Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 153 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Barocco - Tobiasz W. Lipny

Piękna i tajemnicza kobieta; obraz Madonny włoskiego mistrza odkryty w prowincjonalnym kościółku, skradziony, a następnie odnaleziony w niejasnych okolicznościach; międzynarodowa „sekta” miłośników erotycznych wrażeń sado-maso; tajemnica skarbu wyłaniająca się z zapisków postaci historycznych, którą odkrywa bohater, historyk sztuki; trzy morderstwa, porwanie, napad, spektakularne samobójstwo – w książce Barocco Tobiasz W. Lipny mnoży zagadki, podsuwa tropy i zagęszcza fabułę.

Opinie o ebooku Barocco - Tobiasz W. Lipny

Fragment ebooka Barocco - Tobiasz W. Lipny

REDAKCJA

Alek Radomski

KOREKTA

Maria Fuksiewicz, Anna Hegman

REDAKCJA TECHNICZNA

Urszula Ziętek

PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH

Marek Goebel – Towarzystwo Projektowe

Na I stronie okładki wykorzystano obraz Władysława Ślewińskiego Czesząca się (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie)

FOTOGRAFIA AUTORA z archiwum prywatnego

Wydawnictwo W.A.B.

02-502 Warszawa, ul. Łowicka 31

tel./fax (022) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

SKŁAD I ŁAMANIE

Komputerowe Usługi Poligraficzne Piaseczno, Żółkiewskiego 7

ISBN 83-7414-186-7

Wszystkie postacie występujące w książce są fikcyjne, a ich podobieństwo do realnych osób jest całkowicie przypadkowe.

Patronat medialny

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B, 2006

Wydanie I 

Warszawa 2006

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Gerwazy

Mój przyjaciel Gerwazy wcale nie miał, oczywiście, tak na imię. Jego ksywka ciągnęła się za nim od czasów podstawówki i była, jak to często bywa, rezultatem lektury szkolnej. Przyjaźnił się on mianowicie w klasie z niejakim Protasewiczem, który podczas przerabiania Pana Tadeusza w naturalny sposób stał się Protazym; Gerwazy stał się więc Gerwazym na zasadzie swoistej symetrii. Protazy zginął parę lat później w wypadku, którego typ Anglosasi określają jako freak accident, znaleziono go martwego przy drodze obok zaparkowanego motocykla. Zginął wskutek uduszenia – w otwarte w czasie jazdy usta wpadła mu pszczoła czy osa, która użądliła go w tchawicę. Zdążył jeszcze zatrzymać motocykl i ustawić go na nóżkach. Gdyby miał wtedy jeden z tych dużych kasków z plastikową przyłbicą… Wolał jednak szpanerski kask typu „spadochroniarskiego”, z daszkiem.

Z Gerwazym poszliśmy do tego samego ogólniaka i trzy lata przesiedzieliśmy w jednej ławce. Tak jak ja, uczniem był czwórkowym. Pomagał mi niekiedy w przedmiotach ścisłych, ja ratowałem go czasem z języka ojczystego i historii. Jego fascynacja kobietami stała się legendarna. Inne tematy go w zasadzie nie interesowały. Najwcześniej z nas wszystkich przeszedł inicjację seksualną, zresztą z koleżanką z klasy. Była półkrwi Brazylijką i wolę Bożą poczuła wcześniej niż inne.

Gerwazy pożądał rozpaczliwie naszej chemiczki, laski młodej i atrakcyjnej; przez trzy lata kombinował, jak się do niej dorwać. Ona to widziała, oczywiście. Kokietowała go trochę, ale nie za mocno – akurat na tyle, żeby mu nie minęło. Udało mu się ją dopaść dopiero na balu maturalnym, na którym alkohol lał się strumieniami – pod stołami, oczywiście. Także pod nauczycielskimi, jak się okazało. Okazało się też, że chemiczka pod jego wpływem robi się swawolna. Gerwazy obtańcowywał ją pracowicie, a gdy już dojrzała, zaciągnął ją do jakiejś pustej klasy i na podłodze zaspokoił swoje chucie.

– Spuściłem się od razu, oczywiście – opowiedział mi później bez skrępowania – ale stał mi dalej, więc zerżnąłem ją jeszcze raz. Bez gumki.

