Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej ebook

Michał Witkowski

5 (1)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 263 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej - Michał Witkowski

Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej Michała Witkowskiego to groteskowa opowieść o losach drobnego cinkciarza i pasera, w której zjadliwa ironia splata się z absurdalnym liryzmem, to barwny obraz świata szemranych interesów i pełnej specyficznego uroku jarmarcznej tandety. Za zakratowanym oknem lombardu, przy skonfiskowanym dłużnikowi komputerze, siedzi Barbara Radziwiłłówna i opisuje swoje życie. Radziwiłłówna jest grubym facetem z żylakami – i człowiekiem interesu, który dzięki swemu skąpstwu i niewyczerpanej pomysłowości zgromadził pokaźną fortunę. Za PRL-u był cinkciarzem, prowadził melinę i lombard, miał przyczepę kempingową z zapiekankami, sprzedawał kwiaty kradzione na grobach, przetapiał zużyte znicze. Do pomocy zgodził sobie Felka i Ukraińca Saszę, z którymi żył jak z rodziną. Nocami rozkoszował się przeliczaniem pieniędzy, wróżył sobie z kart i przymierzał przed lustrem klejnoty, zastawiane w jego lombardzie. Jedyne, co mąciło jego szczęście, to bogactwo sąsiada badylarza. Ale lata 90. przyniosły plajtę – i wtedy Radziwiłłównie ukazała się Matka Boska...

Witkowski łączy surrealistyczne wizje z sugestywnym opisem rzeczywistości, tworząc malowniczy portret półświatka, zaludnionego przez cwaniaków, złodziei, cinkciarzy, wytatuowanych Ukraińców i dewizowe prostytutki.

Z recenzji poprzednich książek:

Niebywała czułość dla rzeczy, powiedzmy, przeklętych, dla świata upadłego, wzgardzonego. Witkowskiemu udało się coś w rodzaju literackiego odkupienia albo zbawienia rzeczywistości. Nie można chcieć niczego więcej.

Andrzej Stasiuk

Duża dawka mądrego, wyśmienitego humoru.

Marta Cuber Polityka

Witkowski jest świetnym gawędziarzem, z inwencją posługującym się polszczyzną, piszącym płynnie, lekko, z energią. Przede wszystkim jednak zwraca uwagę jego zmysł obserwacji – każdy, kto żył w czasach komuny, musi dostrzec celność poczynionych spostrzeżeń, stwierdzić, że tak właśnie wówczas było.

esensja.pl

Opinie o ebooku Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej - Michał Witkowski

Fragment ebooka Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej - Michał Witkowski

Michał Witkowski

BARBARA RADZIWIŁŁÓWNA Z JAWORZNA-SZCZAKOWEJ

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMVII

Wydanie III

Warszawa, MMXV

Barbaro święta, Perło Jezusowa...

(ze starej pieśni kościelnej)

1

Do cholery jasnej, co tam, Feluś, Sasza?! Matko Boska Kwietna ty kochana! To unieruchomić gościa, unieruchomić, zabrać mu fant! Co? Ja wyzyskiwacz? Dobrze. W papę go! I Felek z prawa! I Sasza z lewa! Oho, ale się zalał! Co, kutasie złamany?! Długu nie oddasz?! A musisz tak drzeć ryja? Wypalić mu na plecach ozdobne B.R.! Zgodnie z instrukcją zostało zrobione, szefowo. No, ja myślę. Ale co też to był za klient, szefowo, pożal się Boże, chudzina, student na praktyce. Stu-dent! By to chuj zastrzelił! Kto mu pieniądze pożyczał? Szef. Ja? Rozbeczał się. Od mamusi komputerek dostał. Na studia w Katowicach, na nową drogę życia. Jaśniejszą stronę księżyca. Całym swoim chudym ciałkiem zasłaniał tego rupiecia. Jeszcze studiów nie skończył, lecz się wynosi, okulary, wielki doktor. A jego stary z Felusiem jeździł kiedyś na taryfie. Nie jest tajemnicą. A ten wielki cyrulik. Na taryfie, na taryfie, jak jeszcze w Jaworznie była ta dyskoteka Kanty. Dopieszczalnia węglowych panienek. Obciągalnia chłopców od świętej Barbary. Trzecia liga. Z Chebzia Power, z Zagłębia Bytom. Ze Szczakowianki, co nie jest żadną wodą mineralną, jeno drużyną poważną, potrafiącą spuścić wpierdol. Oj, potrafiącą. Boga w sercu nie mają, Jezu! Boga w sercu nie mają! W przejściu podziemnym pod peron napisać na Chebzie, na Górnik Zabrze, na Chrobry, Batory. Jaworzno-Szczakowa, witamy w piekle. Podpisano: Hooligans. Na ścianie z czerwonej cegły wyryć: 1410. Szwabachą, gotiką. Wyćwiczeni w kibicowaniu, wyćwiczeni w spluwaniu. AL-KAIDA HOOL’S. Już na podwórku w familoku. Jedno podwórko napierdala się z drugim. O obsikany teren, o plac1. Do krzaka moje, od krzaka twoje, a moje lepsze, bo moje. Moje jest moje, i dlatego jest moje, i dlatego jest na dodatek lepsze. I dlatego się bijemy, kopiemy piłkę. Najpierw o honor podwórka, potem – dzielnicy, a potem miasta. Bo my jesteśmy stąd. Bo jest najebane tych miast, jedno przechodzi w drugie i trzeba znać jakieś granice. Obsikać teren. Tu jest nasz hajmat, nasz zakichany faterland, nasze eldorado. Co dziadkowie przyjechali ze Kielc. A tam są ci z Sosnowca, co się na nich mówi „ci z czarnym podniebieniem”. Polska gwardia, najczystszej krwi szlachta. Panowie kamraci. Co se nie dadzą pluć. Na sejmiku. Do bitki i do wypitki. Chociaż częściej, że do bitki. Najczystszej krwi. W herbie siekiera, w herbie orzeł, w herbie plastikowa butelka spod nasypu. A chociażby. Śmiecie – symbol regionu. Bronić będziem do ostatniej. I wara od tego świniom z Warszawy. Z warszawskiej polityki, ze stołków.

