Barça. Życie, pasja, ludzie - Jimmy Burns - ebook
Opis

Najlepsza książka o FC Barcelonie jaka kiedykolwiek powstała!

Nieomal rozszarpana siatka w bramce Sampdorii Genua. Piłkarz, który miał stać się legendą, podpisujący po pijanemu kontrakt, w swoim mniemaniu – z Realem Madryt. Bramkarz uciekający z Hiszpanii w przebraniu i prezydent klubu rozstrzelany przez frankistów. Zmiażdżone i stopione trofea po uderzeniu bomby w klubowy budynek. Wiceprezydent klubu skaczący do Tamizy i kibice wygwizdujący swoją drużynę mimo prowadzenia w Gran Derbi…

Tętniąca emocjami historia Barcy. Historia klubu, piłkarzy, kibiców i Katalonii. Historia najpiękniejszej piłkarskiej wspólnoty na świecie!

Fantastyczna.  Świetnie udokumentowana i fantastycznie napisana historia piłkarskiego fenomenu.
Daily Telegraph

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 750

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Kolekcje



Dla Julii i Miriam

„Tylko Bóg wie, jak długo musieliśmy czekać na tę chwilę… to była wyjątkowa noc… pełna sentymentów, emocji, uczuć, bez nawet sekundy odpoczynku”.

Johan Cruyff, 10 marca 1999 roku,

w noc meczu pożegnalnego

drużyny marzeń na Camp Nou

„W środę świętowaliśmy jedno z najważniejszych, powiedziałbym nawet historycznych, wydarzeń w życiu FC Barcelony: pożegnaliśmy trenera i przypomnieliśmy sobie o grupie piłkarzy, którzy byli niegdyś sławni. Ale to należy już do przeszłości; to już historia”.

Josep Lluís Núñez, prezydent FC Barcelony,

dzień po meczu pożegnalnym Cruyffa

„Jest wielu ludzi pełnych pasji, chcących rządzić innymi. Jednak aby ta pasja rozwinęła się w pełni, muszą panować pewne szczęśliwe warunki społeczne, które nie zawsze występują w tym samym czasie, a które jednak, w tych rzadko spotykanych sytuacjach, sprawiają, że pasja ta osiąga swoje apogeum”.

Gregorio Marañón

1. Wśród wyznawców

Marzec 1998 roku. Anglicy mrużyli oczy w blasku śródziemnomorskiego słońca. Siedzieli w klimatyzowanym autokarze, zastanawiając się, czy wszystko potoczy się tak, jak przewidywał Doug.

– Jeśli kochasz piłkę nożną i podróże… pokochasz i to, stary – powiedział Doug na pokładzie samolotu lecącego z Londynu. Od małego kibicował Kogutom, a szesnaście lat temu zaczął jeździć po świecie – podążał za reprezentacją Anglii, angielskimi klubami podczas rozgrywek europejskich (przy okazji spuszczając łomot kibicom przeciwnych drużyn), a także za Gazzą, kiedy ten grał we Włoszech. Jest wiernym wyznawcą tej pięknej gry zwanej piłką nożną. Dla części angielskich fanów futbolu mecz „za granicą” jest pretekstem do upicia się i wszczęcia bójki. Doug twierdzi jednak, że jest inny. Na meczach wyjazdowych reprezentacji kraju prezentuje pełen pasji patriotyzm, a swojemu klubowi oddaje większość sobotnich popołudni w roku, ale tak naprawdę interesuje go dobra rozgrywka, niezależnie od tego, kto w niej bierze udział. A to właśnie ten mecz ma być wydarzeniem roku: FC Barcelona – Real Madryt.

Samolotem podróżowała również pewna para, która spoglądała na Douga podejrzliwie. Jego brzuszysko zwisające nad bermudami, ogolona głowa, błyszcząca twarz wskazująca na znaczne spożycie alkoholu – to wszystko przywodzi na myśl tylko jedno słowo: „chuligan”. A biorąc pod uwagę, jak wyglądają pozostali pasażerowie, wcale mnie nie dziwi, że para obawia się, co się wydarzy, kiedy ta zgraja dotrze do Barcelony. W normalnych okolicznościach można by się spodziewać, że uda się do rezerwatów plemiennych w Tossie, Lloret czy na Majorce, jednak tym razem zostanie w Barcelonie.

W autobusie nieznajoma para wierciła się niespokojnie w swoich fotelach, kiedy Dave, pilot wycieczki, wygłaszał pierwszy komunikat od czasu lądowania.

– Witajcie w Barcelonie, panowie, a raczej powinienem powiedzieć: panie i panowie. Niestety, kwestia biletów na mecz lekko się skomplikowała. Spośród wszystkich weekendów klub wybrał akurat ten, by zorganizować głosowanie w sprawie wotum nieufności wobec swojego prezydenta, pana Núñeza, i wygląda na to, że koledzy Núñeza zabrali część naszych biletów, by przekazać je głosującym…

Wyraźnie usłyszeliśmy słowo „dupek”, głośno wysyczane przez kogoś z tylnych miejsc.

Dave stracił na chwilę rezon, przerwał w połowie zdania, próbował się uśmiechnąć i zaczął majstrować przy mikrofonie, opukując go jak konferansjer.

– Tak, można tak powiedzieć… To znaczy… Cóż, chciałem tylko zapewnić, że nie ma się o co martwić. Każdy dostanie bilet, może się po prostu zdarzyć, że nie wszyscy będziemy siedzieć razem, jak na początku planowaliśmy… Obawiam się, że pierwszeństwo muszą mieć pary…

– Kupa bzdur – oświadczył facet z tylnego siedzenia.

Autobus ruszył, a Dave przekazał mikrofon Carmen, miejscowej przewodniczce. Głos kobiety brzmiał jak na jednym z nagrań, które puszcza się na lekcjach języka obcego.

– Witajcie w Barcelonie, stolicy Katalonii… Oczywiście jesteśmy dumni z naszej piłki nożnej, ale w mieście jest mnóstwo miejsc wartych zwiedzenia: muzeum Picassa, Sagrada Familia, La Rambla, wioska olimpijska. Pogoda jest ładna, więc może zechcecie pójść nad morze. W okolicy mamy plaże w Sitges…

W miarę jak odbębniała kolejne punkty ze swojej listy, nieznajoma para wreszcie zaczęła się relaksować. Tymczasem serca pozostałych pasażerów na chwilę przestały bić. Przyjechali obejrzeć mecz, nie miasto, a wygląda na to, że wszystko szło źle, chociaż spotkanie jeszcze się nie rozpoczęło.

– Ten Núñez, za kogo on się, kurwa, uważa? – spytał ktoś. W autokarze unosiła się woń zwietrzałego piwa i papierosów.

Jednak kiedy dotarliśmy do hotelu Princesa Sofia, atmosfera zaczęła się poprawiać. Można stąd było zobaczyć Camp Nou, a już sam jego widok zapierał dech w piersiach.

„San Siro A.C. Milanu robi wrażenie – pomyślał Doug – ale człowieku, to jest dopiero stadion! Wznosi się na końcu alei drzew niczym majestatyczny kolos”. Wreszcie jego entuzjazm zaczął się udzielać innym, a Dave, widząc to, powierzył mu zadanie: Doug został posadzony za biurkiem w hallu i miał wydawać koperty z biletami. Anglicy mogli się rozgościć… Marmurowe podłogi, kandelabry, obsługa hotelowa w schludnych uniformach roznosząca bagaże gości, duży bar niedaleko miejsca, w którym siedział Doug, minibarki wypchane piwem i mocniejszymi alkoholami w każdym pokoju – większym niż jakikolwiek pokój, w którym spali do tej pory – i… czy to możliwe? Tak, to Terry Venables, prosto z wakacji w Alicante, poruszający się po hotelu w taki sposób, jakby był jego właścicielem, zupełnie jak człowiek, który rozkoszuje się dobrym życiem.

Minęło ponad dziesięć lat, odkąd Venables był tutaj técnico, a jego stary przyjaciel, wiceprezydent FC Barcelony Joan Gaspart, nie jest już właścicielem Princesa Sofia. Jednak Venables ciągle czuje się tu jak u siebie, o czym przypomina mi za każdym razem, kiedy się widzimy. Poprzednie nasze spotkanie odbyło się niewiele wcześniej w siedzibie angielskiej federacji piłkarskiej niedaleko Hyde Parku w Londynie. Pracował wówczas z kadrą reprezentacji Anglii na Euro ’96, miał jednak dobry humor i znalazł czas, by porozmawiać na temat Gazzy, Maradony i Barçy – mówiliśmy o piłkarzach wybijających się ponad przeciętność, ocierających się o wyjątkowość, a także o tym, że trzeba wobec nich wykazać odrobinę pobłażliwości.

– Jasne, mam dobre wspomnienia z pobytu w Barcelonie – mówił mi Venables. – Co jakiś czas wracam, a oni serdecznie mnie witają. Często mam wrażenie, że jestem milej widziany w Barcelonie niż w Anglii.

Do pana Venablesa powrócę w dalszej części książki, na razie zostawiam was z obrazem opalonego, dobrze nakarmionego Anglika zachowującego się tak, jakby był u siebie, w towarzystwie dwóch innychingleses(przywitał Douga i Dave’a jak dawno utraconych braci) i Katalończyków, którzy zaczęli się wokół niego zbierać. Było tak, ponieważ mimo że Princesa Sofia została przejęta przez amerykańską sieć hoteli, w tym roku podczas wyjątkowych okazji nadal pełni funkcję nieoficjalnej kwatery głównej FC Barcelony. W holu i znajdującym się na piętrze pokoju konferencyjnym rodzą się intrygi członków klubu i oficjeli oraz plotki o tym, kto wspiera Núñeza, a kto jest przeciw niemu. Jedynie przybycie Javiera Clemente, trenera reprezentacji Hiszpanii, i towarzyszącego mu redaktora madryckiej gazety sportowej „Marca”przypomniało wszystkim, że tego wieczoru ma się również odbyć mecz.

Tymczasem Dave podzielił się ze mną swymi poglądami na temat kontrolowania chuliganów.

– Zapewnij im niezły hotel, porządny bilet na ciekawy mecz, dorzuć do tego weekend pełen zabaw i większość z nich nie wymknie się spod kontroli.

Powiedziałem Dave’owi, że w przeciwieństwie do Douga ja potrzebuję czegoś, co by mnie przekonało do reklamy z jego folderu turystycznego. „Jeśli kochasz sport i podróżowanie… pokochasz i nas”.

