Basen - Joanna Kocik - ebook + książka

Basen ebook

Kocik Joanna

3,4

Opis

Monika Kasperowicz, córka byłego ambasadora RP i znana influencerka, została znaleziona martwa w jednym z pomieszczeń Pałacu Kultury. Ta informacja poruszyła media w całym kraju. Blogerka Kasia, prawniczka Paula i właścicielka firmy PR Magda – najbliższe przyjaciółki ofiary – spotykają się, by opanować emocjonalny kryzys po śmierci bliskiej im osoby. Okazuje się, że to Magda widziała Monikę jako ostatnia. Dziewczyna twierdzi jednak, że gdy wychodziła z basenu, Monika żyła. Jakie sekrety skrywają przyjaciółki? Co stało się w Toskanii? Przecież miało być jak w bajce: wczesne włoskie lato, świeże figi do śniadania, małe kościółki, wycieczki po okolicy, dużo wina i radosne pluskanie się w basenie. Czy tam należy szukać winnego śmierci Moniki?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (23 oceny)
5
5
8
4
1

Popularność




Część I Taka świetna dziewczyna

1.

Warszawa, poniedziałek, 21 września 2015

O śmierci Moniki poinformowały w poniedziałek rano wszystkie programy, łącznie z telewizją śniadaniową. Piłam właśnie kawę, usiłując jednocześnie przyszyć guzik w bluzce, który odpadał już któryś raz. Nagle na dole ekranu pojawił się żółty pasek, a skonsternowana prezenterka złożyła usta w ciup.

– A teraz wiadomość z ostatniej chwili… Nie mamy jeszcze potwierdzenia, ale z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że… Tak, to bardzo smutny news… Z naszych informacji wynika, że Monika Kasperowicz, córka byłego ambasadora RP Jerzego Kasperowicza nie żyje.

Znieruchomiałam z nitką w zębach. Ostrożnie odłożyłam kubek z kawą i przełączyłam na inny kanał.

…jej ciało znaleziono dzisiaj rano w Warszawie…

…trzydziestoletnia Monika Kasperowicz była uznaną blogerką, a także córką tragicznie zmarłej amerykańskiej aktorki Anne Fontaine…

…kilka miesięcy temu wróciła na stałe do Polski…

…ostatnio odnosiła sukcesy w zawodach jeździeckich…

…udzielała się charytatywnie, wspierała wiele fundacji…

…wyśmienita pływaczka…

…jej blog o modzie, urządzaniu przyjęć i stylu życia cieszył się ogromną popularnością…

…nie znamy na razie żadnych szczegółów… rodzina prosi o uszanowanie prywatności…

…ślub Kasperowicz odbył się niedawno w Pałacu na Wodzie w Łazienkach…

Nadal skakałam pilotem po kanałach, kiedy zadzwonił telefon.

– O kurwa, słyszałaś?! – Kaśka wydarła mi się do ucha bez żadnych wstępów.

– Słyszałam – odpowiedziałam zimno. – Jest wszędzie…

– Ale co się, kurwa, stało!? – darła się Kaśka. – Jak to możliwe?!

– No – przyznałam. – Nie wiem.

Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Co innego mogłabym powiedzieć? Usiadłam na pufie z telefonem w jednym i pilotem w drugim ręku.

– Nie wiem – powtórzyłam.

– Tylko nie płacz. – Kaśka chlipnęła w słuchawkę.

– Przecież nie płaczę.

– Ale co się stało? Jezu, Magda. Co się stało?

– Ja… – Westchnęłam, a raczej ze świstem wciągnęłam powietrze do płuc. Przez głowę przebiegły mi obrazy z poprzedniego dnia. – Nie wiem. Widziałam ją wczoraj. Wieczorem. Poszłyśmy na basen…

– Wiem! – żachnęła się Kaśka. – Dzwoniłam do Pauli! Budzę ją, rozumiesz, i krzyczę: „Włącz telewizor!”. Ona na to: „Co się stało, zamach?”. „Jaki, kurwa, zamach, Monika nie żyje!” „Jak to? Przecież byłyśmy wczoraj z Magdą na basenie”.

– Nooo… byłyśmy.

– Paula jest w kompletnym szoku. Jezu, jak to się stało? I gdzie ją znaleziono? W domu czy na basenie? Co to znaczy, że znaleziono?

– Nie wiem. – Odłożyłam pilota i sięgnęłam po kubek z kawą. Była już zimna. – Muszę iść do pracy – wymamrotałam.

– Zwariowałaś?! Jakiej pracy? Bierz wolne i przyjeżdżaj!

– Nie wiem, nie mogę.

– Oszalałaś, oczywiście, że możesz, jesteś swoim własnym szefem. Przyjeżdżaj, czekam, napić się muszę, mam tylko szampana, niech to szlag. Paula już jedzie.

– Okej – zgodziłam się niemrawo, obrzucając żałosnym spojrzeniem bluzkę z wciąż nieprzyszytym guzikiem.

– Masz numer do jej ojca?

– A niby skąd?

– Nie wiem, tak pytam! Ja nie mam. Jezu, jakiś pogrzeb, jakieś kwiaty… Nie wiem, co się robi w takich sytuacjach. Dzwoni się z kondolencjami? Przyjedziesz?

– Dobrze, tylko się ogarnę. – Spojrzałam na telewizor, gdzie migało czarno-białe zdjęcie Moniki z wielkim żółtym paskiem na dole.

Kaśka się rozłączyła.

Skakałam znów po kanałach. Na wszystkich było to samo. Monika na zawodach jeździeckich, Monika w białej sukni, z Rémym podczas krojenia tortu, na konkursie pływackim, odbierająca nagrodę za blog roku… Przejrzałam komórkę. Informację o jej śmierci podał mediom Rémy…

Rzuciłam bluzkę w kąt, włożyłam dżinsy i sweter. Po chwili zmieniłam go na czarny golf. Tak chyba bardziej wypada…? Zdecydowałam się pojechać najpierw do pracy, Kaśka i Paula mogą zaczekać. Musiałam mieć chwilę dla siebie, zanim się z nimi spotkam.

Nie wiedziałam, czy napisać do Rémy’ego. Może lepiej zadzwonić? Wybrałam numer, ale nie odebrał. Włożyłam do torebki paczkę papierosów, a po chwili butelkę soplicy, która poniewierała się w zamrażarce. Zeszłam na parking, wsiadłam do samochodu i włączyłam radio.

Śmiercią Moniki Kasperowicz żyła cała Polska.

*

– Jak dowiedział się nasz reporter, ciało znaleziono w Pałacu Kultury i Nauki – zabrzmiał głos z radia. – Policja zabezpieczyła ślady i ustala okoliczności zdarzenia. Na razie nie udziela szczegółowych informacji. Więcej dowiemy się na konferencji prasowej zwołanej na godzinę trzynastą. Trudno spekulować, co się stało, chociaż to niewątpliwie smutna wiadomość. A już za chwilę naszym gościem będzie Małgorzata Chrabot, stylistka, która doradzała Monice Kasperowicz w wyborze sukni ślubnej…

Jechałam, starając skupić się na drodze. Poranek był jasny i chłodny, jeden z tych, które, choć wypełnione światłem, niosą ze sobą nieubłagany powiew jesieni.

