Baronowa Blixen - Dominique de Saint Pern - ebook
Opis

Baronowa Blixen opowiada o słynnej duńskiej pisarce Karen Blixen (1885–1962). Opowiada w fascynujący i nietypowy sposób. Autorka, francuska dziennikarka i pisarka Dominique de Saint Pern, określiła książkę terminem „powieść”. Ta szczególna powieść biograficzna ma jako narratorkę Clarę Selborn (1916–2008), wieloletnią sekretarkę Blixen. Sama Karen Blixen, znana przede wszystkim ze sfilmowanej powieści Pożegnanie z Afryką (1937, film 1985) i również sfilmowanego (1987) opowiadania Uczta Babette, była osobowością niezwykłą, trudną, a zarazem heroiczną. Na fabułę niniejszej powieści składa się rekonstrukcja jej życia, dawny i dzisiejszy obraz miejsc, w których przebywała: prowadzonej przez nią w latach 20. XX wieku plantacji w Kenii i ojczystej Kopenhagi, gdzie pisała pod pseudonimem, a w ostatnim roku życia była bliska otrzymania Nagrody Nobla. Fabularyzowana opowieść o życiu Blixen włożona w usta Clary Selborn ukazuje pisarkę w najważniejszych momentach jej życia, zwłaszcza gdy po powrocie z Afryki rozwija działalność literacką. W tej fabularyzowanej biografii prawie wszystkie postacie są autentyczne, łącznie z Meryl Streep na planie filmu, a fakty, ujęte w fascynującą opowieść, stanowią wynik rzetelnych badań autorki i jej wywiadów z żyjącymi jeszcze świadkami wydarzeń.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dominique de Saint Pern

Baronowa Blixen

Przekład Bogdan Baran

Czytelnik

Warszawa 2016

Prolog

Kopenhaga 1983

Istnieje bóg od czuwania nad gasnącymi legendami. Od pamięci o gwiazdach nieco zapomnianych. Anioł stróż zdolny do odejścia od stołu, przy którym świętują bogowie. Istnieje, bo inaczej – jak to wytłumaczyć?

Blixen. Karen Blixen. To nazwisko nie wzbudza dziś już wielkich emocji. Jej pseudonim Isak Dinesen też nie. Po hebrajsku „śmiejący się”. Isak – ciągła obietnica literackiej Nagrody Nobla, która nie nadeszła. Co zaś do baronowej Blixen… już za życia młodzi duńscy rodacy uważali ją za martwą. Jej życie i opowieści należały do poprzedniej epoki. Powojenny świat zwrócił się ku czemuś innemu – ku egzystencjalizmowi i jazzowej gorączce piwnic Saint-Germain.

Martwa? Nie znali jej. Spędziłam ponad dwadzieścia lat u boku Karen Blixen. As zmartwychwstania. Naprawdę bardzo silna. Pewna siebie, o urzekającej prezencji… I ta sztuka wychodzenia z grobu – próbowały ją do niego wepchnąć mody literackie, które same tam kończyły – nie mówiąc o gorliwości lekarzy, którzy badali jej cierpiące ciało, deformowali je, usuwając tu nerw, tam dno żołądka, krojąc ją na kawałki pod pretekstem chronienia życia. Psuła szyki diagnozom, odcinała się od nich i oczarowywała wszystkich.

W wieku, w którym inne grały role wdów, ona jawiła mi się jako wamp Manhattanu. Wspaniała. Siedemdziesięcioczterolatka, z Ameryką czerwonych dywanów u stóp. Byłam tam. Nowy Jork 1959. Nieprawdopodobne wydawało się to wszystko, ta ekscytacja, ta adoracja.

Potem uspokojenie. I niepamięć.

Ostatnie tchnienie wydane jesienią 1962 roku, po siedemdziesięciu siedmiu latach życia, które w znacznej mierze tylko ja mogłam opisać.

I nagle Hollywood. Film biograficzny, mówią. Jej życie w Afryce. Będzie zatytułowany Pożegnanie z Afryką, tak jak książka ze wspomnieniami z Afryki, największy sukces literacki Karen Blixen. Jej legenda przeniesiona na panoramiczny ekran. Meryl Streep, Robert Redford. Zachwyciłoby ją to. To? Gwiazdy, sunlights, imprezy, blask legendy, którą troskliwie ukształtowała.

Zafunduje sobie ostatni powrót z zaświatów. Niech ją oglądają.

Producentka zaprasza mnie na plan. Nalega przez telefon.

– Zależy nam na pani obecności w Nairobi. Miss Streep bardzo pragnie się spotkać, żeby jej pani opowiedziała o pani Blixen.

Co kazało jej myśleć, że będę chciała rozmawiać o Karen? Że wiem o niej więcej niż inni? Zresztą, cóż prawdziwego wie się o tych, których się kochało… odchodzą, zostawiając nam garść wspólnych wspomnień i fragmenty swojej historii, poprzedzielane przemilczeniami, w których skulone drzemią ich prawda i nasza niewiarygodna ich nieznajomość.

– Wie pani, poznałam baronową Blixen długo po jej powrocie z Afryki… Co nowego mogłabym powiedzieć miss Streep, czego ona by nie wiedziała?

Nalega. Słyszę w jej głosie cień histerii. Ta kobieta nie ma prawa zawieść.

– Miss Svendsen, towarzyszyła jej pani przez dwadzieścia lat, kto znał ją lepiej niż pani?

Znać ją… Widziałam ją, tę świecę z dopalającym się ostatnim włóknem knota, a potem rozbłyskującą od nowa. Albo skuloną z bólu, gdy pisała te swoje historie, by przetrwać kolejną noc. Przyłapywałam ją na kreowaniu romansów żywych ludzi, dzieliła pary, by tworzyć nowe związki na gruzach poprzednich. Poznałam ją, jak ciskała piorunami, krzyczała z radości, cięta lub drażliwa, radosna, nigdy taka sama, zawsze popychana niepohamowaną potrzebą gry. Bo ona grała, tak jak dzieci – w swej wszechmocy wymyślają nowe światy niczym bogowie, którzy na swój okrutny i lekkomyślny sposób zabawiają się śmiertelnikami.

Potrafiła być irytująca. Bywały dni, gdy mogłabym ją oskalpować. Ale znać ją… Rozśmieszają mnie wszyscy ci dziennikarze, poeci, wydawcy, którzy mnie wypytują i oczekują, że ona przemówi do nich moim głosem, zaintrygowani jej dziełem, które całe bada tajemnice tożsamości.

Nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać: A ty, Claro, kim jesteś?

Na takie pytanie odpowiedziałabym z ochotą, że nazywałam się Clara Svendsen i że urodziłam się dwa razy. Po raz pierwszy w Dragør, w Danii, w 1914 roku w rodzinie rybaków. Dyplom z literatury, poliglotka, latynistka, pianistka po godzinach, źródło zdziwienia i duma mej skromnej rodziny.

Moja egzystencja streszcza się w garstce faktów: byłam sekretarką genialnej kobiety, a z biegiem lat stałam się jej damą do towarzystwa, pielęgniarką, tłumaczką, najbardziej wymagającą czytelniczką, dobrowolną niewolnicą, słabo opłacaną, ogólnie biorąc – wcale. Uważała mnie za wielkie obciążenie, kawałek taśmy nie do odklejenia. Co ciekawe, obelgi wymyślane przez umysł wzburzony katuszami zadawanymi ciału nie podważyły jej zaufania do mnie, skoro powierzyła mi wykonanie swojego testamentu literackiego. Inaczej mówiąc, do końca życia pozostanę na jej usługach.

