Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Bardzo złe miejsce ebook

Tim Weaver  

4.31395348837209 (172)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 558 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bardzo złe miejsce - Tim Weaver

Prawda nie zawsze przynosi ulgę. Zwłaszcza, gdy jest okrutna.
Leonard Franks, detektyw z osiągnięciami, zrobił błyskotliwą karierę w londyńskim Wydziale Zabójstw. Po latach pracy przechodzi na zasłużoną emeryturę. O tym marzył – odludzie w Dartmoor, wiejska posiadłość, żona Ellie u boku. Zdaje się, że ta sielanka będzie trwała już zawsze. Jednak pewnego dnia wszystko rozsypuje się jak domek z kart. Leonard wychodzi z domu, by przynieść drewno. I nie wraca.

Mijają miesiące, policja wciąż nie ma nic. Żadnego tropu. Zrozpaczona rodzina w końcu puka do drzwi Davida Rakera, śledczego, specjalisty od spraw beznadziejnych. Jest mistrzem w szukaniu tych, których nikt nie potrafi znaleźć. Podejmując się śledztwa, nie zdaje sobie sprawy, w co tak naprawdę się pakuje. Za zniknięciem Leonarda kryje się przerażająca prawda. Gorsza, niż ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić. Z tego powodu nie tylko Raker będzie w niebezpieczeństwie. Także ci, których kocha.


Robi wrażenie! Ociekające krwią śledztwo zabiera czytelników w sferę najbardziej mrocznych obsesji.
To powieść kompletna. Na długo zostaje w głowie.

„Financial Times”

Niezapomniana książka! Tim Weaver zabiera czytelników w pasjonującą podróż i najlepsze zachowuje na koniec. Ci, którzy kochają przerażające historie z dynamiczną akcją, pełne mrocznych sekretów i momentów mrożących krew w żyłach, będą zachwyceni.

„Suspense Magazine”

Weaver nieustannie myli tropy, łącząc z pozoru zupełnie niezależne od siebie wątki i postaci.
„Fall From Grace” sprawi, że będziesz chciał więcej.

„Library Journal”

Opinie o ebooku Bardzo złe miejsce - Tim Weaver

Fragment ebooka Bardzo złe miejsce - Tim Weaver

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Uwaga od autora

CZĘŚĆ PIERWSZA

1978

1

2013

2

3

4

5

6

7

8

Pierwsze pożegnanie

9

10

11

12

13

14

15

16

Przyjaciel

17

18

19

Ucieczka

CZĘŚĆ DRUGA

20

21

22

23

24

25

Pudełko z wyrzutami sumienia

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

Simon

40

41

Bethlehem

CZĘŚĆ TRZECIA

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

Casey

57

58

59

60

61

62

63

64

65

CZĘŚĆ CZWARTA

66

67

68

69

Koniec

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

Podziękowania

BEZ DO WIDZENIA

Opuścili Londyn, by zamieszkać w wymarzonym domu. Idylla nie trwa jednak długo. Podczas gdy Ellie Franks przygotowuje herbatę, jej mąż Leonard wychodzi za róg domu po drewno do kominka. I już nie wraca.

BEZ ŚLADU

Dziewięć miesięcy później, gdy śledztwo policyjne utyka w martwym punkcie, rodzina Leonarda zwraca się do jedynej osoby, która może jej pomóc. Do Davida Rakera specjalizującego się w odnajdywaniu zaginio- nych osób. Żywych lub martwych.

BEZ TCHU

Raker szybko odkrywa, że za zniknięciem Leonarda Franksa, byłego wysoko postawionego policjanta, kryje się sieć kłamstw. A kiedy zaczyna rozumieć, jak daleko sięgają, zdaje sobie sprawę, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Zresztą nawet gdyby sam do tego nie doszedł, są tacy, którzy mu o tym przypomną. I to w bardzo dotkliwy sposób.

TIM WEAVER

Brytyjski pisarz, z zawodu dziennikarz. Jako wolny strzelec współpracował z wieloma gazetami i czasopismami, m.in. z „The Guardian” i „Sports Illustrated”; pisał o filmach, telewizji, sporcie i grach komputerowych. Jest autorem serii thrillerów o prywatnym detektywie Davidzie Rakerze, zajmującym się poszukiwaniem osób zaginionych.

Dotychczas ukazało się dziewięć powieści Weavera – w tym Zanurzyć się w mrok, Bez ostrzeżenia i Zniknęli na zawsze – oraz zbiór opowiadań.

Tim Weaver uwielbia powieści Lee Childa i Michaela Connelly’ego.

timweaverbooks.com

Tego autora

ZANURZYĆ SIĘ W MROK

BEZ OSTRZEŻENIA

ZNIKNĘLI NA ZAWSZE

BARDZO ZŁE MIEJSCE

Tytuł oryginału:

FALL FROM GRACE

Copyright © Tim Weaver 2014

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Robert Waliś 2018

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: © Jackie Robinson/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-409-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Sharlé

Uwaga od autora

Na potrzeby tej opowieści przedstawiłem w nieco zmieniony sposób metody pracy i strukturę Metropolitalnej Służby Policyjnej. Mam nadzieję, że zrobiłem to na tyle subtelnie, by nikogo nie urazić.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1978

1

Potrzebowali godziny, aby dojechać do plaży w niewielkiej zatoczce w kształcie podkowy na południowym krańcu hrabstwa. Ojciec chciał się tam znaleźć wcześnie, aby uniknąć walki o miejsce na malutkim parkingu, a także dlatego, że ktoś z ich wioski powiedział mu, że jest tam pięć miejsc – schowanych pod potężnym trzydziestometrowym urwiskiem – które przez cały dzień pozostają w cieniu. Kiedy dotarli do celu i zobaczyli, że dwa z nich są jeszcze wolne, ojciec wystukał triumfalny rytm na kierownicy hillmana avengera i zaczął pogwizdywać. Jego żona, która siedziała obok, szeroko się uśmiechnęła.

– Chyba możemy uznać, że jesteś zadowolony.

– Za wcześnie na lody?

Przewróciła oczami.

– Dopiero co zjedliśmy śniadanie.

– To było ponad godzinę temu – rzucił żartem. Kiedy zaparkował i wyłączył silnik, obejrzał się na tylne siedzenie. Jego syn klęczał, z palcami przyciśniętymi do szyby, i wyglądał na zatoczkę. – Co o tym myślisz, synku?

– Można się tutaj wspinać po skałach, tato?

Ojciec się roześmiał.

– Tak, można się wspinać.

Właśnie trwał odpływ i cofające się fale pozostawiły za sobą połać pomarszczonego piasku. Woda, przezroczysta jak szkło, była częściowo zamknięta w łagodnym półkolu zatoczki, którą z otwartym morzem łączył kanał. Gdy chłopiec tam patrzył, miał wrażenie, że widzi bezkresny świat. Podekscytowany, pomógł tacie zanieść na plażę dwa leżaki i jedzenie, potem wrócił po wiaderko i łopatkę i pobiegł w stronę wody. Matka zawołała za nim, aby zbytnio się nie oddalał, a on odkrzyknął, że dobrze. Podczas gdy ojciec przygotowywał ich stanowisko, matka obserwowała chłopca, którego ślady wiodły aż do brzegu.

– Ależ on wyrósł – powiedziała.

– Ma dopiero osiem lat, Marie.

– Wiem. – Zamilkła, obserwując, jak chłopiec zanurza stopę w wodzie. – Ale czy nie uważasz, że czas pędzi jak szalony? Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj położne podały mi go po raz pierwszy. A teraz tylko na niego popatrz.

– Fajny chłopak.

– Wiem. Nie o to mi chodzi. Po prostu… zanim się obejrzymy, ożeni się i sam będzie miał dzieci. Może nawet tu nie zostanie.

– Oczywiście, że zostanie.

– Tutaj nie ma dla niego zbyt wielu możliwości, Tom.

– O czym ty mówisz? Przejmie firmę po mnie.

– Mówi, że tego nie chce.

– Ma dopiero osiem lat. – Tom stanął za plecami żony i objął ją w pasie. – Nie wie, czego chce. Ja w jego wieku pragnąłem zostać astronautą.

– Po prostu nie chciałabym, żeby o nas zapomniał.

Pocałował żonę w policzek.

– Nie zapomni o swojej starej matce.

Chłopiec odwrócił się w ich stronę i pomachał do niej.

– Mamo! – zawołał. – Mamo, chodź i zobacz.

– Widzisz? – dodał ojciec. – Mówiłem ci.

Marie ponownie się uśmiechnęła, pocałowała męża w policzek i ruszyła w stronę syna, który stał po łydki w wodzie i wskazywał coś na skraju zatoczki. Początkowo nie widziała, co przyciągnęło jego uwagę, ale w końcu zobaczyła na wodach kanału samotny kształt, niczym opuszczony, dryfujący statek.

Wyspa.

Usiłowała zapomnieć, jak blisko od niej się znajdują.

– Co się stało, kochanie?

Ale już wiedziała. Wyspa wystawała ponad powierzchnię wody jak płetwa, skalisty odłamek oddalony od brzegu o czterysta metrów, niezgrabny, potrzaskany, złowrogi. Nawet z tej odległości, pomimo światła odbijającego się od wody i prażącego słońca, było w niej coś mrocznego; historie, które miała do opowiedzenia, i wspomnienia, które wolałaby wymazać.

Kobieta instynktownie położyła dłoń na ramieniu syna.

– Co to za miejsce, mamo? – spytał chłopiec.

Patrzyła w stronę kanału, zastanawiając się, co ma odpowiedzieć.

– Mamo?

– To… To jest…

– No co? – dopytywał się chłopiec. – Co to takiego?

W końcu powoli, odruchowo, przygarnęła go do siebie.

– To złe miejsce, kochanie. Bardzo złe miejsce.