– A jak zaciążyła? – spytałem.

– To miała nauczkę – powiedział. – Niech na drugi raz tyle nie pije.

Po ogólniaku poszliśmy na studia na różne uczelnie i straciliśmy kontakt. Spotkałem go, dopiero gdy byłem na czwartym roku studiów; Gerwazy był na drugim, bo miał po drodze jakieś poślizgi. Ucieszyliśmy się obaj niesłychanie. Musi być coś w tym, co mówią – że najtrwalsze więzy przyjaźni zadzierzguje się w młodym wieku.

Jak się wydaje, czas, w którym krążył po innych orbitach, Gerwazy wykorzystał głównie na pogłębianie dość jednostronnej wiedzy o kobietach. Nie będąc dżentelmenem, opowiadał o nich bez skrępowania i ze szczegółami, niekiedy drastycznymi, ale zawsze ciekawie. Ja byłem w zasadzie monogamiczny i jakkolwiek jego podejście do kobiet było mi obce, sam temat żywo mnie interesował i słuchałem jego opowieści bez przykrości. Drażniłem się z nim niekiedy, wytykając mu kompleks Don Juana i kwestionując tym samym jego męskość. Doprowadzało go to do białej gorączki.

Nie kwestionował jednak u siebie pewnej dozy intuicji, którą stereotyp przypisuje kobietom. W jego przypadku chodziło o instynkt podpowiadający mu bezbłędnie, czy kobieta, którą poznał, czeka na zdobywcę, wiernego rycerza, przebiegłego klerka czy melancholijnego pazia.

Regularnie poznawałem jego kolejne flamy. Zadziwiała mnie ich różnorodność: małe, duże, chude, grube, blondynki, brunetki. „Nie po to Pan Bóg stworzył takie bogactwo, żeby z niego nie korzystać”, mawiał Gerwazy. „Każdy typ ma i wady, i zalety. Jak słyszę gościa, który mówi: «nie ma to jak małe czarne» albo «najlepsze są pulchne blondyneczki», to mnie pusty śmiech ogarnia”. Wszystkie te kobiety rozstawały się z nim o dziwo bez większego żalu i pozostawały z nim na ogół w dobrych stosunkach.

Małgosię przedstawiłem mu z niejaką obawą; okazało się jednak, że jej nie zna. Obserwował ją bacznie cały wieczór, który spędziliśmy w pubie „Connemara”.

– No, nieźle – powiedział mi później. – Dupę nosi wysoko, jak brabancka klacz. I ma dużo ciepła. Zupełne przeciwieństwo tamtej… wydmuszki. Ale w łóżku chyba leniwa?

Nie obraziłem się na niego, bo wiedziałem, że jest w gruncie rzeczy poczciwy i życzliwy. Po prostu miał taki styl.

– Nie zauważyłem – odpowiedziałem.

Chociaż była.

Małgosia miała jednak wiele zalet. To ona wyciągnęła mnie z depresji po odejściu owej „wydmuszki”, Olgi. Piłem wtedy chyba za ostro, nie mogłem sobie poradzić z pustką, jaką po sobie zostawiła.

Wydmuszka

W Oldze wszystko było doskonałe. Była nie tylko ideałem proporcji i kształtów, posiadaczką niesłychanie regularnych rysów, gładkiej cery i tego wszystkiego, co przełom dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku uznał za konieczne wyznaczniki kobiecej urody, ale także emanowała chłodnym, eleganckim wdziękiem. Obserwowałem ją ukradkiem przez lata studiów (była studentką w sąsiednim Instytucie Historii) i byłem świadkiem przemiany ładnej dziewczyny w skończoną piękność. Kiedy była na trzecim roku studiów, przeobrażenie z dnia na dzień dopełniło się. Pierwsze spostrzegły to zawsze czujne i krytyczne dziewczyny z Wydziału. „Znalazła sponsora”, orzekła jedna z moich koleżanek. Istotnie, coś się musiało zmienić w sytuacji materialnej Olgi – zaczęła się znacznie lepiej ubierać.