No dobrze, Claro, ale kim ty naprawdę jesteś?

Rozmytą sylwetką w cieniu kobiety nawykłej do przyciągania spojrzeń, krągłą twarzą za ostrymi rysami oblicza baronowej. Bez niej nie istnieję. Nie mam przyjaciela, nie pozostaję z nikim w relacji, której najpierw ona by nie nawiązała lub która nie kierowałaby się zainteresowaniem jej osobą. Zniosłam jaja w cudzym gnieździe, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Sprawowanie kontroli nad jej dziełem dawało mi spore możliwości, czego ona nie mogła ignorować. Gdybym zechciała, mogłabym przytłumić jej popularność, tak jak ona zdusiła moje życie. W wieku dwudziestu lat mogłam zostać pisarką, spodobać się jakiemuś mężczyźnie, założyć rodzinę, rozwijać się samodzielnie. W zamian zapukałam do jej drzwi.

Nie pamiętam już, który to autor radził młodemu wielbicielowi: „Nigdy nie zawieraj znajomości ze swoim ulubionym pisarzem”. Szkoda, że tego nie wiedziałam w odpowiednim czasie!

Uwalnianie się od jej wpływu zajęło mi prawie dwadzieścia lat. Zbudziwszy się pewnego poranka, wiedziałam, że zostałam uzdrowiona, to niewytłumaczalne, ale wiedziałam to. W dniu, który nazywam wyjściem z więzienia, podjęłam kroki, by zmienić nazwisko. Stałam się Clarą Selborn. O jedną literę od Selfborn. Samorodna poniekąd. W wieku siedemdziesięciu lat! To by ją rozbawiło, jak sądzę.

Słyszę siebie mówiącą do słuchawki:

– Clara Selborn, nazywam się Selborn.

Za witrynami mojego biura śnieg sypie na japoński most i na staw. Biały pejzaż oddycha w zwolnionym tempie. Zimowa cisza tłumi szum fal, które uderzają o drugi kraniec budynku.

Takiego śnieżnego dnia jak ten pojechałyśmy odkrywać Amerykę. Karen i ja. Baronowa i jej trzydzieści jeden kilogramów kości, ja i moje przerażenie, że ujrzę ją rozpadającą się w drodze. Zostały mi po niej tysiące jej obrazów, ale jeden przechowuję w pamięci – ten, który dobrze pokazuje, jak żyła Karen Blixen. Ten z jej zmartwychwstania pewnego wieczoru 1959 roku na Manhattanie.

Zaproszono ją na kilka spotkań autorskich. W 1937 roku Ameryka była pierwszym krajem, który opublikował jej dziwne Siedem niesamowitych opowieści i który się ekscytował tą Dunką znikąd. Zdezorientowana krytyka i publiczność zaczęły celebrować ją jako znakomitą pisarkę. Następnie Pożegnanie z Afryką olśniło ten naród pionierów. Dwadzieścia dwa lata później Ameryka, która przez ten czas odsuwała się od niej i wszystkie podejmowane przez Karen próby dostania się tam zawiodły, ta renomowana, zmienna Ameryka zaprosiła ją, chciała ją mieć na swojej ziemi, by wreszcie uhonorować.

Tego styczniowego wieczoru 1959 roku nikt nie dałby złamanego grosza za Karen Blixen w centrum poezji Young Men’s-Young Women’s Hebrew Association. A już na pewno nie Jay William Smith, młody poeta odpowiedzialny za wprowadzenie jej na scenę.

Ich pierwsze spotkanie nastąpiło nieco wcześniej, w bibliotece centrum. Smith wyszedł z niego przestraszony.

Zatonąwszy w ogromnym fotelu, baronowa, której małe stopy w czółenkach zawisły w powietrzu, bezskutecznie próbowała się podnieść, by go powitać. Smith ujrzał starą kobietę niewymownie kruchą, tak wątłą, że wydała mu się zmajstrowana ze zmurszałego drewna. Spoglądało na niego dwoje zakłopotanych oczu, jak gdyby ich właścicielka obudziła się nagle, nieco zagubiona. Zbliżywszy się, zobaczył ją lepiej. Pod figlarnym kapelusikiem wąska i blada twarz pokryta siatką drobnych zmarszczek, potem orli nos, wysokie kości policzkowe i ironiczny grymas szerokich ust. Smoliście czarne oczy były bardzo żywe. Ogromne, obrysowane tuszem, biła z nich wyjątkowa energia. Smith ujrzał wesołe iskierki tańczące na dnie źrenic. Głos o barwie kontraltu, który wydobywał się z tego kruchego szkieletu, zadziwił go. Ale bardzo szybko, po wymianie grzeczności, Karen powróciła do swojej lekkiej apatii.

Nowy Jork i jego imprezy wyczerpały ją. Nogi, które dawniej tańczyły fokstrota w Muthaidze, już jej nie niosły. Chciałam, by zrezygnowała. Utrzymywanie widzów w napięciu przez dwie godziny występu wymagało sił Wagnerowskiej heroiny. Skąd miałaby je brać?

Karen potrafiła czytać mi w myślach, wolała więc mnie zignorować i wycofać się w głąb siedziska, zaciągając się papierosem. Wiadomość wysyłana przez kłąb dymu unoszący się nad fotelem drwiła sobie ze mnie: Jestem tu, mam się dobrze. I’ll be back soon!

Nikt w to nie wierzył.

Wymusiłam na niej ustępstwo, które potwierdziło moje obawy: podczas krótkiej przerwy przewidzianej między jej dwiema opowieściami, zapytam ją dyskretnie, czy życzy sobie kontynuować. Jeśli nie, to Smith pomoże jej zejść ze sceny.

Mimo tornada, które rozpętało się nad Manhattanem, publiczność przybyła. Dotarł do nas rumor, przytłumiony, drżący. Nieprzerwany strumień taksówek i limuzyn dowoził na Dziewięćdziesiątą Drugą Ulicę celebrytów, takich jak Truman Capote, który odwiedził nas kilka razy w Rungstedlund, Gloria Vanderbilt wsparta na ramieniu Sidneya Lumeta, pisarzy, aktorów teatralnych, studentów… Chcieli zbliżyć się do legendy.

Karen poprosiła mnie o pozostawienie jej na chwilę samej. Malowała się starannie – „tylko wygląd się liczy” – potem pomogłam jej przywdziać sukienkę, tak jak przywdziewa się zbroję.

Trzeba było wydobyć ją z fotela, trzymając pod ramionami, które były wątłe jak skrzydełka ptaka. Następnie popłynąć z nią do windy, by wreszcie pozwolić jej upaść na wózek inwalidzki. Już kulisy. Zaraz scena. Jej ponure spojrzenie zaczęło ciskać gromy. „Wyjmij mnie z tego! Nie jestem inwalidką! Na stojąco, dalej, pomóż mi wstać!”. Fukała jak kot. Smith szepnął do mnie: „Ona nie dojdzie do mikrofonu!”. Wzniosłam oczy do nieba. Ustąpiłam. Smith wziął głęboki oddech… „Claro, powiedz mi, jak brzmiała ta dewiza jej przyjaciela, Fincha Hattona? Dam sobie radę? No to idziemy…”.

