Bandyta - Gabriel Glinka - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Bandyta ebook

Gabriel Glinka

0,0

Opis

W wieku kilkunastu lat uciekł z domu i zaczął stawiać pierwsze samodzielne kroki - na ścieżkach zła. Poruszał się na nich coraz szybciej i pewniej, przekraczając wkrótce granice mrocznego świata przestępczości zorganizowanej.

Stał się człowiekiem o wielu twarzach. Był złodziejem, przemytnikiem, oszustem, sutenerem. W końcu piekło, które sam stworzył, zaczęło się o niego upominać.

Bywają sytuacje, gdy nie ma już drogi powrotnej.
Na pewno?

Bandyta
w więziennej celi po raz pierwszy w życiu postanawia stoczyć dobrą walkę. W obronie więzi łączącej go z córką. W czasie tych zmagań wkroczy na drogę odmienną od tych, którymi podążał dotychczas.
Dokąd go zaprowadzi?

Bandyta to powieść autobiograficzna. Dedykuję ją wszystkim, którzy nie zgadzają się na osądzanie drugiego człowieka bez poznania tajemnic, które w sobie kryje.
Gabriel Glinka

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Gabriel Glinka

BANDYTA

Wydawnictwo WAM

Kraków

© Wydawnictwo WAM, 2015

Opieka redakcyjna: Anna Pasieka-Blycharz

Redakcja: Zofia Palowska, Aleksandra Marczuk

Korekta: Dariusz Godoś

Projekt okładki: Magdalena Kuc

Przygotowanie ebooka: Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0369-9

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Mojej Córce, Rodzicom i Bratu

Patrz, otwórz szeroko oczy, by nic Ci nie umknęło. 

We fragmenty życia wpisany jest cud stworzenia.

W prostych obrazach, bez słów...

„Szaweł natomiast wciąż pałał nienawiścią i chęcią mordowania uczniów Pana. Poszedł więc do najwyższego kapłana i poprosił o listy polecające do synagog w Damaszku. Chciał bowiem odszukać zwolenników tej drogi, zarówno mężczyzn, jak i kobiety, aby ich pojmać i przyprowadzić do Jeruzalem. Był właśnie w podróży i zbliżał się już do Damaszku, gdy nagle poraziło go światło z nieba. Upadł na ziemię i usłyszał słowa: «Szawle, Szawle! Dlaczego mnie prześladujesz?». A on zapytał: «Kim jesteś, Panie?». I usłyszał: «Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i idź do miasta. Tam się dowiesz, co masz czynić». A ludzie, którzy z nim podróżowali, oniemieli ze zdumienia, gdyż usłyszeli głos, lecz nikogo nie widzieli. Szaweł podniósł się z ziemi. Otworzył oczy, ale nic nie widział. Trzymając go za ręce, doprowadzili go do Damaszku. Tam przez trzy dni nic nie widział. Nie jadł też ani nie pił.

Przebywał zaś w Damaszku pewien uczeń [Chrystusa] o imieniu Ananiasz. Pan powiedział do niego w widzeniu: «Ananiaszu!». A on odpowiedział: «Słucham, Panie!». Pan mu rozkazał: «Idź natychmiast na ulicę Prostą i odszukaj w domu Judy Szawła z Tarsu. On modli się w tej chwili». A Szaweł miał widzenie. Ujrzał Ananiasza, który wchodzi do domu i kładzie na nim ręce, aby odzyskał wzrok. Wówczas Ananiasz odrzekł: «Słyszałem od wielu ludzi, ile zła wyrządził ten człowiek Twoim świętym w Jeruzalem. Otrzymał on od wyższych kapłanów pełnomocnictwo, aby także tutaj więzić tych, którzy wyznają Twoje imię». Lecz Pan mu odpowiedział: «Idź! Wybrałem go sobie za narzędzie. On zaniesie moje imię do pogan i królów, i narodu izraelskiego. Objawię mu także, jak wiele będzie musiał wycierpieć z powodu mego imienia»” (Dz 9, 1-16).

1

Leżę twarzą do ziemi, w środku miasta. Wokół mnie samochody, wstrzymane w ruchu błyskiem kogutów i wyciem syren. Asfalt jezdni, w który wciska mnie kolano psa, parzy dotykiem przegranej. W głowie telepie mi się jedna myśl: „To koniec, dopadli mnie...”, potwierdzona uciskiem kajdanek na przegubach rąk, skuwanych za plecami. Obmacują mnie czyjeś ręce, dokładnie przeszukując. Zabierają wszystko, co mam przy sobie. Nie próbuję stawiać oporu, mając lufę przed oczami. Po chwili mocne szarpnięcie stawia mnie na nogi. Potem czyjaś ręka zakłada bolesną dźwignię zginającą mnie ku ziemi. Krótki marsz i wciskają mnie na tylne siedzenie cywilnego radiowozu. Akcja jest błyskawiczna, przygotowana i wykonana perfekcyjnie. Wszystko odbyło się w ciągu niespełna półtorej minuty. Jadę ściśnięty między dwoma łapsami w kominiarkach. Uspokajam rozbiegane myśli, przywołując na pomoc swój lodowaty spokój w akcji, pozwalający działać z precyzją automatu i błyskawicznie podejmować właściwe decyzje w toczącej się walce. Będzie mi teraz potrzebny. Byłem poszukiwany od kilku miesięcy. Ukrywałem się, przygotowując ucieczkę z kraju. Jak zawsze wtedy, gdy gotowało mi się przy dupie. Wytropili mnie jednak i dopadli. Zaraz się dowiem, jak i co wygrzebali. Krótka podróż przebiega w milczeniu i kończy się na policyjnym parkingu. Wyciągają mnie z auta. Znowu ból dźwigni i po paru chwilach ląduję na krześle naprzeciw starego znajomego. Siedzi po przeciwnej stronie rozdzielającego nas biurka. „Kominiarze” stają koło mnie, nieco z tyłu. Tamten podnosi głowę i uśmiecha się lekko.

– Sie masz, Mruk. – Słowa powitania zalatują zjadliwą kpiną. – Długo kazałeś na siebie czekać. Niecierpliwiliśmy się trochę i martwiliśmy o ciebie – kpi dalej. – Czy, nie daj Boże, nie stało ci się nic złego. – Teraz złośliwie, z udawaną troską w głosie.

Nie odpowiadam. To jego zwycięstwo, niech się nim nacieszy. Patrzymy na siebie w ciszy. Dwóch profesjonalistów: zły i dobry. Odwieczna walka dobra ze złem. Wygrał lepszy – ten dobry. Zły milczy. Ciszą okazuje szacunek przeciwnikowi, który go pokonał. Nieudawany. Zabawa w policjantów i złodziei. Każdy robił swoje, najlepiej jak potrafił. Ten etap wygrał on. Koniec – po co się szarpać, marnować energię. Zaraz zacznie się dalsza część gry – ważniejsza niż ta miniona, przegrana. Jej wynik zdecyduje o moim losie. Skupiam się w sobie i wciąż milczę.

– No dobra – mówi. – Najpierw procedura. Imię i nazwisko – rzuca.

– Daj spokój – odpowiadam spokojnie. – Przepisz sobie z kwitów.

– Nic się nie zmienia, co? – stwierdza z rezygnacją. – Pochyla się nad papierami i przepisuje moje dane z dowodu.

Nie odpowiadam. Gdy skończył, rozparł się na krześle w pozycji pana sytuacji. Czekam w napięciu. Chwilę przyglądał mi się z satysfakcją, po czym rzucił pytanie, na które cierpliwie czekałem, które wyjaśni moją sytuację chociaż w zarysie.

– Wiesz, dlaczego zostałeś zatrzymany?

Nie reaguję od razu. Znam przyczynę poszukiwań. Ale czy to jedyny ich powód? Nie wiem. Wiem za to jedno: wiele mam na sumieniu. Coś mogło im wyleźć. Niech on odkryje karty.

– Ty mi to powiesz. – Wciąż jestem opanowany. – Więc mów, co na mnie macie, albo mnie rozkuj i wypuść – kontynuuję bezczelnie.

Wzrok mu spochmurniał. Ze złością zaczął grzebać w papierach przed sobą. Po chwili znalazł.

– Jesteś zatrzymany w celu odbycia kary pozbawienia wolności. – Głos mu przygasł, za to ja się teraz uśmiecham.

To była przyczyna poszukiwań, o której wiedziałem. Wyrok niewielki, jak zwykle. Do udźwignięcia, ale sytuacja jest ciężka. To nie jedyny, który na mnie ciąży. Może być jednak kamieniem, który pociągnie za sobą lawinę. Wcale niemałą – i nie będzie mi wtedy do śmiechu. Wciąż nie mam pewności.

– To po to ten cały rejwach w środku miasta? – pytam podstępnie. – Nie można było łagodniej, bardziej cywilizowanie? – Tkam dalej swoją sieć.

Przygląda mi się przez moment.

– Skończ pierdolić! – Rwie ją w strzępy na samym początku.

Za dobry jest na takie chwyty. Stracił jednak spokój – punkt dla mnie. Milczę i czekam. To on musi mówić, nie ja.

– Pójdziesz sobie teraz odpocząć, a my popracujemy trochę nad tobą – rzuca z groźbą w głosie.

„Życzę powodzenia” – odpowiadam w myślach.

– Mamy dużo czasu, nigdzie nam się nie spieszy – jakby mówił do ściany.

Nie odzywam się. Niby obojętny, słucham z uwagą.

– I będziemy szukać daleko – kontynuuje psim warkotem. – Ostatnio jakbyś obniżył loty – stwierdza złośliwie. – Zestarzałeś się czy co? – Jego uszczypliwość narasta.

Zachowuję kamienną twarz, ale w środku gotuje mi się wszystko. Trafił mnie skurwiel, choć o tym nie wie. Ostatnie lata to jedno pasmo klęsk. Jakby kończyła się moja elektryka. Piłem coraz więcej i ekstremalniej. Czasem po wódzie dostawałem takiej korby, że to prawdziwy cud, że jeszcze żyję. I nie mniejszy, że nikt nie zginął. Paru jednak wylądowało w szpitalu. Ich milczenie sporo mnie kosztowało. Próbowałem się jakoś ratować. Dwie wszywki. Myślałem, że frytka w dupę załatwi sprawę. Raz załatwiła, przed laty. Tym razem nic nie dała. Było coraz gorzej. To wszystko miało przełożenie na interesy, które padały jeden po drugim. Traciłem wiarygodność. Ludzie bali się ze mną pracować, bo stałem się nieprzewidywalny. Mogłem sprowadzić zagrożenie na wszystkich. Zdarzało mi się pić w trakcie jakiegoś numeru. Łamałem własną zasadę zamka. Staczałem się w zastraszającym tempie. Traciłem szacunek, a tym samym możliwości wysokich dochodów. Kto wejdzie w układ z oliwą, któremu w każdej chwili może odbić szajba i narobi takiego wiatru, że zmiecie wszystkich? Raz o mało do tego nie doszło. Wracaliśmy w kilku z nocnych baletów. Środek miasta, puste ulice... Na dwa auta, wszyscy na żelazie, uzbrojeni. Nawalony jak stodoła siedziałem obok kierowcy. Taki świeżak, dlatego trzeźwy. Pili starsi, on robił za szofera. W pewnym momencie, nim ktokolwiek zdołał zareagować, dobyłem kopyta i z dzikim wrzaskiem wywaliłem cały magazyn w kierunku mijanych latarni. Dzieciak obok mnie tak się wystraszył, że wjechał w przystanek tramwajowy i zaparkował na wiacie. Cudem udało nam się stamtąd zawinąć i zbiec bez konsekwencji. Znam to z opowieści, bo byłem już bez filmu. Na drugi dzień obudziło mnie walenie do drzwi. Jeszcze nadymiony, upewniwszy się kto to, wpuściłem gości do domu. Weszli w towarzystwie jakiejś pary. Nieco zdziwiony ich obecnością, zapytałem o powód wizyty o tak wczesnej porze. Piłka była krótka. Byli wściekli i wystraszeni.

