Bankructwo małego Dżeka - Janusz Korczak - ebook

Bankructwo małego Dżeka ebook

Janusz Korczak

0,0

Opis

Bankructwo małego Dżeka” to utwór Janusza Korczaka, polsko-żydowskiego lekarza, pedagoga, pisarza i publicysty, który był prekursorem działań na rzecz praw dziecka.

Powieść opowiada historię gospodarczego przedsięwzięcia dziewięcioletniego Dżeka, który w swojej klasie zakłada kooperatywę. Akcję powieści autor umieścił w Ameryce lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Bankructwo tytułowego bohatera spowodowane jest tym, że ktoś ukradł dwa rowery będące głównym „aktywem” jego szkolnej kooperatywy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-441-8
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Dżek Fulton urodził się, mieszka i chodzi do szkoły w Ameryce, i powieść o nim jest powieścią amerykańską. Jest to jeszcze powieść finansowa, ale o tem później się powie.

 Rodzice Dżeka znani są, jako ludzie spokojni i uczciwi.  Ojciec Dżeka pije wódkę tylko raz do roku w dzień swoich imienin.  Ojciec Dżeka mówi:  — Dnie powszednie, — poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i sobota — należą do mojej rodziny, niedziele i święta należą się Bogu. A mój dzień jest ten, kiedy się urodziłem. A, że za młodu przyzwyczaiłem się do wódki, więc raz do roku golnę sobie kieliszek, — to nie grzech; trudno mi się przecież odrazu odzwyczaić.  Ojciec Dżeka mówi także:  — Wszystko, co mam, zawdzięczam pracy rąk. Dopóki mam zdrowe ręce, rodzinie nie zbraknie chleba i mydła. Ani głodni, ani brudni nie będą. Tak ślubowałem żonie i dotrzymam słowa.  Matka Dżeka tak mówi:  — Żonie powinno starczyć tyle, ile mąż zarabia. Zarobi mniej, to mniej kupię i zaczekam, aż będzie więcej. Byle nie robić długów.  No tak: Dżek ma uczciwych i spokojnych rodziców, którzy dają mu dobry przykład i mądre nauki, nigdy go nie biją i nawet rzadko się gniewają.  Ojciec Dżeka mówi:  — Teraz jestem zdrów i silny, więc nie sztuka, że zbiję malca, który się obronić nie może. Ale co będzie, jak się zestarzeję, a Dżek urośnie i stanie się silniejszy odemnie? — Staraj się być porządnym chłopcem, a jak ci się coś nie uda, nie kręć, — tylko przyjdź i powiedz.  A matka Dżeka tak mówi:  — Nie powinno się na dzieci krzyczeć, tylko trzeba im tłumaczyć, bo tak samo dziecko uczy się na świecie żyć, jak uczy się w szkole czytać, pisać i liczyć.  Bo raz Dżek bawił się z chłopakami w bandytów i kiedy uciekał przed policją, zeskoczył prawie z pierwszego piętra. Leżał potem trzy tygodnie w łóżku. I potem mister Fulton odczytywał Dżekowi z gazety różne nieszczęśliwe wypadki: że się jakiś chłopak poparzył i odwieziono go do szpitala, że samochód przejechał dziecko, że się przechyliło i wypadło przez okno.  Podczas głosowania i wyborów pan Fulton czytywał dwie gazety, żeby lepiej wiedzieć, na kogo głosować. I wtedy Dżek o każdym nieszczęśliwym wypadku dowiadywał się dwa razy. W jednej gazecie pisało zawsze, że winni są rodzice, bo nie pilnują dzieci, a w drugiej, że z winy policji, która nie pilnuje porządku. W ten sposób ojciec Dżeka wiedział, jakiego wybrać prezydenta, a Dżek — czego nie należy robić, bo jest niebezpieczne.  Matka gniewała się na Dżeka tylko trzy razy.  Raz chłopcy bawili się w wojnę. Dżekowi źle się wiodło: dwaj młodsi od niego zostali oficerami, a on ciągle tylko żołnierz i żołnierz.  — Panie generale, kiedy już nareszcie będę oficerem?  — Musisz się odznaczyć, — mówi generał Murr.  Aż postawili Dżeka koło parkanu. Generał Murr znów wygrał bitwę. Dżek postanowił odznaczyć się w pościgu za nieprzyjacielem, a w parkanie był gwóźdź. No, i podarł portki — całą nogawkę od góry do dołu.  Drugi raz Dżek został sam w mieszkaniu. Nawet małej Mary nie było. Bardzo mu się nudziło. A na komodzie stał budzik. — Dżek w żaden sposób nie mógł zrozumieć, skąd budzik wie, o której godzinie ma dzwonić. Zwyczajny zegar bije co godzinę, bo we środku jest dzwonek, młotek, kółka i sprężyna — ojciec mu wytłumaczył i pokazał. Zupełnie co innego budzik, który przez całą noc stoi cicho, jak trusia i dopiero akurat wtedy dzwoni, kiedy potrzeba. Albo ojciec mu źle wytłumaczył, albo Dżek był wtedy śpiący, dość, że zrozumiał, że w budziku siedzi kogut, który nie pieje, tylko dzwoni. Więc Dżek sam był w mieszkaniu i strasznie chciał zobaczyć tego koguta. No i nic nie widział i zepsuł zegar, i dostał dwie bury: osobno od ojca i zupełnie osobno od matki. Bo właściwie powinno być tak, że za jedne rzeczy krzyczy jeden, a za inne — drugi. Bo wychodzi, że za to samo gniewa się i nauczycielka, i mama i tata, a jeszcze się kto wtrąci, to już zupełnie trudno wytrzymać.  Trzeci raz gniewano się, kiedy Dżek poszedł z chłopakami na rynek, gdzie był okropny tłok, no i zgubił czapkę. Powiedzieli mu nawet wtedy, że niedługo zgubi głowę, i Dżek bardzo płakał, chociaż rozumiał, że głowy zgubić nie można; ale zawsze było mu przykro.  Teraz więc każdy rozumie, że matka Dżeka była kobietą gospodarną i że Dżek nie był łobuzem, — bo każdemu może się zdarzyć.  Wiec żył sobie Dżek, kochany przez rodziców, szanowany przez młodsze dzieci z podwórka.  Właściwie Dżek nie miał przyjaciół, bo nie był bardzo zręczny w zabawach, nie umiał opowiadać bajek i nie lubił żadnych psot, ani figlów. Zawsze ostrzegał:  — Lepiej dajcie spokój. Jeszcze szybę stłuczecie, zobaczycie, że to się źle skończy.  Koledzy się gniewali i nazywali go tchórzem.  Ale jak trzeba było kupić na współkę śliwki albo cukierki, zawsze zwracali się do Dżeka. Dżek wie, gdzie jest tanio, umie się targować, obliczy i sprawiedliwie podzieli. — Naprzykład w pięciu razem kupili 24 wiśnie. Dżek wraca do sklepu i mówi:  — Niech pani doda jeszcze jedną wiśnię, to każdy będzie miał po pięć; a ja pani za to zwrócę torbę.  Albo:  — Niech pani zamieni to jabłko na dwa małe.  Potem Dżek się nauczył, że chętniej dają, jeżeli się mówi nie »niech«, a »proszę bardzo«, albo »niech pani będzie łaskawa«.  Kupcowa zaraz zamieni albo doda, bo dla niej to nic nie znaczy.  Bywa czasem tak, że są wiśnie dojrzałe, lepsze i gorsze, duże i małe — Dżek już sobie poradzi. Burknie tam który grymaśnik, że woli czerwony cukierek, że chce to a nie tamto. Ale widzą, że Dżek nie bierze dla siebie najlepszych, więc cichną. — I za to właśnie szanują Dżeka.  Bywa zresztą, że Dżek ostrzega, żeby czegoś nie robić, — nie posłuchają i źle na tem wyjdą. Z Dżekiem każda zabawa jest bezpieczniejsza, i dlatego nie odmawiają, jeżeli chce się bawić.  Dżek od maleńkości lubił liczyć. Zbierał i liczył zapałki, bilety tramwajowe, liczył sklepy, domy, kroki, samochody. Wie Dżek, ile jest sklepów do rogu z prawej i z lewej strony. Dżek chce być kupcem.  