Wydawca: WAB Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 237 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bankructwo małego Dżeka - Janusz Korczak

 

Kolejna książka wznawiana z okazji Roku Korczakowskiego to opowieść pokazująca młodym czytelnikom, jak gospodarować pieniędzmi.
Opublikowana po raz pierwszy w 1924 roku, pozostała aktualna aż do dziś. Jest doskonałym, przystępnym wprowadzeniem do pierwszych lekcji przedsiębiorczości.
W meandry współczesnej oraz ówczesnej ekonomii wprowadza czytelników wstęp Jerzego Hausnera.

 

Dżek Fulton, uczeń trzeciej klasy szkoły powszechnej, podejmuje się bardzo ryzykownego zadania: prowadzenia szkolnej kooperatywy, mimo że taką działalność prowadzą zazwyczaj starsi. Jego sukcesy i porażki, opisane z punktu widzenia dziecka poznającego świat ekonomii, to uniwersalna, przystępna lekcja praktycznych zasad przedsiębiorczości.

Dżek marzy, by zostać kupcem, i do spraw finansowych podchodzi ze wzruszającą powagą. Uczy się, co to kredyt, rabat, ubezpieczenie, ryzyko, jak kupować towar oferowany klientom i jak prowadzić rachunki. Jego etos i oddanie wzbudzają podziw zarówno wśród nauczycieli, jak i doświadczonych kupców, którzy wspierają Dżeka w jego poczynaniach. Czy chłopcu uda się uniknąć bankructwa?

 

 

Aż tu patrzy, że na rogu ulicy Długiej zamknięty jest sklep kolonialny. Dżek zawsze kupował tam cukierki. Były tu długie miętowe cukierki, które aż szczypią w język, a potem jak wciągnąć powietrze, to się tak zimno robi w ustach. Były tam cukierki z likierem i nadziewane w papierkach, większe migdałowe i małe różnokolorowe kulki. Były czekoladki na sztuki, różne figurki z cukru i czekolady, były całe worki orzechów laskowych, włoskich i amerykańskich. [...] No i teraz cały sklep zamknięty. Domyślił się Dżek, że coś się stało, ale dopiero Kaczor mu powiedział:

- Właściciel sklepu zbankrutował.

fragment

 

Historia Dżeka pokazuje, jakie umiejętności i cechy są potrzebne w działaniu gospodarczym. Przede wszystkim trzeba liczyć i kalkulować. Trzeba się komunikować, rozmawiać i przekonywać innych do siebie i swoich pomysłów. Niezbędna jest wytrwałość i odporność na niepowodzenia. Kluczowe znaczenie ma kojarzenie różnych faktów i znajdowanie nowego rozwiązania problemu, kiedy dotychczasowe zawodzi. To podejście wyróżnia Dżeka i pozwala mu realizować coraz ambitniejsze plany.

(ze wstępu Jerzego Hausnera)

Opinie o ebooku Bankructwo małego Dżeka - Janusz Korczak

Fragment ebooka Bankructwo małego Dżeka - Janusz Korczak

Ja­nusz Kor­czak

Ban­kruc­two ma­łe­go Dże­ka

Książ­ka współ­fi­nan­so­wa­na jest ze środ­ków In­sty­tu­tu Książ­ki w ra­mach ROKU KOR­CZA­KA.

Co­py­ri­ght © by In­sty­tut Książ­ki

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I w tej edy­cji

War­sza­wa 2012

Wstęp

Ja­nusz Kor­czak umie­ścił ak­cję Ban­kruc­twa ma­łe­go Dże­ka w Ame­ry­ce. Rów­nie do­brze jed­nak mo­gła­by być ona zlo­ka­li­zo­wa­na w Ar­gen­ty­nie, Niem­czech czy Szwe­cji. Tak­że w Pol­sce, co au­tor sy­gna­li­zu­je wprost, opi­su­jąc lo­kal­ny targ i pi­sząc „dla wy­go­dy na­zwie­my go Ker­ce­la­kiem”1.

Książ­ka zo­sta­ła po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­na w 1924 roku. To były cza­sy bar­dzo trud­ne. Zszy­wa­nie od­ro­dzo­nej Pol­ski, po­wo­jen­na od­bu­do­wa, hi­per­in­fla­cja ga­szo­na re­for­mą wa­lu­to­wą Wła­dy­sła­wa Grab­skie­go. Kształ­to­wa­nie sil­nej go­spo­dar­ki na­ro­do­wej i upo­wszech­nia­nie na­wy­ków do­bre­go go­spo­da­ro­wa­nia było wiel­kim, cy­wi­li­za­cyj­nym za­da­niem. Tym bar­dziej, że cią­gle w mnie­ma­niu znacz­nej czę­ści „po­szla­chec­kie­go na­ro­du” go­spo­da­rze­nie było do­bre dla ludu i Ży­dów. Ja­nusz Kor­czak włą­czał się w od­mia­nę tego na­sta­wie­nia, zgod­nie z wy­cho­waw­czym prze­ko­na­niem, że „dzie­ci jak naj­wcze­śniej po­win­ny po­znać war­tość pie­nię­dzy, do­bre i złe stro­ny ich po­sia­da­nia”2. Jego ksią­żecz­ka sta­ła się wkrót­ce szkol­ną lek­tu­rą.

Hi­sto­ria ban­kruc­twa Dże­ka Ful­to­na za­czy­na się od lo­sów bi­blio­te­ki uczniow­skiej w kla­sie. Pro­wa­dzą­cy ją Dżek do­cho­dzi do wnio­sku, że aby wy­po­ży­czeń było wię­cej, zbiór trze­ba wzbo­ga­cić o nowe atrak­cyj­ne po­zy­cje. Na­by­wa je z pie­nię­dzy po­da­ro­wa­nych mu przez dziad­ka. Dzia­łal­ność bi­blio­tecz­na roz­wi­ja się tak do­brze, że Dżek wpa­da na po­mysł za­ło­że­nia uczniow­skiej ko­ope­ra­ty­wy (dzi­siaj po­wie­my „spół­dziel­ni”). Rów­nież ta ini­cja­ty­wa szyb­ko zy­sku­je uzna­nie uczniów. Dzię­ki temu ma­ją­tek spół­dziel­ni ro­śnie i może ona do­ko­nać do­dat­ko­wych za­ku­pów, w tym trud­no do­stęp­ne­go wów­czas dla dzie­ci sprzę­tu spor­to­we­go (łyż­wy, pił­ki). Ocze­ki­wa­nia i po­trze­by uczniów szyb­ko się zwięk­sza­ją. Stąd de­cy­zja o za­ku­pie dwóch ro­we­rów – na kre­dyt. Spół­dziel­nia ban­kru­tu­je, po­nie­waż ro­we­ry zo­sta­ją skra­dzio­ne, co oczy­wi­ście nie jest winą Dże­ka. Przyj­mu­je on jed­nak od­po­wie­dzial­ność za kra­dzież i po­dej­mu­je wy­si­łek spła­ce­nia dłu­gów.