– Żarty się skończyły! – usłyszałem. – Tobie nie wolno pić, wariacie! W końcu położysz nas wszystkich. Więc albo fryta w dupę, albo się pierdol! – Nie zostawili mi wyboru.

Ogarnęła mnie wściekłość.

– Pojebało was czy co?! – Złość we mnie narastała.

– Nie nas, ciebie! – usłyszałem w odpowiedzi. – Wiesz, co żeś wczoraj nawyprawiał, szajbusie?!

– Co takiego?! – warknąłem z niepokojem.

Nie pamiętałem wszystkiego. Powiedzieli mi. Nie mogłem uwierzyć.

– Jedź do młodego na jamę i obejrzyj sobie samochód. Płacisz zresztą za jego remont.

– O kurwa! – Zgrzytnąłem zębami. – Muszę coś przyjąć – rzuciłem, ruszając w stronę barku z alkoholami. Moja spiżarnia była zawsze doskonale zaopatrzona. – Jebie mnie tak, że nie mogę myśleć – dodałem wyjaśniająco.

Zagrodzili mi drogę.

– Zdążysz – usłyszałem. – Więc jak? – przyparli mnie do ściany. – Zostajesz i chlasz czy idziesz z nami?

Przyjrzałem się z uwagą ich groźnym twarzom. Naprawdę nie żartowali. Popatrzyłem z tęsknotą na kolorowe butelki: ratunek był tak blisko...

– Idę z wami – zgodziłem się z rezygnacją.

– Doktorze, prosimy!

Teraz już wiedziałem, kogo ze sobą przywlekli i po co. Kobieta to pielęgniarka. Konował wyjaśnił mi zasady działania esperalu. Żartów nie ma – spożycie alkoholu może skończyć się piachem. Podpisuję oświadczenie, dobrowolnie zgadzając się na zabieg. „Zabezpieczają się, skurwiele!” – syczałem wściekle w myślach. Pytają mnie, na jak długo chcę się zaplombować.

– A na ile można? – jestem coraz bardziej wściekły.

– Na rok, dwa, trzy – usłyszałem.

– No to na trzy! – rzucają ze śmiechem kolesie.

– Mowy nie ma! – warczę coraz bardziej rozjuszony. – Na rok! – rzucam groźnie medykowi. – Jak coś przykombinujesz, to cię znajdę, napcham tymi prochami i napoję litrem. Sam na sobie będziesz mógł sprawdzić skuteczność ich działania. Zrozumiałeś?! – Patrzę mu prosto w oczy.

W jego wzroku pojawiło się przerażenie. Pewnie żałuje, że tu przyszedł. Pigułą też trzęsie strach. Kładę się posłusznie na łóżku. Lekkie ukłucie igły i po paru minutach nie czuję własnego tyłka. W zasadzie czuję, tylko jakby nie należał już do mnie. Grzebie w nim ten pieprzony rzeźnik. Przyszło mi do głowy, by po wszystkim zmusić go, żeby mnie w niego pocałował. W sam środek. Taki jestem rozjuszony. Zabieg trwał kilkanaście minut i musiałem za niego jeszcze sam zapłacić. Pięćset baksa – suma spotęgowała moją furię.

– Od dziś za rok pójdę do baru! – Zionąłem w pobladłą twarz medyka. – Jak mi coś zaszkodzi, to cię znajdę, pajacu!

Zielony ze strachu, kiwnął posłusznie głową, w pośpiechu pakując instrumenty do lekarskiej torby. Piguła, blada jak ściana, przy której stoi, czeka, aż tamten skończy. Po chwili pospiesznie wychodzą. Ze strachu zapomnieli powiedzieć „do widzenia”. I dobrze, bo nie chcę ich więcej widzieć. Tym bardziej że po upływie dwunastu miesięcy dowiedziałem się, że zaaplikowali mi placebo. Witaminki, kurwa mać! Miałem nawet ochotę poszukać ich i odzyskać wydaną kasę z należnymi odsetkami. Odpuściłem tylko dlatego, że zwróciła się wielokrotnie. Nie miałem wątpliwości, że dzięki mojej abstynencji.

Substytutem alkoholu stał się seks. Pić nie mogłem, więc pieprzyłem się jak królik, przy pomocy kompulsywnego seksu upuszczając sobie ciśnienia. Gdy już mogłem, wróciłem do chlania. Równia pochyła. Doprowadziła do krzesła, na którym teraz siedzę. Za chwilę poprowadzi dalej – za więzienne kraty. Być może na długo. Mój strach się potęguje. Tym bardziej że tamten ględzi dalej.

– Wychodzą nam sprawy sprzed wielu lat – kontynuuje niezrażony moim milczeniem. – Sprzed dziesięciu i więcej. Przewijasz się w nich. W końcu coś znajdziemy i będziesz mógł długo wspominać, jak to było miło kiedyś hasać. – Uśmiecha się złośliwie. – Obiecałem ci, że cię w końcu dopadnę i wsadzę na długo. Pamiętasz?

Pamiętam. Był upokorzony i wściekły, gdy wychodziłem z prokuratury wolny, a on mógł tylko bezsilnie na to patrzeć. Przechodząc, rzuciłem mu pogardliwie w twarz:

– Za cienki jesteś na mnie.

Zatrzęsło nim. Już tylko w kierunku moich pleców cisnął tę obietnicę. Skwitowałem ją wyprostowanym środkowym palcem.

– Kurwa, po co my ich łapiemy, skoro ci ich wypuszczają? – Dosłyszałem jeszcze, jak zawarczał. Zostawiłem go za drzwiami z jego gniewem. Wywinąłem mu się wtedy. Wreszcie się doczekał i przygląda mi się teraz z prawdziwą satysfakcją. Nie reaguję i wciąż milczę. Tylko ja wiem, ile mnie to kosztuje. Chwilę jeszcze czeka, wreszcie rezygnuje.

– No dobra, podpisz kwity – mówi już łagodniej. Podpisuję. Zbiera je do kupy, jeden podaje łapsom i zwraca się do mnie z pożegnaniem: – Koledzy odstawią cię na miejsce. Myślę, że za jakiś czas wpadnę na pogawędkę. Obiecuję, że będzie o czym rozmawiać – dorzucił znowu ze złośliwym uśmiechem.

Gdyby wiedział, co te słowa zrobiły z moim środkiem, pewnie odprowadziłby mnie osobiście pod celę, nieustannie je powtarzając. Milczę zawzięcie z kamiennym obliczem.

Po niespełna trzech godzinach wylądowałem w więziennej klatce – trzyosobowej, jako trzeci. Obwąchaliśmy się czujnie. Po rozpoznaniu napięcie zniknęło. Wspólna kawa, wspólni znajomi. Normalny rytuał, jak zawsze. Potem pod derę i wreszcie zostałem sam na sam ze sobą. Zacząłem od początku. „Jakim cudem mnie dopadli?” – zrozumienie porażki pozwoli uniknąć podobnego błędu w przyszłości. Byłem pewny, że skutecznie myliłem tropy. Szczegółowa analiza zdarzeń dała natychmiastową odpowiedź na nurtujące pytanie. „Wystawił mnie, skurwysyn!” – pomyślałem o człowieku, z którym miałem się spotkać w interesach tuż przed zatrzymaniem. Czekałem pięć minut zgodnie ze swoją zasadą. Potem odjechałem. Były godziny szczytu, miasto zapchane. Musieli ciągnąć się za mną co najmniej na dwa wozy. Inaczej bym ich wypatrzył. Cały czas czujnie omiatałem w lusterkach przestrzeń za sobą. Przejechaliśmy prawie pół miasta, nim ruszyli do akcji. Wiem dlaczego. Chcą chronić kapusia, który mnie sprzedał. Nic z tego – za stary lis ze mnie. Poprzysięgam mu w duszy zemstę. Jeśli się doczekam. Bo tamten sprzeda też innych, jeśli już raz zaczął. Więc ktoś może mnie uprzedzić. Nieważne. Będę ją w sobie pielęgnował. Jadę dalej. Sytuacja nie wygląda dobrze. Zgodnie z zasadą pozostałe ciążące na mnie wyroki zaczną się sypać hurtowo. Kiedy już cię dopadną, jadą po całości. Regulują wszystkie rachunki. Liczę w myślach... O kurwa! Prawie dziewięć lat! „Już po mnie” – jęczę przerażony. Tym bardziej że to jeszcze nie wszystko. Tamten zawzięty buldog nie odpuści. Jeśli czegoś się dokopie, to koniec! Pobieżny rachunek sumienia napełnia mnie przerażeniem. Załatwili mnie na amen! Moje życie się skończyło! Nie wyrwę się za nic! Gdy bilans zostanie ostatecznie zamknięty, mogę spróbować połączyć wszystkie wyroki w jeden. Tak zwany wyrok łączny. Zawsze coś urywa. Ile jednak mogę na tym skorzystać? Rok, dwa?... Przy wielkim szczęściu może trzy. Resztę trzeba będzie odsiedzieć. Najpewniej w całości... Tym razem nie uniknę recydywy. Policzyłem wszystko w myślach, plus minus dwa lata: cyfra mnie przeraziła. Wpadłem w panikę, która natychmiast przerodziła się w agresję. Zrodziło się pragnienie szaleńczej walki na śmierć i życie, by wreszcie dopędzić kostuchę i nie męczyć się dłużej. Żeby to wszystko już się skończyło. Ale nie chcę ginąć sam. Paru wrogów chętnie zabrałbym ze sobą. Mam ich kilku, właśnie za kratami. Najprawdopodobniej w końcu się spotkamy. „Zatańczymy, kurwa wasza mać!”. Zapiekłem się w tej nienawiści, pragnieniu zemsty, wyczekiwaniu śmierci. Najgorszy jest brak decyzji. Odbiera spokój i wprowadza chaos w działaniu. Właśnie podjąłem nieodwołalną, która zostanie wprowadzona w życie, jeśli moje przypuszczenia okażą się słuszne. To przywróciło mi spokój. Cierpliwie poczekam na rozwój wydarzeń. Nigdzie mi się już nie spieszy. Teraz najważniejszą rzeczą jest zadbać o jak największy komfort odsiadki. Zadbać o siebie. Wiem, jak to osiągnąć – lata doświadczeń...