Niby taki chudzina, ale starych ma dzianych. Cyrulik warszawski. To co? Cucimy? E, pod nasyp rzucić, pociągi ocucą. Feluś, nie pierdol, bierz z tej, ja z tamtej, Sasza, otworzyłbyś drzwi! Nie doktorka, komputer bierz! Jeden z pierwszych w Jaworznie, co? Ile zachodu, żeby to cudo wnieść do lombardu, chłopcy mi się zasapią, Feluś pot z czoła se ściera, a Saszeńka chce z tego wszystkiego usiąść na monitorze, odetchnąć chwilę. Ładnie byśmy wyglądali! Brzytewka, weź tą swoją jaśnie wielmożną tłustą dupę, bo to delikatne narzędzie jest. To dobre dla takich intelektualistów jak ja! Złaź mi natychmiast, Sasza, z tego telewizora, tfu, monitora! Nie dla ciebie te delikatesy, lecz dla mnie, moje pieniądze to były pożyczone, ja tu szefostwo trzymam nad całym lombardem, nad Szczakową, a wy z Felusiem jeno moje dwórki jesteście! Idź, bierz wiaderko kleju i rozwieszaj na słup ogłoszeniowy, że tanie kredyty bez żyrantów. Krzywicie się, chłopaki, już ja wiem, jak wam dopiec, dwórkami złośliwie was mianując. Mówiąc „na stronie”, jeszcze bardziej się krzywią, gdy po staropolsku zaczynam do nich godoć zamiast po ślunsku. A umiem, lubię.

Skąd ich wziąłem? Ano pałętało się toto, to się i przyplątało. No to zgodziłem. Wielkie mi mecyje! Kto by dał dwa grosze za takiego? Jak ma się wałkonić, ma się konowalić, toć trzeba osiłka do czego zgodzić, żeby myśli nie miał. Bisurmani się tylko przez cały dzień, trzeba choćby posłać po co, żeby poleciał, przyniósł, odniósł. A idź to, Metek, a idź to, Kazek, do rzeki, nałów muli! Młode toto, płochliwe, lata i bez potrzeby, to niech się nada. Szczególnie w letnie popołudnia, tak już pod wieczór, wyrostki zaczynają kupić się. Kupią się! W bramach, w parkach wokół ławek, w murków, cieniów załamaniach – wszędzie tam, gdzie najpierwej dociera mrok. Mrok wyziera ze szczelin i to są miejsca, gdzie od razu – kupią się. No dajcie ludzie, tak się kupić, ja zawsze mówię do moich przed wyjazdem: „A żebyście mi się nie kupili za bardzo, gdy mrok!”. Idziesz i zbierasz, jak grzyby. Albo dajesz ogłoszenie na przystanku PKS: „Chłopaka do wszystkiego zgodzę od zaraz”. I już. Telefon: Ja względem tego zgodzenia. No to zgadzasz szczeniaka i już jest zgodzony na dobre, już łazi bez koszuli po obejściu, już ma amplę2 na poddaszu, gdzie robi pompki, już to, już tamto. A i owo! Już wszędzie go pełno. Ma się bisurmanić, lepiej, żeby się zgodził. Choć to się tylko tak łatwo mówi: zgodzić. Owszem, dużo się tego kręci. Luźnych, bezpańskich. Psychłopców. Koło pizzerii dużo się tego kręci. Na rogu ulicy Kablowej, tuż przy samej stacji się kręcą. Przy saturatorze z sokiem malinowym to już jak osy. Luźni, do zgodzenia. Ale to trzeba się znać! A widzisz, że się nada, to nie musisz od razu zgadzać, możesz przyjść potem, jeśli akurat migrenę masz. Bo jak się urwis już raz tu kręci, to już się kręci i zawsze można go tu spotkać, w tej części ulicy, z samej natury kręcenia to wynika. Chyba żeby była poważniejsza jakaś draka z policją, to on się wtedy może spakować i przenieść z tym swoim kręceniem na bezpieczną odległość dwie ulice dalej i już tam się odtąd będzie zawsze plątał. Ale normalnie, to wrócisz, patrzysz, a nie ma go, znaczy, że tylko po coś poleciał, ktoś go po co posłał, po gazetę, ale wróci zziajany i dalej będzie się kręcił. Bo to smytkie3 jest.

Ale to się tylko tak mówi: nada się. Do tańca i różańca. To nie takie proste. To jest żywy chłopak, toto żywe jest. Czasem nawet zbyt żywe. To wtedy niedobrze, może co stłuc, strącić. Ale jak zbyt ospałe – drugie niedobrze, na bisurmana grosza szkoda, wiktu i opierunku. Tak że należy brać pod uwagę, że to żyje, rusza się, to ma swoje zdanie takie, owakie. Swoje potrzeby, swoje jakieś dzieciństwo, chcenia. Z całym dobrodziejstwem inwentarza się toto zgadza. To trzeba też wyżywić, a ile takie coś zje, jak rośnie? A jak jeszcze szczeniak okaże się bezczelny? Dla chlebodawcy? Pyskuje do pryncypała?

Boga że w sercu nie ma?

Bezbożny, do kościoła nie chodzi?

Jak się okaże skłonny do tego jakiegoś znarowienia, narowiste jeśli toto? Albo będzie na oko tylko zuch, a rychło okaże się, że cymbał?

Że leń?

Że konował?

Bisurman?

Ścichapęk?

Hetka-pętelka? Że szlaja się po nocach i wraca złachany?

Że w nosie dłubie?

Ryby łowi?

Cholewki smali?

Bąki puszcza?

Słonecznikiem wkoło pluje?

Mleko pod nosem że ma?

Pstro w głowie jeśli?

Guzdra się?

W hamaku tylko by się wylegiwał jeśli?

Muchy w nosie?!

Brzuchomówca?!

Dasz osiłkowi dwa złote napiwku, a w głowie się przewróci, woda sodowa uderzy jeśli?!