Podał jej ramię, a baronowa, co za cud, z gracją je ujęła.

W wielkim audytorium gwar zamarł. Publiczność zrobiła wielkie oczy na widok tej kruchej istoty, tej zjawy w długiej czarnej sukni, tak prostej, że jej uszycie z pewnością wymagało najwyższego kunsztu, przypudrowanej bladej twarzy, w której mądrze lśniło dwoje umalowanych oczu. Cała sala zrozumiała. Bez silnego ramienia poety zjawa by upadła. Było jednak coś tak śmiałego w jej sposobie posuwania się naprzód, że wydawało się, jakby to ona wyznaczała tempo swojemu rycerzowi, odłączała się od niego niepostrzeżenie i poruszała wyłącznie siłą swojej woli. Jakby jakiś impuls elektryczny przebiegł przez salę. Widzowie wstrzymali oddech w absurdalnej nadziei, że uda im się wesprzeć to niepewne zmierzanie do celu, zapobiec upadkowi i wydłużyć czas trwania cudu.

Nagle Karen zatrzymała się w pół drogi. Zachwiała się. Z wysiłkiem, o którym wiedziałam, że jest nadludzki, odwróciła się do nich, ukazując swoje blade oblicze, swój uśmiech.

Czy chciała im podziękować za przybycie? Za ocalenie jej od zapomnienia? Czy chciała pozdrowić zgromadzonych na parterze, na balkonach, tych, którzy siedzieli na schodach lub stali ścieśnieni na końcu sali? Energicznie wyciągnęła w ich stronę delikatne ramię. Zupełnie jak magik budzący śpiące medium.

Łączyło to w sobie tyle wdzięku i odwagi, że widzowie spontanicznie powstali i powitali ją burzą oklasków.

Zawsze było tak samo. Wkraczała i od razu wszystko się kręciło wokół niej.

Dotarła do ciężkiego, średniowiecznego fotela, który dyrekcja ośrodka zdjęła ze strychu na tę okazję, tak dużego, że w nim utonęła. Podczas gdy Smith prezentował ją publiczności, ona przebiegała salę swoim cygańskim, władczym, przyjaznym spojrzeniem. Tego wieczoru ofiarowała tym Amerykanom tyle samo miłości, ile oni dawali jej od ćwierćwiecza; tego wieczoru była gotowa w razie potrzeby oddać im wszystkie swoje życiowe siły.

– Kto czytał książkę Pożegnanie z Afryką, przypomina sobie może moją poranną przygodę w Nowy Rok. Słońce jeszcze nie wstało i gwiazdy, tuż przed zniknięciem z nieboskłonu, wisiały na nim niczym świetliste krople…

Podobnie jak Jayem Smithem wcześniej, zawładnął nimi ten głos płynący jak spoza czasu. Głos wieczności. Silny i przytłumiony, opanowany, zmieniający barwę bez uprzedzenia. Niósł ich, dokąd chciał. Na farmę, do dzieci z plemienia Kikuju, zmartwienia narratorki stawały się ich udziałem. Tam, dokąd ona jeździła konno, jechali też oni. Spali obok niej pod Krzyżem Południa, a kiedy zaglądała w oczy lwom, oni z drżeniem robili to samo.

Karen Blixen lub Isak Dinesen, nie było ważne, czy to nazwisko, czy pseudonim. Kobieta, pisarka bliska Nobla albo plantatorka kawy w Kenii z początku wieku, nie liczyła się tożsamość. Ta, dla której zapomnieli o sobie, nie była już kapryśną damą po siedemdziesiątce, gwiazdą nowojorskiego sezonu, którą wypadało zobaczyć, powitać, usłyszeć. Nie, tego wieczoru miała dwadzieścia, sto, tysiąc, trzy tysiące lat. Uosabiała starą, arystokratyczną i radosną Europę. Była ustami mądrości i przeszłości.

Odniosła totalne zwycięstwo. Znała swoją siłę. Mówiła im o afrykańskich nocach przy pełni księżyca; opowiadała o Denysie Finchu Hattonie, przyjacielu, który przyniósł jej nowe życie i światło; ofiarowała im Somalijczyka Faraha, wartownika jej afrykańskiego wszechświata; ujawniła list od króla Danii i to, że jej służący z plemienia Kikuju mieli zdolności magiczne, dzięki którym goiły się im rany. Opowiadała bez zaglądania do trzymanych na kolanach kartek, które spisałam na maszynie pod jej dyktando. Po co miałaby tam zerkać? Każde słowo, każda linijka były zapisane w jej ciele. Narodziły się z katastrofy i z cudów jej życia. Niegdyś, wieki temu, była młodą kobietą, którą niosła nadzieja. Kochała bez miary, rozpaczliwie; ją też kochano, choć z mniejszym zaangażowaniem. W tej przepełnionej sali tylko ona i ja wiedziałyśmy, że echo tej niedoskonałej miłości, pewnych nocy nadal ją prześladuje.

Z jej ust wypływały zgrabne zdania, posługiwała się wspaniale językiem, tak jak zawsze. Nie oszukiwała. Nie grała. Przeżywała raz jeszcze rzeczy, o których mówiła, śniła na nowo to, co wymyśliła. I dla tych wszystkich osób, zauroczonych jej głosem, przerabiała historię. Swoją historię, wyidealizowaną, której prawda dotykała w każdym widzu sekretnych nut, a te wibrowały i łączyły się jedna z drugą.

Przerwała na chwilę przed rozpoczęciem drugiej opowieści. Przysunęłam się do niej. Jej niewidzące spojrzenie przebiegło po mnie. Istniała tylko koncentracja, która teraz spajała wszystkie jej „ja”, liczył się wyłącznie krąg światła, który ją otaczał. Ja zaś byłam przerwą w eterze. Nalegałam. Miałam prawo do spojrzenia niespotykanej mocy. Zszokowana, zawróciłam. Wiedźma!

Była w transie.

Z pewnością sprawiła to amfetamina, którą zażyła chyłkiem, by utrzymać się w pionie. Jeden z jej niezliczonych sekrecików. Wiedziałam, że trzeba by przywołać inne siły niż moje, aby stawić opór jej woli.

Ledwie wróciłam za kulisy, a jej sugestywny głos rozbrzmiał na nowo.

Trwało to jeszcze godzinę. Potem widownia oklaskiwała ją na stojąco, wydawało się, że grzmot braw nigdy nie ucichnie. Jedni mieli łzy w oczach, inni tupali. Ona oddalała się wśród aplauzu – głowa wysoko, ramię Smitha zdegradowane do funkcji rekwizytu. Później ktoś zauważył, że opuściła scenę „jak ptak zbyt stary, by mógł latać”. To porównanie wydało mi się trafne. W tym okresie życia ciało było dla niej klatką, ale umysł, który przemierzał oceany, kultury i dramaty, uparcie walczył z pustką potężnymi uderzeniami skrzydeł.

I za to ją kochałam, dlatego ją wspierałam. Oporną. Niezłomną. Ryzykantkę. Moją Honorową Lwicę.

Część pierwsza

Plan filmowy w Afryce

Nairobi 1984

1

Wiedziałam, jakie będą moje pierwsze słowa.