Poukładany, zasypiałem ciężkim snem. Myślę, że podjęta decyzja, choć przywróciła spokój i siły, przytłaczała swoim ciężarem. Ciężko jest dźwigać nienawiść do siebie i innych oraz świadomość zbliżającej się śmierci. Bo mimo tego że upragniona od lat, napawała mnie jednak strachem. Wypełniony nim, w końcu zasnąłem.

2

Trudne początki parkowania w pudle. Dni ciągną się monotonnie i ciężko, w napiętym oczekiwaniu na spodziewaną „dolewę”. To w więziennej kminie powiadomienie o decyzji wprowadzenia i wykonania ciążących na tobie wyroków. Tak samo nazywamy gada, który przynosi te wieści. Czas toczy się jednostajnym rytmem rozkładu dnia. Nudnym aż do rzygania. Jestem jakby w apatii. Znam ten stan. Trwa u mnie około dwóch tygodni od momentu zamknięcia. Brutalnie wyrwany z codziennej rzeczywistości, potrzebuję trochę czasu, by pogodzić się z brakiem możliwości decydowania o samym sobie. Wszystko mnie tu ogranicza. Nie mam wpływu na swoje życie. Toczy się według zasad nie ustalonych przeze mnie. Nie ja decyduję, kiedy będę tu jadł, spał, brał prysznic... Kiedy wyjdę choćby na chwilę z klatki, w której mnie zamknięto. Nie do mnie należy decyzja, kiedy i czy w ogóle z niej wyjdę... Mnie osobiście najbardziej dolega brak klamki w drzwiach. Ich gładka powierzchnia, którą mam wciąż przed oczami, ukazuje mi beznadziejność sytuacji, w której się znalazłem. Jestem absolutnie bezsilny wobec rzeczywistości. Bezsilny niemożnością jej zmiany. Nie jestem jednak bezsilny do końca. Mam wpływ na to, jak się w niej będę poruszał.

Moje przebranie funkcjonuje bez zarzutu. Nie wchodzę w żadne układy ani bliższe relacje. Zakreśliłem granice i nie pozwalam ich przekraczać. Gdy ktoś próbuje to zrobić, wydaję lekki pomruk. Wulkan, choć pozornie uśpiony, żyje. Zwykle wystarcza, by dał o tym znać. Przestrzegam więziennych zasad i regulaminu. Nie szarpię się z klawiszami. Z nikim – po co niepotrzebnie marnować energię? Źródło siły. Daje to wymierne korzyści. Po pierwsze, mam święty spokój. Swoją przestrzeń, do której wpuszczam, kogo chcę i kiedy chcę. Po drugie, ułatwia mi życie. Nikt tu nie lubi „skakańców”. Ani my, kajdaniarze, ani tym bardziej klawisze. Nie mają ze mną żadnych problemów. W zamian nie stwarzają ich również mnie. Ułatwiają mi życie, jak mogą, czasem nawet z lekka naginając przepisy. Pierwsza faza już za mną. Udaję słabszego, niż jestem.

Poza tym, o ile to możliwe w tych warunkach, dbam o sprawność fizyczną. Nic specjalnego. Pompki, brzuszki, przysiady i rozciąganie. Truchtanie na spacerniaku i ograniczenie palenia pozwala zachować jaką taką kondycję. Pozostaje tylko czekać. Przyczajony, robię to – czekam... Po prostu czekam. W międzyczasie zobaczyłem się z ojcem i bratem. Musieli kogoś powiadomić o moim zapuszkowaniu. Podałem rodzinę, bo musiałem kogoś podać. Niespodziewanie mnie odwiedzili. Osobno. Najpierw ojciec. Był na kacu. Niewiele mieliśmy sobie do powiedzenia. Bo co w tej sytuacji można sobie powiedzieć? Byłem mu wdzięczny za próby pocieszania i deklaracje pomocy finansowej. Nie cofnął jej, gdy szczerze przedstawiłem mu sytuację. Myślę, że nie do końca w nią uwierzył. To samo z bratem. Zachował się OK. Nie pocieszał, tylko okazywał współczucie. Ma większe rozeznanie niż nasz staruszek. Wie, w co wdepnąłem, i boi się o mnie. Wzruszyłem się, gdy to wyczułem, lecz nie dałem po sobie nic poznać. Mój młodszy braciszek... Rozdzieliła nas jego żona, z którą nienawidzimy się jak wściekłe psy. Gardziłem nim kiedyś za to. Potem przestałem, gdy zrozumiałem, że jest zbyt słaby, by sobie z tym poradzić. Widywaliśmy się rzadko i zazwyczaj krótko. W większości przez przypadek. Nigdy mnie nie potępiał ani nie próbował nawracać. Żył swoim życiem, a ja swoim. Potem znowu zapadła cisza oczekiwania. Do dnia, w którym gad przy wydawaniu obiadu rzucił w moją stronę: „Pakuj mandżur, przerzutka! Idziesz na inną celę”. Nie zachwyca mnie to, ale nie protestuję. Oszczędzam energię. Po posiłku posłusznie się przenoszę. Ten sam rytuał co zawsze. Wzajemne obwąchiwanie i tym podobne. Spokój do wieczoru. Za to po apelu zobaczyłem coś, co najpierw wzbudziło we mnie zdumienie, potem śmiech, wreszcie złość. Jeden z osadzonych ze mną, nie zważając ani na nas, ani na hałas grającego telewizora, wyciągnął spod zagłówka jakieś książeczki. Siedząc na koju, oparty plecami o ścianę, czytał je przez dobrych kilkanaście minut. Nic specjalnego, więc nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. Za to potem dosłownie zbaraniałem. Odłożył je na miejsce, wyciągnął z kieszeni różaniec, podobny do tego, jaki miała moja matka, i tak jak ona zaczął klepać zdrowaśki. Z zamkniętymi oczami, bezgłośnie poruszając ustami. Myślałem, że śnię, widok był tak nieprawdopodobny. Poruszyłem kojem. Po chwili ujrzałem nad sobą twarz trzeciego z nas, śpiącego nade mną.

– Co jest? – zapytał.

Bez słowa wskazałem głową na rozmodlonego pajaca. Zerknął w jego kierunku i wzruszył ramionami.

– On tak codziennie – usłyszałem. – Rano i wieczorem. Trochę pojebany z tym wszystkim, ale ogólnie w porządku – dodał. – Nie bierz do głowy. Mnie tam nie przeszkadza – stwierdził i ponownie rozciągnął się nade mną.

Przyglądałem się, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co miałem przed oczami. „Kurwa, kościół mi będzie robił z celi!” – zagotowało się we mnie. Poczułem dziką ochotę, by wyrwać mu z rąk ten przedmiot kultu i rozszarpać go na kawałki. Rozsmarować mu durny, rozmodlony łeb na ścianie i wypieprzyć go z celi. Długo walczyłem ze sobą, wpatrując się w niego drapieżnie. Właśnie skończył i podniósł powieki. Natychmiast spuściłem swoje, by ukryć zamierzenia. Słuchałem tylko. Położył się na łóżku i znowu gapił się w telewizor. Otworzyłem oczy. Ponownie stał się jednym z nas. Jakby to, co przed chwilą widziałem, nigdy się nie wydarzyło. Było jakimś przywidzeniem. Uspokajałem się wolno. „W zasadzie co mnie to, kurwa, obchodzi? – powiedziałem w końcu do siebie w milczeniu. – Niech sobie pajacuje. Byle nie pchał mi się z tym w oczy. Zresztą, ten z góry twierdzi, że poza tym jest OK. Uspokój się! Nie rób niepotrzebnego wiatru. To pierwszy dzień pod nową celą”. Wrócił mój luz. „Poprzyglądam mu się” – postanowiłem. Modlący się w celi facet to nieczęsty widok w pudle. Wprowadzający dysonans w codzienną rutynę i panujące tu zasady. Tym samym wzbudzający niepokój. Ten zaś jest groźny dla mojego wewnętrznego rytmu. „Nie pozwolę go nikomu zakłócić. Olej go, rób swoje” – odwracam się twarzą do ściany. Zamykam oczy, próbując spać. Nie przeszkadza mi hałas grającego telewizora. Jest częścią codzienności. Jednak nie udaje mi się zasnąć. Mimo usilnych starań nie mogę się wyzbyć obrazu, który mnie wzburzył. Wciąż mam przed oczami jego twarz, kiedy odprawiał te swoje czary. Spokojną, jakby nieobecną. Miałem wrażenie, że w ogóle go tu z nami przez chwilę nie było. Jakby nie zauważał ciężaru uciskających nas więziennych ścian, pętających krat. Przez moment poczułem zazdrość. Zaraz potem złość. I tak na zmianę... Wzięły się za ręce i wirowały w jakimś szalonym tańcu w mojej głowie. A ja, całkowicie bezradny, odprawiałem swój balet, przewracając się na łóżku w pogoni za snem, który przerwie te szalone pląsy. Udało się go dogonić dopiero nad ranem.

Spałem krótko, wstałem więc zły i zmęczony, jak to bywa po nieprzespanej nocy. Śniadanie i poranna kawa polepszyły mi z lekka nastrój. Potem dzień jak co dzień. Jednostajny, rytmiczny, uciskający ciśnieniem oczekiwania na złe wieści... Określą moją przyszłość, zdecydują o niej... Odsuwam te myśli, ale nie do końca się to udaje. Są jak robak, który czai się gdzieś w zakamarkach głowy, od czasu do czasu przypominający bolesnym ukąszeniem o swoim istnieniu. Nie mam wyboru. Muszę pogodzić się z jego obecnością, wdzięczny za rzadkie chwile, gdy nażarty bólem niepewności jutra zasypia gdzieś na sjestę, pozwalając na krótko o sobie zapomnieć. Czas płynie odmierzany kartkami zrywanymi z kalendarza wiszącego przy klapie. Zgodnie z postanowieniem obserwuję tego typa od różańca. Rzeczywiście, dzień w dzień rano i wieczorem „odlatuje”. Nie wzbudza to już mojego gniewu. Każdy ma swoje wariactwa. Ja też. Czemu odmawiać prawa do nich innym? Tym bardziej że facet jest rzeczywiście OK. Ćwiczymy nawet razem. Sam to zaproponował, gdy zobaczył, jak wieczorem grzałem pompki. Nieufność między nami wprawdzie nie zniknęła, ale gdy z lekka zmalała, odważyłem się go wreszcie spytać o to jego wariactwo. Nie chciałem tego robić w obecności innych. Zostało mi jeszcze dosyć przyzwoitości, by rozumieć, że wiara to bardzo osobista i niezwykle delikatna sprawa. Nie dawało mi to jednak spokoju.

Okazja się nadarzyła, gdy trzeci poszedł na widzenie. Zostaliśmy sami. Nie zwlekałem ani chwili.

– Młody, siorbniemy kawiurę? – spytałem, nastawiając elektryczny czajnik.

– Jasne, zawsze – odparł, odkładając książkę. Po chwili siedzieliśmy przy blacie, popijając czarną wodę.