Przed­się­wzię­cie koń­czy się co praw­da nie­po­wo­dze­niem, nie­wy­pła­cal­no­ścią spół­dziel­ni, ale w za­koń­cze­niu po­ja­wia się szan­sa na kon­ty­nu­owa­nie dzia­łal­no­ści. Po­li­cja od­zy­sku­je ro­we­ry i za­mie­rza od­dać je uczniom. Ma to na­stą­pić już po wa­ka­cjach, w na­stęp­nej kla­sie. Ban­kruc­two jest fak­tem, ale nie koń­cem am­bit­ne­go pla­nu.

Z pew­no­ścią Kor­czak świa­do­mie uka­zał pierw­sze do­świad­cze­nie go­spo­dar­cze ma­łe­go Dże­ka na przy­kła­dzie spół­dziel­ni. Jesz­cze przed Od­ro­dze­niem na zie­miach pol­skich była to roz­po­wszech­nio­na i po­pu­lar­na for­ma go­spo­da­ro­wa­nia. W la­tach dwu­dzie­stych za­re­je­stro­wa­nych było już kil­ka­na­ście ty­się­cy róż­ne­go ro­dza­ju spół­dziel­ni. O zna­cze­niu tego ru­chu spo­łecz­no-go­spo­dar­cze­go w II Rze­czy­po­spo­li­tej świad­czy to, że w 1922 roku (po za­mor­do­wa­niu Ga­brie­la Na­ru­to­wi­cza) na urząd pre­zy­den­ta zo­stał wy­bra­ny Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski, waż­na po­stać w tym śro­do­wi­sku, je­den z za­ło­ży­cie­li spół­dziel­ni spo­żyw­ców, zna­nej póź­niej jako Zwią­zek Spół­dziel­ni Spo­żyw­ców „Spo­łem”.

Opo­wia­da­jąc hi­sto­rię kil­ku­na­sto­let­nie­go Dże­ka, Ja­nusz Kor­czak przy­bli­ża dzie­cię­ce­mu od­bior­cy pod­sta­wo­we po­ję­cia han­dlo­we i go­spo­dar­cze. Po jej lek­tu­rze mło­dy czy­tel­nik bę­dzie ro­zu­miał, co to ka­pi­tał, ra­bat, re­kla­ma, ra­chu­nek, księ­ga han­dlo­wa, kre­dyt, kal­ku­la­cja, ry­zy­ko, hurt, stra­ta, wy­dat­ki ad­mi­ni­stra­cyj­ne, ko­niunk­tu­ra, bank, urząd po­dat­ko­wy, no­ta­riusz, kasa po­życz­ko­wa, sprze­daż na raty, gwa­ran­cja, pa­sy­wa, ak­ty­wa, dłuż­nik, wie­rzy­ciel, ase­ku­ra­cja (dzi­siaj po­wie­my „ubez­pie­cze­nie”), ma­ją­tek, fracht, zo­bo­wią­za­nie, bu­dżet. Wie­dza ta jest prze­ka­zy­wa­na nie po­przez de­fi­ni­cyj­ne uję­cia, ale po­przez opi­sy prak­tycz­nych – nie­kie­dy do­tkli­wych, a na­wet bo­le­snych – do­świad­czeń ró­wie­śni­ka.

Hi­sto­ria Dże­ka jest po­ucza­ją­ca, po­nie­waż po­ka­zu­je, ja­kie umie­jęt­no­ści i ce­chy są po­trzeb­ne w dzia­ła­niu go­spo­dar­czym. Przede wszyst­kim trze­ba li­czyć i kal­ku­lo­wać. Waż­ne jest ko­mu­ni­ko­wa­nie się, roz­ma­wia­nie z ludź­mi i prze­ko­ny­wa­nie ich do sie­bie i swo­ich po­my­słów. Nie­zbęd­ne są wy­trwa­łość i nie­pod­da­wa­nie się nie­po­wo­dze­niom. Klu­czo­we zna­cze­nie ma ko­ja­rze­nie róż­nych fak­tów i znaj­do­wa­nie in­ne­go roz­wią­za­nia pro­ble­mu, kie­dy do­tych­cza­so­we za­wo­dzi. Te wła­śnie umie­jęt­no­ści wy­róż­nia­ją Dże­ka i po­zwa­la­ją mu re­ali­zo­wać ko­lej­ne, co­raz am­bit­niej­sze po­my­sły.

Opo­wieść Kor­cza­ka uzmy­sła­wia też czy­tel­ni­ko­wi, ja­kie prak­tycz­ne za­sa­dy rzą­dzą dzia­łal­no­ścią han­dlo­wą czy, sze­rzej, przed­się­wzię­cia­mi go­spo­dar­czy­mi. Ta­kim ini­cja­ty­wom za­wsze to­wa­rzy­szy ry­zy­ko nie­po­wo­dze­nia i po­nie­sie­nia strat. Moż­na ogra­ni­czyć to ry­zy­ko, na­wet je skal­ku­lo­wać i ubez­pie­czyć się od nie­go, ale nie moż­na go unik­nąć. Raz się uda, raz nie. Nie­kie­dy re­zul­tat jest lep­szy, nie­kie­dy gor­szy. Bez ry­zy­ka nie moż­na jed­nak od­nieść suk­ce­su.

W tle hi­sto­rii ban­kruc­twa ma­łe­go Dże­ka moż­na też do­strzec, jak po­sta­wa bo­ha­te­ra róż­ni się od po­sta­wy jego ojca. Tata Dże­ka czę­sto pod­kre­śla, że wszyst­ko za­wdzię­cza so­bie i pra­cy swo­ich rąk. Uczy syna, że czło­wiek nie po­wi­nien wy­da­wać wię­cej, niż ma. „Nie po­ży­czaj, nie zban­kru­tu­jesz” – to jego mak­sy­ma. Pod tym wzglę­dem re­pre­zen­tu­je inne cza­sy, jest „przed­wo­jen­ny”. Dżek nie boi się dzia­łać we współ­pra­cy. Chce i po­tra­fi za­ufać lu­dziom. Uczy się szyb­ko po­przez kon­takt z in­ny­mi. Kie­dy chce osią­gnąć ko­lej­ny cel w roz­wo­ju spół­dziel­ni, się­ga po kre­dyt.

Wie­le osób po­ma­ga Dże­ko­wi – za­rów­no ko­le­żan­ki i ko­le­dzy, jak i do­ro­śli. Ale znaj­du­ją się też lu­dzie, któ­rzy mu prze­szka­dza­ją i pię­trzą przed nim trud­no­ści. Wszyst­kich nie może on prze­ko­nać, ale ma za­so­by, aby po­ra­dzić so­bie z opo­nen­ta­mi i prze­ciw­no­ścia­mi, po­nie­waż so­jusz­ni­ków jest wię­cej. Zy­sku­je ich, sza­nu­jąc re­gu­łę wza­jem­no­ści, któ­ra ro­dzi zo­bo­wią­za­nie do współ­pra­cy.