Raz nie było światła na schodach, i ojciec chciał zapalić zapałkę. A Dżek mówi:  — Nie trzeba. Tu jest sześć schodków, a dalej dwanaście.  Ojciec pochwalił Dżeka.  — Chłopak ma dobrą głowę do rachunków — mówili znajomi.  Kiedy raz przyszli goście, pytano się dzieci, czem chcą zostać, jak dorosną.  — Ja będę oficerem.  — Ja chcę być mechanikiem.  — No, a ty Dżek czem będziesz?  Dżek przypomniał sobie podarte na wojnie spodnie i zepsuty budzik, więc powiedział:  — Zostanę kupcem.  Dżek często bawił się z małą Mary w sklep. Z pudełka od pasty do butów zrobił wagę. Ważył kasztany, kamyki, piasek. Piasek — to cukier albo kasza, kamyki — to groch i orzechy. Wagę zrobił ze szpilki od włosów, sznurka, no i tego blaszanego pudełka. Pudełek Dżek miał dużo, bo papierosy wszyscy prawie palą; a płaciło się biletami tramwajowemi.  Zabawa nie jest taka przyjemna, jak sklep prawdziwy, więc Dżek lubił patrzeć na prawdziwych kupców. I raz staruszek kupił chleb i ser, a kiedy liczył pieniądze, jedna moneta upadła na ziemię i nie mógł jej znaleźć. Więc już nie chciał szukać i poszedł sobie. Ale Dżek był ciekawy, gdzie się mogła podziać. No i leżała w kąciku koło samego schodka. Dżek dogonił staruszka i oddał.  — Dziękuję ci, bardzo ci dziękuję, mój chłopcze. Jesteś porządnem dzieckiem i wyrośniesz na uczciwego człowieka.  Dżek bardzo się zawstydził, bo przypomniał sobie zjedzoną pokryjomu raz kostkę cukru. Było to akurat wtedy, kiedy się bawił w bandytów z niebardzo porządnymi chłopcami. Był jeszcze mały, a mali chłopcy bardzo łatwo się psują, — i całe szczęście, że tak samo łatwo potem się znowu poprawiają.  Więc Dżek postanowił unikać złego towarzystwa, żeby się bardziej jeszcze nie zepsuć.  Mister Fulton nie był zadowolony, że Dżek chce zostać kupcem, jak urośnie.  — Wolałbym, żeby był rolnikiem, jak jego dziadek, albo rzemieślnikiem, jak ja. Bo kupiec właściwie nic nie robi. Ani sieje, ani buduje; zawsze to wygląda na korzystanie z cudzej pracy.  — Zapominasz, mój kochany — mówiła matka Dżeka, — że przecież moi rodzice mają sklep i też pracują uczciwie.  — No tak, — przyznawał mister Fulton, — ale jednak to coś innego.  I tak rozmawiali rodzice, kiedy Dżek był bardzo mały i nawet do szkoły nie chodził jeszcze. Więc pewnie Dżek będzie wolał wyjechać później na wieś, gdzie o wiele przyjemniej, niż w mieście.  Bo trzeba wiedzieć, że amerykańskie miasta są jeszcze gorsze, niż nasze. W miastach amerykańskich są strasznie wysokie domy, że aż je nazwano drapaczami nieba, — hałas, tłok, kurz i dym są okropne. I wogóle Ameryka — to dziwny świat. Ameryka jest jakby na dole, jakby tam ludzie chodzili głową na dół. Ale nam się tylko tak zdaje. A już zupełnie z pewnością u nich jest noc, kiedy u nas dzień. I wypada, że tam śpią w dzień, a w nocy chodzą do szkoły. Przyjemnie byłoby pojechać i te dziwne rzeczy samemu zobaczyć. Bo z książki nigdy się tak dobrze nie wie, jak kiedy się widzi własnemi oczami. Niby jak jakaś bajka.

II

Powieść ta zaczyna się od wtedy, kiedy Dżek już dwa lata chodzi do szkoły, i siedzi teraz koło okna na trzeciej ławce. Tamta nauczycielka właśnie zachorowała, i nowa pani objaśnia, jakie nowe zeszyty i książki trzeba kupić na nowy rok szkolny.