– Jakoś nic ci nie przychodzi – stwierdził. – Może się wywiniesz? – dodał z nadzieją.

A mnie mój robak natychmiast ukąsił.

– Nie sądzę – odparłem zirytowany tym, że go obudził. – Posłuchaj, małolat, chcę cię o coś zapytać... – zacząłem najdelikatniej, jak potrafiłem. Jest ode mnie dużo młodszy. Nie naprężył się.

– Pytaj – odpowiedział spokojnie.

Nie owijałem w bawełnę.

– Nie żebym miał coś przeciw temu, ale po jaką cholerę odprawiasz te gusła? Do czego ci to potrzebne?

Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, patrząc mi spokojnie w oczy, bez lęku.

– To nie gusła – odpowiedział. – Modlę się po prostu.

Prostota odpowiedzi sparaliżowała mnie. Poczułem się wobec niej straszliwie malutki. Bezbronny jak dziecko. Chciałem ją wykpić, wyśmiać, zdeptać. Nie ośmieliłem się jednak. Obezwładniła mnie jej czystość. I jednocześnie w pewien sposób pociągnęła.

– Ty długo już tak? – rzucam następne pytanie. Najgłupsze, jakie mogłem zadać, czuję to...

– Trochę ponad rok – odpowiedział niezrażony moim idiotyzmem. Jakby go nie dostrzegł, jakby nie chciał dostrzec. – Jeśli chcesz, mogę ci opowiedzieć.

Mimowolnie skinąłem głową, nic nie mówiąc.

Milczę i słucham jego opowieści. Jest narkomanem. Zaczął w szkole, jako dzieciak. Klej, rozpuszczalniki i tym podobne świństwa. Potem trawa, „feta”, wreszcie „harold”. To wszystko w towarzystwie nikotyny i alkoholu. Gdy skończył osiemnaście lat, rzucił szkołę. Mógł już sam o tym zdecydować. Melanż na całego: sex, drugs and rock’n’roll... Znalazł niezłą pracę, ale na ćpanie, panienki, chlanie i modne szmaty nie wystarczało. Dobrali się w kilku i zaczęli polować. Nie jakieś tam przypadkowe dziesiony. Na to byli za inteligentni. Zwiad w banku pozwalał dostrzec wielokrotnie wypłatę większej gotówki. Byli zmotoryzowani. Jechali za ofiarą i w sprzyjających okolicznościach walili ją bezlitośnie. Poza tym zdarzali się listonosze i tym podobne przypadki. Do tego ciężkie pobicia. Byli coraz bardziej agresywni... Po niespełna dwóch latach skończyło się: wyłapali ich jak wszy na łbie. Dostał jedenaście lat w wyroku łącznym. Tylko tyle, ponieważ petka. Siedzi nieco ponad sześć. Grzejąc wyrok, zaczął myśleć. Nad sobą. To dlatego zgodził się na odwyk. Przeszedł go i tam spotkał się z chrześcijańską wolontariuszką. Dała mu modlitwę. Od tego się zaczęło. To wszystko, co miał do powiedzenia. Skończył pytaniem:

– Chcesz ją zobaczyć? Mam jej fotografię.

– Jasne – odpowiedziałem poruszony szczerością opowiadania, niespotykaną w pudle, groźną. Podał mi wydobytą skądś fotkę. Nie zauważyłem skąd, tak się zamyśliłem. Patrzyłem na młodą kobietę, w okularach. Mniej więcej w jego wieku. Ładna twarz, włosy skromnie, gładko zaczesane do tyłu. Najbardziej jednak zaintrygowały mnie jej oczy – spokojne, pełne jakiejś niezrozumiałej zadumy spojrzenie. Niesamowicie czyste, nie było w nim krzty brudu.

– Niezły koziołek. – Zwróciłem mu fotografię, próbując tym durnym określeniem pokryć swoje zmieszanie. Nie jestem pewny, czy skutecznie. Nie ruszyło go. Uśmiechnął się tylko i powiedział:

– Jest dla mnie ważna. Bardzo ważna.

Schylił się. Wyciągnął spod łóżka samarę, schował w niej fotę. Po chwili wyprostował się i położył przede mną cienką książeczkę. Biało-niebieską, mocno zniszczoną.

– To ta – zwrócił się do mnie.

– Co „ta”? – nie zrozumiałem.

– No, modlitwa – odparł. – Jeśli chcesz, możesz zatrzymać – dodał.

Wstał, zebrał kubki po kawie i zaczął je myć.

A ja? Zrobiłem coś niesłychanego: zamiast zapalić go w łeb, wsadzić mu w gardło ten podarunek, nieśmiało wziąłem go do ręki. Zdążyłem tylko dostrzec Tajemnice szczęścia..., gdy trzasnęła klapa. Trzeci dał znać, że wraca z widzenia. Szybko chowam to, co trzymam w ręku, pod derę. Jakby mnie parzyło. Trzeci wchodzi uśmiechnięty. W obu rękach juki z widzenia. Młody właśnie skończył mycie kubanów. Spokojnie, jakby tej rozmowy nie było, kładzie się na łóżku. Z książką w ręku. Ja też za jego przykładem parkuję na koju. Trzeci zawiedziony, że odmawiamy przyjęcia poczęstunku – frykasów z patrzonka – ładuje się na górną półę. Obaj nie mamy ochoty na nic po wypitej kawie. Zresztą zaraz obiad. W ciszy, która zapadła w celi, przeżywam to, co usłyszałem. Wszystkie uczucia zagłuszyło jedno: zazdrość! Zazdrościłem małolatowi! Tego spokoju, który go wypełniał, tej zamyślonej dziewczyny z fotografii. Tej nieobecnej twarzy, kiedy się modli. I wiedziałem, czego mu zazdrościłem: on nie był samotny! Poczułem rozdzierający smutek. W przeciwieństwie do niego byłem absolutnie samotny. Z własnego wyboru... Do smutku dołączyła rozpacz, tak obezwładniająca, że zamurowała mnie pod derą do następnego ranka. Nie jadłem, nie piłem, tylko się z nią gryzłem.

Atmosfera w celi zgęstniała. Młody przyjął to spokojnie; trzeci próbował jasiować.

– Co jest, doła wyłapaliśmy? – zapytał z głupim uśmiechem.

Jedno spojrzenie w oczy odebrało mu ochotę na głupie gadanie. Zmiotło go na górną półę, z której złaził tylko wtedy, gdy musiał. A ja gryzłem się sam ze sobą, jak wściekły pies. Gdybym mógł, najchętniej zagryzłbym się na śmierć. Spokój powrócił nadspodziewanie łatwo, paradoksalnie przy pomocy złych wieści – spodziewanych, wyczekiwanych w napięciu. Przyszła pierwsza dolewa. „Zaczęło się” – stwierdziłem z rezygnacją. Zaraz po niej zjawiła się wściekłość. „No i dobrze – zawyłem mściwie. – Zaczekamy na resztę. Zaczęliście wy, skończę ja. W sposób, o którym będziecie pamiętać latami”. Miałem już cel – chłód powrócił. Rozsadzała mnie niszcząca siła. Nienawiść jest jej potężnym źródłem. Czekała niecierpliwie na sygnał do ataku. Doczeka się, kiedy przyjdzie na to pora. Znów byłem „sobą”. Luźny, nawet uśmiechnięty... Próbowali mnie pocieszać, sami nie wierząc w to, co mówią. Zbyt dobrze znali realia działań aparatu sprawiedliwości. Było to jednak miłe. Wrócił mój rytm – i to było najistotniejsze.

Życie potoczyło się znowu zwykłym trybem. Rozmodlony już mnie nie drażnił. Zresztą niedługo zniknie mi z oczu. Po terapii otworzyli mu grupę. Idzie w transport na ozet. Czeka na miejsce. Wciąż zastanawia mnie w nim jedno: ten jego spokój. Nieudawany. Wyczuwam to. Mój to tylko fasada. On jakby pogodził się z losem. Do dzwonka ma jeszcze parę długich lat. Myśli o warunkowym zwolnieniu, ale podchodzi do tego spokojnie. Zdaje sobie sprawę z tego, jak sądy traktują dziesioniarzy. Zostawia to losowi. Jeżeli się uda, to OK, jeżeli nie, to też. W którejś rozmowie stwierdził: „Sam sobie zgotowałem ten los. Trudno, odpokutuję”. Zamurowało mnie wtedy. Tutaj wszyscy siedzą za niewinność. To, co on mówi, to herezja grożąca poważnymi konsekwencjami. Nie mówi tego jednak do wszystkich. Tylko do mnie. Jakby się mnie nie bał, jakby mi ufał. Zastanawia mnie dlaczego. Może powodem jest moja suwerenność? Podobna do jego. Żyje swoim rytmem, w nic się nie wtrąca, zachowuje w kontaktach rezerwę. Ja gram jednak swoją grę. On w tym wszystkim jest prawdziwy. „Jakim cudem?” – to pytanie sprawiło, że w końcu nie wytrzymałem.

Podkusiło mnie na spacerniaku. Chodziliśmy w kółko na codziennym wybiegu, milcząc, nie wdając się w miałkie, durne gadki. Ośmielony jego poprzednią szczerością, spytałem:

– Posłuchaj, młody. Opowiedziałeś mi wtedy, jak to się zaczęło. No wiesz, to twoje modlenie. Nie powiedziałeś mi jednak, co ci to daje. Pamiętasz, spytałem cię wtedy o to...

Nie odpowiedział od razu. Zrobiliśmy parę milczących kółek. Zacząłem wątpić, że w ogóle mi odpowie. Nie naciskałem jednak.

– Dlaczego o to pytasz? – usłyszałem w końcu cichą odpowiedź.

– Sam nie wiem – stwierdziłem, zdziwiony własną szczerością. – Po prostu mnie to intryguje. Może dlatego, że to trochę dziwne w tym miejscu. Nie sądzisz? – dodałem.

Uśmiechnął się lekko.

– Chodź, klapniemy – zaproponował. Przerwaliśmy jednostajny marsz, siadając na ławce na środku spacerniaka. Tu nikt nie mógł nas słyszeć. Zaczął bez żadnych wstępów.

– Jak poszedłem siedzieć, to czy tego chciałem, czy nie, łeb odczadział mi od dragów. Zacząłem się trochę nad sobą zastanawiać. Jak przeczytałem akt oskarżenia, pomyślałem, że mógł być znacznie gorszy. Na ćwiarę albo jeszcze gorzej. Sam wiem, co żeśmy wyprawiali. Potem, już na odwyku, zrozumiałem to jeszcze bardziej. Pomyślałem sobie wtedy, że Ktoś uratował mnie przed czymś gorszym. Mogłem się zaćpać na śmierć albo grzać teraz dożywotkę. Potem przyszła ta dziewczyna. Właśnie to mi wtedy powiedziała i dała tę modlitwę. Tak się zaczęło i trwa do dzisiaj... A co mi daje? Myślę, że nadzieję i cierpliwość, by to wszystko jakoś znosić. Mam jedenaście lat wyroku. Do końca trochę mniej niż pięć. Jak wyjdę, będę miał trzydzieści jeden. Mogę zacząć wszystko od początku. Może się uda... O to właśnie się modlę – zakończył swoją opowieść.

