Bambino - Inga Iwasiów - ebook
Opis

Najsłynniejsza powieść Ingi Iwasiów nominowana do nagrody Nike.

Powojenny Szczecin, miasto ludzi przemieszczonych. Maria przybyła tu z  Kresów, Janek jest nieślubnym dzieckiem wychowanym przez dziadka z Wielkopolski, Anna pochodzi z Gorlic i jest ambitną dziewczyną z dobrego domu. Ja mam na imię Ula, a tak naprawdę Ulrike – ukrywam swoje niemieckie pochodzenie,  tak  jak mój kochanek Stefan ukrywa, że jest Żydem. Oderwani od  rodzin,  próbujemy zbudować coś nowego, swojego, zaznać szczęścia.  Pędzimy, uciekamy, męczą nas wspomnienia, cieszy codzienność. Próbujemy oswoić dla siebie miasto, w którym skrzyżowały się nasze drogi.

Fragment:

"Ula lubiła się opalać. Słońce wynaleziono przed wojną, brązowa skóra znaczyła zdrowie. Higiena, przede wszystkim higiena. Ula lubiła się opalać w Międzyzdrojach, nie potrzebowała do tego towarzystwa. Mężczyźni byli potrzebni dla kontrastu. Żeby na ich tle piękniej świeciła posmarowana olejkiem skóra. Żeby podziwiali odcień dekoltu widocznego w wycięciu perkalowej kreacji. Żeby byli. Stefan nie ściągał na plaży koszuli. Nigdy nie pytała dlaczego. Może miał zbyt delikatną skórę? Może nie chciał pokazywać pociętych bliznami pleców. Siedział w koszu, wykupionym na cały dzień. Wieczorem przytulała się w tym koszu do niego, wkładając mu rękę pod koszulę, dotykając jego białego torsu. Opalona dłoń, wiedziała to, choć koszula była parawanem, wyglądała na nim niczym hebanowa rzeźba. Ten kontrast, jeszcze jedna różnica i słony smak, wyczuwalny przy muśnięciu wargami policzka, były znakiem. Znakiem, że są sobie przeznaczeni. Że nie oderwą się od siebie. Znakiem zdradliwym, fałszywym"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maria, urodzona 1940

Maria to w sobie nosi, zakładam. Obraz drogi, ale nie tylko. Coś, co stało się w trakcie. Coś pozostawionego daleko za sobą. Jak wszyscy inni, ma to coś w sobie, nitki zbiegają się, geny, przecinają, z kombinacji mogą wynikać różne rzeczy, a ja chcę się dowiedzieć, kim są oni, być może to właśnie moja historia, ale równie dobrze nie moja i niczyja. Pogrzebać w obrazkach, przebitkach, odpadkach. Nie ma się czego trzymać, żadnego albumu, żadnego dziennika. Żadnej idei przewodniej, poza potrzebą. Opowieści raczej niezborne. Co sobie kto na swój temat wymyśli. Na temat postaci, którą jest. I życie, ot po prostu, ich albo czyjekolwiek. Przeszłe i trwające. Nic więcej nie mamy na ten temat. Ruch odśrodkowy, zachodzenie od tyłu, to samo, jednak bez widoków na tak samo. Matka wszystkich takich straconych złudzeń, Maria.

Zaczynam od Marii, bo pociąga mnie jej imię. Wszystkie kobiety mają na imię Ewamaria. Ta tym bardziej. Jakby z imienia została postawiona na początku i od razu, bardziej niż Ewa, mniej, oczywiście, wyznaczona, wybrana z tłumu, a przecież nikt jej tego nie obiecywał. Nikt, nazywając dziewczynkę, a właśnie tego pragnie, naznaczenia. Kusi i zaklina los, tak dając, bezmyślnie, dziewczynce na imię. To znaczy wyznaczona na pewno, jednak nie zapominajmy: Maria to w tej sytuacji pospolite imię. Tak zapewne ma na imię co trzecia bohaterka poczęta w interesujących mnie okolicznościach. Tych, które uważam za fragment obrazu drogi. Po prostu, nasze babki często tak miały na imię. Nie mam czym się chwalić, bo zobaczmy, co będzie z imionami i z nimi dalej.

Przywieźli ich dopiero w 1957 roku. Przywieźli. Wiózł ich pociąg, a najpierw ktoś pozwolił, wydał dokumenty, podstemplował im ich decyzję. Ich i tamtych wahanie, już, już podejmowaną decyzję, ale potem cofnięta ręka, odwrócone koło, stanie dalej przy tym samym płocie. Aż do tego, ostatniego momentu. I nie było wcale śmiesznie i bohatersko w tych – jasne, dziś mówimy „bydlęcych” – wagonach. Ale wszyscy nimi jeździli, czego się spodziewać, wciąż było po wojnie. Cały tabor zużyty, salonki zużyte na co innego. Na wożenie ważnych ludzi, którzy podejmowali ważne decyzje. I nawet wagony 4 klasy. Wagony każdej klasy. W końcu do czego mieli ludzi ze wszystkim upakować? I jakie – kto, gdzie – woził bydło? Co oznaczało „bydło” w czasie, gdy te wagony opuszczały niemieckie, zwykle niemieckie, fabryki? Rosyjskie, radzieckie fabryki, inny rozstaw szyn, więc i osi, co mogłoby, co służyło wielu sentymentalno-symbolicznym wywodom. Więc podkreślanie, powtarzanie tego, że w bydlęcych... Do miasta, dalej, do większego miasta każde z nich, każda i każdy, jakimś kiedyś pociągiem jeździło. Gdyby porównać, co innego zaczyna znaczyć „bydlęcy”. Oni też podjęli swoją decyzję. Decyzję, której nie można traktować jako w pełni suwerennej. Trudno w ogóle mówić o decyzji. Tak, niech od tego się zacznie – trudno mówić o decyzji. Ona zaczyna się potem, można ją dorobić do zdarzeń. Palą ci dom, znów przyjdą po zboże, a nawet ziemniaków nie ma, od dawna nie ma też, jako takiej, pracy (może pracy, jako takiej, akurat nigdy nie było; praca, owszem, jako manifestacja tego, że jest, kiedyś nawet była), ogródek zryty do ostatniego ogórka, w szkole dzieci oduczają języka (przynajmniej tak o tym mówią, bo niedokładnie wiadomo, czy właśnie nie uczą, co też delikatne, języka, właściwego języka na przyszłość), sąsiadka z naprzeciwka coś musiała powiedzieć kochankowi enkawudziście, ma złość za jakieś dawne sprawy, może za obmowę, sąsiad z lewej coraz głośniej mówi, że to dziwne. Może złość z młodości, wracają z tańców, ona nie z tym, na którego miała ochotę. Za to ta... owszem, z tym, na którego ona... Jakieś normalne, wiejsko-podmiejskie, sprawy, każdy je zna, każdy doznaje, nie wiedząc w chwilę potem, co znaczą, tylko z odpowiedniego oddalenia mają wagę.

Że ich nie wywieźli na wschód, to dziwne. Że nie zabrali się stąd, to dziwne. Że sami nie wiedzą, czego chcą, to dziwne. Że tak siedzą tu, to dziwne. Że... Nie wiadomo najlepiej co lepiej. Jakiego używać języka. Z jakiego mieliby wywozić powodu. Gdyby spodobała się komu ich zagroda. Powody są zawsze z jakiegoś powodu. Więc od lat czekają na decyzję i sami muszą zdecydować, kim są bardziej. Którego dziadka raczej ukryć, którego wyeksponować. Który dziadek mógłby dać alibi, okazać się kapitałem. Chociaż obaj, wstecz, pradziadkowie, rozgałęzieni aż po prawie mityczną przeszłość, wspomnijmy tu i o mitycznych pra-prababkach, jednak one zawsze umiały pożyczyć, mąki lub języka, czyli to dziadkowie zwykle okazują się decydujący, opoka epok badanych wstecz, nawet gdy legendarnie milczą, bo w milczeniu miałby być namysł, a naprawdę był zwykły autyzm, normalna, najnormalniejsza głupota, co parę pokoleń, albo w bocznych liniach poprzetykana talentem do opowieści, które jak zły gen służą gorszemu przetrwaniu, bo kto mówi, sam się może skazać. Dla pamięci synów i wnuków bezsprzecznie najważniejsi ci autystyczni i ci wymowni dziadkowie, także u córek tata to ho, ho! Dopiero był gościu. Nie wiemy dlaczego, co takiego tata mianowicie robił, przyjmujemy tę wiedzę od przeszłych pokoleń. Kim był ojciec i kim była matka. I oni, niespecjalnie pielęgnowana w chłopskiej czy podmiejskiej okolicy przeszłość, nagle wydobyta na światło dzienne. Języka uczymy się od matek, tylko co one nam mogły opowiadać w tych chatach z niską powałą i pamiątkowym oleodrukiem z Matką Boską-skądś tam? Co mogły mówić? Wolę nie słyszeć tych opowieści.

Spłowiałe zdjęcie prababci z pradziadkiem, sztywne pozy, a w tle, widoczna w zażółconej sepii, bieda. Przez tę zażółconą sepię biedę, a właściwie liszajowatość okolicy pokrytej bujną zielenią, jeszcze bardziej widać. Liszajowatość życiorysu. Biedę okolicy i ludzi, ich uroda należy niewątpliwie do przeszłości, kiedy pozują do zdjęcia, lecz zakładać należy, że zawsze mogła być wątpliwa. Przez biedę, która nie dodaje niczego dobrego sylwetkom i rysom. Uroda może ujawniać się w dzieciach, dlatego tak często się mówi: „to cały tata”, „to mama jak była młoda”. W sprawie zasadniczej zaś nie ma co ukrywać, nie ma co mówić o tradycji. Poza tradycją miski kaszy. W pewnym sensie wszystko by było jedno, kto z nich z jakiej jest rodziny, teraz okazuje się, że w zależności od przodków zwykłe oranie, obrządek, punktualne chodzenie do kościoła... Zacierki, pomidory, jabłka, przybrudzone koszule, spanie pod pierzyną po babce, wietrzenie poduszek na kulawym płocie, wygódka postawiona nad płytkim dołem. Że to ma znaczenie i na jaw wychodzi, że różni się dziadek od dziadka, dzień powszedni od dnia powszedniego, Wigilia od Wigilii. Kościół od kościoła, że cerkiew to zupełnie inna sprawa, cerkiew jest prawie tak podejrzana jak bożnica. O której w ogóle tu się nie mówi. Poza scenką ze zbieraczem szmat stojącym tak nisko, że o wiele niżej. Żyd chodził, Żyd szmaty zbierał. Ostrzył noże? Kto chciałby za dużo rozpamiętywać, ot, kwestia krajobrazu. Aż zdarzy się coś, w sąsiedniej wsi, ale i to nie musi dotrzeć. Poza tym stoimy zdecydowanie, póki ktoś jest poniżej, jesteśmy na powierzchni.