2013

2

Dom, którego adres otrzymałem, stał przy stacji rozrządowej w Pimlico. Dwupiętrowy budynek z żółtej cegły znajdował się w odległości czterystu metrów na południe od dworca Victoria, niemal nad brzegiem Tamizy. Nie było na nim żadnej tabliczki, a w oknach panowała ciemność, co sugerowało, że jest opustoszały. Jednak nie był. Gdy podszedłem bliżej, zauważyłem, że drewniane drzwi zostały niedawno pomalowane na bladoniebiesko, a na ścianie zamontowano kamerę monitoringu skierowaną na wejście. W ścianie obok drzwi widniała klawiatura domofonu. Zadzwoniłem.

W miejscu, gdzie stałem, rzekę niemal całkowicie przesłaniały rdzewiejące żelazne przęsła mostu kolejowego, jednak między nimi dostrzegłem powolną procesję statków wycieczkowych przecinających wodę. Zbliżało się Boże Narodzenie, więc okna wszystkich jednostek były przystrojone migającymi światełkami, a niektórzy z turystów – nie zważając na zimowy chłód – stali na pokładach, ubrani w czapki Świętego Mikołaja. Poza tym poranek wydawał się dziwnie cichy i szary, jakby miasto zapadło w sen zimowy.

Po kilku sekundach domofon zabrzęczał i drzwi odskoczyły od futryny. Za nimi znajdował się krótki korytarz z wypolerowaną dębową posadzką i dużym, łukowato sklepionym oknem, przez które wpadało światło rozlewające się po ścianach i suficie. Wszystko było pomalowane taką samą farbą w kolorze złamanej bieli, nie licząc dwojga niebieskich drzwi na końcu korytarza oraz marmurowego kontuaru po prawej stronie, za którym siedziała elegancko ubrana dwudziestokilkulatka.

– Pan Raker?

Kiwnąłem głową.

– Udało się pani zgadnąć?

Uśmiechnęła się, sięgnęła pod blat i wyjęła rejestr gości.

– Miałam pana oczekiwać mniej więcej o tej godzinie – odrzekła i położyła pióro wieczne na wierzchu. – Poproszę o datę i podpis, a potem wskażę panu, dokąd ma pan iść.

Wpisałem się do rejestru.

– Dzisiaj jest dwunasty grudnia, prawda?

– Zgadza się. – Kiedy skończyłem, skinęła ręką w stronę pierwszych niebieskich drzwi. – Tam znajdzie pan nasze sale konferencyjne. Pańska to Dickens. Potem może pan skorzystać z naszego zaplecza. W piwnicy mamy bar, a za tamtymi drzwiami jest restauracja. Podajemy posiłki od dwunastej do szesnastej, ale żeby pana obsłużono, musi panu towarzyszyć któryś z naszych członków.

– Rozumiem.

– Czy mogę panu jeszcze czymś służyć, panie Raker?

– Nie, to chyba wystarczy.

Przeszedłem przez pierwsze niebieskie drzwi.

Wzdłuż kolejnego korytarza znajdowało się ośmioro drzwi, po czworo z każdej strony. Wszystkie były zamknięte i opatrzone mosiężnymi plakietkami, na których widniały nazwiska brytyjskich pisarzy. Dickens był czwarty po lewej. Gdy się zbliżyłem, usłyszałem odgłosy rozmowy w jednej z sal. W pozostałych panowała całkowita cisza. Zapukałem dwukrotnie do Dickensa.

– Proszę wejść.

Sala konferencyjna była niewielka, ale doskonała: dębowa posadzka, ściany w kolorze czekolady, trzyipółmetrowy stół oraz sięgające od sufitu do podłogi okna, które wychodziły na idealny ogród. Ponad nim dostrzegłem most kolejowy, ale gdyby nie to, łatwo można by zapomnieć, że budynek otaczają obiekty przemysłowe i drogi.

– Panie Raker.

Inspektor Melanie Craw wstała ze swojego miejsca u szczytu stołu, pozostawiając laptopa i zamkniętą tekturową teczkę, i podeszła się ze mną przywitać. Podaliśmy sobie dłonie, po czym zamknęła drzwi i gestem zaprosiła mnie do stołu. Zdjąłem marynarkę i usiadłem.

– Napije się pan czegoś? – spytała.

– Może wody. Dziękuję.

Craw miała czterdzieści kilka lat, szczupłą sylwetkę, krótką, praktyczną fryzurę i zimne, nieodgadnione spojrzenie. Żadnej biżuterii, nie licząc obrączki ślubnej. Nigdy nie nosiła spódnic, wyłącznie spodnie, zawsze w takich samych stonowanych kolorach. Była spokojna i zrównoważona, trudna do rozszyfrowania, ale niepozbawiona uczuć. Doskonale rozumiała ludzi i ich pobudki. Nigdy nie współpracowaliśmy, dochodziło między nami jedynie do uszczypliwych, często gorzkich konfrontacji, ale mimo wszystko ją podziwiałem. Nie miałem pojęcia, czy odwzajemnia to uczucie.

Kiedy podeszła do szafki w rogu, na której stały dzbanek z mrożoną wodą i kilka szklanek, zapadła między nami krótka, niezręczna cisza.

Może to wcale nie było takie dziwne. Zarabiam na życie odnajdywaniem zaginionych osób i przy okazji swojej pracy wszedłem raz Craw w paradę, gdy była starszym oficerem dochodzeniowym w sprawie, która niemal kosztowała mnie życie. Przez człowieka, którego oboje staraliśmy się dopaść, zostałem ugodzony nożem w pierś i pozostawiony na śmierć w mroku cmentarza. Dzięki mojemu szczęściu albo przeznaczeniu, bądź odrobinie jednego i drugiego, ktoś mnie znalazł i spędziłem miesiąc, przykuty do szpitalnego łóżka, a następnie kolejne cztery na dochodzeniu do siebie w domu odziedziczonym po rodzicach, na południu Devon.

Potem zastanawiałem się, czy jeszcze kiedykolwiek chcę wrócić do Londynu.

Ostatecznie zrobiłem to, nie tylko dlatego, że w mieście miałem więcej zleceń, ale także dlatego, że gdy ustąpił fizyczny ból, musiałem się jeszcze zmierzyć ze wspomnieniami tego, co mnie spotkało – a te wspomnienia były właśnie tutaj. Kiedy inspektor podała mi szklankę wody, pomyślałem, że – po tych osiemnastu miesiącach – Melanie Craw również jest inną osobą. Moje życie się zmieniło. Niemożliwe, aby jej pozostało takie samo.

– Dziękuję, że pan przyszedł – odezwała się. – Najwyraźniej nie miał pan problemów, żeby do nas trafić.

– Z zewnątrz budynek wygląda na opuszczony.

Uśmiechnęła się i usiadła.

– Pewnie dlatego tak się ludziom podoba.

– Jest pani członkiem?

– Dzięki mężowi. Takie miejsca… to raczej domena mężczyzn. Nie do końca to rozumiem, ale przychodzenie tutaj sprawia mu mnóstwo radości. Chętnie wykorzystuję to miejsce do takich spotkań.

– To znaczy jakich?

– Chciałabym zlecić panu pewne zadanie.

Dostrzegła zaskoczenie na mojej twarzy i pokiwała głową, jakby chciała dodać mi otuchy, po czym pchnęła teczkę w moją stronę.

Zerknąłem na nią, a następnie podniosłem wzrok na Craw.

– Chcę, aby pan kogoś znalazł.

Tym razem ja się uśmiechnąłem. Od dawna zdarzało mi się wchodzić w drogę funkcjonariuszom Scotland Yardu, wliczając Craw, oczywiście nieumyślnie i bez żadnej satysfakcji, ale jedynie przy okazji wykonywania swojej pracy. Uznawałem to za skutek uboczny. Wykonywałem tę pracę nie po to, aby zdobywać przyjaciół, tylko po to, by odnajdywać zaginione osoby.

– Nie sądzę, aby policja zaakceptowała ten pomysł – odrzekłem.

– Ma pan całkowitą rację.

– Więc co tutaj robię?

– To nie jest zlecenie od policji.

Przyjrzałem się jej podejrzliwie, niepewny jej zamiarów. Myśl, że Craw mogłaby mnie prosić o pomoc – nawet jeśli upływ czasu zatarł wspomnienia o naszym ostatnim spotkaniu – wydawała mi się niemal nieprzyzwoita. Nie zrobiłaby czegoś takiego, nawet pod groźbą pistoletu. Jednak jej twarz ani drgnęła. Nic nie wskazywało, aby Craw żartowała.

Dlatego otworzyłem teczkę.

Ze zdjęcia przypiętego zszywaczem do pierwszej strony akt dotyczących zaginionej osoby popatrzył na mnie mężczyzna po sześćdziesiątce. Siedział na skraju skały gdzieś na wrzosowisku, a za nim rozpościerała się ogromna zielona dolina. Wyglądało na to, że zdjęcie zostało przycięte: przy jednej krawędzi widać było zarys drugiej osoby, a na dole kadru zauważyłem krzywiznę plecaka. Mężczyzna nazywał się Leonard Franks.

Zaginął trzeciego marca.

Sześćdziesiąt dwa lata, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, siwe włosy i niebieskie oczy – jednak wiedziałem, że ten opis nie pomoże mi go znaleźć. Kiedy ludzie zrywają z normalnym życiem, szybko się zmieniają: niekiedy z własnej woli, a niekiedy pod przymusem. Zresztą przeważnie po tak długim czasie większość zaginionych już o sobie nie decyduje, bo gniją w jakiejś dziurze i czekają, by ich odnaleziono. Chociaż ze względu na rodziny, z którymi pracuję, wychodzę z założenia, że ofiara żyje, Franks zniknął dziewięć miesięcy temu, a po takim czasie wygląd zaginionej osoby nie jest już istotny. Liczy się jej sposób myślenia. Jej odejście. Przyczyny zniknięcia.

Jej ostateczny los.

Popatrzyłem na adres.

– Mieszkał w Postbridge?

– Tak, mniej więcej półtora kilometra na północ.

To w samym sercu Dartmoor, niecałe sześćdziesiąt kilometrów od wioski, w której się wychowałem. Ale z jego papierów wynikało, że urodził się w Londynie i spędził w tym mieście całe życie.