Słuchałem zafascynowany jej prostotą i szczerością.

– Ty naprawdę w to wierzysz? – spytałem z nieśmiałością, o którą nawet się nie podejrzewałem. Zgrzytnął klucz w zamku klapy spacerniaka. Stanął w niej klawisz z okrzykiem:

– Koniec biegania, panowie! Wracamy do domku!

– Tak – odpowiedział krótko, podnosząc się z ławki. Położył mi rękę na ramieniu. – Chodź, zgredziu, wracamy.

Wróciliśmy pod celę. Trzeci zaczął parzyć kawę. Te same rytuały co dnia... Potem, wmurowany w kojo, znowu próbowałem zapanować nad szalonym tańcem w mojej głowie. Wirowała znana mi para: zazdrość i gniew. Zazdrościłem młodemu młodości. Rzeczywiście ma jeszcze dużo czasu przed sobą. Nie to co ja. Jeśli zdecydowałbym się, tak jak on, cierpliwie odsiedzieć to, co mnie prawdopodobnie czeka, wyjdę jako starzec. No może niezupełnie, ale już blisko tego wieku. Na wszystko moim zdaniem będzie już wtedy za późno. Po jaką więc cholerę męczyć się za kratami? Walczyć o życie. Bo tu często o nie trzeba walczyć. On ma jeszcze nadzieję, ja ją straciłem. Na cokolwiek. I to budzi mój gniew. Nie na niego – na siebie. Bo to, co mi powiedział, rozwaliło na kawałki skorupę, w której się zamknąłem. To nie inni są winni mojej beznadziei – oni po prostu robią swoje. Mój paskudny los to konsekwencje moich wyborów... A ja nie mam najmniejszej ochoty ich ponosić. Przede wszystkim z jednego powodu: jestem pewien, że nawet na cokolwiek jest już za późno.

Opanowała mnie taka rozpacz, że wyłem bezgłośnie pod derą, marząc o jednym: żeby się to wreszcie skończyło. Żeby przestało wreszcie boleć. Zasypiałem każdego dnia z pragnieniem, by już się nie obudzić. Bo po co, kiedy się nie ma po co żyć... Młody za dwa dni poleciał w wyczekiwany transport. Nie miałem nawet z kim o tym pogadać. Sam się z tym żarłem i w końcu zawory mi puściły. Dostałem takiego meleja, że po konsultacji psychiatrycznej w ekspresowym tempie przewieźli mnie do innej puchy. Na oddział szpitalny, pod big brothera – na obserwację. Nafaszerowali mnie prochami i przyglądali się przez całą dobę za pomocą kamer, czy rzeczywiście nie zwariowałem. Nie zwariowałem... Po prostu mój zawór bezpieczeństwa upuścił nadmiar ciśnienia. Tydzień w tej izolatce pozwolił poskładać się jako tako do kupy. Posklejałem tę swoją skorupę, jak potrafiłem najlepiej. Pozostało tylko czekać dalej na rozwój wydarzeń.

Przerzucili mnie na ogólną celę szpitalną. Dużą, było nas kilkunastu. Jeden na specjalnym łóżku, sparaliżowany od pasa w dół. Z mety określiłem granicę – dali mi spokój. Żyłem z dnia na dzień, starając się za dużo nie myśleć. Krótko cieszyłem się względnym spokojem. Któregoś dnia po południu szczęknęła klapa i do celi wlazł „batman”! Chudy, łysy, w  czarnej pogniecionej sukience. Ksiądz, kurwa! Podbił do tego sparaliżowanego. Tamten się wyraźnie ucieszył. Poprosił o krzesło dla swojego gościa i ktoś mu je zaniósł. Jakby tego było mało, rozstawili jeszcze parawan, który stał pod ścianą, odgradzając ich od reszty. Używa go na co dzień połamaniec, kiedy się myje lub załatwia potrzeby fizjologiczne. W celi zapadła cisza. Wszyscy zamurowali w kojach. Jedni śpią albo udają, że to robią. Drudzy coś czytają, kolejni zwyczajnie leżą. Jestem w grupie tych ostatnich. Po prostu staram się nie myśleć o tym, co się tu wyrabia. Zza parawanu dobiega szmer cichej rozmowy. Niezrozumiałej jednak – toczy się szeptem. Nie próbuję podsłuchiwać, nie obchodzi mnie. Przypomniał mi się młody. Te jego modły. Współgrają z tym, co teraz tu widzę. Szydzę w duchu: „Może to jakaś nowa moda w pudle? Długo mnie tu nie było. Wszystko się zmienia, zwyczaje też”. „Pieprzę, mnie to nie dotyczy” – mruknąłem do siebie, odwracając się na drugi bok. Korzystając z panującej ciszy, wkrótce zasnąłem. Obudzili mnie na kolację. Klechy już nie było, parawan znowu stał na zwykłym miejscu. Wstałem i poszedłem się odlać. Musiałem przejść obok łóżka paralityka. Na jego szafce leżała niewielka czarna książka. Tytuł był wykaligrafowany złotymi literami: Nowy Testament. „Niewiele ci już, kurwa, pomoże” – pomyślałem jadowicie. Parę dni w celi pozwoliło się dowiedzieć, kto zacz. Połamany to niezły pistolet. Nie znałem go wcześniej, ale wiele o nim słyszałem. Ciężkie kalectwo nie przeszkodziło mu stać się bossem jednego z najgroźniejszych gangów w regionie. Haracze, wymuszenia, przemyt na wielką skalę... Wiem, za co grzeje. Wydymał dwóch frajerów na tira fajek. Tamci, zamiast odpuścić lub poszukać silniejszych do odzysku, próbowali sami odzyskać szmal. W rezultacie zniknęli. Parę lat nic, cisza. Psy wreszcie odpuściły, a i prywatny detektyw dał sobie spokój. Wydawało się, że po sprawie. Niestety, nie zrezygnowały żony tamtych pajaców. Włóczyły się po okolicy. Wsadzając wszędzie nosy, węszyły, wypytywały. Nie odpuszczały.

Któregoś dnia tankowały na stacji paliw. Obok stanął samochód. Jedna z nich zauważyła, że ma bardzo charakterystyczne alufelgi. Takie same jak wóz jej zaginionego męża, który też wsiąkł, zapadając się pod ziemię. Miały kobity ikrę. Jedna jechała za podejrzaną bryką, druga dzwoniła po psiarnię. Właściciel felg okazał się niewinny. Wskazał za to sprzedawców. Byli nimi żołnierze gangu połamańca. Dostali polecenie likwidacji auta ofiar. Wykonali rozkaz: pocięli samochód palnikami i wywieźli na złom. Niestety, poniosła ich chciwość. A może szef płacił za mało... Nieważne. Zatrzymali felgi i sprzedali znajomemu. Tak umoczyli. Jak dostali zarzut podwójnego zabójstwa, rozwalili się na całego: tamtych odpalono, trupy do młynka na mięso razem z padliną. Nakarmiono nimi hodowlane lisy. Nie ma ciał, nie ma przestępstwa. Są jednak zeznania tamtych dwóch. Proces poszlakowy, ale raczej przegrany. Tamci bronią się zajadle, ich zeznania są spójne. Boss raczej się nie wywinie... „Może modli się o cud? – pomyślałem zjadliwie, wychodząc z kibla. – Będzie mu naprawdę potrzebny, żeby wyjść z tego cało”. Zawsze wiedziałem, że lepiej mieć stu facetów za wrogów niż jedną oszalałą z jakiegoś powodu babę. Ten trafił na dwie – miał pecha.

Nie zawracałem sobie nim więcej głowy do dnia, w którym niespodziewanie poprosił mnie o pomoc. Dzień wcześniej pisałem jednemu chłopakowi zażalenie na postanowienie przedłużenia sankcji. Taki niegramotny jakiś. Żal mi się go zrobiło, dlatego się zgodziłem. Zachwycał się na głos tym, co mu tam napisałem. Wieczorem po apelu połamany zawołał do mnie:

– Mruk, możesz podbić na chwilę?

Nieco zdziwiony, podszedłem do jego łóżka.

– No co tam? – spytałem.

– Usiądź – poprosił, wskazując miejsce obok siebie.

Usiadłem, ciekaw, czego ode mnie chce.

– Nieźle mu napisałeś to pismo – zaczął z lukrem. – Mój prawnik nie zrobiłby tego lepiej. – Dalej polewał mnie słodyczą. – Prawo skończyłeś czy jak? – Przyglądał mi się bacznie, z ciekawością.

– Nie miałem czasu – odpowiedziałem spokojnie. – Jestem w tym trochę otrzaskany – dodałem. – Mimo woli. – Sarkazm zabrzmiał w moim głosie.

– Dobry w tym jesteś. I ostry – odrzekł z uśmiechem. – W związku z tym mam propozycję... W zasadzie prośbę – natychmiast się zreflektował, widząc pionową zmarszczkę na moim czole. Nie lubię propozycji. To znaczy nie do końca. Lubię je, gdy ja je składam, bo sam decyduję, co chcę robić i z kim. Zdążył wyhamować z tą prośbą, więc rzucam krótkie pytające:

– No?

Nie zwlekając, przechodzi do rzeczy.

– Mam kupę pism do napisania. Na brudno mam już większość gotową. Może byś pomógł mi to przepisać na czysto? Przy okazji coś poprawił, doradził lub zmienił. Naprawdę uważam, że niezły w tym jesteś...

Znowu marcepan. Wkurza mnie to, dlatego odpowiadam bez przekonania:

– No nie wiem...

– Oczywiście nie za darmo – dodał natychmiast.

Zmarszczka na moim czole przypomina już teraz Wielki Kanion Kolorado.

– Nie jestem do kupienia – odpowiadam zimno, wstając. Mam ochotę dodać „żałosny dupku”, ale odpuszczam sobie. Nie kopię leżących.

– Zaczekaj – chwycił mnie za rękę. – Nie zrozum mnie źle, naprawdę potrzebuję pomocy. Sam widzisz, w jakim jestem stanie. Po dwóch godzinach pisania długopis wypada mi z ręki. Chciałbym się tylko odwdzięczyć.

Przyglądam mu się przez chwilę. Zimne, bezwzględne oczy. Na ich dnie widzę jednak jeszcze coś: odcień bezradności i jakby rozpaczy. Zastanawiam się przez dłuższy moment. „Nie mam nic lepszego do roboty – myślę sobie. Przynajmniej czymś się zajmę, zamiast leżeć i dumać”. Podejmuję decyzję.

– Dobra, mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję.

Wyraźnie się ucieszył. Nie marnuje czasu.

– Podaj mi tę zieloną samarę – prosi, wskazując miejsce pod łóżkiem. Schylam się i podaję mu ją. Wyciąga z niej kupę papierzysk.

– Jak możesz, przejrzyj jeszcze dzisiaj. – Wręczył mi je wszystkie. – Od jutra byśmy zaczęli, dobra? – dodał z nadzieją.