Na koń­cu, nie ze swo­jej winy, po­no­si po­raż­kę. Nie jest to jed­nak klę­ska – to nie­po­wo­dze­nie, któ­re moż­na prze­kuć w suk­ces. Wzmac­nia ono Dże­ka wła­śnie dla­te­go, że uru­cha­mia­jąc i pro­wa­dząc spół­dziel­nię uczniow­ską, wie­le się na­uczył. Mię­dzy in­ny­mi tego, że han­del (dzi­siaj po­wie­my „biz­nes”) może być nie tyl­ko uczci­wy i so­lid­ny, ale też sza­chraj­ski, spe­ku­la­cyj­ny; to­war może być do­bry albo tan­det­ny. Nie na­le­ży się z tym go­dzić, ale trze­ba umieć to roz­po­zna­wać i so­bie z tym ra­dzić. Tę umie­jęt­ność na­by­wa się jed­nak przede wszyst­kim po­przez prak­tycz­ne do­świad­cze­nie. „Wte­dy na­praw­dę się ro­zu­mie, kie­dy się po­czu­ło. A cała bie­da, że się nig­dy nic na­przód nie wie”. Ta praw­da musi do­trzeć do każ­de­go przed­się­bior­cy, za­nim stwo­rzy, krok po kro­ku, coś trwa­łe­go.

Dżek przy­jął, że dzia­łal­ność ko­ope­ra­ty­wy musi – obok celu eko­no­micz­ne­go – mieć cel spo­łecz­ny. W jego przy­pad­ku było to fi­nan­so­wa­nie chle­ba dla star­szej, praw­do­po­dob­nie bez­dom­nej oso­by – dziad­ka. I z przy­ję­te­go zo­bo­wią­za­nia sta­rał się wy­wią­zać na­wet wte­dy, kie­dy nad spół­dziel­nią za­wi­sły czar­ne chmu­ry. Dzi­siaj po­wie­my, że pro­wa­dził spo­łecz­nie od­po­wie­dzial­ny biz­nes, czy­li taką dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, któ­ra uwzględ­nia in­te­re­sy za­rów­no wła­ści­cie­li, jak i wszyst­kich in­nych grup w nią włą­czo­nych (na przy­kład kon­su­men­tów, pra­cow­ni­ków, lo­kal­nej wspól­no­ty) i od­czu­wa­ją­cych jej skut­ki, zgod­nie z re­gu­łą, że wła­sność nie jest tyl­ko pra­wem, ale tak­że spo­łecz­nym zo­bo­wią­za­niem.

Dal­sze losy Dże­ka zo­sta­ły czy­tel­ni­kom tyl­ko za­su­ge­ro­wa­ne. Wie­my, że ro­we­ry mia­ły wró­cić do ko­ope­ra­ty­wy i po wa­ka­cjach mo­gła ona wzno­wić dzia­łal­ność. Wie­my też, że Dżek za­czął się in­te­re­so­wać ban­ka­mi i wy­stą­pił do Mi­ni­stra Fi­nan­sów z me­mo­ria­łem w spra­wie utwo­rze­nia ban­ku szkol­ne­go, udzie­la­ją­ce­go kre­dy­tu dzie­ciom. Me­mo­riał zo­stał for­mal­nie od­rzu­co­ny przez Mi­ni­ster­stwo Oświe­ce­nia z po­wo­du trzech błę­dów gra­ma­tycz­nych.

Nie zna­jąc za­tem dal­sze­go cią­gu tej smut­nej, choć da­ją­cej na­dzie­ję opo­wie­ści Sta­re­go Dok­to­ra, mamy prze­słan­ki, aby wy­obra­zić so­bie, kim w przy­szło­ści mógł zo­stać jej bo­ha­ter. My­ślę, że z cza­sem Dżek Ful­ton – już jako ma­jęt­ny ku­piec – za­ło­żył bank, któ­re­go naj­waż­niej­szą mi­sją było udzie­la­nie kre­dy­tu ma­łym przed­się­bior­com. Bank ten stał się pre­kur­so­rem no­wo­cze­snej ban­ko­wo­ści etycz­nej i so­li­dar­nej, któ­rej brak tak bar­dzo od­czu­wa­my we współ­cze­snym świe­cie.

Wie­rzę, że taki prze­bieg dal­szych lo­sów bo­ha­te­ra był­by zgod­ny z de­wi­zą jego twór­cy: „Ma­rze­nie jest pro­gra­mem ży­cia. Gdy­by­śmy je umie­li od­czy­ty­wać, wi­dzie­li­by­śmy, że ma­rze­nia się speł­nia­ją”3. Ktoś może za­py­tać lek­ce­wa­żą­co: „Cóż to za ma­rze­nie – być kup­cem?”, bo prze­cież wła­śnie tego pra­gnął mały Dżek. Chciał on jed­nak zo­stać do­brym i uczci­wym kup­cem. Był to po­waż­ny za­miar w per­spek­ty­wie Ja­nu­sza Kor­cza­ka, któ­ry chciał zmie­niać świat re­ali­stycz­nie – nie na do­bry, ale na lep­szy. W tym przy udzia­le do­brych i uczci­wych przed­się­bior­ców.

Z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia opo­wieść o ban­kruc­twie ma­łe­go Dże­ka może wy­dać się nie­co sta­ro­świec­ka, ale dzię­ki temu, że mówi o uni­wer­sal­nych za­sa­dach przed­się­bior­czo­ści, nie prze­sta­je być hi­sto­rią mą­drą i ży­cio­wą.

Je­rzy Hau­sner

Bankructwo małego Dżeka

Dżek Ful­ton uro­dził się, miesz­ka i cho­dzi do szko­ły w Ame­ry­ce i po­wieść o nim jest po­wie­ścią ame­ry­kań­ską. Jest to jesz­cze po­wieść fi­nan­so­wa, ale o tym póź­niej się po­wie.

Ro­dzi­ce Dże­ka zna­ni są jako lu­dzie spo­koj­ni i uczci­wi.

Oj­ciec Dże­ka pije wód­kę tyl­ko raz do roku – w dzień swo­ich uro­dzin.

Oj­ciec Dże­ka mówi:

– Dnie po­wsze­dnie: po­nie­dzia­łek, wto­rek, śro­da, czwar­tek, pią­tek i so­bo­ta – na­le­żą do mo­jej ro­dzi­ny, nie­dzie­le i świę­ta na­le­żą się Bogu. A mój dzień jest ten, kie­dy się uro­dzi­łem. A że za mło­du przy­zwy­cza­iłem się do wód­ki, więc raz do roku gol­nę so­bie kie­li­szek – to nie grzech; trud­no mi się prze­cież od razu od­zwy­cza­ić.

Oj­ciec Dże­ka mówi tak­że:

– Wszyst­ko, co mam, za­wdzię­czam pra­cy rąk. Do­pó­ki mam zdro­we ręce, ro­dzi­nie nie zbrak­nie chle­ba i my­dła. Ani głod­ni, ani brud­ni nie będą. Tak ślu­bo­wa­łem żo­nie i do­trzy­mam sło­wa.

Mat­ka Dże­ka mówi:

– Żo­nie po­win­no star­czyć tyle, ile mąż za­ra­bia. Za­ro­bi mniej, to mniej ku­pię i za­cze­kam, aż bę­dzie wię­cej. Byle nie ro­bić dłu­gów.

No tak: Dżek ma uczci­wych i spo­koj­nych ro­dzi­ców, któ­rzy dają mu do­bry przy­kład i mą­dre na­uki, nig­dy go nie biją i na­wet rzad­ko się gnie­wa­ją.