– Proszę mnie zawieźć – powiem do taksówkarza – na stary dworzec, zatrzymamy się tam na chwilę, a potem pojedziemy Railway Road do hotelu Norfolk.

Wjadę do Nairobi drogą, którą Karen Blixen obrała za pierwszym razem, w 1914 roku. Zanocuję w hotelu, w którym spędziła pierwszą afrykańską noc. Przyjęłam zaproszenie działu produkcji filmu i od tego czasu ze sto razy przebiegłam w myśli trasę do „hotelu lordów”.

Przybędę trochę zmęczona długim lotem z Kopenhagi, ale nie przeszkodzi mi to w odbyciu wędrówki bitym traktem, na którym siedemdziesiąt lat wcześniej świeżo poślubieni Karen i Bror Blixen kołysali się w karioli ciągnionej przez muły. Bror i Karen u progu życia. Blixenowie, władcy wyżyn z Afryką, polem gry, u stóp. Para uroczych szaleńców, jeszcze zdyszanych po ucieczce przed strasznym niebezpieczeństwem: życiem pod kloszem, jakie groziło im w Skandynawii. Zamykam oczy. Karen nie wie, na co najpierw patrzeć. Na ozdoby z piór? Na nagie, lśniące ciała? Kolory ją oszałamiają. Zbyt żywe. Gorączkowo rojne ulice również. Emocje nie do opanowania. Jest pijana. Odurzona intensywnymi aromatami, wonią potu, gryzącego dymu, końskich odchodów. Wcześniej znała tylko świeży zapach duńskich lasów i akwarelowe barwy północnych ogrodów.

Zaabsorbowana swoim idealnym scenariuszem, zapomniałam przygotować się na rzeczywistość. Minęła dopiero szósta wieczorem, a już jest ciemno. Tutaj mrok zapada nad miastem zawsze o tej samej porze.

Produkcja wysłała po mnie samochód na lotnisko. Pada ulewny deszcz. Przez brudne szyby widzę scenę jak z apokalipsy. Jedziemy gigantycznym błotnistym traktem podziurawionym kraterami rzygającymi wodą. Samochody poruszają się godnym podziwu slalomem między wielkimi wyrwami w drodze. Inne decydują się brać przeszkody przy akompaniamencie klaksonu. Obojętne na te akrobacje, na tropikalną ulewę, na harmider, grupy młodych Afrykanów idą do Nairobi pieszo. Płyną.

Wkraczam do miasta halucynacji.

Dwie godziny później docieramy do hotelu Norfolk. Zrezygnowałam z przejazdu przez stary dworzec, z chwalebnego przybycia przez Railway Road. Moja pielgrzymka rozpoczyna się nieodbytym spotkaniem.

2

Zaraz po przekroczeniu progów Muthaigi doznaję pocieszającej pewności, że duchy goszczących tu niegdyś osób czekają na mnie przy barze w strojach myśliwskich, ze szklankami whisky w dłoniach. Moja obecność w legendzie swingującej w rytm korków od szampana przyprawia mnie o gęsią skórkę. Mam słabe pojęcie o tych pionniers gentlemen, którzy przydawali blasku wspomnieniom Karen. Kilku notabli, niemało nicponi… Wspominając ich, jednak natychmiast młodniała.

W kącie baru wyłożonego ciemną boazerią moje widma niecierpliwią się, wiem to, czuję. Zamawiam szkocką. To powinno im się spodobać. Wybrałam odosobniony fotel stojący dokładnie na ukos od ławek, na których zasiadają, by piciem bez umiaru kultywować wśród dawnych absolwentów Eton zwyczaje i nawyki starej Anglii. Są tam. Pierwszy rzuca się w oczy, dominując nad grupą swoją posturą, rozpoznawany po białej grzywie i niesprawnej nodze, Hugh Cholmondeley, lepiej znany jako lord Delamere. Stary lew szanowany przez Masajów. Obok niego, również postawny, lecz dużo młodszy, baron Bror von Blixen-Finecke, wielki biały myśliwy, który fascynował Hemingwaya. Karen skazała Brora na piekło. Stała się tragedią jego życia. Z tyłu, zawsze trochę zamyślony, mimo figlarnego i bystrego uśmiechu, Denys George Finch Hatton, syn ósmego hrabiego Nottingham, najlepsza strzelba Afryki. Denys zmarł zbyt wcześnie, zbyt młodo, by Hem zdążył się nim zachwycić. Dwa wulkany energii u szczytu stołu, niezdolni usiedzieć w jednym miejscu, chyba że trzymają na muszce dużą zwierzynę, to bez wątpienia Tich Miles i Berkeley Cole, nierozłączni, niepoprawni birbanci i figlarze. Z nimi szczupła i niska postać… Galbraith Cole, oczywiście, rudzielec jak jego brat Berkeley. Ledwie usiadł, a już opowiada innym, że przybył właśnie z doliny Wielkiego Rowu i że musiał rozebrać swój pojazd na części, by przebyć wąwóz, a po pokonaniu przeszkody ręcznie zmontować go z powrotem. W przeciwnym razie nie zdążyłby na tego kielicha! Trochę się przesuwają, by zrobić miejsce błądzącej duszy nieszczęśliwego Jossly’ego Haya, hrabiego Errolu i sekretarza stanu do spraw kolonii, zabitego w lesie przez pewnego zazdrosnego męża.

Nie wiedziałam, jak wyglądają twarze tych osób znanych mi tylko z nazwiska. Teraz wpatrują się we mnie ich wiszące nad ławką portrety. Zebrani tam przypominają grupę aktorów na scenie teatru czekającą z rozpoczęciem spektaklu już tylko na starą przyjaciółkę Tanię1. Byłaby to sztuka, która przywróci dawną woń Nairobi.

Niestety, mamy niedzielę 1984 roku i klub Muthaiga, miejsce zabaw, rozpusty i przyjaźni, znajduje się w rękach bladych potomków tamtych pionierów. Pokolenie za pokoleniem uwalniali je od siarczanych oparów i czynili czymś na swój obraz: wygodnym miejscem kultu. Ludzie wstępują tam na piwo przed rozpoczęciem świętej ceremonii niedzielnego brunchu. Natłok koszulek polo Ralpha Laurena zamiast kamizelek i żakietów.

Wczoraj ledwie zdążyłam zostawić bagaże w hotelu, a już przechwyciła mnie osobista asystentka aktorki. „Miss Streep chciałaby się z panią spotkać jak najszybciej. Nie kręci jutro. Czy byłaby pani wolna w porze śniadania? W Muthaidze? Zatem o dwunastej…”.

Czekam zatopiona w myślach, tymczasem gwar rozmów nagle milknie. Weszła aktorka. Można by przypuścić, że przez salę przebiegł jakby impuls elektryczny. Potem utkwione w niej spojrzenia odwracają się z udawaną obojętnością.