Mona, pomyślałam. Mona nie żyje.

Powiedzieć, że byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami to zbyt wiele. Chociaż może kiedyś tak było. Znałyśmy się od dziecka, chodziłyśmy razem do szkoły. Ale Monika dużo podróżowała, wiele lat mieszkała za granicą, pojawiała się i znikała jak drugoplanowy bohater w filmie drogi.

Kilka miesięcy temu wróciła do Polski i na nowo wciągnęła mnie w swoje życie. Dopiero co zdołałam stanąć na nogi i rozkręcałam własną firmę. Ona była już znaną blogerką, internetową gwiazdą, a jej życie – dostępne w sieci na wyciągnięcie ręki. Zrobiła kilka kampanii reklamowych dla dużych marek, wydała książkę o urządzaniu przyjęć, potem drugą o klasycznej modzie, dostała nagrodę za Blog Roku. Zaręczyła się, kupiła z Rémym stary dom gdzieś na Kujawach, wzięła ślub. Zaczęła startować w zawodach jeździeckich, na razie na szczeblu regionalnym, ale radziła sobie całkiem nieźle.

– Małgorzata Chrabot jest już z nami, dzień dobry! – zaświergotało radio, gdy tylko umilkła radosna piosenka z irytującym „Kochanie, nie, nie, nie” w refrenie. – Pani Małgosiu – poufale zaczęła dziennikarka – proszę powiedzieć, jak zapamiętała pani Monikę Kasperowicz?

Boże drogi, pomyślałam. Już tu są.

Nie słuchałam Małgorzaty Chrabot, myślałam o Monice, ulubienicy mediów. Zrobiła na tym prawdziwy biznes: pokazywała się na przyjęciach, wyścigach, premierach. Umiała to wykorzystać. Paparazzi ją kochali, a ona pozwalała im na wiele: sesja zaręczynowa, ślub, nieustanna dostawa świeżych plotek, magazyny z błyszczącą okładką. Monika pokazuje pierścionek, wiesza pranie w holenderskich chodakach w swoim nowym domu (tytuł: „Pani na włościach”), walczy z rasizmem („Black is back”, a może „Black is the new black”?, nie pamiętam), z futrami, z niechęcią do uchodźców… Monika i Rémy, reklama biżuterii, para jak z obrazka: śliczna blondynka i ciemny jak heban potomek afrykańskich książąt. Oboje ubrani w diamenty. Kolekcja ślubna, edycja limitowana, z kuponem zniżka dziesięć procent.

Co tam paparazzi, westchnęłam, skręcając na most. Wszyscy ją kochali. A teraz zastanawiają się, co się stało.

– Nie wiemy, co się stało. – Małgorzata Chrabot jak echo powtórzyła moje myśli i pełnym napięcia głosem dodała: – Ale to może mieć wiele wspólnego z wyznaniem, jakie usłyszeliśmy kilka miesięcy temu. Mówię o walce z depresją.

– Dziękujemy, pani Małgosiu. Wrócimy do tej rozmowy po krótkiej przerwie. – Prezenterka chuchnęła do radiowego mikrofonu i zapowiedziała kolejny „Hit na poniedziałek”, a potem skrót wiadomości.

Wcisnęłam gaz i wjechałam na skrzyżowanie na żółtym świet­le. Podjechałam pod biuro w chwili, gdy w radiu zaczynał się kolejny serwis informacyjny, ale nie zdążyłam już usłyszeć, co nowego udało się dziennikarzom dowiedzieć w sprawie Moniki.

*

Ze swojej firmy Bramasole byłam niesamowicie dumna. Ciężko pracowałam na jej powodzenie i powoli zaczynaliśmy liczyć się w branży. Zajmowaliśmy się folderami reklamowymi, konferencjami, stronami internetowymi, obsługą PR-ową firm. Braliśmy mnóstwo drobnych zleceń, ale trafiło się też kilku większych klientów. Uwielbiałam tę pracę. Jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu była ta, gdy na broszurze o targach rolniczych ujrzałam podpis: „Projekt i opracowanie: Bramasole”. Targi rolnicze może nie są szczytem marzeń, jeśli chodzi o PR, ale dla mnie to było jak zdobycie Everestu. Firma w ciągu dwóch lat nieznacznie się rozrosła: zatrudniałam kilka osób i znalazłam wspólnika, dawnego dziennikarza śledczego, który rzucił pracę, wziął kredyt i zaproponował mi spółkę.

Nasze biuro mieściło się na pierwszym piętrze jednej z kamienic przy ulicy Narbutta, na Mokotowie. Zajmowaliśmy duży, prawie stumetrowy lokal. W dwóch pokojach urządzone były gabinety, jeden, największy, nazywaliśmy salą konferencyjną, a w najmniejszym trzymaliśmy różne graty. Mieliśmy też sporą, jasną kuchnię, ulubione miejsce do przesiadywania, picia kawy i plotek.

Tym razem zamiast zwyczajowej krzątaniny, syczenia ekspresu i hałasu drukarki przywitała mnie grobowa cisza.

– Cześć? – rzuciłam niepewnie w przestrzeń.

– O Boże, to ty! – Adaś, szczuplutki brunecik w okularach w grubej oprawce, wyszedł z pokoju z plikiem dokumentów przyciśniętym do granatowego sweterka. – O Boże, tak mi przykro!

– Wszyscy już słyszeliśmy – odezwała się Andżela, nasza graficzka. – To okropne, co się stało.

– W porządku – powiedziałam. – Eeee, właściwie wpadłam tylko na chwilę…

– To oczywiste! – Adaś próbował skrzyżować ręce, w czym wybitnie przeszkadzała mu gruba teczka. – Myśleliśmy, że w ogóle nie przyjedziesz! Jak się czujesz?

– W porządku. – Wzruszyłam ramionami.

– To przecież była twoja przyjaciółka! – Adaś kochał towarzyskie kolumny w gazetach i najwyraźniej był lepiej zorientowany w życiu Moniki niż ja. – Boże – potrząsnął głową – to musi być straszne.

Milczałam. Z głębi biura wynurzył się Rafał, mój wspólnik, gburowaty facet z brzuchem, którego wygląd i powierzchowność były dokładnym przeciwieństwem jego intelektu. Nosił złachane ciuchy i brodę jak troglodyta, ale umysł miał żywy jak srebro.

– Co się stało?

– O Boże, to ty nie wiesz? – Adaś nie mógł się pohamować.

– Nie wie – stwierdziła Andżela, rzucając Adasiowi karcące spojrzenie. Była chudą okularnicą z burzą rudych loków, niezbyt ładną i niezbyt towarzyską, ale na robocie znała się świetnie. Spojrzała na mnie badawczo, świdrując wzrokiem do tego stopnia, że poczułam się w obowiązku coś powiedzieć. – Nie wie, mimo że powinien.

– Moja przyjaciółka nie żyje.

Pierwszy raz wypowiedziałam te słowa. Przeszły mi przez gard­ło gładko, nie poczułam wcale ich ciężaru, jakbym przełykała słodki syrop, a nie tragiczną wiadomość.

– Przyjaciółka! – obruszył się Adaś. – To Monika Kasperowicz, Rafał, na pewno o niej słyszałeś.

– Coś tam słyszałem. – Rafał wzruszył ramionami.

– Boże, to był jakiś wypadek? Czy ty wiesz coś więcej? – Adaś nie dawał za wygraną. – Chyba że nie chcesz mówić, to nie mów…

– Nic nie wiem.

– Dajcie jej spokój – powiedziała w końcu Andżela, widząc moją nieporadność. – Rafał, rusz się i przynieś jej wody. Albo kawy. Chcesz kawy? – Podsunęła mi krzesło, zrobiła balona z gumy do żucia i wzięła ode mnie torebkę.

– Dziękuję, woda wystarczy.

– Nie ma za co. – Andżela uśmiechnęła się, pokazując aparat ortodontyczny. – Jak chcesz, to jedź do domu. My tu się wszystkim zajmiemy.

– Chyba i tak nie dałabym rady się skupić. – Kiwnęłam głową.

– Ależ oczywiście.

– Obiecałam też koleżankom, że przyjadę.

– Jasna sprawa.

– A gdzie jest Asia?

Asia była sekretarką. Pracowała w Bramasole dopiero od paru tygodni i nie byłam do końca pewna, czy to był dobry wybór. Obijała się w pracy i każdą prośbę o kserówkę czy maila przyjmowała wymownym „mhm,”, które znaczyło mniej więcej: „skończyłam dwa fakultety, stać mnie na więcej”.

– Zadzwoniła, że jest chora i nie przyjdzie – oznajmiła po krótkim milczeniu Andżela. – Mówiła, że wysłała ci wiadomość.

Spojrzałam na telefon. Wiadomości nie było.

– W ogóle się tym teraz nie przejmuj! – zawołał Adaś. – Ja tu za nią ogarnę.

Rafał podał mi szklankę wody.

– Naprawdę bardzo ci współczuję. Zaraz pewnie zaczną do ciebie wydzwaniać, jeśli rzeczywiście znały ją wszystkie małolaty.

– I nie tylko – mruknęła Andżela, puszczając balona z gumy. – Znał ją chyba każdy, ty jesteś wyjątkiem.

– Ja w przeciwieństwie do ciebie nie czytuję w pracy Pudla…

– Tere fere. Każdy czytuje.

– Przestańcie! – obruszył się Adaś. – Przecież to była żywa osoba, człowiek, miała rodzinę, a wy o niej jak o przedmiocie.

– Cały Pudelek jest tego pełen. – Andżela podsunęła mi komórkę pod nos. – Ale nie martw się, do wieczora się znudzą. No chyba że ktoś ma jeszcze jakąś bombę.

– Mówię ci – stwierdził fatalistycznym tonem Rafał – zaraz się zacznie. Nie opędzisz się.

Jakby zgadł, dokładnie w tej chwili zadzwonił mój telefon. Wyświetlił się nieznany numer.

– Odbierz – zarządziła Andżela.

– Nie odbieraj – powiedział w tej samej chwili Rafał.

– Halo? – chuchnęłam do słuchawki.

– Och, pani Osica? Tu Karolina Robart, dzwonię z czasopisma „Fame”, czy zgodziłaby się pani porozmawiać z nami o Monice Kasperowicz? Wie pani, wspomnienia, jakieś wzruszające chwile, wiemy, że pewnie to pani przeżywa, w końcu była pani jej najlepszą przyjaciółką – rzuciła na jednym wydechu, mocno akcentując słowo „najlepszą”.

– Nie, dziękuję, ale nie.

– Bardzo nam zależy. To okropne, co się stało, proszę zrozumieć…

– Naprawdę proszę nie dzwonić więcej.

– Czy Monika chorowała na depresję? Czy to prawda, że poroniła? Czy to na pewno był wypadek?

Rafał podszedł do mnie, zabrał mi komórkę i najspokojniejszym na świecie głosem powiedział:

– Tu prawnik pani Osicy. Pani Osica nie udziela wywiadów żadnym mediom. Do widzenia.

W biurze zapadła cisza. Pomyślałam, że nie zdawałam sobie sprawy z siły rażenia Moniki. Potrafiła nas trzymać z dala od cyrku, jaki urządzały na jej cześć media. Kaśka lubiła czasami ogrzać się w jej blasku, ale ja i Paula wolałyśmy pozostawać w cieniu.

Znów zadzwonił telefon. Rafał już wyciągał rękę, ale tym razem to była Kaśka.

– No i gdzie jesteś? – zapytała z pretensją w głosie.

– Jadę, już jadę – odparłam, rzucając reszcie wymowne spojrzenia.

– Paula już tu jest… Czy to prawda, co mówią, że to nie był wypadek? Że skoczyła z wieży nad basenem? Prosto na ten marmur, zamiast do wody?

Marmur. Basen. Posadzka mokra od krwi. Kształtne ciało Moniki wygięte w nienaturalny sposób. Długie ręce wyrzucone nad głowę, wilgotne włosy, szkliste oczy. Pęcherzyk śliny zastygły na ustach. Krwawa plamka w białku oka. Nieruchomy wzrok, wykrzywiona szyja, skręcony kark. Nie mam pojęcia, jak wygląda człowiek ze skręconym karkiem.

– Kasiu – zaczęłam cicho – nie mam pojęcia. Skąd mam wiedzieć?

– Kurwa, nie wiem. Ale chyba tam byłaś, nie? Już się robi afera, że Monika dała łapówę, żeby pływać bez ratownika… Paula tak mówi, że pływałyście bez ratownika, to prawda?

– To naprawdę nie jest rozmowa na telefon.

– A rozmawiałaś z mężulkiem?

– Kasiu – powtórzyłam. – Pogadamy, jak przyjadę.

– To przyjeżdżaj. Czekamy.

Rozłączyła się, zanim zdążyłam mruknąć „na razie”.

– Powiedzcie wszystkim, że mnie dzisiaj nie ma – obwieściłam.

– No pewnie – odparł Adaś. – Ja się wszystkim zajmę, nie przejmuj się.

Tylko Andżela nie wyglądała na zadowoloną.

– Że też Asia nie przyszła akurat w taki dzień…

– Daj spokój. – Adaś machnął ręką. – Wiemy, jak to jest z Asią. Wybierała się na wesele w sobotę. Pewnie jeszcze nie wyleczyła kaca.

– No właśnie – wtrąciła Andżela. – A czy ty nie byłaś niedawno na jej weselu?

– Weselu Moniki? Byłam. W sierpniu.

– Rozpisywały się o nim wszystkie gazety.

– To było dziwne wesele. Monika wylądowała w szpitalu…

– O tym gazety nie pisały.

– To nie było nic poważnego. Alkohol i upał. Zasłabła.

– Coś podobnego.

– Musisz czuć się strasznie – zatroskał się nagle Adaś. – Widziałaś ją wczoraj…

– Gdybym została…

– Och nie, nie myśl w ten sposób! Nie możesz się obwiniać!

– Jasne.

– A dokąd teraz jedziesz? Dasz radę prowadzić? – spytała rzeczowo Andżela. – Może cię zawiozę?

Zdziwiła mnie ta troska. W sumie wszyscy zachowywali się wyjątkowo opiekuńczo. Przez chwilę pomyślałam o flaszce soplicy w torebce. Ale zreflektowałam się. Kaśka mieszka w Śródmieściu, w razie czego mogę zostawić samochód pod blokiem i wrócić taksówką.

– Nie trzeba.

– Jesteś pewna? – Andżela już podchodziła do wieszaka, żeby włożyć płaszcz. – Nie powinnaś być teraz sama.

Wzruszyłam ramionami. Andżela zmierzyła mnie wzrokiem, najwyraźniej nie chciała dać za wygraną, bo włożyła płaszcz i wzięła torebkę. Liczyła na plotki? Newsy? Spojrzałam na nią nieufnie.

– Odprowadzę cię – rzuciła lekko.

– Jak chcesz.

*

– Byłyście blisko? – zapytała kilka minut później, zaciągając się papierosem na schodach. Wcześniej poczęstowała mnie, nie odmówiłam, choć były to czerwone marlboro, a ja od miesięcy próbowałam rzucić palenie. W ciągu dnia zazwyczaj trzymałam się dzielnie, gorzej było przy wieczornym drinku, wtedy trudno było powiedzieć „nie”, a dzisiaj, w taki dzień, czułam się usprawiedliwiona. Nie zapaliłam jednak papierosa, obracałam go w palcach. Wystarczało.

– Niezbyt. – Wzruszyłam ramionami.

Zapaliłam w końcu i natychmiast się zakrztusiłam, aż z oczu pociekły mi łzy.

Zdziwiło mnie jej pytanie. Andżela nie należała do osób, które zadawałyby takie pytania.

Nieco ekscentryczna, hodowała kiełki i robiła na drutach ogromniaste swetry. Nosiła wełniane getry do kolan, różowe albo fioletowe, rękawiczki bez palców, kolorowe zamki w aparacie na zęby. Sięgała mi do ramienia, ale roztaczała wokół siebie aurę siły i dominacji. Wiedziałam, że ćwiczy kick boxing. Jasne było, że nie warto z nią zadzierać: mały, rudy, wojowniczy piesek z obnażonymi ząbkami, gotowy kąsać, gdy coś mu się nie spodoba. Pracowała po cichu, dziergając jakieś projekty na boku. Często zostawała w biurze do wieczora. Twierdziła, że lubi, gdy nikt nie kręci się w pobliżu. Niekiedy na towarzyskie zaczepki odpowiadała soczystą kurwą. Nigdy wcześniej nie pytała mnie o życie prywatne.

– Nie wiem – powiedziałam, podczas gdy ona cały czas mierzyła mnie wzrokiem. Nie czułam się z tym dobrze. Miałam wrażenie, że muszę coś mówić, choć wcale nie miałam na to ochoty. – Znałyśmy się od dziecka. Podeszła do mnie i zapytała, czy chcę z nią siedzieć w ławce. Potem wyjechała i długo jej nie było. Ojciec dostał się na placówkę we Włoszech, Hiszpanii, potem w Stanach. Wróciła, gdy zaczynałyśmy liceum i znów trafiłyśmy do tej samej klasy. Ostatnio… ostatnio byłyśmy razem na wakacjach w Toskanii – dodałam ostrożnie – ale nie, chyba nie byłyśmy zbyt blisko. Kiedyś tak. Teraz, to znaczy wcześniej – zaczęłam się plątać, nie wiedząc, co powiedzieć. Nieśmiało zaciągnęłam się papierosem. – Nie wiem, miałam wrażenie, że jej bardziej zależy na tej przyjaźni niż mnie.

Andżela dalej paliła w milczeniu, przyglądając mi się.

– Nie wiem, co się stało, jeśli o to pytasz – rzekłam w końcu, zirytowana ciszą. Zgasiłam papierosa w połowie, jednak mi nie smakował.

Andżela zaciągnęła się kolejny raz.

– Bardzo ci współczuję – powiedziała w końcu, bez cienia ironii w głosie.

Znów poczułam się nieswojo.

– Dziękuję.

– Miała jakieś problemy? – pytanie od niechcenia, wydmuchane z dymem.

– Każdy ma jakieś problemy. – Zirytowałam się jeszcze bardziej.

– Racja. – Andżela zdeptała niedopałek i znów utkwiła we mnie wzrok. Wyjęłam z kieszeni kluczyki. Coś w tonie jej głosu, sposobie patrzenia, nie dawało mi spokoju.

– Lecę – rzuciłam.

– Na razie – odpowiedziała, posyłając mi zmrożone spojrzenie swoich niebieskich oczu. – Uważaj na siebie.

*

Jechałam zatłoczoną aleją Niepodległości i zastanawiałam się nad pytaniem, które zadała mi Andżela. Czy Monika miała prob­lemy? Powinnam odpowiedzieć: całą masę problemów. Relacje z ojcem, macochą, alkohol, prochy, leki, utracona ciąża, chorob­liwe wahania nastroju, depresja. Rémy, jej książę z bajki, też zresztą nie był święty, wiedziałam swoje… Nie była szczęśliwa w małżeństwie. Czy w ogóle była szczęśliwa?

Andżeli powiedziałam w większości prawdę. Nie wiem, czemu tak drążyła ten temat. Poznałyśmy się z Moniką na rozpoczęciu roku szkolnego jako siedmiolatki. Granatowe spódniczki, warkocze, wstążki we włosach. „Czy mogę usiąść obok ciebie?” – zapytała, potrząsając zabawnie kitkami. Lubiła powtarzać, że wtedy nasze życia splotły się na zawsze. Lubiła myśleć, że zostałyśmy w jakiś sposób sobie przeznaczone, że połączyła nas szczególna więź. Ta sama data urodzenia, ten sam ulubiony smak lodów (pistacjowy), ta sama ukochana baśń („Sinobrody”), jej najukochańsza lalka nazwana moim imieniem… Lubiła, obie lubiłyśmy to tak nazywać: magia, mentalne bliźniaczki, jedna dusza podzielona na dwie. Ale to było dawno. Byłyśmy przecież dziećmi i to, co wydarzyło się między nami, było zwyczajną szkolną przyjaźnią: odpisywanie lekcji, liściki na pachnącym papierze, dziecięce przyjęcia w piżamach. Tak to pamiętam. Popołudniami jadłyśmy pączki i piłyśmy sok przez słomki. Pozwalała mi przymierzać swoje piękne stroje. Nosiłyśmy kolczyki z czereśni, wykradałyśmy z barku kukułki. „Mają w sobie alkohol!” – powtarzałyśmy. Pamiętam jej lalki Barbie, ich wiecznie ginące buciki. Papierowe lampiony przywiezione z Japonii, brokatowe lakiery do paznokci. Lustra w domu Moniki i kręcone schody, po których chodziłyśmy jak po wybiegu. „Tańcz, Magdaleno, tańcz!” – krzyczała do mnie, puszczając muzykę z „Jeziora łabędziego”, ubrana w trykot i różową spódniczkę baletnicy. Marzyłam o takiej spódniczce i Monika pewnego dnia oddała mi swoją, mówiąc po prostu, że tata kupi jej drugą.

Piękny dom, kryształy na eleganckich stolikach, przyćmione światło z kinkietów, szepty dorosłych. Na honorowym miejscu na toaletce (toaletce!) stało zdjęcie matki Moniki w srebrnych ramkach. Delikatna blondynka o spojrzeniu spłoszonej łani. Świeże kwiaty w wazonach, pokojówka w bezgłośnych kapciach, zapach lilii w powietrzu. Urodziny w ogrodzie: klaun zabawia gości, ktoś wnosi ogromny tort przybrany różyczkami. Kudłaty pies, nie wiem skąd, moja matka w burej garsonce niepewnie trzymająca talerzyk z sałatką z makreli. A może to były moje urodziny? Nie pamiętam.

A potem Monika wyjechała. Ojciec zabrał ją ze szkoły kilka dni przed zakończeniem roku i nie widziałam jej przez sześć lat. Wróciła, kiedy kończyłam gimnazjum i byłam zakompleksionym brzydkim kaczątkiem, chudą nastolatką w spiętym agrafkami swetrze. Wieczorami słuchałam pseudometalowych zespołów i popijałam wykradzione z barku wino. Nie miałam wielu przyjaciół, wolny czas spędzałam najczęściej samotnie na grze na gitarze i pisaniu smutnych wierszy. Byłam tak przeciętna, jak tylko można sobie wyobrazić. Monika była królową życia. Miała najlepsze włoskie ciuchy i pewność siebie, o której mogłam tylko pomarzyć.

Poszłyśmy razem do liceum Staszica. Ja, bo zakuwałam po nocach, ona, bo była córką ambasadora. Ojciec chciał wysłać ją do szkoły za granicą, ale uparła się, że maturę zrobi w Polsce. Miała ogromne braki, przez lata na emigracji nie tknęła polskiej książki, ale była tak pełna wdzięku, że Mickiewicz nie był jej do niczego potrzebny. Potrafiła owinąć sobie nauczycieli wokół palca. Przepuszczali ją z klasy do klasy mimo dwój, przepchnęli przez egzaminy maturalne. A ja byłam blisko niej, tak blisko, że i na mnie od czasu do czasu spływał roztaczany przez nią blask. Wałkowanie lektur, żmudne tłumaczenie równań, korepetycje, podczas których Monice mitochondria myliły się z mitologią. Popalanie papierosów w Łazienkach („Zróbmy coś szalonego, Osiczko, proszę!”), imprezy, chłopcy, szampan o ósmej rano. Wycieczki w góry, weekendy na działce, wieczory, podczas których odtwarzałyśmy nasze dziecięce zabawy. Ojciec Moniki ożenił się po raz drugi („Nienawidzę suki. Wyrzuciła z sypialni wszystkie pamiątki po mamie, rozumiesz, wszystkie”), namawiał ją na studia za granicą. Namówiła też mnie. Miał być Londyn, zabawa, Picadilly Circus („Zobaczysz, Osiczko, będzie wspaniale!”). Studia kosztowały trzy tysiące funtów za semestr. Monika wzruszała ramionami, ja musiałam kombinować. Dostałam stypendium na trzy lata w Szkocji, w Glasgow, ale nie poleciałam. Zrezygnowałam w ostatniej chwili.

Monika zrobiła licencjat w Londynie, potem przeniosła się do Paryża („Mon français est impeccable!”), potem znów wróciła na Wyspy. Nie interesowały jej już wtedy studia, założyła bloga i z miejsca odniosła oszałamiający sukces. Od czasu do czasu wracała do Polski, ale nie miałyśmy wtedy kontaktu, wiedzę o jej życiu czerpałam z Facebooka i serwisów plotkarskich.

O tym, co działo się przez tych parę lat, dowiedziałam się dopiero ostatnio w Toskanii. Monika sama to wymyśliła, panieński tydzień, ja, ona, Kaśka i Paula, tyle że w końcu Paula nie pojechała. To był dziwny wyjazd. Tydzień, który wykończył mnie psychicznie. Ciągłe napięcie, powracająca przeszłość. Bliskość, zbyt duża bliskość. W tej kwestii też powiedziałam Andżeli prawdę. Monika szukała ze mną kontaktu, łaknęła mojej obecności. Wyciągała mnie ciągle na jakieś lunche, wystawy, wernisaże. Nie miałam szczególnej ochoty, zajęta własnym życiem, planowanym wyjazdem do Stanów, pracą. W pewnym sensie chyba ją odtrąciłam, pokłóciłyśmy się kilka tygodni przed ślubem. Na weselu trzymałam się na dystans, nawet ślubne fotki wyszły sztywne i wymuszone. Najlepiej czułam się, kiedy wyjeżdżała na Kujawy, kiedy nie było jej w mieście, kiedy nie musiałam żyć jej życiem, kiedy w końcu udawało mi się na chwilę oderwać od niej, od bycia jej cieniem.

Każdy ma problemy, powtarzałam sobie. Każdy.

Kiedy dojeżdżałam pod mieszkanie Kaśki, przejęta prezenterka z radia grobowym głosem oznajmiła, że przy Monice znaleziono znaczną ilość narkotyków, a ona sama po ich zażyciu miała skoczyć do basenu, stracić przytomność i nigdy już nie wypłynąć.

*

– Ale jak to, kurwa, samobójstwo?!

Kaśka kręciła się po kuchni z kieliszkiem szampana w ręku. Potargana grzywka, legginsy w lamparcie cętki, różowa hybryda na paznokciach – dawno porzuciłyśmy nadzieję, że kiedy­kolwiek przestanie ubierać się jak dziewczyna dresiarza. Zbiła na tym zresztą całkiem niezły kapitał. Pozazdrościwszy popularności Monice, założyła bloga, gdzie prezentowała ciuchy rodem z bazarów: chińskie biustonosze, przyciasne koszulki, klapki na grubych platformach. Zmanierowane internautki wydawały się zachwycone tym powiewem świeżości w poprawnie politycznej nudzie, w natłoku ołówkowych spódnic i camelowych płaszczy fair trade, choć styliści i kolorowe pisma nie szczędziły Kaśce określeń, wśród których „bezguście” było najłagodniejszym. Kaśka, niezrażona krytyką, żując gumę i pokazując tysiącom ludzi w Polsce swoją diastemę, nagrywała z zapałem kolejne tutoriale pod hasłem „jak zrobić smokey eye”, wrzucała fotki „look of the day” z windy i zdjęcia stóp w szpilkach tak ciasnych, że z pewnością dorobiła się odcisków. Wylansowała się na tym do tego stopnia, że dostała program w kobiecej telewizji, zachwyconej „normalną dziewczyną” z sąsiedztwa, nieoszlifowanym, zbrukanym diamentem, błyszczącym na tle blogerek ubranych w kaszmirowe swetry i trampki Converse.

Mimo całkowitego przeciwieństwa wysmakowanego stylu Moniki Kaśka dogadywała się z nią zaskakująco dobrze. Punktem wspólnym była szkoła i ów pamiętny moment, kiedy Monika zapytała, czy może ze mną siedzieć, a chwilę potem Kaśka rzuciła się na nas ze swoim charakterystycznym rykiem i otwartą buzią, demonstrując imponujące jedynki. Już z nami została. Zachowało się nawet zdjęcie, na którym Kaśka stoi pomiędzy mną a Moniką i trzyma nas pod ręce, w spódniczce w kratkę i z uśmiechem od ucha do ucha.

– Kto tam był na tym basenie?! – wydzierała się teraz, celując we mnie oskarżycielsko palcem. – Czemu żeście jej, kurwa, nie przypilnowały?!

– Kasiu, uspokój się – powiedziałam i podniosłam w geście obrony butelkę soplicy.

– Gówno. Gadałaś z mężulkiem?

Kaśka w przeciwieństwie do mnie i Pauli nie lubiła Rémy’ego. Mówiła o nim „ten czarny” albo „mężuś” i za nic w świecie nie chciała przekonać się do rozmawiania z nim po angielsku.

– Nie – odparłam.

Po drodze próbowałam znów do niego dzwonić, ale bez skutku, telefon nie odpowiadał.

– Nie wierzę w żadne samobójstwo – oznajmiła Kaśka i dolała sobie szampana, a potem syknęła w stronę skulonej na stołku Pauli. – A ty co tak cicho siedzisz? Boże Święty. Powiedz coś!

Paula wzruszyła ramionami. Ulepiona z tej samej gliny co Monika, miała coś, co można nazwać wrodzoną powściągliwością. Żadnych emocji na zewnątrz, starannie dobierane słowa, dyplomacja i takt, kij połknięty za młodu. Paula też pochodziła z bogatej rodziny, kończyła najlepsze szkoły, miała świetną posadę w jednej z kancelarii prawnych. Nosiła doskonale skrojone garsonki i szpilki, nigdy nie miała plam potu pod pachami ani oczek w rajstopach. Używała w naszej obecności takich słów jak „cesja” i „kontradyktoryjność”, a na pępkowe zażyczyła sobie urządzenie do recyklingu pieluch. Od blisko roku, czyli od narodzin córki, sprawiała jednak wrażenie zmęczonej i zaniedbanej. Teraz też nie wyglądała najlepiej. Poplamiony sweter, przyciasna spódnica, tłuste włosy przyczesane palcami. Twierdziła, że chciała mieć dziecko, ale najwyraźniej urlop macierzyński jej nie służył. Nie wyglądała na szczególnie szczęśliwą i zadowoloną. Nie pojechała z nami na toskańskie wakacje. Miała o to do nas cichy żal, choć Monika proponowała jej wyjazd wraz z małą Lenką.

– Poszłyśmy na basen – powiedziała spokojnie Paula. Zawsze była dokładna i metodyczna. – Ja wyszłam pierwsza. Magda po mnie. Monika została.

Kaśka nie słuchała. Miotała się po kuchni i powtarzała w kółko „nie wierzę”. Patrzyłyśmy na nią, a ona przechodziła przez zasłonkę z drewnianych paciorków z kuchni do pokoju i z powrotem. Wynajmowała ciasną kawalerkę niedaleko Hali Mirowskiej, wiecznie zabałaganioną i wciąż pełną dziewczęcych gadżetów: pluszaków, wykładanych sztucznym atłasem pudełeczek i przykurzonych wieszaków na biżuterię w kształcie kobiecych dłoni. Jedynym miejscem, gdzie panował jaki taki porządek, była kuchnia, zaskakująco duża i jasna jak na jednopokojowe mieszkanie. Kaśka upchnęła w niej stół i cztery krzesła, stałe miejsce naszych babskich posiadówek.

– Nie wierzę – w końcu rzuciła głośno i wyraźnie, stanąwszy na środku kuchni. – Jak bardzo trzeba być nieszczęśliwym, żeby się zabić? Prędzej uwierzę w wypadek. Dawaj tę wódkę.

Minęło kilka sekund, zanim załapałam, o co mnie prosi, i podałam jej soplicę. Kaśka powąchała zawartość i wyjęła kieliszki.

– Ja nie piję – powiedziała cicho Paula.

– Masz ci! – warknęła Kaśka. – A niby czemu?

– Samochodem jestem.

– Możesz zostawić samochód.

– Dziecko mam! Puknij się, teściowa jej pilnuje, myślisz, że jest zachwycona?

– E tam. – Kaśka nalała trzy kieliszki i wręczyła nam je w dziwny, nieco uroczysty sposób. – Ty też nie pijesz?

– Nie. – Zemdliło mnie na samą myśl o wódce, choć wcześniej sądziłam, że alkohol dobrze mi zrobi. Ale nie było nawet jeszcze południa.

– Znalazły się abstynentki – fuknęła Kaśka. – Panienki, kurwa. Co, wy pewnie tylko cabernet sauvignon pijacie? Szampana mam, chcecie?

Pokręciłam głową, Paula też. Kaśka wzruszyła ramionami i wypiła swoje wino. Skrzywiła się, ja też.

– No, dobra – zaczęła – coście robiły na tym basenie?

Paula poruszyła się niespokojnie na stołku. Przypominała kurę zdjętą z grzędy i wrzuconą do gniazda orłów.

– To, co się robi na basenie, kochanie. Poszłyśmy popływać – powiedziała spokojnie. – Monika ma rezerwację na niedzielne wieczory. – Pociągnęła łyk kawy z filiżanki i niepewnie spojrzała na nas. – A basen jest po remoncie, nie masz pojęcia, jak tam teraz pięknie…

Miała rację. Basen w Pałacu Młodzieży zachwycał. Wysokie okna, wielki świetlik nad taflą wody, białe, niezbrukane kafelki. Lśniące czystością przebieralnie i łazienki, wspaniała wieża do skoków. Rozproszone, miękkie światło, marmur, chłodna woda… Remont kosztował trzynaście milionów złotych, jeśli wierzyć gazetom, więcej, jeśli wierzyć Monice. Renowacja pozwoliła pływalni odzyskać dawny, trochę staromodny czar.

Spędziłyśmy tam wiele godzin. W liceum zapisałyśmy się do sekcji pływania synchronicznego, dziesięć długonogich syren o skórze zżartej chlorem, wymieniających w szatni wrażenia z pierwszych razów. Potem większość z nas zamieniła wymachy nogami na inne zajęcia. Zmyłyśmy wodoodporny makijaż, nasze drogi się rozeszły. I tylko Monika z uporem maniaczki powtarzała żmudne ćwiczenia, monotonne trasy od ściany do ściany. Do basenu w Pałacu miała niesamowity sentyment. Wiosną tego roku, gdy skończono remont, była już w Polsce i wykupiła stałą rezerwację na niedzielne wieczory, tylko dla niej. Wynajęcie hali musiało kosztować fortunę, ale nazwisko Moniki otwierało wszystkie drzwi. Te dwie godziny były tylko dla niej, a czasem dzięki jej hojności i dla nas. Nikt się nie kręcił, nikt nie przeszkadzał. Byłyśmy tylko my i cisza. Pięćdziesiąt, sto długości. Luksus, za który Monika była gotowa płacić, a ja i Paula bezczelnie z tego korzystałyśmy.

– No poszłyście i co? Tak ją tam zostawiłyście?

Paula popatrzyła na mnie niepewnie.

– Przyszłam o ósmej – zaczęła, mieszając łyżeczką w filiżance. – Ale nie zostałam długo. Chciałam się poruszać, ale musiałam wracać do małej. Pogadałyśmy trochę. Wyszłam tak gdzieś – spojrzała na mnie z ukosa, unosząc brwi – koło dziewiątej. Przed dziewiątą.

– A ty co? – Kaśka kontynuowała przesłuchanie, nalewając sobie drugi kieliszek wódki.

– Nic – odpowiedziałam, wyobrażając sobie, że to mnie wódka rozlewa się w żołądku.

Kaśka była mała jak żabka, ważyła może ze czterdzieści pięć kilo. Pomyślałam, że zaraz nam się tu urżnie i spytałam:

– Jadłaś coś?

– Nie zmieniaj tematu!

– Przecież nie zmieniam. A ty kiedy ją ostatni raz widziałaś?

– Po weselu. W szpitalu, potem już nie. Mów, co się stało.

– Przecież mówię. Powiedziała, że chce zostać sama. Rozmowa nam się nie kleiła. Było tak jakoś sztucznie.

– Ha! Więc jednak nie zachowywała się całkiem zwyczajnie.

– Kasiu. – Postukałam pustym kieliszkiem o blat stołu. – Ona ostatnio nie zachowywała się zwyczajnie. Nie mów, że tego nie widziałaś. Co było w Toskanii, na wieczorze panieńskim, na ślubie…

– Na ślubie to akurat była przeszczęśliwa.

– No nie wiem – powiedziałam. – Jak dla mnie to zachowywała się dziwnie.

– Nie była sobą – wtrąciła Paula. Nie chciała powiedzieć Kaśce, co obie myślałyśmy podczas wesela. – Kasiu, ona była… chora. Chyba. Tak sądzimy.

Kaśka patrzyła na nas, intensywnie mrugając.

– Boże święty. I dlatego rozbiła sobie głowę o beton?!

– Skąd wiesz, że rozbiła głowę?

– Czytałam na „Pudlu”.

– Kasiu, to niemożliwe – odparła Paula. – Tam… tam się nie da tak skoczyć. Poza tym tam jest jakieś dziesięć metrów? Z wieży. Nie mogła skoczyć.

– W radiu powiedzieli, że się utopiła – wtrąciłam. – Że się upiła i wpadła do wody.

– Nie wierzę w to. Wpadła do wody?! Przecież ona świetnie pływała. Upiła się? Musiałyście to widzieć! Była pijana?

– Nie, chyba nie – odparłam po chwili. – Ale głowy nie dam. I mogła być na jakichś prochach. Kazała mi wyjść. Wyraźnie.

– Kasiu, posłuchaj – zaczęła Paula i wygładziła spódnicę. – Monika miała depresję. To naprawdę mogło być samobójstwo.

– Ona się nie zabiła! – ryknęła Kaśka i się rozpłakała. – Przecież dopiero wyszła za mąż. Chuj, że za czarnego, jak chciała z nim być, to trudno. No przecież chciała. I chciała mieć dziecko. Chodzi wam o ten wieczór panieński? Jezu, przecież każdy może mieć chwilę zwątpienia. Ja, gdybym wychodziła za mąż, to też bym spanikowała, możecie być pewne.

Popatrzyłyśmy po sobie. Wydawało się, że Kaśka nie chce przyjąć do wiadomości tego, co dla nas było oczywiste. Może naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego, jak zachowywała się ostatnio Monika.

– Kasiu, z nią nie wszystko było w porządku.

– Nawet bardzo nie było w porządku.

– Co z tego?! A nie zostawiła listu? List! A mężulek nic nie wie?

Wyłowiłam z torebki telefon. Rémy milczał.

– Ja wam powiem. Nie wierzę, że się zabiła. – Kaśka chlusnęła soplicą na stół. – Tacy ludzie nie popełniają samobójstw. I to nie był wypadek, dam głowę. I, kurwa, nic nie rozumiem! – Zaszlochała, podnosząc do góry komórkę, a potem podetknęła mi ją pod nos. – Cały pieprzony Facebook jest tego pełen! Calutki. Jak się, kurwa, kasuje to konto, przecież to niesłychane, co ludzie tam wypisują!

Spojrzałyśmy z Paulą na ekranik. Po chwili wzięłam do ręki własną komórkę i znalazłam profil Moniki. Miała na Facebooku ponad sto tysięcy fanów. Trzysta tysięcy na Instagramie. Wyglądało na to, że pożegnać się z nią chciała co najmniej połowa ludzi, którzy od kilku lat śledzili każdy jej krok. Zapalali wirtualne znicze. Wrzucali jej stare zdjęcia, naprędce przerobione na czarno-białe. Zostawiali laurki. Pisali, że ją kochają, bo była piękna, mądra i dobra. I pisali, że jej nienawidzą. Z tych samych powodów.

*

Śpij słodko, Aniołku, na tym łez padole nie miałaś już czego szukać. Odeszłaś tak młodo, to nie fair, to tak bardzo nie fair, całe życie przed sobą miałaś, gwiazdeczko nasza. Tak cię kochaliśmy, śliczna Moniczko, która umiałaś się ubrać i ugotować, i nawet konno jeździć umiałaś. Każdy, kto cię znał, powtarzał, jaka byłaś wspaniała. Trudno nam się z tym pogodzić, Moniko, że już cię nie ma wśród nas. Mamy nadzieję, że ci, co cię opluwali, dziś z pokorą schylają głowę, posypują ją popiołem, korzą się. Mają cię na sumieniu, Moniko, wiemy o tym. Bardzo współczujemy twojej rodzinie, Twojemu tacie, którego los tak okrutnie doświadczył, który stracił najpierw ukochaną żonę, a potem jedyną córkę. Ciebie, Moniko, promyk światła w tym dole kloacznym, w tym gównianym, zajebanym świecie. Kochaliśmy cię bardzo, przeżywaliśmy twoje sukcesy i porażki, wychodziliśmy razem z tobą za mąż, pewnie dziecko też byśmy razem z tobą urodzili, ale nie zdążyliśmy. My wiemy, co cię wykończyło, Moniczko. Te pismaki z gazet, dranie, jak psy węszące wokół ciebie, jak psy wokół suki. Uciekałaś przed nimi, ale oni i tak potrafili cię wytropić. My wiemy. Wiemy, że dla ciebie, Moniko, świeciło tylko czarne słońce, że twoje życie było tylko na pokaz, na Instagram, a nie naprawdę. Taka jest cena, sama się zresztą o to prosiłaś. Tylko pieniądze ci były w głowie, tatusia pieniądze, a potem mężusia, czarnego czarnucha, brudasa. Lubiłaś pewnie czarne wielkie kutasy, dawałaś każdemu, a potem sprzedawałaś gazetom historyjki o bogatych szejkach. Wszystko byś sprzedała, matkę rodzoną i ojca, Monika to, Monika tamto, dobrze, że z lodówki jeszcze nie wyskakiwałaś, w różowym przebraniu króliczka, krzycząc „surprise”. Taka byłaś jak ten króliczek, głupia jak but, tatuś twój z Ruskimi całe życie trzymał, my wiemy. My pamiętamy. Taka z ciebie Polka jak z koziej dupy trąba, zagraniczny akcent, że niby taka wykształcona na amerykańskich uczelniach byłaś. Tatuś twój komuch, a mamusia żadna amerykańska aktorka, zwyczajna żydowska dziwka, od razu po nosie było widać, po nazwisku. Wiemy o tym, Moniko, wiedzieliśmy, kim jesteś naprawdę, pustaku, rysunkiem na szkle, wytworem internetowym, nie było cię na Fejsie ostatnio, więc nie istniałaś. Czarnego sobie za męża wzięłaś, Abdullaha jakiegoś, kto to widział, z takim się prowadzać, terrorystą z Boko Haram, co pod garniturkiem bombę pewnie trzymał. A może on nie żaden książę, tylko uchodźca? Imigrant ekonomiczny, psia jego mać, pracę uczciwym ludziom zabrać przyjechał, białą dziewczynę wyruchać. Na łódce morze przepłynął, by przybyć do ciebie, na dziurawej łódce na Lampedusę. Że też tatuś twój się zgodził, dziw bierze, takiego zięcia do rodziny przyjął. Sam też zresztą żaden patriota, Niemiec na pewno, powiedz, miałaś jakiegoś dziadka w Wehrmachcie? Na pewno miałaś, od razu było widać po twojej twarzy, jakbyś trochę grubsza była to ani chybi niemiecka Helga z końską twarzą. To stąd te pieniądze, zrabowane nam, Polakom prawdziwym, nie wmówisz nam przecież, że na tych fatałaszkach, ciuszkach zarobione, kto to widział takie pieniądze zarabiać? My zarabiamy minimalną, a ty miałaś wannę na złoconych nóżkach. My zasuwamy, dzień w dzień o piątej rano wsiadamy do autobusów, zapierdalamy na kasach, w sklepach, złotych tarasach, miejscach, gdzie takie jak ty przychodzą i uważają, że są lepsze od nas. W czym ty byłaś lepsza od nas? Nie wiesz, co to znaczy praca, co to znaczy mieć trójkę dzieci na utrzymaniu i zarabiać minimalną, czy ty wiedziałaś w ogóle, ile wynosi minimalna? Nie wiedziałaś, skąd miałaś wiedzieć, spałaś na dolarach swojego tatusia i swojego mężusia, dupę w kieckach pokazywałaś, wywiadów udzielałaś, ile na sukienkę wydałaś. Tyle, za ile my musimy rodziny utrzymać, dzieciom wyprawkę do szkoły kupić, nas nie stać na egzotyczne wakacje, na Malediwy, na Seszele. My tyramy, żeby takie jak ty patrzyły na nas z góry i traktowały jak gówno, żeby mówiły nam, gdzie nasze miejsce. Należało ci się, tak to się kończy, kiedy najebana laska wybiera się na basen.

Oderwałam wzrok od smartfona. Paula na przemian otwierała i zamykała usta. Kaśka patrzyła na nas z kamienną twarzą.

– Ale – widać było, że Paula ledwie powstrzymuje łzy – ale przecież to w ogóle nie ma nic wspólnego z prawdą! Przecież ona była…

– …mądra i dobra. Boże święty, była. I co z tego?

– Ale jak to możliwe, że nikt tego nie moderuje, najprostszy filtr powinien te bluzgi wyłapać…

– Nie wiem. – Kaśka zacisnęła usta. – Cały internet jest tego pełen. Zalew hejtu. Powódź, normalnie, kurwa, tsunami.

– Czy da się to jakoś usunąć? – Paula nie chciała odpuścić. Drżał jej głos, ręce ledwie były w stanie utrzymać filiżankę z kawą. – Zablokować?

– Trzeba mieć uprawnienia administratora. Na blogu jest jakaś cenzura, ale na Fejsie? Proszę cię. Nie wiem, kto jej zarządzał tym profilem, dlatego pytałam, czy mężulek nie dzwonił. – Kaśka kolejny raz oskarżycielsko wskazała na mnie palcem. – Może da się to wyłączyć. Nie wiesz?

– Sama zarządzała tym kontem – powiedziałam. – Mówiła, że sama. Ale tam z nią pracowało parę osób. Ten fotograf…

– Królak – wtrąciła Kaśka. – Znam go. Czy Król… nie pamiętam. I jeszcze jakaś dziewczyna, redaktorka.

– Dwie dziewczyny – poprawiłam – fotograf i dwie dziewczyny od bloga. Asystentki. Mówiła o nich w Toskanii, pamiętasz? Byli na ślubie. A do Rémy’ego dzwoniłam, ale nie odbiera.

– Nie dziwię się! – prychnęła Paula. – Ja też bym nie odbierała. Boże, to musi być straszne. Zadzwonię do jej ojca. Może coś wie.

– A jeśli to on ją zabił? – Kaśka dostała wypieków, nie wiem, czy z emocji, czy od wódki. – Mógł to zrobić, nie?

– Ojciec?

– Jaki ojciec, mężuś.

– Oszalałaś? Przecież ją kochał!

– Ale odziedziczyłby po niej fortunę.

Zamilkłyśmy. Tak mogło być. Monika miała pieniądze i to wcale nie za sprawą bloga ani ojca. Opowiedziała nam kiedyś tę historię, równie niewiarygodną, co większość wydarzeń w jej życiu. Jej amerykański dziadek ze strony matki, James Fontaine, był naftowym potentatem i zostawił bajeczny majątek. Jakieś posiadłości, rancza, kolekcję aut. Stara amerykańska rodzina, dawni plantatorzy bawełny czy coś w tym rodzaju, piękne domy, służba… Część tej fortuny po jego śmierci dostała matka Moniki, Anne. Nie chciała tych pieniędzy. Z tego, co wiem, opuściła dom bardzo wcześnie i niemal całkowicie zerwała kontakty z rodziną, która nie akceptowała życia, jakie wybrała. Bo Anne, zamiast iść na studia albo chociaż zdobyć jakiś przyzwoity zawód, chciała zostać aktorką i udało się jej. Nie była może wielką gwiazdą, jej kariera trwała krótko, ale miała swoje pięć minut. Zagrała w kilku filmach, potem serialu „Złote wzgórza”, który okazał się wielkim hitem.

Kiedyś na jakimś przyjęciu poproszono ją, by zaśpiewała. Jak Marilyn Monroe. Poznała tam ojca Moniki, wówczas attaché kulturalnego ambasady. („To była miłość od pierwszego wejrzenia”). Szalona miłość, szybki ślub. Nie wypadało, by żona dyplomaty grywała w serialach, Anne zrezygnowała więc z aktorstwa. Według Moniki nigdy nie żałowała, za swoim mężem poszłaby na koniec świata. W pewnym sensie poszła, myślałam zawsze. Monika pokazała mi kiedyś ich zdjęcia: ona w białej sukience i kapeluszu, on w ciemnym garniturze pod Koloseum; razem na afrykańskim safari, na Times Square, pod wieżą Eiffla, wreszcie w szarym i zasnutym mgłą centrum Warszawy. Wiele razy się nad tym zastanawiałam. Dziewczyna z ciepłego południa Stanów Zjednoczonych, wychowana na kukurydzy i pieczonym kurczaku, wrzucona do kraju na końcu świata, gdzie ledwie można było kupić masło czy jajka. Do tego różnica wieku, pochodzenia, wyglądu… Wiotka jak trzcina Anne i Jerzy Kasperowicz, wielki jak kredens człowiek o niewymawialnym dla niej nazwisku. Mógł pewnie bez trudu unieść ją jedną ręką.

Musiała go bardzo kochać.