Kościół zaś (od cerkwi) mniej podejrzany. Był do czasu, oczywiście. Trzeba więc zdecydować, za jaką wiarą opowiadała się już babka, która miała nad łóżkiem oleodrukową pamiątkę z pielgrzymki, niezwykłą Matkę Bolesną, przypominającą, gdy się dziś na to patrzy, ikonę. Bo sama babcia, jej córka i córka córki nie myślały o tym. Przypominającą bolesnością, boleściwością ikonę. Przypominającą matce matki i matce jej własne – choć tak o tym przecież nigdy nie mówi i nie myśli – życie. Kojarzy co nieco, wzdycha, miesi ciasto dłonią wycieraną fartuchem. Popatruje nad łóżko, tam patrzy mateńka, tam jej pilnuje, mateczka matek, w godzinie porodu i odejścia. Tylko kwestia postaci w centrum pozwala te obrazki – ich relikwię rodzinną i ikony wiszące tymczasem spokojnie, jeszcze nikt ich nie wozi na szmugiel, w chacie sąsiadki – odróżniać. Bo poza tym równie są piękne. Kolory, jak prawdziwe, właściwie lepsze od prawdziwych, dużo, dużo lepsze. Lepsze od złota koszulek na tych z prawosławia, co dowodzi wyższości naszej wiary, nie tak skłonnej do przepychu, skromniejszej, podobnej do ludzi i dla ludzi. Niewynoszącej dziwnych świętych, pachnących zabobonem, nad matkę matek. Prawdziwa, warta wiezienia tysiące kilometrów stąd, sztuka. Warta więzienia. Jakby kto pytał o tradycję i kulturę. To jest właśnie ta najstaranniej przechowywana sztuka. Mateczka boleściwie panująca nad godzinami rozwarcia i zakopywania trumienek. Każdy choć raz w życiu powinien pojechać na pielgrzymkę. Przywieźć ze świętego miejsca relikwię. To się między innymi nazywa tradycja.

A pra-pra i obrazek to dopiero początek pytań. Bo który język uznać za ojczysty, a który za chwilowo używany, wszak nikt nie powie, niby jakim sposobem, „gwarę”? Kto mówi po naszemu, jeśli to znaczy mówienie trochę tak i trochę tak, właściwie na przemian? Jak by to inaczej mogło być, skoro było tak zawsze? Że inaczej dzieciaki nad brudną rzeczką za domami, inaczej pani nauczycielka, ale już w domu wieczorem jakby się szło środkiem tego mówienia. Własnego i ojca (znaczy męża), który ma inną strużkę pieśni, pogaduszek, odzywek. Nie ma co, naser mater, trzeba podjąć takie decyzje. Jedyne możliwe, a potem czekać. Reszta zależy od innych. Także tych, którzy ich wiozą. Jak już im dadzą pieczątki, starannie ich rozwiozą. Po punktach repatriacyjnych, zdecydują, kto gdzie wysiądzie. Niekoniecznie wszyscy hurmem, na hurra! Tu trochę i tam trochę. Jest już późno, 1957, wsie, miasteczka i wille zajęte, trzeba dobrze się napracować, by jeszcze w ogóle gdzieś ich rozmieścić, dać szansę, żeby coś uprawili, gdzieś zebrali, gdzieś te swoje graty upchnęli, gdzieś wnieśli tę swoją wschodnią biedę, wschodniość, ruskość i ten niedawny lament po śmierci Stalina. O którym nic nie mówią, a zawdzięczają mu coś jednak. Że na czas umarł, choćby. I to, o czym wiedzą ze szkoły, co ze szkoły przyniosła Maria.

Więc teraz też trzeba im dać szansę, by mogli upchnąć tę lepszą od innych – tak im się wydaje, bo zawsze mieli skłonność do przesady – wschodnią rozlewność, biedę. Od razu mogliby zobaczyć, co znaczy gospodarować. Poustawiane równo, zakonserwowane narzędzia. Gdyby przyjechali wcześniej. Porządne zabudowania, nawet siano w stajniach, talerze w kredensach, pierzyny, wszystko było. Tak słyszą, tyle usłyszą. Na niewątpliwy pohybel, bo nie na pociechę. Gdyby jechali wcześniej, gdyby tak długo nie decydowali, jakim właściwie i o czym mówią językiem, i gdyby mieli pieczątki. Gdyby oni i za nich nie decydowali. Teraz to już raczej niczego się z samej konfrontacji nie wywnioskuje. Do resztek trzeba będzie dołożyć to, co stanowi skarb, a wygląda tak samo. Resztki murów, raczej niechciane, niezechciane przez innych, wyszczerbione cegły i rozdrapany dobytek. Ktoś tu może i był, ale się zmył, uciekł albo odjechał. Narzędzia, których ktoś nie wziął, bo miał lepsze. Albo miasteczko, może miasto. Przed wojną miało te swoje 100 tysięcy, dobije i więcej, teraz skruszone jakimś prawie od niechcenia ostrzałem, małym nalotem? Nawet niezburzone porządnie, jak przystało na poniemieckie – systematycznie. Dotknięte falą uderzeniową cofającego się frontu, zabałaganione wywózką, z pozmienianymi byle jak nazwami ulic, niemającymi szans się utrzymać, zarośnięte zielskiem, otoczone czerwonymi murami jeszcze czynnych fabryk, biednych fabryczek, wodę sodową chyba tylko jeszcze da się w nich produkować i słonawą maź na kanapki, marmit w wersji niemiecko-teraz-polskiej, skondensowana maggi. Na resztkach surowca, jeśli mowa o czymś poza wodą, burawą, ale w sumie czystą, na resztkach ciągnących fabryczek, centrum z aleją lipową, teatr, w którym grano także w czasie wojny, niby dlaczego nie miano by grać? Ale lepsze to czy tamto lepsze? Tu teraz okolica też zapomniana przez Boga, tyle że inaczej. Nikt już tu nikogo nie przepędza, nie zamyka, nie przesłuchuje. Senna prowincja. Zielsko przy domach, wilgotnawe bramy, koślawe ławeczki. Narzędzia zwalone w składziku na rdzewiejącą kupę. Ot, trochę na uboczu zmian. Kto wie, gdzie i co. Łatwo zapomnieć. Łatwo zaciągać się do pracy w PGR-ach, ale i uprawiać przy domu, co tam komu trzeba.

Nikt nie zapyta. Jadą, bardzo późno, robi się ciemno. I, prawdę mówiąc, te miasteczka może nie są tak jak Sambor czy Drohobycz piękne. Chociaż zielsko, wilgoć, kupy żelastwa nieuprzątnięte po wojnie... Chociaż są i cechy wspólne. A niektórzy widzieli i dalej, Lwów, młodsi nawet Moskwę, z czym to równać? Gdzie w Polsce jest, będzie, takie miejsce? Wyjazdy pociągiem, wizyty jak pieśń chóru komsomołu. Te ledwie zburzone, zmiecione z wierzchniej obudowy miasteczka i wioski, a nadal takie (jeśli pominąć szczegóły) schludne, jakby nie im się należało, faszystom, rozwalić wszystko, rozwalić, potem zastanowić się nad ciągiem dalszym. Siedzieć ewentualnie w tym słusznie rozwalonym, planując co dalej raczej teoretycznie. A nie tak: schludne i natychmiast osuwające się w błoto. Należało się, ale może i ktoś już wcześniej wiedział, że oni tu, skoro nie mają gdzie, oni tu zechcą pomieszkać, bez entuzjazmu, bo nigdzie już nie będzie tak pięknie, ale dobrze przynajmniej, że mają chociaż do wyboru, czy oni mogą im wybrać, wpisać na kartę przesiedleńczą, te wsie i miasteczka? Jakieś muszą, gdzieś ich wywalić muszą. Znamy to: kołdry, dzieci, inwentarz, bóle. Brzęczy nam z ekranów telewizorów, z książek, a czasem z pamięci.

No, na Szczecin to już nie było szansy. Jak się jechało spod Czerwieńska, raczej na Zieloną Górę była szansa. Zieloną Górę, która może i ładna z daleka, z nazwy, z bliska nie daj Boże, słodka Mario łaski pełna! Trudno o pomieszkanie z kanalizacją. Gorzej niż na przedmieściu Sambora. Więcej ludzi na kupie, tak samo smrodliwie. I sąsiada nie znasz, a jak poznasz – lepiej nie mówić. Znów stwardniałymi pazurami trzeba brud ze ścian drapać.