Jest obserwowana. Ona to wie. Poszukuje mnie wzrokiem zza ciemnych okularów. Cienkie oprawki przydają surowości ostrym rysom jej twarzy. Sądziłam, że jest blondynką, tymczasem omiata salę spojrzeniem brunetka z burzą włosów. Nie należę do tych, których zauważa się od razu, ale ona podchodzi prosto do mnie, zanim zdążę wykonać jakikolwiek gest. I oto moja dłoń ląduje w jej dłoniach, potrząsana z entuzjazmem: „Clara! Tak się cieszę…”. Zdejmuje okulary i uśmiecha się do mnie. Delikatne porcelanowoniebieskie oczy. Można by uznać, że wysokie, wypukłe czoło i rozjaśniona twarz wyrażają spokój, gdyby nie pionowa zmarszczka między brwiami, jedna, lecz głęboka. Strój niczym się niewyróżniający. Obcisła bluzka, sportowe spodnie, trampki. Żadnej biżuterii, z wyjątkiem dwóch dużych złotych pierścionków. Ze zrobionego w pośpiechu koka wymykają się na kark kosmyki.

A zatem Karen to ona.

Znam twórczość tej aktorki, uwielbiam ją. Potrafi bez patosu wyrazić najsubtelniejsze uczucia. Czy jednak ta siedząca przede mną młoda Amerykanka, tak typowy WASP2, będzie umiała wyrazić złożoność „mojej” Blixen?

– Dwa wermuty, na cześć baronowej? – zaczyna.

Oczywiście, odpowiadam. Lecz sprawię jej zawód. Ona uważa mnie za posiadaczkę wiedzy, tymczasem ja w rzeczywistości dysponuję nią tylko w nieznacznej części. Karen zabrała swoją prawdę ze sobą, zostawiając mnie z licznymi wątpliwościami, które mam nadzieję wyjaśnić podczas pobytu tutaj. A także różne sekrety, cały ten rozgardiasz jej życia, rzeczy wstydliwe.

Obserwuję aktorkę, która mówi po to, by mnie rozluźnić lub by samej się uspokoić, nie wiem. Piękna, tak, na swój sposób pełen drobnych niedoskonałości. Trochę zbyt długi nos, odrobinę zbyt spiczasty, oczy raczej małe, lecz tak pełne wyrazu… Sądzę, że Truman Capote znalazł w niej coś z ptaka. To przesada. Zapewne ledwie się ją zauważa na co dzień, mija bez odwracania za nią głowy. Ma cudownie delikatną kremową cerę, która absorbuje nawet najmniejsze cząstki światła unoszące się w pobliżu.

Czyta w moich myślach? Wyznaje ze śmiechem w oczach:

– Nie wyobrażasz sobie, jak walczyłam o tę rolę… Syd szukał kogoś bardziej seksownego, kto potrafiłby oddać tę „uwodzicielskość” Blixen!

Powiedziała „uwodzicielskość”, wzruszając prostodusznie ramionami jak wcielenie zaambarasowanej niewinności, jak Marilyn, kiedy grała Marilyn.

– Syd?

– Tak, Sydney Pollack, reżyser.

No tak, „Syd” miał rację. Jakkolwiek wydaje się to nieprawdopodobne, do późnej starości i mimo zatrważającego wychudzenia Karen Blixen wywierała magnetyczny wpływ na mężczyzn. Niektórzy, wiedziałam to, pozostali pod nim przez resztę życia.

Wybuchamy śmiechem. Młoda kobieta bawi się, jest żywa, figlarna. Kocha życie. Korzystanie z niego.

Nagle przypominam sobie zdjęcie.

Zrobiono je Karen na farmie w 1923 roku; miała wtedy trzydzieści osiem lat. Widać młodą, beztroską, uśmiechniętą kobietę, jej twarz o krągłych policzkach jest naga. Ta kobieta nie poszukuje jeszcze gry z celem, czy to z fotografem, czy z publicznością. Zdjęcie powstało pod koniec śniadania, niewątpliwie w chwili szczęścia. Odsunęła talerz, oparła łokcie na stole i pali. Filiżanka mokki stoi obok niej, położenie łyżeczki na spodku i okruchy deseru na obrusie sugerują, że kawa została podana i wypita. Kto uchwycił tę chwilę zapomnienia? Denys? Berkeley? A może Thomas podczas pobytu u siostry? Ktoś kochający, to pewne. Uwidacznia się tu taka ufność wobec przeżywanej chwili, że czuję ucisk w gardle. Turban z szala zakrywa częściowo włosy Karen, pełną twarz zwraca ku pierzastej kulce na swoim ramieniu. Mała sówka. Zda się szeptać do ucha jakiś sekret, a ona jest nim rozbawiona. Uśmiecha się.

Gdyby mnie zapytano: „Jak wyglądały szczęśliwe czasy w Mbogani?”, odpowiedziałabym: „Właśnie tak”.

Niedługo lokaj odnajdzie zwierzątko uduszone sznurem rolety, z którego ptak usiłował wyskubać kilka nitek na gniazdo. Niedługo iluzja się rozwieje.

Myślę, że Karen polubiłaby aktorkę.

Jemy śniadanie na tarasie otwartym na tropikalny ogród, spojrzenia ponownie kierują się na nas, kłują mnie w plecy jak małe ostrza, podziwiam sposób, w jaki ta młoda kobieta je ignoruje, jakby potrafiła wytworzyć przestrzeń wolności w samym sercu tej ciemnej masy, która próbuje ją uwięzić.

Wynajęła rozległą posiadłość na obrzeżach Nairobi, z polami i stadniną. Chce pooddychać Afryką, jak mówi, poczuć ją, maksymalnie zbliżyć się do doznań, które odmieniły Karen Blixen. Trzymając łokcie na stole, opiera twarz na dłoniach. Jej oczy marzą.

– Afryka to czuły moloch. Jeśli wierzyć słowom baronowej, wymaga od nas wyzbycia się własnego czasu, który nas ukształtował, wprost zapomnienia go. Wtedy wypełni nas swoim wyjątkowym pięknem. To jednak kosztuje, nieprawdaż, Claro? Trzeba poświęcić jej wszystko, co nią nie jest …

Później wzdryga się, porzucając świat marzeń:

– Bo inaczej pozostanie tylko wrócić do siebie, nic nie zrozumiawszy. Daremny byłby nasz przyjazd!

Ta kobieta jest czystym uczuciem. Reaguje jak roślina na światło. A mówiono mi: „To mózgowiec”. Gruntownie przygotowała się do tej roli, jak do wszystkich, które zagrała, wchłonęła twórczość Karen, przewertowała biografie, dokumenty i świadectwa. Katharine Hepburn podsumowała to słowami „klik, klik, klik”, naśladującymi odgłosy pracowitego mechanizmu kół zębatych myśli. Zaraza! Wydało mi się, że dostrzegam w błękicie jej spojrzenia jakąś nerwowość, zresztą ta młoda kobieta nie stara się jej ukryć, nachyla się ku mnie i mówi zniżonym głosem, zrazu z wahaniem, potem śmielej wyrzucając z siebie słowa:

– Claro… Nie mam poczucia, że sprostam tej roli. Nie wiem, jak ożywić tę kobietę, która znalazła głęboko w sobie największy mrok i przemieniła go w światło. Nie przyswoiłam jej sobie, a zaczynamy kręcić już jutro!

Te słowa sprawiają mi ulgę. Pollack to nie Bergman. Bałam się oczywistości, postaci wygładzonych tak, że staną się stereotypowe. Chciałabym zachęcić aktorkę do wątpienia, do głębszych poszukiwań i dalszej penetracji tego królestwa luster, do szukania postaci, szczególnie tej, ale teraz nie wiem, czego ona ode mnie oczekuje. Że ją wesprę? Milczymy. Delikatna bruzda między oczami pogłębia się.