 Dżek siedzi spokojnie, słucha uważnie i myśli.  — Ojciec znów będzie musiał wydać tyle pieniędzy.  Dżek ma zeszłoroczną teczkę, piórnik, prawie pół ołówka, gumę, linijkę, ekierkę, cyrkiel, brak mu tylko paru kredek, i pióro się gdzieś zapodziało. W tym roku miał dostać scyzoryk.  Nieprzyjemnie pożyczać scyzoryk. Nie wszyscy są tacy dobrzy, więcej jest samolubów.  Mówisz mu: — Pożycz, widzisz, bo mi się szpic ułamał. Zaraz ci oddam.  A on mówi, że nie ma, albo robi łaskę.  Dżek widział na wystawie bardzo ładny scyzoryk z dwoma ostrzami, prawdziwy stalowy, w rogowej oprawie. Obejrzał go dokładnie przez szybę może sto razy, a potem wszedł do środka.  — Ile ten scyzoryk kosztuje? I pan będzie łaskaw pokazać, bo teraz nie mam pieniędzy, ale ojciec obiecał kupić, jak się zacznie szkoła.  Dżek chuchnął na nóż, spróbował na paznogciu czy ostry, potarł o rękaw, czy oprawa naprawdę rogowa, powąchał, podziękował i oddał. Ale teraz pewnie ojciec nie kupi, kiedy zgubił pióro.  — Gdzie ono mogło się podziać?  Nauczycielka podyktowała książki, a potem mówiła, że trzeci oddział jest bardzo ważny, bo z trzeciego oddziału przechodzi się do czwartego, że starsi chłopcy powinni już dobrze się sprawować nietylko w szkole, ale i na ulicy, bo muszą dawać młodszym dobry przykład.  Potem była przerwa, i zaraz niektórzy zaczęli biegać po ławkach. Wtedy Doris powiedziała:  — Zapomnieliście, co pani mówiła. Ładny starszy oddział. Ławki świeżo malowane, a oni latają.  Harry odpowiedział:  — Pilnuj swego nosa.  Allan krzyknął:  — Klituś-bajduś.  A Fil na złość jeszcze więcej zaczął dokazywać i pociągnął ją za warkocz.  Zaraz wtrącił się, rzecz naturalna, sprawiedliwy Iim, że wprawdzie i on nie lubi Doris, ale tym razem ona ma słuszność.  Doris, swoim zwyczajem, zaczęła płakać, i omal nie doszło do bójki między Harry i Iimem.  Już tak jest zawsze, że po wakacjach najwięcej dokazują, aż potem znów się uspokoją.  Dżek przez cały czas stał koło okna, bo jeszcze będzie awantura, i mogą go niewinnie wplątać, i nowa pani może tak samo się do niego uprzedzić, jak tamta. Dosyć się nacierpiał przez dwa lata, więc chociaż teraz musi być ostrożny.  Ale woźny powiedział, żeby szli do domu, bo lekcji więcej nie będzie, i Dżek powolutku sam sobie wraca do domu.  Aż tu patrzy, że na rogu ulicy Długiej zamknięty jest sklep kolonialny. Dżek zawsze kupował tam cukierki. Były tu długie miętowe cukierki, które aż szczypią w język, a potem, jak wciągać powietrze, to się tak zimno robi w ustach. Były tam cukierki z likierem i nadziewane w papierkach, większe migdałowe i małe różnokolorowe kulki. Były czekoladki na sztuki, różne figurki z cukru i czekolady, były całe worki orzechów laskowych, włoskich i amerykańskich. (Amerykańskie orzechy mają tak twardą skorupę, że trzeba je młotkiem rozbijać).  W szklanych kloszach i słojach były jedne rzeczy, w blaszanych pudłach inne, w szufladach znów inne i w koszykach owoce.  Dżek bardzo lubił w tym sklepie kupować i nigdy się nie spieszył. Więc właściciel załatwiał dorosłych, a on sobie stoi i patrzy. Czasem nawet zgadywał, którą szufladę właściciel otworzy. Był tam jeszcze bardzo ciekawy przyrząd do sznurka, tak że sznurek nie może się w żaden sposób poplątać. Wogóle wszystko tak wygodnie urządzone, tak dużo rozmaitych rzeczy i taki porządek, że wcale nie trudno wiedzieć, gdzie co leży.  