Dobry gust miała zawsze – wyczuwała nieomylnie, które z przemijających mód kobietę szpecą i trzymała się od nich z daleka; inne przejmowała, ale nigdy w postaci nawet zbliżonej do ekstremalnej. Nie zdarzało jej się więc to, co bywało udziałem najlepiej ubranych dziewcząt z Uniwersytetu – na przykład podeszwy butów trochę za grube, spodnie odrobinę za szerokie, kolory nieco zbyt krzykliwe.

Wyraźnie wzrosła zatem jakość jej odzieży. Zmieniła też fryzurę i zaczęła stosować inny makijaż: wyglądało na to, że znalazła się w rękach specjalistów. Moje koleżanki utrzymywały, że jest dziewczyną reżysera K., zasłużonego starego satyra, który jak mało kto znał się na kobiecej urodzie. Rok później zaczęto ją widywać z „królem podrobów”, biznesmenem Markiem Z. Ów uparł się ponoć, żeby zrobić z niej Miss Polski, „ale był na to za krótki”, jak to określiła jedna z koleżanek. Została ostatecznie drugą wicemiss.

Kiedy Olga dostała się na studia doktoranckie, moje koleżanki, kwestionujące jej walory intelektualne, uznały, że „niesie” ją jeden z prorektorów, z którym widziano ją ponoć kilka razy w ośrodku uniwersyteckim w Krasnodworze.

Wszystkie te rewelacje traktowałem z przymrużeniem oka, widząc w tym wyraz typowej babskiej zazdrości.

Nie znalazłbym chyba śmiałości, żeby do niej podejść, gdyby nie zbieg okoliczności, który w pewien grudniowy poranek zetknął nas ze sobą w poczekalni rektoratu. Nigdy przedtem nie oglądałem jej z tak bliska. Była piękna, choć nie w ten naturalny sposób, w jaki piękne potrafią być młode dziewczęta. Jej uroda była wystudiowana. Przyglądałem jej się zachłannie. Właśnie podziwiałem jej długą szyję i doskonałe w kształcie ucho, ozdobione kosztownym kolczykiem, kiedy powiedziała nagle:

– Podobam ci się. – Było to stwierdzenie faktu.

– Bardzo – odpowiedziałem.

Przyglądała mi się dłuższą chwilę z namysłem.

– Masz na imię Karol i robisz doktorat u Bandury.

Zdziwiłem się, że to wie, ale zdziwiłem się jeszcze bardziej, słysząc jej pytanie:

– Masz smoking?

– Tak, a dlaczego? – wyjąkałem.

– Chcę, żebyś poszedł ze mną na Sylwestra – odpowiedziała.

Ahoj, przygodo! Zgodziłem się od razu. Po czym rozstaliśmy się. Dwa dni później zadzwoniła i powiedziała, że umówiła mnie na wizytę u fryzjera. Powściągnąłem odruch buntu i poddałem się temu ubezwłasnowolnieniu, ciekaw, jak to się skończy. Fryzjer okazał się sympatycznym młodym człowiekiem o odmiennej orientacji, który wyprodukował mi na głowie fryzurę, na jaką sam bym w życiu nie wpadł. Olgę zobaczyłem dopiero w samego Sylwestra. Impreza była zapewne najbardziej ekskluzywna (i najdroższa) w mieście. Od początku było jasne, że jestem na niej statystą. W ciągu wieczoru podeszło do mnie kolejno czterech różnych gości, którzy koniecznie chcieli się ze mną zaprzyjaźnić. Mniej więcej po kwadransie rozmowy i kilku drinkach znikali, zaspokoiwszy widać swoją ciekawość i stwierdziwszy, że nie jestem dla nich groźny. Olga grała z nimi w jakąś skomplikowaną grę; do mnie podchodziła co jakiś czas, całowała w policzek (co nie było nieprzyjemne) i oddalała się do kolejnego kręgu.

Pod wpływem alkoholu zbuntowałem się jednak. Jeszcze przed północą odnalazłem ją i powiedziałem, że wyznaczoną rolę spełniłem i że sobie idę.

– Zostań – powiedziała miękko. – Jeżeli zostaniesz, za parę godzin będę twoja.

Zostałem. A ona spełniła obietnicę.

Żegnaj, laleczko

W kochaniu się z Olgą było coś nierealnego. Miała w sobie coś z bohaterki typowego amerykańskiego filmu, w którym sceny miłosne wyprane są z wszelkiej dosłowności. Olga była zawsze gładka, pachnąca i nawet rzucona na łóżko drapowała się samoistnie na poduszce tak, że jej włosy układały się wokół głowy jak na zdjęciach w kolorowych magazynach. Rzecz dziwna: to, co w hollywoodzkim filmie uważałem za kwintesencję kiczu – te wszystkie kobiety mimo miłosnej nocy rano odziane w halki i wychodzące z łóżka w nienagannych fryzurach, zdecydowanie bez podpuchniętych oczu – okazało się istnieć w rzeczywistości.

W wykonaniu Olgi zdarzało się naprawdę, co więcej, w zaślepieniu swoim uważałem to za naturalne.

W miłości nie zapominała się nigdy. Może miało to coś wspólnego z pewnym felerem, który odkryłem ze zdumieniem naszej pierwszej wspólnej nocy: ta piękna kobieta nie miała clitoris. Kopulacja nie sprawiała jej wielkiej przyjemności, o czym wyraźnie mówiły reakcje jej ciała. Ale robiła to dość chętnie.

Chętnie też dawała się oglądać nago, bawiło ją wyraźnie moje zachwycone spojrzenie. Na moją prośbę czasami paradowała po mieszkaniu odziana jedynie w czarne, ale prześwitujące pończochy i buty na wysokich obcasach. Fascynował mnie u niej kontrast czarnego brzegu pończoch i zarośniętego na czarno mons Veneris z niezwykłą u brunetki mlecznobiałą skórą jej ud i brzucha, co przypominało mi niektóre obrazy Mikulskiego; nigdy nie miałem dość tego widoku. Czasami myślałem, że jestem wielkim szczęściarzem, skoro dane mi jest na co dzień obcować z pięknem w tak czystej postaci.

Pozwalała się fotografować, a ja wiedziałem, że nie jestem pierwszym – ani jedynym – facetem, podziwiającym jej chłodną doskonałość przez soczewki obiektywu. Kilkakrotnie podczas tych kilku miesięcy, które spędziliśmy razem, brała udział w jakichś sesjach fotograficznych i było to wtedy jej jedyne źródło dochodu, jeśli nie liczyć głodowego stypendium doktoranckiego.

Wiedziałem, że Olga również dlatego nie traktuje mnie poważnie jako partnera. Podobałem się jej i chętnie się ze mną pokazywała, ale wyraźnie dawała mi do zrozumienia, że to chwilowy kaprys. Nie mogła sobie pozwolić na bycie z facetem na dorobku, opłacanym z budżetu państwa. Świadomość ta raniła moją miłość własną, ale nie mając wyboru, akceptowałem ten układ. Olga utrzymywała kontakty ze środowiskiem facetów jeżdżących kosztownymi samochodami i przeczuwałem, że pewnego dnia któryś z nich podjedzie po nią, a ona wsiądzie do tej jego bryki i odjedzie. Na zawsze. Przeczucie to nadawało naszemu związkowi jakiś tragiczny rys i ze zdumieniem stwierdziłem, że mi to dziwnie odpowiada… Czyżbym miał w sobie coś z masochisty?

Któregoś dnia wróciłem do domu i nie zastałem ani jej, ani jej rzeczy. Niby spodziewałem się tego, ale gdy wreszcie nastąpiło, poczułem się jak uderzony obuchem w głowę. W panice zacząłem szukać jakiegoś listu. Nie znalazłem go. Olga, przez zapomnienie zapewne, zostawiła mi tylko dwa przedmioty. Były to separatory do palców u nóg, używane podczas malowania paznokci lakierem, przypominające nieco w kształcie grzebienie wpinane we włosy. Zrobione były z czegoś w rodzaju sztywnej gąbki i utrzymywały palce w stanie rozczapierzenia, dopóki nie wysechł lakier na paznokciach. Byłem kilkakrotnie świadkiem ich zastosowania i nigdy nie uderzył mnie komizm tego widoku. Dopiero kiedy wiele miesięcy później dotarła do mnie śmieszność i absurdalność tych obiektów i wspomnianego widoku, zrozumiałem, że czar Olgi przestaje działać.

Jak mi powiedziano, związała się z szefem jednej ze sławnych zagranicznych firm audytorskich i wyjechała z nim z Polski. Good riddance, jak mówią Anglicy.