– Claro, będę cię potrzebowała. Szalenie. Czy zaufasz mi i opowiesz o swojej przyjaciółce?

Jak jej wytłumaczyć, że Karen i ja nie byłyśmy przyjaciółkami, nie wypaczając naszej złożonej relacji? Nie znałam jej jako prawdziwej przyjaciółki. Wolała przyjaźnić się z mężczyznami, ceniła ich wyżej. Żadna rywalizacja z nimi nie wchodziła w grę.

Przy wyjściu aktorka szepcze mi do ucha: „Proszę mówić mi Meryl”.

Zanim znika zupełnie, chwytam ją za nadgarstek. Muszę to wiedzieć.

– Blixen jest zagadką… Wasz film wytworzy kłamstwo, które stanie się prawdą, i to na zawsze. A zatem, Meryl, powiedz mi, jaką kobietę pokażesz?

Przebiegł mnie dreszcz, bez wątpienia wyczuła to w moim głosie. Patrzy na mnie z powagą, a potem jej jasne spojrzenie zatapia się w kontemplacji patio, muska magnolie, bujne bugenwille i w końcu powraca ku mnie rozjarzone, pełne czułości i zaufania. Czuję jej świeży oddech na policzku, gdy mówi:

– Kobietę, której kochanek był piękniejszy od niej samej.

3

Farma oczekuje mnie na końcu długiej, łagodnie wijącej się alei. Zgodnie ze swym przeznaczeniem, którym zawsze było czekać i żywić nadzieję. Czekać na powrót przyjaciół, zrazu Brora Blixena, potem Denysa Fincha Hattona i Berkeleya Cole’a, którzy pokonywali wielkie równiny, od Somalii po Tanganikę, przekraczali granice, góry i rzeki w pogoni za najróżniejszą zwierzyną, lecz ich wierzchowce zawsze odnajdywały powrotną drogę na farmę.

Mbogani. Stałe jak bieg planety.

Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong…

Taksówka czeka dyskretnie na uboczu. Czerwone dachówki lśnią w porannym słońcu, wytworna weranda biegnie wzdłuż fasady otwartej na wschód. Zasłony falują na lekkim wietrze. Tutaj powietrze jest bardziej rześkie niż w Nairobi, choć miasto leży całkiem blisko. Prawie kłujące. Wiadomo, tysiąc osiemset metrów nad poziomem morza.

Dom wydaje się pusty. Hałas silnika przywołał służącego. Państwo wyjechali do Nairobi, powiedział. Lecz jeśli sobie tego życzę, mogę się tu rozejrzeć. Szerokim gestem, który ogarnia ogród, okolicę, a nawet nieboskłon, zaprasza mnie na spacer. Tak jak w czasach Karen pojęcia prywatnej własności nie traktuje się tu rygorystycznie. Mam poczucie, jakbym myszkowała w cudzym koszu z bielizną. Jestem tylko intruzem w tym domu, którego historię znam lepiej niż ktokolwiek inny.

Odchodzę już, kiedy jakaś siła każe mi się odwrócić. Spojrzeć po raz ostatni. Dom ukazuje mi się taki, jakim uczyniło go dziedzictwo jego mieszkańców. Trochę sfatygowany, zaniedbany, poraniony. Wzywa mnie. Widzę więc zapuszczony dach, brak magnolii. I promenadę.

Kiedyś ciągnęła się do samego lasu, który z kolei biegł w dal, aż do miasta. Nieskazitelne trawniki gościły pasące się na nich kozy oraz dzieci z farmy, toto, które siadały w kręgu, aby słuchać muzyki Mozarta płynącej z gramofonu w salonie, którego wielkie okna Karen otwierała na czas koncertu. Na tych miękkich trawnikach, pod drzewami, najlepszy przyjaciel Karen, Berkeley Cole, rozczarowany chochlik, pił szampana w kryształowych kieliszkach Blixenów. Na chwilę zapominał o kłopotach, jakie sprawiała mu jego farma u stóp góry Kenia – mimo że znosił je cierpliwie i godnie – zapominał o wierzycielach i zbliżającym się bankructwie, a gdy butelka przestawała być już dla niego pocieszeniem, wracał myślami ku najlepszym minionym chwilom. Jesienią, podczas nocy z pełnią księżyca, organizowano spontanicznie tańce ngoma3, a deptane stopami tancerzy trawniki stawały się sceną dla urzekającego pierwotnego widowiska.

Roślinność pochłonęła wszystko – ogrody, kwiaty, strzyżone trawniki, warzywnik, pozostawiając pole chaszczom. Tam, gdzie wcześniej królował las, biegnie teraz szeroka droga, po której pędzą samochody z jazgotem klaksonów; baraki zadaszone blachą zastąpiły drzewa i okrągłe chaty kryte strzechą.

Choć podupadły, dom wciąga mnie w swój magiczny krąg. Nie mogę go zostawić na pastwę losu. W Rungstedlund często studiowałam plan farmy – Karen powiesiła go na tablicy w bibliotece w swoim biurze – mogłabym go narysować z pamięci. Okrążam dom, zmierzając do tarasu po zachodniej stronie. Dwa kamienie młyńskie służące za blaty stołów, przy których Karen zasiadała, by wypłacać pensje pracownikom, gawędzić bez końca ze swoimi przyjaciółmi, oglądając zmierzch, te dwa duże kamienie młyńskie, talizmany farmy, zniknęły, oderwane od postumentu. Tył domu jest już tylko ponurą i niemą fasadą.

Doznaję przykrego przeczucia, że ta podróż okaże się fiaskiem. To nauczy mnie znajdowania prawdy za pośrednictwem cudzego spojrzenia. Patrzenia z innej perspektywy. Pozostaje mi tylko podziękować okolicznościom, które sprzysięgły się przeciw powrotowi Karen. Ominęła ją przynajmniej jedna wojna. Ta z góry przegrana, między jej pamięcią a rzeczywistością.

Nie mam już po co tu tkwić.

Gdy przestałam oczekiwać od Mbogani czegokolwiek więcej, dobiegł mnie jakiś nieznany zapach. Wciągam powietrze, najpierw ostrożnie, potem głęboko. Co za słodycz! Akacje? Magnolie? Wisterie? Może zapach lilii albo tropikalnych kwiatów, których wcześniej nie znałam… Uszy zaś otwierają mi się na ptasie śpiewy, jakich nigdy nie słyszałam, szalone krzyki życia biorą powietrze w posiadanie. Magia. Czy to wpływ euforii highlands, która działa na mnie i wyostrza moje obumarłe zmysły? Podnoszę oczy i widzę go, górującego na końcu równiny. Wrzosowy masyw Ngong lśni w porannym blasku, jego grzbiet wieńczy delikatna korona z chmur. Władca wyżyn. Przebiegam spojrzeniem jego zbocza, bujną dżunglę w poszukiwaniu polany.

Czy grób Denysa Fincha Hattona jeszcze istnieje? Czy może pochłonęła go nienasycona natura?

4

Afrykański żar dawał się we znaki od początku dni zdjęciowych, rozgrzewając do białości brukowane ulice, lejąc się na grupę statystów i techników, którzy czekali, aż Syd rzuci swoje „Akcja!”. Przejazd zaprzęgów galopem podnosi chmury czerwonego pyłu. Podmuch wiatru każe tańczyć woalowi z piasku, gna go aż do drewnianych trotuarów, w końcu ogarnia on naszą grupkę usadowioną poza planem filmowym. Oczy mnie pieką, kaszlę, pluję… ale mam tu wreszcie swoją Coronation Street wśród eukaliptusów!

