Wydawca: Demart Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Bandera. Terrorysta z Galicji ebook

Wiesław Romanowski

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bandera. Terrorysta z Galicji - Wiesław Romanowski

Historia człowieka, który wciąż, ponad pięćdziesiąt lat po swojej śmierci, dzieli dwa sąsiadujące narody. Dla części Ukraińców Stepan Bandera jest bohaterem narodowym, dla Polaków – mordercą.

Jego legendę wykreowała śmierć, która przyszła z rąk KGB... W jaki sposób ten syn greckokatolickiego księdza stał się przywódcą Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów,odpowiedzialnym za ludobójstwo co najmniej 100 tysięcy polskich cywilów na wschodnich terenach Polski po II wojnie światowej?

Autor - dziennikarz i reporter specjalizujący się w tematyce wschodniej, opierając się naniepublikowanych dotąd materiałach z archiwów niemieckich i ukraińskich, ukazuje postać człowieka uwikłanego w wielką historię.

Opinie o ebooku Bandera. Terrorysta z Galicji - Wiesław Romanowski

Fragment ebooka Bandera. Terrorysta z Galicji - Wiesław Romanowski

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość niniejszej publikacji nie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny; nie może być użyta do innej publikacji oraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: info@demart.com.pl

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: biuro.handlowe@demart.com.pl

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: sklep@polskaniezwykla.pl

Autor serdecznie dziękuje Panu redaktorowi Reinhardowi Lauterbachowi za pomoc w poszukiwaniu śladów Stepana Bandery w archiwach niemieckich

Redakcja i korekta: Beata Jankowiak-Konik

Projekt okładki: Krzysztof Stefaniuk

Źródła ilustracji: archiwum ukraińskiego Centrum Badań Ruchu Wyzwoleńczego, www.cdvr.org.ua; Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau; archiwum autora; archiwum Demart; Wikimedia_Commons

ISBN: 978-83-7427-888-1

Spis treści

Rozdział I. Życie po życiu

1. Dzień pana Popiela

2. Woda z Morza Czarnego

3. Grymas historii

4. Drugie życie Stepana Bandery

Rozdział II. Ostatnia Wieczerza

1. Galicyjski dom

2. Czarny surdut

3. Nowy naród

4. Tworzenie nowego narodu

Rozdział III. Ćwiczenia z ukraińskiego

1. Tulipany i ułański liberalizm

2. Tylko po ukraińsku

3. Tylko we Lwowie

Rozdział IV. Gry wojenne

1. Ucieczka

2. Spisek

3. Decyzja życia

4. Mity

5. Mit galicyjski i jego krytycy

Rozdział V. Wszystko nie tak

Rozdział I. Życie po życiu

1. Dzień pana Popiela

Chaja i Melach Gamse, wraz z synem Abbą, właśnie zabierali się w kuchni do obiadu, gdy z klatki schodowej dobiegł hałas, tak jakby ktoś upadł. Zaraz po tym lub nawet równocześnie z upadkiem (trudno to było rozdzielić) usłyszeli rozpaczliwy krzyk, a tuż po nim – tu granicą był ułamek sekundy ciszy – głośne, natrętnie kojarzące się z obozowym dniem powszednim, rzężenie umierającego człowieka. Chaja wybiegła z mieszkania pierwsza i krzyknęła: „Oh, mein Gott!” Na półpiętrze leżał sąsiad z trzeciego piętra Stefan Popiel, jego córka Natalia uczyła Abbę niemieckiego. Kilka dni wcześniej Melach zapytał spotkanego na klatce schodowej Popiela, dlaczego zawsze chodzi schodami na swoje trzecie piętro, zamiast korzystać z windy. „Mnie nie zaszkodzi, jestem tłuściutki” – odpowiedział. Chaja razem z nianią państwa Weinerów z naprzeciwka, Magdaleną Winklmann, ułożyły go na boku, by nie zadławił się krwią płynącą z ust, nosa i uszu. Później, na policji, Chaja wyjaśniała, że takie ułożenie ciała na boku zalecają podczas kursów pierwszej pomocy, a ona sama wielokrotnie widziała w obozie, jeśli pozwalali na to naziści – co zdarzało się wyjątkowo rzadko – podobne próby ratowania życia. Chaja była przestraszona wizytą na policji i rozmową z niemieckim policjantem, nie była też pewna, czy jej udział w ratowaniu sąsiada nie zostanie poczytany za wtrącanie się w nie swoje sprawy, zaś do tego „poczytywania”, mimo upływu czasu, nie mogła się przyzwyczaić. Niania Weinerów pobiegła do mieszkania po ręcznik, który razem ułożyły choremu pod głową, by ta, drgając, nie uderzała o brudne lastryko. Gdy Melach wbiegł na trzecie piętro, zastał otwarte drzwi do mieszkania Popielów i stojącą w nich panią Popielową, która czekała na męża. Widziała z góry, jak około godziny pierwszej podjechał pod garaż swoim granatowym oplem kapitanem i z koszykiem pomidorów szedł do mieszkania. Zeznała później na policji: „Gdy zdrzemnęłam się na balkonie, sama nie wiem jak to się stało, obudził mnie dźwięk zamykania samochodowych drzwi. Popatrzyłam w dół i zobaczyłam samochód męża przed garażem. Nie wiem, jak długo on tam stał, ale pewnie tylko chwilę, gdy raptem zasnęłam. W każdym razie obudziłam się i natychmiast pobiegłam z balkonu do drzwi wejściowych, i je otworzyłam, byłam pewna, że mąż jest tuż-tuż. Kiedy je otworzyłam, z dołu, z klatki, usłyszałam straszny krzyk, brzmiał jak straszny ból. Zaraz po tym krzyku – chodzi o parę sekund – usłyszałam głos pani Gamse, która krzyczała: «Mój Boże!» lub coś w tym rodzaju. Od razu poznałam jej głos. Już sobie pomyślałam, że coś się wydarzyło, ale myślałam, że to u nich, bo oni obydwoje mają słabe zdrowie. Kiedy jeszcze się zastanawiałam, czy mam zejść im do pomocy, pan Gamse przyszedł do nas. Zapytałam go, czy chce skorzystać z telefonu, a on powiedział, że tak i żebym poszła na dół, bo to mój mąż leży na pierwszym piętrze. Wzięłam swoje klucze i natychmiast pobiegłam na dół. Tam, na pierwszym piętrze, zobaczyłam leżącego męża. Leżał pomiędzy drzwiami od windy a wejściem do mieszkania Weinerów. Mężowi mocno leciała krew z ust, nosa i uszu. Żaden z pomidorów nie spadł na schody, wszystkie były w koszyku. Mąż nie dawał oznak życia, tylko jakby chrapał”.