Żyrny4 nadto?

Schludny jeśli nie?!

O! Oooo!

Dlatego najlepiej zawsze zgadzać Ukraińców, hej, Ukraińców. Najlepiej zgadzać Białorusinów, hej, Białorusinów! Bo oni są „na łasce”, bo oni są bezdomni, bezprizorni. A i do brudniejszej roboty się nadadzą. Rękawy koszuli zakasać potrafią, rączek ubrudzić się nie boją. Paszport lewy. Kupuje się chłopakowi na szaberplacu5 dowód osobisty: tańszy po nieboszczyku lub droższy żywego; kupuje mu się nóż sprężynowy, ciepłą bieliznę i wojskowe bojówki moro. Na twardym się toto prześpi, byle co zje. Breję taką szarą, taki parujący talerz z kaszą rano przed nim postawisz, a zje. A zje. Ze smakiem. Ty byś tego nie tknął, a on zje, bo mu to siłę da. Tylko że mają swoje wady, oj tak. To są aparaty!

Dimka psotny.

Nikoła markotny.

Stiopka ziewa.

Igor śpiewa.

Kostia wyjada.

Znowu Andriusza nie modli się.

Pasza pyskuje.

Jura węszy. Sieriożka swoje wie, a Wowka za dużo je.

Ale więcej jeszcze zalet, bo oni wcześniej mieszkali „przy stepie” i już zawsze od razu mają swoje własne onuce, kałasze i kamasze. Bo inaczej to by trzeba chłopakowi sprawić. Wisusa oporządzić. Ech, oporządzić...

A ci moi wcześniej byli zgodzeni w Gliwice-Łabędy, firmie rewindykacyjnej i ochroniarskiej, tam w nich steki wciskali. Jajkami surowymi popijali, jak śpiewaki! Na siłownię do Sosnowca jeździli. Ale że gdzie taką posadę znajdą jak u mnie, to i nie odchodzą. Krzywią się na te moje dwórki, ale ostają się. Tylko jeden jabłko wyciąga wielkie, nadgryza, aż sok tryska na wszystkie strony, i szczerzy się od ucha do ucha, a uśmiech to ma... jak kilo cebuli. W przenośni i dosłownie, bo cebulę i czosnek pożerają moje chłopaki jak inni jabłka. Dlatego takie zdrowe, silne i żaden denat się im nie oprze, a dług zawsze zostanie ściągnięty. Co, Brzytewka? Nie tak jest? Jak nie w gotówce, to w naturze. Zresztą czosnkiem u mnie w zakładzie wszystkim z ust czuć, a to aby podkreślić więź kulturową z Izrael, bo z „aszrabachramasz tatełe-mamełe” zawsze warto trzymać. I o to się rozbiega.

Drrr! Halo! Co? Nie, by to chuj zastrzelił, no mówiłem, że nie! Nie. Co? A ile tego macie? Sto furgonów? Ja mam na jutro klienta, to musi być na dziś, panie Jacku! Ja rozumiem, ale klient. Tak. Tak. Wie pan, panie Jacku, co ona se może dla przyjemności. No. Ma płacić. Dla przyjemności to nam może laskę zrobić. Niech pan jej to powie, panie Jacku, że termin minął wczoraj. Nie chce być inaczej. No jakoś nie. Co? Honorowo? Honorna się zrobiła, nie ma co. Niech honorowo odda krew, ale ma płacić w terminie. Czekaj pan, bo urwanie głowy tu mam dzisiaj. Felek! Gdzie, gdzie, gdzie? Gdzie leziesz, ślepe oczy?! Tu postaw! Uważaj, bo zrzucisz wazon! Tu stawiaj! No widzisz pan, panie Jacku, urwanie dupy. A komputer mi wnoszą, kupiłem se. To jak, będzie na dziś ten towar? Bardzo ładnie niech się pan tam w firmie uśmiechnie, klient mi tu jutro nyską podjedzie. Co? Komfortowo? Niech pan jej powie, że komfort to ona będzie miała, jak na nią moich chłopaków naślę. Kłaniam się pięknie. I niech pan jej nie mówi o tej masie upadłościowej, co my... Ona nie nazywa się „sędzia”, tylko jakoś tak... „asesor” chyba. A oni też teraz, jak się sprzedali, to będą mieli mniej zaciśnięte pośladki. Co proponuję? Przespać się z tym. No, cze.

Ściągać dług, wgryzać się w cebulę jak w jabłko, mieć głowę niczym piłka lekarska to jedno, ale uruchomić taki komputer, o – to zupełnie co innego, specjalisty tu trzeba. Panie Antku, pan mi ożywi tego trupa! O tu stoi, cacuszko, nie? Napije się pan kawy? No, trochę kosztowało, na giełdzie se kupiłem, będę se szczyńdził... Co pan mówi? Oszukali? Teraz się takich nie robi? Niewart złamanego grosza? Ale działać będzie? Panie Antek, niech pan ożywi... Tu jakieś kable, to się chyba włącza do prądu? Na co mi? A to mało zastosowań ma komputer, w karty można pasjansa stawiać, ale ja panu powiem: intelektualnie chcę się trochę tego, ogarnąć. Uff, działa. A co to w środku za dokumenty? Świat studenta. Naznaczony właśnie piętnem intelektualności. Student ze środka wyszedł Pliszka Kamil i zajrzał nam w twarz, czemu moi chłopcy mu zabrali? Jak on grzeczny był, pracował, o, tu i tu są dowody. Żadnych gier komputerowych. Muszę cię, Sasza, zmartwić, ale se nie pograsz, co tak się cieszyłeś. Ło jery, co on tu ma? Jakaś jego praca naukowa, ale też i różne takie kartoteki chorych z tej jego praktyki ze szpitala. O, la, la! To się może przydać. Kto kiedy syfa przechodził w naszym Jaworznie. Antonowicz Janina, urodzona 1955, ale ona stara! Komfortowo! Niech płaci, miała czas się dorobić. Wszystko załatwiła sobie przez łóżko. O, a tu na tego badylarza, proszę. Panie Antku, to komputer wydrukuje? Co? Drukarkę trzeba dokupić? Felek! Idź do tej firmy z Gliwic, co długu nie oddają, ci od worków foliowych, produkcji śmiecia pod nasyp kolejowy! Idź do tej fabryki detergentów, fabryki perzu i złego nasienia, zapierdol im drukarkę! To ty wypluwasz gumę, gumą w podłogę spluwasz: Szefie, takie wydawnictwo FA-art pada, niedaleko, w Katowicach, oni tam mają takie fanty, przyniosę. Dobry chłopak. Ale jeszcze tu coś. W tym komputerze. O, co to? Co?