Oszałamiające. To małe miasto, dzikie i zrujnowane, wyrosłe wokół dworca kolejowego, zachowuje z najdrobniejszymi szczegółami to, co Karen zobaczyła po przybyciu. Nairobi z 1914 roku: witryny sklepowe Osgooda, East African Standard Bank, dukkha4 Hindusów sprzedających swoje starocie i panienki w koronkowych sukienkach, które przemykają w drodze na zakupy, zostawiając za sobą smużkę zapachu angielskiej lawendy – wszystko to istnieje, zmyślone i niewiarygodnie prawdziwe.

– Żadnej sztucznej rekonstrukcji – żądał reżyser.

Po porannej wizycie w Mbogani udałam się do kwatery głównej produkcji filmu na dawnych ziemiach Karen. Był to raczej wojskowy obóz pod napięciem. Stanęły tu liczne namioty khaki służące za charakteryzatornie i garderoby aktorów. W tym wrzącym ulu, gdzie zderzają się anachronizmy, pseudoosadnicy popijają z puszek colę, poskramiacz zwierząt z Las Vegas flirtuje z dziewczyną w krynolinie. Setka Masajów i Kikuju, obojętna na obezwładniający upał, stoi w kolejce do jednego z namiotów. Skórzane tuniki, wspaniałe stroje, barwy wojenne…

Aktorka pojawia się w progu swojego namiotu, trochę na uboczu od zgiełku. Ubiór w kolorze kości słoniowej, delikatnie dopasowany, włożony na bakier słomiany kapelusik z delikatną woalką… Karen ze zdjęć jej brata Thomasa. Wyrafinowana, arystokratyczna, już wtedy przebłyskiwała nieugiętość. Dostrzegłszy, że się zbliżam, przybiera pozę z ręką na biodrze.

– Spójrz, Claro, co o tym sądzisz? Te potworne gorsety… I to w tropikach. Jak te kobiety mogły wytrzymać taką torturę? – powiedziała, udając, że brak jej tchu.

– Były równie sprytne jak dzisiejsze! Karen przycięła swoje długie włosy, raczej niepraktyczne podczas kilkumiesięcznego safari w buszu. I wyrzuciła gorset. Pisała do swoich przyjaciółek w kraju: „Zetnijcie włosy i nauczcie się jeździć autem. Te dwie rzeczy zmieniają życie!”. Widywano by ją w szortach, gdyby miała odpowiednie nogi i motywację, by tak się ubierać!

Makijażystka spieszy się i podnosi woalkę, by zebrać kropelkę potu z nosa aktorki, która wzdycha, wskazując ręką na swój strój, aż do butów:

– Szczerze mówiąc, Claro, pogardzała tymi fanaberiami…

Cóż za pomysł! Wprost je kochała… Karen pisała do swojego brata Thomasa: „Nigdy nie poznałam smutku tak wielkiego, by nie rozwiało go kupno nowego kapelusza”. Było tak nawet wtedy, gdy miała na głowie farmę, stawiała czoło suszy, potem powodziom, a wszystko to podczas walki z chorobą. Choć miała puste kieszenie, u Paquina był manekin z jej rozmiarami. Styl, nawet w buszu, gdzie wkładała na głowę dwa kapelusze z szerokim rondem, a zdejmowała tylko jeden. Szalony szyk.

– Miss Streep, Karen uważała, że pójdziemy do nieba lub piekła, w zależności od tego, jak dobieramy kolory w ubiorze!

– Dobrze! Podoba mi się pomysł wcielenia się w kobietę głęboką oraz trzpiotkę. Nie ma nic bardziej nudnego niż granie doskonałości, czyż nie?

Ruchliwe światło padające z ekranu prawie w ogóle nie rozjaśniło mroku. Ze zmrużonymi za okularami oczyma reżyser pali jednego papierosa za drugim. „Zachowamy to ujęcie”, mówi. Potem znów zapada cisza. Namiot zamieniony w salę projekcyjną wypełniają głosy płynące z ekranu. Aktorka, siedząca w kempingowym fotelu obok mnie, raz po raz nerwowo zakłada nogę na nogę, nie spuszczając oka z powtarzanych w nieskończoność obrazów. Tego poranka nakręciła swoją pierwszą scenę, scenę kluczową zarówno dla filmu, jak i dla prawdziwego życia Karen.

Sześć miesięcy po przybyciu do Afryki i poślubieniu Brora Blixena ciągłe choroby zaprowadziły Karen do lekarza w Nairobi. Kamera sfilmowała parawan. Dostrzegamy wystające zza niego bujne loki młodej kobiety, słyszymy szelest tkaniny, zgadujemy, że się ubiera. Potem głos lekarza z offu: „Ma pani syfilis”. Za parawanem cisza, ciało nieruchomieje, gdy te trzy słowa torują sobie drogę do świadomości Karen.

Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy, kiedy mi się z tego zwierzała.

Byłyśmy w Rungstedlund, w jej biurze, tylko we dwie, za oknem szumiało morze. Właśnie zaczęłam u niej pracę, był rok 1944. Rozmawiałyśmy o rzeczach wyższych. Przypominam ją sobie, jak stoi, jedną ręką wspiera się o krawędź sofy, w drugiej trzyma papierosa. Utkwiła we mnie surowe spojrzenie, a może raczej sprawdzające, czy zasługuję na jej zaufanie, ważące „za” i „przeciw”. Padły słowa:

– Claro, miałam syfilis.

Cierpienie wykrzywiło jej twarz.

Nie wiedziałam, że żywa istota może wyrażać tak silny ból. Widziałam już takie cierpienie, ale na obrazie Chrystusa na krzyżu. Gdy byłam dzieckiem, ojciec zabrał mnie do muzeum w Kopenhadze, gdzie ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena ukrzyżowania. Wiele lat później poszłam zobaczyć ten obraz na nowo, wracałam tam i wracałam, zafascynowana tą twarzą, w nadziei, że wyjawi mi stopniowo swoje sekrety. I dokładnie ten sam wyraz zobaczyłam na twarzy Karen, w jej oczach. Kobieta na krzyżu, piękne światło letniego wieczoru pieści jej srebrne loki.

Milczałam. Baronowa… Syfilis… te dwa słowa należały do odrębnych światów. Mówiła dalej, nie przejmując się moim zakłopotaniem.

– Jest tysiąc sposobów na odkrycie niewierności swojego męża. Ja dowiedziałam się o niej wtedy, właśnie tak.

Zaciągnęła się papierosem.

– Oczywiście, trzeba brać słowo „niewierność” w liczbie mnogiej…

Baron Bror von Blixen-Finecke, jej kuzyn, uwielbiał cieszyć się życiem i kobietami. Poślubiając go, Karen myślała, że pełne przygód życie w Kenii uspokoi go, tymczasem łatwe okazje tylko na niego czekały w miejscu, które nazywano „szczęśliwą doliną”, w rejonie między Nairobi a Gilgil, gdzie najbardziej skandalizujący potomkowie brytyjskiej szlachty spędzili szalone lata, czerpiąc z życia bez ograniczeń. Seks, kokaina, alkohol. Górska atmosfera, tysiąc osiemset metrów nad poziomem morza, dziesięć razy bardziej skłaniała do robienia szalonych rzeczy i pobudzała zmysły.