Kiwnąłem głową w milczeniu. Wyraźnie się ucieszył. Tak zaczęła się nasza bliższa znajomość.

Na przeszło dwa tygodnie zmieniłem się w kancelistę. Od rana do wieczora, z przerwami na posiłki, spacer i ćwiczenia. Był bardzo zadowolony z mojej pracy. Ośmielony tym, któregoś dnia odważyłem się spytać go o tę książkę, którą codziennie czytał przez parę godzin – o Nowy Testament.

– Po co ty to czytasz? – wskazałem na nią, oddając kolejne zapisane kartki.

Wziął je do ręki, przejrzał, nic nie mówiąc, i wsadził do skoroszytu. Milczał. Zacząłem żałować, że go o to spytałem. Wyraźnie spochmurniał... Wreszcie wziął książkę do ręki, chwilę się jej przyglądał, po czym powiedział:

– Myślę, że nie pozwala mi zwariować.

Ledwo dosłyszałem jego odpowiedź, tak była cicha. Nie usłyszał jej nikt prócz mnie, byłem tego pewien. Odłożył ją na miejsce.

– Co z resztą? – był już znowu sobą.

– Za dwa dni skończę. – Też nie miałem ochoty na dalszą rozmowę.

Wróciłem do siebie. Walnąłem się na kojo i zamyśliłem nad tym, co usłyszałem. Było w jego głosie coś niespotykanego. Coś, czego do tej pory nie słyszałem. „Co takiego?” – próbowałem to rozgryźć. I nagle mnie olśniło: on się najzwyczajniej w świecie cholernie boi! Jest potwornie, beznadziejnie przerażony. Pomagając mu, dowiedziałem się wiele o nim i jego beznadziejnej sytuacji. Prawdopodobnie swoje życie zakończy za kratami. Te wszystkie pisma... Do prokuratur, sądów, Ministerstwa Sprawiedliwości... polityków – lokalnych i tych z pierwszych stron gazet... Stara się nimi manipulować. Uwypukla i podkreśla swoje zasługi. Finansowanie kampanii wyborczych, działalność dobroczynną, wspieranie lokalnych władz. Dużo mi o tym opowiedział. Nieustannie podkreśla swoją niepełnosprawność. Na niej bazuje w linii obrony, próbując udowodnić, że jest ofiarą spisku w odwecie za ich wspieranie. Miesza do tego wszystkich. Psy, prokuratorów, sędziów. Biegłych lekarzy, którzy wydali jednoznaczną opinię, że może przebywać w areszcie w warunkach szpitalnych. Żąda nowych konsultacji medycznych. Wszystko bez rezultatu. Ostatnio zamknęli mu jeszcze żonę. Jest współoskarżoną w sprawie. Nie został mu już nikt, na kim mógłby się oprzeć. Jest jak żebrak. W tej całej jego pisaninie pod przykrywką gładkich słów ukryta jest żebracza prośba. Już nie o pomoc, tylko o litość.

Odpowiedzią jest milczenie... Mają go w dupie. Nikt nie chce się ochlapać gównem, w którym on tkwi po szyję. Wszyscy jedli mu kiedyś z ręki, choćby szef lokalnej policji. I nie tylko on – regionalne kacyki też korzystały z jego protekcji i możliwości. Z jego dziwek, ochrony, pieniędzy. Był jak pan na włościach. Czuł się bezkarny i wszechmocny. I nagle któregoś dnia spadł ze swojego tronu. Jego „dworzanie” nie dość że nie walczą w jego obronie, to jeszcze grabią to, co po sobie zostawił. Gdy o tym wspomina, jego oczy jarzą się pragnieniem mordu. Aż zimno robi się na myśl o tym, jaki by ich spotkał los, gdyby mógł ich dopaść. Ale nie może – jest bezradny. Nawet szmal, który zdołał zadołować, nie jest mu w stanie pomóc. Jest absolutnie bezsilny wobec rzeczywistości. Wypełniony strachem po końce włosów, świadomością, że to już nie on rozdaje karty w tej grze. Może się jej tylko bezradnie przyglądać i ponieść konsekwencje popełnionych błędów. Próbuje jeszcze rozpaczliwie wpływać na jej przebieg – ale nie może: talię trzyma ktoś inny. I to on zdecyduje, jaki będzie jej ostateczny wynik. Patrząc na połamańca, któremu nie zazdrościłem losu, zrozumiałem pewnego dnia, że mój nie jest wcale lepszy. Mogłem tylko, tak jak on, bezradnie czekać na to, co przyniesie. Robiłem to więc, starając się zachowywać spokój, choć nie było to łatwe z powodu zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Kończył się rok i mój robak niepewności jutra stał się bardziej aktywny. Koniec roku to zazwyczaj również jego bilans. Sądy też go dokonują. Dobiega końca trzeci miesiąc odsiadki. Na razie jedna dolewa. Trochę to dziwne, powinni dolać już całość... Może do tej pory gdzieś im się zgubiłem? Teraz, przy remanencie, pewnie im wyjdę i po zabiegu. „A czego się, kurwa, spodziewałeś?”. – Robal dostał kopa w dupę i przestał gryźć. Nie miał po co. Spokojnie czekałem na rozwój wydarzeń, by potem ostatecznie wziąć je w swoje ręce. Atmosfera w celi uległa zmianie. Mniej rozmów, ludzie zamyśleni, posmutniałe twarze... Ukradkiem czytają świąteczne kartki, czasem listy. Niektórzy niecierpliwie czekają na paczki, widzenia z rodzinami. Jeden z najcięższych okresów w pudle. „Ten, na Którego urodziny czekamy, to musiał być niezły cwaniak” – pomyślałem cynicznie. Nawet ci, co na co dzień Go olewają, świętują – czy tego chcą, czy nie: przy wigilijnych stołach, gdzie cichną wzajemne żale. Łamanie się opłatkiem ze znienawidzonym szefem w pracy. Wzajemnym obdarowywaniem się prezentami. W ogóle wszyscy w jakiś niewytłumaczalny sposób łagodnieją. Tutaj nawet klawisze nie są tacy sami jak co dzień. Nie mówiąc już o nas, kajdaniarzach. Wszyscy złagodnieli. „Dobry był z Niego gigant! – mówię do siebie o wkrótce fetowanym jubilacie. – Tak namieszał ludziom we łbach dwa tysiące lat temu, że do dzisiaj nie mogą o Nim zapomnieć. Przy tych zdolnościach powinien zostać milionerem, a nie prorokiem”. Moja złośliwość narasta. Jakby chciała w ten sposób zagłuszyć lub sprofanować ten dziwny, nienaturalny nastrój. By go po prostu nie czuć. Bo uwiera... Nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie – chyba padłem ofiarą własnej złośliwości. Przecież On jest milionerem! Ma miliony swoich wyznawców na całym świecie. Sam się zapędziłem do rogu i wzbudziło to moją złość: „Pieprzę Cię, ja do nich nie należę! I nie zamierzam kiedykolwiek”. Po chwili zorientowałem się, że jakbym z Nim gadał. „Pojebało cię do końca!” – warknąłem wściekły na siebie.

3

Nie zdążyłem się jeszcze poukładać, gdy wywołali mnie na widzenie. Poszedłem na nie nastroszony. Wśród tłumu gości zobaczyłem mojego ojca. Siedział w kącie z wyrazem niepewności na twarzy. Jego widok zaskowyczał we mnie poczuciem winy. Starszy, samotny człowiek... Zamiast cieszyć się w domowych pieleszach rodziną: synami, ich żonami i wnukami, odwiedza w tym ponurym miejscu dziecko, które jest tylko powodem jego cierpienia.

Wkładam maskę twardziela i podchodzę do niego. Uśmiecha się smutno na mój widok. Wstaje, witamy się po męsku, mocnym uściskiem dłoni. Zdążył zamówić kawę i jakieś ciastka. Popijamy ją, rozmawiając i wiedząc, że dialog jest sztuczny. Bo obaj staramy się ukryć to, co rzeczywiście czujemy. On mówi o tym, co jest dla niego ważne. O wizycie na cmentarzu i kwiatach, jakie tam zaniósł swojej nieżyjącej żonie, mojej matce. Wigilia to dzień jej imienin. Zabolało mnie, ale zdołałem to ukryć. O skromnych przygotowaniach do świąt, które spędzi w domu samotnie – prócz Wigilii, na którą zaprosił go mój brat. O kartach świątecznych od najbliższej rodziny, na które odpisywał. Przekazuje mi pozdrowienia – i to już koniec... Nie pozostaje mu nic innego, jak tylko spytać:

– A co u ciebie?

A ja bez wahania go okłamuję. Nie mówię nic z tego, co w rzeczywistości czuję i przeżywam. Powiadamiam o pierwszej dolewie, dodając, że to początek większej całości. Cynicznie się śmieję, mówiąc, że przynajmniej sobie odpocznę. Wredne kłamstwo, bo przecież wcale nie zamierzam. Posmutniał jeszcze bardziej, ale na jego twarzy pojawiło się coś nowego. Wali bez pardonu, z gniewem, którego już nie ukrywa:

– A co z Małą? Pomyślałeś o niej? O swoim dziecku, twojej córce?! – Patrzy na mnie gniewnie.

Trafił mnie jak cholera... Zapiekam się w swojej skorupie i odpowiadam zimno:

– A co ja mogę w tej sytuacji myśleć? Zresztą sam wiesz, jaki ze mnie tatuś... – dodaję. – Może to nawet lepiej, że zniknę z jej życia. Jak wyjdę, będzie prawie dorosła. Do czego ja jej będę wtedy potrzebny? – rzucam ze złością.

– A skąd ty wiesz, kiedy stąd wyjdziesz?! – odpowiada nie mniej zły ode mnie.

– Chyba ja wiem najlepiej, ile nazbierałem! – prycham.

– To nie zwalnia cię z obowiązku bycia ojcem! – nie odpuszcza mi.

Moja złość narasta.

– Mam ją wychowywać na widzeniach? – warczę wściekle.

– A choćby nawet! – prawie na mnie krzyknął.

Sytuacja robi się nieznośna... Nie chcę go dłużej ranić i denerwować. Mówię więc:

– Dajmy temu spokój, tato. Po co myśleć o przyszłości, która jest niepewna? Zobaczę, jak sprawy się ułożą. Wtedy zdecyduję, dobra? – dodaję pojednawczo.

Przez chwilę tylko gniewnie sapie.

– Może masz rację – odpowiada. – Nie zapominaj jednak, że to jest twoje dziecko i jesteś za nie odpowiedzialny.

– Nie zapominam – mówię, marząc, żeby przestał o tym gadać. Jakby mnie usłyszał.

– Paczkę zostawiłem na bramie. Dokupić ci coś? – pyta.

Przyjąłem to z ulgą, podając mu kartkę z listą zakupów. Wziął ją i poszedł do kantyny. Zostałem sam przy stoliku. Dopiero teraz dociera do mnie to, co mi powiedział. Nie czas jednak, by się nad tym zastanawiać. Właśnie wraca. Na twarzy mam już maskę spokoju. Klawisz daje znać, że widzenie dobiegło końca. Nie myślałem nigdy, że kiedykolwiek będę się z tego cieszył.