Pięć dni i pięć nocy jechała wdowa po Gasztołdzie konno do swojego Augusta przez bagniste drogi Wielkiego Księstwa Litewskiego. W obitej czerwienią karecie, na poduszkach lamowanych złotą nicią. O czym myślała, patrząc na mijane dzikie puszcze i wdychając duszne powietrze przepojone zapachem wschodnich perfum? Kiedy wieczorami zamknięta w pilnie strzeżonym pałacu siadywała nago przed lustrem i nakładała na głowę ulubiony czepiec z pereł?

Drrr! Halo? Pani Halino, niech pani zaraz jedzie do firmy i robi faktury, bo ta kurwa pani syndyk dziś masę upadłościową po zakładach, co my chcemy przejąć... A ja jestem piramidalnie zajęty. Tak, wstrętna, gruba ropucha. Bladź syberyjska. Tam było wpłacone wadium. Maszyny? Tak, tak. Tak, w leasing, to znaczy – nie! Co pani pierdoli! W jaki, kurwa, leasing? Leasing to jest, kurwa, w Ameryce, a u nas nie ma i długo nie będzie. U nas to jest Sasza. Że co? Byłem w firmie. Nie dam sobie powiedzieć. Byłem potem. To już nie mogła pani, kurwa, przefaksować albo podrobić mojego podpisu? Czy ja muszę ze wszystkim... Tak, tak, niech pani jedzie, do widzenia. Nie, to potem, to się załatwi kiedyś, jak będę miał tylko bieżączkę. No, w lombardzie siedzę do usrania dziś. Co? To się wsadzi... Tych pięć baniek to niech pani sobie, za przeproszeniem, wsadzi. W koszta, oczywiście. Kiedy tam jest hipoteka zadłużona. Nie ma takiej opcji. Franek nie może, bo kiwa na klęczkach. No, siedzi. We Wrocławiu na Kleczkowskiej, taka piękna ulica, domy z cegły. Ta. Aha, i niech te faktury mi pani przyśle, zaraz Saszeńkę poślę. Tak, Saszeńka to chłopak u mnie na posyłki...

Gdy tak człowiek poobcuje z kulturą wysoką, myślę naraz – opisać swoje życie! Ręce zatarłem i zacząłem pisać. Nocami. Na programie jakimś lewym do pisania. Na tle okna z kratą, grubą na pięść. Co za nią szczeka niepogoda. Jaworzno-Szczakowa. Jak w więzieniu w tym swoim życiu zamknięty. Ale na ulicy Jagiellońskiej przynajmniej to więzienie.

*

Nie powiem, dobrze odkarmiony jestem, ważę chyba ze sto kilo. I to wam powinno wystarczyć. Ale myślę, że już niedługo zabiorę się za siebie. Żylaki na nogach podleczę, zainwestuję w ciało. Tylko że to grube tysiące od nogi, takie żylaki, w szpitalu, w Katowicach. Liczę jednak na pewien spadek... Włos mam jeszcze silny, pofalowany, lśniący, na wodę do góry zaczesany. Wąs obowiązkowo, pachnący wodą kolońską. Okulary jak doktorek, tylko złote. Złotą bransoletę na ręce i sygnet – z mojego lombardu niespłacone fanty. I chyba już nikt ich nie spłaci. He, he! Jak mi przykro... Na szyi Najświętszą Panienkę Fatimską z lombardu, podobno poświęconą w Lourdes. Koszulę najchętniej noszę w palmy, w kolorze bahama. Spodnie szwedy. Marynarkę zieloną, z wywiniętymi rękawami, żeby podszewkę w paski było widać i bransoletę oraz zegarek. Mój ulubiony zespół to Lombard, ponieważ... no, bo mam lombard. Znak zodiaku jestem Lew. Stymuluje cię kosmos. Odczuwasz wielki przypływ energii, ale nie potrafisz określić jej wartości. Miej się na baczności (brunet). Za dobrze siebie znasz, aby nie wiedzieć, że ciemna strona mocy działa na ciebie jak afrodyzjak. To teraz o mojej duszy.

Przez całą komunę każdy w Jaworznie-Szczakowej wiedział, że jak wódkę kupić przed trzynastą – to do Barbary Radziwiłłównej, jak dolary kupić, sprzedać, ruble – do Radziwiłłównej, w lombardzie coś zastawić, złoto – do Radziwiłłównej. O, aszrabachramasz, jak do świętej patronki od pieniędzy! Ale wtedy jeszcze mianem tej nierządnicy mnie nie nazywali, tylko normalnie – pan Hubert. I Barbara Radziwiłłówna miała lombard na ulicy Jagiellońskiej (sic!), co jest główna od dworca ulica, a pod Szczakową – piękne pół bliźniaka... Piękne! Wszystko komilfo! Budyneczek zadbany, prezentuje się schludnie, estetycznie. Z garażem (połową), ogrodem (połową), drzwi z luksferą, standard de lux, ganeczek, kolumienki, a ściany to wyłożone pięknie mozaikami z potłuczonych talerzy. Ale nie żeby – jak w latach sześćdziesiątych – były byle jakie, tylko czarne i białe na przemian. Różne wzorki z tego można układać, na przykład symbole z kart, karo, kier, herc to się po śląsku na serce mówi, proszę bardzo. Stłuczkę się kupowało po stołówkach, po zakładach pracy, gatunek pierwszy stłuczka u mnie na kwaterze. To się nazywało „późne Hollywood” lub „późny Gierek”, a te stłuczki „wszystko, co się zbiło” to „wczesny”. A architektura: „kloc polski”. Sam kwiat patrycjatu jaworzniańskiego wkoło w klocu siedzi, w stłuczce. Dzień dobry, sąsiedzie, dzień dobry... A największy kloc i najlepszą stłuczkę ma ten, no...

Właśnie. Wzdycham. Brunet. Bru-net. Nie licząc miejscowego badylarza, który nakradł w komitecie i założył ze dwadzieścia szklarni, to byłem najbogatszy w całym Jaworznie. Ale on miał warzywniak. A warzywniak to wtedy nie oznaczało: sklep z warzywami, tylko ze wszystkim! Z gumą balonową do żucia, z żurkiem w butelce (blee!), nawet buty takie papierowe, jednorazowe można było kupić. Takie to i warzywka jego. Co niedzielę zajeżdżał pod kościół peugeotem, w czarnym futrze, w czapie futrzanej z ZSRR, opatulony, że wyć! Pochwalony! Złote zęby se sprawił, dres, oj, powodzi się! Nie mogłem się skupić, kluczykami do auta pod ławką się bawiłem nerwowo. A co gorsza, świętokradcze modły do Maryi Zawsze Dziewicy wznosiłem, żeby na niego raka zesłała! Ja jestem osobą głęboko wierzącą, kocham Boga, a szczególnie Matkę Boską. Więc tak: raka na niego i śmierć na moją ciotkę Anielę, po której liczę na spadek! A on się Boga nie bał! Maczał palce w całej mafii, w dyskotece Kanty, w barze Retro, w kawiarni Jaworzniance, potem, za lat kilka, maczał swe brudne palce w night clubach, tańcu na rurze przy autostradzie... Ulica Kablowa praktycznie cała była przez niego wykupiona, ale sami powiedzcie, czy ród jagielloński nie lepszy od tych kablujących badylarzy?

Nie stać mnie było nawet na warzywniak, ale od czego głowa! Pojechałem do Niewiadowa, upał, idę, daję kawę, żeby się dostać do dyrektora. Tylko że on chciał przydział pustaków, znowu jadę do dyrektora fabryki materiałów budowlanych, parkuję mojego malucha, idę, daję kawę, żeby się do niego dostać. Upał. A on mówi: ni chuja, nie mam. Ale ja miałem znajomości w dziedzinie dziecięcych skafanderków Bobo i mówię mu, że jest tak a tak, mam skafanderki. Ojej! Żona się ucieszy! Za te skafanderki musiałem znowu załatwić jedną lewą wannę poza przydziałem. I tak w końcu moją przyczepę kupiłem. N 126, maluch może ciągnąć. A działo się to już w połowie lat osiemdziesiątych. Kiedy Zdzisława Guca zapowiadała w Panoramie, że teraz czeka nas długotrwała niepogoda, a zespół Lombard dodawał „szklana pogoda”. Kiedy zapowiadała w Panoramie nadejście zimy, nadejście nocy, czarnej nocy lat osiemdziesiątych. Wtedy ludzie zaczęli zaopatrywać się w syfony, przyczepy i plastikowe enerdowskie wanienki do kąpania niemowląt. Wszystko to gromadzili i zaczynali budować Arkę. Żeby przeczekać.

Znajomi mnie pytali, co ty, Hubert, w tą długotrwałą niepogodę na wczasy do Jugosławii z przyczepą się wybierasz? Czasy takie ciężkie, a ty na w-czasy?! He, he, he! Jakie wczasy, kto mówił coś o wczasach? Lokal! Lo-kal, mówi wam to coś? Lokal gastronomiczny klasy trzeciej, tak zwana mała gastronomia, zapiekanki, frytki, hot dogi – u Radziwiłłównej, jak wiadomo, najlepsze. (Prażoną cebulką będzie posypywane?). Ogólna zasada biznesu zapiekankowego? Opylić ludziom stary, zjeżdżony olej, odświeżone w opiekaczu podłużne bułki, tarty ser, o którym nic dobrego nie można powiedzieć, gdzieniegdzie rozdeptaną pieczarkę polaną rozcieńczonym z wodą keczupem – wszystko to wymienić na prawdziwe pieniądze. (Trzy osiemdziesiąt się należy). Co do tych pieczarek, to też głowy bym nie dał, ale człowiek nie świnia – zje wszystko. A że te pieniądze do niedawna też wcale nie były takie znowu prawdziwe, a co gorsza, mogły w każdej chwili zacząć topnieć w oczach – nie była to jeszcze stacja końcowa biznesu. Pieniądze z kolei należało jak najszybciej wymienić na sztabki złota i zamknąć w pilnie strzeżonej kasetce z prawdziwej stali. (Sosik jaki będzie? Czosnkowy, pikantny, łagodny, keczup, musztarda?).

I zacierać ręce!

Dopiero stal i złoto pozwalały unieruchomić choć na chwilę wartość. Biegającą niespokojnie od wody i pieczarek przez pieniądze do bardziej pewnych kruszców. Bo wartość to prąd, to woda: bez koryta, kabla błąka się toto bezwładnie, niesione jakimś swoim wewnętrznym niepokojem. Smytkie toto jak wyrostek. A dlaczego nie miałaby wpływać do bezpiecznej przystani naszej kasetki? (Będzie dwadzieścia groszy?). Podobną naturę ma każdy w sumie interes – dać gówno, byle co, uzyskać za to mało, ale w takich ilościach, aby to mało, to „prawie nic” zamienić choć na odrobinę wartości, sztabek złota lub sztabek równo poukładanych w szkatule dolarów. Które można w nocy sobie wyciągać, oglądać, ewentualnie pieścić, całować, wąchać et cetera. (Coś jeszcze dla szanownej pani?).

Powiem tak: w butach Relaks chodziłem, w duraleksie kawę piłem, na zegarek elektroniczny (z kalkulatorkiem) spoglądałem, używanego malucha wersja Sahara nabyłem, jedną z pierwszych w Jaworznie antenę satelitarną na dachu zamontowałem, na wypoczynku w kolorze kawa z mlekiem wypoczywałem – oto moja spowiedź z konsumpcyjnych grzechów, dziecięcia wieku.

Zresztą z parówkami do hot dogów do upadku komuny było krucho.

Brrr! Zimno. Ściągam ubranie, a – raz zafunduję se prawdziwą kąpiel w wannie! Bogatym, stać mnie. To tyle kosztuje, Jezu, jak się te czerwone kółka w licznikach kręcą! Ale w wannie, jak się człowiek elegancko rozłoży i poczuje zanurzenie w ciepłym płynie, to się lepiej myśli i zawsze się coś wymyśli, z czego potem może być procent, więc w sumie kąpiel się zwraca. No tak, ale na kiblu siedząc, też się dobrze główkuje i planuje, myśli o pieniądz, o interes, a taniej. Wchodzę do wanny. Cała łazienka zaparowana. Trzeba by tu kiedyś odmalować, budyneczek odremontować, bo jak budowałem, to wszystko było na lewo, z lewych pustaków, z lewych dostaw, z lewej farby i teraz się łuszczy, trza by to oskrobać, pomalować, póki interes idzie jako tako... Osiada, mówią. Co ma nie osiadać, skoro jak wszystko w moim życiu budowałem na piasku.

Swoją drogą, to był okres burzy i naporu, Sturm und Drang! Osiemdziesiąty pierdolnięty drugi rok! Delikatnie mówiąc: problemy z zaopatrzeniem w materiały budowlane. Jezu! Ale nic. Dowiedziałem się, że w jakiejś wiosze koło Nowej Rudy jest cegielnia prywatna, gdzie można kupić tanio dobrą cegłę. Wsiadam w malucha, jadę, zajeżdżam z piskiem opon. A tam jacyś ludzie niczym mary snują się wokół cegielni. Wysiadam, drzwiczkami trzaskam, dobry wieczór, panowie. Ja po cegłę. A oni, delikatnie się wyrażając, w stanie nietrzeźwym, ogólne znieczulenie szczęki, że nawet odpowiedzieć nie mogą. Dopiero cieć wyszedł ze stróżówki i mi opowiada, co zaszło. Okazuje się, że ten pierwszy wypał cegieł tak pięknie im wyszedł, że aż popili sobie z radości. Ciecia wciąż do Nowej Rudy na melinę wysyłali. Aż z tego picia drugi wypał zapomnieli wyciągnąć! Tak że stracili kilkadziesiąt tysięcy cegieł, o, pan spojrzy... Tu taką górę gliny, gówna, co z tych cegieł pozostało, mi pokazuje, do niczego się już nienadającą. No i teraz, panie, piją, ale ze smutku. Jeden z tych biznesmenów od cegielni odegra potem w moim życiu nie lada rolę. Nie uprzedzając mających nastąpić wypadków, wspomnę tylko, że było dwóch właścicieli. Z tą cegielnią to raczej cienko im szło. Mieli jakieś problemy z odzyskiwaniem pieniędzy. Ha, mieliby takiego Saszkę jak ja, to im by interes lepiej szedł, no, ale nie mieli. Więc doszli do wniosku, że trzeba podzielić cegielnię. A raczej, jak to u nas bywa, jeden miał wziąć cegielnię, a drugi, taki hydraulik z wykształcenia, coś tam. Pieniądze. Ale pieniędzy nie było. Tylko masa z gliny po cegłach i złom. Bo ktoś im zapłacił złomem. Nie zwykłym, tylko złomem miedzi... No to ja wezmę cegielnię, straty, cały ten problem biorę na siebie, a ty weź se ten złom wspaniały. A ten hydraulik, taki biedniutki, zahukany, mówi: A chuj w dupę, wezmę ten złom i wrócę do matki na gospodarkę do wsi Młynek koło Bytowa. Karierę swą nieudaną przedwcześnie na roli zakończę. Tu na razie jest ściernisko i zostanie ściernisko. Złote frykasy, ananasy, nadzieje – za spokój tanio oddam. Za powietrze świeże, mleko prosto od krowy, wieczory pod chałupą. Mieć czy być – oto jest pytanie, więc weź tą miedź i bądź. Może ten złom tam pod Bytowem się przyda? Ciężarówką na północny wschód powrócił. Ale że – jak mówiłem – to były czasy pierwsze, to była ziemia obiecana i wszystko się zmieniało – stał się cud: w ciągu tygodnia złom podrożał w Polsce tysiąc pięćset razy! Tysiąc pięćset razy. Aj, waj! I on, z godziny na godzinę, stał się bogatym człowiekiem. Bez zapiekanek, bez użerania się po urzędach. Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco! Już jest! I koło Poznania, jak się jedzie na Gniezno, założył wielkie Przedsiębiorstwo Obrotu Metalami Kolorowymi. Z KGHM Polska Miedź doskonałe miał układy... Wtedy ten kolorowy złom był dużo łatwiej dostępny niż dziś. Po prostu skupował i wywoził do Hamburga. Tam dostawał za to marki, marki przewoził nazad do Polski, pod Gniezno. Kładł je do szuflad, do toreb, zasiadał przed telewizorem, otwierał szczeniaczka luksusowej wódki z Peweksu, puszczał sobie film na magnetowid. I już. Już się napracował. Ja tam go raz w życiu na oczy widziałem, i to jeszcze pijanego, wtedy przed cegielnią, co zapomnieli wyjąć z pieca i pili ze smutku, w wymiętym mundurku biznesmena, w przekrzywionym krawaciku, ale Felek, który wszędzie ma znajomków, szczególnie w określonych środowiskach, opowiadał, że ten cały hydraulik z dnia na dzień zaczął obracać pieniędzmi rzędu ponad milion dolarów miesięcznie. Miał ochroniarzy... Wtedy, w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych! A że akurat leciał taki serial Powrót do Edenu, to go nazwali cinkciarze Szejk Amal. Sasza! Chodź mi plecy natrzeć!

A ja w tej wannie, z moimi zapiekankami! Co robić – badylarz wciąż górą, nic dziwnego, skoro w polityce jednym półdupkiem siedzi, a półdupek ma... no, ma czym srać. Forsą sra. Ano, to spróbujemy się, czyj lepszy... (Saszeńka, delikatniej...). Gdybym miał też kilka szklarni, założyłbym kwiaciarnię. Gdybym miał piekarnię z zezwoleniem na wypiek ciastek, założyłbym se cukiernię. Wychodzę z wanny, ale wody nie spuszczam, o nie. Teraz przez tydzień wiadrem będę zalewał kibelek. Trzeba wreszcie do czegoś dojść. Sasza! Tu jest kubełek, nie trzeba, żeby woda po kąpieli się marnowała. Oszczędzają bogaci – i nam się opłaci. A przecież Sasza jak walnie tą swoją kupę, to i wanną wody nie zlejesz.

*

Z cukiernią to było tak: siedzę raz w lombardzie, za oknem pada czarny śnieg z kopalni Mysłowice, drzwi się otwierają, wchodzi młodzik jakiś, coś za sobą targa. Gdzie? Gdzie mi tu targasz, co to jest? Drzwi za sobą zamknij, a to się nie da, bo chyba człowieka jakiego za sobą targa! Nie, nie człowieka, gorzej. Loda targa. No, loda takiego wielkości człowieka. Olbrzymi, plastikowy, polakierowany lód na podstawce metalowej, trzy kule w rożku półtora metra. Gdzie mi targasz, komuś tego, złamasie, loda sprzed cukierni świsnął? A młodzik na to, że kupił od takiej pani, Mańka Badziewie się nazywa ta osoba... I żeby mu choć kilka groszy w zamian za tą loda kukłę pożyczyć. Nie pożyczę! Ale wtedy mi w głowie dawne marzenia ożyły. O tej cukierni, maszynie do lodów. Myślę, skubany, wie, jak mnie wzruszyć. Czekaj, czekaj, złamasie, wróć się na chwilę... Gdzie ja takiego loda tak tanio kupię? Obejrzałem, postukałem. Dziurawy trochę pod gałkami, fakt, pod tą różową najbardziej, a, wezmę na strych, zalepię tekturą, pociągnę ajnlasfarbą6, lakierem i raz-dwa loda elegancko odremontuję, jak nowy będzie. Daję dziesięć złotych, ostatnia cena! Warto go trochę odmienić, przemalować, jeśli kradziony sprzed tej cukierni koło kościoła, ale przerobimy na malinowo-bakaliowe i nikt się nie pozna. Może kiedyś... Da Bóg... Wystawię sobie przed geszeft. Od razu ludziom ślinka będzie ciekła.

Ale to maszynę do lodów musiałbym kupić na raty. Ponieważ nie uznaję lipy, żadnych tam sprowadzanych od Schöllera, od Algidy, sztucznych, chemicznych. Wszystko od podstaw u mnie robione. Od wydojenia krowy, baby zgodzone by doiły, inne baby zgodzone by kroiły truskawki, owoce, miałbym tylko trzy smaki i cassate. Bo jak jest dużo smaków, to od razu wiadomo, że to nabierane łyżkami ze sprowadzonych pudełek, chemią barwione i pachnione. Na jeden smak, jak chce się tak po bożemu zrobić, tyle się trzeba napracować, że więcej jak trzy smaki (i cassate) to już powinno klienta brać podejrzenie. A te cassate przez gazę bym całymi tygodniami przecierał, żeby marmurki powstały. To jest artyzm!

To są interesy! Sam produkujesz towar, żadnemu chujowi, złodziejowi hurtownikowi nie płacisz, samo ci się piecze, rodzi, ty tylko ścinasz i od razu do własnego zakładu. Goździki od Barbary, pięknie by brzmiało... Od Barbary na Barbary, wokół pełno górników, nie żadnych bezrobotnych jak teraz, to Dzień Górnika, Barbórką zwany, szumnie się obchodziło, pączki, wóda, kwiaty, a ja bym siedział w mojej przyczepie i czerwień klasie robotniczej wydawał. Też marzyłem o wiązankach pogrzebowych, ale to już za wysokie progi. Badylarz dorobił się na produkcji sztucznych kwiatów na groby, takich plastikowych, ale to poniżej naszej godności, Sasza. Takie papierowe kwiaty, plastikowe doniczki, takie no, bździągstwa ostatnie to na targach w Poznaniu szefowe Społem zamawiały hurtowo dla wszystkich oddziałów w Polsce, to był interes jak marzenie, ale ja się brzydziłem. Owszem, tuż przed Wszystkich Świętych wysyłało się Felusia i Saszkę na cmentarze, żeby kradli chryzantemy, co je potem sprzedawaliśmy pod cmentarnym murem, nie było tak, Saszka? Tak było! Złote czasy! To se ne wrati. Pamiętasz, Saszka, jak nie chciałeś tych kwiatów kraść, że to żaden zarobek, a się człowiek nachodzi, i to po chasiokach7! Ech, Sasza, Sasza... Przecie nie dla pieniędzy te kwiaty kradłeś, jeno dla romantyki! Złodzieje chryzantem to dobre na tytuł powieści, ty czytasz czasem co, Sasza, jakieś książki? To i nie rozumiesz, jakie to piękne być złodziejem kwiatów. Nie samochodów, nie, kurna, tych twoich wszystkich pralek, telewizorów, tylko kwiatów. Po zapachu się takich złodziei kwiatów poznaje, po dusznym zapachu cmentarnych śmietników, to jest romantyka, Brzytewka. Ja takie bardziej romantyczne usposobienie mam, kolacja we dwoje, wieczór przy kominku, kwiaty. Są takie momenty, Sasza, kiedy dwoje ludzi chce... chce po prostu być ze sobą tak blisko, że... że już bliżej się nie da... Na znak tego dają sobie właśnie kwiaty. A umarłych to wali. Kto w piekle, to my już doskonale wiemy, o... cały region u nas w kartotekach, włącznie z chorobami, dzięki studentowi. A kto u Pana Boga, ten już i tak szczęśliwy, że mu te tam jakie kwiatki zdechłe małą zaprawdę różnicę zrobią, źle mówię? A Pan Bóg i Matka Boska już najlepiej wiedzą, że jak się dorobię, to wielkie datki na Kościół będą płynęły i może nawet boczny ołtarz wybuduję Matki Boskiej Kwietnej, od złodziei cmentarnych kwiatów patronki. Na pielgrzymkę do Lourdes pojadę. Obraz sobie w pokoju zaprowadziłem święty, a przed nim klęcznik i tak na kolanach przed Panienką przysięgam.

Co też chwilowo, delikatnie mówiąc, bez jakiegoś specjalnego z jej strony odzewu. Udało się tylko z tymi zapiekankami. A jeszcze do tej przyczepy przyczepił się sanepid jak wściekły! Jak ja słyszę „sanepid”, to... to takie we mnie emocje narastają! W kształcie noża. To jakbym słyszał „wściekły pies”! Suki cholerne! Sanepid, urząd podatkowy, Izba Kurwa Gospodarcza! Inspekcja Robotniczo-Chłopska! Żeby was spaliło. Milicja, policja. To są kurwy totalne! Jakby taka przyszła do mnie do przyczepy, to już nie wiem, co bym jej tam nawrzucał do zapiekanki! Ser z chuja, zgniłe grzyby z lasu trujące, keczup z krwi! Najchętniej bym taką na dożywotnie rozstrzelanie skazał! Zabić to mało. Trzeba by w piwnicy zamknąć i grzałką przypiekać! Żeby się wiła, żeby śmierdziało! O, nienawiść to wielkie uczucie, to potęga! Ale trafiła kosa na kamień! Ja nie spocznę, ja się zniszczyć nie dam. Nie dam. Możecie mnie tępić, nie wytępita. Zobaczymy, kto się będzie śmiał na końcu!

Tylko żeby człowiekowi zniszczyć życie, któren się stara do czegoś dojść w pocie czoła, pazurami, jak mrówka. Tylko żeby zatrzymać rozwój gospodarczy kraju! W olej nosy wpychali, że stary, że wody nie ma, a kto widział, żeby przyczepa miała podłączenie do wodociągu?! Srać mi tu przychodzisz czy na zapiekankę mi tu przychodzisz? Po co ci wodociąg, wysrać się w domu możesz! Jest baniak, starczy. Dałem kawę Arabica, gdzie trzeba, dałem koniak, gdzie trzeba, dałem bombonierę, wszystko by wzięły, byle tylko był niepolski napis – nie było efektu. Brały, pewnie, pończochy w wersji „nielecące oczka”, a na drugi dzień przychodziły, zamykały zakład. Już mówię do którejś z tych urzędniczek: Kierownisiu, co ja się nachodzę, co ja wam zrobiłem?! A ona kawę se robi, łyżeczką merda, i tak do mnie: No, ale przynajmniej zbiera pan nowe doświadczenia. Co ja? Prozaik? Nożeż biurwa jedna! Komuna, więc prywatnych się tępi. Ja: Proszę mi podać adekwatny paragraf, z którego mnie się tępi! Adekwatny numer książki życzeń i zażaleń tego urzędu! Ja nie mam czasu na szlajanie się po urzędach. Ja mam firmę i dodatkowo w bieżącym roku prowadzę jednoosobowe gospodarstwo domowe. Proszę zapisać: gospodarstwo domowe. Bezczelna! Marlboro sztangę wziąć... Bombonierę wziąć, to tak! Rozjebać pozłotko, wywalić za siebie, wyjeść słodkie ze środka, to tak, przetrawić, wysrać, żeby pofrunęło hen, do rzeki, do morza, żeby zatruwało nasz piękny Bałtyk. Co nasi ojcowie, dziadowie o niego walczyli do ostatniej kropli krwi pod Monte Cassino. To tak. Stołki grzać dupą wielką i grubą od ciągłego wpieprzania łapówek, to tak. Ale zapytaj się takiej, co to było Monte Cassino, to ci powie, że to takie kasyno, co tam grają i są wyścigi Formuły 1.

Znicze, mówią, mogę w niej sprzedawać, ale nie żywność. A mało to tych przyczep z hot dogami wszędzie? Z lodami! To już nie wiem, co oni tam znoszą do tych urzędów, że się ich nie tykają? Ale i o zniczach można pomyśleć. Znicz – dobra rzecz. Czemu? A nie wiem, już przez samo to, że nie ma sanepidu od zniczy. Obmyśliłem sposób, pionierski, odzysku stearyny i szklanych słoiczków. Pół lujostwa szczakowskiego chodziło mi po Wszystkich Świętych po cmentarnych śmietnikach, skupowałem za grosze znicze i chryzantemy. Jesienią, w zapachach, w dymach, w całym tym pierwszym mrozie. W krakaniach wron. W szczekaniach psów. W zapachu koksu i węgla chodzili przygarbieni po cmentarzu, jak na grzybobraniu. Żaden sanepid, żadne bhp by im rabotać w takich warunkach nie pozwoliło. Aż wracali z czerwonymi oczami, bo bezkarnie po późnej jesieni nikt chodzić nie może. W masce chyba trzeba by. Jesień, rozumiesz, gdy się nachylisz po znicz, nóż sprężynowy w plecy ci wbije swój zimny. Kawałek żelaza zawsze w tobie zostanie. Tak że cała ta lujnia szczakowskaja, co pod wiaduktem, pod nasypem piwo piła, przeze mnie zgodzona do onych zniczy grzybobrania, od wtedy aż do dziś dziwną melancholią zakażona. Zobaczcie sobie kiedyś z pociągu. Zza drogich szkieł przeciwsłonecznych, zza filtrów. Z Super-Euro-Intercity Paris–Dachau, pierwsza klasa, klimatyzacja. Na nich. W oknach, w familokach. Że z melancholią spoglądają. W górę, ku wam. Do dziś za to zniczobranie płacą.

*

Tak