Oj­ciec Dże­ka mówi:

– Te­raz je­stem zdrów i sil­ny, więc nie sztu­ka, że zbi­ję mal­ca, któ­ry się obro­nić nie może. Ale co bę­dzie, jak się ze­sta­rze­ję, a Dżek uro­śnie i sta­nie się sil­niej­szy ode mnie? Sta­raj się być po­rząd­nym chłop­cem, a jak ci się coś nie uda, nie kręć, tyl­ko przyjdź i po­wiedz.

A mat­ka Dże­ka tak mówi:

– Nie po­win­no się na dzie­ci krzy­czeć, tyl­ko trze­ba im tłu­ma­czyć, bo tak samo dziec­ko uczy się na świe­cie żyć, jak uczy się w szko­le czy­tać, pi­sać i li­czyć.

Bo raz Dżek ba­wił się z chło­pa­ka­mi w ban­dy­tów i kie­dy ucie­kał przed po­li­cją, ze­sko­czył pra­wie z pierw­sze­go pię­tra. Le­żał po­tem trzy ty­go­dnie w łóż­ku. I po­tem mi­ster Ful­ton od­czy­ty­wał Dże­ko­wi z ga­ze­ty róż­ne nie­szczę­śli­we wy­pad­ki: że się ja­kiś chło­pak po­pa­rzył i od­wie­zio­no go do szpi­ta­la, że sa­mo­chód prze­je­chał dziec­ko, że się po­chy­li­ło i wy­pa­dło przez okno.

Pod­czas gło­so­wa­nia i wy­bo­rów pan Ful­ton czy­ty­wał dwie ga­ze­ty, żeby le­piej wie­dzieć, na kogo gło­so­wać. I wte­dy Dżek o każ­dym nie­szczę­śli­wym wy­pad­ku do­wia­dy­wał się dwa razy. W jed­nej ga­ze­cie pi­sa­no za­wsze, że win­ni są ro­dzi­ce, bo nie pil­nu­ją dzie­ci, a w dru­giej, że z winy po­li­cji, któ­ra nie pil­nu­je po­rząd­ku. W ten spo­sób oj­ciec Dże­ka wie­dział, ja­kie­go wy­brać pre­zy­den­ta, a Dżek – cze­go nie na­le­ży ro­bić, bo jest nie­bez­piecz­nie.

Mat­ka gnie­wa­ła się na Dże­ka tyl­ko trzy razy.

Raz chłop­cy ba­wi­li się w woj­nę. Dże­ko­wi źle się wio­dło: dwaj młod­si od nie­go zo­sta­li ofi­ce­ra­mi, a on – cią­gle tyl­ko żoł­nierz i żoł­nierz.

– Pa­nie ge­ne­ra­le, kie­dy już na­resz­cie będę ofi­ce­rem?

– Mu­sisz się od­zna­czyć – mówi ge­ne­rał Murr.

Aż po­sta­wi­li Dże­ka koło par­ka­nu. Ge­ne­rał Murr znów wy­grał bi­twę. Dżek po­sta­no­wił od­zna­czyć się w po­ści­gu za nie­przy­ja­cie­lem, a w par­ka­nie był gwóźdź. No i po­darł por­t­ki – całą no­gaw­kę od góry do dołu.

Dru­gi raz Dżek zo­stał sam w miesz­ka­niu. Na­wet ma­łej Mary nie było. Bar­dzo mu się nu­dzi­ło. A na ko­mo­dzie stał bu­dzik. Dżek w ża­den spo­sób nie mógł zro­zu­mieć, skąd bu­dzik wie, o któ­rej go­dzi­nie ma dzwo­nić. Zwy­czaj­ny ze­gar bije co go­dzi­nę, bo w środ­ku jest dzwo­nek, mło­tek, kół­ka i sprę­ży­na – oj­ciec mu wy­tłu­ma­czył i po­ka­zał. Zu­peł­nie co in­ne­go bu­dzik, któ­ry przez całą noc stoi ci­cho jak tru­sia i do­pie­ro aku­rat wte­dy dzwo­ni, kie­dy po­trze­ba. Albo oj­ciec mu źle wy­tłu­ma­czył, albo Dżek był wte­dy śpią­cy, dość że zro­zu­miał, że w bu­dzi­ku sie­dzi ko­gut, któ­ry nie pie­je, tyl­ko dzwo­ni. Więc Dżek sam był w miesz­ka­niu i strasz­nie chciał zo­ba­czyć tego ko­gu­ta. No i nic nie wi­dział, i ze­psuł ze­gar, i do­stał dwie bury: osob­no od ojca i zu­peł­nie osob­no od mat­ki. Bo wła­ści­wie po­win­no być tak, że za jed­ne rze­czy krzy­czy je­den, a za inne – dru­gi. Bo wy­cho­dzi, że za to samo gnie­wa się i na­uczy­ciel­ka, i mama, i tata, a jesz­cze się kto wtrą­ci, to już zu­peł­nie trud­no wy­trzy­mać.

Trze­ci raz gnie­wa­no się, kie­dy Dżek po­szedł z chło­pa­ka­mi na ry­nek, gdzie był okrop­ny tłok, no i zgu­bił czap­kę. Po­wie­dzie­li mu na­wet wte­dy, że nie­dłu­go zgu­bi gło­wę, i Dżek bar­dzo pła­kał, cho­ciaż ro­zu­miał, że gło­wy zgu­bić nie moż­na; ale za­wsze było mu przy­kro.

Te­raz więc każ­dy ro­zu­mie, że mat­ka Dże­ka była ko­bie­tą go­spo­dar­ną i że Dżek nie był ło­bu­zem – bo każ­de­mu może się zda­rzyć.

Więc żył so­bie Dżek, ko­cha­ny przez ro­dzi­ców, sza­no­wa­ny przez młod­sze dzie­ci z po­dwór­ka.

Wła­ści­wie Dżek nie miał przy­ja­ciół, bo nie był bar­dzo zręcz­ny w za­ba­wach, nie umiał opo­wia­dać ba­jek i nie lu­bił żad­nych psot ani fi­glów. Za­wsze ostrze­gał:

– Le­piej daj­cie spo­kój. Jesz­cze szy­bę stłu­cze­cie; zo­ba­czy­cie, że to się źle skoń­czy.

Ko­le­dzy się gnie­wa­li i na­zy­wa­li go tchó­rzem.

Ale jak trze­ba było ku­pić na spół­kę śliw­ki albo cu­kier­ki, za­wsze zwra­ca­li się do Dże­ka. Dżek wie, gdzie jest ta­nio, umie się tar­go­wać, ob­li­czy i spra­wie­dli­wie po­dzie­li. Na przy­kład w pię­ciu ra­zem ku­pi­li dwa­dzie­ścia czte­ry wi­śnie. Dżek wra­ca do skle­pu i mówi:

– Niech pani doda jesz­cze jed­ną wi­śnię, to każ­dy bę­dzie miał po pięć, a ja pani za to zwró­cę tor­bę.

Albo:

– Niech pani za­mie­ni to jabł­ko na dwa małe.

Po­tem Dżek się na­uczył, że chęt­niej dają, je­że­li się mówi nie „niech”, a „pro­szę bar­dzo” albo „niech pani bę­dzie ła­ska­wa”.