Na ścianach mieszkania zostały zdjęcia Olgi. Były to w większości czarno-białe akty, mocno kontrastowe, wygrywające perfekcyjne linie jej ciała i tajemnice kryjące się w jego załomach.

Moja następna kobieta, Małgosia, odważyła się je usunąć dopiero gdzieś po dwóch miesiącach mieszkania u mnie.

Małgosia

W odróżnieniu od Olgi Małgosia emanowała ciepłem. Urodę miała pszenno-mazowiecką i naturalną nadwagę; było w niej coś, co nasuwało myśl o wielkim łóżku, staromodnej pierzynie i przytu – leniu się do jej nagiego, miękkiego ciała, tak by wyspać się raz na zawsze. Znakomicie gotowała i utrzymywała wokół siebie obsesyjny porządek. Uwzięła się, żeby uporządkować moje życie, i powiodło jej się to. Stopniowo wytępiła kolegów, którzy wpadali niekiedy bez zapowiedzi, ale za to z pół litrem, kupowała bilety do kina na filmy, które w tym sezonie trzeba było zaliczyć, podsuwała mi książki, które wypadało przeczytać, zwracała moją uwagę na programy telewizyjne, które należało obejrzeć. Zrobiła ze mnie tyjącego domatora. Jednym słowem, ideał kobiety.

Przychodziła w środku tygodnia i spędzała u mnie także większość weekendów. Zawsze po przyjściu najpierw sprzątała, potem robiła kolację, brała prysznic i, starannie wytarta, oddawała mi się z błogim uśmiechem.

Był to praktyczny układ, który przez długi czas pozostawiał nam obojgu akurat taki margines wolności, żeby związek nie zaczął ciążyć. Z różnych jej napomknień wywnioskowałem jednak, że mnie na tej wolności zależy bardziej niż jej. Z jednej strony czułem się więc stopniowo osaczany, z drugiej zaś perspektywa stałego domowego ciepełka wydawała mi się niekiedy wcale atrakcyjna. „Jebactwo osiadłe”, jak to nazywał Gerwazy, miało swoje niewątpliwe zalety. Po chłodnej i wyrafinowanej Oldze, poczciwość Małgosi była jak wyjście z dusznej piwnicy na świeże powietrze.

Stworzyła mi tak idealne warunki do pracy, że doktorat napisałem poniekąd z nudów. Mojego promotora i mistrza, profesora Bandurę, Małgosia kochała jak ojca. On miał do niej ogromną słabość, ale wątpię, czy było to uczucie ojcowskie. Kilka razy przyłapałem go, jak wodził wzrokiem za jej tyłkiem.

– Trafiło się panu jak ślepej kurze ziarno, kolego – powiedział kiedyś. – Ale zawsze trafia do naszych rąk to, co w gruncie rzeczy bardziej potrzebne jest innym.

Czy nie miał aby na myśli siebie?

Do trzymania się Małgosi namawiał mnie gorąco Pułkownik, który jako wieloletni wdowiec, przez wzgląd na mnie i babcię Teodorę skazany na dyskretne przygody podczas wyjazdów na wczasy i do sanatoriów, szczególnie cenił taki właśnie typ „domowej” kobiety. Podczas wizyt w moim rodzinnym domu Małgosia traktowała go zawsze z szacunkiem – nawet kiedy nie był trzeźwy. Bardzo go to ujmowało.

Rodzina, ach rodzina..

Moje stosunki z Pułkownikiem były bardzo złożone. Chociaż nigdy mi tego wyraźnie nie okazał, wiedziałem, że wybierając w pewnym momencie życie z matką, sprawiłem mu zawód. Nigdy nie pogodził się do końca z tym, że przegrał walkę o „rząd” mojej duszy. Ja z kolei nic nie mogłem poradzić na to, że artystyczne zainteresowania matki przeważyły u mnie nad typowo „męskimi” zainteresowaniami, jakie usiłował mi zaszczepić on. Przez wiele lat starałem się zadowolić ich oboje, rysując, malując i czytając z matką, jeżdżąc na poligon, strzelnicę i na ryby z ojcem. Ale kiedyś musiałem opowiedzieć się po stronie jednego z nich.

Moi rodzice stanowili parę dość nieprawdopodobną. Matka była klasyczną „panienką z dobrego domu”, konsekwentnie tak wychowywaną w ramach – jak przypuszczam – protestu przeciwko siermiężnej rzeczywistości komunistycznego państwa, w opozycji do schamiałych obyczajów, jako wyraz braku zgody na odejście tamtego, przedwojennego świata. Traktując córkę jak kruchą, cieplarnianą roślinkę, dziadkowie moi ratowali zapewne resztki własnej godności; nie przyszło im jednak do głowy, że nie wyposażają dziecka w mechanizmy obronne na wypadek kontaktu z brutalnym powojennym światem. Być może myśleli, że znajdą dla niej partnera jak z dawnych czasów, kogoś, kto ją osłoni, ochroni, stworzy dla niej kokon, w którym będzie mogła spokojnie żyć, pielęgnując swoje zainteresowania rodem z innej epoki. Zawiedli się srodze. Nikt taki zapewne już nie istniał, a trafiając na mojego ojca, matka rychło zetknęła się ze światem zupełnie nieupiększonym, o którym niewiele wiedziała.

Ojciec usiłował wprowadzić ją w krąg oficerskich żon, ale o czym miała z tymi tlenionymi, hałaśliwymi kobietami rozmawiać subtelna wielbicielka klasycyzmu i dziewiętnastowiecznej powieści francuskiej? To nie była jej sfera. Mój ojciec bolał nad tym i sprawiał wrażenie coraz bardziej bezradnego. Kochał ją miłością ślepą i bezwarunkową. Matka była dla niego uosobieniem tęsknoty za piękniejszym życiem, które, dorastając na robotniczym przedmieściu, mógł sobie tylko wyobrażać. Widziałem, jak oddalają się od siebie coraz bardziej. Ale to matka w pewnym momencie zaprzestała walki i oddała się obsesyjnemu pielęgnowaniu swoich zamiłowań, odgradzając się od nieprzyjaznego świata barierą piękna zaklętego w sztuce.

Kiedy dawni kumple w smętnych latach osiemdziesiątych zrobili z ojca attaché wojskowego i wysłali za granicę, podążyliśmy za nim oboje z matką. Pierwsze kilka lat jego dyplomatycznej kariery spędziliśmy razem, co dla mnie było korzystne, bo uczęszczałem do anglojęzycznych szkół. Kiedy jednak matka stwierdziła, że nie chce już dalej być świadkiem degrengolady ojca, upijającego się coraz chętniej na niezliczonych dyplomatycznych przyjęciach, stanąłem przy niej.

Babcia Dębicka, która nigdy nie mogła zrozumieć fascynacji córki moim ojcem (mimo że obiektywnie rzecz biorąc był w młodości bardzo przystojny), mieszkała dalej z nami; wychowywałem się więc z tymi dwoma kobietami, ojca widując raz na miesiąc, dwa. Kiedy matka nagle odeszła („serce jej pękło”, mówiła później babcia Teodora) i ojciec wrócił do kraju, babcia Dębicka została przy nas, „żeby Karolek wyszedł na ludzi”, jak mówiła. Znów żyliśmy we trójkę; babcia i ojciec w stanie prowizorycznego zawieszenia broni, które, jak wszelka prowizorka, trwało latami.

Miarą jej zaufania do mojego starego był fakt, że swoje dwie kamienice zapisała mnie, zostawiając mi jednocześnie rulonik złotych carskich monet na opłacenie podatku spadkowego.

Kiedy wybrałem kierunek studiów, ojciec, jak każdy inteligent w pierwszym pokoleniu marzący dla swojego dziecka o karierze prawnika lub lekarza, potraktował to osobiście. Zaczął pić jeszcze bardziej, przy czym niekiedy popadał w stan lekkiego użalania się nad sobą i swoim zmarnowanym życiem.

Kiedy zrozumiał, jak ważny stał się dla mnie profesor Bandura, powziął do niego wielką niechęć.

Mistrz

Bandura był typem profesora wyjątkowego, potwierdzającego swoim istnieniem panującą na naszych uczelniach regułę. W systemie, w którym na uczelni zostają często ludzie przypadkowi, niekoniecznie szczególnie inteligentni, którym do zrobienia doktoratu wystarczy odpowiedni Sitzfleisch