– Musimy już kończyć, tato – mówię, gdy ponownie usiadł naprzeciw.

Spojrzał na zegarek.

– No trudno – mruczy. Sięga do kieszeni marynarki i podaje mi jakieś zawiniątko. – Przyniosłem ci – mówi szorstko.

Nie patrząc, co to jest, chowam do kieszeni.

– Dzięki i trzymaj się, staruszku! – Podaję mu rękę. Ujmuje ją i ściska. – Pozdrów Młodszego – dodaję, przypomniawszy sobie o młodszym bracie. Kiwa w milczeniu głową i to już wszystko. Nie życzymy sobie wesołych świąt, bo w tej sytuacji zakrawałoby to na groteskę. Czujemy to obaj.

Rozprowadzający odprowadza mnie na szpitalny oddział. Na dyżurkę i do kipiszu. Stała procedura. Wyciągam wszystko z kieszeni. Niewiele tego, między innymi zawiniątko od ojca. Gad bierze je do ręki i pomału rozwija białą serwetkę. Obaj przyglądamy się temu, co jest w środku: opłatek. Podnosi na mnie pytające spojrzenie.

– Ojciec przyniósł – odpowiadam, nie mogąc już ukryć tego, co się ze mną dzieje. Przez chwilę przygląda mi się z uwagą. Zawija serwetkę i podając mi ją, mówi:

– Nie widziałem tego.

– Dzięki, wodzu! – odpowiadam wzruszony.

„Dziwny to czas, te święta” – myślę, idąc w kierunku celi. Właśnie nagiął przepisy. Taki opłatek można na przykład nasączyć fetą. Byłaby niezła porcja... A on mi zaufał... Nie wie przecież, kto mnie odwiedził.

Otworzył klapę i wpuścił mnie do celi, lekko się uśmiechając. Odgrodziłem się od wszystkich jednym warknięciem. Zamurowałem na koju i próbowałem zatłuc następnego robaka, który wykluł się w mojej głowie. Właściwie to olbrzymiego robala. W porównaniu z tamtym, od niepewności jutra, ten to prawdziwe monstrum. Zżarł wszystkie myśli z wyjątkiem jednej. W obolałej głowie tłukła się tylko ona: „Mała, moja córka! Moje dziecko!”. Jak nigdy dotąd zaczął uwierać i okropnie boleć fakt jej istnienia.

Pojawiła się w moim życiu jak meteor. Niespodziewana, niechciana, nieoczekiwana. Spłodzona na przepustce z więzienia. Kolesiowi, z którym siedziałem, pomogłem załatwić warunek. Po trzech miesiącach od jego wyjścia mogłem ubiegać się o pierwszą przepustkę. Załatwiłem ją bez problemu. Zdzwoniliśmy się i spędziłem ten czas u niego. Tak jak oczekiwałem. O czym marzy kajdaniarz, gdy na moment wypuszczą go z klatki? Ja myślałem tylko o dwóch rzeczach: o chlaniu i pieprzeniu. Dostałem jedno i drugie. Po dwóch miesiącach panienka niespodziewanie odwiedziła mnie w pudle. Byłem mocno zaskoczony jej wizytą. Zdziwienie szybko zmieniło się we wściekłość. Z wyraźnym strachem położyła przede mną jakby zamazaną fotografię. Gdy spytałem, co to jest, odpowiedziała z jeszcze większym lękiem:

– Wydruk USG. Jestem w ciąży. To nasze dziecko – dodała, wskazując palcem na białą, niewyraźną plamkę.

Na moment mnie zatkało. Potem poczułem lęk, zaraz po nim złość. Miałem ochotę chwycić ją za gardło, wydusić z niej powietrze, żeby nie mogła nic powiedzieć, i syknąć jej prosto w oczy: „Idziesz ze mną do łóżka po paru godzinach znajomości, narąbana jak sztukas. Robisz to pewnie co weekend z kolejnymi frajerami, którzy postawią ci coś do picia. Idź i poszukaj wśród nich tatusia, może któryś da się złapać. Znikaj mi z oczu i więcej się nie pokazuj, bo w przeciwnym razie możesz nie doczekać porodu”.

Nie zrobiłem tego tylko z jednego powodu: przecież faktycznie byłem z nią w łóżku.

Kiedyś moja matka w ciężkiej dla nas obojga sytuacji powiedziała do mnie: „Kobieta zawsze wie, z kim ma dziecko”. Jej słowa zabrzmiały mi teraz w głowie. Patrzyłem zimno na dziewczynę, która nic dla mnie nie znaczyła.

– No to mamy problem. – Mój głos nie był ani odrobinę cieplejszy od mojego wzroku.

Spoglądała na mnie ze strachem.

– Ale nie nierozwiązywalny – dodałem twardo. – Drugi miesiąc, tak? – upewniłem się.

Skinęła w milczeniu głową.

– OK, wracaj do domu i czekaj. Dowiem się, gdzie będziesz mogła zrobić zabieg. Ktoś dostarczy ci adres i pieniądze. Najszybciej, jak to możliwe. – Czekałem na jej aklamację. Na próżno.

Wciąż ze strachem, ale zdecydowanie odpowiedziała:

– Nie usunę tego dziecka!

Ciśnienie natychmiast mi wzrosło. Syknąłem wściekle:

– Lepiej będzie, jeśli się jednak na to zdecydujesz. Uwierz mi! – Syk przeszedł w groźny warkot.

Z przerażeniem w oczach pokręciła głową. Dosłyszałem jeszcze raz jej ciche:

– Nie zrobię tego.

Byłem na granicy furii.

– OK, w takim razie to twój problem. – Mój głos przypominał warczenie wściekłego psa. – Znikaj mi z oczu i więcej się nie pokazuj. Żeby nie przytrafiło ci się coś gorszego... – Ostrzeżenie było wyraźne i ostateczne. Myślałem, że załatwi sprawę. Nie załatwiło. Po miesiącu dowiedziałem się, że panienka odwiedziła moich starych. Dostałem meleja. Durna i uparta! Znam jednak sposoby na takie.

Po kolejnym miesiącu wyrwałem warunek i złożyłem jej wizytę. Piłka była krótka:

– Won z mojego życia!

Wtedy chyba wreszcie zrozumiała, czym może grozić odmowa. Dała sobie spokój. A ja wróciłem na swoje czarne ścieżki, zajmując się odrabianiem strat finansowych poniesionych w trakcie odsiadki. Nie było mi jednak dane popracować długo spokojnie: moja matka umierała. Mała urodziła się miesiąc po jej śmierci. Nie zareagowałem.

Kiedy jako tako poskładałem się po stracie, ponownie zająłem się interesami. Któregoś dnia wracałem z podróży służbowej. Droga prowadziła obok miasta, w którym urodziła się i żyje podobno moja córka. Już zbliżając się do niego, nie mogłem wyzbyć się niepokoju, który we mnie narastał. Próbowałem nad tym zapanować, zignorować go, ale był ode mnie silniejszy. Zły na siebie za przegraną, zawróciłem na obwodnicy. Odnalezienie ich zajęło mi godzinę – z zawodu jestem przecież łowcą. Mieszkały na obrzeżach miasta w domku jednorodzinnym. Wynajmowały tam piętro. Gdy stanąłem w drzwiach, na twarzach panienki i jej starszego dziecka, też dziewczynki, zobaczyłem strach i niepewność. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.

– Chcę zobaczyć dziecko! – powiedziałem gniewnie. Wściekły byłem coraz bardziej na to, że w ogóle się tu zjawiłem.

Posłusznie wpuściła mnie do środka. Jej starsze dziecko czmychnęło za wersalkę i stamtąd przyglądało mi się ze strachem.

Mała była akurat po kąpieli. Leżała na rozłożonym ręczniku kąpielowym. Maleńka, różowa żaba fikająca nóżkami, mrucząca coś niezrozumiale. Na małej główce, wielkości mojej pięści, czarny meszek przypominający włosy. Nachyliłem się nad nią. Przestała fikać i mruczeć. Patrzyłem w jej oczy. Wielkie, niebieskie. Jak oczy mojej matki... Zobaczyłem w nich coś, co prawie zdarło mi maskę. Jakby wbrew sobie dotknąłem palcem jej malutkiej rączki. Uchwyciła go z siłą, o którą bym nigdy nie podejrzewał takiego niemowlaka. Nie chciała go puścić.

– Mogę ją wziąć na ręce? – zapytałem z łagodnością u mnie niespotykaną.

– Tak – dosłyszałem z tyłu cichą odpowiedź. – Przecież to twoje dziecko.

Delikatnie uwolniłem swój palec z uścisku Małej. Nie odrywała wzroku od moich oczu. Ostrożnie wziąłem ją na ręce. Z przedramion utworzyłem coś w rodzaju kołyski. Nigdy przedtem nie robiłem czegoś takiego. A jednak wiedziałem, jak należy to zrobić. „Skąd?” – przebiegło mi przez głowę, gdy przytuliłem ją lekko do piersi. Mała zaczęła znowu coś mamrotać, próbując dosięgnąć rączkami mojej twarzy. Pochyliłem ją i pozwoliłem jej na to. Po chwili poczułem jej dotyk. Ciepły i delikatny – zwiedzała palcami moją twarz. A ja robiłem wszystko co w mojej mocy, by nie ukazało się na niej to, co w tej chwili czułem. W ukryciu swojego wnętrza powiedziałem do Małej: „Po coś się pchała na ten świat, mała żabko? To nie jest dobre miejsce dla takich małych żabek. Tu się toczy walka na śmierć i życie. Silniejszy pożera słabszego. A ty jesteś taka maleńka i bezbronna. I ja teraz będę musiał walczyć jeszcze za ciebie. Bo jesteś moja! Jesteś moją maleńką żabką. Wiem, że jesteś moja, czuję to. Po prostu to wiem”. Mała już nie mruczała, tylko przyglądała mi się spokojnie. Jakby słyszała, co do niej mówię bez słów... Ostrożnie położyłem ją na ręczniku. Znowu uczepiła się mojego palucha i nie miała ochoty go puścić. Jakby chciała powiedzieć: „Nie zostawiaj mnie! Jesteś mi potrzebny!”. Miałem kompletny mętlik w głowie... Z trudem zdołałem w końcu nad nim zapanować. Przyglądając się Małej, jak wyciąga w moim kierunku maleńkie łapki, podjąłem decyzję. Odwróciłem się do jej matki i spytałem:

– Co jest potrzebne do rejestracji dziecka? No wiesz, uznania go...

W jej oczach zaskoczenie i coś jeszcze. Jakby ulga i wdzięczność. Wyjaśniała mi, jak wygląda procedura i jakie kwity są do niej potrzebne. Przechodziła już przez to.

– Za trzy dni przyjadę i dopełnimy formalności – powiedziałem do niej, patrząc na dziecko. – Masz być gotowa – dodałem. Nigdy nie marnuję czasu, gdy decyzja zapadła. Działam po prostu. Jak zawsze.

– Dobrze – zgodziła się potulnie.

I to był koniec pierwszego spotkania z moim dzieckiem. Nachyliłem się nad nią jeszcze raz i powiedziałem do niej spojrzeniem: „Trzymaj się, maleńka. Wrócę do ciebie. Nie pozwolę ci zginąć, moja mała żabko. Obronię cię i nie dam nikomu skrzywdzić”. Patrzyła tylko na mnie. Wyprostowałem się i ruszyłem do wyjścia. W drzwiach rzuciłem na pożegnanie:

– Za trzy dni.

Droga do domu nie była łatwa. Wciąż czułem zapach i dotyk mojej córeczki. Mówiły do mnie wyraźnie: „Twoje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem”. To budziło lęk i niepokój. Również złość. Na Małą, że się w nim zjawiła i poprzestawiała je do góry nogami. Na jej matkę za to, że ją urodziła. Najbardziej jednak byłem wściekły na siebie. A właściwie to na swojego fiuta, nad którym nie zdołałem zapanować. „Następnym razem wsadzę cię między drzwi, zasrańcu – rzuciłem groźnie w kierunku rozporka. – Może to cię nauczy rozwagi”. To mnie trochę uspokoiło. Dostało się komuś i to było najważniejsze. W „mieście” nie pisnąłem ani słowa o tym, że zostałem ojcem. Byłem właśnie w ostrej akcji, kolesie byli wyjątkowo niebezpieczni. Z takimi słabościami lepiej się nie wychylać. Na wszelki wypadek. I zrobiłem coś jeszcze: nie opiłem urodzin swojego maleństwa, jak to jest w zwyczaju w moim pieprzonym kraju, w którym przyszło mi żyć. Podjąłem tę decyzję jeszcze w samochodzie, w czasie drogi powrotnej. Pomyślałem sobie, że nie chcę, żeby życie mojego dziecka naznaczone było wódą. Tak jak moje, odkąd pamiętam. Miałem nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Bo przecież z jej matką poszliśmy do łóżka nawaleni okrutnie, więc jej istnienie zaczęło się w oparach alkoholu. Może ta decyzja sprawi, że się w nich nie potoczy i kiedyś nie zakończy.

Po trzech dniach byłem już oficjalnie ojcem. Urzędniczki były nieco zdziwione moim zachowaniem. Żadnych wątpliwości, żadnych testów potwierdzających ojcostwo. Jedna z nich powiedziała do mnie w trakcie załatwiania formalności:

– Wie pan, długo tu pracuję i jeszcze nie spotkałam się z taką postawą. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze tacy mężczyźni na świecie.

Skwitowałem to milczeniem. Mała dostała imiona po mojej niedawno zmarłej matce i moje nazwisko. Jej matka nie protestowała i byłem jej za to wdzięczny. W drodze do urzędu zapytała mnie, jak chciałbym nazwać córkę. Powiedziałem, dając jednocześnie do zrozumienia, że wszelkie protesty nie mają sensu. Nawet nie próbowała. Chrzciny sobie odpuściłem. Nie miałem zamiaru uczestniczyć w czymś, co nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Ochrzciłem ją po swojemu, wybierając jej imiona i uznając oficjalnie za swoje dziecko.

Tatusiem byłem nieszczególnym. Zjawiałem się rzadko i zazwyczaj wtedy, kiedy nie miałem nic lepszego do roboty. Jednak ciągnęło mnie do niej coraz częściej. I nie tylko do niej – ze zdziwieniem stwierdziłem któregoś dnia, że tęsknię również za jej starszą siostrą. Nazywam ją Dużą. Jest starsza od Małej o siedem lat. W czasie jednej z wizyt, gdy bawiłem się z Małą, mój wykrywacz spojrzeń dawał cały czas znać, że jestem obiektem obserwacji. To była Duża. Złapałem jej spojrzenie i wyczytałem z niego wszystko: zazdrość, złość i smutek. Zagubienie i żałość. I rozpaczliwą tęsknotę za czymś... Nie potrafiłem tego zdefiniować. Było to spojrzenie małego, bezradnie zagubionego zwierzątka. Spojrzenie cierpiącego dziecka. Uczyniło wyłom w moim czarnym, lodowatym sercu. Duża wdarła się tamtędy i zajęła w nim swoje miejsce. Od tamtej pory nie robiłem już żadnej różnicy między nimi. Stały się dla mnie jednakowo ważne. Zabawy były wspólne. Zawsze zabierałem je obie – czy to na spacer, plażę czy wycieczkę. Obdarowywałem je zawsze jednakowo, stosownie do ich wieku. Duża lubiła czytać. Kupowałem jej więc książki. Często czytaliśmy je razem. Mała lubiła słuchać bajek. Opowiadałem te, które zapamiętałem z dzieciństwa. Kupowałem też nowe i czytając je, uczyliśmy się ich we troje. W oczach Dużej nie było już widać tak wielkiego cierpienia, choć nie zniknęło całkowicie. Pojawiło się jeszcze coś – czego wtedy nie potrafiłem rozkminić. A może potrafiłem, tylko się tego wystraszyłem? Nie zdołałem jednak przed tym zbiec...

Dopadło mnie, gdy przez pół roku dzieliłem z nimi mieszkanie. Nie miało to nic wspólnego z moją dobrą wolą. Wszedłem właśnie w układ z jedną z najostrzejszych ekip w kraju. Numer był gruby, na kilka dużych baniek. Musiał więc długo potrwać. Na prawie rok wyniosłem się do innego miasta. Gdy sztos dobiegał końca, dowiedziałem się, jak wspólnicy zamierzali się ze mną rozliczyć. Parę gram ołowiu i dwumetrowa warstwa piachu nad mięsem, w które by mnie zmienił, nie było tym, czego oczekiwałem. Rozwiązałem więc z nimi umowę o pracę bez wypowiedzenia i ewakuowałem się w miejsce, które – miałem nadzieję – zdołałem zachować przed wszystkimi w tajemnicy. Zamieszkałem z dziećmi i ich matką, by w razie czego strzec je i obronić.

Matka Małej wyjątkowo wtedy pracowała i skutkiem tego spędzałem z dziećmi całe dnie. Robiłem za męską babysitter. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo. Mała świata nie widziała poza mną. A ja poza nią i Dużą. Duża jakby wreszcie przestała się mnie bać. Do tej pory zbliżała się do mnie lękliwie. Bolało mnie to. Starałem się więc okazywać jej większą łagodność. Do tego stopnia, że byłem bardziej wyrozumiały wobec wybryków jej niż Małej. Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania. I wystraszył mnie.

Pewnego dnia pojechaliśmy na plażę. Taką pięknie dziką, nad leśnym jeziorem. Wszyscy, razem z ich matką. Było świetnie. Uczyłem dzieciaki łowić ryby. Przy pluskaniu się w wodzie pierwsze lekcje pływania pod moim czujnym spojrzeniem. Dziewczynki były szczęśliwe. Okazywały to na każdym kroku. Nie powiem, żebym ja też nie był. Po posiłku, gdy siedzieliśmy wszyscy razem, ich matka powiedziała do mnie:

– Duża chciałaby cię o coś spytać, ale się wstydzi.

Nie przeczuwając, co mnie spotka, spojrzałem na dziecko i rzuciłem z uśmiechem:

– Śmiało, Duża, nie ma się czego wstydzić.

Trochę spochmurniała i schowała się za matkę, mówiąc:

– Ale ja nie chcę, mamo!

Ukryta za jej plecami, rzucała w moim kierunku ukradkowe spojrzenia. Pojąłem natychmiast, że to, co chciałaby wiedzieć, jest dla niej zbyt ważne i trudne, by chciała o tym mówić w obecności innych.

Wstałem z ręcznika, na którym leżałem. Wyciągnąłem rękę w jej kierunkuj, mówiąc:

– Chodź, pójdziemy poszukać kłódek. Zaraz skończą się nam robaki i nie będziemy mieli na co łowić.

Po krótkim wahaniu podała mi dłoń i poszliśmy wzdłuż brzegu, wypatrując zatopionych gałęzi, przy których czepiają się kłódki. Pokazywałem jej, jak ich szukać, wyjaśniając zarazem, że są to larwy, które w wodzie dorastają, by później zamienić się w piękne ważki. Gdy nazbieraliśmy ich wystarczającą ilość, usiedliśmy na brzegu z nogami zanurzonymi w wodzie.

– Dużo udało się ich znaleźć – stwierdziła, przyglądając się naszej zdobyczy. – Starczy nam?

– Na dzisiaj na pewno – odpowiedziałem. – No dobra – dodałem po chwili. – Robali nazbieraliśmy, to teraz możesz pytać. Co chciałabyś wiedzieć?

Spuściła głowę w milczeniu i podciągnęła nogi pod brodę, obejmując je rękami. Zamknęła się. Ciało mówi... Nie poddaję się. Obejmuję ją i lekko przytulam, mówiąc cichym, łagodnym głosem:

– Zobacz, jesteśmy tu sami. Nikt nas nie słyszy. Obiecuję, że to, co powiesz, zostanie tylko między nami. Masz na to moje słowo. Jeśli chcesz, możesz mi zaufać.

Dłuższą chwilę czekam, ale ona wciąż milczy. Ściskam ją więc lekko, mówiąc: – Wiem, jak to bywa. Mnie też się czasami nie chce z nikim gadać. Powiesz, kiedy będziesz chciała, OK? Chodź, wracamy. – Wstałem, biorąc do ręki nasz łup: garść kłódek.

Niespodziewanie uniosła głowę i spojrzała na mnie. Chwilę się jeszcze wahała, po czym nieśmiało spytała:

– Czy mogłabym mówić do ciebie tato? Tak jak Mała?

Struchlałem. Żołądek zabolał mnie gwałtownym skurczem. Poczułem w nim tak dobrze znane mi ssanie. W ustach suchość. Moje ciało tak właśnie reaguje na strach. Zawsze to przeżywam, ruszając do akcji. Jestem teraz przerażony na maksa. A ona wciąż na mnie patrzy... W spojrzeniu jej zielonych oczu odbija się nadzieja zawarta w tym pytaniu. Opanowuję się. Siadam przy niej znowu, odkładając nazbierane robale.

– Posłuchaj, Duża – staram się mówić łagodnie. – Sądzę, że jesteś już w takim wieku, że to zrozumiesz... – Źle zacząłem, widzę to... Jej oczy gasną. Nie zawracam jednak, jadę dalej, choć słowa, których jeszcze nie wypowiedziałem, zaczynają mnie boleć. Wiem, że ją też zabolą. – Wiesz przecież, że nie jestem twoim tatą. I nigdy nim nie będę... – dodaję ze smutkiem. Dziwi mnie, że autentycznym. Ona z podobnym spuszcza głowę na kolana. – Tak już jest i nie zmienimy tego. – Każde wypowiadane słowo boli. Ją i mnie. – Pozostańmy więc przy tym, że będziesz mówić do mnie po imieniu. Tak jak do tej pory, dobrze? Mogę ci za to obiecać jedno: jeżeli chcesz, będę twoim przyjacielem. Jesteś dla mnie ważna tak samo jak Mała. Mam nadzieję, że to czujesz – kończę cicho.