przed laty zawitawszy do niej po raz pierwszy, stanąłem na moście, rzuconym przez potok, i przyglądałem się rycerzowi wykutemu w szarej skale. W szyszaku na głowie, ze skrzydłami u ramion, z mieczem w ręku, pochylił się ten kamienny bohater i śpi.

Zadumawszy się nad tą postacią, anim spostrzegł, kiedy za mną stanął długowłosy, osiwiały góral i rzekł:

– Przypatrujecie się, panie, tej postaci, a pewno nie wiecie, co oznacza. Wykuli ją tu na pamiątkę, że w tych skaliskach, w wielkiej by kościół pieczarze, uśpione leży wojsko. Podobnoś polskie, a przywędrowało tu od Krakowa czy gdzieś od Poznania i Gniezna. Przewodził mu król znamienity, przesławny; od naszych dziadów i pradziadów mamy wieści, że nazywał się Chrobry. Za naszej pamięci nikt tego wojska tu nie ujrzał, bośmy jeszcze niegodni, lecz przed wiekami był tu we wsi Kościeliskach czy też w Zakopanem mały chłopaczek, który na lato wyganiał stado ojcowskie do tej doliny na pastwisko. Owce szczypały sobie trawę, pilnował ich biały, piękny pies owczarski, a chłopiec, że był zręczny i niesłaby, wspinał się po tych skałach, zrywał szarotki i dzwonki, czasem i korzeń goryczkowy, dobry na leki, spod ziemi wygrzebał, przeróżne też napotykał jaskinie, do których przed nim nikt jeszcze nie dotarł.

Pewnego razu zabłąkał się w ustroń nieznaną, niedostępną, w strasznie czarne urwiska, oślizłe od wody śniegowej, strzelające ku niebu spośród gęstwi kosodrzewiny, siwych świerków, drobnych żwirów i takich złomów kamienistych, że i sto koni nie ruszyłoby ich z miejsca. Rozejrzał się naokoło. Wszędy pustosz; ani śladu ścieżynki, którą przed chwilą przebył. Z początku przeraził się, ale po chwili pomyślał: „Kiedym tu doszedł, to i wrócę, jak nie tą, to inną drogą”.

I aby dodać sobie odwagi, a może i z uciechy, że z tej wyżyny ujrzał całą dolinę, wartkim przeciętą potokiem, a poza nią wszerz i wzdłuż wszystkie niemal szczyty, jakie są w Tatrach, huknął na góry, na lasy, huknął raz i drugi. Odezwało mu się echo. Huknął po raz trzeci i skamieniał. Zdało mu się, że słyszy organy, które jakby grały wewnątrz turni. Bywał nieraz w kościele w niedalekim Chochołowie albo i w Czarnym Dunajcu – w Zakopanem świątynia Boża wówczas jeszcze nie istniała – ale równie potężnej muzyki nigdy jeszcze nie zasłyszał. Mury rozwaliłyby się od takiego głosu; chyba na dziesięciu albo na stu zagrano mu organach.

W tej samej chwili rozstąpiły się głaźne ściany, z przeraźliwym rozwarły się trzaskiem i łomotem i przed oczami pastuszka niewidziane wyrosło zjawisko: olbrzym cały zakuty w zbroję, z szyszakiem na głowie, ze skrzydłami u ramion, z ogromnym, prostym, szerokim mieczem w dłoni. Stanął ten rycerz w słońcu, jak w złocie, i zawołał:

„Kto ośmiela się budzić nas ze snu wiekowego? Czy nadszedł już czas?”

Ale chłopiec, oniemiały z przerażenia, odpowiedzi żadnej dać nie mógł, bo też i pytania tego jeszcze nie rozumiał. Rycerz zaś, spostrzegłszy jego przestrach, powiada:

„Nie lękaj się, nic złego ci nie uczynię, bom nie zbójnik, tylko wojownik, który krew przelewał za ojczyznę, a potem razem z towarzyszami przyszedł w te skały na sen wiekowy, aby się zbudzić do życia, gdy ludzie staną się tak dobrzy jak ty – bo widzę, żeś jest dobry – gdy nabiorą takiej wiary i mądrości, że już nie będą mogli znieść jarzma, co ich gniecie. A gdy do tego dojdzie, wówczas zjawi się taki drugi chłopaczek jak ty, wybrany z tysiąca albo miliona, bo musi być najgodniejszy, zapuka do bramy złocistej i wielkim zawoła głosem:

»Wstańcie, rycerze, ze snu wiekowego, wstańcie i spłyńcie w doliny pomiędzy ludzi, którzy stali się już dobrzy i mądrzy i wielką mają wiarę, a pod panowaniem złego żadnym sposobem żyć już nie chcą dłużej! Wstańcie, rycerze skrzydlaci, podobni do aniołów z nieba!«

My to usłyszymy i uwierzymy, gdyż skłamać – on nie skłamie! Rumaki nasze zeprzemy ostrogami i z dobytym mieczem w dłoni popędzimy w świat jak wicher, jak burza.