– Przeprowadził się do Devon, kiedy przeszedł na emeryturę?

Skinęła głową.

– Dwa lata temu.

Zacząłem przeglądać zawartość teczki i teraz zobaczyłem, że Franks był policjantem i przeszedł na emeryturę w wieku sześćdziesięciu lat, jako szef wydziału zabójstw i poważnych przestępstw. To było wysokie stanowisko, a on zbierał znakomite noty za swoją pracę. Według dokumentów, złożył wniosek o emeryturę w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, po trzydziestu latach służby, ale wtedy zastępca komendanta głównego poprosił go, aby jeszcze został.

– W jakich okolicznościach zaginął? – spytałem.

– Razem z żoną mieszkali w czymś w rodzaju starej myśliwskiej chaty – powiedziała Craw. – Do budynku przylega z boku szopa na drewno, a z tyłu szopa na narzędzia. To właściwie wszystko. Miejsce na uboczu. Do najbliższych sąsiadów jest około półtora kilometra, ze wszystkich stron są wrzosowiska i panuje taka cisza, że da się usłyszeć nadjeżdżający samochód pięć minut przed jego pojawieniem się w zasięgu wzroku.

Popatrzyła na zdjęcie Franksa leżące na stole.

– Pewnego późnego popołudnia siedzieli we dwoje przy kominku. Ogień zaczął przygasać, więc ona poprosiła go, aby przyniósł drewno. Był początek marca i wciąż było dosyć zimno, zwłaszcza na wrzosowiskach. Postawiła czajnik na ogniu i ukroiła dla nich po kawałku ciasta, a on wyszedł do szopy. Robił to już setki razy; szopa na drewno znajduje się dosłownie na skraju werandy, niecałe trzy metry od drzwi frontowych. – Zamilkła i spojrzała na mnie. – Tylko że tym razem nie wrócił.

Zmarszczyłem czoło.

– Wyszedł do szopy i nie wrócił?

– Zgadza się.

– To dokąd poszedł?

Wzruszyła ramionami.

– Żona wyszła go poszukać?

– Tak.

– Ale go nie znalazła?

– Nie było ciemno, więc mogła dobrze rozejrzeć się na wszystkie strony. Nie zauważyła żadnych samochodów. Żadnych ludzi. Byli sami. Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu.

Opuściłem wzrok na zdjęcie Franksa, a gdy przyglądałem się jego twarzy, nagle zwróciłem na coś uwagę. Dostrzegłem podobieństwo.

– Kim on jest? – spytałem.

– Nazywa się Leonard Franks.

– Nie, pytam, kim jest dla pani.

Przez chwilę milczała, nie odrywając oczu od zdjęcia, z dłońmi opartymi na blacie.

– To mój ojciec – odpowiedziała cicho.

3

Craw całkowicie znieruchomiała.

– Tata powinien był przejść na emeryturę w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, tak jak chciał, ale zaproponowali mu dużo pieniędzy za pozostanie w pracy, a sądzę też, że w głębi duszy bał się, że będzie się nudził na emeryturze. Nie znał życia poza policją. Ona była całym jego światem. Dlatego przyjął propozycję i zdecydował się na kolejne pięć lat służby. – Popatrzyła na mnie, początkowo beznamiętnie, ale potem wzruszyła ramionami i domyśliłem się po jej minie, że uważała decyzję Franksa za błędną. – Po osiemnastu miesiącach zaczął żałować. Nie zamierzał się wycofać, bo nie miał w zwyczaju zostawiać ludzi na lodzie, ale stopniowo znienawidził Londyn. W ostatnich latach narzekał na wszystko: na nieustanny zgiełk, mieszkanie nad innymi ludźmi, ścisk w metrze, politykę władz miasta. Odliczał dni do sześćdziesiątki, aż w końcu razem z mamą zwinęli manatki i wyprowadzili się.

– Dlaczego wybrali Devon?

Znów wzruszyła ramionami.

– Zawsze uwielbiali to miejsce.

– Nie ma tam pani innej rodziny?

– Nie. – Przebiegła palcem wzdłuż krawędzi swojego laptopa, na chwilę pogrążając się we wspomnieniach. Jej rysy złagodniały, zapewne gdy pomyślała o ojcu, jednak potem przez jej twarz przemknął grymas cierpienia. – Mniej więcej rok temu tata nawiązał znajomość z gościem, który nieco wcześniej zamieszkał razem z żoną w ich wiosce, niejakim Derekiem Cortezem. Zaprzyjaźnili się i okazało się, że Derek Cortez też kiedyś był gliną: przez wiele lat dowodził wydziałem dochodzeniowym. Powiedział tacie, że również przeszedł na emeryturę, ale wciąż współpracuje z CCRU jako konsultant.

Widziała po mojej minie, że znam ten skrót, oznaczający jednostkę zajmującą się powtórnym rozpatrywaniem nierozwiązanych zabójstw.

Ostygłych tropów.

– Cortez przeglądał dokumentację, przekazywał policji swoje ekspertyzy i w ten sposób trochę sobie dorabiał – kontynuowała Craw. – Wszystko całkowicie legalnie, tak samo robimy u nas. – Przesunęła dłonie w stronę szklanki z wodą. Przyciągnęła ją do siebie, ale się nie napiła. – Zapewne domyśla się pan, co było potem. Cortez powiedział, że może porozmawiać ze swoim człowiekiem w policji w Devon i Kornwalii i znaleźć podobną fuchę dla taty. Tata zapewne by odmówił, ponieważ dwa lata wcześniej odszedł ze służby i cieszył się emeryturą, ale razem z mamą musieli gruntownie wyremontować kuchnię, więc nie zamierzali odrzucać propozycji zarobienia dodatkowych pieniędzy. Poza tym praca nad ostygłymi tropami nie wiązała się z żadną presją. Tata wiedział, że policja ucieszy się z wszelkich nowych ustaleń, a rolę jego biura będzie pełniła weranda. Dlatego oznajmił Cortezowi, że przyjmie kilka spraw i jeśli pójdą mu dobrze, zdecyduje się na dalszą współpracę. Jeśli nie, nikt nie będzie miał pretensji.

Nachyliłem się i zanotowałem parę informacji.

Kiedy przyszedłem, było tu chłodno, ale teraz zaczynało się ocieplać, a klimatyzacja na ścianie łagodnie brzęczała.

– Co było dalej?

Nie odpowiedziała, wpatrzona w przestrzeń pomiędzy nami. Nagle przypomniałem sobie, jak półtora roku wcześniej siedzieliśmy razem w domu zabójcy. Teraz tamta chwila się powtarzała, przeżywaliśmy ją na nowo, tyle że siedząc po przeciwnych stronach. Jeśli czegoś to dowodzi, to tego, że między ludźmi rodzą się więzi, a ich losy trwale się ze sobą łączą.

– Zanim przeszedł na emeryturę, przepracował w londyńskiej policji trzydzieści pięć lat – powiedziała, splatając palce na blacie. – Mnie właśnie upłynął dziewiętnasty rok służby. Jednak, o dziwo, nigdy nie rozmawialiśmy o pracy. Obojgu nam to odpowiadało: tata nigdy nie przynosił swoich spraw do domu, ponieważ pragnął wyraźnie oddzielić życie domowe z mamą od życia zawodowego, a ja nie chciałam, aby ktokolwiek w policji oskarżał mnie, że jestem przez niego wyjątkowo traktowana. Właśnie dlatego wstąpiłam do policji nie pod nazwiskiem Franks. Craw to panieńskie nazwisko mojej mamy. Tak było lepiej. Nigdy nie oczekiwałam ani nie pragnęłam żadnych specjalnych względów. Wszystko osiągnęłam sama, bez pomocy taty i jego nazwiska. – Zamilkła, patrząc na mnie. Mięśnie jej twarzy napięły się, jakby usiłowała powściągnąć emocje. – Ale potem coś się zmieniło. W dniu jego sześćdziesiątych drugich urodzin, dwudziestego trzeciego lutego, zabraliśmy z mężem dzieci i pojechaliśmy odwiedzić tatę, a on zaczął mi opowiadać o pewnej sprawie, którą przyjął.

– Co to była za sprawa?

– Wspomniał o konsultacjach, które załatwił mu Cortez. Rozmawialiśmy tylko we dwoje. Bill, mój mąż, był na górze; mama i dzieci już spały. Zaskoczyło mnie, że postanowił wziąć to zlecenie, ale jeszcze bardziej się zdziwiłam, że w ogóle porusza taki temat. Jak już mówiłam, zanim przeszedł na emeryturę, nigdy nie rozmawialiśmy o jego pracy, a teraz tata od razu zaczął mi opowiadać o sprawie, którą się zajmował. – Zerknęła na zdjęcie ojca. – Z jakiegoś powodu nie dawała mu ona spokoju.

Natychmiast dostrzegłem podtekst: Franks przez trzydzieści pięć lat pracował w Metropolitalnej Służbie Policyjnej, dowodził wydziałem zabójstw, widział wszystko, całą krzywdę, jaką ludzie wyrządzają innym, cały mrok – a jednak dopiero ta sprawa wyprowadziła go z równowagi. Każdy glina czegoś takiego doświadcza i nie zawsze dotyczy to spraw, które są najstraszniejsze albo wzbudzają największy gniew. Czasami wyróżnia je coś innego.

– W jaki sposób nie dawała mu spokoju?

Drgnęła na dźwięk mojego głosu; moje pytanie wyrwało ją z głębokiego zamyślenia. W końcu się otrząsnęła, częściowo odzyskując swój zwykły spokój.

– Właśnie w tym problem. Nie udało mi się wydobyć z niego szczegółów. Nie wspomniał o ofierze, jeśli w ogóle jakaś była. Nie podawał konkretów, nie wymieniał nazwisk. Po prostu przyznał, że ta sprawa go dręczy. Rozmawialiśmy o niej może przez minutę, ale to i tak trwało dłużej niż wszystkie nasze dotychczasowe rozmowy o jego pracy.