No i teraz cały sklep zamknięty. Domyślił się Dżek, że coś się stało, ale dopiero Kaczor mu powiedział:  — Właściciel sklepu zbankrutował.  Bo kto ma sklep, musi wszystko kupować. Kupuje odrazu dużo, a potem po troszku z zarobkiem sprzedaje. Ale nie ma tyle pieniędzy, żeby odrazu zapłacić, boby mu zbrakło. Więc mówi, że później zapłaci, jak już trochę sprzeda. Ale musi w porę zapłacić, bo jak nie, to mu wszystko zabiorą: nawet stoły, szafy, krzesła, nawet to, co jego.  — No, rozumiesz teraz?  Dżek nie wszystko rozumiał, a Kaczor się niecierpliwił:  — Och, jakiś ty głupi.  Dżek nie myślał dawniej, skąd się biorą te całe skrzynie, wory i pudła. No rozumie się, że musi kupować. Ale jeżeli sprzedawał, więc miał już pieniądze; więc dlaczego nie płaci i czeka, aż mu wszystko zabiorą?  Dżek siedzi na schodku i gryzie jabłko, a Kaczor stoi i co powie parę słów, okręca się na pięcie i — znów:  — Och, jakiś ty głupi.  Aż nawet pytać się nieprzyjemnie.  — Chcesz, pokażę ci na jabłku, co znaczy zbankrutować. No, daj jabłko. No i patrz.  Ugryzł.  — Widzisz. Tyś mi dał jabłko. Rozumiesz? To jest twoje jabłko?  — No moje.  — I tyś mi je dał. No, nie?  Ugryzł drugi raz.  — Widzisz, już jest tylko kawałek. Chcesz odebrać?  — Bo co?  — Bo nic. Nie mogę ci oddać, bo nie mam. Rozumiesz: zbankrutowałem. Choćbym chciał, to ci nie dam. No, i co mi zrobisz?  Tu ugryzł trzeci raz, wykręcił się i poleciał. A potem jeszcze się drażni:  — Głupi Dżek. Daj drugie jabłko, to ci lepiej wytłumaczę.  I Kaczor na całem podwórzu wprowadził szachrajską zabawę, że jak ktoś da coś drugiemu i nie powie: »wymawiam«, a tamten wziął i powiedział: »zbankrutowałem«, to sobie brał tę rzecz i mógł nie oddawać.  Naprzód bawili się chłopcy, a potem dziewczynki. Najgorzej wychodzili mali, bo się najczęściej gapili. W ten sposób Alin straciła laleczkę, a Merrik cymbałki. Aż skończyło się awanturą. Bo mały Dik dał wszystkie książki i kajety niby do trzymania i zapomniał wymówić. Tamtenby nawet nie wziął, tylko Dik musiałby mu dać parę centów. Ale malec się przestraszył i z bekiem do matki na skargę. I dopiero się dowiedzieli. I kłócili się na podwórku już nietylko dzieciaki, ale dorośli, bo matka powiedziała:  — Pierwszy złodziej wyrośnie z niego.  A ta: — Chyba dopiero drugi, bo pierwszym złodziejem będzie twój Dik.  Zabawa w bankructwo się skończyła, a Dik dostał w skórę.  Dżek sam nie wiedział, czy ma żałować kupca, któremu wszystko zabrano, czy tych, którzy dali worki cukru, gruszek i śliwek suszonych, orzechów i skrzynie pierników, a ten część sprzedał i pieniędzy nie płaci. Bo wypada, że Kaczor dobrze mu wytłumaczył, bo tym, co dali bez pieniędzy, jest wszystko jedno przecież, czy sam zjadł, czy sprzedał.  A tymczasem sklep był zamknięty, i przykro było tamtędy przechodzić. Potem nawet szyldy zdjęto, ale Dżek nie widział, kto zdejmuje, bo był wtedy w szkole.  Potem wprowadził się tam fryzjer. Dopóki jeszcze malowali, wnosili różne rzeczy, wchodzili i wychodzili — było na co popatrzeć. Ale potem już, zamiast ciekawego kolonialnego, przybył zupełnie nudny sklep, obok którego przechodzi się obojętnie.  