Miewał również Masajki.

– Skąd mogłam wiedzieć, że mój mąż chorował na syfilis… Był wyjątkowej budowy, żadnego niepokojącego objawu. Myślę, że nie miał pojęcia, iż nosi w sobie tę haniebną chorobę…

Grymas obrzydzenia ustąpił miejsca ironicznemu uśmiechowi.

– W podobnym wypadku kobieta ma do wyboru: rzucić go lub pogodzić się z faktami.

Szept aktorki skierowany do mojego ucha sprowadza mnie z powrotem do ciemnego namiotu.

– Co za gnojek! Ten typ robił jej największe świństwa, prawda? Zastanawiam się, jak oni mogli pozostać przyjaciółmi…

Przyjaciółmi? W żadnym razie. Znałam zdolność baronowej do podtrzymywania swojego gniewu. Do niezapominania.

5

– Ech… Ech… Ech… – suchym trzaskom bicza towarzyszy rozpaczliwe dyszenie. Razy smagają ziemię, podnosi się kurz, wiruje. Kobieta jest spocona, wyczerpana.

Zwierzę ma to gdzieś. Siedzi nadal z opuszczonym łbem, ze zdziwionym wzrokiem.

Piętnaste ujęcie zupełnie na nic. Lew przysłany ze Stanów Zjednoczonych odmawia współpracy. Jego amerykański treser trzyma go na smyczy, rozkazuje, wszystko na nic. Aktorka marnuje energię. Ma odpędzić dwa lwy atakujące jej konwój.

Szesnasta próba. Lew wspiera się na potężnych tylnych łapach i rzuca w stronę zmartwiałej aktorki. Strach w jej oczach.

Scena w końcu na taśmie, aktorka pada na fotel zlana potem. Widać kunszt makijażu: ma pręgi na policzku. Otacza ją areopag asystentów, pociesza. Wchodzę do kręgu. Jej spojrzenie krzyżuje się z moim.

– Claro, to niewiarygodne! Jestem pewna, że Syd polecił treserowi odwiązać lwa i nie uprzedził mnie o tym!

Wściekła, zrywa się na równe nogi i idzie interweniować u reżysera.

– Syd, musimy porozmawiać…

Który mężczyzna to lubi? Reżyser słucha. Rozmawiają na osobności, ale z podniesionych głosów mogę wychwycić strzępki zdań. Ona coś mu gorączkowo przedkłada, czerwona z gniewu. On, z uśmiechem kocura: „Kochana, uwielbiam cię i jestem daleki od sprzeciwiania ci się… ale nikt nie uwierzy, że kazałem napuścić lwy na swoją aktorkę!”.

Ona milczy. Potem, grzeczna dziewczynka, daje za wygraną.

Karen naprawdę przeżyła taki atak lwów na konwój. Była w Kenii od ośmiu miesięcy. Pierwsza wojna światowa, której nadejścia każdy się spodziewał, właśnie się rozpoczęła.

Chętnie przyznam, że Denys Finch Hatton odkrył istnienie baronowej Karen Blixen dzięki temu wyczynowi, który odbił się szerokim echem. W pewien sposób poznał najpierw jej brawurę.

Dym papierosów, hałas uderzających o siebie kieliszków, gwar śmiechów, rozgłośna muzyka dobiegająca z sali tanecznej… Tamtego wieczoru w klubie Muthaiga żołnierze na przepustce zbierali się przy szklaneczce. Po powrocie z Anglii Denys wynajął bungalow w klubie. W drodze z baru wpadł na lorda Delamere’a. Hugh Cholmondeley, trzeci baron Delamere, D. dla najbliższych, zwłaszcza dla dam. D., żywa legenda Kenii, pionier nad pionierami i niegdyś czarna owca w rodzinie. Ogrom energii, ekstrawagancji, niezdyscyplinowania. Uciekł do Afryki. W 1897 roku odbywał na grzbiecie wielbłąda podróż z bezlitosnej Somalii. Wtedy to dziewicze kenijskie wyżyny poraziły go swym pięknem. Na zawsze zarażony miłością, rozłożył biwak na płaskowyżu i już z tamtych stron nie odszedł. Od początku wojny stał na czele grupy King’s African Rifles, pilnującej trzystu kilometrów niestrzeżonej granicy, która przebiegała przez rezerwat Masajów, oddzielając w ten sposób Afrykę brytyjską od niemieckiej.

Denys ucieszył się z ponownego spotkania z tym starym, szczodrym arogantem. Sam formował z przyjacielem Berkeleyem Cole’em nieregularny oddział Somalijczyków i nie wątpił, że pewnego dnia wesprze on Delamere’a. Mężczyźni uścisnęli się i poszli dołączyć do innych.

Dwóch szwedzkich baronów, amatorów whisky, stało już przy kontuarze, wspierając się na nim łokciami. Rzucał się w oczy przede wszystkim jeden z nich. Krępy, jowialny, o mięsistych wargach, zwierzęco silny… Bror von Blixen-Finecke całym sobą zdradzał radość życia. Jego kompan, przeciwnie, roztaczał wokół siebie ponurą aurę, rzecz raczej rzadka w Muthaidze. Ktoś, kto przyjrzałby mu się z bliska, zobaczyłby osobnika umierającego z miłości.

Entuzjastycznymi okrzykami powitano przybycie lekko wstawionego rudzielca i wysokiego, też chwiejącego się bruneta.

– Chłopcy! Chodźcie tutaj – zawołał do nich Delamere. Denys rozłożył ramiona na powitanie dwóch przybyszów w przepasanych mundurach strzelców Afryki Wschodniej. Berkeley Cole i Tich Miles! Jego dwaj kumple z Eton. Ostatnim razem, gdy Denys wpadł na Ticha w klubie, tamten oddawał się swojemu ulubionemu sportowi: zwisając z belki w wielkiej sali, udawał małpę uistiti.

– Denys! – wykrzyknął Berkeley Cole – gdzie się podziewałeś? Myśleliśmy, że już nigdy nie wrócisz z Londynu! Dobrze spędziłeś czas na przepustce?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Krewni i przyjaciele Blixen nazywali ją Tanne albo Tanią, co było skrótem od Tytanii (przyp. red.). [wróć]

Ang. White Anglo-Saxon Protestants – biali anglosascy protestanci (przyp. red.). [wróć]

Ngoma (bantu) – dosł. taniec, rytm, obrzęd, granie na bębnach, świętowanie (przyp. red.). [wróć]

Dukkha (pal.) – cierpienie, ból, nędza, nieszczęście; tu określenie skromnego sklepiku (przyp. red.). [wróć]

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Baronne Blixen

© Éditions Stock, 2015

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design. Karolina i Hans Lijklema

REDAKCJA: Anna Suligowska-Pawełek

Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication BOY-ŻELEŃSKI, a bénéficié du soutien du Service de Coopération et d’Action Culturelle de l’Ambassade de France en Pologne.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Wydziału Kultury Ambasady Francji w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego BOY-ŻELEŃSKI.

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Bogdan Baran, 2016 © Copyright fot the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2016

ISBN 978-83-07-03408-9