Skojarzyło mi się to z moczem i piwem, dwoma słowami, których nauczył się mój znajomy podczas czterdziestogodzinnej podróży do Portugalii na mecz pomiędzy FC Porto i Manchesterem United. Moje przemyślenia przerwał Dave, sugerując, że mógłbym mu w czymś pomóc.

– Pomóc? Że co, tak jak Doug? – spytałem.

– Nie, raczej jako pół-Hiszpan, który wie co nieco na temat tego miasta.

W ten oto sposób, w tymczasowej roli Szczurołapa z Hameln, poprowadziłem małą grupkę ingleses w głąb miasta. Naszym celem jest Tapa Tapa, czyli mekka regionalnych i narodowych wyśmienitości kulinarnych, gdzie tamtejsze piwo płynie niczym rwąca rzeka. Zamawiam pierwszą z wielu kolejek piwa i tyle tapas, ile zmieści się na stoliku. Spora część naszej grupy była zdziwiona, że farsz w croqueta różni się od tego ze znanych im pierogów kornwalijskich albo że calamares a la Romana nie są żabimi udkami po rzymsku, a botifarra to nie psia kupa, tylko narodowa kiełbasa Katalonii.

Pochłonęli wszystko ze smakiem, prosząc o kolejne dokładki, podczas gdy piwo wypełniło ich żołądki. Ollie, analityk komputerowy z Liverpoolu, opowiadał mi, jak co tydzień chodził oglądać występy swojej miejscowej drużyny, jednak wreszcie musiał przestać ze względu na nieustający wzrost cen biletów. Wierzył, że wycieczka będzie warta każdego wydanego na nią centa. Odkładał pieniądze, aby spędzić słoneczny weekend, oglądając jedno z najciekawszych spotkań w piłkarskim kalendarzu.

– Piłka nożna w Anglii trafiła w ręce zarządów i właścicieli akcji, którzy mają gdzieś kibiców – powiedział, wlewając w siebie kolejny browar. – Mam nadzieję, że to, co zobaczę na Camp Nou, zwiększy mój entuzjazm. Słyszałem, że atmosfera jest wspaniała, bardzo żywiołowa.

Teraz to panie, a nie panowie, brylują w konwersacji. Zapomniałem bowiem wspomnieć, że na pokładzie samolotu i w autobusie znalazły się pochodzące z Sheffield Michelle, Sharon i Kate, które wzięły sobie wolny weekend od chłopaków i mężów, a swoją trzyosobową grupkę nazwały „Pełny Wypas”. Gdy tak sobie siorbaliśmy i żłopaliśmy w to popołudnie, los ingleses chórem oświadczyli:

– To jest po prostu cholernie fantastyczne.

W całym mieście zapanowała karnawałowa atmosfera; w dniu, kiedy do miasta przyjeżdżał Real Madryt, mieszkańców upajał najwyraźniej sam fakt, że są Katalończykami. Zebrali się wzdłuż słynnego Passeig de Gràcia, szerokiego i bogatego deptaku, zachwycającego, dzięki ekscentryczności Gaudiego, swoim architektonicznym majestatem. Jak zauważyła kiedyś pisarka Honor Tracy, „Barcelona… patrzy przed siebie i dalej, nie drzemie i nie gdacze jak stara kura w pustym gnieździe. Zajmuje się sztuką i literaturą, chce eksperymentować i zadziwiać” – i, mogła dodać, ma Barçę. Naprzeciwko deptaku pół tuzina dziewczyn wymalowanych i ubranych w barwy klubowe tańczyło w rytm improwizowanej rumby, a po chwili zniknęło w metrze. Rodzina – dziadkowie, rodzice oraz dzieci – wystrojona tak jak wspomniana grupka, rozmawiała, jedząc lody. Jakaś mizdrząca się para w barwach Barçy całowała się, goniła, bawiła w chowanego za kioskiem z gazetami pełnymi przedmeczowych zapowiedzi, aż dostrzegła któryś z nagłówków. Przypominał on czytelnikom, że Real Madryt przyjechał, by się zemścić. Goście ze stolicy nie wygrali na Camp Nou od piętnastu lat. To kolejny powód, dla którego Barça nie mogła przegrać.

– Chodźmy, zaraz zacznie się mecz – powiedziała dziewczyna tonem, którym równie dobrze mogłaby powiedzieć: „Chodźmy do łóżka”.

I ruszyli w dół do metra, ona ciągnęła go za sobą, nie napotykając wielkiego oporu. Wtedy Sharon, jedna z dziewczyn z Sheffield, rzuciła w stronę inglese:

– No, wy pijani łajdacy, chodźcie już, czas na mecz.

Tymczasem w hotelu Princesa Sofia najważniejsi dworzanie i intryganci FC Barcelony zebrali się, lecz bynajmniej nie po to, by mówić o piłce nożnej. Chcieli rozmawiać o władzy. Już wkrótce podliczone miały zostać głosy oddane podczas ostatniego głosowania przeciwko prezydentowi klubu, Núñezowi – to wotum nieufności, o które wystąpiła wielka koalicja jego przeciwników, znana jako Elefant Blau (Niebieski Słoń). Núñez, jedna z najdłużej rządzących person w świecie sportu, sprawował swoje rządy w równie autorytarnym i kontrowersyjnym stylu co wieloletni przewodniczący FIFA João Havelange czy prezes Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Juan Antonio Samaranch, który sam jest socio Barcelony. Núñez był prezydentem Barcelony od 1978 roku. Umiejętnością utrzymywania się u władzy przebił wszystkich swoich poprzedników, a stworzony przez niego reżim stał się bardziej wytrzymały niż za panowania któregokolwiek innego politycznego lidera działającego w Hiszpanii od czasów generała Franco. Przez ponad dwadzieścia lat przewodził jednemu z najszybciej rozwijających się klubów piłkarskich na świecie, wydając miliony na nadzwyczajną kolekcję światowej klasy piłkarzy, nie szczędząc pieniędzy także na równie imponującą grupę trenerów. Liczba członków klubu rozrosła się do ponad stu trzech tysięcy. Núñez, przedsiębiorca, który dorobił się fortuny na burzeniu starych budynków i budowie nowych, opierał się na swoich osiągnięciach. To mały człowiek, który stawiał sobie wielkie cele – mężczyzna roszczący sobie prawa do ucieleśniania regionalnych aspiracji, przenoszenia kompleksu mniejszości i manii prześladowczej Katalonii w iluzję wspaniałości. Jego przeciwnicy wierzyli, że zbezcześcił Barçę, manipulując manifestacją katalońskiego nacjonalizmu tylko po to, by utrzymać się przy władzy.

Núñez chciał, by wszyscy uwierzyli, że demokratyczna struktura Barcelony została w czasie jego rządów skonsolidowana, a służenie klubowi i państwu – czyli Katalonii – to jego jedyny cel. Przeciwnicy prezydenta postanowili zdemaskować powolną transformację klubu w prywatny folwark Núñeza. Potępili poczynania despotycznego, choć miniaturowego króla lwa i sami także wybrali sobie na symbol ssaka, ucieleśniającego moralność i odpowiedzialne przywództwo: słonia. Słoń ten miał gwarantować brak nadużywania władzy przez członków zarządu klubu, zachowując szlachetność nawet podczas konfrontacji z barbarzyńskimi instynktami i materializmem współczesnego świata. Skupieni wokół niego „współplemieńcy” nie ufali Núñezowi, który rósł w siłę dzięki pochlebstwom członków zarządu; zastanawiali się, dlaczego klubowe rachunki są bez namysłu, wręcz automatycznie, zatwierdzane przez mające jedynie symboliczne znaczenie zgromadzenie członków klubu, a za największą zbrodnię ze wszystkich uznali to, że Barça rządzona przez Núñeza zatraciła poczucie swojego historycznego przeznaczenia, przestała być més que un club – czymś więcej niż klubem.

Na pierwszym piętrze Princesy Sofii panowie w ciemnych garniturach dyskutowali, kto kogo poparł i z jakiego powodu. Barça stała się przedmiotem politycznej intrygi, celem manipulacji kilku wyrachowanych indywiduów, które chcą, by wszystko zostało po staremu, a także innych osób, dostrzegających zyski wynikające z potencjalnej zmiany stanu rzeczy. Od czasu do czasu gdzieś w oddali przemyka miejscowy dziennikarz z laptopem, dyktafonem i telefonem komórkowym. Wygląda zupełnie tak, jakby szedł na wojnę. Tymczasem kieruje się na spotkanie, w górę głównymi schodami i ponownie w dół, niczym posłaniec wybiórczo postrzeganej prawdy. Najemnik Barçy. Jakkolwiek brzmiała wiadomość, z którą szedł, na pewno nie pochodziła od Johana Cruyffa. Holender przyleciał z Amsterdamu już kilka godzin wcześniej, by oddać głos na Niebieskiego Słonia. Było to wyreżyserowane przybycie, które miało przywodzić na myśl pojawienie się wyzwoliciela z zagranicy, ponieważ Cruyff przez większość czasu żyje i pracuje w Barcelonie. Jego syn Jordi otrzymał imię po patronie Katalonii, natomiast najmłodsza córka Chantal wyszła za mąż za dawnego bramkarza Barçy. Tak naprawdę Johan ma takie same prawo, by nazywać się Katalończykiem, co wielu Hiszpanów, którzy w ciągu wielu lat imigrowali do tej autonomicznej wspólnoty.

Wotum nieufności dało Cruyffowi możliwość ponownego starcia z Núñezem. Ci dwaj dumni i aroganccy indywidualiści toczyli ze sobą nieustanną walkę o to, kto tak naprawdę w pełni czuje i rozumie serce oraz duszę Barçy. Cruyff grał w barwach Barcelony w latach siedemdziesiątych. Ten okres, razem z późnymi latami osiemdziesiątymi i wczesnymi dziewięćdziesiątymi, kiedy Cruyff powrócił do klubu jako trener, uznaje się za złote lata w historii Dumy Katalonii. Barcelona cztery razy z rzędu wygrała ligę hiszpańską, zdobyła także Puchar Mistrzów. Lecz choć Cruyff cieszył się życiem w pełni uprzywilejowanego VIP-a, i tak został zwolniony przez Núñeza, gdy Barça straciła tytuł mistrza Hiszpanii na rzecz Realu Madryt. Holendra uznano za niesubordynowanego pracownika, ponieważ odważył się zasugerować, że to trener, a nie prezydent, powinien rządzić w szatni.