Dżek zna wszystkie ciekawe wystawy, obok których dwa razy dziennie przechodzi do szkoły i z powrotem. Ale fryzjer — go nie obchodzi.  Co znaczy zbankrutować, nie dowiedział się nic nowego. Bo ojciec coś mu tam na odczepne odburknął, jak to zawsze robią dorośli, kiedy im się nie chce. A matka tylko to mu powiedziała:  — Człowiek nie powinien wydawać więcej, niż ma. To trudno. Nie pożyczaj, nie zbankrutujesz. Moi rodzice prowadzą sklep trzydzieści sześć lat, wychowali dzieci i żyją. To trudno: nie każdy może sobie na wszystko pozwolić.  Biedny Dżek nie przeczuwał nawet, że bardzo niedługo dowie się, och, jak boleśnie się dowie, co znaczy bankructwo.  I w życiu często tak bywa, że niby się coś wie i rozumie, ale dopiero wtedy naprawdę się rozumie, kiedy się samemu poczuło. Niby Dżek wiedział, że noga złamana boli, ale teraz wszystko od początku do końca pamięta. Wtedy, chociaż był mały, słyszał, że budzik może się zepsuć, mówiono, żeby nie ruszał. No tak, ale kiedy na stole leżały wykręcone kółka, kiedy sam widział, że nic nie poradzi, kiedy czekał, aż otworzą się drzwi i wróci pani Fulton i będzie musiał się przyznać, — dopiero wtedy żałował, ale było zapóźno.  — Gdybym wpierw wiedział, że tak będzie, — mówi sobie człowiek. A cała bieda, że się nigdy nic naprzód nie wie. Choć dorośli podobno wiedzą, co będzie i często powtarzają:  — A nie mówiłem, a nie ostrzegałem. Wiedziałem, że tak będzie.  No tak: czasem naprawdę, ale często się chwalą tylko.

III

Więc wszystko na świecie jest rozmaite. I stalówki, i bibuły, i ołówki, i gumy, i nauczycielki.  Więc naprzykład w jedną bibułę atrament dobrze wsiąka, a w drugą nie. Jedne gumy dobrze wycierają, że wcale nie znać, a są gumy brudzące. Są ołówki twarde i miękkie. Jedne stalki piszą grubo, inne cienko, są większe i mniejsze, okrągłe i płaskie. Zeszyty są grube i cienkie, papier dobry, albo taki, że się rozpryskuje, a na końcu stalki robią się włoski. Są kajety w jedną i dwie linje, arytmetyczne i rysunkowe.  I nauczycielki są arytmetyczne i rysunkowe, większe i niskie, grube i cienkie. Ale nie o to idzie. Są panie wesołe albo smutne, które dużo krzyczą, ale nic nie robią, albo nie krzyczą, tylko zaraz wzywają rodziców. I tak, jak każdy lubi pisać inną stalówką, tak samo jednemu taka pani się lepiej podoba, a drugiemu znów inna.  Pani, która zachorowała i już w szkole Dżeka nie uczy, była jakaś dziwna. Była dobra, Dżek sam przyznaje, ale niesprawiedliwa. Może nie dla wszystkich nawet, ale dla niego. Z jej winy przeżył Dżek dwa bardzo ciężkie lata w szkole.  Zaczęło się od niczego.  Dżek usiadł zaraz na początku na pierwszej ławce. I tak samo było niespokojnie, bo po wakacjach nie może być odrazu spokojnie. No i akurat panią rozgniewali. Aż troje stało w kącie. Wogóle wszystko tego dnia się nie udawało. Zaraz od rana była awantura, bo jeden chłopiec przyniósł do szkoły chorego psa z krostami. Potem mazali na tablicy. Jedli na lekcji, nie mieli piór, kręcili się, a co najgorsze — urwali pasek od torebki. Bo pani tylko na chwilę wyszła z klasy i zostawiła torebkę, a oni zaczęli ciągnąć i urwali.  Ale Dżek cały czas siedział zupełnie spokojnie na swojej pierwszej ławce.  