Kup­co­wa za­raz za­mie­ni albo doda, bo dla niej to nic nie zna­czy.

Bywa cza­sem tak, że są wi­śnie doj­rza­łe, lep­sze i gor­sze, duże i małe – Dżek już so­bie po­ra­dzi. Burk­nie tam któ­ry gry­ma­śnik, że woli czer­wo­ny cu­kie­rek, że chce to, a nie tam­to. Ale wi­dzą, że Dżek nie bie­rze dla sie­bie naj­lep­szych, więc cich­ną. I za to wła­śnie sza­nu­ją Dże­ka.

Bywa zresz­tą, że Dżek ostrze­ga, żeby cze­goś nie ro­bić – nie po­słu­cha­ją i źle na tym wyj­dą. Z Dże­kiem każ­da za­ba­wa jest bez­piecz­niej­sza i dla­te­go nie od­ma­wia­ją, je­że­li chce się ba­wić.

Dżek od ma­leń­ko­ści lu­bił li­czyć. Zbie­rał i li­czył za­pał­ki, bi­le­ty tram­wa­jo­we, li­czył skle­py, domy, kro­ki, sa­mo­cho­dy. Wie Dżek, ile jest skle­pów do rogu z pra­wej i le­wej stro­ny. Dżek chce być kup­cem.

Raz nie było świa­tła na scho­dach i oj­ciec chciał za­pa­lić za­pał­kę. A Dżek mówi:

– Nie trze­ba. Tu jest sześć schod­ków, a da­lej dwa­na­ście.

Oj­ciec po­chwa­lił Dże­ka.

– Chło­pak ma do­brą gło­wę do ra­chun­ków – mó­wi­li zna­jo­mi.

Kie­dy raz przy­szli go­ście, py­ta­no się dzie­ci, kim chcą zo­stać, jak do­ro­sną.

– Ja będę ofi­ce­rem.

– Ja chcę być me­cha­ni­kiem.

– No, a ty, Dżek, kim bę­dziesz?

Dżek przy­po­mniał so­bie po­dar­te na woj­nie spodnie i ze­psu­ty bu­dzik, więc po­wie­dział:

– Zo­sta­nę kup­cem.

Dżek czę­sto ba­wił się z małą Mary w sklep. Z pu­deł­ka od pa­sty do bu­tów zro­bił wagę. Wa­żył kasz­ta­ny, ka­my­ki, pia­sek. Pia­sek – to cu­kier albo ka­sza, ka­my­ki – to groch i orze­chy. Wagę zro­bił ze szpil­ki od wło­sów, sznur­ka, no i tego bla­sza­ne­go pu­deł­ka. Pu­de­łek Dżek miał dużo, bo pa­pie­ro­sy wszy­scy pra­wie palą; a pła­ci­ło się bi­le­ta­mi tram­wa­jo­wy­mi.

Za­ba­wa nie jest taka przy­jem­na jak sklep praw­dzi­wy, więc Dżek lu­bił pa­trzeć na praw­dzi­wych kup­ców. I raz sta­ru­szek ku­pił chleb i ser, a kie­dy li­czył pie­nią­dze, jed­na mo­ne­ta upa­dła na zie­mię i nie mógł jej zna­leźć. Więc już nie chciał szu­kać i po­szedł so­bie. Ale Dżek był cie­ka­wy, gdzie się mo­gła po­dziać. No i le­ża­ła w ką­ci­ku koło sa­me­go schod­ka. Dżek do­go­nił sta­rusz­ka i od­dał.

– Dzię­ku­ję ci, bar­dzo ci dzię­ku­ję, mój chłop­cze. Je­steś po­rząd­nym dziec­kiem i wy­ro­śniesz na uczci­we­go czło­wie­ka.

Dżek bar­dzo się za­wsty­dził, bo przy­po­mniał so­bie zje­dzo­ną po kry­jo­mu raz kost­kę cu­kru. Było to aku­rat wte­dy, kie­dy się ba­wił w ban­dy­tów z nie bar­dzo po­rząd­ny­mi chłop­ca­mi. Był jesz­cze mały, a mali chłop­cy bar­dzo ła­two się psu­ją – i całe szczę­ście, że tak samo ła­two po­tem się zno­wu po­pra­wia­ją.

Więc Dżek po­sta­no­wił uni­kać złe­go to­wa­rzy­stwa, żeby się bar­dziej jesz­cze nie ze­psuć.

Mi­ster Ful­ton nie był za­do­wo­lo­ny, że Dżek chce zo­stać kup­cem, jak uro­śnie.

– Wo­lał­bym, żeby był rol­ni­kiem jak jego dzia­dek albo rze­mieśl­ni­kiem jak ja. Bo ku­piec wła­ści­wie nic nie robi. Ani sie­je, ani bu­du­je; za­wsze to wy­glą­da na ko­rzy­sta­nie z cu­dzej pra­cy.

– Za­po­mi­nasz, mój ko­cha­ny – mó­wi­ła mat­ka Dże­ka – że prze­cież moi ro­dzi­ce mają sklep i też pra­cu­ją uczci­wie.

– No tak – przy­zna­wał mi­ster Ful­ton – ale jed­nak to coś in­ne­go.

I tak roz­ma­wia­li ro­dzi­ce, kie­dy Dżek był bar­dzo mały i na­wet do szko­ły nie cho­dził jesz­cze. Więc pew­nie Dżek bę­dzie wo­lał wy­je­chać póź­niej na wieś, gdzie o wie­le przy­jem­niej niż w mie­ście.

Bo trze­ba wie­dzieć, że ame­ry­kań­skie mia­sta są jesz­cze gor­sze niż na­sze. W mia­stach ame­ry­kań­skich są strasz­nie wy­so­kie domy, że aż je na­zwa­no dra­pa­cza­mi nie­ba – ha­łas, tłok, kurz i dym są okrop­ne. I w ogó­le Ame­ry­ka – to dziw­ny świat. Ame­ry­ka jest jak­by na dole, jak­by tam lu­dzie cho­dzi­li gło­wą na dół. Ale nam się tyl­ko tak zda­je. A już zu­peł­nie z pew­no­ścią u nich jest noc, kie­dy u nas dzień. I wy­pa­da, że tam śpią w dzień, a w nocy cho­dzą do szko­ły. Przy­jem­nie by­ło­by po­je­chać i te dziw­ne rze­czy sa­me­mu zo­ba­czyć. Bo z książ­ki nig­dy się tak do­brze nie wie, jak kie­dy się wi­dzi wła­sny­mi ocza­mi. Niby jak ja­kaś baj­ka.

Powieść ta za­czy­na się wte­dy, kie­dy Dżek już dwa lata cho­dzi do szko­ły, i sie­dzi te­raz koło okna na trze­ciej ław­ce. Tam­ta na­uczy­ciel­ka wła­śnie za­cho­ro­wa­ła, i nowa pani ob­ja­śnia, ja­kie nowe ze­szy­ty i książ­ki trze­ba ku­pić na nowy rok szkol­ny.

Dżek sie­dzi spo­koj­nie, słu­cha uważ­nie i my­śli:

„Oj­ciec znów bę­dzie mu­siał wy­dać tyle pie­nię­dzy”.