– Czyli nie podał żadnych szczegółów?

Pokręciła głową.

– Na pewno niczego pani nie pamięta?

Skrzywiła się.

– Musi pan zrozumieć, że tata nie otwiera się przed ludźmi tak, jak robią to inni. Dla niego otwarciem się przede mną było to, że w ogóle wspomniał, że pracuje nad jakąś sprawą. I dziwnie na mnie popatrzył. Nie ujawniał szczegółów żadnych spraw, nad jakimi pracował przez trzydzieści pięć lat służby.

Zamilkła sfrustrowana. Przez chwilę sądziłem, że jednak uzna nasze spotkanie za zły pomysł, ale tylko skrzyżowała ręce na piersiach i odchyliła się na krześle.

– Tak czy owak, z jego słów wynikało, że ta sprawa ma jakiś związek z dochodzeniem, które kiedyś prowadził w policji. Nie od razu mi to zdradził, ale takie odniosłam wrażenie. Mówił o niej tak, jakby już ją znał. A kiedy próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej, zmienił temat, jakby to nie miało znaczenia. To nie treść naszej rozmowy była najważniejsza, raczej… – Urwała, kołysząc głową na boki, usiłując znaleźć właściwe słowa. Przeczesała włosy dłonią. – Istotniejszy był ton jego głosu i… smutek, który w nim wyczułam. Odkąd tata zniknął, najlepiej pamiętam właśnie, jak wyglądał tamtego dnia, a nie słowa, które wypowiadał.

– Pojechała pani się z nim spotkać w dniu jego urodzin, dwudziestego trzeciego lutego, a osiem dni później, trzeciego marca, pani ojciec zaginął?

Skinęła głową.

– Tak.

– Czy ma pani dokumentację sprawy, nad którą pracował?

– Nie.

– Nie było jej w domu?

– Nie. To była pierwsza rzecz, której szukałam, kiedy mama zadzwoniła i powiedziała mi, że tata zaginął. Pojechałam tam i wywróciłam wszystko do góry nogami, usiłując znaleźć te dokumenty.

– Mógł je trzymać gdzieś indziej?

– Niewykluczone. Ale dlaczego miałby to robić?

Oboje znaliśmy odpowiedź. Jednak pewna jej cząstka nie chciała myśleć o tym, że informacje znajdujące się w tamtych dokumentach wystarczyły, aby Franks wyszedł do szopy i nie wrócił. Istniało wiele powodów, dla których mógł trzymać dokumenty w innym miejscu, z dala od domu: ze względu na żonę, własne zdrowie psychiczne albo bezpieczeństwo. Może te dokumenty stanowiły zagrożenie. Albo ich zawartość tak go przytłaczała i niepokoiła, że nie potrafił sobie z tym poradzić.

Ale czy to mogło wystarczyć, aby po prostu wyszedł z domu i odwrócił się plecami do swojego życia, zostawiając żonę, córkę i wnuki? Trudno mi było w to uwierzyć, biorąc pod uwagę jego trzydziestopięcioletnią służbę w policji. Nie znałem go jednak, więc na razie nie mogłem tego wykluczyć.

Każdy ma jakieś granice wytrzymałości.

Popatrzyłem na Craw.

– Czy poza tym wydawało się pani, że z ojcem jest wszystko w porządku? Nic innego pani nie zaniepokoiło? Matka nigdy nie wspominała, że ojciec zachowuje się dziwnie?

– Chodzi panu o to, czy nie miał skłonności samobójczych?

Nie atakowała mnie wprost, ale wyraźnie dawała mi do zrozumienia: „Już szłam tą drogą, już się nad tym zastanawiałam i odpowiedź brzmi: nie”.

– Ludzie, którzy postanawiają zniknąć, nie zawsze mają skłonności samobójcze – odparłem. – Czasami robią to, aby zacząć od nowa, uciec przed swoim życiem.

– Tata taki nie był.

– Czasami robią to dla dobra rodziny.

– Co dobrego wynikło z tego dla mamy?

– Właśnie w tym cały problem: nie wiemy, co zawierały dokumenty. Może to było bezinteresowne działanie. Może pani ojciec czuł, że odchodząc, wystawia was na mniejsze ryzyko.

Nic nie odpowiedziała, ale najwyraźniej jej nie przekonałem. Rozumiałem jej frustrację i wątpliwości, jakie wzbudzała w niej myśl, że ojciec mógł odejść z własnej woli – jednak wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny, że należy rozpatrzyć każdą możliwość.

– Nie mieli problemów finansowych?

– Radzili sobie. Tata podjął się tych konsultacji, żeby sfinansować remont kuchni, ale i tak byłoby ich na niego stać. Po trzydziestu pięciu latach służby miał wysoką emeryturę.

– Dobrze się między nimi układało?

– Tak.

– Powiedzieliby pani, gdyby było inaczej?

– Wszystko było dobrze – oświadczyła, kładąc rozczapierzone dłonie na blacie; jej obrączka cicho stuknęła o fornir.

– Rozumiem – odrzekłem. – Ale czy powiedzieliby pani, gdyby mieli problemy?

Przez jej twarz przemknął uśmiech, gdy uświadomiła sobie, że teraz to ona jest przesłuchiwana.

– Mama tak. Tata był bardziej skryty. Wszystko chował w sobie.

Brzmi znajomo, pomyślałem. – Zupełnie jak Craw.

– Ma pani rodzeństwo?

– Brata. Carla.

– Gdzie mieszka?

– Osiem lat temu poznał dziewczynę z Australii i w dwa tysiące dziesiątym przeprowadził się do Sydney. Mogę umówić się z nim na rozmowę przez Skype’a – zaproponowała, ale oboje wiedzieliśmy, że skoro jest na drugim końcu świata, to raczej o niczym nie wie, a tym bardziej nie jest w tę sprawę zamieszany. Jakby na potwierdzenie tego Craw dodała: – Nie był w Wielkiej Brytanii od czasu wyjazdu.

– No dobrze. Kto przygotował dla pani akta ojca?

– Po tym, jak mama do mnie zadzwoniła, zawiozłam ją do komisariatu w Newton Abbot. Sprawą zajął się niejaki Reed. Iain Reed. – Przerwała i patrzyła, jak zapisuję to nazwisko, a w pokoju było tak cicho, że słyszałem skrobanie długopisu o papier. – Wydawał się bystry… obiecał, że ze wszystkimi porozmawia. Ale dwa tygodnie później zadzwonił do mnie i stało się jasne, że poszukiwania utknęły w martwym punkcie. Zdjęli odciski palców w domu, pobrali próbkę DNA, sprawdzili samochód taty, przepytali jego znajomych, Dereka Corteza, każdego, kto mógł mieć jakikolwiek związek z tą sprawą, ale niczego się nie dowiedzieli. Dlatego zaczęłam sama rozmawiać z ludźmi. Najpierw z Cortezem.

– Jakie zrobił na pani wrażenie?

– Byłam obłożona pracą, więc nie mogłam go zawlec do pokoju przesłuchań, aby wydusić z niego prawdę. Musiałam polegać na intuicji. Ale wydał mi się w porządku. To prostolinijny, staroświecki glina, który zapewne przez całą służbę ani razu nie nadstawił karku. Wątpię, aby był w cokolwiek zamieszany, nie licząc tego, że to on naraił tatę policji z Devon i Kornwalii.

– Cortez wiedział, co było w tamtych dokumentach?

– Nie. Powiedział, że nigdy nie miał wglądu w akta spraw, które wysyłano tacie. Tak to nie działa. Tylko tata mógł się z nimi zapoznawać.

– Sądzi pani, że to prawda?

– Myślę, że tak. Zadanie Corteza polegało na przekazaniu adresu taty i poleceniu go swojemu kontaktowi z CCRU, a później ludzie z CCRU zgłaszali się już bezpośrednio do taty.

– Kto był kontaktem pani ojca w CCRU?

– Inspektor Gavin Clark.

– Rozmawiała z nim pani?

– Tak. Różni się od Corteza, jest bardziej służbistą… pewnie dlatego, że wciąż pracuje w policji. Na początku nie powiedziałam mu, czym się zajmuję, ale kiedy zaczął mnie zbywać, odwołałam się do naszej „niebieskiej krwi”. „Okaż mi solidarność. Jedziemy na tym samym wózku”. W końcu uległ. – Przez chwilę miałem wrażenie, że Craw trochę straciła ducha walki. – Okazało się, że Clark nie przekazał tacie ani jednej sprawy.

To mnie zaskoczyło.

– Co takiego?

– Cortez polecił tatę Clarkowi. Ten porozmawiał z tatą przez telefon, a także otrzymał dobrą opinię o nim ze Scotland Yardu. Powiedział mi, że bardzo chciał skorzystać z doświadczenia taty, ale musiał zaczekać na załatwienie wszystkich formalności, zanim przesłałby tacie jakąkolwiek dokumentację.

– Chwileczkę, czyli pani ojciec wcale nie pracował nad sprawą dla CCRU?

– Nie.

– Uważa pani, że Clark kłamie?

– Nie, Clark nie kłamie, Cortez również nie, a tata także raczej by mnie nie okłamał. Jakkolwiek ta sprawa do niego trafiła, była autentyczna.

– Sądzi pani, że inna stara sprawa przypadkiem wylądowała na jego biurku w tym samym momencie, w którym zgodził się pomagać CCRU? Że dostał inne dokumenty od innego policjanta, który jakimś cudem dowiedział się o jego gotowości do pracy, i to wszystko pod nosem Clarka?

Zapewne dostrzegła wyraz niedowierzania na mojej twarzy, ale nie zbiło jej to z tropu.

– Nie sądzę, aby te materiały wysłał mu ktoś inny z CCRU. To pewnie nie była ich dokumentacja. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy w ogóle wysłał je ktoś z policji.

– A więc kto?

– Mógł to być jakiś cywil.

– Cywil, który miał dostęp do kartoteki policyjnej?

– Może to wcale nie były oficjalne dokumenty.