Jeszcze podczas wyborów prezydenckich w 1978 roku Cruyff otwarcie udzielał poparcia kandydującemu Núñezowi. Był to czas ich chwały i wspólnych sukcesów, wystarczająco wielkich, by obaj obywatele piłkarskiego świata mogli przypisać sobie za nie zasługi. Obecnie wielu kibiców z nostalgią wspomina czasy Cruyffa i zastanawia się, co tak naprawdę poszło nie tak. Núñez postanowił zastąpić Holendra Bobbym Robsonem, Anglikiem, który zawiódł, ponieważ nie potrafił do końca zrozumieć Barçy. Pod wodzą Robsona Barça zakupiła Ronaldo, najbardziej utalentowanego młodego piłkarza na świecie, i straciła go na rzecz Interu Mediolan. Robsonowi wydawało się, że wystarczy kolekcjonować trofea – zdobył trzy – jednak zapomniał, że kibice oczekują także interesującego spektaklu.

Dlatego też tego ważnego dnia w marcu 1998 roku Cruyff wywołał prawdziwe emocje, oddając swój głos w wyborach. Szczupły i opalony, w rozpiętej koszuli i granatowej marynarce, Cruyff wyglądał jak gwiazda. Policjanci starali się utorować mu drogę, podczas gdy grupa kibiców kłębiła się wokół stolika z numerem 113. Kibice bili brawo, starając się go dotknąć, młode kobiety pożerały go pełnym pożądania wzrokiem. Jedynie kilku odszczepieńców, lojalnych Núñezowi, gwizdało i buczało. Jeden z nich wykrzykiwał: „Jesteś historią”. Ale nawet wyzwiska i słowa krytyki szybko zostały zamienione w pochlebstwa.

– Wielka szkoda, że jesteś historią, Johan, chcemy cię z powrotem. Jesteś najlepszy – odpowiedział jeden z fanów.

Wieczorem młody Johan Cruyff minął slalomem obrońców przeciwnika. Te chwalebne chwile ze złotych lat Barçy wyświetlone zostały na gigantycznym ekranie znajdującym się na końcu stadionu, wysoko na górnych tarasach, gdzie posadzono nielicznych kibiców Realu Madryt. Na godzinę przed rozpoczęciem meczu tysiące fanów Barçy oglądały filmową kompilację najwspanialszych momentów w historii klubu, osiągnięcia poszczególnych piłkarzy prezentowano niczym litanie świętych, krajowe i międzynarodowe puchary wznoszono jak wojenne zdobycze. Podczas oglądania tego filmu człowiek zdawał sobie sprawę z rozmachu i mnogości talentów, które niegdyś zgromadziła w swoich szeregach Barça, a także z tego, jak skromne były jej zdobycze w ostatnich latach. Nie zabrakło pamiętnych starć między zażartymi rywalami – Di Stéfano i Kubalą; rzutu wolnego wykonanego przez Koemana na Wembley; Maradony zdobywającego bez wysiłku kolejną perfekcyjną bramkę.

Lokalna prasa i telewizja podgrzewały atmosferę przed zbliżającym się spotkaniem pomiędzy Barçą i Realem, zupełnie jakby miało to być starcie dwóch mitycznych gigantów. Jeśli ktoś sugerował, że ten mecz znaczy więcej dla którejś z drużyn, to chyba zignorował wszechobecne napięcie, które napędzało to wydarzenie zarówno pod względem emocjonalnym, jak i komercyjnym. Jak ujął to pisarz Manuel Vázquez Montalbán: „Gdyby Real Madryt nie istniał, to ktoś musiałby go wymyślić”. Real Madryt od czternastu lat nie wygrał żadnego spotkania na Camp Nou. Odwieczny rywal Barçy, pochodzący z centrum Hiszpanii, był w dość kiepskiej formie – zaliczył jedenaście meczów z rzędu bez zwycięstwa, biorąc pod uwagę rozgrywki krajowe, Ligę Mistrzów i Puchar Króla. Gdyby Real po raz kolejny przegrał, Barça umocniłaby się na fotelu lidera, zdobywając nad Realem właściwie niemożliwą do odrobienia przewagę wynoszącą pięć punktów, a w dodatku mając zaległe spotkanie do rozegrania i lepszy bilans bramek. Real Madryt przyjechał po zemstę, kierowany chęcią przetrwania. I miał, jak to ujął pochodzący z Chile napastnik Iván Zamorano, „krew w oczach”. Barça znajdowała się zaś pod opieką nowego trenera, a to mówiło samo za siebie, ponieważ trenerzy w klubie zarządzanym przez Núñeza opuszczali drużynę zupełnie tak jak sześć żon angielskiego króla Henryka VIII – „rozwiedzeni, zdekapitowani, martwi; rozwiedzeni, zdekapitowani, ocalali”. W sądzie ważyły się losy Louisa van Gaala, Holendra, któremu brakowało charakteru Bobby’ego Robsona i popularności Johana Cruyffa, trenerów skróconych o głowę w ciągu zaledwie dwóch lat. Barça może i jest na szczycie tabeli, ale kibice nie do końca w nią wierzą. Widzieli, jak ich ukochana drużyna w żenujący sposób odpadła z europejskich rozgrywek, a w spotkaniach ligowych grała nijako, pozbawiona blasku, wygrywając raczej dzięki nieudolności przeciwników niż dzięki swoim świetnym występom. Poza tym wszyscy pamiętali, że ledwie dwa lata wcześniej zespół prowadzony przez Johana Cruyffa miał szanse na zdobycie aż trzech trofeów – Pucharu Króla, Pucharu UEFA i mistrzostwa Primera División – i ostatecznie zawiódł na wszystkich frontach, pokonany na własnym stadionie przez Atlético Madryt.

Jednak sprowadzanie tego meczu wyłącznie do komentarzy o formie rywali było błędem. „To coś zupełnie innego – pisał José Vicente Hernáez w madryckim dzienniku sportowym »Marca«. – To jest meczpar excellence, mecz roku i mecz stulecia, w którym można równie dobrze obstawiać zwycięstwo, remis i porażkę. Kto wygra to spotkanie? Tego nie wie nikt. To tajemnica. Nie wierzcie, kiedy mówią wam, że wiedzą, jak się zakończy ten mecz. Musicie się przekonać na własne oczy. To coś więcej niż po prostu mecz. Do zdobycia są w nim trzy punkty, a co za tym idzie – wygranie rozgrywek ligowych. Tu chodzi o dumę dwudziestu dwóch piłkarzy znajdujących się na murawie, dumę tych dziesięciu, którzy siedzą na ławce rezerwowych, dyrektorów obu klubów, całego stadionu, milionów widzów oglądających mecz przed telewizorami, a także dumę osób, które nie mogą sobie pozwolić nawet na oglądanie tego widowiska w telewizji w obawie, że nie poradzą sobie z tak wielkim napięciem”.

Oto on, największy skurwysyn ze wszystkich, ich Grunwald, mecz nad mecze. Jak słusznie zauważył Robson w maju 1997 roku, to jedyny mecz na świecie, który przyciąga na stadiony ponad sto tysięcy fanów dwa razy do roku. „Dorzućcie do tego równania całą ich historię, politykowanie i zainteresowanie mediów, a wyjdzie wam beczka prochu, która w każdej chwili może wybuchnąć”.

Nie można zrozumieć fenomenu Barcelony, jeśli nie weźmie się pod uwagę zależności pomiędzy Katalonią a resztą Hiszpanii. Znaczna część katalońskiej historii jest opowieścią o poniżeniach i frustracji; miażdżonych i deptanych aspiracjach Katalonii. To przez działanie Madrytu, dążącego do scentralizowania sił w Hiszpanii, potencjał Barcelony, która mogła się stać jedną z wielkich śródziemnomorskich stolic, nigdy nie został urzeczywistniony. Dopiero stworzenie FC Barcelony przez grupę przedsiębiorczych Szwajcarów i Anglików na początku XX wieku doprowadziło do powstania doskonałego nośnika, który mógł ożywić lokalną dumę. Stało się to w momencie, kiedy Hiszpania cierpiała z powodu traumy związanej z utratą wpływów swojego imperium na Kubie i Filipinach. Barça oferowała możliwość wyrównania dawnych długów, powstania nowego frontu, skierowanego bardziej w stronę Europy, miejsca, w którym narodziła się sama gra.

Klub dawał mieszkańcom okolicy poczucie zbiorowej pewności siebie. Za każdym razem, kiedy Madryt starał się im narzucać, Barça przyciągała swoich ludzi, oferując im bezpieczeństwo. Była niczym średniowieczny zamek, gdy okolicznej wiosce grozi oblężenie. Jej tożsamość zrodziła się z prześladowań, przewaga nad konkurencją wynikała z obsesji udowadniania swojej boiskowej dominacji nad Madrytem, zarówno poprzez wygrywanie starć, jak i uniemożliwianie zwycięstw drużynie z Madrytu. W historii Barçy są słodkie i gorzkie chwile, lepsze i gorsze momenty w tej epopei ludzkich konfliktów, do których dochodziło zawsze, kiedy drużynie ze stolicy Katalonii przychodziło się zmierzyć z Realem Madryt. To historia nieustannie pisana od nowa, przypominająca mitologię, ze swoimi półbogami napędzanymi przejaskrawionymi faktami i propagandą. Opowieści wypełnione są symbolami, herosami i czarnymi charakterami, półbogami i diabłami. Barça dostała swojego pierwszego męczennika, kiedy prezydent klubu Josep Sunyol został stracony przez żołnierzy generała Franco na górskiej drodze znajdującej się niedaleko Madrytu. Śmierć wieszczono mu już od okresu dyktatury generała Primo de Rivery w latach dwudziestych XX wieku, kiedy Barça została wykluczona z rozgrywek na pół roku po tym, jak jej kibice zagłuszyli gwizdami narodowy hymn Hiszpanii. Represje stały się znacznie bardziej dotkliwe i brutalne w latach, kiedy władzę sprawował generał Franco. Podczas gdy Real Madryt stał się, w oczach Katalończyków, symbolem dyktatury i narzucanej siłą jedności, Barça zmieniła się w més que un club, odrębny świat, w którym ludzie w brutalny sposób odczuli na własnej skórze, co to znaczy być Katalończykiem.

Zdefiniowanie tego, czym jest Barça, stało się bardziej skomplikowane, odkąd umarł Franco. Kiedy przywrócono demokrację, Katalonia osiągnęła znacznie większą autonomię niż Irlandia Północna, Szkocja, Korsyka czy Mezzogiorno1. Natomiast junta rządząca Barçą uzyskała taką polityczną i finansową władzę, o jakiej mogą jedynie pomarzyć europejskie parlamenty. Od 1996 roku, kiedy weszło w życie prawo Bosmana, otwierające międzynarodowy rynek transferowy, bogactwa piłkarskie Barçy i Realu Madryt stały się zależne nie od Katalończyków i Hiszpanów, ale od Brazylijczyków, Holendrów, Niemców, Francuzów i, owszem, symbolicznie Katalończyków i Hiszpanów. Mimo to pojedynki między tymi dwiema drużynami są nadal pełne pasji. Piłkarze przypominają aktorów na scenie wzniesionej wiele lat temu, której nikt mimo upływu czasu nie chce zburzyć. Kiedy patrzy się na spotkania tych dwóch drużyn, widać rywalizację, która walnie przyczynia się do sprzedaży gazet, zapewnia lukratywne umowy do praw telewizyjnych i sponsorskich, a także wypełnia stadiony. To właśnie na Camp Nou Katalończycy zarówno zapominają o swojej historii, jak i ją czczą, przeciwstawiając się zanikowi ideologii we współczesnym świecie.

Anglicy mrużą oczy, oślepieni blaskiem zalanego światłem Camp Nou. Wrażenie robią już same przytłaczające rozmiarami, świecące w mroku nocy pięciopoziomowe trybuny. Stadion został wkopany głęboko w ziemię, a jego murawę podniesiono. W szatniach piłkarze przygotowują się, by przebyć ostatni odcinek drogi wzdłuż wąskiego korytarza, którego ściany pokrywają obrazy namalowane przez współczesnych katalońskich artystów. Następnie idzie się w dół tunelu, gdzie po prawej stronie znajduje się kapliczka, a na samym środku żelazna krata, oddzielająca piłkarzy obu drużyn. Wydaje się, że przejście trzydziestu czterech stopni w dół zajmuje wieczność, a jeszcze zostaje osiem stopni w górę… Piłkarze zjawiają się, by stoczyć iście gladiatorską walkę na oczach ryczącego Koloseum.

Do rozpoczęcia spotkania pozostało już tylko kilka minut, a kibice Barçy ciągle wpatrywali się w ekran. Anglicy, rozproszeni po całym stadionie w małych grupkach i parach, obserwowali kłębiących się wokół nich ludzi. Tłum, który nie uznaje żadnego sprzeciwu, wypycha znikomą liczbę obecnych na stadionie kibiców Realu na najbardziej odizolowane wysokości Camp Nou – gdzie stają się obiektem drwin i szyderstw. Tymczasem turyści znajdujący się na stadionie są przez ten tłum wchłaniani i razem z nim wykrzykują pochwały pod adresem Barçy i jej piłkarzy. Nie ma tu miejsca na neutralność, stronniczość trybun jest przytłaczająca, a ich fanatyzm wprost zatrważający.

Wrogość kibiców jednej drużyny do drugiej przyjmuje różne formy, i to jeszcze zanim mecz się rozpocznie. Kilka godzin wcześniej tego samego dnia piłkarze Realu Madryt zostali zmuszeni do opuszczenia swojego hotelu po tym, jak jego zarządca otrzymał informację o podłożeniu bomby przez ETA2. Trochę później, już w trakcie drogi na stadion, ich autokar został obrzucony kamieniami. O ósmej wieczorem piłkarze Realu jako pierwsi pojawili się na murawie stadionu. Zgotowano im powitanie, które mogło pogrążyć wielu słabych psychicznie graczy – nieprzerwana kakofonia gwizdów, buczenia i przekleństw. Jedynie zatwardziały weteran tych starć, Fernando Hierro, pozwolił sobie na zuchwałość, podnosząc rękę i prowokująco pozdrawiając zgromadzonych na stadionie kibiców, co jeszcze bardziej ich podjudziło. Pozostali piłkarze sprawiali wrażenie nieporadnych; bezwiednie rozgrzewali się i podawali sobie piłkę, w nerwowy sposób unikając kontaktu wzrokowego z trybunami. Byli niczym chrześcijanie rzuceni na pożarcie lwom. Jednak to tylko lekkie drżenie przed trzęsieniem ziemi, które dopiero ma nastąpić; symboliczny obłok dymu nad wulkanem, poprzedzający erupcję, kiedy na boisko wybiegną odziani w bordowe i granatowe barwy piłkarze Barçy. Tłum zgromadzony na całym stadionie uniósł się niczym ogromna fala, wyśpiewując hymn klubu, rozpościerając gigantyczne flagi i papierowe mozaiki, a jego oklaski brzmiały niczym trzaski piorunów. Przez kilka sekund stadion rykiem wyrażał swoją wierność; cały został pokryty papierowymi tasiemkami, czerwonymi i niebieskimi balonami.

Zaledwie kilka godzin wcześniej członkowie klubu oddali swoje głosy podczas głosowania o wotum nieufności. Czterdzieści cztery procent osób zdolnych do głosowania pojawiło się przy urnach; spośród nich trochę mniej niż dwadzieścia pięć tysięcy wsparło Núñeza, a ponad czternaście tysięcy opowiedziało się po stronie Niebieskiego Słonia. Wyniki sugerowały, że prezydent tracił popularność wśród kibiców, a zwolennicy Niebieskiego Słonia stawali się coraz bardziej pewni siebie. Jednak teraz wewnętrzne starcia zostają odłożone na bok, po raz kolejny wypowiedziano wojnę wspólnemu wrogowi. Zgromadzony na stadionie tłum w swoim fanatyzmie porzucił demokratyczne zasady. Ich zachowanie przywodziło na myśl brutalnie bezwzględną zbiorową manifestację. Każde zagranie piłkarzy Realu Madryt kwitowane było obelgami. Kiedy do piłki dochodził grający w Realu reprezentant Brazylii Roberto Carlos, na stadionie rozlegało się rasistowskie naśladowanie odgłosów wydawanych przez goryla.

Mniej więcej na wysokości środka stadionu siedziało dwóch dwudziestoletnich Anglików – Mark kibicujący na co dzień Watford i Gavin wspierający Fulham. Trudno ich zaszokować, ale teraz byli pod dużym wrażeniem.

– Świetna atmosfera, czuć prawdziwą pasję – powiedział Mark.

– Nigdy w życiu nie sikałem w takich warunkach, tam jest zupełnie jak w pięciogwiazdkowym hotelu – dodał Gavin, który właśnie pozbył się piwa wypitego w Tapa Tapa.

Mecz oglądało ponad dwieście milionów ludzi na całym świecie, jednak ci ingleses zdołali dostać się na stadion, by zobaczyć, usłyszeć i poczuć, jak to jest znaleźć się w tłumie złożonym ze stu tysięcy kibiców Barçy, którzy niezłomnie wspierają swoją drużynę. Będąc tu, ma się wrażenie, że świat może się zacząć i skończyć w ciągu tych dziewięćdziesięciu minut, rozgrywanych przez dwudziestu dwóch piłkarzy wartych łącznie kilkaset milionów funtów. Czuć, że nic, co znajduje się poza stadionem, nie ma najmniejszego znaczenia, tak naprawdę nie istnieje nic oprócz tego gigantycznego orgazmu wywołanego przez zbiorowy doping.

Mecz był bolesnym starciem, w którym zderzyły się utalentowane indywidualności, pełnym sporadycznych ataków na bramkę, rzadkich przebłysków geniuszu i błyskotliwości oraz zdecydowanie zbyt wielu pomyłek. Jednak mimo to spotkanie nawet na chwilę nie stało się przeciętne. Sześć minut po rozpoczęciu gry Luis Enrique (siła napędowa Barçy i jej główny bohater ze względów politycznych, ponieważ wcześniej grał w Realu Madryt) przebił się przez pomoc Realu, minął dwóch przeciwników i przewidując wejście trzeciego, w nienaganny sposób posłał piłkę do Luísa Figo. Strzał oddany przez Portugalczyka minął co prawda niemieckiego bramkarza Realu Bodo Illgnera, jednak piłka trafiła w prawy słupek. Dwie minuty później po drugiej stronie boiska Roberto Carlos oddał w charakterystyczny dla siebie sposób strzał z rzutu wolnego, który czubkami palców na rzut rożny wybił holenderski bramkarz Ruud Hesp. Tym, co przemienia wyrównany pojedynek niemal w walkower, jest czerwona kartka, którą dostaje w pięćdziesiątej pierwszej minucie zawodnik Realu Madryt Fernando Hierro.

W historii spotkań Barcelony z Realem Madryt sędziowie zawsze odgrywali kluczową rolę, nawet nie tyle zapewniając spokój na boisku, co unikając stronniczego zachowania lub choć sprawiając takie wrażenie. Korupcja i stronniczość wśród hiszpańskich sędziów podczas ery generała Franco to jedna z bêtes noires w historii Barçy. Hierro został wyrzucony z boiska w trakcie meczu, w którym każdy faul w wykonaniu gracza Realu Madryt wywoływał ryk protestów na trybunach Camp Nou, podczas gdy podobne zagrania po stronie piłkarzy Barçy przyjmowano milczeniem czy nawet oklaskami. Kilka zagrywek Katalończyków wyglądało równie, o ile nie bardziej, niebezpiecznie jak to, którego dopuścił się Hierro, jednak żaden z piłkarzy Blaugrany nie został wyrzucony z boiska. Po meczu prezydent drużyny z Madrytu Lorenzo Sanz cynicznie nominował sędziego Celina Gracia Redondo z Asturias na piłkarza meczu, twierdząc, że był on kluczowym czynnikiem w zapewnieniu zwycięstwa katalońskiej drużynie, uginając się pod presją trybun. Zrzucenie całej winy na sędziego zamiast na taktyczną słabość gości z Madrytu było, jak zwykle, dość wygodnym rozwiązaniem.

Real załamał się pod względem taktycznym, ponieważ bez Hierro stracił spójność. Drużyna nie potrafiła zorganizować się w pomocy i defensywie, a wizja nadchodzącej klęski w meczu z Barçą zupełnie sparaliżowała zawodników. W sześćdziesiątej dziewiątej minucie spotkania widzowie zgromadzeni na stadionie byli świadkami doskonałej wrzutki w pole karne autorstwa Rivaldo, którą prostym uderzeniem na bramkę zamienił Anderson. Dwanaście minut później Figo przechytrzył Roberto Carlosa i zdobył drugą bramkę meczu po potężnym kopnięciu lewą nogą. Następnie, tuż przed ostatnim gwizdkiem arbitra, Figo świetnie rozegrał piłkę z Rivaldo i Giovannim w serii zwodów i podań, które rozerwały na strzępy obronę Realu. Po strzeleniu trzeciego gola Giovanni zdjął koszulkę, za co otrzymał żółtą kartkę, jednak ta kara wymierzona mu przez sędziego Gracię Redondo nie miała najmniejszego znaczenia. Widzowie zgromadzeni na stadionie myśleli, że to już koniec meczu – i tak też było w rzeczywistości.

Obserwując, jak stadion powoli pustoszeje, los ingleses mogli jedynie patrzeć na wszystko z zachwytem. Camp Nou wrzało i trzęsło się w posadach, obłoki dymu z cygar unosiły się ku niebu jak ofiary składane bogom. Następnie cały tłum z powrotem wylał się na ulice miasta, ich miasta, ich państwa. Ludzie byli bezpieczni, przynajmniej chwilowo – aż do następnego spotkania. Kiedy tłum stanowi jedność, nie dochodzi do aktów agresji, a pojedynczy kibice Realu zdołali już bezgłośnie wtopić się w mrok nocy.

Los ingleses opuszczają stadion jako ostatni. Kiedy Mark i Gavin w końcu z niego wyszli, okazało się, że szeroka ulica, nazwana na cześć papieża Jana XXIII, prowadząca do ich hotelu, jest już prawie pusta. Tam, gdzie wcześniej znajdowały się stragany z gadżetami związanymi z katalońskim klubem, stały prostytutki w krótkich spódniczkach. Ustawiły się wzdłuż całej ulicy prowadzącej do Camp Nou, są na każdym przejściu i sprawiają wrażenie, jakby były wartowniczkami.

– Cholera, gdybym tylko znał język… – rzucił Gavin. Tej samej nocy Doug śnił o Gazzie grającym w koszulce Barçy.

W dawnych czasach, kiedy Barça była jeszcze stosunkowo małym klubem i grała na znacznie bardziej skromnym kawałku ziemi, ci, którzy nie mieli pieniędzy na bilet, i tak mogli całkiem wygodnie obejrzeć mecz. Po prostu siadali na murze otaczającym boisko, ich nogi zwisały po jednej stronie, a tyłki z drugiej – dobry widok na boiskowe wydarzenia, choć dość twarde siedzenie. Pod koniec meczu tyłki im drętwiały, jednak entuzjazm, jaki wykazywali wobec gry, nigdy nie malał. Piłkarze słyszeli okrzyki i doping, jednak nic nie dorównywało czystej energii, którą się widziało, zerkając na zwisające z murku półdupki, poruszające się niczym boje na wzburzonym morzu. Ci kibice Barçy, którzy pomimo swojego ubóstwa pozostawali wierni bogatemu klubowi, dostali przydomek culés, co po katalońsku oznacza „tyłki”.

W późniejszych latach tysiące Katalończyków dorobiły się większych pieniędzy, wielu stało się naprawdę bogatymi ludźmi, a sam klub rozrósł się dzięki liczbie członków. Culés pochodzili ze wszystkich możliwych grup społecznych, tych bogatych i tych biednych. Jednak już dłużej nie musieli siedzieć na murze otaczającym stadion. Dostali do swojej dyspozycji krzesełka, które przyznawano, biorąc pod uwagę pozycje i zarobki, a potem przekazywano z pokolenia na pokolenie. Część otrzymała miejsca stojące – widok tych setek ściśniętych obok siebie na trybunach za bramką lub na najwyższych tarasach, zwariowanych na punkcie klubu kibiców pokazuje, na czym polega prawdziwa pasja. Ci culés zawsze gardzili socios, którzy chodzili na stadion tak, jakby był on teatrem. Dyskretnym urokiem klas średniej i rządzącej jest to, że po dziś dzień zasiadają w środkowych rzędach. Kobiety pachną perfumami i, delikatnie, naftaliną, a mężczyźni palą cygara. Ci ostatni, zasiadając na miejscach zarezerwowanych dla członków zarządu i ich gości – polityków, bankierów, prawników i biznesmenów, wśród których jest bardzo mało kobiet – raczą się w trakcie przerwy meczu drinkami w strefie dla VIP-ów i kręcą się przed kamerami lokalnej telewizji. Świetnie zdają sobie sprawę, że najlepiej robić to wtedy, kiedy Barça wygrywa we wspaniałym stylu, a już zwłaszcza gdy pokonuje Real Madryt.

Teraz, kiedy główny cel został osiągnięty, kiedy Real Madryt został odpowiednio poniżony, gdy przeszłość została pomszczona, nadszedł czas na ekspansję, dalsze podboje, ponieważ klub taki jak Barça jest zbyt wielki i dumny, by zadowolić się wygraną u siebie. Żąda tytułów, które dowiodą jego potęgi, chce wznosić błyszczące puchary i mówić: „Jesteśmy najlepsi w Hiszpanii… w Europie… na świecie”.

W sezonie 1997/98 Núñez postanowił zwolnić Bobby’ego Robsona, a nowym trenerem Barçy został pracujący wcześniej z Ajaxem Amsterdam Luis van Gaal. Van Gaal już podczas pierwszej konferencji prasowej powiedział: „Przyszedłem tutaj, żeby wykonać pewne zadanie, chcę stworzyć działający długofalowo system. Już teraz będziemy się starali zdobywać kolejne trofea, jednak żeby zakończyć cały projekt, potrzeba będzie kilku lat”. W tym sezonie drużyna z Katalonii odpadła we wczesnej fazie Ligi Mistrzów i musiała zadowolić się zwycięstwem w znacznie mniej prestiżowym Superpucharze Europy. Tymczasem w Hiszpanii Barça nadal była na fali. Zwycięstwo nad Realem Madryt umożliwiło wygranie Primera División, a w perspektywie Barça miała dublet, który mogła zdobyć, pokonując w finale Pucharu Króla, rozgrywanym na stadionie Valencii, drużynę Mallorki. Od czasu, kiedy drużyna z Katalonii zdobyła ostatni dublet, minęło bardzo dużo czasu – wydarzyło się to w sezonie 1958/1959, kiedy trenerem klubu był legendarny Argentyńczyk Helenio Herrera, mający u boku nie mniej zasłużonych piłkarzy, takich jak Kubala, Suarez, Ramallets czy Segarra.

Od opisanego meczu z Realem Madryt na stadionie Camp Nou minęło już kilka miesięcy, a my powróćmy na plac przy hotelu Princesa Sofia. Tym razem nie widać tu los ingleses, tylko grupę culés, która przeszła niedaleko postoju taksówek. Byli wśród nich chłopcy i dziewczyny, nastolatki i tacy, którzy niedawno skończyli dwadzieścia lat. Właściwie niczym nie różnili się od tysięcy hiszpańskich studentów nawiedzających co lato Wyspy Brytyjskie. Mieli takie same trampki, jeansy i żywiołowy sposób prowadzenia rozmów. Jedynie niebieskie i czerwone barwy Barçy mieniące się wokół szyi świadczyły o ich pochodzeniu. Jest wiele kilometrów do przebycia, są imprezy i seks, które trzeba odłożyć na później. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – Barça, Barça i nic więcej. Culés przygotowują się do swojej podróży tak, jakby szli na wojnę. Robią zapasy na drogę i mecz, pakują filmy wideo, płyty CD, piwo, transparenty, naklejki, narkotyki, koszulki z nadrukami, wino, colę i wódkę. Autobusy odjeżdżają punktualnie o dziesiątej rano.

Culés wywiesili swoje flagi za okna autobusu: kolory Barçy, kolory Katalonii, autonomicznego regionu, kolory ruchu walczącego o niezależność od Hiszpanii. To przypomnienie, że Barça jest wielkim kościołem, który mieści w sobie wiele definicji tego, co to znaczy być Katalończykiem. Wspomniane flagi sprawiają, że wnętrze autobusu spowił półmrok, odizolowano je od świata, co sprawia, że emocje, które kumulowały się w tym autobusie, stały się jeszcze bardziej intensywne.

Rozpoczął się film. W tle słychać rockową ścieżkę muzyczną, nagraną przez irlandzki zespół Moving Hearts. To film o IRA, opisujący historię Irlandii Północnej jako „odważną wojnę o wyzwolenie” prowadzoną przeciwko okupującym kraj siłom armii brytyjskiej. Jawna propaganda wyprodukowana przez francuską telewizję.

– Moi znajomi, którzy w wakacje poprzedniego lata byli w Irlandii, kupili go dla mnie… jest w nim kilka niezłych scen, spójrz chociażby na tę – powiedział Pablo, jeden z organizatorów wyjazdu.

Miał długie, kręcone włosy i ciemne oczy; był szczupły, zdrowy i przystojny, wyglądał jak młodsza wersja dawnego piłkarza Barçy, Miguela Ángela Nadala.

Grupa zakapturzonych facetów patroluje katolicką nieruchomość znajdującą się w zachodnim Belfaście, snajper leży, obserwując nadchodzące oddziały armii, moździerzowy pocisk zostaje wystrzelony ze wzgórz w hrabstwie Armagh, kobiety wykrzykują wyzwiska w kierunku angielskiego oficera.

– Irlandczycy byli zaangażowani w walkę o wyzwolenie, tak samo jak ludzie w Katalonii – wyjaśnił Pablo.

Jakby chciał to jeszcze bardziej podkreślić, wyciągnął z plecaka flagę Irlandii i położył obok katalońskich. Film dobiegł końca i został zastąpiony przez komedię Goło i wesoło. Po chwili połowa autobusu prawie sika ze śmiechu.

– Lubimy ten film. To jeden z naszych ulubionych. Lubimy taki humor, muzykę i sposób, w jaki pokazuje mężczyzn i kobiety radzących sobie w niesprzyjających okolicznościach – oznajmił Pablo.

Jedynie Oscar sprawiał wrażenie odrobinę bardziej przygaszonego niż wtedy, gdy po raz ostatni spotkaliśmy go koło agencji nieruchomości, gdzie na co dzień pracuje. On nie miał wątpliwości, że chociaż drużyna wygrywała mecz za meczem, to styl, w jakim grała, jest niemalże nudny. Wcześniej mi powiedział, iż najważniejszym dniem w jego życiu był ten, w którym Barça zdobyła Puchar Europy na Wembley w 1992 roku. Żałował, że jego drużyna utraciła jednego z piłkarzy, który walnie się do tego sukcesu przyczynił: Stoiczkowa.

– Jesteśmy pokoleniem Stoiczkowa. Uwielbialiśmy jego ducha gry, jego sposób gry, jego agresję, jego osobowość…

Jechaliśmy ledwie od godziny, a w całym autokarze już unosiły się obłoki dymu z papierosów i marihuany. Osoby palące skręty siedziały w tylnych rzędach, razem z największymi amatorami mocnego alkoholu. Podczas gdy ci siedzący z przodu spokojnie sączyli colę i lekkie piwa, ci usadowieni z tyłu ochoczo delektowali się smakiem wina i wódki. Po drugiej stronie przejścia między siedzeniami zajmowanymi przez Oscara i Pabla usadowił się Marc. Wylegując się na siedzeniu, które dzielił ze swoją śpiącą dziewczyną, tłumaczył nam, czemu jest culé od… w zasadzie od zawsze.

– Jestem z Barçą, odkąd byłem małym chłopcem, odkąd zacząłem myśleć.

Podczas rozmowy zmienił pozycję na siedzącą, żebym mógł go lepiej słyszeć, przez co głowa jego dziewczyny swobodnie opadła na pokrytą flagami szybę.

– Było to rok przed tym, kiedy przyszedł do nas Maradona. Pamiętam dzień, kiedy udałem się na stadion po raz pierwszy. Miałem wrażenie, że to miejsce mnie pochłonie, że wszyscy ci kibice po prostu mnie pochłoną. Miałem wtedy siedem lat.

Z tamtego meczu Marc pamięta jedynie Simonsena. Działo się to w sezonie 1981/82, który został uznany w annałach oficjalnej historii Barcelony za idealny przykład tego, co w piłce nożnej jest nieoczekiwane i nieprzewidywalne. Barça przez cały sezon walczyła z całych sił, by na koniec rozgrywek znaleźć się na pierwszym miejscu w ligowej tabeli pomimo nieobecności innej zagranicznej gwiazdy drużyny, Bernda Schustera, którego z gry wykluczył Andoni Goikoetxea z Athleticu Bilbao. Sześć kolejek przed końcem sezonu Barça miała sześć punktów przewagi nad drugim w tabeli Realem Sociedad. I nagle, z nieznanych przyczyn, Barça nie dość, że oddała dwa punkty, remisując z Realem Sociedad, to jeszcze przegrała cztery z ostatnich pięciu spotkań, tym samym przegrywając również ligę. Dla kibiców była to tragedia takiego kalibru, że można ją porównać jedynie z końcem świata.

Jednak wtedy wydarzyło się coś równie wspaniałego, niczym zmartwychwstanie, cud, jakiego żaden culé nie mógł się spodziewać, niezależnie od tego, w jak bardzo katolickiej rodzinie został wychowany. Barça, która przegrała na własne życzenie ligę tuż po tym, jak odpadła w rozgrywkach o Puchar Króla, wygrała Puchar Zdobywców Pucharów w meczu przeciwko Standardowi Liège rozgrywanym na Camp Nou. Marc przyszedł tam tego pamiętnego dnia. Na początku kibice na stadionie, wśród których większość stanowili culés, byli nastawieni wobec tego spotkania dość sceptycznie. Niektórzy wydawali się nawet wkurzeni. Tymczasem Barça zagrała niczym rycerz, który chce ponownie rozkochać w sobie swoją ukochaną, desperacko i odważnie.

– Simonsen zdobył pierwsze dwie bramki, które doprowadziły drużynę do zwycięstwa, to wszystko, co pamiętam – powiedział mi Marc.

Możliwe, że nie był to pierwszy mecz, na który poszedł, możliwe, że znalazł się na stadionie także wtedy, kiedy Baskowie dostali to, co im się należało. Jednak kto by pamiętał o bólach porodowych matki, kiedy na świat przychodzi nowe dziecko… Marc, tak jak cała reszta stadionu, wybaczył Barsie tamtego dnia, choć z pewnością nie wszyscy zdołali wyprzeć to ze swojej pamięci.

Kolejnym rokiem, który Marc dobrze pamięta, jest 1992 – obchodzono wówczas pięćsetną rocznicę odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Jego statua, znajdująca się niedaleko nabrzeża w Barcelonie, wskazuje palcem w kierunku Morza Śródziemnego, a konkretnie Genui, miasta, w którym się urodził. Zupełnie tak, jakby Katalończycy chcieli na zawsze obalić mit, że Kolumb w pełni należał do Izabeli Kastylijskiej. Tymczasem Barcelona była gospodarzem igrzysk olimpijskich i zorganizowała je w taki sposób, żeby wywrzeć wrażenie na całym świecie, a reszta Hiszpanii mogła im tylko zazdrościć. Natomiast jeśli chodzi o Marca, ten rok nie był dla niego specjalny ze względu na Krzysztofa Kolumba, olimpiadę czy targi Expo odbywające się w Sewilli, ale dlatego, że w tym właśnie roku został członkiem klubu FC Barcelona. Wówczas osiągnął pełnoletniość – wiek, w którym jest się już na tyle dorosłym, by uniezależnić się od własnej rodziny i dołączyć do nowej, znacznie większej. Został członkiem klubu numer 90 000. Marc, obchodzący się ze swoją kartą członkowską jak z relikwią, powiedział:

– Myślę, że oglądanie Barçy w akcji jest lepsze niż uczestniczenie w koncercie rockowym… to intensywne przeżycie, dziewięćdziesiąt minut życia i śmierci.

Również w 1992 roku Marc pojechał na Wembley, by obejrzeć Barçę w finale rozgrywek Pucharu Europy. Tego dnia na stadionie pojawiło się jakieś dwadzieścia pięć tysięcy culés, którzy oddaliby wszystko, byleby tylko Barça pokonała Sampdorię Genua. Po regulaminowym czasie gry na tablicy wyników nadal widniał wynik 0:0. I wtedy, w szóstej minucie przedłużonego czasu gry, padł ten gol autorstwa Ronalda Koemana.

– To była najlepsza rzecz na świecie… ten gol, ludzie… Barça wygrała tego dnia, ponieważ wspierały ją tysiące culés obecnych na stadionie… Dwadzieścia pięć tysięcy świeczek zapalonych dla wszystkich Dziewic tego świata po to, by Barça zwyciężyła…

Tymczasem w autokarze Marc rozdał koszulki swojego fanklubu, Peña Almogàvers.Widać na nich średniowiecznych rycerzy w pełnej zbroi, znajdujących się na ciemnoniebieskim tle.

– Dzisiaj je rozdajemy, ponieważ chcemy poprawić ludziom humor; zazwyczaj je sprzedajemy i w ten sposób zdobywamy pieniądze. Wiesz, kim byli Almogawarzy? To katalońscy żołnierze z XIII wieku, którzy podbili rejon śródziemnomorski. Szli do walki na własnych nogach, trzymając miecze, i potrafili pokonać całe armie poruszające się na koniach. Byli najemnikami władcy Grecji i w jego imieniu pokonali Turków. Jednak wtedy Grecy zaniepokoili się, że Almogawarzy stają się bardziej potężni od nich samych, więc zamordowali ich przywódcę. Rozjuszeni wojownicy poprzysięgli zemstę i zrównali całą Grecję z ziemią… wybili jedną trzecią populacji Grecji. To było straszne.

Gdy pokonaliśmy już połowę drogi do Walencji, autokar zjechał na przydrożną stację benzynową. Całą okolicę wypełniali culés, którzy także zmierzali na mecz. Podawali sobie piwo, dzielili się chlebem, razem chodzili się wysikać. Śmiali się i śpiewali, a mała grupka wybiła się ponad resztę, spontanicznie intonując hymn Barçy. Ogólnie rzecz biorąc, to całkiem sympatyczne zgromadzenie, zakłócone tylko przez obecność niezbyt licznej grupy skinheadów w czarnych okularach, którzy robili groźne miny, opierając się o ścianę. Kilka minut wcześniej Marc przywoływał obrazy podbojów, rabowania i zemsty. Kolejna przyśpiewka, która dobywa się z ust kibiców, brzmi buńczucznie i pełna jest przechwałek: „Tot el camp es un clam, som la gente Blaugrana…”.

Marc również śpiewał, a kiedy skończył, powiedział mi:

– Chcemy, żeby Barça podbiła Europę, tak jak Almogawarzy.

W ręku trzymał mały transparent, na którym widniał napis: „Barça i Catalunya sempre al nostre cor”.

– Widzisz, to jedna i ta sama rzecz, być kibicem Barçy i czuć się Katalończykiem… to jest właśnie to, co naprawdę mnie nakręca. Poświęciłem dla Barçy wiele rzeczy, opuszczałem egzaminy, zawaliłem cały rok na studiach. Można powiedzieć, że jestem fanatykiem. Lubię postrzegać siebie jako kogoś, kto kocha Barçę całym sercem. Jeśli na tym polega fanatyzm, to tak, jestem fanatykiem.

Marc skończył swój wywód, dołączył do grupki culés i razem z nimi kolejny raz odśpiewał hymn.

W grupce tej znajdowali się między innymi Bernard i José Miguel, którzy palili marihuanę i pili alkohol, odkąd tylko opuściliśmy Barcelonę.

– Nie myśl sobie, że my wszyscy tak bardzo różnimy się od angielskich kibiców. Niektórzy z nas kompletnie zwariują, zanim jeszcze rozpocznie się mecz – ostrzega mnie Marc, kiedy ponownie wsiadamy do autokaru, żeby przebyć ostatni odcinek naszej drogi.

Chciałem porozmawiać z Bernardem i José Miguelem, zanim zaczną bełkotać, więc dołączyłem do nich na siedzeniach z tyłu pojazdu. Wokół unosił się gryzący w oczy dym. Bernard, wysoki i kiepsko zbudowany, zamiast oczu miał dwa czarne cienie. Zazwyczaj powtarzał kilka razy to, co właśnie powiedział, o ile akurat nie był zajęty chichotaniem lub zaciąganiem się skrętem. Wyrażał się niczym człowiek o nieposłusznej i buntowniczej naturze, ale miałem wrażenie, że Bernard nie był już wojownikiem.

– Moi rodzice są bardzo prawicowi; są Katalończykami, ale nie przeszkadza im, gdy inni nazywają ich Hiszpanami. Ja nie jestem taki jak oni, najważniejszą rzeczą w moim życiu są Barça i Katalonia.

Autokar nadal jechał, mijając po drodze gaje pomarańczowe i okolice przywodzące na myśl legendy o Cydzie3. Bez żadnego powodu Bernard zaczął mówić na temat prezydenta Barçy, Josepa Lluísa Núñeza.

– Núñez to totalne nieporozumienie, tak jak cała ta jego junta, on zajmuje się tylko robieniem interesów. Są ekstremalnie prawicowi. Pytam, jak to możliwe, że koleś należy do Barçy i nagle inwestuje pieniądze w hotel, który został nazwany na cześć króla Hiszpanii? Takie rzeczy nie powinny się wydarzać. Ci, którzy głosują na Núñeza, to bogacze. To jasne jak słońce. A ludzie dają się im kantować. Frajerzy, cała ta banda to po prostu frajerzy.

Siedzący obok niego José Miguel, z oczami wielkimi jak spodki, chciał porozmawiać na temat piłki. On także dobrze pamiętał Wembley.

– Koeman był człowiekiem z prawdziwą charyzmą. Miał grację, stary, prawdziwą klasę… co to była, kurwa, za bramka, człowieku.

Miał sześć lat, kiedy ojciec po raz pierwszy zabrał go na Camp Nou. W pierwszym meczu, który pamiętał, Barça grała przeciwko Tottenhamowi. Bramkę zdobył Simonsen.

– Byłem bardzo mały i przez połowę meczu za cholerę nic nie widziałem, ponieważ inni ludzie zasłaniali mi boisko… ale pamiętam tę bramkę, bo wszyscy nagle się podnieśli. Nigdy nie zapomnę tej chwili.

Bernard i José Miguel byli kiedyś boixos nois (naszymi chłopcami), członkami grupy chuliganów Barçy, którzy robią znacznie większy hałas od reszty i znacznie częściej uczestniczą w bójkach. Zapytałem ich, czemu postanowili odejść. Bernard mocno zaciągnął się jointem, potem kaszląc, przekazał go dalej. Właśnie wjechaliśmy do Walencji, a policja drogowa gestykulowała, jakby zamiast rąk miała wskazówki zegara, kierując rozproszone grupki culés w kierunku centrum miasta. W końcu Bernard powiedział:

– Kiedy dołączyłem doboixos, wydawało mi się, że byli lewicą głośno walczącą o niepodległość. Potem zrozumiałem, że są beznadziejnymi ultraprawicowcami. Kiedyś to właśnieboixosmogli oddać naprawdę wszystko za Barçę i Katalonię, ale teraz przynoszą nam wstyd. Stary, to są naziści, którzy srają na Katalonię i zapominają, że Barça jest ponad tym wszystkim, a raczej powinna być.

José Miguel zwierzył mi się, że nie ogląda na co dzień piłki nożnej, zajmuje się opieką nad psami dla firmy ochroniarskiej. Naucz się kontrolować psy, a będziesz mógł użyć ich w walce z przeciwnikiem. Strać nad nimi kontrolę, a chwilę później będziesz martwy. Powiedział:

– Kiedyś wśród boixos było sporo narkotyków; teraz jest tam masa skinheadów. Wydaje mi się, że w 1992 roku boixo o imieniu Jaro został wsadzony do więzienia za to, że dźgnął Francuza nożem w szyję i serce. On i jego koledzy ugodzili mężczyznę siedemnaście razy, a na pamiątkę tego wydarzenia stworzyli piosenkę, która szła mniej więcej tak: „El Jaro naprawdę ma jaja, wydymał Francuza na śmierć…”.

Kiedy w końcu dotarliśmy do Walencji, Marc rozdał bengalas (race). Nie wolno wnosić ich na teren stadionów, ale Marc z doświadczenia wiedział, że łatwo je przemycić przez ochronę. Uważał, że ludzie, którzy ustalają te zasady, nie mają pojęcia, czym jest piłka nożna. Marc wiedział jedno – mecz bez bengalas jest jak Boże Narodzenie bez prezentów.

Walencja była okupowana przez tysiące culés i kibiców Mallorki, przybywających ze swojej wyspy na statkach i w samolotach. Katalończycy uważają Majorkę za wyspę, która leży przy ich wybrzeżu, a jej mieszkańcy mówią językiem podobnym do ich własnego. Mallorquines zaś uważają się za społeczność wyspiarską, zupełnie odrębną od Katalonii i każdej innej części Hiszpanii, mającą swoją własną kulturę i tradycje. W kwestii piłkarskiej te różnice znikają i można wykluczyć jakiekolwiek poważne wybuchy agresji pomiędzy kibicami rywalizujących ze sobą drużyn. Na ulicach Walencji najpopularniejszą przyśpiewką, która roznosiła się niczym echo po całym mieście, było „Juve, Juve”, ponieważ culés pragnęli, by Juventus wyeliminował z Ligi Mistrzów Real Madryt.

Później, kiedy nad miastem pomarańczy powoli zachodziło już słońce, culés i Mallorquines zgromadzili się wokół El Bar Manolo, paląc, śpiewając i robiąc sobie grupowe zdjęcia z właścicielem baru. Po raz ostatni widziałem Manolo na Wembley, na meczu Anglia – Hiszpania podczas Euro 1996. Tego dnia Manolo mianowano oficjalnym przywódcą dopingującym hiszpańskich kibiców. Jego szeroki beret i bęben wzbudzały nadzieję wśród dwóch tysięcy fanów, którzy zgromadzili się w sektorze J, tuż za jedną z bramek, by wspierać reprezentację Hiszpanii. Manolo raczej inspirował, niż podburzał innych kibiców, uspokajając co bardziej agresywnych za pomocą swojego dobrodusznego uśmiechu. Namawiał wszystkich hiszpańskich fanów do tańczenia i klaskania. Jednak to było na Wembley, gdzie Hiszpanie wspierali swoją drużynę „narodową”. Wśród culés przybyłych do Walencji, by wspierać Barçę, znalazłoby się wielu, którzy nawet pod groźbą śmierci nie zgodziliby się kibicować hiszpańskiej reprezentacji.

Mecz w Walencji nie należał do zbyt porywających. W drużynie prowadzonej przez van Gaala znaleźli się drodzy piłkarze, którzy nadal nie wypracowali swojego stylu i sposobu gry. Z drugiej strony, Mallorca grała znacznie lepiej. Jej piłkarze zdecydowanie walczyli o piłkę i lepiej ze sobą współpracowali, a mimo to niezasłużenie przegrali spotkanie po serii rzutów karnych. Jednak niektórych culés rozpierała energia, nie byli w stanie znaleźć dla niej ujścia. Marc i reszta szaleńczo wymachiwali flagami, odpalali race i drwili z oddziałów policji. Popychali się i skakali na siebie nawzajem, ich ciała jedynie od czasu do czasu wpadały we wspólny rytm. Wykrzykiwali: „hijos de putas” (skurwysyny) w kierunku piłkarzy Mallorki, a także policji i sędziego. Rozwiesili flagę Juventusu i skandowali: „Juve, Juve, Juve”.

Jednak największy szał wybuchł, kiedy na trybunie dla VIP-ów pojawił się król Juan Carlos. Wygwizdali go na tyle głośno, że zagłuszyli nawet ogólne owacje.

2. Wśród wyznawców, ciąg dalszy

Oto prawdziwe mitologiczne starcie – a przynajmniej na takie wygląda.

FC Barcelona przyleciała do Manchesteru na mecz w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów przeciwko United. Blaugrana zaliczyła kiepski start w krajowych rozgrywkach, a przedstawiciele drużyny mieli do niej wiele zastrzeżeń, twierdząc, że to skutek swoistego „kaca” po mistrzostwach świata – który miał, jak widać, wyjątkowo negatywny wpływ przede wszystkim na Brazylijczyków i Holendrów. Więcej zwolenników miała jednak opinia, że winnym tego stanu rzeczy był Louis van Gaal. Oskarżano go nie tylko za kiepskie wyniki i nieciekawy styl gry. Wiele osób miało mu za złe, że dokonał holenderyzacji klubu, sprowadzając do niego aż sześciu holenderskich piłkarzy i trzech holenderskich trenerów. Co gorsza, na co zwrócił uwagę Simon Kuper w swojej rubryce w „Financial Times”, „van Gaal potraktował pozostałych piłkarzy Barcelony tak, jakby również byli Holendrami. Zachowywał się zupełnie jak zagraniczny biznesmen, który nie zdaje sobie sprawy, jak prowadzić interesy w obcym kraju. Ten człowiek, którego ulubione słowo to collectief, odniósł sukces w Ajaxie dzięki rygorystycznemu systemowi taktycznemu, w którym każdy z piłkarzy wypełniał określone zadanie. Dla niego to jedyny możliwy sposób gry…”. Barcelona miała kilku wyjątkowo utalentowanych piłkarzy, na przykład Brazylijczyka Rivaldo, który w każdej chwili potrafił przechylić szalę na ich korzyść, a także Katalończyków z drużyny młodzieżowej – wśród nich między innymi Pepa Guardiolę – zasługujących na poważniejsze traktowanie.

Jednak tym razem to nie wyniki Barçy były głównym powodem do trosk, zarówno dla jej kibiców, jak i drużyny przeciwnej. Mieszkańcy Manchesteru są w szoku. Zaledwie kilka dni wcześniej miejscowi kibice zostali zaskoczeni zupełnie niespodziewaną wiadomością. Rupert Murdoch, pochodzący z Australii potentat medialny, złożył ofertę kupna Manchesteru United, jednego z najstarszych klubów na świecie. Klubu, który chlubi się tym, że sam, bez jakiegokolwiek wsparcia, zdobył wiernych kibiców i doczekał się legendarnych trenerów. Teraz istnieje uzasadniona obawa, że utraci swoją tożsamość na rzecz globalnego imperium biznesowego, które traktuje ludzi jak trybiki w maszynie. To świat, w którym dokonywane są skomplikowane operacje finansowe pomiędzy przedsiębiorstwami i w którym działają równie skomplikowane spółki zdolne jedynie do przetwarzania przemocy i seksu w produkty i towary. To, czego najbardziej obawiali się kibice, zostało jasno przedstawione w oświadczeniu wydanym przez Manchester United Supporters’ Association (Stowarzyszenie Kibiców Manchesteru United). Decyzje mające kluczowy wpływ na przyszłość klubu będą podejmowane po drugiej stronie świata. Klub nie pozostanie już niezależny. Stanie się własnością Murdocha i będzie wspomagać interesy jego imperium.

Ulotki, na których wyrażono obawy stowarzyszenia, były rozprowadzane na kryzysowym zebraniu stowarzyszenia, zwołanym w dniu wielkiego meczu. Szczodrze wykorzystano w nich cytaty z książki Geoffreya Greena pod tytułem There’s Only One United. Klub, który może zostać przejęty przez Murdocha, pewnego pięknego dnia zamienił cię w „zwolennika wstrzymującego oddech za każdym razem, kiedy piłka leciała do bramki, wpadającego w ekstazę, gdy napastnicy twojej drużyny pędzili w kierunku bramki przeciwnika. Radującego się, przygnębionego, rozgoryczonego lub zwycięskiego, zależnie od tego, jak szło twojej drużynie”. Jest to także „klub, który zamienił cię w członka nowej społeczności, przez półtorej godziny otoczonego braćmi, ponieważ nie tylko udało ci się uciec od szczęku mechanizmu tego gorszego życia, od pracy, zarobków, czynszu, zasiłku, zwolnień chorobowych, ubezpieczeń zdrowotnych, narzekającej żony, niedomagających dzieci, złego szefa, leniwych pracowników…”. United jest, jak klarownie przedstawiono w statucie klubu napisanym w 1937 roku, „duszą sportowej organizacji, która istnieje rok po roku, przez cały czas tworząc historię”. I wszystko to może zostać zniszczone w jednej chwili.

Właśnie do takiej sytuacji, pełnej romantycznej nostalgii i paranoi, które przyprawiają o zawroty głowy, wkroczyła Barça razem ze swoimi przekonaniami i marzeniami. Jest jak manna z nieba, dobry policjant, jak wizja klubu, który chcieliby widzieć u siebie kibice Manchesteru. Jest to obraz idealnie wpisujący się w czarno-białą wizję świata, gdzie nie ma miejsca na odcienie szarości. Taka Barça jest idealnym przykładem dla tych, którzy chcieliby dodać coś od siebie do tysięcy słów napisanych na temat oferty Murdocha. Podczas gdy kibice Manchesteru szlochali nad upadkiem ich duszy, pocieszano ich sugestią, że to wszystko nie musi wyglądać tak dramatycznie. Barça posiadła klucze do tego, co było, co jest i co nadal może być. Klub pozostawał, zgodnie ze statutem, wierny demokratycznym zasadom ojców założycieli – „prywatnym stowarzyszeniem bez motywów zysku, będącym własnością i znajdującym się pod kontrolą swoich członków”.

W lobby hotelu Jarvis Piccadilly za dużym biurkiem siedział wielki, łysy mężczyzna. Wyglądał jak nauczyciel, który właśnie zgubił znajdujących się pod jego kontrolą uczniów. Nazywał się Moline i pracował dla barcelońskiej agencji turystycznej o wdzięcznej nazwie Viajes Marins. Agencja zorganizowała cały wyjazd dla tych socios, którzy postanowili przyjechać do Manchesteru, by obejrzeć mecz i poczuć się odrobinę bliżej drużyny. Było ich około stu pięćdziesięciu i każdy z nich zapłacił sto czterdzieści dziewięć tysięcy peset za przywilej podróżowania tym samym czarterowanym samolotem co zawodnicy Barçy, a także za pobyt w tym samym hotelu, monstrualnym, betonowym gmachu, znajdującym się niedaleko centrum miasta. W cenę wycieczki wliczono transport autokarem na mecz i z powrotem, a także zwiedzanie Old Trafford. Wieczorem hiszpańscy turyści mieli możliwość, za dodatkową opłatą wynoszącą sześćdziesiąt funtów, obejrzeć trening swojej drużyny, popijając w tym czasie buck’s fizz i jedząc czterodaniowy posiłek w znajdującej się na terenie obiektu restauracji Stretford Suite. Tak naprawdę jest to jedyny moment w trakcie całego wyjazdu, kiedy mogli zobaczyć piłkarzy, ponieważ cała drużyna, razem z kierownictwem, przeniosła się do miejsca znajdującego się poza granicami miasta.

Do rozpoczęcia spotkania pozostały już tylko trzy godziny i Moline ma nadzieję, że jego klienci zdążą wrócić na czas z wycieczki po mieście. Kiedy dosłownie w ostatniej chwili pojawiły się kłopoty związane ze zorganizowanymi grupami kibiców na obczyźnie, Moline miał uczucie déjà vu. Kilka miesięcy wcześniej musiał poradzić sobie z angielskimi kibicami, którzy przyjechali na mecz do Barcelony, wliczając w to Dave’a, Douga i resztę ekipy.

– Tak, bardzo dobrze to pamiętam, mieliśmy problem z biletami na mecz – te, które zarezerwowaliśmy wcześniej dla angielskiej agencji, zostały nam zabrane. Wyglądało to tak, jakby zaoferowano je komuś w ramach nakłaniania do przyjścia i zagłosowania na Núñeza. Wtedy ta dziewczyna z Anglii, córka właściciela angielskiej agencji, wkurzyła się, ponieważ nie byłem w stanie zorganizować takich biletów, jakie chciała. Próbowałem wytłumaczyć, że nasz klub jest własnością kibiców, socios, i mają prawa do miejsc, które zawsze do nich należały. Mój dziadek jest członkiem klubu, tak samo mój ojciec i ja. Zawsze siedzimy na tych samych miejscach. Nikt nam nie powie, że mamy się przesunąć…

Gdy Moline opowiadał swoją historię, do jego biurka podeszło dwóch młodych Katalończyków. Jeden z nich przedstawił się jako syn wiceprezydenta klubu Joana Gasparta. Zapytał, czy możliwe jest zorganizowanie dodatkowego miejsca w powrotnym locie do Barcelony dla jego przyjaciela. Moline najchętniej powiedziałby dzieciakowi, żeby się odpieprzył, ale dobrze wiedział, że to prawdopodobnie oznaczałoby dla niego utratę pracy. W związku z tym po prostu się uśmiechnął i powiedział im, że nie będzie z tym żadnego problemu, po czym zachęcił obu chłopców, by przyszli do niego ponownie, jeśli będą czegoś potrzebowali. Zrobił to wszystko niczym nad wyraz sumienny pracownik. Dopiero kiedy dwaj młodzieńcy odeszli, Moline odzyskał kontrolę i spojrzał na leżącą przed nim listę pasażerów. Chwilę potem retorycznie zapytał:

– Czy im się wydaje, że samolot jest zrobiony z gumy i możemy wcisnąć do niego tyle osób, ile nam się żywnie podoba?

Piętro wyżej w hotelowym barze grupa trochę mniej uprzywilejowanych culés piła spokojnie piwo w oczekiwaniu na mecz. Najstarszym spośród nich był José. Urodził się w 1938 roku w Almerii, w pustynnej okolicy znajdującej się niedaleko oazy, gdzie lokalny cywilny zarządca odmówił uzbrojenia robotników w dniu, kiedy Franco rozpoczął swoje powstanie. „Uzbroić ludzi, ale czym? Skąd gubernatorzy mają wziąć broń? Cała broń w okolicy znajduje się zawsze w posiadaniu armii”, powiedział wówczas gubernator. Wydarzyło się to, jeszcze zanim niszczyciel „Lepanto”, znajdujący się pod komendą lojalnego kapitana i załogi, zabezpieczył port dla Republiki. Jego działa zostały przetestowane na gwardii cywilnej i zmusiły ją do poddania się.

Był to początek słynnej wojny domowej w Hiszpanii. Kiedy dobiegła końca, José miał zaledwie jeden rok. Wydawało się wówczas, że w Almerii zaszła nieodwracalna zmiana – ludzi zamykano w więzieniach, zabijano. Znacznie później Almeria stała się „Teksasem nad morzem”, miejscem, gdzie amerykańscy i włoscy reżyserzy filmowi mogli stosunkowo tanio kręcić swoje spaghetti westerny. Jednak w tamtym okresie była to po prostu martwa część Hiszpanii, zupełnie opuszczona i pozbawiona życia. Rodzina José udała się na północ, uciekając przed nieuniknioną biedą do miejsca, które zostało podbite, choć nie do końca opanowane. Panowały tam nieco lepsze warunki i łatwiej można było znaleźć pracę. Ale aklimatyzacja w tym nowym miejscu nie przebiegała bezproblemowo. Należało walczyć o akceptację lokalnej społeczności, która wiele wycierpiała i niechętnie myślała o odstąpieniu części swojego państwa ludziom z zewnątrz.

Dla José przeszłość, tak samo jak teraźniejszość, nieodwołalnie wiązała się z piłką nożną. Dopiero kiedy jego rodzina zaczęła kibicować Barsie, zyskała pewne poczucie przynależności do miejsca, w którym przyszło jej żyć. Dopingując drużynę, oddając pokłony indywidualnym umiejętnościom piłkarzy i wykrzykując obelgi w kierunku Realu Madryt, udowadniało się swój związek z lokalną społecznością. W fabryce samochodów, gdzie zatrudnił się José, polityczne przemowy przywódców związków zawodowych przypominały jakiś międzynarodowy pamflet dotyczący życiowych problemów robotników. Dopiero kiedy dorósł, by być culé – by chodzić na stadion za każdym razem, kiedy go na to stać – zaczął prowadzić inne życie. I pewnego dnia powiedział: „Katalonia jest dla mnie wszystkim, dlatego właśnie zostałem culé”. Tego wrześniowego dnia José nie mógł już powiedzieć wiele więcej, nawet gdyby strasznie chciał. Zachorował na raka, jego krtań została usunięta i musi się bardzo starać, by wypowiedziane przez niego słowo było zrozumiałe wśród serii czknięć. Ma się wrażenie, że zbiera wszystkie siły, żeby móc powtarzać w kółko jedno słowo: „BARÇA!”. Kiedy w końcu udaje mu się je z siebie wydusić, mam wrażenie, jakby pochodziło ono z głębi jego duszy.

W grupie ludzi pijących razem z José dziewczyny należały do mniejszości, jednak to właśnie one mówiły najwięcej – szczególnie dwie z nich. Monica miała niebieskie oczy i długie, opadające na ramiona włosy. Flirtowała z angielskim chłopakiem, którego poznała rok wcześniej w Lloret. Podszedłem do niej i zapytałem, jak to się stało, że kobieta kibicuje Barsie.

– Mój dziadek i mój tata kibicują Barsie, jest ona dla nas czymś znacznie więcej niż tylko klubem. To sposób na powiedzenie, że nie chcemy, by reszta Hiszpanii nas represjonowała; stadion był kiedyś jedynym miejscem, gdzie mogliśmy otwarcie wyrażać to, co myśleliśmy…

Moniki, która ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, nie było jeszcze na świecie w czasach, kiedy żył Franco. Dlatego zapytałem, skąd wie o tym wszystkim.

– Urodziłam się wśród ludzi, którzy pamiętają tamten okres, poza tym to się tutaj po prostu czuje. Za każdym razem, kiedy odśpiewujemy hymn klubu, dostaję gęsiej skórki.

Ulubionymi piłkarzami Moniki są Bakero i Amero, ponieważ grają dobrze i nie są obcokrajowcami.

– W dzisiejszych czasach mamy w drużynie zbyt wielu ludzi z zagranicy – powiedziała, rzucając tajemniczy uśmiech swojemu ingles.

Jej koleżanka, dwudziestosiedmioletnia Maria, wspominała, że miała trzy lata, kiedy po raz pierwszy zabrano ją na stadion.