Dżek ma ze­szło­rocz­ną tecz­kę, piór­nik, pra­wie pół ołów­ka, gumę, li­nij­kę, ekier­kę, cyr­kiel, brak mu tyl­ko paru kre­dek i pió­ro się gdzieś za­po­dzia­ło. W tym roku miał do­stać scy­zo­ryk.

Nie­przy­jem­nie po­ży­czać scy­zo­ryk. Nie wszy­scy są tacy do­brzy, wię­cej jest sa­mo­lu­bów.

Mó­wisz mu:

– Po­życz, wi­dzisz, bo mi się szpic uła­mał. Za­raz ci od­dam.

A on mówi, że nie ma, albo robi ła­skę.

Dżek wi­dział na wy­sta­wie bar­dzo ład­ny scy­zo­ryk z dwo­ma ostrza­mi, praw­dzi­wy sta­lo­wy, w ro­go­wej opra­wie. Obej­rzał go do­kład­nie przez szy­bę może sto razy, a po­tem wszedł do środ­ka.

– Ile ten scy­zo­ryk kosz­tu­je? I pan bę­dzie ła­skaw po­ka­zać, bo te­raz nie mam pie­nię­dzy, ale oj­ciec obie­cał ku­pić, jak się za­cznie szko­ła.

Dżek chuch­nął na nóż, spró­bo­wał na pa­znok­ciu, czy ostry, po­tarł o rę­kaw, czy opra­wa na­praw­dę ro­go­wa, po­wą­chał, po­dzię­ko­wał i od­dał. Ale te­raz pew­nie oj­ciec nie kupi, kie­dy zgu­bił pió­ro.

Gdzie ono mo­gło się po­dziać?

Na­uczy­ciel­ka po­dyk­to­wa­ła książ­ki, a po­tem mó­wi­ła, że trze­ci od­dział jest bar­dzo waż­ny, bo z trze­cie­go od­dzia­łu prze­cho­dzi się do czwar­te­go, że star­si chłop­cy po­win­ni już do­brze się spra­wo­wać nie tyl­ko w szko­le, ale i na uli­cy, bo mu­szą da­wać młod­szym do­bry przy­kład.

Po­tem była prze­rwa i za­raz nie­któ­rzy za­czę­li bie­gać po ław­kach. Wte­dy Do­ris po­wie­dzia­ła:

– Za­po­mnie­li­ście, co pani mó­wi­ła. Ład­ny star­szy od­dział! Ław­ki świe­żo ma­lo­wa­ne, a oni la­ta­ją.

Har­ry od­po­wie­dział:

– Pil­nuj swe­go nosa.

Al­lan krzyk­nął:

– Kli­tuś-baj­duś!

A Fil na złość jesz­cze wię­cej za­czął do­ka­zy­wać i po­cią­gnął ją za war­kocz.

Za­raz wtrą­cił się, rzecz na­tu­ral­na, spra­wie­dli­wy Jim, że wpraw­dzie i on nie lubi Do­ris, ale tym ra­zem ona ma słusz­ność.

Do­ris, swo­im zwy­cza­jem, za­czę­ła pła­kać i omal nie do­szło do bój­ki mię­dzy Har­rym i Ji­mem.

Już tak jest za­wsze, że po wa­ka­cjach naj­wię­cej do­ka­zu­ją, aż po­tem znów się uspo­ko­ją.

Dżek przez cały czas stał koło okna, bo jesz­cze bę­dzie awan­tu­ra i mogą go nie­win­nie wplą­tać, i nowa pani może tak samo się do nie­go uprze­dzić, jak tam­ta. Do­syć się na­cier­piał przez dwa lata, więc cho­ciaż te­raz musi być ostroż­ny.

Ale woź­ny po­wie­dział, żeby szli do domu, bo lek­cji wię­cej nie bę­dzie, i Dżek po­wo­lut­ku sam so­bie wra­ca do domu.

Aż tu pa­trzy, że na rogu uli­cy Dłu­giej za­mknię­ty jest sklep ko­lo­nial­ny. Dżek za­wsze ku­po­wał tam cu­kier­ki. Były tu dłu­gie mię­to­we cu­kier­ki, któ­re aż szczy­pią w ję­zyk, a po­tem, jak wcią­gać po­wie­trze, to się tak zim­no robi w ustach. Były tam cu­kier­ki z li­kie­rem i na­dzie­wa­ne w pa­pier­kach, więk­sze mig­da­ło­we i małe róż­no­ko­lo­ro­we kul­ki. Były cze­ko­lad­ki na sztu­ki, róż­ne fi­gur­ki z cu­kru i cze­ko­la­dy, były całe wor­ki orze­chów la­sko­wych, wło­skich i ame­ry­kań­skich4. (Ame­ry­kań­skie orze­chy mają tak twar­dą sko­ru­pę, że trze­ba je młot­kiem roz­bi­jać).

W szkla­nych klo­szach i sło­jach były jed­ne rze­czy, w bla­sza­nych pu­dłach inne, w szu­fla­dach znów inne i w ko­szy­kach owo­ce.

Dżek bar­dzo lu­bił w tym skle­pie ku­po­wać i nig­dy się nie spie­szył. Więc wła­ści­ciel za­ła­twiał do­ro­słych, a on so­bie stał i pa­trzył. Cza­sem na­wet zga­dy­wał, któ­rą szu­fla­dę wła­ści­ciel otwo­rzy. Był tam jesz­cze bar­dzo cie­ka­wy przy­rząd do sznur­ka, tak że sznu­rek nie może się w ża­den spo­sób po­plą­tać. W ogó­le wszyst­ko tak wy­god­nie urzą­dzo­ne, tak dużo roz­ma­itych rze­czy i taki po­rzą­dek, że wca­le nie­trud­no wie­dzieć, gdzie co leży.

No i te­raz cały sklep za­mknię­ty. Do­my­ślił się Dżek, że coś się sta­ło, ale do­pie­ro Ka­czor mu po­wie­dział:

– Wła­ści­ciel skle­pu zban­kru­to­wał.

Bo kto ma sklep, musi wszyst­ko ku­po­wać. Ku­pu­je od razu dużo, a po­tem po trosz­ku z za­rob­kiem sprze­da­je. Ale nie ma tyle pie­nię­dzy, żeby od razu za­pła­cić, bo by mu zbra­kło. Więc mówi, że póź­niej za­pła­ci, jak już tro­chę sprze­da. Ale musi w porę za­pła­cić, bo jak nie, to mu wszyst­ko za­bio­rą: na­wet sto­ły, sza­fy, krze­sła, na­wet to, co jego.

– No, ro­zu­miesz te­raz?

Dżek nie wszyst­ko ro­zu­miał, ale Ka­czor się nie­cier­pli­wił:

– Och, ja­kiś ty głu­pi.

Dżek nie my­ślał daw­niej, skąd się bio­rą te całe skrzy­nie, wory i pu­dła. No, ro­zu­mie się, że musi ku­po­wać. Ale je­że­li sprze­da­wał, to miał już pie­nią­dze; więc dla­cze­go nie pła­ci i cze­ka, aż mu wszyst­ko za­bio­rą?