W końcu Craw nie wspominała, że Franks dysponował dokumentacją policyjną, mówiła tylko, że badał jakiś ostygły trop. Jednak czułem, że to naciągana teoria. Jeśli nie Clark przekazał mu zlecenie, musiał to być ktoś, kto wiedział, że Franks jest otwarty na współpracę, kto zgłosił się do niego w tym samym czasie i miał wystarczający autorytet, by skusić go do porzucenia emerytury. Nawet pomijając niezwykłą zbieżność czasu, jaki cywil mógłby wywrzeć na niego taki wpływ?

Na razie zostawiłem ten trop i wróciłem do akt sprawy zaginięcia Franksa.

– Czyli kiedy tamten lokalny glina, Reed, utknął w martwym punkcie, postanowiła pani sama rozpocząć poszukiwania?

Z jej twarzy przez chwilę dało się wyczytać poczucie porażki.

– Owszem. Ale każdy przypadek przeglądania policyjnych baz danych jest monitorowany i odnotowywany. Kiedy po zaginięciu taty wróciłam do biura, wezwał mnie mój przełożony. Wyjaśniłam mu, co się stało, a on zgodził się dać mi urlop, ale przede wszystkim powiedział: „Wydrukuj akta ojca, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś. Zachowaj kopię, ale więcej nie korzystaj ze źródeł policyjnych”. Nie mam do niego pretensji. Zrobiłabym to samo. Rozkojarzony policjant z osobistą misją jest niebezpieczny.

– I po prostu zakończyła pani poszukiwania?

– Nie. Rozmawiałam z każdą osobą, z którą kontaktował się sierżant Reed, przepytałam całą wioskę, sprawdzając, czy ktoś czegoś nie widział, przeszukałam dom rodziców, zbadałam ich finanse, prześwietliłam całe ich życie… choć w większości musiałam to robić na odległość. Próbowałam jeździć do Devon, ale wszystko zależało od moich dyżurów w pracy i spraw, które lądowały na moim biurku. Kiedy nie mogłam dotrzeć na miejsce, kontaktowałam się z Reedem, i tak to trwało, aż w końcu, mniej więcej miesiąc temu, stało się jasne, że poszukiwania taty nie przyniosły żadnych rezultatów. Gdy przed trzema tygodniami pojechałam do Devon i popatrzyłam w twarz mamy, nagle zrozumiałam: za rok, dwa, pięć, dziesięć lat wciąż będziemy tkwili w tym samym miejscu. – Podniosła na mnie wzrok. – Zanim kazano mi się wycofać, gruntownie przeszukałam bazę danych, ale niczego nie znalazłam. Niczego. Dotarłam do kresu drogi i nie wiedziałam już, co dalej robić. Dlatego zebrałam wszystko, co miałam, a jak pan widzi po zawartości tej teczki, nie jest tego wiele, po czym zadzwoniłam do pana.

– Dlaczego akurat do mnie?

– Jak to?

Uśmiechnąłem się, ponieważ rozumiała, o co mi chodzi.

– Półtora roku temu zapowiedziała pani, że uczyni celem swojego życia posłanie mnie za kratki.

Pokiwała głową.

– Mnóstwo byłych policjantów zostało prywatnymi detektywami. Mogłam któregoś z nich poprosić o pomoc. Ale to zbyt osobista sprawa dla Scotland Yardu. Potrzebuję kogoś z zewnątrz, bez żadnych powiązań z policją, kogoś, kogo znam… – Urwała, zastanawiając się, jak dobrać słowa. Wyczuwałem, do czego zmierza: poszukiwania Leonarda Franksa prowadzono do tej pory ściśle według zasad, teraz przyszedł czas na zmianę podejścia. – Niekoniecznie zgadzam się z pańskimi metodami pracy i jako funkcjonariuszka policji nie mogę ich popierać. Jednak jako cywil i jako córka dotarłam do punktu, w którym jest mi wszystko jedno. Potrafi pan odnajdywać zaginione osoby, dobrze pan zna Devon i, niezależnie od pańskich metod, jest pan skuteczny oraz zależy panu na ludziach. Właśnie tego mi teraz potrzeba.

Zacząłem ponownie przeglądać akta. Zgłoszenie zaginięcia było jedynym oficjalnym dokumentem; całą resztę Craw zgromadziła samodzielnie. Kiedy natrafiłem na rachunki telefoniczne Franksa, spytałem:

– Co się stało z komórką pani ojca?

– Zostawił ją w domu.

– A portfel?

Wiedziałem, co odpowie, zanim jeszcze się odezwała.

– Tak samo.

Kolejne ślepe zaułki, w jakie zapędziła się przez ostatnie dziewięć miesięcy.

– Ta teczka zawiera wszystkie informacje, jakie pani posiada?

– Wszystkie.

Zatrzymała na mnie wzrok, a ja miałem wrażenie, że czytam jej w myślach. Zaangażowała mnie w tę sprawę, ale teraz zastanawia się, czy postąpiła słusznie.

– Nie mogę panu udostępnić żadnych źródeł policyjnych – odezwała się po chwili. – Jeśli będzie pan musiał się ze mną skontaktować, proszę dzwonić pod mój prywatny numer, nie do biura. Nie chcę wiedzieć, co pan robi, jak pan zdobywa informacje ani z kim pan rozmawia. Pragnę jedynie dowiedzieć się, co spotkało mojego ojca.

– Czy pani matka wciąż mieszka w Devon?

– Nie. – Craw pokręciła głową. – Zamieszkała ze mną.

– Tutaj w Londynie?

– Ich dom zaczął się jej wydawać za cichy, za duży, zbyt niepokojący, więc dwa tygodnie temu pomogłam jej przenieść się tutaj. Czułam, że nie mam wyjścia. Wystawiłyśmy dom w Dartmoor na sprzedaż; teraz staramy się znaleźć dla mamy coś w mieście.

– Będę musiał z nią porozmawiać.

Wskazała głową w stronę teczki.

– Na końcu jest lista numerów, wliczając komórkę mamy. Ona wie, że dzisiaj się z panem spotkałam, ale proszę dać mi znać, jeśli pojawią się jakieś kłopoty. Najlepiej, jak nie będzie mnie przy tej rozmowie. Z pewnością się pan ze mną zgodzi.

Pokiwałem głową, jeszcze bardziej szanując Craw za jej decyzję: wycofując się z tej sprawy, zapewne postępowała wbrew swoim rodzinnym uczuciom i wbrew zawodowej intuicji. Jednak tak należało postąpić, a ona była na tyle przytomna, że to rozumiała. Gdyby krążyła wokół tej sprawy, starałaby się na nią wpłynąć, choćby nieświadomie. Poprosiła mnie o pomoc, więc ją otrzyma, ale nie na jej warunkach i bez przyjmowania wniosków, które już sama wyciągnęła.

– A pani dzieci i mąż? – spytałem.

– To znaczy?

– Warto z nimi porozmawiać?

– Może pan to zrobić, jeśli pan chce, ale sądzę, że to strata czasu. Tamtego wieczoru na werandzie, gdy tata wspomniał mi o tej sprawie, nie było z nami nikogo więcej, a kiedy po jego zaginięciu pojechałam do Dartmoor, Bill został w Londynie, z dziewczynkami. Oczywiście mogę zgromadzić ich wszystkich w domu, aby pan z nimi porozmawiał, ale na pewno więcej o tacie powiedzą panu policjanci, z którymi przepracował trzydzieści pięć lat. A jeśli chce się pan dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się w dniu jego zniknięcia i jak wyglądało jego życie w ostatnich dniach, to jest tylko jedna osoba, z którą warto porozmawiać.

– Pani mama.

Kiwnęła głową.

– W porządku. Jeszcze jedno. Ludzie będą pytali, dla kogo pracuję. Rozumiem, że zależy pani na dyskrecji… dostrzegam potencjalne zagrożenia… ale jeśli mam wydobyć z nich informacje, muszę im podać jakieś nazwisko. Tak będzie łatwiej. Jak pani chce to rozegrać?

– Proszę mówić, że pracuje pan dla mojej mamy.

– A ona będzie o tym wiedziała?

– Tak.

– Dobrze. Jak ma na imię?

– Ellie.

Zapisałem to w notatniku.

– Będę panią informował na bieżąco.

– Dziękuję – powiedziała, choć na jej twarzy nie zauważyłem wdzięczności; przez chwilę pozwoliła sobie na szczerość, ale teraz znów się przede mną zamknęła.

Kiedy wstałem, wyciągnęła dłoń.

– Proszę mi przekazywać wszystko, czego się pan dowie, choćby uznawał to pan za nieistotne. – Znów zamilkła, a przez jej twarz przemknęło coś, co u kogoś innego można by wziąć za słabość. – Tata zniknął dwieście osiemdziesiąt cztery dni temu, więc pogodziłam się z każdym scenariuszem, jaki przychodzi panu do głowy. Po prostu chcę poznać prawdę.

Nie odezwałem się na to ani słowem.

Ponieważ wiedziałem, że każdy chce znać prawdę, dopóki jej nie pozna.

4

Wyszliśmy razem z Craw, po czym ruszyliśmy w przeciwne strony: ona poszła wzdłuż brzegu rzeki, w stronę dworca Pimlico, a ja na północny zachód, w kierunku Sloane Square, żebym nie musiał się przesiadać w drodze do Paddington. Kiedy minąłem tory kolejowe na Ebury Bridge, usłyszałem dzwonek swojego telefonu w wewnętrznej kieszeni kurtki.

– David Raker.

– To ja – odezwał się kobiecy głos. – Annabel.

Uśmiechnąłem się.

– Kto?

– Bardzo śmieszne.

– Jak podróż?

– Właśnie w tej sprawie dzwonię. Od piętnastu minut tkwimy przed Swindon. Podobno gdzieś był wypadek. To może chwilę potrwać.

Popatrzyłem na zegarek. Dwunasta dwadzieścia.

– W porządku – odrzekłem. – Nie przejmuj się. Nic nie szkodzi.

– Przepraszam, że psuję ci plany.

– Wcale nie.

– Zadzwonię, kiedy znów ruszymy.

– Nie ma problemu. Mam się czym zająć.

* * *

Znalazłem spokojny stolik w głębi kawiarni na wschodnim krańcu King’s Road, zamówiłem kawę i kanapkę, po czym wyjąłem z teczki akta Leonarda Franksa. Wykorzystując stół i dwa wolne krzesła, rozłożyłem przed sobą wszystkie papiery. W sumie naliczyłem pięćdziesiąt dwie kartki.

Samo zgłoszenie składało się tylko z szesnastu kartek. Resztę Craw dołączyła w ciągu kolejnych tygodni i miesięcy: wyciągi, polisy ubezpieczeniowe, analiza finansowa poprzedniego roku i następna, obejmująca dziewięć miesięcy po zaginięciu Franksa. Skupiłem się na tym drugim okresie.

Craw zapewne szukała anomalii w miesiącach po zniknięciu ojca – nieuzasadnionych płatności ze wspólnego konta rodziców, nietypowych operacji – najwyraźniej mając nadzieję, że znajdzie dowód na to, że jej ojciec wciąż pobiera pieniądze, albo jakąś wskazówkę, co mogło się z nim stać. Może chciała zrozumieć, dlaczego, u diabła, nie wrócił z szopy na drewno. Zastanawiając się nad tą ostatnią kwestią, cofnąłem się myślami do relacji Craw z wydarzeń trzeciego marca.

„Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu”.

W zniknięciu Franksa było coś dziwacznego i dość niepokojącego: półtora kilometra dzieliło jego dom od najbliższych zabudowań – był tak odizolowany, że dało się usłyszeć nadjeżdżający samochód na pięć minut przed jego pojawieniem się w zasięgu wzroku – a jednak gdy żona wyszła poszukać Franksa, nie zobaczyła ani śladu po nim. Nie dostrzegła go na wrzosowisku. Nie zauważyła też żadnych ludzi. Żadnych samochodów.

Jej mąż zniknął.

Odrzuciłem tę myśl, nie chcąc, aby sprowadziła mnie na manowce, i zamiast tego skupiłem się na czymś bardziej pragmatycznym: jeśli Franks z jakiegoś powodu sprokurował własne zniknięcie, to był na tyle doświadczony, by nie pozostawić po sobie żadnych śladów, ani na wrzosowisku, ani w dokumentach.

To, co trzymałem w dłoniach, wydawało się potwierdzać tę teorię. Na marginesach wyciągów bankowych z konta Franksa, pochodzących z całego roku przed trzecim marca, Craw zapisała szereg uwag. Podobnie na wyciągach z funduszu emerytalnego, z którego podejmowano spore sumy, by płacić za przebudowę domu. Jednak przez te ostatnie dziewięć miesięcy albo nie zdołała niczego znaleźć, albo straciła motywację. Może jedno i drugie. W okresie przed zaginięciem dało się śledzić czarno na białym osobisty rytm życia Leonarda Franksa; potem nastąpiła wyraźna zmiana – Ellie Franks wypłacała mniej pieniędzy i prawie nie ruszała funduszy. To wyraźnie dowodziło, że jej mąż zniknął. Postanowiłem, że dokładniej przyjrzę się ich finansom, jak wrócę do domu, ale intuicja podpowiadała mi, że to ślepy trop.

Z dala od rachunków, emerytur, polis ubezpieczeniowych i analiz finansowych dochodził do głosu instynkt śledczy Craw. Z fascynacją przyglądałem się owocom jej dochodzenia, przypominając sobie, jaka jest dobra w swoim fachu: wyszczególnione billingi komórki i telefonu stacjonarnego, wypisane na maszynie CV z całej kariery Franksa w Metropolitalnej Służbie Policyjnej, lista ludzi w wiosce, których Craw wypytywała, i zapisy rozmów, charakterystyki Dereka Corteza, emerytowanego policjanta, który pierwszy podsunął Franksowi pomysł udzielania konsultacji w sprawie ostygłych tropów, oraz inspektora Gavina Clarka, który miał być kontaktem Franksa w CCRU.

Jednak mimo że Craw nadała śledztwu większy rozmach, nie posunęła go naprzód. Oczywiście możliwe, że zniknięcie jej ojca wcale nie było związane z aktami dawnej sprawy. Być może Franks po latach musiał się zmierzyć ze skutkami któregoś z niezliczonych dochodzeń, jakie prowadził przez trzy dekady służby w policji. Niewykluczone, że któryś z mieszkańców wioski, a także Cortez okłamali Craw i zdołali jej wmówić, że ich kłamstwa są prawdą. Może Leonard miał wypadek, a jego ciało leży gdzieś w rowie i czeka na odnalezienie.

W przypadku zaginionych osób wszystko jest możliwe.

Ale w istocie trudno mi było uwierzyć w większość tych scenariuszy, może nie licząc śmierci Franksa. Niezależnie od tego, jaka była prawda, miałem wrażenie, że kluczem jest ostatnia sprawa, a zniknięcie Leonarda zaszokowało mieszkańców wioski, Corteza i Clarka równie mocno jak samą Craw, jej matkę i całą rodzinę.

Przeglądając billingi telefoniczne, wiedziałem, że same numery niewiele znaczą: nie było nic dziwnego w tym, że w miesiącach przed swoim zniknięciem Franks łączył się niekiedy z londyńskimi numerami, jak również niedużo dało się wyczytać z tego, że kontaktował się z ludźmi mieszkającymi w Devon. Ostatnie dwa lata życia spędził w Dartmoor i z pewnością miał w okolicy znajomych. Przez poprzednie sześćdziesiąt lat mieszkał i pracował w Londynie, dlatego nie zaskoczyło mnie, że oba billingi zawierały więcej połączeń ze stolicą.

Szczegółowe notatki, jakie Craw sporządzała na marginesach wyciągów bankowych i sprawozdań finansowych, nie pojawiały się na billingach. Albo uznała, że nie warto się nimi kłopotać, co wydawało się mało prawdopodobne, albo wcześniej została zmuszona przerwać swoje dochodzenie. Przypomniałem sobie, że mówiła o przełożonym, który ostrzegł ją, aby nie korzystała ze źródeł policyjnych przy poszukiwaniu Franksa. Najwidoczniej wkroczył, nim zajęła się billingami.

Craw sama dowodziła zespołem i – cokolwiek by o niej myśleć – była pragmatyczką, dlatego z pewnością rozumiała pobudki szefa: nie chciał, aby rozpraszała ją sprawa będąca poza jurysdykcją Scotland Yardu. Jednak niewątpliwie ją to zraniło. Była wściekła i rozgoryczona, że przełożony nie pozwolił jej prowadzić tego dochodzenia nieoficjalnie. Być może w jakiś pokręcony sposób właśnie to skłoniło ją, by poprosić o pomoc mnie. Mówiąc oględnie, policja mi nie ufa; mówiąc wprost, nienawidzi wszystkiego, co sobą reprezentuję. To, że Craw zwróciła się do mnie, nawet jeśli jej przełożeni nigdy się o tym nie dowiedzą, było wyraźnym aktem buntu.

Chwyciłem telefon i zacząłem przewijać książkę adresową, aż dotarłem do litery S. Spike. Był dawnym kontaktem z czasów mojej kariery dziennikarskiej, rosyjskim hakerem, który mieszkał tutaj na podstawie przeterminowanej wizy studenckiej. Kiedy pracowałem w gazecie, bez przerwy korzystałem z jego usług. Wystarczył jeden telefon, aby Spike włamał się do dowolnej sieci i wyciągnął wszystkie potrzebne dane. Obecnie prosiłem go o pomoc wyłącznie przy poszukiwaniu zaginionych osób, ale nie miałem złudzeń co do natury jego działalności i wiedziałem, że zatrudnianie go jest nielegalne.

– Cześć, David – odezwał się, gdy usłyszał w telefonie mój głos.

– Co słychać, Spike?

– W porządku, stary. Jak się masz?

– Dobrze – odrzekłem. – Potrzebuję pomocy z telefonem.

– Mam zdobyć ci jakiś billing?

– Nie, billing już mam. Potrzebuję nazwisk i adresów właścicieli numerów. Jak prześlę ci mailem skany wyciągów, to zdołasz ustalić dane osób, które wykonywały i odbierały połączenia?

– Nazwiska i adresy? Bułka z masłem.

– Na taką odpowiedź czekałem.

Roześmiał się.

– O jaki okres chodzi?

– Trzynaście miesięcy, w dwóch kawałkach. Pierwszy okres to listopad i grudzień dwa tysiące dwunastego oraz styczeń i luty dwa tysiące trzynastego, aż do trzeciego marca. Drugi to już po zaginięciu faceta, którego szukam, czyli od czwartego marca do… cóż, właściwie aż do dzisiaj, do dwunastego grudnia.

Nie spodziewałem się wielu przychodzących połączeń po trzecim marca. Większość z nich to zapewne telefony od znajomych Franksa, którzy jeszcze nie wiedzieli, że zaginął, i dzwonili, aby pogadać lub umówić się na spotkanie towarzyskie. Co do połączeń wychodzących, to byłem przekonany, że nie ma żadnych. Cokolwiek stało się z Franksem, zostawił komórkę w domu.

– Kiedy skończymy, przekażę ci szyfr do mojego banku – powiedział Spike.

Bankiem Spike’a była szafka w lokalnym centrum sportowym. Podziękowałem, rozłączyłem się i od razu wróciłem do książki adresowej, szukając drugiego nazwiska: Ewan Tasker.

„Task” był moim kolejnym kontaktem z dziennikarskich czasów: emerytowany policjant, który pracował dla Narodowej Agencji Wywiadu Kryminalnego, potem dla jej następcy, SOCA, a obecnie dla najnowszego wcielenia tej organizacji, czyli Narodowej Agencji do spraw Przestępczości. Początkowo nasza współpraca opierała się na wzajemnym zrozumieniu: on przekazywał mi historie dotyczące zorganizowanej przestępczości, które z jakiegoś powodu pragnął upublicznić, a ja mogłem pierwszy o nich napisać. Jednak z czasem polubiliśmy się i kiedy porzuciłem dziennikarstwo, aby zaopiekować się żoną w ostatnim roku jej życia, pozostaliśmy w kontakcie. Obecnie nie miałem żadnej karty przetargowej, gdy chciałem prosić Taskera o pomoc, więc w ramach rekompensaty godziłem się na udział w dorocznym charytatywnym turnieju golfowym, na którym wyciągał ode mnie pieniądze i mógł się pośmiać z tego, jak kiepsko odbijam piłkę.

– Raker! – zawołał, gdy usłyszał mój głos.

– Jak się masz, Task?

– Dobra wiadomość jest taka, że żyję. – Pomimo sześćdziesięciu kilku lat Task był potężnym i silnym mężczyzną, a także jednym z najbystrzejszych ludzi, jakich znałem. – Kopę lat, przyjacielu.

– Wiem, przepraszam.

– Nie – odparł. – Mam straszny zapieprz w pracy, więc to tak samo moja wina. Miałem robić trzy dni w tygodniu, ale ten plan szybko się posypał.

– Twoje wyniki golfowe pewnie na tym cierpią.

– Jak cholera! Ale wciąż jestem niepokonany w klubowym barze. Skoro o tym mowa, mam nadzieję, że nie zapomniałeś o dwudziestym ósmym. Choćby się paliło i waliło, będziesz grał, Raker.

Tegoroczny turniej dobroczynny miał zostać rozegrany tuż po Bożym Narodzeniu.

– Nie zapomniałem, Task.

– Wiem, że nie – odrzekł. – No to co się dzieje?

Opowiedziałem mu o zniknięciu Leonarda Franksa i o tym, w jaki sposób ta sprawa trafiła do mnie, a potem skupiłem się na tym, czego potrzebuję.

– Mam tutaj jego akta, ale nic w nich nie znalazłem. Żadnych tropów w finansach, żadnych anomalii ani sygnałów ostrzegawczych. Ktoś sprawdza dla mnie jego billingi, ale miałem nadzieję, że uda mi się czegoś dowiedzieć o ostatniej sprawie, którą się zajmował.

– Chodzi o tego Leonarda Franksa?

– Tak. Znasz go?

– Trochę. Doszły mnie słuchy, że zaginął.

– Co jeszcze słyszałeś?

– Nic wielkiego. Ludzie po prostu byli zaskoczeni. Służył w policji chyba ze trzydzieści lat. Nie da się wytrwać tak długo, by nie stać się chociaż trochę sławnym.

– Co o nim sądziłeś?

– Cieszył się dobrą opinią. Ludzie go lubili. Franks był wzorem uczciwości, więc nie miałeś z nim łatwo, jeśli chciałeś w swojej pracy policjanta wzorować się na hollywoodzkich filmach. Ale jeśli grałeś zgodnie z zasadami, zawsze mogłeś na niego liczyć. Masz jakiś pomysł, co się z nim stało?

– Dopiero zacząłem, więc na razie badam różne tropy. Ale wszystko wskazuje na to, że powodem jego zniknięcia mogła być sprawa, którą się zajmował.

– Mówiłeś, że jego córka pracuje w Scotland Yardzie?

– Zgadza się.

– I szef zakazał jej korzystać z policyjnej bazy danych?

Rozumiałem, do czego zmierza: wszystkie wejścia do systemu są odnotowywane, co oznaczało, że kiedy Task zajrzy do bazy danych, pozostawi ślad. To niebezpieczne, zważywszy na to, że Craw uczuliła swojego przełożonego, a może także innych, na przypadki poszukiwania informacji o zniknięciu Leonarda Franksa. Przypomniałem sobie, co powiedziała o Reedzie, gliniarzu, który założył teczkę jej zaginionemu ojcu. Nie udało mu się ustalić, nad jaką sprawą Franks pracował, ani nie znalazł żadnej innej sprawy na tyle poważnej, aby mogła przyczynić się do jego zniknięcia.

A potem przypomniałem sobie jeszcze coś, co powiedziała.

„Może to wcale nie były oficjalne dokumenty”.

Podsunęła mi myśl, że jakiś cywil mógł podesłać Franksowi zebrane przez siebie materiały. To był ciekawy pomysł. Mimo że wystąpiłaby tu niezwykła zbieżność w czasie – Leonard miałby otrzymać niezależne zlecenie w chwili, gdy CCRU dopełniało ostatnich formalności – tłumaczyłoby to, dlaczego CCRU o niczym nie wiedziało, a Reed nie zdołał powiązać tej sprawy z żadną z tych, które Franks prowadził podczas swojej służby w policji.

Ale jeśli akta pochodziły z cywilnego źródła, to zleceniodawca musiał dużo wiedzieć o Franksie: o jego doświadczeniu zawodowym, o pracy w policji, o sprawach, którymi się zajmował. Stworzenie na tyle ciekawej dokumentacji, by przyciągnęła uwagę Franksa, wymagało nie lada umiejętności. Wydawało się logiczne, że ten ktoś zetknął się z nim kiedyś, być może znał szczegóły jego śledztw. Rozmyślając o tej ostatniej możliwości, wziąłem długopis i zanotowałem: „Czy teczkę wysłał były policjant?”.

– Raker?

– Przepraszam. Pewnie słyszysz, jak obracają się kółka w moim mózgu.

Task zdemaskowałby się, gdyby wszedł do bazy danych i wpisał: „Leonard Franks”. Ale nagle przypomniałem sobie inną część swojej rozmowy z Craw: „Z jego słów wynikało, że ta sprawa ma jakiś związek z dochodzeniem, które kiedyś prowadził w policji. Mówił o niej tak, jakby już ją znał”. Możliwe, że to był właściwy trop.

– Task, poszukaj w bazach danych wszystkich nierozwiązanych spraw na terenie Londynu. Sięgnij wstecz najdalej, jak zdołasz. Jest to na tyle ogólne, że nie wywoła alarmu, a ja będę mógł się im przyjrzeć i dokładniej sprawdzić te, w które zaangażowany był Franks.

– Będzie od cholery wyników. Jak sądzę, nie chodzi ci o skradzione rowery ani o sklepowych złodziejów?

– Nie, na razie tylko poważne przestępstwa. Jeśli zacznie ci się palić grunt pod nogami, wycofaj się. Nie chcę, żebyś wpadł, ale tylko dlatego, że jeśli cię zamkną za pomoc w popełnieniu przestępstwa, to stracisz szansę, by za dwa tygodnie podziwiać moje nowe, poprawione uderzenie golfowe.

Roześmiał się.

– To spore zadanie. Może mi zająć ze dwa dni.

– Rozumiem.

– Wszystko zależy od tego, kiedy znajdę trochę czasu.

– Zajmij się tym, kiedy będziesz mógł, Task.

Podziękowałem mu, rozłączyłem się, po czym wróciłem do teczki, którą dostałem od Craw.

5

W plastikowej osłonce, przytwierdzonej taśmą z tyłu teczki, była płyta DVD podpisana: „Nagranie z domu”, a także seria zdjęć. Odręczny napis wykonała Craw. Odłożyłem płytę i skupiłem się na zdjęciach. Wszystkie przedstawiały dom Franksów w Dartmoor. Craw sama je zrobiła, wydrukowała w formacie A4, a potem opisała, przy każdym zaznaczając, w którym kierunku była zwrócona, robiąc je. Zdjęcia podkreślały, jak bardzo odizolowany jest dom jej rodziców. Zamierzałem go kiedyś obejrzeć osobiście, ale zdjęcia stanowiły dobry punkt wyjścia.

Zgodnie z opisem Craw, dom przypominał starą chatę myśliwską: był z ciemnego drewna, z dużą werandą od frontu, ciągnącą się przez całą długość budynku. Z jednej strony spadzistego dachu wyrastał ceglany komin, a z boku dobudowano plastikowy daszek, pod którym stało audi A3. W teczce znalazłem informację, że samochód jest zarejestrowany na Franksa. Mogłem umieścić auto, razem z komórką i portfelem, na liście rzeczy, które Leonard zostawił.

Po prawej stronie domu stała szopa na drewno. Bardziej wyglądała na przybudówkę; był to kawał blachy falistej, z jednej strony przyśrubowany do ściany domu, a z drugiej do dwóch słupków. Pod nią piętrzyły się aż po dach setki kawałków drewna.

Wokół rozciągały się pofalowane wrzosowiska i ogrodzone żółto-zielone pola, łączące się ze sobą jak elementy patchworku. Położenie domu, półtora kilometra na północ od Postbridge, oznaczało, że znajdował się on powyżej wioski; na jednym ze zdjęć zobaczyłem dachy ukryte w zagłębieniu doliny, za krzywizną wzgórza. Poza tym nie dostrzegłem żadnych innych zabudowań. Od domu prowadziła wąska, kręta droga gruntowa.

Sięgnąłem po raport o zaginięciu.

Tak jak wspominała Craw, sporządził go sierżant Iain Reed, który pracował w Newton Abbot. Czwartego marca, dzień po zaginięciu, rozmawiał z żoną Franksa, Ellie, a potem z Craw. Zadał im te same pytania, a następnie skupił się na tym, gdzie obie były w dniu zaginięcia Leonarda, zapewne po to, aby móc je wykreślić z listy potencjalnych podejrzanych. Dwa dni później, szóstego marca, poprosił specjalistę od medycyny sądowej o pobranie próbki DNA z Franksa szczoteczki do zębów. Craw już mi powiedziała, że niczego nie znaleziono, a wyniki, które miałem przed sobą, potwierdzały jej słowa.