Więc stoją przy rozwalonym płocie, uchylne skrzydło zamykane na drut prowadzi do sąsiadki, Nastii, malwy, marchewka, pietruszka. Stoją po obu stronach z haczkami w rękach – ale to się wtedy nie nazywa „haczka”, tak się nazwie daleko stąd, pod wpływem innych, którzy o robocie dużo mówią i mają ponazywane przedmioty, narzędzia na wzór mowy tych, którzy jeszcze pilniej pracę szanują – i mówią do siebie o próbie chóru w samborskiej szkole, bo na to ojcowie obu bezwzględnie muszą pozwolić, i robią to chętnie. Każdy tu muzykalny, każdy w jakimś chórze pośpiewał. Nikt nawet ojców by, zresztą, o komsomolski chór, zaszczyt taki, nie pytał. Pomysł podobny do pytania o legitymacje komsomołu dane im obu za zasługi i postawę, chociaż też z rozdzielnika. Bo starają się, jasne, jednak może w sercu mają zdradę? Może matka-ojciec-dziadek-babcia sączą im w uszy za mało miękki akcent? Czy tak z nimi nie bywa? Czy ojciec, z drugiej strony, mógłby nie chcieć takiej czerwonej książeczki z Leninem na okładce u swojej córki w tornistrze? W karmanie? Taką legitymację trzymało się pod bielizną pościelową, na głównej półce w najgłówniejszej szafie stojącej w nieużywanej, najgłówniejszej izbie, gdzie jadło się świąteczne i gdzie czasem ktoś bardzo ważny sypiał. Ważny albo w mundurze. Wówczas tam jeszcze tej legitymacji nie było. Legitymacji przyniesionej w tornistrze, ale zaraz położonej w bieliźniarce jak na ołtarzu. W czasach, gdy nikt nie przychodził przespać się w tym głównym pokoju. Pod poszewkami na poduszki różaniec. Pod prześcieradłami legitka.

I to jest jakiś trop, tego się można by trzymać. Samborskie gimnazjum i pieśni ku chwale armii i Wodza. Komsomoł, legitymacja, odznaka i chusta. Chór, nie kościelny, prawdziwy, szkolny. Jeśli w 1957, a właściwie wcześniej, ktoś tę decyzję podejmował, powinien wiedzieć, że Nastia dostała imię na życzenie ojca, który chodził z partyzantką ukraińską i może nawet w innych wsiach robił to co oni, nawet to wszystko, co dla rodzin i sąsiadów nie było jasne lub nie stanowiło problemu. A tu dał się poznać jako tęgi śpiewak, żona, stojąc przy tym niższym niż do ramion płocie w kobiecym ogródku, nigdy o nim niczego złego matce Marii nie mówiła. Dzieci chrzciła na rosyjską modłę, ale też żadne z nich nigdy się nie spóźniało do domu, ona sama była wyjątkowo schludna i pracowita. Nastia nie mówiła nigdy inaczej niż „tatuś” na tego swojego ojca, niewątpliwie wiedziała. Maria dobrze to czuła. Wszyscy tu zdrobniale mówili o rodzicach, nawet o tych z raczej ciężką ręką. Taki szacunek. Ojcom się należy. Tak było i będzie. Będzie co było. Za komunisty jak za cara. Sprawa odwieczna. Tatuś, tata. Niektórzy wiedzą, z czym to się wiąże. Gadać nie należy na ten temat za dużo. Morda w kubeł.

A próba chóru to było śpiewanie w języku najlepiej im jednak obu znanym. Plewiąc grządki, czasem sobie też przez płot te smętno-tęskno brzmiące pieśni, na zmianę z dumnymi radzieckimi, odśpiewywały. Gdyby je zapytać, tak gdzieś w 1950 roku, obie mają po dziesięć lat, to już wtedy i trochę później, najlepiej jednak leży im na podniebieniu rosyjski. I książki w domu, te dziesięć, gdyby w obu domach zliczyć, mają po rosyjsku. Nastia nigdy nie mówi o ojcu inaczej niż „tatuś”. Na fotografii widać, że to wszystko nie oznacza pieszczot, spracowane ręce babki schowane za siebie, więc na pewno spracowane. Dziadek niczego nie chowa, tu tak jak w rzeczywistości nawet nie musi nikomu nic mówić. Wiedzą, jak się ustawić do zdjęcia. To znaczy, na tym jest tylko on i żona, czyli prababcia. Tylko ona dba o ukrywanie spracowanych dłoni, bo to wiadomo, kto obejrzy zdjęcie. Prababcia jeszcze nie, nawet nie babcia, natomiast matka już będzie chodziła do szkoły. Więc odruch delikatności, jakiś rys przyszłej kultury, dziedziczony oleodruk, sznur korali, rozparcelowany potem niczym sznur pereł, wszystko razem, na szczęście, zmieści się choćby do karmana... Dobrze mieć takie małe coś na godzinę, gdy trzeba uciekać. Małe, mieszczące się przy sobie. To znaczy przy nas, przy boku, przy tyłku, przy ręce. Właśnie, przy ręce. Co mam w ręce. Ważne pytanie, co kto ma w ręce. Bogate, każdy widzi jakie. Lepsze oczywiście niż perły. Żywy kolor jak sukienki pasterzy na oleodruku. Prawie taki, sztuka to jednak sztuka, coś więcej, nie da się podrobić, do tego trzeba artysty.

Więc jedźcie, mówią ci, którzy zostaną. Jak ukochana ciocia, siostra mamusi. Która nie pojedzie, bo nie wie, gdzie jej przepadli. Bo wie, że tu (a niby dokąd?) wrócą. Nie honor zostawiać krewną, lecz tym razem trzeba. Ona im sama mówi, prawie wdowa i prawie osierocona matka – muszą, muszą spróbować. I obiecać, że przynajmniej Maryjkę jej przyślą, najstarszą, która wszystko o świecie jej opowie. Jeśli sami nie dadzą rady. Wrócić. Opowiadać. Maryjka młoda, da radę. Maryjka ma to zapamiętać, że ktoś zechce posłuchać. Więc Maryjka ma się uczyć, uczyć, poznać świat, czytać. Bo nie kto inny, kobiety teraz chodzą do szkoły wszędzie, na pewno żaden z braci, zaczynają pić młodo, trudno jechać taki świat drogi pociągiem po wódce. Poza tym, kto by jechał do kobiety? Kto by jej opowiadał? Wiadomo, nie mężczyzna.

Maria stoi na peronie i pilnuje walizki oraz osób, które powinna mieć pod opieką. Zakłada się, że siedemnastolatka powinna umieć zadbać o walizkę i młodsze rodzeństwo. Sama by już mogła mieć dzieci. W końcu w jej wieku niejedna bywa matką, jej własna już była. Lepiej nadaje się do roli strażniczki i opiekunki od matki, która urodziła te wszystkie dzieci, więc ma prawo być zmęczona. Urodziła dzieci, zamykała drzwi za ich ojcem, gotowała strawę w wielkich garach na ledwie rozpalonym, bo wojna, palenisku, i nie wiadomo z czego uciekała z innymi kobietami, kiedy zbliżali się do wsi tamci, zmienni w byciu „tamtymi” jak pogoda. W lepsze dni robiła zasmażkę, a o uboju zwierząt musiała raczej, wobec niemożności praktykowania, dobrze i na zapas pamiętać. Kiszka, salceson, smalec, kiełbasa, szynka. Zasmażka perkocząca cały dzień na skraju fajerki, zawiesisty sos z tłustej, swojskiej śmietany. Coś trzeba było wywieźć, jako pamięć życia, jako niezaprzeczalny kapitał. Żeby potem, za czterdzieści lat, też (jeśli dożyją) wszyscy mogli wspominać, zawsze porównując do tego – ja tego do ust, kochany ty mój, serdeńko, nie biorę – czego pełno w sklepach. – Wszystko to, mój miły, śmierdzi rybą. A u nas nawet świnia je schabowego. Ja jej wszystko, kochaneńka, daję. My rosół, ona rosół. My schabowe. Ona też, co zostanie. – Przynajmniej przed świętami, wówczas też nie ma o czym gadać, z czym równać. Nigdzie się już nie dostanie takiej kiszki, jaką matka musi pamiętać. Nie ma mowy, żeby komuś od krwi kaszy jelit uboju ryku zarzynanej chlupiąca krew serce wątroba w misce do mycia nóg żółć na butach – robiło się słabo. Człowiek w innych okolicznościach mógłby się z tego wyrzygać, ale w pamięci, mocno zaryglowanej, strzeżonej przez czujną strażniczkę domowych specjałów, to jest poezja, ta kiszka. Dla sentymentu dobrze pilnuje uboju i obróbki kobieta-strażniczka. Domowej spiżarni i tych innych rzeczy też. Teorii mieszania i zabijania. Chociaż od bajania jest tata, to znaczy od bezczynnego leżenia, jak już mu zainstalują łóżko w kuchni, od gadania o lepszych czasach, przygodach, przewadze nad innymi, szczególnie nad tymi tutaj. Kto z nich widział tyle świata? Za kim oglądało się tyle kobiet? Matka, choć ma w pamięci jak co zrobić, za dużo nie będzie gadać. Matka to kobieta. Puszcza mimo uszu. Nie zwraca uwagi na to, że wtedy też była.

Matka musiała się dobrze orientować, kim są tamci, rozpoznawać moment, gdy sąsiedzi, nasi, armia zmieniają się w tamtych. Co o tyle trudniejsze, że nie wiadomo do końca, czym się kierować. Wyglądem, językiem. Ojciec Nastii wcale nie wyglądał, a językiem mówił także ojciec Marii. Więc krwawa kiszka i rozpoznanie. Ryglowanie zapachów, smaków, znaków to ciężka robota. Rozpalanie w piecu i wynoszenie wiadra.