Pan Bóg został przywołany raz jeszcze, tym razem po ukraińsku: „O, Hospody!”. Żona umierającego – już chyba wówczas wszyscy uczestnicy próby ratowania sąsiadowi życia mieli tego świadomość – delikatnie gładziła głowę męża i cicho pytała po ukraińsku: „Stepane, szczo stałosia, Stepane, skarzy…”. Wezwany przez Melacha lekarz pogotowia Czerwonego Krzyża nawet nie próbował badać pacjenta, polecił, by jak najszybciej przeniesiono go do sanitarki. Razem z nimi zabrała się też żona, zdążyła jeszcze zatelefonować do wydawnictwa, gdzie Popiel pracował jako „pisarz” i wydawał pismo „Szlak Zwycięstwa”. Jego współpracownik, Jarosław Bencal, tak opowiedział o tym policji: „Pani Popielowa zadzwoniła, ale mówiła bez ładu i składu. Mogłem tylko zrozumieć coś o jakimś zawale, o leżeniu na schodach. Wiec powiedziałem pani Popielowej, że natychmiast przyjadę. Na pierwszym półpiętrze leżała szmata z plamami krwi. Pomiędzy pierwszym a drugim półpiętrem były ślady krwi na ścianie”. Melach Gamse odniósł na górę koszyk z pomidorami, które nie wysypały się podczas upadku i przekazał je przerażonym dzieciom, Chaja razem z sąsiadką przetarły mokrą szmatą lastryko. Gdy sanitarka dojeżdżała do szpitala, lekarz stwierdził zgon. W pierwszej chwili podejrzewał zawał serca, upadek na schodach, może złamanie podstawy czaszki, może wstrząśnienie mózgu, stąd krwawienie. Jednak uważał te hipotezę za dość powierzchowną, dlatego też od razu zlecił wykonanie sekcji zwłok. Jej wyniki były szokujące – Stefan Popiel zmarł, otruty cyjankiem potasu.

Niemiecka kenkarta Stepana Bandery z fotografią i odciskami palców, wystawiona na nazwisko Stefan Popiel.

Fot. Wikimedia_Commons

Najpierw w sprawie śmierci Stefana Popiela monachijska policja kryminalna przesłuchała sąsiadów, którzy próbowali udzielić mu pierwszej pomocy: Chaję i Melacha Gamse, Żydów, ona urodzona w Wilnie, on w Dyneburgu na Łotwie, rówieśnik zmarłego, obecnie bezrobotni, ona z zawodu księgowa, on – technik dentystyczny. Do Monachium pierwszy raz przyjechali w 1945 roku, po oswobodzeniu z obozów koncentracyjnych w Bambergu i Dachau, na dwa lata wyjechali do Izraela, planowali zostać tam na zawsze, ale wrócili. Zmarłego Popiela i jego rodzinę, żonę i troje dzieci, widywali rzadko, przeważnie na schodach, nie mogli nic powiedzieć o jego życiu rodzinnym i odwiedzających go ludziach, byli znajomymi z klatki schodowej. W sprawie zdrowia Stefana Popiela przekazali policji uwagę syna Abby, któremu dwa tygodnie wcześniej Stefan Popiel, idąc po schodach, skarżył się na bóle w klatce piersiowej.

W protokole z oględzin zwłok i rzeczy Stefana Popiela odnotowano, że pod prawą pachą miał kaburę z zabezpieczonym pistoletem, model 765 PPK, nr 220534 K. W magazynku było sześć kul, siódma – w lufie pistoletu. W kieszeni marynarki znaleziono kwit z przechowalni bagażu na dworcu kolejowym w Monachium i wytrych. Podobny wytrych, ale większy, był w samochodowej skrytce, pod siedzeniem kierowcy. Znaleziono też zaostrzony metalowy pręt – policja oceniła je jako akcesoria typowe dla włamywacza. Bagażnik opla kapitana był pełen sprzętu kempingowego, gazet z września 1959 roku, z ostatniego urlopu oraz zakupów z giełdy warzywno-owocowej: pomidorów, winogron, śliwek, orzechów. Osobny ich worek należał do pani Eugenii Mack, sekretarki Stefana Popiela, która towarzyszyła mu podczas zakupów. Żywność została wydana pani Jarosławie Popiel na telefoniczne polecenie nadinspektora Baumanna, worek orzechów dla pani Mack odebrał jeden z pracowników wydawnictwa.

Następnego dnia OUN-B i wydawnictwo „Nowy Szlak” opublikowały nekrolog, który niestety nie został zauważony prze prasę:

„Z wielkim smutkiem i głębokim bólem informujemy członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, a także wszystkich ukraińskich obywateli, iż 15 października 1959 roku o godzinie trzynastej zginął ze zdradzieckiej ręki wielki syn narodu ukraińskiego i wieloletni przywódca rewolucyjnej walki za państwową niepodległość, przewodniczący Prezydium Zagranicznych Części Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepan Bandera, urodzony 1 stycznia 1909 roku, członek Ukraińskiej Organizacji Wojskowej od 1927 roku, członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów od 1929 roku, członek Krajowej Egzekutywy od 1931 roku, i z czasem, do 1934 roku, jej przewodniczący, i jednocześnie Komendant Krajowy Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, i od 1933 roku członek Prezydium OUN, przewodniczący Prezydium OUN od 1940 roku, przewodniczący Biura Prezydium całej OUN od 1945 roku. Wieloletni więzień polskich więzień, skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywocie oraz więzień niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych od 1941 do 1944 roku. Pogrzeb rozpocznie się w Monachium 20 października 1959 roku o godzinie 9.00 mszą świętą w cerkwi pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela, przy ulicy Kościelnej. O godzinie 15.00 panichida i pogrzeb na cmentarzu Waldfriedhof. Żałoba będzie trwała dwa miesiące – od 15 października do 15 grudnia 1959 roku. Wieczna Mu Sława i Pamięć”.

16 i 17 października policja prowadziła jeszcze śledztwo w sprawie śmierci Stefana Popiela, jednak coraz częściej w protokołach pojawiało się nazwisko Stepana Bandery. Trudno określić dokładnie, kiedy i gdzie nastąpił punkt zwrotny w tej historii, i Stepan Bandera definitywnie przestał być Stefanem Popielem. Możemy być jednak pewni, że odbyło się to przy udziale przedstawicieli niemieckiego wywiadu BND i Urzędu Ochrony Konstytucji, które to instytucje przydzieliły kilka lat wcześniej byłemu współpracownikowi wywiadu Republiki Weimarskiej i wywiadu III Rzeszy, a obecnie swojemu, nową tożsamość i legalnie wystawiły nieprawdziwe dokumenty. Zapewne nie obyło się bez wizyty w szpitalu i komendzie policji urzędnika państwowego Gerharda von Mende z Zachodnioniemieckiego Urzędu ds. Repatriacji Cudzoziemców. Ten były entuzjasta nazistów, doradca Alfreda Rosenberga ds. mniejszości narodowych w ZSRS, po wojnie nawiązał współpracę z wywiadem brytyjskim i założył w Düsseldorfie Służbę Poszukiwawczą Europy Wschodniej, gdzie zatrudniał między innymi byłych nazistów, specjalizujących się w propagandzie antykomunistycznej. Był też promotorem Stepana Bandery, bronił go, gdy urzędy państwowe Bawarii i policja w Monachium chciały zastosować sankcje prawne wobec organizacji Bandery za szereg przestępstw, od fałszowania pieniędzy począwszy, a na porywaniu ludzi skończywszy. Ta opieka stanowiła zapłatę za raporty polityczne składane przez Banderę von Mendemu. Na podstawie doniesień Bandery, von Mende razem z przedstawicielami rządu Bawarii rutynowo interweniowali w sprawach zezwoleń na zamieszkanie, fałszywych paszportów i innych dokumentów.

Po wojnie ukrywający się przed aliantami przewodniczący Bandera używał nazwisk Karpiak i Kaspar. Wystawianiem dokumentów tożsamości zajmował się wówczas któryś z jego współpracowników – produkcja fałszywych dokumentów była jednym ze źródeł dochodów organizacji. Od zakończenia II wojny światowej Banderowie żyli w konspiracji. Małżonkowie mieli wyuczoną na pamięć „legendę” nowej tożsamości, opartą na cudzym życiu – prawdziwy Stefan Popiel zaginął podczas wojny. Ich córka Natalia Bandera, urodzona w maju 1941 roku w Krakowie, zapamiętała z dzieciństwa ciągłe zmiany miejsca zamieszkania, biedę i oczekiwanie na ojca, którego przestała rozpoznawać. W wieku 13 lat – co najważniejsze dla zrozumienia relacji między nimi – czytając ukraińskie gazety, domyśliła się, że jej ojcem nie jest Stefan Popiel, a Stepan Bandera. Domyśliła się i bojąc się o rodzeństwo, zostawiła tę wiedzę dla siebie, Nie rozmawiała o tym nawet z matką. Dzieci poznały swoją historię dopiero po śmierci ojca. Banderowie ukrywali się przede wszystkim przed Sowietami, ale długo nie wiedzieli też, co zrobią z nimi Amerykanie i Brytyjczycy – czy postawią Banderę przed sądem, czy też wydadzą Związkowi Sowieckiemu. Nie mogli też być pewni ludzi Andrija Melnyka (tzw. melnykowców), z konkurencyjnej frakcji OUN, ani opozycji we własnej organizacji.

Monachijska policja kryminalna próbowała ustalić, kto mógł podać Banderze truciznę, nie wykluczała też samobójstwa. Dwukrotnie przesłuchała jego żonę Jarosławę. Jej zeznania nie wniosły wiele do sprawy, ale dość dobrze scharakteryzowały sytuację Stepana Bandery i jego topniejącej organizacji, w której jedną z komórek stanowiła rodzina. 16 października w komendzie policji żona otrutego Stefana Popiela przedstawiła się jako Jarosława Popiel, z domu Banach, urodzona 14 września 1907 roku w Sanoku na Ukrainie. Faktycznie nazywała się Jarosława Bandera, z domu Opariwśka i była członkinią nielegalnej w Polsce Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, ale ta informacja, nawet gdyby ją ujawniła śledczym, zostałaby potraktowana jako zbędna i zupełnie nie na miejscu. Urodziła się też dziesięć lat później, 14 września 1917 roku w Sanoku, wówczas należącym jeszcze do Austro-Węgier – Sanok nigdy nie należał do Ukrainy. Za mąż za Stefana Popiela rzekomo wyszła w 1940 roku w Sanoku. Naprawdę ślub Jarosławy ze Stepanem Banderą odbył się w Krakowie. Kolejna informacja, że w 1946 roku przyjechała z mężem do Monachium, też nie odpowiadała prawdzie – do Monachium przyjechali razem dopiero w 1954 roku. „Mąż był zatrudniony w różnych wydawnictwach jako pisarz, ostatnio w wydawnictwie «Szlak Zwycięstwa»”1. Doskonale znała historię męża, poznali się przecież w 1940 roku w Krakowie, gdzie przewodniczący był, zwłaszcza w pewnych kręgach ukraińskich, znany i podziwiany. Ostatni okres nie był, delikatnie mówiąc, najlepszy dla małżonków – trudno uczynić szczęśliwym związek permanentnie rozłączony. Bardzo szybko wzięli ślub, Natalka była już w drodze. W 1941 roku Jarosława dojechała jeszcze na krótko, z Natalką na rękach, do Berlina, gdzie Stepan przebywał w areszcie domowym, ale po przewiezieniu męża do obozu w Sachsenhausen, gdzie Hitler trzymał na lepsze czasy swoich ukraińskich zakładników, wróciła do swojej mamy do Sanoka i tam spędziła wojnę. Spotkali się dopiero w 1945 roku i w poszukiwaniu nowego domu oraz sposobu na życie przenosili się z miejsca na miejsce w Bawarii, najczęściej w okolicach Monachium – centrum życia emigracyjnego i wywiadowczego. Praca pana Popiela koncentrowała się w tym okresie w ukraińskich obozach dla uchodźców, które „były siedliskiem nowo nawróconych nacjonalistów”, zaś „Bandera był zdeterminowany w sprawie przejęcia kontroli nad całym środowiskiem emigracyjnym”. W lutym 1946 roku sformował Zagraniczne Przedstawicielstwo OUN Bandery, w którym prowadził politykę twardej ręki „we wszystkich kwestiach, w tym edukacji politycznej, ideologii oraz dyscypliny członków sekcji”2. Zdaniem amerykańskiego wywiadu wojskowego (CIC) Bandera zamierzał stworzyć na obczyźnie dyktaturę, którą planował później przenieść do wyzwolonej w wyniku trzeciej wojny światowej Ukrainy. Z meldunków CIC wynika, iż grupa Bandery rutynowo zastraszała, a nawet terroryzowała przeciwników politycznych – zbieranie pieniędzy od uciekinierów nie jest zadaniem prostym. Raporty CIC określają działającego w Monachium Banderę jako „szczególnie niebezpiecznego”, ponieważ używał metod terroru w stosunku do ukraińskich rywali w Niemczech. W sierpniu 1947 roku banderowcy byli obecni w każdym ukraińskim obozie dla uchodźców w strefie amerykańskiej, jak również francuskiej i brytyjskiej. Mieli wyrafinowany system kurierski, sięgający Ukrainy. Bandera był „cały czas w podróży, często w przebraniu, zamaskowany”, z ochroniarzami gotowymi „zrobić porządek z każdym, kto może okazać się niebezpieczny dla Bandery czy jego partii”. Bojownicy UPA mówili, że Bandera był „odbierany jako duchowy bohater narodowy wszystkich Ukraińców…”. Siebie określali jako przedstawicieli walczącego „bohaterskiego ukraińskiego ruchu oporu przeciwko nazistom i komunistom”, który był źle przedstawiany i oczerniany przez „moskiewską propagandę”. Nigdy nie przestawali mówić, że Bandera został aresztowany przez nazistów i był przetrzymywany w obozie Sachsenhausen. A teraz on i jego ruch walczą „nie tylko o Ukrainę, ale o całą Europę”. Bandera, jak i jego ludzie byli przekonani, że Amerykanie mają marne pojęcie o ich przeszłości zarówno sprzed wojny, jak i z czasów samej wojny. Rzeczywiście, przedstawiciele wywiadu USA w strefie okupacyjnej nic nie wiedzieli ani o przedwojennej terrorystycznej działalności Bandery (w tym o udziale w zamachu na życie polskiego ministra Bronisława Pierackiego), ani o jego działalności w czasie wojny, szczególnie o roli w czystkach etnicznych na Wołyniu, ani wreszcie o udziale OUN Bandery w eksterminacji Żydów.

Podczas podróży rodzinnej, stanowiącej konsekwencję walki o polityczne i ekonomiczne przetrwanie, bardziej przypominającej ucieczkę niż w miarę planowe szukanie bezpiecznej przystani, Jarosława urodziła jeszcze dwoje dzieci, Andrija (1946) i Lesię (1947). Do Monachium przyjechali w 1954 roku. Po wojnie koreańskiej zimna wojna weszła w okres swojej małej stabilizacji, przerwanej wkrótce, ale nie na długo, sowiecką pacyfikacją Węgier w 1956 roku. Wywiady, szczególnie angielski, dotąd najbardziej hojny (Amerykanie znacznie wcześniej poznali się na niskiej jakości jego usług), przestały być zainteresowane ofertą Stepana Bandery. Odpowiedzią na nowe wyzwania, a właściwie coraz bardziej beznadziejny brak perspektyw, był projekt założenia ukraińskiego wydawnictwa i w perspektywie – powrót do legalnej działalności publicznej. Pewnego dnia w Monachium pojawiło się więc – z walizką dolarów zebranych i zabranych w obozach dla uchodźców, a może pochodzących jeszcze z „rewolucyjnej” działalności w Galicji – trzech zakonspirowanych funkcjonariuszy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, w towarzystwie niemieckiego architekta. Założyli oni spółkę cywilną i 4 marca 1953 roku kupili nieruchomość przy Zeppelinstr. 67 (Staatsarchiv München, Kataster Nr. 12970). W akcie notarialnym figurują: dr Hryhoryj Waskowytsch, psycholog, Petro Pasznyk, inżynier oraz Osypa Demczuk, pracownica umysłowa, mieszkańcy Monachium. Zakupiona nieruchomość to działka budowlana z pozostałościami zbombardowanego przez aliantów domu. Spółka wybudowała na niej nowy dom, z mieszkaniami na wynajem, zaś w oficynie umieściła wydawnictwo gazety „Szlak Zwycięstwa”, w rzeczywistości biuro Zagranicznych Części Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, kierowanej przez Stepana Banderę. Stefan Popiel zamieszkał na Kreitmaystr. 7, w kupionym przez spółkę mieszkaniu, pięć kilometrów i sto metrów od biura, do którego dojeżdżał samochodem w 12 minut.

17 października Jarosława Popiel nieco skorygowała swoje zeznanie z dnia poprzedniego. Być może domyśliła się, że policjanci czasami czytają gazety, a może oni sami jej o tym przypomnieli. Już wówczas zapewne zapadła w organizacji decyzja, że pochować trzeba – jak najbardziej uroczyście – nie Popiela, a Banderę. Konspiracja, przynajmniej w tej kwestii, stawała się zbyteczna. Pani Popielowa powoli zaczęła zmieniać się w panią Banderową, wdowę po wybitnym ukraińskim polityku. Powiedziała, że męża poznała w 1940 roku w Krakowie, gdzie po sześcioletnim pobycie w więzieniu (siedział pięć lat i trzy miesiące) cierpiał na silny reumatyzm i miał kłopoty z sercem. „Reumatyzm próbował leczyć w sanatorium na Słowacji. Miał też chory nos, podczas głodówki więźniów ukraińskich w polskim więzieniu karmiono go sondą przez nos, co doprowadziło do jego uszkodzenia. Tę dolegliwość leczono operacyjnie w 1941 roku w berlińskim szpitalu. Jednak mąż miał skłonność do kataru i stale stosował krople do nosa «Endrine». Wracał też reumatyzm, szczególnie gdy mieszkaliśmy w mokrym klimacie w miejscowości Breitbrunn nad jeziorem Ammersee. Musiał brać różne leki i przestrzegać diety, ograniczał jedzenie wieprzowiny i wieprzowego tłuszczu, lekarz zalecał mu rezygnację z mięsa oraz jedzenie warzyw i owoców. Gdy jadł poza domem, zawsze potem kiepsko się czuł. Zimą, w drodze na narty w Spitzing, zemdlał podczas prowadzenia samochodu. (…) Mąż od lat cierpiał na bóle głowy i żołądka, dlatego przeważnie jadał w domu”.

„O ile wiem” – mówiła dalej Jarosława, żegnając się ostatecznie z legendą Popiela pisarza – „mąż nie posiadał ampułki z trucizną. Wiem, że niektórzy agenci na swoje życzenie dostają takie ampułki z trucizną, ale nie wiem, skąd. Mój mąż na pewno w ostatnim czasie nie posiadał takiej ampułki, przynajmniej nic mi o tym nie mówił”. Informację, że pisarz był agentem, policjanci przyjęli bez komentarza, nawet nie spytali, czyim. Wdowa nie wierzyła w hipotezę o samobójstwie: „Jak doszło do śmierci męża, nie wiem. Ale w żaden sposób nie wierzę, żeby on popełnił samobójstwo”. Przyznała jednak, że mąż nigdy z nią o tym nie rozmawiał i że nie znała jego poglądów w tej sprawie: „Mąż nigdy nie rozmawiał ze mną o możliwości samobójstwa. Co prawda, w domu bardzo często bywał smutny, nerwowy i męczyły go mocno bóle głowy, ale on też bardzo lubił swoje dzieci. Również i dzieci były bardzo przywiązane do niego. Podczas gdy ja w domu często bywałam ponura i smutna, mąż strasznie lubił życie. On był w stanie bawić się z dziećmi, jak gdyby sam był dzieckiem”.

„Uważam, że o samobójstwie Bandery nie może być mowy, i nie było ku temu przyczyn ani na płaszczyźnie politycznej, ani rodzinnej” – kategorycznie odrzucał wersję samobójstwa skarbnik wydawnictwa i jego współzałożyciel Dmytro Myskiw, były członek niemieckiej Policji Pomocniczej w Generalnej Guberni, uchodźca polityczny z Hałyczyny3, w trybie nagłym wezwany z delegacji w Rzymie, gdzie bezskutecznie próbował namówić włoski wywiad na dalsze sponsorowanie organizacji. Teraz musiał pilnie szukać pieniędzy na organizację pogrzebu. „Bandera miał bardzo dobry stosunek do swojej rodziny. On był bardzo pobożny, nie było wycieczki bez uprzedniego pójścia do cerkwi. Nigdy nie doszło do kłótni w rodzinie” – wspominał Myskiw. „Nasze stosunki prywatne były na tyle dobre, że zawsze razem jeździliśmy na wycieczki weekendowe oraz w dłuższe podróże wakacyjne, do Włoch, Hiszpanii i Francji. W wycieczkach weekendowych i wyjazdach wakacyjnych towarzyszyła nam rodzina Bandery. Bandera był dobrym sportowcem. On jeździł na nartach, uprawiał wioślarstwo, była to natura zdrowa i krzepka. (…) Takie zwyczaje mieliśmy od 4 albo 5 lat. Nasze wyjazdy weekendowe oraz wakacyjne nigdy nie miały charakteru politycznego. Podróże polityczne, owszem, miały miejsce, ale na nie wybieraliśmy się osobno – Bandera osobno i ja osobno”.

Nieco inaczej sprawę relacji rodziny ze światem zewnętrznym scharakteryzowała wdowa po przewodniczącym: „Mąż miał kilku przyjaciół i wszyscy go lubili. Ale w ostatnim czasie rzadko się z kimś spotkał, część jego przyjaciół zmarła, a ja sobie nie życzyłam spotkań u nas w domu, bo mąż był zmuszony do trzymania diety. Wizyt w ostatnim czasie było niewiele, co było moim wyraźnym życzeniem. Mężowi, co prawda, brakowało życia towarzyskiego, ale nie dało się tego zmienić, tak już musiało zostać. Jego przyjaciółmi byli przeważnie ludzie z organizacji oraz współpracownicy. Nie mogę wymienić ich nazwisk, bo, jak już powiedziałam, żyliśmy bardzo samotnie, a poza tym mąż nie lubił mówić o sprawach organizacji. On uważał, że to są sprawy tajne i nie chciał mnie obciążać taką wiedzą”.

Zapewne kluczem do zrozumienia jej postawy wobec policji, a także najbliższego otoczenia, są zdania: „Mąż uważał, że sprawy polityczne i prywatne nie mają prawa być przemieszane i absolutnie nie życzył sobie, bym miała z tym coś do czynienia. Z tego powodu niewiele się dowiedziałam w tym zakresie od męża. Poza tym byłam ambitna i nigdy nie pytałam go, z kim jedzie, dokąd, gdzie przemawia i co robi poza tym. Jak już mówiłam, on sam nic mi nie mówił. (…) Na pewno miał i wrogów. W pierwszej kolejności mogę tu wymienić komunistów. Prasa sowiecka ciągle pisała przeciwko niemu. Przypuszczam, a nawet uważam z całą pewnością, że mąż ma w Monachium wrogów politycznych, którzy jednak nie mogą działać otwarcie. Wrogość była również w środku organizacji, myślę, że w ostatnim czasie ucichła. I w tym zakresie nic dokładnie nie wiem, mąż bowiem nie rozmawiał ze mną o tych sprawach. Jest prawdą, że mąż ciągle miał ochronę ze strony organizacji. Jemu ta ochrona się nie podobała, bo uważał, że ogranicza jego wolność osobistą. By tak rzec, denerwowała go ta ochrona…”.

W dniu poprzedzającym jego śmierć, Stepan Bandera spotkał się na obiedzie, w towarzystwie swoich współpracowników, z przedstawicielami niemieckiego wywiadu BND. Spotkanie miało miejsce w restauracji „EwigeLampe”, w wolnym tłumaczeniu „Wieczne światełko”. Dr. Graegorius (Hrihoryj) Waskowytsch, jeden ze współwłaścicieli domu OUN przy Zeppelinstr. 67, uczestnik spotkania, zeznał w tej sprawie: „W dniu 14.10.1959 r. doszło do konferencji, w której brałem udział wraz z Popielem, Bencalem i «dwoma panami narodowości nieukraińskiej», w pewnej restauracji. Po zakończeniu spotkania osoba przewodnicząca stronie nieukraińskiej wyszła jako pierwsza. Potem lokal opuściliśmy Popiel, Bencal i ja, podczas gdy drugi, bliżej nieokreślony pan pozostał i zapłacił rachunek. Spotkanie służyło wymianie informacji pomiędzy stronami”. Jarosław Bencal utrzymał w swoim zeznaniu formułę o „wymianie informacji między stronami”, dodał natomiast, że spotkanie trwało od 10.00 do 14.00 i podano najpierw „na drugie śniadanie: surówkę z jabłek, rolki z szynki faszerowane grzybami, węgorza wędzonego, tosty oraz chleb razowy, zaś na obiad: zupę z żółwia, do wyboru pieczoną kuropatwę lub bażanta, piure ziemniaczane, kiszoną kapustę z grzybami, sałatkę owocową z bananów, jabłek i pomarańczy. Do tego piwo lub wino”.

Osoba przewodnicząca stronie nieukraińskiej to zapewne personalny kontakt Bandery w wywiadzie Niemiec Zachodnich, Heinz Danko Herre, który pracował z emigrantami ze środowiska armii generała Andrieja Własowa oraz z byłymi więźniami w ostatnich dniach wojny, a teraz był najbliższym doradcą Gehlena, szefa BND. Co prawda CIA ostrzegało Niemcy Zachodnie przed jakimikolwiek relacjami z Banderą, gdyż, jak twierdzili Amerykanie, wszyscy rzekomi cenni pracownicy Bandery w Czechach, Polsce czy na Ukrainie albo nie istnieli, albo byli nieefektywni. Jednak w kwietniu 1959 roku Bandera znowu poprosił wywiad Niemiec Zachodnich o wsparcie i tym razem Gehlen był zainteresowany. To był naturalny związek. Podczas wojny starsi oficerowie Gehlena dowodzili, że Związek Sowiecki mógłby zostać rozbity, gdyby tylko Niemcy w należyty sposób postarały się o poparcie innych narodowości, w tym Ukraińców, a nie traktowały ich ziemi jak kolonii. Niemcy Zachodnie zgodziły się teraz wesprzeć co najmniej jedną taką misję, „opierając się na fakcie, że Bandera już dawno nie jest ich śmiertelnym wrogiem” oraz że zapewniał o „posiadaniu bardzo cennych kontaktów na Ukrainie”. Herre – jak donosiła do centrali w Waszyngtonie baza CIA w Monachium – był świadom wyjątkowo złej reputacji Bandery, ale jednocześnie przekonany, że dotychczas w czasie współpracy z BND nic złego się nie stało. Zaznaczając, że wie, iż Bandera nadal używa swych wcześniejszych brutalnych i ordynarnych praktyk, był jednak pewien, że tak naprawdę większość, albo nawet żadne z rosyjskich emigracyjnych środowisk na Zachodzie, operacyjnie nie jest w stanie zaproponować więcej niż Bandera. Grupa wysłana w kwietniu na Ukrainę została wyszkolona i sfinansowana przez BND, granicę z Czechosłowacją przekroczyła pod koniec lipca, a BND obiecało Banderze wsparcie w przyszłości, „jeżeli ta operacja będzie chociaż umiarkowanie udana”. Obiad w „Wiecznym światełku” sugeruje, że powrót do sojuszu z Niemcami dobrze rokował.

W swoich meldunkach do CIA Herre zaznaczał, że wykorzystanie Bandery przez Niemcy Zachodnie było objęte tajemnicą nawet w ramach samego BND i o ich relacjach nie był informowany nawet rząd w Bonn, aby uniknąć ewentualnych politycznych podtekstów. Informacje uzyskane od grupy Bandery Herre ocenił wysoko, jako „dobre, zagraniczne informacje wywiadowcze z sowieckiej Ukrainy”. Zaproponował zaniepokojonym partnerom z CIA, którzy na Banderze już dawno postawili krzyżyk, że będzie im na bieżąco zdawał pełne relacje o jego działalności, aby ten mógł wrócić do łask. Od 1955 roku Bandera bezskutecznie starał się o amerykańską wizę, chciał spotkać się ze swoimi ukraińskimi zwolennikami w Stanach Zjednoczonych oraz z oficjalnymi przedstawicielami CIA i Departamentu Stanu. Herre myślał, że taka wiza, uzyskana przy pomocy Niemiec Zachodnich, polepszyłaby jego osobiste relacje z Banderą. Oficjalni przedstawiciele CIA w Monachium w październiku 1959 roku właśnie wstawili się w sprawie wydania Banderze amerykańskiej wizy. Pan Popiel mógł mieć powody do zadowolenia, nawet mimo szkodliwego dla zdrowia naruszenia diety.

Po obiedzie Stefan Popiel pojechał do domu. Była godzina piętnasta, może piętnasta trzydzieści, gdy wszedł do domu, jak zeznała pani Popielowa: „Po jego twarzy i zachowaniu zobaczyłam, że był wewnętrznie bardzo zadowolony. Natychmiast spytałam o przyczynę jego dobrego humoru, a on powiedział, że cieszy się z przebiegu spotkania i że obiad w restauracji, kuropatwa, bardzo mu smakował. Po południu mąż mnie zapytał, czy mam ochotę pójść z nim na spacer lub do kina. Ponieważ jednak w tym dniu miałam pranie, nie byłam w takim nastroju, a więc mąż stwierdził, że zostaniemy w domu. On został ze mną, czytał i czymś się zajmował. Trochę później zapytał, czy nie zagram z nim w badmintona, ale też nie miałam do tego nastroju. Kiedy do domu wrócił nasz syn Andrij, mąż jego zapytał o badmintona, a syn natychmiast się zgodził. Wiec mąż i syn poszli sobie na podwórko i tam mniej więcej do zmierzchu grali, ogólnie ze trzy kwadranse. Kiedy miałam kolację uszykowaną, zawołałam ich z okna balkonowego, a mąż i syn natychmiast wrócili do mieszkania. Jedliśmy koło godz. 19.00 w kuchni. Dla męża ugotowałam kaszę kukurydzianą z mlekiem, a potem lekko podsmażone spaghetti. Po kolacji mąż usiadł w salonie i czytał. Czytał książkę, którą mu polecił lekarz, autorstwa dr. Jacksona, lekarza kanadyjskiego, pod tytułem «Zdrowe życie». Później jeszcze pogadaliśmy o tej książce, poszliśmy spać około godz. 23.00 i obydwoje położyliśmy się na kanapie w salonie. Koło godz. 23.30 lub 24.00 przeszłam do sypialni i tam zasnęłam, podczas gdy mąż został na kanapie w salonie. Mąż często nocował w salonie, ze względu na jego skłonność do zaziębień”. Pewnie pani Popielowa, w odróżnieniu od pana Popiela, lubiła spać przy otwartym oknie.

Ostatni dzień życia Stepan Bandera rozpoczął około godziny szóstej. Na śniadanie zjadł chleb z twarogiem i wypił herbatę z mięty. Nie wziął ze sobą nic do jedzenia. Lodówka była pusta. Pani Popielowa poprosiła, by zrobił zakupy – skończyły się też winogrona, które bardzo lubił. Zasugerowała, żeby kupił coś taniego, na przykład zielone pomidory. Tak jak każdego dnia, Bandera wyszedł z mieszkania z synem Andrijem – po drodze, na schodach, dołączył do nich syn redaktora „Szlaku Zwycięstwa” Czejkowicza – i odwiózł chłopców do szkoły. W biurze, jak udało się ustalić policji, rozmawiał z Jarosławem Bencalem i Romanem Dobryckim, odpowiedzialnymi za jego bezpieczeństwo. Odebrał telefon od Wali Kajumchana z Turkiestańskiego Komitetu Narodowego, zamieszkałego w Düsseldorfie, przy Brehmstr. 20. Około wpół do dwunastej, razem z księgową Eugenią Mack, pojechał na giełdę owocowo-warzywną, gdzie podmioty gospodarcze mogły się zaopatrywać w żywność po cenach hurtowych, a tym samym koszty zakupów księgować w koszty firmy, co z kolei zmniejszało obciążenie podatkowe. Tam Bandera kupił pomidory, winogrona, śliwki, a dla pani Mack – dziesięciokilogramowy worek orzechów włoskich, którymi miała się podzielić z jedną z pracownic „Szlaku Zwycięstwa”. Z rynku pojechali do biura, pani Mack wróciła do pracy, a Popiel pojechał do domu z zakupami. W związku z tym przez pewien czas Eugenia Mack była na pierwszym miejscu listy podejrzanych o podanie trucizny swemu przełożonemu. Niewiele jednak powiedziała policji, podobnie jak pani Popielowa trzymała się konspiracyjnych instrukcji: „Nic nie wiem o działalności pana Bandery, ona się bowiem odbywała w ścisłej tajemnicy. (…) Wszystko, co robił Bandera, było mniej lub bardziej tajne i często nawet jego najbliżsi współpracownicy nie znali szczegółów”. Z wyjazdu na zakupy zapamiętała jedynie, że pan Bandera kupił dużo śliwek, gdyż zamierzał wieczorem smażyć powidła. Otrzymała też wsparcie ze strony pracowników biura, szczególnie Jarosława Bencala: „Na szczegółowe pytanie oświadczam, iż pani Mack, ze względu na okoliczności powiązane z jej mężem (separacja), jest w naszym środowisku bardzo szanowana, że cieszy się dużym zaufaniem i że była zaprzyjaźniona z rodziną Banderów. Uważam za wykluczone, żeby pomiędzy nią a zmarłym istniał jakiś związek osobisty. Od mniej więcej roku jednak obserwować można było tarcia pomiędzy nią a panią Banderową. Nie ma jednak powodu, aby jej w związku z tym nie ufać. Nie uważam, żeby pani Mack była w stanie podjąć się czegoś przeciwko Banderze, nawet gdyby ją do tego zmuszono. Oczywiście mogę się mylić. (…) Gdyby ona miała zamiar wykonać zamach na Banderę, to miałaby do tego inne, lepsze oraz prostsze okazje”.

Okazało się jednak, że pan Popiel w ostatnim czasie dość często wyjeżdżał bez ochrony, w tym najczęściej z panią Mack. „Nie mogę sobie pozwolić na ocenę prywatnych zwyczajów życiowych Bandery, bo nie mam odpowiedniej wiedzy. Zauważyłem jedynie, że w trakcie ostatniego tygodnia już nie życzył sobie ochrony na wyjazdy na obiad. Właśnie pamiętam, że nawet z nim rozmawiałem na ten temat, a on mi odpowiadał, że w razie potrzeby wezwie sobie ochronę na bieżąco” – zeznał w trakcie śledztwa ochroniarz przewodniczącego Roman Dobryckij. Zdecydowanie dalej w ocenie przyczyn powodzenia zamachu poszedł jego przełożony Stefan Mudryk, szef Służby Bezpieczeństwa ZCz OUN-B: „Niejednokrotnie przestrzegałem mego szefa oraz jego otoczenie przed zagrożeniami dla ich bezpieczeństwa. Ale moje przestrogi nie zawsze były uwzględniane i mogę tylko powiedzieć, że mój szef zachował się bardzo lekkomyślnie. Gdyby mnie posłuchał, to moim zdaniem do tego wydarzenia nie mogłoby dojść”.

Do protokołu przesłuchania Stefan Mudryk dołączył dwa następujące oświadczenia:

„Na podstawie różnych wydarzeń miałem informacje, że ze strony radzieckiej oraz władz państw od nich zależnych są przygotowywane akcje przeciwko memu szefowi, panu Popielowi, jak i przeciwko całej organizacji. Z tego, co wiem, przez Federalny Urząd Kryminalny – grupa zabezpieczenia rządu w Bad Godesberg – względnie przez Federalny Urząd ds. Ochrony Konstytucji prowadzone jest postępowanie wyjaśniające przeciwko sitwie agentów, która została na nas nakierowana. Mam polecenie, aby nie udzielać żadnych informacji w tej sprawie, którą zgłosiłem właściwym organom”.

„Uważam za wykluczone, żeby jakiekolwiek różnice zdań, konflikty oraz ewentualne intrygi w gronie naszej organizacji mogły doprowadzić kogoś z naszego środowiska do zamordowania Popiela. Dlatego kategorycznie wykluczam, żeby sprawca mógł pochodzić z naszego grona. Jest oczywiście możliwe, że wśród nas znalazł się agent. Natomiast wykluczam, aby nastawione negatywnie do nas organizacje emigracyjne na Zachodzie mogły coś takiego zorganizować. Jestem zdania, że zamordowanie Popiela mogła spowodować tylko strona bolszewicka”.

W duchu zwłaszcza ostatniego oświadczenia zaczęli się wypowiadać wszyscy świadkowie ze środowiska „Zwycięskiego Szlaku”. Przypomnieli sobie, że podczas ostatniego wspólnego pobytu w górach obserwowało ich dwóch albo trzech cudzoziemców. Co do tego byli wyjątkowo zgodni, zostało to odnotowane przez śledczych jako zastanawiające, tym bardziej, że świadkowie nie za bardzo potrafili określić, na podstawie jakich cech uznali owych osobników za cudzoziemców.

1BayHSta