Zeznanie Ellie Franks niewiele mówiło o stanie psychicznym jej męża, tak w dniu zaginięcia, jak i w poprzedzających tygodniach. Wcale mnie to nie zaskoczyło: rodziny bezustannie zmagają się ze skutkami tragedii, wściekłe, że jej nie przewidziały, i zrozpaczone, że nie znają jej przyczyn. Odnalezienie przydatnych tropów zależy od umiejętności osoby przesłuchującej, od jej zdolności przebicia się przez smutek rozmówców, a Reed tego nie potrafił. Sporządził rzetelny raport, który obejmował najbardziej oczywiste i najistotniejsze zagadnienia, ale przypominał czarno-białe zdjęcie domagające się barw.

Rozmowa z Craw była nieco inna: krótsza, ponieważ córki nie było na miejscu w dniu zaginięcia ojca, ale zarazem pełniejsza. Craw umiejętnie kierowała Reeda tam, dokąd według niej powinno zdążać dochodzenie. Jednak nawet jeśli Reedowi brakowało ikry, dostrzegał on najważniejsze aspekty sprawy i gdy zapytał, czy to możliwe, że Leonard Franks odszedł z własnej woli, Craw zaczęła tracić grunt pod nogami.

REED: Nie sądzi pani, że on to wszystko zaplanował?

CRAW: Co zaplanował?

REED: Swoje zniknięcie.

CRAW: Nie.

REED: Nie dopuszcza pani nawet cienia możliwości, że odszedł z własnej inicjatywy?

CRAW: Dla mnie to nie ma sensu. Nie wziął ubrania na zmianę, portfela ani telefonu.

REED: Czyli uważa pani, że ktoś odpowiada za jego zniknięcie? Że dokonało się to wbrew jego woli?

CRAW: Myślę, że to bardziej prawdopodobne.

REED: Ale kiedy spytałem pani mamę, czy słyszała jakiś samochód, rozmowę, odgłosy kłótni albo walki, odparła, że nie słyszała niczego.

CRAW: Nie potrafię tego wyjaśnić.

Rozumiałem stanowisko Craw. W ostatnim czasie Franks wiódł życie, o jakim marzył pod koniec kariery. Domek na uboczu w Devon i spędzanie czasu z żoną; właśnie tego pragnął, bo coraz gorzej czuł się w Londynie. Uważałem jednak, że mogła się pojawić jakaś sprawa, która by go poruszyła, zaskoczyła, a nawet przytłoczyła, pomimo trzydziestu pięciu lat przepracowanych w policji.

Ale jak można pokonać samochodem półtorakilometrową drogę gruntową w taki sposób, aby mieszkańcy domu niczego nie zobaczyli ani nie usłyszeli? A także w jaki sposób obezwładnić mężczyznę o posturze Leonarda Franksa, i to w całkowitej ciszy, nie wszczynając alarmu? W swoich zeznaniach Ellie powiedziała, że wyszła zobaczyć, gdzie jest Franks, po „około pięciu minutach”, co oznaczało – sądząc po zdjęciach, które zrobiła Craw, jak również biorąc pod uwagę opustoszałe pofalowane wrzosowiska wokół domu – że powinna zobaczyć i usłyszeć samochód jadący krętą drogą w stronę Postbridge albo ludzi prowadzących Franksa pieszo.

Jednak Ellie zapewniła Reeda, że nie widziała nikogo.

A zatem, chociaż intuicja podpowiadała jej, że dzieje się tutaj coś więcej i jest w to zamieszany ktoś jeszcze, Craw musiała trzymać się wersji swojej matki.

Żadnych samochodów. Żadnych ludzi.

Żadnego wyjaśnienia.

6

Pojedynczy promień zimowego słońca przeszył szklany dach dworca, gdy patrzyłem, jak idzie peronem w moją stronę. Ciągnęła za sobą czarną walizkę na kółkach, w drugiej dłoni ściskała telefon. Gdy była w połowie długości peronu, nagle wydało mi się, że promień światła skupił się na niej i na chwilę w nim zamarła, jak w błysku flesza.

Jeszcze mnie nie zauważyła – czekałem na nią po drugiej stronie bramek biletowych – ale ja widziałem ją dokładnie: blond włosy do ramion, delikatne rysy twarzy, blada skóra, którą jeszcze bardziej rozjaśniało światło bijące od dachu. Szczupła, lecz nie chuda: nawet przez kurtkę widać było jej silne ręce, które przypominały, że lubi biegać, a także pracuje na scenie, ucząc dzieci tańca i aktorstwa. Nie dostrzegałem w niej niczego ze mnie; wyglądała tak samo jak jej matka, nie licząc chwil, gdy się uśmiechała. Tylko wtedy w jej oczach oraz w uniesionych kącikach ust widziałem siebie i wprawiało mnie to w zachwyt.

Kiedy dotarła do bramki i wsunęła bilet do urządzenia, zaczęła mnie wypatrywać. Machając ręką, ruszyłem ku niej. Przeszła na drugą stronę i na jej twarzy zakwitł uśmiech.

– Przepraszam za spóźnienie. Myślałam, że może sobie poszedłeś.

Przyciągnąłem ją do siebie i uściskałem.

– Nigdy – odrzekłem.

* * *

W wieku czterdziestu dwóch lat dowiedziałem się, że mam córkę. Została poczęta, gdy sam byłem jeszcze dzieckiem, w chwili niedojrzałości, do której nie wracałem myślami przez dwadzieścia cztery lata. Latem 1988 roku opuściłem wioskę w Devon, w której dorastałem, i wyruszyłem, niespełna osiemnastoletni, do Londynu, siedząc na tylnym siedzeniu poobijanego forda sierry swoich rodziców i machając do swojej dziewczyny. Jako że miałem się uczyć na uniwersytecie oddalonym o trzysta kilometrów, ze łzami w oczach postanowiliśmy zakończyć nasz roczny związek, a ona słowem nie wspomniała, że jest w ciąży, chociaż wtedy musiała już być w szesnastym tygodniu.

Od tamtej pory minęło prawie ćwierć wieku.

Po studiach znalazłem swoją pierwszą pracę jako dziennikarz – w lokalnej gazecie w południowym Londynie – poznałem Derryn, ożeniłem się z nią, a w końcu ją pochowałem, przez cały czas nie mając pojęcia o dziewczynie dorastającej na wybrzeżu w południowej części Devon, w miejscu, które niegdyś nazywałem domem. Kiedy niosłem przez cmentarz urnę z prochami Derryn, już nie myślałem o zostaniu ojcem, godząc się z tym, że moja szansa na posiadanie dzieci zniknęła wraz ze śmiercią żony.

Jednak gdy półtora roku temu zostałem zaatakowany i zraniony nożem, wróciłem do Devon, aby odzyskać siły, i dzięki sprawie, której się tam podjąłem, spotkałem Annabel.

Pierwsze dwadzieścia cztery lata życia też upłynęły jej w nieświadomości; zbudowane na kłamstwie, jakie wszyscy w jej otoczeniu chętnie powtarzali, z powodów, które kiedyś zapewne wydawały się słuszne. Annabel nie wiedziała o mnie, nie wiedziała, że ludzie, z którymi spędziła życie, tak naprawdę nie byli jej rodzicami, chociaż pod każdym istotnym względem wywiązywali się z roli mamy i taty. Dlatego gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, a także potem, nasze rozmowy były nieśmiałe, bo oboje czuliśmy się zaszokowani tym, co nam powiedziano. Sytuację dodatkowo utrudniał fakt, że ona była w żałobie i musiała sobie poradzić ze śmiercią ludzi, których kochała, a także z potrzebami ośmioletniej siostry, dla której nagle stała się najważniejszą osobą na świecie. Pochowałem żonę, więc rozumiałem cierpienie Annabel, a przynajmniej jakąś jego odmianę, i potrafiłem odpowiedzieć na część jej pytań.

Ale nie na wszystkie.

Ostatecznie niektóre sprawy będzie musiała wyjaśnić samodzielnie.

7

Szliśmy od stacji metra w zacinającym deszczu, nadrabiając ten miesiąc, który upłynął od naszego ostatniego spotkania w Devon. Z przyjemnością oderwałem się od myśli o Leonardzie Franksie.

– Co słychać u Liv? – spytałem, kiedy skręciliśmy w moją ulicę.

Olivia była siostrą Annabel. Zatrzymała się na kilka dni u rodziny przyjaciółki, podczas gdy Annabel przyjechała się ze mną spotkać.

– W porządku. Chociaż zaczynam w niej dostrzegać nastolatkę, co już jest mniej wesołe. – Umilkła i uśmiechnęła się. – Ale radzi sobie bardzo dobrze.

– Masz wrażenie, że patrzysz na siebie?

Annabel zmarszczyła czoło.

– Nie. Byłam idealną nastolatką.

Roześmiałem się.

– Z pewnością.

W domu dałem Annabel czas na rozpakowanie się i wzięcie prysznica, a sam przygotowałem kolację. Mieszkałem w Ealing, w nietypowym dla Londynu trzypokojowym wolno stojącym domku. Atrament jeszcze nie wysechł na umowie kupna, gdy u mojej żony Derryn zdiagnozowano raka, więc mimo że przez chwilę, do jej śmierci, wspólnie cieszyliśmy się naszym domem, większość czasu tutaj spędziłem samotnie.

Jednak dzięki Annabel powoli się to zmieniało.

Kiedy wstawiłem kolację, przeszedłem do pokoju gościnnego i zeskanowałem billingi, które dała mi Craw. Potem przesłałem je mailem do Spike’a i przypomniałem Taskowi, czego potrzebuję: listy najważniejszych nierozwiązanych londyńskich spraw, sięgającej jak najdalej w przeszłość.

Wcisnąłem „Wyślij” i wróciłem myślami do Franksa, wyobrażając sobie tamte ostatnie chwile: co mówił do żony, czy – jeśli wiedział, że wkrótce zniknie na dobre – zachowywał się dziwnie, czy powiedział coś, co z perspektywy czasu można by uznać za pożegnanie, a może zatrzymał się na moment, patrząc, jak Ellie Franks idzie do kuchni.

A potem pomyślałem, że może wcale tego nie zrobił. A jeśli się nie obejrzał, co by to oznaczało? Oznaczałoby to, że wyszedł, spodziewając się, że wróci.