Zerwie się naokoło szum ogromny. Świerki jak rżysko łamać się będą pod kopytami naszych wierzchowców; wielkie głazy polecą ze szczytów jak drobne kamyki. Potoki i jeziora podniosą się ze swych łożysk i lejów, mgły się zakłębią tak, że świata spod nich widać nie będzie. Całe niebo i ziemia zatrzęsie się od grzmotów; błyskawice krzyżować się będą jak miecze ongi zastępów niebieskich, co walczyły z szatanami, pioruny walić będą bez ustanku, przestrach pójdzie po wszystkim, co żyje, lecz potem nastanie spokój. Gromy ucichną, potoki i jeziora ułożą się w błękity, mgły w srebrną przemienią się rosę, błyszczącą na trawach i kwiatach, i iglicach drzew świerkowych, złote na niebie zajaśnieje słońce, a ludzie, zbawieni z niewoli, pieśni radosne zaśpiewają i dziękować będą niebiosom za cudowne zwycięstwo”.

Tak mówił rycerz. A pastuszek słuchał tego jakby dziwa: upadł przed nim na kolana i rzecze:

„Udam się między ludzi, pójdę choćby na krańce świata i obwieszczę im, com słyszał. A chciałbym też zdobyć taką wiarę i taką mądrość, iżbym ich mógł tej wielkiej wiary i tej wielkiej mądrości potrzebnej do wyzwolenia nauczyć”.

Podniósł go wojownik z ziemi i rzekł:

„Dostąpisz jeszcze tej łaski, że zobaczysz nas wszystkich razem, abyś do ludzi, braci swojej, zawołał: »Wierzcie mi, bracia moi, bom zbrojnych mężów tych na własne widział oczy«”.

I z tymi słowy powiódł go do jaskini napełnionej światłością. A jaskinia była tak rozległa, że kilka godzin nie wystarczy, aby ją przejść, stokroć obszerniejsza niż ona grota w Kobylim Wierchu na Spiżu, pod Białą. Ściany powyżłabiane w najdziwniejsze kształty, ni to kwiaty, ni to drzewa, ni to ściekające fale, ni to figury przecudne. Z góry zwieszały się jakby w kamień obrócone złotogłowia, co to ich pełno rośnie w Tatrach, albo paprocie przeróżne i inne zioła; z ziemi wyrastały żółtawe, przejrzyste niby alabaster [alabaster – kamień o białej barwie.], głaźne pnie jakby jakichś świerków odartych z gałęzi, a tak dźwięczące, że kiedy rycerz, co wędrował z pastuszkiem, dotknął się ich przypadkowo, to po całej jaskini rozległo się najgłośniejsze brzmienie organów.

Przebyli kilka krużganków, natrafili na kaplice, na ołtarze ze złocistego głazu, na skamieniałe wodotryski, na błękitne jeziora i stawy, a w niektórych miejscach jakby na nagrobki rozrzucone po cmentarzysku, aż wreszcie wkroczyli do sali tak wielkiej, że jej okiem nie wymierzysz.

I tutaj ów pastuszek, już ośmielony, ujrzał przed sobą obraz, jakiego ani przedtem, ani potem nigdy w życiu nie oglądał. Nieprzeliczone rzędy rycerzy w hełmach i zbrojach pozłocistych, ze skrzydłami u ramion, z szerokimi mieczami w ręku, na pięknych siedziały rumakach, przyodzianych kosztownymi kobiercami i skórami z lampartów, lwów i tygrysów. Na łbach konie te miały pęki białych piór, a podkowy ze złota.

Na widok rycerza-wartownika przeszło drżenie po szeregach, konie zaparskały, a ona zbrojna husaria poprawiła się na siodłach wysadzanych turkusami, nie odezwał się jednak żaden głos, tylko wszyscy, z wodzem królewskim na czele, pytające w przybyłych wlepili spojrzenie. A gdy rycerz krótkie rzucił hasło: „Jeszcze nie!”, od razu bojowe hufy te skamieniały: przytulone do karków końskich na nowo zasnęły i śpią tak od wieków.

Zasię z chłopaczkiem stało się tak:

Rycerz, nim zasnął, kazał mu tą samą drogą wrócić na świat. „Nigdy już tutaj – powiedział – nie będziesz, miejsca tego nie szukaj, bo go nie znajdziesz.”

Z trzaskiem zawarła się za pastuszkiem złocista brama, zapadła się od razu w ziemię, skały się spoiły, owinięte kosodrzewiną i świerkami, i błyszczały na nich dalej szarotki i dzwonki.

Zeszedłszy ku stadu, które pasło się, strzeżone przez pięknego białego psa owczarka, pastuszek przemyśliwał nad tym, co widział i słyszał, i naprzód wiadomość o wszystkim dał ojcu, że musi iść pomiędzy ludzi i uczyć ich wielkiej wiary i wielkiej mądrości, aby wszystko spełniło się, tak jak mu rycerz o tej świętej godzinie wyzwolenia wyprorokował. A ten, ponieważ dobry człowiek był, powiada: „Snadź jesteś w łaskach u Boga, boś na własne oczy oglądał i na własne uszy posłyszał, co my tylko ze starodawnej znamy opowieści. Ale jakże ty ludzi będziesz uczył wielkiej wiary i wielkiej mądrości, kiedyś sam tego nieświadomy? Do szkół pójdziesz, oświecenia nabierzesz, a potem głosić będziesz tę cudną prawdę”.

I tak było.

Pastuszek wyrósł na mędrca, a że dla siebie nic nie pragnął, jeno chciał żyć dla drugich, udał się w świat, w miasta i wioski, i naprawiał ludzi. Siły jednak za mało posiadał, a życie za krótkie, iżby wszystkiego dokonał. Poszły za nim tysiące i pójdą jeszcze tysiące, ale póki wszyscy do ostatniego człowieka nie przejmą się jego nauką, nie spełni się proroctwo o śpiącym wojsku. Myśmy dotąd jeszcze niegodni; nie wiemy na pewno, w której skale cud ten się mieści, lecz mamy nadzieję i ufność, że już niedługo mądrość i wiara w wyzwolenie po świecie się rozkrzewi i że wtedy natchnie Bóg takiego chłopaczka jak tamten, że chłopaczek ten znajdzie ową jaskinię, do bramy złocistej zapuka i będzie mógł śpiącym rycerzom słowo powiedzieć niekłamliwie:

„Już czas!”

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

O Panu Jezusie i zbójnikach

Szedł raz Pan Jezus ze świętym Piotrem przez las i spotkali ich zbójnicy. To było gdzieś w górach na Liptowie czy gdzieś indziej.

– Niech będzie pochwalony – powiada Pan Jezus i ukłonił się kapeluszem.

– Niechże będzie na wieki wieków. Amen – powiada harnaś zbójecki, herszt.

– Dokąd idziecie?

Chciał Pan Jezus coś rzec, ale mu święty Piotr nie dał, tylko prędko mówi:

– Po prośbie.

Że to niby po prośbie, wiecie, szli. 

A to dlatego, bo widział torby, a łakomy był, jako to z biednego stanu, choć i święty.

Przypatrzył się obu harnaś dobrze i powiada:

– Pójdźcie z nami.

I obrócił się do swoich towarzyszy i mówi:

– Ten stary będzie dobry torbę nosić i drwa rąbać, a ten młody ogień kłaść i posługiwać koło jadła.

I pyta się:

– Idziecie?

Skrobnął się święty Piotr za uchem, bo poznał, że to zbójnicy, broń mieli, flinty, ciupagi, nie rzecz [nie rzecz – niesłusznie.] mu się wydawało, jako świętemu, ze zbójnikami chodzić, a jeszcze z Panem Jezusem wraz. Ale się tam za dużo za uchem nie skrobał, bo się bał, i patrzy na Pana Jezusa: co będzie?

A Pan Jezus kiwnął głową i powiada:

– Dobrze.

Strasznie się to dziwne świętemu Piotrowi zdało, ale się sprzeciwić nie śmiał. Jedno się zbójników bał, drugie Pana Jezusa słuchać musiał.

Zaraz mu torbę na plecy przypięli, a Pan Jezus tylko sakwę z chlebem dostał. Mało mieli jeść, bo z daleka szli. 

Idą.

Uszli kęs drogi, gorąco piekło, polegali zbójnikowie w cieniu i pospali się.

Mówi święty Piotr do Pana Jezusa:

– Uciekajmy, bo jeszcze do kłopotu przy nich przyjdziemy!

Ale Pan Jezus kiwnął głową, że nie. 

Kiedy się zbójnicy pobudzili, idą dalej. A było tych zbójników trzech.

Ku wieczorowi poczęło brakować jedzenia. Bo tam i Pan Jezus co nieco zjadł, a święty Piotr sobie nie żałował. Jeść się wszystkim chciało, że aż marli od głodu idący.

A tu patrzą – leży pod drzewem stary człowiek.

– Cóż ci to? – pyta się harnaś.

– Głodny jestem – powiada ten stary.

I ten zbójnik dał mu swój kawałek chleba ostatni, co go jeszcze schowany miał.

Idą dalej, przez pola, począł bić grad z lodem, a zimno przyszło takie, że strach!

Patrzą: dziecko małe w polu płacze.

– O cóż płaczesz? – pyta się drugi zbójnik.

– Zimno mi. 

I ten drugi zbójnik zdjął ze siebie kożuch i odział to dziecko i w koszuli tylko został, aż go trzęsło.

Idą znowu dalej, patrzą: dom gore. Dzieci płaczą, wołają: „Mamo! Mamo!”

I trzeci z tych zbójników skoczył w ogień i wyniósł dzieciom matkę spośród płomienia, aż włosy osmędził.

Poszli dalej i zaszli do jednej karczmy przenocować. A tam ich karczmarka poznała i posłała odkaz [odkaz – zawiadomienie.] do wójta. Przyleciał wójt z przysiężnymi i z ludźmi i tych zbójników powiązali. A z nimi i Pana Jezusa ze świętym Piotrem.

Wyprowadzili ich z karczmy, zawiedli ku spichlerzowi gromadzkiemu i tam ich zawarli.

Święty Piotr wziął płakać i mówi po cichu do Pana Jezusa:

– No, nie mówiłem Ci, Panie Jezu, że jeszcze przy tych huncwotach do kłopotu przyjdziemy? No to my już w nim. Cóż teraz będzie?

A Pan Jezus nie mówi nic, tylko palcem po ziemi pisał. Na drugi dzień rano wójt i przysiężni tych zbójników i Pana Jezusa ze świętym Piotrem do miasta na wozie zawieźli. Do sądu.

Obstąpili ich żandarmi w sądzie, hajducy węgierscy, i powiedli do sądowej sali, a tam za stołem siedzieli sędziowie.

Było ich tak samo, jak i tych zbójników, trzech.

– Wyście kradli? – pyta się najstarszy sędzia.

– My

– Wyście podpalali?

– My.

– Wyście zabijali?

– My.

A o Pana Jezusa i świętego Piotra się nie pytał, bo ci zbójnicy zaraz powiedzieli, że ich tylko po drodze ze sobą wzięli i że musieli z nimi iść chcąc nie chcąc.

– Co im sądzić? – pyta się najstarszy sędzia sędziego po prawej ręce.

A ten niewiele myśląc powiada:

– Śmierć.

– Co im sądzić? – pyta się najstarszy sędzia sędziego po lewej ręce.

– Śmierć.

– Wy trzej będziecie wisieć – powiada najstarszy sędzia do zbójników – a wy dwaj możecie iść do domu – obrócił się do Pana Jezusa i świętego Piotra.

Święty Piotr się zaraz z ławy porwał, iść gotowy, ale Pan Jezus się schylił i po podłodze palcem pisał.

– Cóż piszesz? – spytał się Go główny sędzia. A oni nie poznali nic, że to Pan Jezus, ani ci sędziowie, ani nikt inny.

– Piszę wasz wyrok – powiada Pan Jezus.

– Jakoż to nasz wyrok sędziowski po kurzu po podłodze palcem piszesz?!

A Pan Jezus dźwignął głowę i rzekł:

– Coś wczoraj wieczór zrobił?

Zbladł ten sędzia, aż zbielał na twarzy; a Pan Jezus powiada:

– Głodnegoś kijem od drzwi twoich odegnał.

Pojrzeli na niego dwaj koledzy i wszyscy w izbie, a Pan Jezus się do tego po prawej ręce odzywa:

– Coś wczoraj wieczór zrobił?

Zbladł ten sędzia, aż zbielał na twarzy, a Pan Jezus powiada:

– Dzieckoś małe bił, aż krwią opłynęło.

Pojrzał na niego jego kolega i wszyscy w izbie, a Pan Jezus obrócił się do tego po lewej ręce i mówi:

– Coś wczoraj wieczór zrobił?

Zbladł ten sędzia, aż zbielał na twarzy, a Pan Jezus powiada:

– Matkęś własną z domu wygnał.

Pojrzeli na niego wszyscy w izbie.

I stało się cicho w izbie sądowej, że aż muchy brzęczenie było słychać

A Pan Jezus wtedy stanął na nogi i obrócił się ku świętemu Piotrowi i powiada:

– Pójdźmy stąd.

I światło mu ponad głową zagorzało, a ci zbójnicy pierwsi Go poznali, że jest Pan Jezus, i padli na kolana wołając:

– Panie Jezu, Ojcze świata, pobłogosław nas!

I Pan Jezus krzyż nad nimi uczynił, a oni się zamienili w trzy drzewa jabłonne.

Potem zaraz z świętym Piotrem zniknął.

I zrozumieli ludzie; że tu Bóg był, i zburzyli ten sądowy dom, aby w nim nikt już więcej po Panu Jezusie nie sądził, a przed jabłonnymi drzewami postawili krzyż i on do dziś tam stoi.

A tych trzech sędziów wygnali z miasta.

Tak bywało dawniej – ale teraz ani zbójników nie masz, ani Pan Jezus po świecie nie chodzi.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

O Zwyrtale Muzykancie

Zmarł stary Zwyrtała i dusza jego wybrała się do nieba, z bausami [bausy – wąsy lub bokobrody.] na gębie i ze skrzypcami pod pazuchą.

Patrzy: zamknione.

Myśli se: „Burzył na dźwierzak [burzyć na dźwierzak – łomotać do drzwi.] nie bees, bo śpiom.” Siadł na słupek pod bramą, siedzi, ale mu się ukotwiło wnet, wyjął skrzypce spod pazuchy, przycisnął zębami kołki, brząknął na strunach, wsparł skrzypce pod lewe ramię, pociągnął smyczkiem. Zrazu cichutko, bo się bał obudzić, ale się zagrał, przycisnął mocniej. A jak sobie przygrał, wspomniał sobie babę, co ostała na ziemi, a jak sobie babę wspomniał, zaraz zaśpiewał:

Bodaj sie świenciła kawalerska strona! Kany sie obeźrem, wsędyl moja zona!...

[kany – gdzie; wsędyl – wszędzie.]

Jak zaśpiewał, a głośno, usłyszał zza bramy:

– Któż tam?

„Świenty Pieter” – pomyślał Zwyrtała, ale odpowiedział śmiało, bo za cysarki, za Tereski [za cysarki, za Tereski – za panowania cesarzowej austriackiej Marii Teresy (l760- -l780), która w pierwszym rozbiorze (l772) zagarnęła południową Małopolskę.] rajtary [rajtar – ciężkozbrojny żołnierz konny.] go do kilysjeruk [do kilysjeruk – do kirasjerów, ciężkozbrojnej jazdy] zabrały i dwenast rók [dwenast rók – dwanaście lat.] hań słuzeł:

– Jo!

– Jaki „jo”?

– Zwyrtała.

– Czego się drzesz?

– Nie drem sie nijako, jinok śpiewał.

– Bodaj cię diab... – (urwało się) – z takim śpiewaniem! A coś tak późno przyszedł?

– Jedzek to cosi unieskorzeł [unieskorzyć – spóźnić się.] alejek dopiero pod odwieczerz umar.

– Pod wieczór?! Toś dopiero w pół drogi powinien być!

– He, świenty Pietrze, jo wartki, górol.

– A skądżeś ty?

– Z gór.

– Od Nowego Targu?

– Haj.

– A z jakiej wsi?

– E, hoć wom powiem, to i tak nie beecie wiedzieć. Cy to hań znocie?

– Ja wszystko znam. Skądeś?

– Z Muru.

– Jako cię to piszą?

– Galica Maciek.

– A jak cię wołają?

– Zwyrtała.

– A do was się jak nazywa? [A do was się jak nazywa? – Jak się na was woła?]

– Do Sęcka.

– No, to siedźże tam, Sęcku, nim się zrobi dzień. A nie trza hałasić!

– Nie bedem. Miejcie dobrom noc!

– No, no! A cicho!

Usiedział chwilę cichutko Maciek Zwyrtała, ale ku raniu trochę ziąb brał, choć to było w samo lato, znowu przybrząknął na skrzypcach.

A tu jakaś główka jedna, druga, trzecia, znad bramy.

Aniołki.

– Isz, isz – powiada jeden – jak to ładnie gra!

Jak to Zwyrtała usłyszał, jak puści po strunach smyk, jak zabrzęczy na wszystkich czterech naraz marsia:

Hej Madziar pije, hej Madziar płaci!...

– Ach, jak ślicznie! Jak pięknie! – zawołały aniołki. – Co to za muzyka taka?

– Jo ze zbójeckiego.

– Ach, ze zbójeckiego, ze zbójeckiego! – zaczęły wołać aniołki i klaskać w rączki. – Ach! Jak to ślicznie!

Wtem klucz zazgrzypiał w zamku, brama się otwarła; klucznik niebieski, święty Piotr, w niej stanął.

– Zwyrtała!

– Haw!

– Pójdź!

– Do nieba nie trza pytać!

Ale się w mig rozniosło po niebie, że przyszedł góral, co gra. I doniosło się do samego Pana Boga, co rano wstawszy, przed gankiem siedział i fajkę palił. Nie robił nic, bo to była niedziela.

I jeszcze Zwyrtały nie zakwaterowali, przyszedł anioł, ale już nie taki mały w białej koszulce z białymi skrzydełkami, tylko duży w zbroi srebrnej i z mieczem z płomienia u boku, a skrzydła miał tęczowe, i powiada:

– Zwyrtała!

– Haw!

– Prawda to, że ty umiesz grać?

– Prowda.

– Zbójeckiego?

– Haj.

– Zagrałbyś?

– Ze cemuzbyk ni mioł zagrać? Przed kim?

– Przed Panem Bogiem.

Skrobnął się Zwyrtała za uchem. Ale tylko raz. Galica był, a Galice wse chłopy były śmiałe.

– Zagrom.

– No, to pojdze! – powiada anioł z góralska.

– Przepytujem tyz bars pięknie, cy tys beli może kie w holak [w holak – na halach (w Tatrach).]– zapytał się Zwyrtała grzecznie.

Uśmiechnął się anioł.

– Byłem – powiada.

– Zje kie? [Zje kie – kiedy?] Ale prosem przebocyć, co jek telo śmiały.

– Jak się Polacy z Tatarami bili w Kościeliskach [Jak się Polacy z Tatarami bili w Kościeliskach – według podania miejscowego, zapisanego przez Goszczyńskiego, Polacy mieli walczyć z Tatarami w Dolinie Kościeliskiej w r. 1241, podczas pierwszego najazdu tatarskiego na ziemie polskie. Jednak historia nie potwierdziła tego podania – w r. 1241 Tatarzy nie zapuszczali się w Tatry i wówczas żadnej bitwy z nimi tam nie było.], do pomocy.

Z niedowierzaniem spojrzał Zwyrtała na anioła; młody był – na dwadzieścia lat najwięcej.

Roześmiał się anioł, dorozumiał się, o co chodzi.

– Tu się w niebie nie starze – mówi.

Zawstydził się Zwyrtała i odpowiada:

– Nieg sie nie cudujom. Kazbyś ta sytkiemu noroz w niebie zrozumiał? Na ziemi nie rozumies, a nie dopiero tu!

– No, chodź – rzekł mu anioł i poszedł naprzód.

Idzie ulicą szeroką (ka ta Ludźmirskiej w mieście ku niej! nic nie stoi!), po obu stronach domy srebrne, ka świenci siadajom, aż przyszli przed złoty dom, a przed domem na ganku Pan Bóg. Fajkę pokurzuje.

Pokłonił się Zwyrtała pięknie, kiwnął mu Pan Bóg głową.

A dokoła aniołowie mali, duzi, archaniołowie w złotych zbrojach, święci, święte i ci inni, co w niebie są, chłopy, baby, a bab ćma! Zleciało się to ze syćkik stron na muzykę! Cudecki robiły, tak się jedna przez drugą pchała, te dusze.

– No – ozwał się Pan Bóg – Zwyrtała, graj!

A Zwyrtała znowu się pokłonił Panu Bogu i powiada:

– Kłaniom się najpukorni Ig Miłości Wielkomoznemu Wszechmogącemu Panu, a cy tys nie wiedzom, ni ma tu jakik Podhalańców młodyk w tem niebie?

– Po co?

– Bo kie zatońcy, to się lepsi gro.

Roześmiał się Pan Bóg, dał znak aniołom. Polecieli dwa, ale wrócili z niczym.

– Jest paru, ale starych – melduje jeden.

– To na nic – powiada Zwyrtała. – Kaby ci ta stary tońceł! A kaz som jest ci młodzi? Bo ta przecie i młodemu sie trefi, co umre. 

A święty Jerzy powiada:

– W czyścu by ich szukać potrzeba.

– Ej, wiera [wiera – zaiste, naprawdę.]! Terozeście wej [wej – oto.], panosku, dobrze pedzieli! W cyjscu! – powiada Zwyrtała. – Hań [hań – tam.] bedom! Bedzie kerdel [kerdel – stado.]! Jedyć wiem: Marduła Jasiek, ten, co go zabieł Brzęk spod Łysyńca, przi Howańcowej Brońci, hań; beł złodziej. Matejów Franek hań – obwiesili go w Mikułasie – cysto pieknie śtyry karcymy na Luptowie zrabował i pozpodpalował, cy ten pote nie bedzie w piekle? Majercyk Pietrzków, co go wóz z rudom na Skupniowym Upłazie prziwaleł, straśnie sie rad bijał – e, kieby ten haw prziseł! Nie było nadeń tonecnika na sto wsi dookoła!

Ale Pan Bóg skinął ręką.

– Graj.

– Jakom?

– Zbójeckiego.

– Jak zbójeckiego, to zbójeckiego.

Przykręcił Zwyrtała kołki zębami, dostroił, pociągnął smyczkiem, do ostatka wygrał od:

Hej Janicku, serdecko,

kaześ podział piórecko,

cok ci dała?

A jo jehoł do wojny,

upadło mi do wody,

duso moja! –

przez

Hej baca nas, baca nas,

dobrych hłopców na zbój mas! –

[baca – zwierzchnik pasterzy, czyli juhasów na polanie (hali).]

aż do

bo hań hamernicy tańcujom! –

[hamernik – hutnik.]

wygrał syćko do imentu [do imentu – do końca, zupełnie.].

Pokiwał Pan Bóg głową, zwidziało się [zwidziało się – podobało się.] Mu, dopiero święci aniołowie, zbawieni za Nim, e tak wom powiem, to sie juz dość nakwalić nie mogli tego Zwyrtałowego grania! A on straśnie rad był, jaze mu się bausy ziżyły [ziżyły – zjeżyły, nastroszyły.].

Hej, ale co! Pan Bóg poszedł do swojego pomieszkania, a tu dopiero święci, święte, janiołowie Zwyrtale pytać [pytać – prosić.]:

– Graj! graj! A śpiewać umiesz?

A Zwyrtała nie odpowiedział, tylko zaraz na miętusiańskom nutę:

Kie jo se zaśpiwom napośród polany,

teloz by zagrały w kościele organy!... –

a wszyscy na to:

– Ach! Jak ślicznie! Ach! Jak pięknie!...

Tak. Zwyrtała gra, śpiewa i co się nie robi! Idzie święty Józef, Panjezusów ociec, bez niebo, a tu słyszy duszę śpiewającą, jakom si dziewecką duse:

Dopiro mi beło dwanaście miesięcy,

już hodzili ku mnie hlopcy śpiwajęcy! –

Słucha święty Józef, jeszcze się nie nasłuchał, a tu z drugiej strony jakasi męska dusza, basem:

Kiebyś ty, dziewcyno, nie była rodzina,

jo by tego zabił, kogoś byś lubiła!

Jeszcze się święty Józef nie osatał [osatać się – zorientować się, oprzytomnieć.], co to, a tu, poznał, z trzeciej strony anielskim tenorem, ale to tak z góry, na moc, jaze hucało po niebie:

Pobij, Boze, pobij, tego owcaricka,

co jego owiecki idom do wirsycka!

Złapał się święty Józef za głowę!

– Kiz to sto dziadów?! – pada. – Je coz to takiego?!

Leci ku świętemu Piotrowi, a tu, w tym miejscu, gdzie się dusze zbawione anielskich pieśni uczyć mają, nie archanioł Gabriel pośrodku ze złotą pałeczką i trąbką stoi, tylko Zwyrtała na krześle siedzi i gra, a koło niego dusze męskie, żeńskie, aniołowie już dość zdatnie chórem:

Podźmy jus du domu – nocka ciemna,

oby nom nie była nadaremna,

węgierska ślachta – piniązki mo,

my śwarne hłopoki, to nom ik do!...

– Chryste Jezu Panie! – krzyknął święty Józef i do świętego Piotra jeszcze warcej [warcej – szybciej.] się poniósł: – Co się to robi?

Przychodzi w te razy archanioł Gabriel i powiada, że nie chce nikt w niebie inaczej śpiewać, tylko po góralsku. Nawet święta Cecylia [święta Cecylia – patronka śpiewu i muzyki.].

– Zwyrtała ich uczy – powiada – cud się robi! Nowych pieśni się mieli nauczyć, jutro święto Matki Boskiej Zielnej, nie umie nikt nic! Przyszła noc, słuchają: stąd i stąd idą góralskie nuty, całe niebo jaz giełcy [gielcyć – rozlegać się.].

Na rano powiada święty Pieter do archanioła Gabriela:

– Tak nie może być. Nie zawołałby pan tego Zwyrtały?

– A dobrze.

Idzie Zwyrtała, gęśle [gęśle – skrzypce góralskie wyżłobione w jednym kawałku drzewa.] pod pachą: pokłonił się.

– Zwyrtała! – powiada święty Piotr. – Nie poszedłbyś ty gdzie indziej?

– Z haw stela? [Z haw stela? – stąd?]

– Tak.

– Z nieba?

– Aha!

– Ze ka? [Ze ka? – ale dokąd?]

– Ka? – powtórzył święty Piotr. – Toteż to... – I zamyślił się.

– A bez co tak? – pyta się Zwyrtała. – Dej [Dej – przecież.] mie haw po śmierzci posłali.

– Toteż to właśnie...

– Nie krodek, nie zabijał, nie bieł sie.

– Wiem, wiem!

– No to co?

– Ale wszyscy w niebie po góralsku śpiewają, odkądeś ty tu!

– E! To to to?

– Zwyrtała! – powiada święty Piotr (zatrzymał się). – Hm – z nieba, no to gdzie?

A Zwyrtała pomilczał trochę, skrobnął się za uchem i mówi:

– E, prosem Ig Miłości, o to niek Ig głowa nie boli! Na mnie to ta hojco przistanie [Na mnie to ta hojco przistanie – mnie cokolwiek wystarczy.]! Idem!

– Dokąd?

– Je skondek prziseł.

– Na ziemię?

– Ze ba haj [Ze ba haj – ależ tak.].

– Ja cię myślałem na jaką gwiazdę dać...

– Nie pytom! Nijakik gwiazdów nie trza sukać! Idem hań, dołu.

– Z nieba?

– E, moji ślicni piekni, jo i tam niebo nojdem! Beem se hodzieł po lasak, po dolinak grajęcy. Beem strzóg, coby starodawne nuty nie wymarły. Siednie hłopok z gęślami przi owcak – zagrom mu cichućko za turnie [za turnie – za turnią, za skalistym szczytem.]. Zaśpiewo dziewce za krowami w upłazie – pomogem jej. Pudom starzy gazdowie w las, drzewo ścinać, zabrzęcem im za usami, jako ojcowie grawali.

A nie bedzie nikogo, to bedzie woda po potokak, bedom stawy zamarźnione, ka wiater gwizdo lodami, bedzie las, mnie sie hań nie ukotwi ani za niebe nie zacnie [mnie sie... nie zacnie – nie zatęsknię.]. Jo kiek zeł, to nieroz Pana Boga pytał, coby mi po śmierzci jino wiecnie w holak ostać podzwoleł. Jo o inkse niebo nie stojem, anibyk gór na inacy, hojby [hojby – choćby.] mi siedem niebów dawali, nie mieniał!

– No, to, Zwyrtała, idź, bobyś nam tu całe niebo zgóralszczył! A nie bedziesz se krzywdował?

A Zwyrtała aż skrzypce ze smyczkiem ku głowie podniósł!

– Mnie hań niebo, ka i serce! – powiada.

I pokłonił się pięknie, i wyszedł za niebieską bramę na gościniec ku Ziemi – noc była. Mleczną Drogą na dół szedł, skrzypce pod pachą niesęcy, a kiedy się już na ślebodzie [na ślebodzie – na swobodzie.] uczuł, krzyknął: – Hu ha! – i z góry w nutę uderzył:

Górol jo se górol! spopod samyk Tater!

Descyk mnie odkompał, odkołysał wiater!

Krzywaniu, Krzywaniu, coś ty tak osowiał!

Cy cie śnieg przipróseł, cy cie wietrzyk owiał?

Hej, kozicki, kozicki, wtórędyś hadzajom?