Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 95 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Baśnie dla Antosia - Monika Rakusa

Czy zwykły chłopiec może zamienić się w wilka? Dlaczego wszystkie misie mają smutne oczy? Czemu tak ważne jest posiadanie imienia. I czy baśnie są tylko dla dzieci? Monika Rakusa odpowiada na te pytania, traktując wszystkich swoich czytelników z powagą. Pisze dla dużych i małych, dla doświadczonych przez życie i tych, którzy dopiero zaczynają odkrywać otaczający ich świat. Mówi o najważniejszych sprawach - o dobru i złu, o przyjaźni, miłości i poświęceniu. Bohaterami jej baśni są nie tylko wróżki czy królewny. Motywy zaczerpnięte z klasyków gatunku przeplatają się z elementami współczesnymi - magiczne postaci sąsiadują na kartach książki ze smutnymi, niekochanymi dziećmi, a dobrze znany ogród zamienia się w niezwykłą krainę. Pełne ciepła i uroku Baśnie dla Antosia przenoszą w świat, gdzie dobro wygrywa ze złem, ale też gdzie w każdym szczęściu tkwi odrobina smutku. Piękna opowieść o życiu dla czytelników od 6 do 106 lat.

Opinie o ebooku Baśnie dla Antosia - Monika Rakusa

Fragment ebooka Baśnie dla Antosia - Monika Rakusa

Baśnie dlaAntosia

Monika Rakusa (ur. 1966) – psycholog społeczny, dziennikarka, autorka scenariuszy filmów dokumentalnych. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i psychologię w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej. Kończy studia doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk. Mieszka w Warszawie, ma dwoje dzieci – Klarę i Antka. Jest również autorką dwóch książek dla dorosłych:39,9(W.A.B. 2008) iŻona Adama(W.A.B. 2010).

Monika Rakusa

Baśnie dla

Antosia

ilustrowała Lucyna Talejko-Kwiatkowska

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010 

Wydanie I 

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Zamiast wstępu

Wczoraj skończyłam czytaćBaśnie dla Antosiamojemu młodszemu dziecku – sześcioletniej Klarze. Okazało się, że Klarze bardzo się podobało, ale ma wątpliwości.

Po pierwsze, i najważniejsze, dlaczego wszystkie baśnie są dla Antosia, a dla niej nie ma żadnej? Przecież Antoś jest teraz całkiem duży, nosi dredy, chodzi na imprezy i czyta zupełnie inne książki – grube, napisane małymi literkami i bez obrazków. I chyba już nie potrzebuje baśni. Podczas gdy ona, Klara, jest jeszcze dzieckiem, więc potrzebuje ich bardzo.

Po drugie, jedne baśnie są takie bardziej dziecinne, bo opowiadają o zabawkach, a inne są właściwie dorosłe. A skoro jedne są bardziej dziecinne, a drugie bardziej dla dorosłych, czy nie byłoby sprawiedliwie, żeby chociaż te „dziecinne” były dla niej, dla Klary, a te „dorosłe” – dla Antka?

Poważne pytania zadała mi Klara. Prawdę powiedziawszy, nie potrafiłam na nie odpowiedzieć z marszu. Było mi głupio, że tak grzebałam się najpierw ze spisaniemBaśni dla Antosia,a potem oddaniem ich do druku. A tymczasem mały Antoś stał się dużym Antkiem, osesek Klarcia zaś – sześcioletnim partnerem. Przemyślałam sobie jednak wszystko bardzo dokładnie i znalazłam odpowiedź. Wydaje mi się, że sprawiedliwą, a już na pewno płynącą z serca. Oto ona:

Baśń o baśniach

Dawno, dawno temu najważniejsze były baśnie. Na świecie nie było wtedy nie tylko komputerów, rakiet czy telewizji, ale nawet pociągów, statków parowych ani drukowanych książek. Wszystkich tych wynalazków ludzie jeszcze nie znali, za to duzi i mali znali baśnie, czcili je i opowiadali przy każdej sposobności. W dodatku wierzyli w baśnie bezgranicznie. Świat żyl swoim baśniowym porządkiem, zgodnie z którym wszystkie smoki i straszydła musiały zostać pokonane przez dzielnych rycerzy. Królewny piękne, dobre i mądre mogły bez obawy czekać w swoich wieżach na szla chetnych wybawców, którzy zawsze się pojawiali, pokonawszy tysiące przeszkód i wypełniwszy odpowiednie zadania. W baśniowym porządku zło zawsze przegrywało z dobrem, a niesprawiedliwość ze sprawiedliwością.

Człowiek to jednak taka istota, w której naturę wpisane jest pytanie – dlaczego? Gdy małe dziecko nauczy się mówić, pyta: dlaczego, po co, czemu, jak i skąd się coś wzięło? I z tych pytań bierze się cały postęp i dobro tego świata.

Tak więc ludzie pytali – dlaczego? Zaczęli obserwować gwiazdy, wynaleźli kompas, ruszyli w dalekie podróże. Przekonali się, że Ziemia nie jest płaska jak talerz do drugiego dania, tylko kulista, a w dodatku kręci się wokół Słońca, pewnie tak samo jak inne planety. Że na kuli ziemskiej, za morzami, znajdują się dalekie lądy. Że na tych lądach żyją ludzie, którzy widzą świat nieco inaczej, że oni też mają swoje baśnie i swój baśniowy porządek.

Człowiek to jednak taka istota, która zawsze chce wygrywać. Gdy dziecko podrośnie, zaczyna się porównywać z innymi – po to, by twierdzić, że ci inni na niczym się nie znają, że to ono jest mądrzejsze i wie lepiej. Czasem i dzieci, i dorośli oszukują podczas gry. Byle tylko wygrać i mieć rację. I z tej potrzeby posiadania racji rodzi się cała zatwardziałość i zło tego świata.

Bo kiedy ludzie odkryli, że świat jest bardziej skomplikowany, niż myśleli, wystraszyli się, że nie mają racji. Więc ci, którzy twierdzili, że Ziemia jest płaska, brutalnie zaatakowali tych, którzy dowodzili, że jest kulista. Postanowili też udowodnić swoją rację wszystkim ludziom z nowo odkrytych lądów. I robili to w najgorszy z możliwych sposobów. Mówiąc najdelikatniej – strasznie oszukiwali podczas gry, a potem nie mieli litości dla przegranych.

Lata mijały, a udzielanie odpowiedzi na kolejne pytania – dlaczego, jak i skąd się to wzięło – było coraz trudniejsze.

W tym czasie ludzie wymyślali coraz to nowe maszyny i skomplikowane urządzenia. Ponieważ jednak potrzeba posiadania racji wcale ale to wcale nie zmalała, a nikt już nie mógł przekonywać do swoich racji, opisując świat w dawny, baśniowy sposób, ludzie porzucili baśnie i zastąpili je nauką. Zaczęto bezgranicznie wierzyć w naukę, zupełnie tak samo jak kiedyś w smoki i potwory. Wszystko, co otrzymało miano „naukowe”, uznawano za mądre; wszystko inne, w tym czary, za niepoważne i zmyślone.

Baśnie zastąpiono bajeczkami dla dzieci. A dzieci zaczęto traktować jak gorszych, bo nierozumnych i nieznających się na nauce dorosłych. Na razie można opowiadać im historyjki o zaczarowanych księżniczkach, ale puszczając przy tym oko ponad ich głowami. Do dzieci zwracano się językiem sztucznie zdziecinniałym – takim „ciu, ciu, ciu” – i nie traktowano ich poważnie. Na pocieszenie pozostawiono im już tylko święta z najprawdziwszym Świętym Mikołajem.

Trudno pisać baśnie w ponaukowych czasach. Ale przecież było paru dorosłych, którym się to udało. Więc może mnie też się uda. Ale uda mi się nie dlatego, że jestem taka mądra i mam rację. Przeciwnie – nie mam jej. Bo nikt jej nie ma, a raczej: wszyscy ją mają. Tylko każdy inną. Ma ją Królewna w Okularach, Babulin, Pajacyk i Dorotka. Dziewczynka, która wyruszyła do sklepu z mamami, i nawet jej mama – ona także ma swoją rację. Ma ją chłopiec wilk, stary gajowy i dzieci z osiedla. I wreszcie konstruktor okrętów. Rację mają też zakochany król, dzielny rycerz i podróżnik.

Moim zdaniem (choć, co oczywiste, mogę nie mieć racji) to, co uczeni dorośli zwykli nazywać „dzieciństwem”, tak naprawdę wcale się nie kończy. Ani wtedy, gdy już się chadza na imprezy, a na głowie ma się dredy. Ani nawet wtedy, gdy nie lubi się imprez, a na głowie pozostaje kilka siwych włosów. Tylko wtedy czasu ma się mniej na spełnianie swoichmarzeń. A człowiek zdaje sobie sprawę, ile tego czasu zmarnował na porównywanie się z innymi, na jałową grę w „kto ma rację”.

Antoś potrzebuje baśni tak samo jak ty, Klarusiu, i ja, i my wszyscy. Potrzebuje ich po to, żeby zrozumieć własną niepowtarzalność i własną rację. A tym samym docenić racje innych ludzi. Kiedy to zrozumie, będzie już wiedział, którym z okrętów i dokąd chciałby popłynąć.

Pozostanę przy tytuleBaśnie dla Antosiadlatego, że Antoś był pierwszym dzieckiem, któremu te baśnie opowiedziałam. Ale chcę je ofiarować także tobie, Klaro, i tobie, Kasiu, Danusiu, Matyldo, Ignacy, Olku, Kubo, Julio, Maćku, Benku, Tolku, Karolku, Mateuszu, Marysiu, Helenko, Martino, Haniu, Basiu i wszystkim tym, którzy zechcą je przyjąć.

Dorastajcie z baśniami, coraz bardziej ufając sobie i swoim marzeniom.

Monika Rakusa

Królewna

w Okularach

Spróbujcie wyobrazić sobie, jak czuje się człowiek zwany twórcą, gdy właśnie zaczyna pisać nową książkę, malować nowy obraz albo rzeźbić nową rzeźbę. Twórca taki ma przed sobą pustą kartkę, płótno albo kamień pełen żyłek. I taka pusta kartka, płótno, kamień czy cokolwiek innego jest dla naszego twórcy przestrzenią zapowiadającą wszystko. Zaczynając pracę, twórca czuje się jak podróżnik przed wyprawą w najdalsze i najbardziej nieznane strony. Musi wytyczyć szlak, narysować mapę, która zaprowadzi innych do miejsc dotąd niepoznanych. Musi być wiarygodny i rzetelny. A co ważniejsze, musi wierzyć w cel majaczący gdzieś za setką horyzontów. Przed nim niezapisane, śnieżne, piaszczyste albo kamienne pustynie. Musi wyznaczyć na nich drogę do skarbu, którym chce się podzielić.

Takie samo uczucie ogarniało mnie, gdy miałam usiąść do spisania baśni dla Antosia. Nie siadałam wprawdzie przed pustą kartką, lecz przed pustym ekranem komputera, ale zaręczam, że niczym się to nie różni. Bałam się też dlatego, że wiele zdarzeń, które chciałam opisać, wydarzyło się naprawdę. To zaś, co się nie zdarzyło, bez wątpienia mogłoby się zdarzyć. Wiedziałam też, że książka ma być przeznaczona dla dzieci. A dziecięca zdolność do wyczuwania każdego, najmniejszego nawet fałszu nie ma sobie równych. Na widok pustej kartki mój lęk rósł, rósł i rósł…

Upłynęło siedem lat życia Antosia, zanim zdobyłam się na rzucenie wyzwania pustemu ekranowi. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego…

Próbowałam utworzyć nowy plik i napisać tytułBaśnie dla Antosia.Przysięgam, że wszystko zrobiłam jak należy. Ale okazało się, że otrzymałam ważną wiadomość i muszę ją odebrać, zanim przystąpię do pracy. Treść tego dziwnego listu brzmiała:

Bardzo chłodno przypominam ci o swoim istnieniu. Wcale nie pozdrawiam. I nie zgadzam się na żadneBaśnie dla Antosia,póki nie załatwisz mojej sprawy – Królewna w Okularach.

Jaka królewna? W jakich okularach?

Chcę napisać bajki. I teraz już nic i nikt mnie nie powstrzyma. Zignoruję całe to zamieszanie.

Komputer jednak całkowicie ignorował moje ignorowanie. Zachowywał się tak, jakby się po prostu zaciął.

Wezwałam specjalistę, a jakże! Przyszedł. Przez pierwszych dwadzieścia minut mojego cennego czasu (a po wielu latach marnowania czasu każda minuta wydaje się droga) opowiadał, jakie dziwne przygody miał już z komputerami.

– One czują, droga pani, a czasem to nawet robią, co chcą!

Kiedy w końcu zajął się komputerem, ten grzecznie słuchał jego poleceń. Pozwolił na zapisanie plikuBaśnie dla Antosia,pozwolił nawet na napisanie baśniowego zdania: „Dawno dawno temu…”.

– Wydaje się, że wszystko z nim w porządku – orzekł specjalista.

– Jak to: w porządku?

Sama usiadłam do komputera.

– Niech pan zobaczy, mnie nie słucha.

I rzeczywiście, komputer ignorował mnie zupełnie. A kiedy siadał do niego specjalista, stawał się potulny. Eksperyment powtórzyliśmy kilkakrotnie.

Komputerowy pan nie wziął ani grosza. Pożegnał się grzecznie, ale w przedpokoju chwycił mnie nagle za rękę i powiedział ściszonym głosem:

– Mówię to pani teraz, bo on nie słyszy. Znam się na komputerowej duszy. Musi być powód. Ta wiadomość od, jak to pani powiedziała, Królewny w Okularach, oto przyczyna.

Przysuwając się jeszcze bliżej, wyszeptał:

– On może być z Królewną w zmowie.

I wyszedł.

– No nie! Wariaci, wariaci. Nie dam się – powtarzałam, wracając do pracowni. Usiadłam przed ekranem, spojrzałam i zdębiałam.

Na ekranie, wielkimi literami, było napisane:

JAK CHCESZ PISAĆ BAŚNIE, SKORO NAZYWASZ WARIATAMI TYCH, KTÓRZY W NIE WIERZĄ? JAK CHCESZ PISAĆ BAŚNIE, SKORO NIE WIERZYSZ NAWET W SWOJĄ WŁASNĄ KRÓLEWNĘ W OKULARACH?

Chyba nie muszę dodawać, że w żaden sposób nie mogłam pozbyć się tego tekstu. Próbowałam. Nic nie skutkowało. Pod listem zaczęłam od nowa. Chciałam napisać: „Bardzo dawno temu…”. Ale mój komputer kompletnie oszalał. Po literce B sam dopisał „le”, a potem powtórzył to mnóstwo razy. Wyszło:

Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble Ble

I tak przez cały ekran.

Postanowiłam porozmawiać z Antosiem. Niech podpowie, co robić. Usiadł naprzeciwko. W ręce trzymał własną konstrukcję z klocków lego, wymachiwał nią i buczał, udając samolot. Muszę dodać w tym miejscu, że Antoś jest dzieckiem nadzwyczaj ruchliwym. Zawsze, a już najbardziej kiedy czymś się przejmie, wykonuje masę niepotrzebnych ruchów. To jest niezwykle irytujące, a ponieważ byłam już wyprowadzona z równowagi, krzyknęłam:

– Antek, słuchaj i nie wierć się. Nie mogę pisać obiecanych baśni dla ciebie, bo jakaś Królewna w Okularach postanowiła pokrzyżować mi szyki. Nie przypominam sobie żadnej królewny, nie wiem, jaką to jej sprawą miałabym się zajmować.

– Gdyby kiedyś Kudłaczek (Kudłaczek jest misiem Antosia) nie pozwolił mi pisać bajek i kazał zająć się swoją sprawą, tobym się nad tym zamyślił.

Tak powiedział i pobiegł do kuchni. Zdążyłam tylko krzyknąć za nim:

– No, a gdybyś nie pamiętał żadnej sprawy Kudłaczka albo gdybyś Kudłaczka też nie pamiętał, to co?

– Tobym sobie przypomniał, a resztę wymyślił, po prostu.

Łatwo ci mówić, synku, westchnęłam. Może Tobie się poszczęści i będziesz zostawiał po sobie same dokończone sprawy. Sprawy, do których z przyjemnością będziesz powracać w myślach. Z mojej przeszłości zawsze będą wyzierały wspomnienia raczej smutne i pełne niepokoju.

A potem nagle przyszło mi do głowy, że może by tak rozwiązać poprzez bajki jedną z dawnych spraw. Może dzięki temuBaśnie dla Antosiastaną się baśniami dla mnie samej, a może też dla innych mniej lub bardziej dorosłych dzieci.

Dziś już nie wiem, co w historii o Królewnie w Okularach jest prawdziwe, a co najprawdziwsze.

Jednego