Dżek sie­dzi na schod­ku i gry­zie jabł­ko, a Ka­czor stoi i co po­wie parę słów, okrę­ca się na pię­cie i – znów:

– Och, ja­kiś ty głu­pi.

Aż na­wet py­tać się nie­przy­jem­nie.

– Chcesz, po­ka­żę ci na jabł­ku, co zna­czy zban­kru­to­wać. No, daj jabł­ko. No i patrz.

Ugryzł.

– Wi­dzisz. Tyś mi dał jabł­ko. Ro­zu­miesz? To jest two­je jabł­ko?

– No moje.

– I tyś mi je dał. No nie?

Ugryzł dru­gi raz.

– Wi­dzisz, już jest tyl­ko ka­wa­łek. Chcesz ode­brać?

– Bo co?

– Bo nic. Nie mogę ci od­dać, bo nie mam. Ro­zu­miesz: zban­kru­to­wa­łem. Choć­bym chciał, to ci nie dam. No i co mi zro­bisz?

Tu ugryzł trze­ci raz, wy­krę­cił się i po­le­ciał. A po­tem jesz­cze się draż­ni:

– Głu­pi Dżek. Daj dru­gie jabł­ko, to ci le­piej wy­tłu­ma­czę.

I Ka­czor na ca­łym po­dwó­rzu wpro­wa­dził sza­chraj­ską za­ba­wę, że jak ktoś da coś dru­gie­mu i nie po­wie: „Wy­ma­wiam”, a tam­ten wziął i po­wie­dział: „Zban­kru­to­wa­łem”, to so­bie brał tę rzecz i mógł nie od­da­wać.

Na­przód ba­wi­li się chłop­cy, a po­tem dziew­czyn­ki. Naj­go­rzej wy­cho­dzi­li mali, bo się naj­czę­ściej ga­pi­li. W ten spo­sób Alin stra­ci­ła la­lecz­kę, a Mer­rick cym­bał­ki. Aż skoń­czy­ło się awan­tu­rą. Bo mały Dick dał wszyst­kie książ­ki i ka­je­ty niby do trzy­ma­nia i za­po­mniał wy­mó­wić. Tam­ten by na­wet nie wziął, tyl­ko Dick mu­siał­by mu dać parę cen­tów. Ale ma­lec się prze­stra­szył i z be­kiem do mat­ki na skar­gę. I do­pie­ro się do­wie­dzie­li. I kłó­ci­li się na po­dwór­ku, już nie tyl­ko dzie­cia­ki, ale do­ro­śli, bo mat­ka po­wie­dzia­ła:

– Pierw­szy zło­dziej wy­ro­śnie z nie­go.

A ta:

– Chy­ba do­pie­ro dru­gi, bo pierw­szym zło­dzie­jem bę­dzie twój Dick.

Za­ba­wa w ban­kruc­two się skoń­czy­ła, a Dick do­stał w skó­rę.

Dżek sam nie wie­dział, czy ma ża­ło­wać kup­ca, któ­re­mu wszyst­ko za­bra­no, czy tych, któ­rzy dali wor­ki cu­kru, gru­szek i śli­wek su­szo­nych, orze­chów i skrzy­nie pier­ni­ków, a ten część sprze­dał i pie­nię­dzy nie pła­ci. Bo wy­pa­da, że Ka­czor do­brze mu wy­tłu­ma­czył, bo tym, co dali bez pie­nię­dzy, jest wszyst­ko jed­no prze­cież, czy sam zjadł, czy sprze­dał.

A tym­cza­sem sklep był za­mknię­ty i przy­kro było tam­tę­dy prze­cho­dzić. Po­tem na­wet szyl­dy zdję­to, ale Dżek nie wi­dział, kto zdej­mu­je, bo był wte­dy w szko­le.

Po­tem wpro­wa­dził się tam fry­zjer. Do­pó­ki jesz­cze ma­lo­wa­li, wno­si­li róż­ne rze­czy, wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li – było na co po­pa­trzeć. Ale po­tem już, za­miast cie­ka­we­go ko­lo­nial­ne­go, przy­był zu­peł­nie nud­ny sklep, obok któ­re­go prze­cho­dzi się obo­jęt­nie.

Dżek zna wszyst­kie cie­ka­we wy­sta­wy, obok któ­rych dwa razy dzien­nie prze­cho­dzi do szko­ły i z po­wro­tem. Ale fry­zjer go nie ob­cho­dzi.

Co zna­czy „zban­kru­to­wać”, nie do­wie­dział się nic no­we­go. Bo oj­ciec coś mu tam na od­czep­ne od­burk­nął, jak to za­wsze ro­bią do­ro­śli, kie­dy im się nie chce. A mat­ka tyl­ko to mu po­wie­dzia­ła:

– Czło­wiek nie po­wi­nien wy­da­wać wię­cej, niż ma. Nie po­ży­czaj, nie zban­kru­tu­jesz. Moi ro­dzi­ce pro­wa­dzą sklep trzy­dzie­ści sześć lat, wy­cho­wa­li dzie­ci i żyją. To trud­no: nie każ­dy może so­bie na wszyst­ko po­zwo­lić.

Bied­ny Dżek nie prze­czu­wał na­wet, że bar­dzo nie­dłu­go do­wie się, och, jak bo­le­śnie się do­wie, co zna­czy ban­kruc­two.

I w ży­ciu czę­sto tak bywa, że niby się coś wie i ro­zu­mie, ale do­pie­ro wte­dy na­praw­dę się ro­zu­mie, kie­dy się sa­me­mu po­czu­ło. Niby Dżek wie­dział, że noga zła­ma­na boli, ale te­raz wszyst­ko od po­cząt­ku do koń­ca pa­mię­ta. Wte­dy, cho­ciaż był mały, sły­szał, że bu­dzik może się ze­psuć, mó­wio­no, żeby nie ru­szał. No tak, ale kie­dy na sto­le le­ża­ły wy­krę­co­ne kół­ka, kie­dy sam wi­dział, że nic nie po­ra­dzi, kie­dy cze­kał, aż otwo­rzą się drzwi i wró­ci pani Ful­ton i bę­dzie mu­siał się przy­znać – do­pie­ro wte­dy ża­ło­wał, ale było za póź­no.

– Gdy­bym wpierw wie­dział, że tak bę­dzie – mówi so­bie czło­wiek. A cała bie­da, że się nig­dy nic na­przód nie wie. Choć do­ro­śli po­dob­no wie­dzą, co bę­dzie, i czę­sto po­wta­rza­ją:

„A nie mó­wi­łem, a nie ostrze­ga­łem. Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie”.

No tak: cza­sem tak jest na­praw­dę, ale czę­sto się tyl­ko chwa­lą.

Wszyst­ko na świe­cie jest roz­ma­ite. I sta­lów­ki, i bi­bu­ły, i ołów­ki, i gumy, i na­uczy­ciel­ki.

Na przy­kład w jed­ną bi­bu­łę atra­ment do­brze wsią­ka, a w dru­gą nie. Jed­ne gumy do­brze wy­cie­ra­ją, że wca­le nie znać, a są gumy bru­dzą­ce. Są ołów­ki twar­de i mięk­kie. Jed­ne stal­ki5 pi­szą gru­bo, inne cien­ko, są więk­sze i mniej­sze, okrą­głe i pła­skie. Ze­szy­ty są gru­be i cien­kie, pa­pier do­bry albo taki, że atra­ment się roz­pry­sku­je, a na koń­cu stal­ki ro­bią się wło­ski. Są ka­je­ty6 w jed­ną i dwie li­nie, aryt­me­tycz­ne i ry­sun­ko­we.

I na­uczy­ciel­ki są aryt­me­tycz­ne i ry­sun­ko­we, więk­sze i ni­skie, gru­be i cien­kie. Ale nie o to idzie. Są pa­nie we­so­łe albo smut­ne, któ­re dużo krzy­czą, ale nic nie ro­bią, albo nie krzy­czą, tyl­ko za­raz wzy­wa­ją ro­dzi­ców. I tak jak każ­dy lubi pi­sać inną sta­lów­ką, tak samo jed­ne­mu taka pani się le­piej po­do­ba, a dru­gie­mu znów inna.

Pani, któ­ra za­cho­ro­wa­ła i już w szko­le Dże­ka nie uczy, była ja­kaś dziw­na. Była do­bra, Dżek sam przy­zna­je, ale nie­spra­wie­dli­wa. Może nie dla wszyst­kich na­wet, ale dla nie­go. Z jej winy prze­żył Dżek dwa bar­dzo cięż­kie lata w szko­le.

Za­czę­ło się od ni­cze­go.

Dżek usiadł za­raz na po­cząt­ku na pierw­szej ław­ce. I tak samo było nie­spo­koj­nie, bo po wa­ka­cjach nie może być od razu spo­koj­nie. No i aku­rat pa­nią roz­gnie­wa­li. Aż tro­je sta­ło w ką­cie. W ogó­le wszyst­ko tego dnia się nie uda­wa­ło. Za­raz od rana była awan­tu­ra, bo je­den chło­piec przy­niósł do szko­ły cho­re­go psa z kro­sta­mi. Po­tem ma­za­li na ta­bli­cy. Je­dli na lek­cji, nie mie­li piór, krę­ci­li się, a co naj­gor­sze – urwa­li pa­sek od to­reb­ki. Bo pani tyl­ko na chwi­lę wy­szła z kla­sy i zo­sta­wi­ła to­reb­kę, a oni za­czę­li cią­gnąć i urwa­li.

Ale Dżek cały czas sie­dział zu­peł­nie spo­koj­nie na swo­jej pierw­szej ław­ce.

Pani się bar­dzo gnie­wa­ła:

– Co to ma zna­czyć? Ostat­ni raz wam mó­wię! Już wię­cej wam nie po­wtó­rzę.

Każ­da pani ma inny spo­sób, kie­dy kla­sa jest nie­spo­koj­na. Na przy­kład w szko­le Al­la­na pani mówi:

– Boże mi­ło­sier­ny. – I: – Nie do wy­trzy­ma­nia.

A w od­dzia­le Fan­ny:

– Gło­wa mi pęka. – I: – Trze­ba zry­wać gar­dło.

Cza­sem pa­nie mó­wią:

– Jak wy się nie wsty­dzi­cie?

Albo:

– Łapy wam po­prze­trą­cam.

Ale pani po­wie­dzia­ła, żeby dać jej książ­kę. Więc Dżek dał pani swo­ją książ­kę, bo sie­dział naj­bli­żej. I pani za­czę­ła tłuc ręką w książ­kę. Tak moc­no wa­li­ła, że Dżek już nie mógł wy­trzy­mać, wstał i bar­dzo grzecz­nie po­wie­dział:

– Niech pani bę­dzie ła­ska­wa nie tłuc tak, bo książ­ka się znisz­czy.

Dłu­go Dżek nie mógł zro­zu­mieć, dla­cze­go pani się roz­gnie­wa­ła. Do­pie­ro póź­niej się do­wie­dział, że nie wol­no ro­bić żad­nych uwag na­uczy­ciel­ce, choć­by naj­grzecz­niej.

Pani ka­za­ła Dże­ko­wi w tej chwi­li za­brać książ­kę i raz na za­wsze za­bro­ni­ła so­bie po­ży­czać.

– Że­byś mi nig­dy nic nie da­wał, ro­zu­miesz?

Dże­ko­wi zro­bi­ło się strasz­nie nie­przy­jem­nie. Ale to był do­pie­ro po­czą­tek. Bo parę dni póź­niej pani ka­za­ła mu po­ży­czyć Bet­ty książ­kę, a ona za­wi­nę­ła róg stro­ni­cy i w do­dat­ku zro­bi­ła na okład­ce dwa klek­sy. Całe szczę­ście, że książ­ka była ob­ło­żo­na w ga­ze­tę.

Było aku­rat wte­dy bez­ro­bo­cie, nie­któ­re fa­bry­ki wca­le nie pra­co­wa­ły albo trzy dni w ty­go­dniu. Tak samo było z oj­cem Dże­ka. Na­wet Dżek nie miał­by ksią­żek, tyl­ko ku­pił mu chrzest­ny. Oj­ciec za­po­wie­dział, żeby Dżek sza­no­wał książ­ki, Dżek obie­cał utrzy­my­wać je we wzo­ro­wym po­rząd­ku, a tu masz za­raz – od razu.

Ale to jesz­cze nie wszyst­ko. Bo dużo dzie­ci nie mia­ło w tym roku bez­ro­bo­cia ksią­żek, aż pani mu­sia­ła na­wet od­sy­łać do domu. Więc znów pani ka­za­ła po­ży­czyć książ­kę Wil­so­no­wi. Tego już było za wie­le.

– Nie dam – po­wie­dział Dżek.

Ale Wil­son za­czy­na wy­ry­wać, jak­by to była jego. Dżek się roz­pła­kał. A trze­ba wie­dzieć, że Dżek nie jest sko­ry do łez; w ogó­le wstyd pła­kać, tym bar­dziej przy dziew­czyn­kach.

I cóż pani?

Na­zwa­ła go skne­rą i złym ko­le­gą. Mó­wi­ła, że bo­ga­ci po­win­ni po­ma­gać bied­niej­szym. A wła­śnie Wil­son był bo­gat­szy od ojca Dże­ka. Po­tem jesz­cze coś pani mó­wi­ła, ale Dżek nie sły­szał, bo jak się na ko­goś bar­dzo gnie­wa­ją, to nig­dy nie wie, co mó­wią. Wresz­cie pani po­wie­dzia­ła, że jak Dżek uro­śnie, nikt go lu­bić nie bę­dzie.

Po tej awan­tu­rze Dżek za­uwa­żył, że pani go nie lubi. Niby się pani wca­le nie gnie­wa, ale za­wsze. Już to się czu­je. Dżek prze­stał pod­no­sić pal­ce, je­że­li coś wie­dział, nie tak we­so­ło wy­bie­rał się rano do szko­ły, ża­ło­wał, że usiadł na pierw­szej ław­ce, i rza­dziej opo­wia­dał w domu, co było w szko­le.

Aż zda­rzy­ło się, że Dżek mógł prze­ko­nać pa­nią, że jest do­brym ko­le­gą, że się pani omy­li­ła, że jak uro­śnie, wła­śnie go będą lu­bi­li.