Matka miała dość zmartwień, z racji samego bycia matką kobieta robi się silna i słaba, nawet i słabo-silna, nosi te dzieci na plecach tak długo, aż najstarsza córka może wziąć tłumoczek i polecieć z nim do lasu, szybko, szybko, nawet jeśli sama jest mała, przebiera krzywicznymi nóżkami bardzo szybko, żeby na pewno dobiec tam i wynieść braciszka spod ognia, bo przecież matka nie dałaby rady pędzić tak szybko. Matka jest silna, z dzieckiem w brzuchu niesie worek ziemniaków, a potem ma spuchnięte nogi i od najstarszej córki oczekuje wsparcia. Matka słyszy w nocy rozmowy ojca, a potem jeszcze jest z nim i ma kolejne dziecko. Nie każde może żyć, Bóg dał i zabrał, trzeba więc umieć też pochować. Małe trumienki, pierwszej nie ma nawet na fotografii. Druga już tak, owszem. Fotograf z miasteczka. W pierwszej byłyby, gdyby je sfotografować w godzinie śmierci, kilogramowe bliźniaki. Takie kiedyś będą mogły przeżyć, jednak na razie nie, nie ma nawet fotografa, żeby przeżyły choć tak utrwalone. Jest, też wydatek, trumienka. Czy masz dzieci, czy masz trupki, to kosztuje zawsze. A ubranka przydadzą się kolejnym, nie ma co chować strojnie. I wykręcać się od obowiązku, Bóg dał, Bóg weźmie jeszcze, nie daj Boże, kto wie ile. Więc matka Marii nie jest zbytnio, to nie od niej zależy, wstrzemięźliwa. Może ona sama wolałaby nie chodzić ciągle w ciąży, na szczęście nie każde dziecko przeżyje, co jest wielkim nieszczęściem na całe życie – wspominanie przy świętach, przy innej okazji, kiwanie głowami – a z drugiej strony, to w końcu normalne. Tylko sąsiadka ze skraju wsi, ta wysoka Rosjanka, czarnobrewa (jak oni wszyscy, chociaż nie matka Marii) nie ma dzieci. Odwiedza znachorki, jeździła gdzieś, chodziła na pielgrzymkę. Nic, dalej dziecka nie ma. Mówią, że w młodości nie była od tego. Jej mąż nie stąd, nie wiedział. Teraz tak, musieli mu powiedzieć życzliwi, przy wódce: – No, Iwan, niejeden miał tę twoją... – albo w tajemnicy. Tylko on tak mocno bijał, że nawet pop tam chodził, żeby przestał, bo co się stanie, jak zabije. Hospodi pomiłuj, co jak babę zabije na śmierć, zabije. Potem pop, nie wiadomo kiedy, pojechał. Tyle śmierci i tak Pan wokół rozsiał. Bez dziecka tak jest, wojna nie wojna, trzeba dziękować za kolejne. Z drugiej strony, zwykle bili i ci, którzy mieli dzieci. I babę w ciąży niejeden szturchnął. Uczuciowe ludzie, bardzo, więc jak się który wzruszył i napił, napity za mocno... Jednak dzieci mówią o nich, o rodzicach, a zwłaszcza ojcach, tatusiach, zawsze z sentymentem. Takiego gościa, jak każdy z nich, świat nie widział. Tylu tych gości, każdy w swoim domu. Każdy pan na swoim, na swoich babach i dzieciach. Niech to cholera, jaki naród, same pany, pan w pana. A najgorzej nie mieć dzieci, być taką popsutą. Lepiej mieć po kim płakać.

Rano prosi najstarszą córkę, żeby zlitowała się, odłożyła książkę, małe chcą jeść, trzeba im zrobić klusek, zająć się nimi jakoś, żeby chociaż przez chwilę było cicho. Po tym wszystkim, po wojnie i tym co nastąpiło – strzelanie, palenie, odbieranie, krzyki. To po wojnie. Matka jest słaba, dość długo była silna, więc ojciec surowo mówi do Marii: teraz musisz zadbać o rodzeństwo. Dostałaś od nas dość, teraz ty się wszystkimi zajmiesz. Taka rola córki. Chociaż Maria nie miała zamiaru nigdzie odbiec, nie miała żadnych planów na inną przyszłość. Przyjmuje od ojca napomnienie. Rozumie, że musi pilnować walizki, rodzeństwa i matki. Ojciec w tym czasie dba o pryncypia. Ojciec wyznacza im drogę, wyrąbuje ją siekierą, a potem śpiewa. Ojciec wychodzi rano do pracy, kiedy ma pracę. Nigdy za bardzo, za bardzo to już nigdy, głowy nie pochyla. Ojciec tak tego nie nazywa. Wie, co znaczy być tatą i panem u siebie. Idzie do urzędu. Kiedy już wie, że nie ma pracy w lesie, na kolei, w fabryczce, kiedy był wszędzie i niczego nie przyniósł, mówi: pojedziem my już, maleńka, pojedziem, serce. Taki czuły potrafi być, patrzącej z boku Marii wydaje się kimś, kogo nie zna, kim bywa pod pierzyną, kim bywał, kiedy zachodził po matkę do chałupy jej rodziców.

Co z matką, czy na pewno kiedyś była silna? Kiedyś, kiedy ją brał do domu, kiedy pierwszy raz rodziła? Potem, ale już potem Maria słyszy, że przedtem, przedtem teraz to ona właśnie ma być silna. Zanim sama, a ma siedemnaście lat, inne, jej matka też, w tym wieku... Jeśli w ’45 pierwszy raz pobiegła z tłumoczkiem pod las, do lasu. A w nim matki dziecko. Spłodzone na zapas, bo zawsze któreś może odejść. Jeśli już w ’45 Maria biegnie z dzieckiem, to kiedy właściwie matka, kiedy kobieta w ogóle bywa słaba, a kiedy silna? Kiedy przestaje być dziewczynką, bo zanim przestanie, a jest najstarszą córką, wiadomo, że właśnie ona musi być dzielna. Nie wiadomo dokładnie, czy dzielna to to samo co silna. Przecież Maria biegnie wcale nie tak szybko, jak jej każą, i ma nawet wrażenie, że upadnie, dziecko w tłumoku ciąży jej i wrzeszczy, osuwa się do kolan, ona wlecze je właściwie bardziej, niż trzyma, wlecze samą siebie wlepioną w to okutane ciałko, ale potem już przyciska mocno i wie, że była dzielna, chociaż jej tego nie powiedzą, matka jej wyrwie braciszka i każe zająć się obieraniem kartofli, zostało jeszcze trochę w kopcu. Nie ma co gadać, to normalne. Maria, chociaż wyniosła i ochroniła coś, co waży połowę jej samej po każdym większym posiłku, coś, co krzyczy głośniej i nie pobiegnie samo, jest po prostu córką. Dzielna przedtem, potem decyduje się z nimi nie jechać. Nie chce z nimi zasiedlić zabudowań we wsi, gdzie mieszkają inni ze Wschodu, nawet i z Sambora, i spod Drohobycza. Stawia się, nawet mniej, niż sądziła, nawet bardzo nie musi. Bo jest argument: w mieście wykształci się i pomoże, zawsze córka ma ten obowiązek, rodzeństwu, rodzinie. A w domu zostaje, do pomocy, całkiem duża, młodsza siostra. Oraz bracia, których przeznaczenie jest całkiem inne.

Janek, urodzony 1940

Janek to nie było najpierw serialowe imię. Kto słyszał o serialach? Janek, Jan (Johann?), tak można dać chłopcu na imię. Bardzo dobre dla chłopca jest takie proste imię. Lepsze może byłoby Józef, jednak już zajęte. Może w tym przypadku imię to nadano na wyrost. Nie wiadomo, czy wypada tak nazwać bękarta, może nawet gorzej, bo kto wie, czyim on jest naprawdę synem? Tylko że to obchodzi ludzi raz w tygodniu, przy wyjściu z kościoła. Dobre miejsce do zadawania pytań. Chrześcijański obowiązek. Kiedy tam jest ona, czysta i robotna, a obok ten, czysty i posłuszny, dzieciak, ktoś sobie o tym, że nie wiadomo czyj, czasem przypomina. Takie imię przyszło matce do głowy pierwsze i ksiądz proboszcz ani nie protestował. Surowo zapytał o chrzestnych, ale był dobry człowiek, znał od dawna rodzinę, szczególnie bożego człowieka, kobietę babcię. Wiedział, że wojna. Spowiedzi młodej matki wysłuchał. Co trzeba wziął. Nie gadał za dużo. Pokutę, jak trzeba, zadał. I nie gadać więcej o tym. Milczeć i robić. Tak trzeba.

Chociaż w 1940 to była tylko jakby z nazwy tu u nich wojna. Raczej przelatywały samoloty, jechały pociągi z wojskiem. Oczywiście, wszędzie też jakiś Niemiec kwaterował. Co nie tak bardzo zmieniało sytuację, bo każdy i tak pracował jakby na swoim. Chyba że kogoś wykwaterowali do bocznych zabudowań, wtedy miał gorzej. Ale nowy w majątku był i tak zawsze panem. Część wsi umiała się z nim po niemiecku dogadać. Bo część wsi, jak babcia i dziadek, pracowała jeszcze przed pierwszą wojną w Niemczech, czyli też u Niemca. Przed i po pierwszej wojnie. Na dobrą, a może się okazać na nie najlepszą sprawę, mogliby ubiegać się na folksdojcza (albo i więcej), czego nikt nie zrobił wówczas w tej rodzinie. Zrobią to w swoim czasie, za kilkadziesiąt lat, ich wnuki, wyciągając pracę u Niemca w tym 1940 i jeszcze w 1945, ale też, że ktoś z wujków urodził się pod Lubeką, to się nazywa „Lübeck”. Na to nawet bardziej niż na wojenną krzywdę się powołując, nie ma co wciąż, kurde, krzywda i krzywda krzyczeć. Honor się ma, dziadek nawet czytał po niemiecku gazetę bardzo płynnie. Jasne, babcia też. Książkę miała. Modliła się na niemieckiej książce. Bo jej dobrze było u Niemca. W wielkim świecie. Przywiozła stamtąd bieliznę, filiżanki, obrusy. Ozdoby na choinkę, piękniejsze, niż mogło się przyśnić dzieciom na wsi. Całe scenki na bombce, kolory jak ze snu. Podświetlone świeczkami wciągały w sam środek stajenki, pod choinkę, pod płatki śniegu otulające bałwanka. Takie prawdziwe, a nieprawdziwe. Bajkowe. Jak kwiatuszki na fajansowej misce, lepsza wersja łąki za domem. Dziadek za Niemca w urzędzie przy majątku robił, wcale go nie zwolnili. Zatrudnili, prawie za urzędnika. Dobrym był pracownikiem i znał język. Czemu miałby nie robić? To wiedziały starsze dzieci i matka-babcia. Jego żona, zwana przez niego matką. A jak miałaby być nazywana? Bycie matką to stanowisko w sam raz na całe życie kobiety.

Janek to dobre imię dla chłopca na wsi. Dla wnuka urzędnika. Bo wnuk to wnuk, nawet jeśli skarcić najpierw za brzuch trzeba było córkę. Dobrze, że chłopiec, zawsze sobie poradzi. Wyjdzie na ludzi. Tymczasem, zanim na tych ludzi będzie wychodził, prawie go pod tym imieniem nie widać. Jak pod czapką po wujku, który gdzieś całą wojnę się podziewa. Czapka zakrywa uszy, wpada na nos, ukrywa miny Janka. Chłopiec robi miny, jak nikt nie widzi albo jak widzi babcia. Babci nie szkodzą miny. Babcia się na miny uśmiecha. Mały chłopiec może zawsze się gdzieś schować, w czyichś rzeczach, w fartuchu babci, w minach. Ktoś zawsze coś ma do pożyczenia albo i dania małym chłopcom. No, masz, zjedz se, mówią, dając mu co lepsze, co się starszym, najbardziej najstarszemu w rodzinie należy. Czyli to zawsze jest ten, kto zarabia najwięcej. Ojciec. Tak nazywają dziadka. A dają kęsy małemu. I nawet jeśli trochę go poszturchują, bo wiadomo, że nie ma ojca, nikt im szturchańca mocniejszą pięścią nie odda. Ma tego dziadka, który dla wszystkich jest taki ważny jak ten Pan Bóg nad ołtarzem, o którym babcia często mówi. Tyle że dziadek jest zadowolony, a Bóg ukrzyżowany. Tyle tylko że dziadek tak od razu mordy za wnuka nie obije. Nie zawsze starcza mu czasu. I zna kolej rzeczy. Bękart i mały, musi swoje odebrać.

A matki nie będą za to szturchać, bo na razie jest wojna, a po wojnie to matka sama pojedzie szukać miejsca, do Poznania, bo trzeba zarabiać i nie wstydzić się więcej chodzić do spowiedzi. Więc pytać o ojca, o poczęcie, będzie można tylko chłopca. Matka była pobożna, robotna. Młoda, wiadomo jak te młode. Każdy wiedział. Więc skąd jej się ten brzuch...? Tego nikt dokładnie nie wiedział. Wszyscy wiedzą, że wojna. I nie wszystko można tak dokładnie policzyć, przypilnować. I zabrała się, żyje w świecie, podobno ma rodzinę, więc nikt nie będzie tego pamiętał. Wyszła bardzo, bardzo na ludzi, poza tym jak jej nie ma, to kto ją sięgnie. Co innego dzieciak. Nikt nic do niego nie ma. Tylko tak, szturchnąć, bez złości. Nie takie rzeczy były. Dać co lepsze w łapę, żeby się nie mazał. Jak się powiedziało, tak się zrobi. Nie da się zmarnować dzieciaka. Będzie się tu uczył przy dziadku. Potem, bo teraz wszyscy muszą przeżyć, jest wojna. Kto nie przeżyje, pod płotem zgnije.

Kiedy trafia do szpitala w Pleszewie, jest chyba najmniejszy. W rodzinie, na wsi, na sali, wygląda, jakby był najmniejszy. Mieści się w nogach babcinego łóżka. Babcia nie śpi z dziadkiem, potrzebuje spokoju, jest chora. I to się praktykuje w świecie, takie rzeczy widzieli u Niemców. Nie ma potrzeby spać z chłopem w jednym łóżku, jak się już nie jest bardzo młodą. Każdy może pod swoją pierzyną, pod makatką „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi” albo i inną. No i dzieci też trzeba mieć nie więcej niż pięcioro, pięcioro to jest bardzo porządna rodzina, trzeba pracować, wszyscy muszą pracować, jeśli mieliby więcej bachorów, kto by pracował? Sam tylko ojciec by pracował? A jak by podzielili ojcowiznę? Czym by zapchali gęby? Trzeba by się potem, między rodzeństwem, prawować. Babcia też chce i musi, nie wszystko jednak. Mieć dzieci, wyrękę, szacunek, razem do kościoła. Pracować, już nie w świecie, ale na swoim, drapać co dzień tę żyzną, przyszłą, dla dzieci ojcowiznę. To się od ojców, a ojcowie to też matka, tak nazywa. Nie są ciemnotą. Praca za marki to więcej niż tylko oranie zagonu po rodzicach. Można dokupić, dobudować, zadbać.

W łóżku babci jest miejsce dla dzieciaków. W łóżku babci babcia nie rodzi od dawna. Bóg wie, ile dzieci ma przypaść na morgę, ale trzeba mu pomóc, trzymać chłopa na odpowiednią odległość. Nic o tym, oczywiście, nie gadać. Trzymając miejsce w łóżku dla dzieci. Jak są dzieci, chłop nie przyjdzie. Honor ma i rozumie. Zgodliwy. Niejeden raz się zdarza, że stara baba rodzi, co nie bardzo wygląda, szczerze mówiąc. Rzuca światło na małżeńskie łóżko. A dziadek nie. Boga się boi. Dla Janka też jest w tym miejscu miejsce, dla niego nawet dłużej niż dla innych. Bo wnuk to też zwolnienie. Jak kobieta ma wnuka, jest babcią. Wnuk śpi wcale nie zawsze w nogach, na poduszce babci też, ale teraz babcia i on są chorzy. Lepiej oddychać w inną stronę. Każdy niech w swoją oddycha.

Janek nie ma żadnej zakaźnej choroby. Janka boli. Ślepa kiszka, znaczy wyrostek. Obie nazwy dziwne, dziwnie brzmią, babcia musi wytłumaczyć. Jaka to kiszka, do czego? Janek mało pyta, ale babcia czuje, że trzeba dzieciakowi coś mówić. Najpierw myśleli, że jakaś cholera. A to wyrostek albo przepuklina? – dziwią się ciocie. Nie tak źle wobec tego. Jest najmniejszy też w sali szpitalnej, wśród innych dzieci. Nikt takiego małego dziecka bez potrzeby do szpitala by teraz, przedtem zresztą też, nie tylko za Niemca, nie targał. Małe wychoruje się w domu. Bycie tu małym dzieckiem jest tak samo dobre jak bycie skrzatem babci w nogach łóżka. Siostry się uśmiechają, lekarz się uśmiecha, chorzy mężczyźni mówią: co ci, kozoczek? I dzieliliby się zaraz wszystkim, ale przecież nie wolno niczego wziąć, babcia prosiła. Bebeszek trzeba rozciąć i nic w nim tam być nie powinno. Jasne, zobaczyliby wszystko w środku, co tam jadł Janek, na przykład gruszki z sadu sąsiada. I ten kawałek z omastą, który mu babcia oddała. Masz, podjedz. Zresztą jak boli, to się już nawet jeść nie chce i nikt nie ugotuje tak dobrze jak babcia, więc warto poczekać. Tak sobie myśli w małej głowinie, pewnie tak se myśli.

Nie zawsze najlepiej być małym. Bo chociaż prawie go nie widać, kiedy idzie z młodszym rodzeństwem mamy (które jest od niego, oczywiście, starsze) przez wieś, zawsze ktoś go zobaczy i oceni, że jak taki mały, to można. Zakląć, popchnąć, wyśmiać. Póki co, to i tak nic takiego. Najgorsze zacznie się po wojnie. W szkole, najgorsze zacznie się pod dyktando nauczyciela. Najgorsze miejsce dla dziecka to szkoła. Specjalnie tak zrobiona, żeby była krzywda. Nauczyciel, z tej wsi, wróci tu i będzie musiał zawsze powiedzieć swoje. Przy każdej okazji. Okazji będzie mnóstwo. Co robi mama? A tata? Kim jest, Jasiu, twój tata? Nie, on mówi ojciec. Kim jest, Jan, twój ojciec? Przestał nagle, choć nie bardzo urósł, być Jasiem. Nie wiesz kim, może koledzy ci podpowiedzą? Śmiech, proszę śmiać się głośniej. Każdy wie. Ojciec Marysi jest na przykład przodującym rolnikiem. Ojciec Hanki pracuje na kolei. Robi na kolei, tak nawet, w zdenerwowaniu już, krew mnie zaleje, nauczyciel powie. A ten tłumok stoi i nic nie mówi. Widzicie dzieci, może ktoś mu pomoże, żeby bardziej godał? A matka nie może przyjść? Znów przyjdzie babka? No to niech o jajkach nie zapomni babka, bo ma niegrzecznego wnuka, który nie odpowiada na najprostsze pytania, zagiął róg zeszytu, nie umie przeczytać. Babcia musi w tej sytuacji znów nazbierać dla pana nauczyciela jajek. Niech ino leci do kurnika. Pan nauczyciel jest tu teraz panem, od kiedy pana w majątku my przegnali: – Pamiętaj, ja tu teraz ważniejszy od księdza. Pamięta. Jakby nie pamiętał?

A z wojny Janek pamięta w tym szpitalu dobrą Niemkę. O nią nauczyciel mógłby spytać. Tego mu chyba nie wolno, jest coś, czego nie wolno. Przyniosła chorym placki. Rozdawała placki, przy Janku zatrzymała się na dłużej, bo był najmniejszy. Bardzo dobra Niemka, nie wiadomo, kim była. Gdzie był jej ojciec? Brat? Mąż? Syn? Nikt jej o to teraz nie pytał. Może potem, może... Może też bez pytania ktoś jej pokaże, co myśli o tych bliskich członkach rodziny, których w czasie wojny na pewno tu z nią nie ma. Na razie idzie przez sale i rozdaje jałowe placki biednym Polakom. Pracuje na to, żeby nikt nie pytał, chociaż może i ma co opowiedzieć i wcale nie chodzi jej o to, żeby nie pytać. Przeciwnie, ona się tu pokazuje i prosi, ale nikt nie ma odwagi na pytanie. Biedni Polacy nawet jakby czekali na te placki. Bez pytań. Teraz ona ma może i co opowiedzieć, może ma na zwycięskim froncie męża ojca wuja stryja brata syna. Bo potem nic nie będzie chciała powiedzieć, kiedy ją ruski zapyta. Nie będzie wyglądała tak dostojnie miło nijako. Koścista wredna miła niemra. Zupełnie inaczej, inaczej, w chwili, gdy ruski zapyta, będzie niemra wyglądała. Myśląc o plackach, które z dobrego serca piekła i roznosiła. Z wody, mąki i niczego w środku plackach. Bo ona naprawdę dobra była, co straci ślad znaczenia, kiedy ruski o to wreszcie zapyta. Trzeba było zeźreć w domu te placki, a nie z nimi po szpitalach z polaczkami chodzić. Widać Matka Boska tego akurat nie widziała, bo nie pomaga dobrej niemrze w godzinie ruskiej odpłaty. Matka Boska miała swoją robotę, w innej okolicy.

Janek chodzi jednak do tej szkoły, bo przecież w pobliżu nie ma innej. Mało tego, Janek nigdy nie skarży się na nauczyciela. Jako mały, co prawda z czasem wcale nie najmniejszy, nie będzie się skarżył. Pan nauczyciel jest nieomylny, tak jak ksiądz, dziedzic, którego już nie ma, a wciąż się mówi o jego byłym majątku majątek (majontek), chociaż tam teraz jest sierociniec. Dzieci w tym sierocińcu są małe, mniejsze od Janka, i nie znają żadnej odpowiedzi na pytania, których im się nie zadaje. Dużo milczą. Pytane, dużo krzyczą. Nie wiadomo, na jaki temat. Tak w ogóle. Milczą albo krzyczą. Mówić, drodzy państwo, nie umiom.

Oto pytanie, które stawia, dość regularnie, nauczyciel: kim są wasi rodzice? Co robią, to musi mieć tu taką formę, wasi Ojcowie? Ale nauczyciel się zmienia, zabierają go ze szkoły, bo pytanie jest jednak niedzisiejsze. Nie w sensie gramatycznym, ono wówczas staje się niepoprawne politycznie, czego nikt, rzecz jasna, tak nie nazywa. O co mu z tymi ojcami (ojciec + matka, ale ojciec na pierwszym miejscu zawsze, tak jak najpierw całujemy rękę dziadka) chodzi? Niektórzy ojcowie są naprawdę słabo uchwytni, jeszcze nie wrócili z wojny, więc może trzeba by przestać zadawać głupie pytania i nie witać się już tym wiejskim: „pochwalony”, „w imię ojca i syna”, i nie czekać odpowiedzi „na wiki wików”. W zamian dzieci dostaną, nie lepszą, nauczycielkę. Ale będą bardziej w sprawie „pochwalony” świadome. Pochwalony to będzie w szkole kto inny niż w kościele, do którego co niedziela, nikt im tego nie zabierze, na rano chodzą. Kogo obchodzi czas wolny wiejskiego robotnika? Szczerze mówiąc, nikogo za bardzo. Mimo że nie ma Niemca, dziedzica i przedwojennego chleba. Jest za to sprawiedliwość. Którą trzeba docenić i odpłacić.

A jak front już był bliżej. Najpierw jechały specjalne pociągi. Sąsiadka mówiła do sąsiadki: Żydów wiozą. Najpierw żydy, potem my. Odpowiadała druga sąsiadka. Ta, której rozstrzelali brata. Za partyzantów. Potem jakby zrobiło się ciszej, Niemców już nie było. Jeszcze czasem któryś zabłąkany zajrzał do domu, nawet niczego nie chciał, może wody i chleba. I Janek przez całą wojnę, co niedokładnie pamięta, śpiąc w łóżku babci, nigdy śmierci nie widział. Może mu oczy zakrywali? Nawet w szpitalu nie. Tylko chorych. O sąsiadach, o rozstrzelanym bracie sąsiadki, długo po wojnie, jak już można było mówić, ale jak wyjechał, to długo nie wracał, nie odwiedzał. Najpierw ludzie nie mówili, trzeba to komu kłopotów. Praca, owszem, zaraz właściwie była, na kolei, w Kotlinie, w zakładach. Wszyscy jedli słoiki. W dawnych majątkach. I na swoim, każdy miał na swoim całkiem niezłe fajne morgi. Więc co tu gadać. W wojnę front było słychać, ale z daleka. I wieźli Żydów. Żydów z daleka, tu nie było wielu. Paru się znało. Naszych, to znaczy Polaków, nie zdążyli wywieźć. Dopiero potem, jak Janek już nie będzie wracać, okaże się, komu kogo Niemce zabili. I kto w tych wagonach, w wojnę i po, jechał. Jak babcia wychodziła dać im wody. Stała tam wyprostowana, ładna. Ładna była. Z trwałą ondulacją, nauczyła się ondulować włosy w tych Niemczech, płyn firmy Szwarzkopf, to znaczy czarne włosy, i w wojnę też to robiła. Wolał taką wyprostowaną babcię nawet od babci wieczorem, przytulonej. Od babci w letniej kuchni, zagniatającej ciasto. Babci śmiejącej się przez ułamek sekundy, kiedy zobaczyła go w za dużej czapce. Najbardziej wolał od tej babci, którą była, kiedy przychodził ksiądz proboszcz. Nachylała się szybko do ręki dobrodzieja, długo całowała, ksiądz był z tego zadowolony, nie patrzył na Janka. Siadał i jadł. – Chce ksiądz dobrodziej zjeść co? – zawsze pytała. Taką miał ciężką robotę. Nie odmawiał. Jankowi nie chodziło o spyrkę. Jankowi chodziło o za szybko schylające się plecy babci. Bidulka już wtedy, mówią po latach z ciotkami, chora była. Ciotki mówią o samej wojnie, nie o wizytach księdza. A Jankowi nie podoba się, bo co będzie, jeśli babcię bardziej krzyż rozboli od tego szybkiego ruchu? Więc woli babcię wyprostowaną, kiedy idzie na tory, gdzie księdza, Boże broń, nigdy nie ma. Janka zawsze zostawia: – Nie liź za mną. – On i tak, z tyłu lizie, babcia musi to czuć.

Ale dopiero front, wojna to byli ruscy. Najpierw szła armia, prawdziwa. Poubierani, z bronią. A potem to już taka zbieranina, bele jaka. Karabiny na sznurkach i buty. Richtig dziady, nie żołnierze. I to właśnie oni przynieśli wojnę do domu dziadków Janka, to znaczy do domu Janka. Wszystko brali, co wpadło w ręce. Kazali sobie dać jeść, pić, na zapas. I ganiali kobiety. Dziadek młodym kobietom, córkom – to znaczy ciotkom, którym Janek mówił po imieniu – i babci kazał się chować. Janek chował się z nimi, z babcią, widocznie dziecko nie jest mężczyzną. Mieli przejście w stogu, bardzo tam było przyjemnie, pachniało sianem i do babci blisko. Taka prawie zabawa, gdyby nie strach tych kobiet, który Janek czuje, chociaż jest dzieckiem. Zapach strachu i miękkie kobiece piersi. Wtedy coś prawie zobaczył. Tak, jednak chyba śmierć widział.

Raz, wtedy, dziadek Janka poskarżył się oficerowi. Za kobiety od sąsiada, mówili, a bardziej Janek widział, za garnek smalcu. – Bo też trzeba, panie oficerze, coś jeść. Długa zima. – Dziadek umiał powiedzieć. Więc oficer, ruski, w ładnym mundurze, wyprowadził za dom tego młodego, który zjadł im smalec. I jeszcze coś chyba zrobił u sąsiadów. Tylko czy dziadek się do tego wtrącał? Janek widział to, bo wyprowadził żołnierzyka, wydawał się mały, na drugą stronę. Tam, gdzie siedzieli, za ścianą stodoły, z siostrami mamy i babcią. Nawet mu nie zakryły oczu, bo nikt nie pomyślał. Oficer kazał temu żołnierzowi stanąć, wyjął pistolet, podniósł i strzelił. Janek zobaczył, ale jakby nie widział. Jak ten chłopak upadł, Janek i tego nie widział. Babcia mocno zakryła mu oczy, potem. Więc właściwie śmierci nie widział bezpośrednio, chociaż w patrzeniu uczestniczył, tam w stodole. Co zobaczył, tego i tak nie widział. Widział wewnętrzną stronę babcinej dłoni. Śmierć minęła go bokiem, a była tak blisko. I znał tę opowieść bardziej w wersji powtarzanej przez ciotki. Oni idą, zabierają. One się chowają (Janek nie wie, dlaczego właściwie, przed czym się chowają). Czasem ktoś, dziewczyna, płacze. Jak pójdą, podniesie się i będzie spokojna. Potem będzie tego za dużo. – My uciekali – mówią ciotki. Nawet jak już mieszkają w mieście, dalej „my uciekali”, mówią. Może „uciekały”? A może liczą do tej ucieczki Janka? Bo mieli rozkaz, tu akurat tak się nie zachowywać, ruscy żołnierze. Ale puszczały im nerwy, Berlin pachniał krwią, byli blisko. Jak mieli odróżnić? Kogo od kogo powinni odróżnić? Dlaczego mieliby tych poodróżnianych oszczędzić? I wygłodzeni byli, jasne. Bardzo spragnieni. I wódkę cały czas pili. Więc dziadkowi tego garnka smalcu było już za dużo. A umiał rozmawiać z oficerami. Ruskiego nie znał, tylko że ruski język bardzo podobny.

Tak było. Taką opowieść znał: – Nie było litości. Wyprowadził, zastrzelił, a my go musieli zakopać. – W końcu może dziadek trochę żałował, że się skarżył? Kto chciałby u siebie za stodołą ruskowi grób kopać? Dziadek kazał swoim synom ruskiego zakopać. Bez śladu, bez kopczyka. Bo kto wie, kto jeszcze tędy przejdzie? I co może się okazać, co zagrozić za ruskiego żołnierza? – Biedni oni byli, armia z giwerami na sznurku. Bez butów. Nie to, co Niemcy, takie eleganckie żołnierze – mówią i mówią. Tyle widzieli. Gadaniu nie ma końca. Ruski i ruski. Palce przykładane do twarzy pachną zawsze czymś, przysłaniają obrazy, ale przede wszystkim pachną.