Pani się bardzo gniewała.  — Co to ma znaczyć? Ostatni raz wam mówię. Już więcej wam nie powtórzę.  Każda pani ma inny sposób, kiedy klasa jest niespokojna. Naprzykład w szkole Allana pani mówi:  — Boże miłosierny.  I:  — Nie do wytrzymania.  A w oddziale Fanny:  — Głowa mi pęka.  I:  — Trzeba zrywać gardło.  Czasem panie mówią:  — Jak wy się nie wstydzicie?  Albo:  — Łapy wam poprzetrącam.  Ale pani powiedziała, żeby dać jej książkę. Więc Dżek dał pani swoją książkę, bo siedział najbliżej. I pani zaczęła tłuc ręką w książkę. Tak mocno waliła, że Dżek już nie mógł wytrzymać, wstał i bardzo grzecznie powiedział:  — Niech pani będzie łaskawa nie tłuc tak, bo książka się niszczy.  Długo Dżek nie mógł zrozumieć, dlaczego pani się rozgniewała. Dopiero później się dowiedział, że nie wolno robić żadnych uwag nauczycielce, choćby najgrzeczniej.  Pani kazała Dżekowi w tej chwili zabrać książkę i raz na zawsze zabroniła sobie pożyczać.  — Żebyś mi nigdy nic nie dawał, rozumiesz?  Dżekowi zrobiło się strasznie nieprzyjemnie. Ale to był dopiero początek. Bo w parę dni później pani kazała mu pożyczyć Betty książkę, a ona zawinęła róg stronicy i w dodatku zrobiła na okładce dwa kleksy. Całe szczęście, że książka była obłożona w gazetę.  Było akurat wtedy bezrobocie, niektóre fabryki wcale nie pracowały, albo trzy dni w tygodniu. Tak samo było z ojcem Dżeka. Nawet Dżek nie miałby książek, tylko kupił mu chrzestny. Ojciec zapowiedział, żeby Dżek szanował książki, Dżek obiecał utrzymywać je we wzorowym porządku, a tu masz zaraz — odrazu.  Ale to jeszcze nie wszystko. Bo dużo dzieci nie miało w tym roku bezrobocia książek, aż pani musiała nawet odsyłać do domu. Więc znów pani kazała pożyczyć książkę Wilsonowi. Tego już było za wiele.  — Nie dam — powiedział Dżek.  Ale Wilson zaczyna wyrywać, jakby to była jego. Dżek się rozpłakał. A trzeba wiedzieć, że Dżek nie jest skory do łez; wogóle wstyd płakać, tem bardziej przy dziewczynkach.  I cóż pani?  Nazwała go sknerą i złym kolegą. Mówiła, że bogaci powinni pomagać biedniejszym. A właśnie Wilson był bogatszy od ojca Dżeka. Potem jeszcze coś pani mówiła, ale Dżek nie słyszał, bo jak się na kogoś bardzo gniewają, to nigdy nie wie, co mówią. Wreszcie pani powiedziała, że jak Dżek urośnie, nikt go lubić nie będzie.  Po tej awanturze Dżek zauważył, że pani go nie lubi. Niby się pani wcale nie gniewa, ale zawsze. Już to się czuje. Dżek przestał podnosić palce, jeżeli coś wiedział, nie tak wesoło wybierał się rano do szkoły, żałował, że usiadł na pierwszej ławce i rzadziej opowiadał w domu, co było w szkole.  Aż zdarzyło się, że Dżek mógł przekonać panią, że jest dobrym kolegą, że się pani omyliła, że jak urośnie, właśnie go będą lubili.  Raz przed samym dyktandem złamała się Peelowi stalówka. Peel stanął zmartwiony i bezradny. Dżek miał zapasową stalówkę i zaraz pokaże, że jest usłużny i koleżeński.  — Pożyczę mu — mówi Dżek — a jutro mi taką samą odkupisz.  I cóż on złego powiedział? Przecież chciał jaknajlepiej. Przecież i tak ryzykował, bo co zrobi, jeśli w połowie dyktanda i jemu się złamie? A jeśli Peel zapomni i jutro mu nie przyniesie, albo odda gorszą, albo nie taką, jak Dżek lubi?  Peel jest porządny, bo inny pożyczy i wcale nie odda. Powie:  — Odczep się. Daj mi spokój.  Albo:  — Kto cię prosił? Mogłeś nie dawać.  No i znów pani się rozgniewała, nie pozwoliła Peelowi wziąć stalki. Ani on, ani Peel nie wiedzieli dlaczego.  Tylko Fil, który wszystko lubi wyśmiewać, zrobił błazeńską minę i, naśladując głos pani, powiedział:  — Kooo—lee—żeń—stwo.  A potem dodał:  — Pani ma kręćka.  Dżek nigdyby tak na panią nie powiedział; nie lubił Fila za jego żarty i wcale śmiać mu się nie chciało.  Peelowi było przykro, że przez niego Dżek ma zmartwienie, i jakoś zaczęli rozmawiać i potem razem wracali do domu i prawie się zaprzyjaźnili. Bo Dżek unikał kolegów od czasu, jak pani nazwała go handlarzem i złodziejem. Niby nie otwarcie, ale Dżek dobrze zrozumiał, choć za nic w świecie nigdy nikomuby tego nie powiedział.  Bo raz zginęło Doris śniadanie. Nie wiadomo nawet, czy naprawdę ktoś zabrał. Bo Doris często gubiła i zaraz leci na skargę, jak wtedy z gumą, która leżała pod ławką; Doris nie chciała się przyznać, tylko mówi, że jej podrzucili. Albo wtedy z bibułą? Ktoby się znów łaszczył na bibułę. Może ktoś wziął przez omyłkę, a ona zaraz:  — Ukradli.  Może zostawiła w domu? Chociaż bułka z kiełbasą i jabłko — to nie bibuła i guma. I Fil niepotrzebnie się drażnił.  — Biedny aniołeczek: sama zjadła i nie ma. Chuchnij, aniołku.  I zaczął wszystkich pukać w brzuchy.  — Puk, puk, odezwij się, kiełbasko.  Gdyby komu innemu zginęło, możeby się klasa wstydziła, ale Doris nie lubią, bo skarżuch, lizuch, stawiak i obrażalska. A Doris ma niebieskie oczy, i pani raz powiedziała, że właśnie takie są aniołki; więc była wielka sprawa o śniadanie.  — Złodziej. Wstyd dla klasy, dla całej szkoły. Dzieci nie mają serca. Niema koleżeństwa. Wszyscy są podejrzani. Pani ma obrzydzenie do klasy. Nawet pani straciła już serce. I nic dziwnego: jeżeli jeden drugiemu nie chce stalki pożyczyć, to muszą być i kradzieże. I kto nie pożyczy w potrzebie, ten łatwo sięgnie po cudze.  Wyszło niby, że śniadanie zjadł Dżek, albo z jego winy zjedzono. Pani nie miała prawa tak mówić, a Doris jest najobrzydliwszą dziewczyną, jaką Dżek spotkał w życiu.  — Wszystko przez jej śniadanie. Do końca szkoły Dżek z nią rozmawiać nie będzie, na żadne pytanie jej nie odpowie, na przyszły rok usiądzie w innym rzędzie, żeby obok nie potrzebował przechodzić nawet.  A pani nigdy — nigdy tego nie zapomni.  — Już ja się z panią rozmówię — zaraz dziś, po lekcji. Ja nie jestem złodziejem. Co pani sobie myśli?  Ale dopiero w jakieś pół roku powiedział pani, ale nie wszystko.  Bo jak raz pani pytała się całej klasy, kto wie, Dżek ręki nie podniósł.  A pani naumyślnie się zapytała, żeby go złapać. I Dżek właśnie wiedział.  — Dlaczego nie podniosłeś ręki? — ździwiła się pani.  — Bo i tak paniby się mnie nie spytała.  — Dlaczego? — ździwiła się pani jeszcze więcej.  — Dlatego, że nie chciałem Wilsonowi pożyczyć książki, bo mi Betty zrobiła dwa kleksy i zawinęła róg w nowej książce.  — Betty zrobiła ci dwa kleksy?  — Nienaumyślnie — odezwała się Betty, która zupełnie niewinnie się zaczerwieniła, aż Dżekowi żal było.  W klasie zrobiło się bardzo cicho, bo wszyscy widzieli, że pani jest niesprawiedliwa dla Dżeka. Ale Fil nie wytrzymał: