Wydawca: SBM Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Baśnie - Andersen - Opracowanie zbiorowe

Któż z nas nie zna pełnej magii opowieści o dziewczynce z zapałkami? Kto nie słyszał o złej Królowej Śniegu i potędze dziecięcej przyjaźni? Kto z nas nie litował się nad biednym brzydkim kaczątkiem? Baśnie H.Ch. Andersena poruszają wyobraźnię, przenoszą w tajemniczy świat fantazji, uczą oraz wychowują kolejne pokolenia. Trudno sobie wyobrazić dzieciństwo bez nich. Zawarte w naszej książce piękne, kolorowe ilustracje oraz quiz z wiedzy o baśniach uatrakcyjnią lekturę. Zabierz swoje dziecko w świat magii i przygód!

Opinie o ebooku Baśnie - Andersen - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Baśnie - Andersen - Opracowanie zbiorowe

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two SBM Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

© Co­py­ri­ght for the il­lu­stra­tions by SBM, War­sza­wa 2012

Tekst: Zespół re­dak­cyj­ny

Ilu­stra­cje: Włod­zi­mierz Ku­kliński

Re­dak­cja: Elżbie­ta Wójcik

Ko­rek­ta: Na­ta­lia Kawałko

Skład i przy­go­to­wa­nie do dru­ku: Da­niel Potęga

Pro­jekt okładki: Da­niel Potęga

Wy­da­nie II

Wy­daw­nic­two SBM Sp. z o.o.

ul. Sułkow­skie­go 2/2

01-602 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two-sbm.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych twórców baśni był Hans Chri­stian An­der­sen. Jego utwo­ry to­wa­rzyszą nam od po­ko­leń. Któż z nas nie zna smut­nej, ale pełnej ma­gii opo­wieści o dziew­czyn­ce z zapałkami? Kto nie słyszał o złej królo­wej śnie­gu i potędze dzie­cięcej przy­jaźni? Któż z nas nie li­to­wał się nad bied­nym brzyd­kim kaczątkiem?

Hans Chri­stian An­der­sen uro­dził się w 1805 roku w Da­nii, w ubo­giej ro­dzi­nie miesz­czańskiej. Jego oj­ciec umarł, kie­dy chłopiec miał za­le­d­wie 11 lat. Małym An­der­senem głównie opie­ko­wała się bab­cia. To ona wpro­wa­dziła go w świat baśni. Hans Chri­stian na początku nie trak­to­wał swo­jej twórczości baj­ko­pi­sar­skiej poważnie, to ona jed­nak dała mu naj­większy rozgłos.

Baśnie An­der­se­na po­ru­szają wy­obraźnię, prze­noszą nas w ta­jem­ni­czy świat fan­ta­zji. Trud­no so­bie wy­obrazić dzie­ciństwo bez nich, toteż war­to choć część tej ma­gii prze­ka­zać swo­im dzie­ciom.

Utwo­ry An­der­se­na mają uni­wer­salną wy­mowę i są wciąż ak­tu­al­ne, stąd też za­pew­ne bie­rze się ich siła i po­pu­lar­ność. Za tym ma­gicz­nym świa­tem kryją się spra­wy co­dzien­ne. Przy­go­dy zwierząt, lu­dzi i przed­miotów uka­zują pro­ble­my zwykłego życia, jak brak ak­cep­ta­cji (Brzyd­kie kaczątko) czy bie­da (Dziew­czyn­ka z zapałkami). Co cha­rak­te­ry­stycz­ne dla baśni An­der­se­na, w końcu wy­gry­wa w nich do­bro, a cier­pie­nia zo­stają wy­na­gro­dzo­ne.

Utwo­ry An­der­se­na zo­stały przetłuma­czo­ne na nie­mal wszyst­kie języki świa­ta, czy­ta­ne są m.in. w Ja­po­nii, In­diach, a także Afry­ce. Budzą za­chwyt nie tyl­ko wśród dzie­ci, ale również wśród do­rosłych.

Nie da się nie od­nieść wrażenia, że z kart baśni prze­ma­wia sam ich au­tor, który do­brze znał biedę, smut­ki i radości życia. Jego opo­wieści uczą, wy­cho­wują i przede wszyst­kim do­ty­kają ważnych pro­blemów mo­ral­nych, a ich war­tość po­zo­sta­je nie­zmien­na.

Ca­li­necz­ka

Była so­bie kie­dyś ko­bie­ta, która bar­dzo chciała mieć dziec­ko. Udała się więc do wróżki i po­wie­działa:

– Chciałabym mieć maleńką córeczkę. Czy mogłabyś mi pomóc?

– Po­mogę ci – rzekła wróżka. – Dam ci ziarn­ko. Ale to ziarn­ko jest nie­zwykłe. Po­sadź je w do­ni­cy i pielęgnuj.

– Dziękuję – po­wie­działa ko­bie­ta i pożegnała wróżkę.

Gdy wróciła do domu, po­sa­dziła ziarn­ko. Po ja­kimś cza­sie wy­rosła roślin­ka, wypuściła małe list­ki, a pośrod­ku za­kwitł kwiat, po­dob­ny do tu­li­pa­na.

– Ależ piękny kwiat! – zawołała ko­bie­ta. Po chwi­li kwiat roz­chy­lił swe płatki, a w środ­ku uka­zała się ślicz­na maleńka dziew­czyn­ka. Ko­bie­ta dała jej na imię Ca­li­necz­ka.

Mama po­sta­no­wiła przy­go­to­wać dla swej córecz­ki łóżecz­ko. Wzięła więc łupinkę orze­cha, kil­ka płatków fiołka do wyściełania łóżecz­ka i płatek róży do przy­kry­cia.

W nocy Ca­li­necz­ka spała w łupin­ce, a za dnia prze­by­wała na sto­le. Ta­lerz z wodą służył jej za sa­dzawkę, a li­stek tu­li­pa­na – za łódkę. Pływała więc Ca­li­necz­ka całymi dnia­mi i pięknie przy tym śpie­wała.

Ale pew­nej nocy, kie­dy Ca­li­necz­ka spała, przez otwar­te okno do­stała się do po­ko­ju brzyd­ka ro­pu­cha. Od razu za­uważyła dziew­czynkę, która spała pod różową kołderką.

– Byłaby ide­alną żoną dla mo­je­go syna! – pomyślała ro­pu­cha i po­rwała biedną Ca­li­neczkę ra­zem z łupinką. Za­brała ją do swe­go domu, ciem­ne­go i wil­got­ne­go.

– Kum, kum – po­wie­dział syn ro­pu­chy, gdy uj­rzał dziew­czynkę.

– Bądź ci­cho, bo ją obu­dzisz – po­wie­działa ro­pu­cha. – Za­nieś ją na śro­dek stru­mie­nia, na liść li­lii wod­nej. Stamtąd nie uciek­nie. A ja urządzę wam przy­tul­ne błotni­ste miesz­ka­nie.

Kie­dy Ca­li­necz­ka się obu­dziła, bar­dzo się prze­stra­szyła, a z oczu po­ciekły jej łzy. Ota­czała ją głęboka woda, a do brze­gu było da­le­ko. Tym­cza­sem podpłynęła do niej ro­pu­cha ze swo­im sy­nem.

– To jest mój syn – po­wie­działa. – Chce cię pojąć za żonę.

– Kum, kum – po­wie­dział syn ro­pu­chy. Niedługo odpłynęli, a dziew­czyn­ka usiadła na liściu i płakała, bo nie chciała być żoną syna ro­pu­chy. Ryb­ki, które plu­skały się w wo­dzie, słyszały, co mówiła ro­pu­cha. Żal im się zro­biło ślicz­nej dziew­czyn­ki, prze­gryzły więc łodyżkę list­ka. Li­stek odpłynął hen da­le­ko. Ca­li­necz­ka mijała wsie i mia­stecz­ka, po­dzi­wiając wi­do­ki. Aż pta­ki na drze­wach nie mogły się na­dzi­wić, jaka to piękna dziew­czyn­ka sie­dzi na list­ku.

Wtem pod­frunął do niej biały mo­ty­lek. Ca­li­necz­ka przy­wiązała mo­ty­la do list­ka swo­im pa­skiem od su­kien­ki. Te­raz płynęła jesz­cze szyb­ciej. Na­gle ogrom­ny chrabąszcz złapał ją i po­frunął z nią na drze­wo. Nie­ba­wem przy­były inne chrabąszcze, które chciały ją po­znać. Ale nie spodo­bała im się, bo nie wyglądała tak jak one – nie miała rożków, a poza tym była szczupła.

I cho­ciaż chrabąszczo­wi Ca­li­necz­ka się po­do­bała, to uwie­rzył in­nym, że wca­le nie jest ładna. Odniósł ją da­le­ko od swe­go dom­ku, na łąkę, po­sa­dził ją na kwiat­ku i zo­sta­wił.

Dziew­czyn­ka była bar­dzo smut­na, bo też uwie­rzyła, że jest brzyd­ka. Ale nie miała dokąd pójść. Miesz­kała więc na łące całe lato. Łóżecz­ko zro­biła so­bie z tra­wy i spała pod list­kiem, by nie zmoknąć w desz­czu. Piła nek­tar z kwiatów i po­ranną rosę.

Minęło lato, minęła je­sień i zaczęło robić się zim­no. Ca­li­necz­ka nie miała się czym okryć i nie miała co jeść. Wkrótce zaczął padać śnieg.

Dziew­czyn­ka błądziła więc w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia, aż do­tarła do my­siej nor­ki. Było tam ciepło i przy­tul­nie, a w spiżarni półki ugi­nały się od za­pasów. Ca­li­necz­ka, zziębnięta i wy­czer­pa­na, po­pro­siła myszkę o jed­no małe ziarn­ko.

Mysz­ce żal się zro­biło dziew­czyn­ki, więc za­pro­siła ją na pod­wie­czo­rek. A po­tem po­wie­działa:

– Możesz u mnie miesz­kać całą zimę. Pomożesz mi tyl­ko w do­mo­wych porządkach i będziesz mi opo­wia­dać baj­ki.

Ca­li­necz­ka bar­dzo się ucie­szyła. Po­ma­gała mysz­ce z ochotą we wszyst­kich pra­cach.

– Będzie­my miały gościa – po­wie­działa raz mysz­ka. – Cza­sem od­wie­dza mnie sąsiad, kret. Jest bar­dzo bo­ga­ty. Może się z tobą ożeni. Tyl­ko ma słaby wzrok. Będziesz mu­siała mu śpie­wać i opo­wia­dać hi­sto­ryj­ki. Na pew­no za­ko­cha się w two­im głosie.

Wie­czo­rem przy­szedł kret w ele­ganc­kim, ak­sa­mit­nym okry­ciu. Mysz­ka podała naj­lep­sze cia­stecz­ka i her­batkę. Kret opo­wia­dał o swo­im ogrom­nym miesz­ka­niu, które bar­dzo lubił. Mówił też, że nie lubi słońca i kwiatów.

Ca­li­necz­ka śpie­wała pio­sen­ki swo­im słod­kim głosi­kiem. Pan kret od razu się w niej za­ko­chał. Za­pro­sił więc myszkę i Ca­li­neczkę, by obej­rzały jego dom. Ostrzegł je tyl­ko, że w ko­ry­ta­rzu leży mar­twy ptak.

Kie­dy do­szli do ko­ry­ta­rza, w którym leżała mar­twa jaskółka, kret po­gar­dli­wie prze­szedł obok niej. Dziew­czyn­ce zaś zda­wało się, że ptak się po­ru­szył.

Tej nocy Ca­li­necz­ka nie mogła usnąć. Wciąż roz­myślała o jaskółce. Wstała więc po ci­chut­ku, wzięła trochę liści i wy­biegła na zewnątrz, by okryć nimi jaskółkę. Po­tem przy­tu­liła głowę do zmar­z­niętego ptasz­ka. Na­gle po­czuła ci­chut­kie bi­cie jego ser­dusz­ka. Więc pta­szek żył!

Wi­docz­nie był zbyt słaby lub cho­ry i nie od­le­ciał na zimę do ciepłych krajów.

Ca­li­necz­ka robiła wszyst­ko, by ura­to­wać jaskółkę. Nosiła jej ukrad­kiem sian­ko i list­ki do okry­cia, a także ziarn­ka do je­dze­nia.

W końcu którejś nocy pta­szek otwo­rzył oczy.

– Dziękuję ci, dziew­czyn­ko, za opiekę – wy­szep­tała jaskółka. – Niedługo wy­zdro­wieję i znów po­lecę w stronę ciepłego słońca!

– Nie ma te­raz ciepłego słońca! – szepnęła dziew­czyn­ka. – Jest mroźna zima i sy­pie śnieg.

Jaskółka opo­wie­działa o swo­im zra­nio­nym skrzy­dełku i o tym, że nie mogła od­le­cieć wraz z in­ny­mi pta­ka­mi. Kie­dy przyszła je­sień, ona osłabła z głodu i zim­na. Ale nie pamiętała, jak do­stała się pod zie­mię.

Do końca zimy Ca­li­necz­ka w ta­jem­ni­cy trosz­czyła się o ptasz­ka. Kret i mysz­ka pew­nie by się gnie­wa­li na dziew­czynkę, bo nie lu­bi­li ptaszków.

A kie­dy na­deszła wio­sna, Ca­li­necz­ka po­mogła wy­do­stać się jaskółce na po­wierzch­nię.

– Poleć ze mną – po­pro­siła jaskółka. – Za­niosę cię na swym grzbie­cie hen da­le­ko, do cu­dow­nej kra­iny.

– Nie mogę – rzekła dziew­czyn­ka – po­lna mysz­ka po­gnie­wałaby się na mnie, gdy­bym ją zo­sta­wiła.

– Więc zo­stań i bądź szczęśliwa! – zawołała jaskółka i wzle­ciała do nie­ba.

Dziew­czyn­ka zo­stała, ale ciężko jej było na ser­cu. Bar­dzo po­lu­biła jaskółkę. I cho­ciaż była już wio­sna i wszyst­ko bu­dziło się do życia, a słonko przy­grze­wało co­raz moc­niej, Ca­li­necz­ka nie mogła się tym cie­szyć. Mysz­ka za­bra­niała jej wy­cho­dzić z nor­ki. A do nor­ki słonko w ogóle nie do­cho­dziło.

– Moja dro­ga – ode­zwała się mysz­ka pew­ne­go razu – pan kret po­pro­sił o twoją rękę. Zo­sta­niesz jego żoną! Czyż to nie wspa­nia­le? Mu­si­my tyl­ko uszyć ci wy­prawę.

I Ca­li­necz­ka przędła i szyła całymi dnia­mi. A pan kret przy­cho­dził co­dzien­nie na her­batkę. Wciąż opo­wia­dał o tym, jak nie zno­si prażącego słońca. Mysz­ka przy­zna­wała mu rację, też nie lubiła lata i upału. Pan kret i mysz­ka usta­li­li, że we­se­le odbędzie się je­sie­nią. Dziew­czyn­ka była prze­rażona, bo nie chciała być żoną kre­ta. Nie chciała miesz­kać w nor­ce pod zie­mią i już nig­dy więcej nie oglądać kwiatów i słońca.

Co­dzien­nie wy­my­kała się po kry­jo­mu z nor­ki mysz­ki i ob­ser­wo­wała słońce. Wzdy­chała z tęsknotą do błękit­ne­go nie­ba i do łagod­ne­go wie­trzy­ka. Często też wspo­mi­nała jaskółkę, mając na­dzieję, że czu­je się ona szczęśliwa na wol­ności. Bar­dzo za nią tęskniła, choć wie­działa, że już pew­nie nig­dy jej nie zo­ba­czy.

W końcu przyszła je­sień, a wy­pra­wa Ca­li­necz­ki leżała przy­go­to­wa­na w ku­frze.

– Zbliża się czas two­je­go we­se­la! – zawołała mysz­ka pew­ne­go dnia. A wte­dy Ca­li­necz­ka zapłakała żałośnie i po­wie­działa mysz­ce, że wca­le nie chce zo­stać żoną pana kre­ta.

Mysz­ka bar­dzo się zde­ner­wo­wała i skrzy­czała dziew­czynkę.

– Co za głupstwa ci w głowie! – mówiła. – Posłuchaj mo­jej rady i za­pa­miętaj, że two­je gry­ma­sy na nic się zdadzą. Wy­pra­wa już uszy­ta, pan kret przy­go­to­wał dla cie­bie piękny pokój. Nie wy­pa­da te­raz ka­pry­sić i płakać. Ta­kie szczęście cię spo­tkało, taki bo­ga­ty, mądry na­rze­czo­ny ci się tra­fił. Miesz­ka­nie ma duże, spiżarnię pełną, fu­tro ak­sa­mit­ne. Prze­stań więc się dąsać i dziękuj lo­so­wi, że ci ta­kie szczęście zesłał!

Ca­li­necz­ka nic już nie mówiła. Cze­kała ze stra­chem na zbliżające się we­se­le. W końcu nad­szedł ten dzień. Kret przy­szedł po dziew­czynkę i jej rze­czy. Miała za­miesz­kać w jego nor­ce i nie oglądać już więcej słońca, którego pan kret nie zno­si. Bied­na Ca­li­necz­ka wyszła po raz ostat­ni na po­wierzch­nię, by pożegnać słońce, nie­bo i wia­te­rek.

– Żegnaj, słonecz­ko! – zawołała i zapłakała smut­no.

Przyglądała się pro­mie­niom słonecz­nym, które prześwie­cały przez źdźbła je­sien­nej tra­wy. Wdy­chała głęboko świeże po­wie­trze i cie­szyła się nim na za­pas. Odtąd będzie mu­siała miesz­kać w ciem­nej, wil­got­nej nor­ce pana kre­ta.

– Żegnaj, słonecz­ko! – wciąż po­wta­rzała.

Przy­tu­liła się do małego kwiat­ka i mówiła ci­chut­ko:

– Jeśli kie­dyś zo­ba­czysz jaskółkę, po­wiedz jej, że za­wsze będę o niej myśleć!

Lecz na­gle Ca­li­necz­ka usłyszała nad głową trze­pot skrzy­deł. Spoj­rzała w nie­bo i zo­ba­czyła swoją uko­chaną jaskółkę. Jakże się ucie­szyła. Pta­szek od razu usiadł koło niej i za­py­tał:

– Cze­mu je­steś taka smut­na, moja ko­cha­na?

A Ca­li­necz­ka opo­wie­działa jej, że dziś zo­sta­nie żoną pana kre­ta. Za­miesz­ka w nor­ce pod zie­mią, gdzie nig­dy już nie zo­ba­czy pro­mie­ni słonecz­nych i nie usłyszy świer­go­tu ptaków. Mówiąc to, rozpłakała się żałośnie.

– Prze­stań płakać – po­wie­działa jaskółka. – Niedługo za­cznie się zima. Spad­nie śnieg i mróz ze­tnie wszyst­ko wokół. A ja mam za­miar po­le­cieć do ciepłych krajów. Jak wi­dzisz, dzięki two­jej opie­ce całkiem już wy­zdro­wiałam. Skrzy­dełko mam spraw­ne i sil­ne. Poleć ze mną, bar­dzo cię proszę. Możesz usiąść na moim grzbie­cie. Po­fru­nie­my hen da­le­ko, za mo­rza, gdzie jest słonecz­nie i upal­nie przez cały rok, i gdzie rosną naj­piękniej­sze ko­lo­ro­we kwia­ty. Poleć ze mną. Tyl­ko tak mogę ci się od­wdzięczyć za two­je do­bre ser­dusz­ko. Ty mnie ura­to­wałaś od śmier­ci, gdy leżałam w zim­nym, ciem­nym ko­ry­ta­rzu, a ja chcę ura­to­wać cię przed okrop­nym lo­sem u boku pana kre­ta.

– Do­brze więc, zga­dzam się – rzekła Ca­li­necz­ka. – Po­lecę z tobą, a pan kret niech mnie szu­ka. Wca­le mi go nie żal. Nie lubi słońca i kwiatów, nie lubi ptaków, chy­ba więc nie może być do­bry.

Dziew­czyn­ka wdra­pała się na grzbiet jaskółki i złapała ją za piórka, żeby nie spaść po dro­dze. Pta­szek wzbił się po­nad chmu­ry i le­ciał nad mo­rza­mi, la­sa­mi i ośnieżony­mi wierz­chołkami gór. Le­ciały i le­ciały, aż dole­ciały do ciepłych krajów. Jakże tu było cu­dow­nie, słonecz­nie i upal­nie. Wszędzie rosły so­czy­ste wi­no­gro­na, cy­try­ny i po­ma­rańcze, a także kwia­ty o tysiącach ko­lorów. A jak pięknie pach­niało! Nad łąkami zaś latały różno­barw­ne mo­tyl­ki.

A jaskółka wciąż le­ciała. A im da­lej le­ciała, tym piękniej­szy sta­wał się kra­jo­braz i tym cie­plej­sze po­wie­trze.

W końcu jaskółka usiadła nad ogrom­nym, lśniącym je­zio­rem, ukry­tym wśród buj­nej zie­le­ni. W od­da­li Ca­li­necz­ka do­strzegła biały pałac. Wokół jego ko­lumn i ba­lu­strad pięło się dzi­kie wino, a pod da­chem było mnóstwo jaskółczych gniazd.

– To jest mój dom – po­wie­działa jaskółka. – Ale ty mu­sisz po­szu­kać so­bie in­ne­go miej­sca. W moim cia­snym gniazd­ku byłoby ci nie­wy­god­nie. Możesz za­miesz­kać w którymś z tych ko­lo­ro­wych, pachnących kwiatów, które kwitną wokół pałacu. Zo­ba­czysz, będzie ci tu do­brze.

– Ależ tu pięknie! – zawołała Ca­li­necz­ka z za­chwy­tem.

Dziew­czyn­ka pragnęła za­miesz­kać pośród płatków ogrom­ne­go białego kwia­tu, który rósł koło jed­nej z pałaco­wych ko­lumn. Chciała od­począć po podróży, więc położyła się w płat­kach kwia­tu. Ja­kież było jej zdzi­wie­nie, gdy za­uważyła, że ktoś już tu miesz­ka. Był to mały człowie­czek, po­dob­ny do niej. Na głowie miał ko­ronę, a u ra­mion sre­brzy­ste skrzy­dełka. Jego ciało zaś było przej­rzy­ste, a ubra­ny był we wspa­niałe królew­skie sza­ty.

Był to sam król elfów.

– Ach, jaki on piękny! – po­wie­działa Ca­li­necz­ka.

Gdy tyl­ko król zo­ba­czył Ca­li­neczkę, od razu się uśmiechnął. Po­da­ro­wał dziew­czyn­ce swą złotą ko­ronę i za­py­tał, czy zo­sta­nie jego żoną, królową elfów. Ca­li­neczka onie­miała ze szczęścia. Nig­dy na­wet nie ma­rzyła o tym, by zo­stać żoną króla.

– Nie, nie zasługuję na to – rzekła ci­chut­ko.

– Ależ zasługu­jesz, na pew­no zasługu­jesz! – zawołał elf. – Sko­ro jaskółka przy­niosła cię na swym grzbie­cie, to zna­czy, że cię po­ko­chała. A jaskółki ko­chają tyl­ko tych, co mają do­bre ser­ce. Królowa elfów po­win­na być właśnie taka jak ty.

Wszędzie za­pa­no­wała radość. Wszyst­kie elfy po­dzi­wiały nie­zwykłą urodę Ca­li­necz­ki. Po­da­ro­wały jej też prze­zro­czy­ste skrzy­dełka, by mogła fru­wać z kwiat­ka na kwia­tek.

Przez całe lato jaskółka śpie­wała młodej pa­rze i in­nym el­fom cud­ne me­lo­die. Lecz nad­szedł czas po­wro­tu.

– Do zo­ba­cze­nia za rok, Ca­li­necz­ko! – wołała jaskółka.

Dziew­czyn­ka z zapałkami

Nadeszły długo wy­cze­ki­wa­ne święta Bożego Na­ro­dze­nia. Po uli­cach bie­ga­li prze­chod­nie, którzy załatwia­li jesz­cze ostat­nie spra­wun­ki. Wszyst­kie domy były świątecz­nie przy­bra­ne, a w oknach paliły się światła. Trwały ostat­nie przy­go­to­wa­nia do świątecz­nej ko­la­cji.

W tym całym za­mie­sza­niu i zgiełku uli­ca­mi wędro­wała mała dziew­czyn­ka z gołą głową i boso. Miała wpraw­dzie bu­ci­ki na no­gach, gdy wy­cho­dziła z domu, ale ja­kie to były bu­ci­ki! To były bar­dzo duże trze­wi­ki, które nie­daw­no nosiła mat­ka dziew­czyn­ki. Były tak duże, że mała za­raz je zgu­biła, prze­bie­gając przez ulicę, którą mknęły dwa po­wo­zy. Jed­ne­go szu­kała bar­dzo długo, ale nie udało jej się go zna­leźć. Dru­gie­go po­rwał jakiś urwis i uciekł. Szła więc dziew­czyn­ka, stąpając bo­sy­mi stópka­mi po ośnieżonych dro­gach, że aż nóżki po­czer­wie­niały i zsi­niały jej z zim­na. Była bar­dzo głodna i trzęsła się z zim­na. W sta­rym, po­dar­tym far­tu­chu niosła za­wi­niętą wiązkę zapałek, a drugą trzy­mała w dłoni. Przez cały dzień nie udało jej się sprze­dać ani jed­nej. Nikt jej też nie dał na­wet naj­mniej­szej mo­ne­ty. Szła więc wygłod­zo­na i smut­na. Płatki śnie­gu miękko opa­dały na jej długie, ja­sne włosy, które tak pięknie spływały na jej kark. Ona jed­nak wca­le nie zwra­cała uwa­gi na tę ozdobę. Ze wszyst­kich okien na­około połyski­wały światła. Widać było ubra­ne cho­in­ki, świąteczną krząta­ninę miesz­kańców do­mostw, a w mroźnym, noc­nym po­wie­trzu tak miło pach­niało pie­czo­ny­mi gęśmi i kacz­ka­mi. Wi­działa szczęśli­wych lu­dzi, słyszała ich ra­do­sne roz­mo­wy i śmiech.

„To prze­cież jest