Więc kiedy Janek ma te siedemnaście lat, wie już niejedno. Gdzie leży żołnierz, jak z nim było, zna jego ostatnią drogę, w której, w pewnym sensie, asystował zza kobiecych palców. Nie wie dokładnie, gdzie Niemcy zabili wujka. Nie wie też, czemu w szkole, na szczęście już nie jego, on skończył na czas, uczy kolejny nauczyciel, chociaż poprzedni tacy dobrzy byli. Nie wie, dlaczego miałby całować w rękę proboszcza, odkąd babcia nie żyje. Co miałby robić na wsi, chociaż dziadziuś od śmierci babci złagodniał, zrobił nawet dla niego mały zapis. Jednego nie wie najbardziej i mocno: czyim jest synem. Bo matka też przyjeżdża rzadko, na groby. Czyli podwójnie: wie czyim jest wnukiem, a nie czyim synem. Zawsze pod ręką starca, który obiecał, że nie da wnuka zmarnować. Więc postanawia jednak pojechać tam, gdzie to pytanie pojawi się tylko w ankietach. Odpowiedź „nieznany” będzie w tych ankietach może nie całkiem dobra, ale lepsza od „urzędnik”. Szczególnie przy zawodzie matki. Powiedzmy, pochodzenie będzie się liczyć prawie tak, jakby był chłopsko-robotniczym synem, chociaż nieznany ojciec może się okazać jakimś ojcem do ukrycia. Janek niczego nie chce ukrywać. Chce przestać całować proboszcza, dziadka, wujków w rękę i odpowiadać śmiechem na śmiech. Kiedy mu już dawno nie do śmiechu, bo przestał, gdzieś po wojnie, znienacka dla samego siebie, być małym Jankiem. I zapis może okazać się za bardzo niesprawiedliwy. Dla kogo? Odkąd babci nie ma, a dziadka może zabraknąć, wujkowie i ciotki byłego małego niezbyt lubią. Zawsze żartują, a jemu nie jest tak do końca do śmiechu, to wszystko. Lepiej na czas zasłonić oczy dłonią.

Ula, urodzona 1930

Ula to oczywiście spolszczone imię. Ulrike, tak miała w papierach, zanim je głęboko schowała. Ojciec nigdy tak do niej, na przepustkach, które się dawno skończyły, i wcześniej, ojciec, którego prawie nie było, inaczej nie mówił. Nie lubił zdrobnień. Jako inżynier zatrudniony w stoczni, spec od budowy pięknych statków, też ich nie używał, chyba że w niedzielne popołudnie, po powrocie z wycieczki do mamy. Dla mamy miał sporo zdrobnień. Czułości. Prezentów. Pomysłów na przyszłość. Wiary w plany narodowych socjalistów. Że będzie dobrze i sprawiedliwie. Niewiary? Planów, planów na dobrą przyszłość, tylko trzeba się włączyć, nie stać z boku.

A tak to nie. Mało zdrobnień. Czasy są ciężkie, poważne, wkrótce oczywiście będzie lepiej, ale dzieci nie należy rozpieszczać. Nawet dziewczynek. Kupowanie zabawek, wyjazdy nad morze, kanapki przygotowane w domu i zabierane, żeby jeść w wiosenny, letni, jesienny czas podczas podmiejskich spacerów – tego było podobno, mówiła mama, dużo. Ula dostała tego od ojca, jako najmłodsza, dużo. Szczególnie na samym początku, przed ’33, jasne, potem też. Aż po ’39. Nawet kiedy oni byli mali, ona jednak młodsza. Najmłodsza w rodzinie, gdzie dwaj – starszy i od niego młodszy – bracia. Jednak to się jakoś szybko chyba skończyło, kanapki, lalki, wyprawy, rozluźniona twarz ojca, szczęśliwy śmiech matki, bo dziewczyna tego właściwie nie pamięta. Pamięta, żeby nie przeszkadzać tacie. Cóż, kiedy ten jest pod Stalingradem, nie trzeba uważać, żeby się nie denerwował. Daleko. Szkoda, że mama tak tego nie czuje. W dodatku ma się okazać, że nawet jak jest Bóg wie gdzie, na swój sposób teraz to on im przeszkadza. I na nic karcenie, na nic mówienie w pustym pokoju, w zimnym łóżku, co robi mama.

Jej bracia też są prawie dziećmi, kiedy dostają karty mobilizacyjne. Niby przez te różne świetne organizacje kształtujące ciało i ducha przygotowani. Matka nie stara się nawet starać nie płakać. Matka łka głośno albo patrzy przed siebie. Układa poduszki na łóżku, dużym, drewnianym, małżeńskim. Inne, haftowane bogato, układa na białym parapecie, wygląda, cały dzień mogłaby tak wyglądać, gdyby nie sąsiadki. Wygląda i dla nich, licząc się jednocześnie z ich o tym zdaniem. Normalnie wygląda się z sąsiadkami, tak się robiło przed wojną. Jak już było sprzątnięte, uprane, ugotowane, dzieci, zostały przecież w domu, dziewczynki i mali chłopcy, schludnie odprowadzone gdzie trzeba. Nie wszystkie miały szczęście i jeszcze, podczas wojny, miały co robić. Niektórych wszyscy synowie byli na tej zmiennej jak pogoda wojnie. Zwycięskiej, skłaniającej do dumy, niepewnej, przedłużającej się, my na pewno, kompletnej klęsce, której nie zapowiadały żadne znaki na ziemi i niebie. Na świeckim, pełnym niemieckiej chwały niebie. Bóg, podobny do żołnierza Wehrmahtu i do pana Stoffa z kawiarni w parku, miał czuwać nad dystrybucją chwały i szczęścia, polegającego między innymi na oddaniu czego trzeba komu trzeba, ale chyba to była propaganda. Nie ma o tym z kim, choćby przez okno, porozmawiać. Inne kobiety są o wiele bardziej łatwowierne. Za to w pewnych kwestiach nierozmowne. W innych tak. Przepisy i nowa sukienka tej spod dziesiątego. Prowadzenie się tej spod piętnastego i plony z jabłoni rosnących w podwórzu. Tematów pod dostatkiem.

Poduszki w oknie i sąsiadka z przeciwka mogła widzieć, że u niej wszystko na czas zrobione. Machała czasem, z przeciwka, sąsiadka. Ulica była w tym miejscu szeroka, kamienica od kamienicy daleko, porozmawiać można było co najwyżej, zaglądając na balkon z prawej albo z lewej, nie z tą z drugiej strony. Ale widziało się fryzurę i bluzkę, a przede wszystkim było jasne, że tam, u niej, krzesła przystawione do stołu równo, w kuchni pełna mobilizacja, kurz starty, w szafie poukładane też równiutko. I można sobie pozwolić na chwilę wytchnienia. Bez narzekania, tego się nie praktykuje, na kartkowe reżimy i na to, że listy z frontu docierają ostatnio, führer chwali kobiety za ich wierność i siłę, rzadko. Można było odetchnąć przed zakupami (po wczorajszych?) i gotowaniem. Więc bez przesady, nie za długo. Nie pozostawiając pustej kuchni. Tak mija czas kobiet między oknem a kuchnią. Dopiero dostaną swoje karty mobilizacyjne.

Ale nie wiadomo gdzie jest ojciec, matka też tego nie wie. Nie zawsze wie, gdzie są Uli bracia. W końcu nikt nie wie, gdzie kto jest i jak się to skończy. Kto kogo gdzie i kiedy odszuka. To można niewątpliwie nazwać damską mobilizacją. Trochę statyczną, póki co, mobilizacją. Nie pierwszą zresztą mobilizacją. Kobiety w tym państwie wypełniały ważne zadania. Tym razem muszą nauczyć się pokory. Nagle samo czekanie na mężczyzn, na to, przestaje wystarczać. Nie ma natomiast pomysłu na inne czynności, na cokolwiek innego. Brak jakichkolwiek możliwości.

Aż matka podejmuje pracę. Dostaje przydział. Ileż można oglądać naszych żołnierzy w Ufa Palast, w kinie? Jakież to w końcu odruchowe. Każda kobieta, będąc kobietą, kobieta. Do pracy chodzi pieszo, ma naprawdę blisko. Pierwszego dnia wstaje o wiele za wcześnie, układa za długo kromki chleba na talerzykach, za szybko stukają jej obcasy na schodach. I za dużo mówi, żeby po paru dniach nie usłyszeć w jej głosie zmiany. I zmiany w tym, że najpierw przynosi rzeczy, prawie nowe, a potem przestaje je przynosić. I w tym, że Ulrike nie ma już obowiązku czekać na nią na rogu, odprowadzać jej do domu, i trudno doprosić się o pozwolenie odwiedzenia jej wreszcie w pracy, w biurowym, niedużym pokoju, gdzie zajmuje biurko z ładnym widokiem na ulicę.

Ulrike, oczywiście, tam ją odwiedza. Pomaga liczyć coś, nie wie co. Podliczać rzędy cyfr. I dopiero rozmowa mamy z sąsiadką co nieco wyjaśnia. Charakter tych cyfr, ich, można powiedzieć, odniesienia. To miejsce pracy jest zapleczem sklepu-magazynu, w którym kupują więźniarki z półotwartego obozu, mają prawo do kompletu odzieży zgodnie z porą roku, raz na pół roku, ewentualnie mogą dokupić coś więcej po normalnej cenie. Państwo dba nawet o nie. Poza tym mogą i chętnie kupują tu Niemki. Ot, grzebią w stosach, przebierają między wieszakami. Dziwne, dziwne, demokratyczne podejście. Owszem, sklep jest duży, ma oddzielone regałem dwie strony. Z jednej te wystraszone, w chustkach na głowie i chodakach na stopach, z opaskami na ramionach. Z drugiej, chętnie w parach, rozgadane, patrzące na tamte pobłażliwie, a czasem nawet. Czasem się zdarza, że jakiś łaszek, kupiony na te inne, dobre kartki, albo za te inne, łatwiej przychodzące marki, jakiś tam łaszek, którejś tam odstępujące. A na zapleczu, za sklepem, z boku i w piwnicy – jakieś inne kobiety, też z opaskami na rękawach, zaangażowane w jakieś szycie-prucie, sortowanie. Więc to są te wszystkie liczby, składowe buchalterii, do której skierowano mamę. Sztuki bielizny, palce zaangażowane w prucie, marki, kartki. Jednostki przeliczeniowe. Kilogramy i sztuki worków. Miejsca, z których to się przywozi. W końcu list ojca o lalce i semickich rysach. Zdanie wypowiedziane do sąsiadki, półgłosem: – Ja jednak nie chcę tego nosić, wie pani, higiena. – Ależ może być pani spokojna, to wszystko po dezynfekcji – też szeptem udzielona rada. I matka myjąca potem filiżanki z Miśni tak długo, tak długo, jakby chciała z nich zmyć kwiatowy wzorek.

Przywykła, mama przywykła, praca bardzo dobra, w służbie ojczyzny, nie miało się wrażenia, że podczas gdy mąż i synowie starają się jak mogą, ona tylko o siebie i poduszki się stara. Nie na darmo kończyła przed wojną, przed ślubem, w innej epoce, szkołę. Jednak ciuchów raczej nie przynosi, raczej. Czasem zostaje po godzinach, potoki futer, sukienek, swetrów. Odkładanie na bok, dla kierowniczki, dla innych, lepszych klientek. Wszystko spisane, domniemana wartość. Czasem robi się pustawo, prawie pusto. Czasem zarządzenie specjalnej akcji, dziewczyny w wieku Ulrike przychodzą do bocznego pokoju drzeć pościel na bandaże, z którymi niekoniecznie wiadomo co robić, trzeba je pakować, opisywać, organizować wysyłkę. Czasem cyfr jest tyle, ciuchy zalewają magazyny, a potem szefowa nakazuje inwentaryzację. Resztki, w oczekiwaniu na spóźniający się, w końcu nienadchodzący transport. Mama coraz lepiej, automatycznie, liczy i kaligrafuje wynik.

Najpierw sama mówi do niej „Ulrike”, żeby było poważniej, jest w końcu też już poważna jako czekająca nadaremnie żona i matka, gospodyni i pracownica. Potem tym bardziej, nie chce wyjeżdżać, czeka, wszystkie sąsiadki, nawet ta z przeciwka, mówią, żeby jechać albo, nie, żeby czekać. Zmieniają zdanie często, chyba że mają rodzinę w znanym miejscu przebywania i tam, oczekiwane przez tę rodzinę, mogą się udać. Nie ma mowy, w tym zamieszaniu, o przesiadywaniu w oknie: – Ulrike, chodź tu. Zamknij okno. Chodź. Mama czeka. – Nie pracuje, nie chodzi do zamkniętego magazynu, tylko odbiera kartki, potem nie ma ich gdzie odebrać, czekać, tylko czekać.

Wszędzie wokół gruzy, gruzy, nie wiadomo, czy sąsiadka zdążyła uciec, kiedy rąbnęło w tę kamienicę. Ich dom, w samym centrum, pozostał prawie nietknięty. Tak wygląda od frontu. Jakby lotnicy mieli naprawdę dokładne mapy z adresami dobrych Niemców, którzy o niczym złym nie wiedzieli. Dobrych matek czekających na wychowanych jak się patrzy synów. Matek pracujących przy cyfrach. Ula idzie, po jednym z nalotów, w głąb mieszkania, do części zajmowanej przez doktora Krause, który nagle zniknął i widocznie nie był dobry. Jako człowiek, bo lekarz i owszem. Za zakrętem korytarza wejście frontowe, nienaruszony gabinet. Fotel dentystyczny, Ula siada w nim, zawsze chciała spróbować. Siedzenia na sucho, bez bolącego zęba. Wizyta umówiona była wobec tej wymyślonej erzacem. Nawet kiedy doktor borował jej zęby, myślała o zabawie w tym miejscu, o dotykaniu chłodnych narzędzi i w ogóle się nie bała. Teraz są tu, pokryte warstwą pyłu, niesterylne i niezabezpieczone. Zostały narzędzia. Pocisk trafił w tylną ścianę budynku. Gabinet ma teraz coś jakby dodatkowe okno, nieprzysłonięte papierem do zaciemniania. Wyrwę, aż boli. Zabiera narzędzia, zawija w szmatkę, chowa, zaciera ślady. Ma coś, kapitał.

Ula nie ma ochoty na zabawę. Siada w fotelu i myśli, że wolałaby wyjechać. Tu jej nie znajdą, może przemyśleć spokojnie tę sprawę. Ale matka zaczyna mówić do niej zdrobniale, żeby nie dać się zastraszyć, nie poddać się do tego stopnia. Ma dziecko. Znów decyzja. Ula-Ulrike-Ula. Dziewczynka, dziewczyna, młoda kobieta myśli, że matka tak mówi, żeby znów mieć kogoś naprawdę. Tak to czuje. Matka ma ją teraz bardziej niż wtedy, kiedy starszy brat zaginął. Najpierw nie było wiadomości, przejściowa trudność kontaktów z frontem, potem były pewne, a potem je upewniono: to coś więcej niż przejściowa trudność. „Uznany za zaginionego” dawało nadzieję, ale matka wydawała się tego tak nie traktować. Coś się jej w nadziei zatkało. Nie miała zamiaru więcej słuchać. Nie było dość szybko już kogo słuchać. Nikt nie przemawiał, nie zachęcał, nie strofował. Ojciec chciał mieć dzielne kobiety, porządną rodzinę. Żadnych zdrobnień. Może usłyszy? Gdziekolwiek jest, będzie interweniował. Trzeba spróbować takiej niesubordynacji. Jak już zawiodło wszystko inne. Robią mu, robi żona, zdrada, z córki bezużyteczną lalkę. Tymczasem lalki są zabawkami dla dzieci, nie dziećmi. Ojciec taką swojej córce obiecał, miał dla niej bardzo ładną. Obiecał, chociaż dawno porzuciła własne. Chociaż mówił bez zdrobnień. Pisał do żony o lalkach, co nie miało bezspornego sensu. Miał lalkę? Ale musiał zostawić ją w getcie. Okazała się za mało aryjska. Tak napisał do mamy tata, kiedy jeszcze dochodziły listy. Mama zrozumiała tę uwagę, ale nie powiedziała, czy to znaczy, że nie będzie, czy że będzie wolno mieć czas dla lalek. Czemu lalka miała być aryjska? Co tata próbował napisać mamie? Czemu mama, co za przeczucie, list podarła? Po co tacie była potrzebna Ula? Lalka dla niej? Świat oszalał, skoro ten poważny ojciec, inżynier i oficer, pisał głupstwa o aryjskich lalkach. A matka na to płakała. A matka nagle przypomniała sobie, że też nie do końca jest taka znów aryjska. Że miała kiedyś jakąś rodzinę, w Polsce, ale dawno zdecydowała zapomnieć.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Anna, urodzona 1930

Dostępne w wersji pełnej

Powinność

Dostępne w wersji pełnej

Pamięć, 1949

Dostępne w wersji pełnej

Węzełki

Dostępne w wersji pełnej

Śniadanie w barze „Bambino”, 1959

Dostępne w wersji pełnej

Urządzanie życia, 1957, później i wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Ślub, 1960

Dostępne w wersji pełnej

Zostań, 1961

Dostępne w wersji pełnej

Profesor, 1962 i niebyt

Dostępne w wersji pełnej

Pocztówki, odkrytki, kartki, między czasami

Dostępne w wersji pełnej

Salon krawiecki, wyjęte z czasu

Dostępne w wersji pełnej

Awans, data tajna

Dostępne w wersji pełnej

Niedziele, 1962

Dostępne w wersji pełnej

Odwiedziny, na krótko

Dostępne w wersji pełnej

Narodziny, 1963

Dostępne w wersji pełnej

Restauracja „Kameralna”, 1964

Dostępne w wersji pełnej

W barze, 1965

Dostępne w wersji pełnej

Biurowe sprawy, 1965

Dostępne w wersji pełnej

Paszport, 1967

Dostępne w wersji pełnej

Pustka, 1968

Dostępne w wersji pełnej

Czekanie, 1968

Dostępne w wersji pełnej

Na co umierają ludzie, w swoim czasie

Dostępne w wersji pełnej

Pogorzelica, 1969 i inne sezony

Dostępne w wersji pełnej

Kuzyn z Ukrainy, 1970

Dostępne w wersji pełnej

Małżeństwo Anny, 1971

Dostępne w wersji pełnej

Związki przechodnie, brak czasu

Dostępne w wersji pełnej

Polowanie na komary, 1972

Dostępne w wersji pełnej

Sobowtóry, spotkane poza czasem

Dostępne w wersji pełnej

Rozwód, 1973

Dostępne w wersji pełnej

Więzi, nie na czasie

Dostępne w wersji pełnej

Ich mała destabilizacja, 1974

Dostępne w wersji pełnej

Lekcje muzyki, 1975

Dostępne w wersji pełnej

Posiłki, 1976 i wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Dzieci z adapterem „Bambino”, 1977

Dostępne w wersji pełnej

Sznureczki

Dostępne w wersji pełnej

Obiad w barze, 1978

Dostępne w wersji pełnej

Samotny łowca, 1979

Dostępne w wersji pełnej

W hotelowym pokoju, 1980

Dostępne w wersji pełnej

Dzieci i pozostali, 1981

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny serii

PEKAESZ

Opracowanie okładki

Janusz Staszczyk

Zdjęcie na okładce

NAC/Siemaszko

Redakcja

Maria Fuksiewicz

Korekta

Jadwiga Piller

Copyright © by Inga Iwasiów, 2015

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2015

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-8032-055-0

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl